Blog > Komentarze do wpisu

Droga przez mękę

Podbajerowana autoriksza ze sporymi głośnikami w miejscu na plecaki porwała nas w rytmach bollywodzkich przebojów na przystanek autobusowy. Postanowiliśmy ruszyć z błogiego Udaipuru na północ, w stronę pustyni. Do pustynnego miasteczka Jaisalmer jest ok. 500 kilometrów autobusem, czyli 11-12 godzin podróży. Nocny autokar z kuszetkami wydał nam się najlepszym pomysłem. W poczekalni trzy na trzy metry za wysoką ladą facet sprawdził nam bilety – bezpośredni do Jaisalmeru z miejscami do spania. Podróżowała nas szóstka: trójka Hindusów, Belgijka i my. Turystów po atakach w Bombaju wyraźnie wywiało, na co codziennie skarżyli się udajpurscy sklepikarze. Dnia poprzedniego spotkaliśmy samotnie podróżującą Szwedkę, która właśnie wracała z Jaisalmeru. W tym roku jest tam podobno ok. 70% turystów mniej.
Z autorikszy, Delhi, Indie
W autorikszy, Indie
Kilka minut przed 22-gą facet, który był hersztem biura podróży, krzyknął do naszej szóstki "Come" i tym autorytatywnie narzuconym "Come" sprawił, że szliśmy za nim w rzędzie w ciemność ulicy bez zadawania żadnych pytań. Nieprzyjemnie się zrobiło, jak skręciliśmy za bazar w czarną drogę. Po 10-ciu minutach doszliśmy do skrzyżowania, gdzie stały rozstawione autobusy. Uff. Facet zapakował nas do pierwszego – autokar miał na dole miejsca siedzące a u góry zamykane szybką i przysłaniane śmierdzącymi firankami kuszetki. W środku był klimat jak w japońskim hotelu kapsułkowym bądź w zwyczajnej trumnie. Żadnych świateł, żeby móc czytać: "No light, you sleep" – wyklarował zmiennik kierowcy. Nici z czytania. Można było za to pooglądać gwiazdy. Trzęsło, ale klimat rzeczywiście był senny i udało nam się zmrużyć oko.
Autobus podmiejski, Indie
Autobus podmiejski, okolice Udaipuru, Indie

O piątej nad ranem wielka, natrętna łapa otwarła naszą kapsułkę i mocnym kuksańcem trafiła w Oliwkę. "Sir, sir, go, Jaisalmer". Wyrwani ze snu nie mieliśmy pojęcia, o co chodzi. Okazało się, że czeka nas przesiadka! Przewodnik zawarczał, że rikszą jedziemy na kolejny przystanek. Koszt 10 rupi od głowy. Jodpur, gdzie właśnie się znaleźliśmy, był diabelsko zimny. Przemarzły mi mięśnie, kości i cała reszta. Trafiliśmy na przystanek w Jodpurze koło dworca, gdzie zrzucało z nóg ze smrodu moczu. Belgijka wciąż nie mogła uwierzyć w to, co się stało i zaspanym głosem powtarzała: "A miało być bez przesiadki. Przewodnik mnie zapewniał..."

Kierowca domagał się dodatkowej opłaty za wrzucenie naszego bagażu do ohydnie zakurzonego bagażnika. Agent interweniował i ostatecznie załadowaliśmy się do autobusu bez płacenia dodatkowo. Okazało się, że w tym autobusie nie ma dla nas kuszetek. Zapowiadało się na długą kłótnię z kierowcą. Rzuciliśmy jednak okiem na kuszetki i od razu odechciało nam się o nie wykłócać.

Zrobiło się bardzo zimno. Im dalej jechaliśmy, tym zimniej. Świtało. Kierowca bawił się nieźle: obok niego zebrało się kilku kolesi, więc wspólnie krzyczeli, słuchali Bollywoodu, a on dodatkowo dociskał gazu. Wyjrzałam przez oko: zbliżaliśmy się do przejazdu kolejowego. Kierowca przyspieszył tuż przed wjazdem na tory. Na szczęście nic nie jechało. Potem zaliczyliśmy serię gigantycznych dziur przy prędkości ok. 70 km/h. Kierowca wykorzystywał każdą możliwą okazję, żeby walić w klakson. A na indyjskiej drodze pretekstów jest mnóstwo: przechodzący ludzie, spacerujące krowy i kozy, ludzie na motocyklach...
W drodze do Jaisalmeru, Indie
Mało przyjazny krajobraz w drodze do Jaisamleru, Indie
Przemarzliśmy na kość. Za oknem płasko, mgliście. Co jakiś czas pojawiał się samotny krzak. Kierowca zaczął trąbić – tym razem w ogóle nie odrywając łapy od klaksonu. Obwieszczał nasz przyjazd w Jaisalmerze. A to w tym miasteczku istotny sygnał. Jak tylko wysiedliśmy, zobaczyliśmy dlaczego: miejscowi riksiarze zgromadzili się w strategicznym punkcie i chmarą rzucili się na nas. Jeden sprytny watażka próbował wcisnąć dowóz autorikszą za jedyne 10 rupi (zwykle w zależności od dystansu riksiarze żądają od 30-100 rupi). Taka wyprawa skończyłaby się zapewne wylądowaniem w niechcianym, obskurnym hotelu. Riksiarze zaczęli się bić o to, kto będzie wiózł Belgijkę (my mieliśmy załatwiony transport wcześniej). Zgarnęliśmy Belgijkę ze sobą i choć sprawa była już przesądzona bitwa trwała nadal. Pojechaliśmy do hotelu: okazał się brudny i śmierdzący. Trafiliśmy do następnego – ten był w budowie i bez ciepłej wody. Po 12 godzinach przeprawy autokarowej i dwóch godzinach przepychanek z właścicielem obu hoteli ruszyliśmy piechotą do miasta. Marzyłam o ciepłej wodzie i o tym, by już nigdy nie jechać autobusem w Indiach. I co? Spełniło się. Podróżowanie po Indiach może być cierpieniem, ale ono ostatecznie mija i o tym się zapomina.
Jaisalmer, widok na fort i miasto, Indie
Jaisalmer, widok na fort i miasto, Indie
niedziela, 18 stycznia 2009, maga-mara

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2009/01/19 16:18:52
Oj, wspolczuje! My podrozowalismy kuszetkami autobusowymi raz, z Goa do Bombaju, bylo ciasno ale calkiem sympatycznie (autobus prywatny), za to w Rajasthanie tez widzielismy taki autobus, ale panstwowy - obrzydliwosc. Sluchanie glosnej muzyki to chyba sposob indyjskich kierowcow by nie zasnac za kierownica. Trzeba im zaufac, inaczej mozna dostac rozstroju nerwowego na tych niebezpiecznych, nieoswietlonych drogach.
-
2009/01/19 21:52:01
Musze przyznac, ze trud samego podrozowania najbardziej mnie zaskoczyl w Indiach. W sumie relatywnie niewielkie dystanse pokonuje sie w tak koszmarnie dlugim czasie. Moze to wszystko wina mitu romantycznej podrozy indyjskim pociagiem, ktory tak mocno zakorzenil sie w Europie Zachodniej.
-
2009/01/26 15:41:37
Bardzo mozliwe, choc to chyba dotyczy glownie spoleczenstwa brytyjskiego. Ja nie mialam wizji romantycznej podrozy i musze przyznac, ze nastawialam sie na gorsze niewygody. Zaskoczona bylam pozytywnie, gdy na moje pytanie, czy w pociagach sa toalety, pani w kasie na dworcu zasmiala sie i wyjasnila, ze sa nawet takie w stylu zachodnim. Choc ja akurat preferuje te indyjskie...
-
2009/02/01 22:11:10
Pewnie tak. Nasłuchałam się w Wielkiej Brytanii historii o tym, jak to się świetnie podróżuje pociągiem po Indiach. Podejrzewam, że Hindusi bawią się nieźle, bo potrafią śpiewać, bawić się z dziećmi, grać w gry i porządnie się wyspać podczas podróży. Są przyzwyczajeni do pociągów, dni w podróży na kółkach, karaluchów czy myszy. Ja nie bardzo, ale to jeszcze nie było takie złe. Najgorsze było zmęczenie psychiczne: w sumie niewielkie dystanse (500-700km) pokonywało się ekspresami po 12-14-17 godzin z niekończącym się opóźnieniem...

Całą aurę podróży podkolorował też w Wielkiej Brytanii film The Darjeeling Limited. Cóż taki pociąg jest pewnie tylko jeden i zwie się Palace on Wheels i kosztuje fortunę. Tylko pewnie niewiele osób o tym wie.
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...