Blog > Komentarze do wpisu

O Paryżu

Ludzie postrzegają Paryż jako miasto miłości bądź miasto świateł, lecz tam, gdzie dostałeś miłość, otrzymałeś też nienawiść, tam gdzie miałeś światło, masz też ciemność.
Mathieu Kassovitz

Przyznam szczerze, że Paryż nie kojarzy mi się momentalnie ani z miłością ani ze światłami (wręcz przeciwnie Londyn nocą, zwłaszcza, jeżeli spoglądam na niego z południowego brzegu Tamizy, wydaje mi się znacznie bardziej rozświetlony, a Wenecja – współczesną mekką kochanków). Dla mnie Paryż to jednoznacznie miasto alabastrowej elegancji i szyku o barwach kości słoniowej. To miasto pełne jasnych kamienic, często szlachetnie nadszarpniętych przez czas – dzieło barona Haussmanna, który autokratycznie centrum przerobił. Mogłabym tymi uroczymi ulicami z radością przechadzać się co dzień! I nie miałabym nic przeciwko przeprowadzce do alabastrowego miasta...

Paryż - panorama miasta

Paryż w piątkowe popołudnie. Widok z Institut du Monde Arabe

Bukiniści nad Sekwaną, Paryż

Bukiniści nad Sekwaną


W Europie artysta nie ma innego domu niż Paryż.

Friedrich Nietzsche

Zresztą nie tylko artysta, ale i odbiorca sztuki! Byłam zaskoczona, kiedy na wystawie prac współczesnych artystek w Centre Pompidou dwie staruszki z cierpliwością i nieukrywanym zainteresowaniem oglądały nawet najbardziej wulgarne prace, kiedy całe rodziny spędzały wolny czas w muzeach, rozmawiając z dziećmi na temat tego, co oglądają, kiedy wreszcie trójka dziadków na ławeczce rozprawiała o wcześniej obejrzanym koncercie. W Paryżu sztukę traktuje się jak chleb powszedni, co szalenie mi się podoba.

Poetyckie metro, Paryż

Poetyckie metro: na ścianach stacji projektowane są cytaty wierszy

Place de Voges, Paryż

Przy lekturze na Place des Vosages


Jeżeli miałeś wystarczająco dużo szczęścia, żeby mieszkać w Paryżu w młodości, to gdziekolwiek pojedziesz Paryż zawsze w tobie zostanie, bo Paryż to uczta, którą można przenosić.
Ernest Hemingway

Ja nie miałam tyle szczęścia. Nie mniej jednak każdy przyjazd do Paryża to wielka uczta, którą później długo wspominam. Z tej nie zapomnę niekończących się spacerów z lewej strony rzeki na prawą, przez ciuchutkie uliczki na wyspach, przemiłego spotkania ze znajomymi, koszernego obiadu u sławnego Pitzmana (na te falafle opłacało się długo czekać!), szybkiej kawy przy barze i wystaw, wystaw, wystaw (artystycznych, sklepowych, knajpowych)...

Kafejka Paryż

 

Instytut arabski, Paryż

Obiad w południe zabija jedną połowę Paryża, kolacja morduje drugą.
Karol Monteskiusz (Charles de Montesquieu)

Mnie już połowa francuskiego obiadu kładzie na łopatki. Nawet zwykły placek z ciemnej mąki z szynką, serem i jajkiem + karafka domowego wina potrafi na dłużej zatrzymać przy stoliku – a co dopiero pełny skąpany w maśle, śmietanie i gęstym sosie obiad! Dlatego w czasie kolacji polowaliśmy zwykle tylko na bagietkę, kawałek sera i butelkę wina, szczęśliwie poddając zmysły najprotszym smakom i zapachom.

Kafejka Paryż

Jadłodalnia na świeżym powietrzu

Ania z herbatą, marokańska knajpa, Paryż

Przy marokańskiej herbacie z miętą i cukrem

W Paryżu wszyscy gapili się na mnie, kiedy mówiłem do nich po francusku. Zupełnie nie udało mi się sprawić, żeby ci idoci zrozumieli swój własny język.
Mark Twain

Mój francuski właściwie nie istnieje, a tę mikroskopijną cząstkę, którą władam, wstyd mi się posługiwać w Paryżu. Pamiętam, że na początku nauki włoskiego nie miałam specjalnych oporów, żeby się o coś zapytać w sklepie, nic z tego nie zrozumieć i próbować dalej. Tymczasem z francuskim tak nie potrafię. W miniony weekend spróbowałam się jednak przełamać i udało mi się samej kupić bułeczkę z makiem w jednej z koszernych ciastkarni w Marais.

Francuski jest językiem, którego bardzo chciałabym się porządnie nauczyć i to nie tylko dlatego, że uwielbiam jego brzmienie. Francuski to też przepustka do mało znanego mi świata afrykańskiej prozy. Oglądając półki z książkami w Institut du Monde Arabe (Instytucie Kultury Arabskiej) widziałam całe masy autorów z Maroka, Tunezji, Iranu czy Iraku, którzy zupełnie nie istnieją w angielskich przekładach.

Kiedy dobrzy Amerykanie umierają, idą do Paryża.
Oscar Wilde

A co z dobrymi Polkami?

***

Wszystkie cytaty są własnymi tłumaczeniami z angielskiego.

wtorek, 09 lutego 2010, maga-mara
Tagi: Paryż Francja

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/02/10 09:48:49
Czekałam na tę notkę, czekałam i się nie zawiodłam :) Świetne cytaty i wspaniałe zdjęcia zalane słońcem, które wprost mi ogrzewa policzki przez ekran. Muszę się z Tobą zgodzić co do sztuki, uwielbiam włóczyć się po muzeach i wystawach dyskretnie podsłuchując co mamy i tatusiowie opowiadają tym szkrabom o tych wszystkich dziełach... I bardzo lubię czytać wiersze w metrze, ponaklejane na ścianach pociągów.
Bardzo podobał mi się cytat Marka Twaina, roześmiałam się. Rzeczywiście we Włoszech nawet znając tylko parę słów, swobodnie się porozumiewałam z ludźmi, Francuzi mają trudności ze zrozumieniem obcokrajowców. Mówi się, że to przez ich złośliwość, ale tak naprawdę ten język jest tak pełen homonimów, że rzeczywiście wymaga precyzji. Ale wszystko dla ludzi. Musisz tylko tu wracać jak najczęściej i zamawiać dużo bułeczek czy czegokolwiek :)
Pozdrawiam bardzo serdecznie!
-
2010/02/10 09:56:07
Polacy idą gdzie chcą ]:-

A tak a propos języków... Ja mam podobny przypadek z niemieckim. Byłam teraz w Wiedniu, rozumiałam co ode mnie chcą sprzedawcy, ale gdy chciałam coś wykrztusić, to była dla mnie męka. Niestety blokada językowa, ot co! Byłam tak poirytowana swoim stanem umiejętności lingwistycznych, że od razu napisałam do mojej przyjaciółki, która jest Germanistką o lekcje przypomnienia niemieckiego. :)

A ja nieśmiało przypominam o łańcuszku ;)
-
Gość: holly, *.fbx.proxad.net
2010/02/10 10:15:40
Dzien dobry,
Bardziej poetycki i romantyczny ten Paryz na zdjeciach niz alabastrowy... Natomiast jeslli chodzi o francuski, to ma on te specyfike, ze zaczyna sie mowic nie od razu, natomiast dosc szybko i duzo rozumiec. Ale gdy zaczynamy po jakims czasie mowic, to jest to juz ladny, elegancki francuski. Przynajmniej ja mam takie doswiadczenia. Natomiast jesli chodzi o nauke, to od kilku dni slysze o znakomitej, nowej metodzie nauki francuskiego na stronie TV5 Monde. Ponoc zostala opracowana przez najlepszych lingwistow... Moze warto sprawdzic?
-
2010/02/10 13:03:25
Magamaro tak właśnie chciałabym móc zwiedzać piękne miejsca ... z tą wiele znaczącą zadumą ... a nie w biegu jak przeciętny turysta.
Z moim francuskim jest tak jak pisze gość holly - dużo rozumiem ... ale pewnie gdybym miała porozmawiać z Francuzem uciekłabym:)
Pozdrawiam i dziękuję za chwile wzruszeń ... jak zawsze:)
-
2010/02/10 13:04:07
mój raj zdecydowanie nie byłby w Paryżu...Ty Wiesz, gdzie, w Grecji, oczywiście...konkretnie na Krecie..........
ogromnie się cieszę, że Twoja podróż okazała się cudowna. Najważniejsze, kiedy nasze oczekiwania się spełniają. To takie piękne....ogromnie się cieszę z tego, że tak było pięknie.
A jeszcze Ci napiszę, że zgłupiałam;) na zdjęciu jesteś podobna do mojej przyjaciółki, tej, której córy "ciotką przyszywaną" jestem, o czym u siebie pisałam i przez chwilę myslałam, że to jej fota a ona nie raz w Paryżu bywa służbowo, więc;)))
-
2010/02/10 13:12:35
Ja też nie miałabym nic przeciwko mieszkaniu w Paryżu. Cieszę się, że wyjazd się udał i jesteś zadowolona :)
-
2010/02/10 14:05:37
@Czaro: Ciesze sie, ze obalilas mit francuskiej zlosliwosci! Brytyjczycy maja gleboki kompleks zwiazany z mowieniem po francusku (i pomimo najwiekszych staran wciaz SA kompletnie niezrozumianymi przez autochtonow ze wzgledu na ich ewidentna wyzszosc :)) Masz racje, francuski wymaga prezycji i trzeba porzadnie wymawiac gloski, inaczej zupelnie nie wiadomo o co chodzi. Ta brytyjska neuroza z pewnoscia i mi sie udzielila. Chodzilam na kurs w zeszlym roku z Anglikami, ktorzy opowiadali o swoich koszmarnych doswiadczeniach konwersacyjnych na kontynencie. Tymczasem prawda jest taka, ze sami wymawiali slowa cudacznie (np. brakowalo w nich "r"), wiec wcale sie nie dziwie, ze mieli problemy z komunikacja. Tylko raz zdarzylo mi sie napotkac Francuza, ktory byl zszokowany, ze nie mowie w jego jezyku. W Burgundii recepcjonista chcial ze mna porozmawiac. Wyjasnilam mu grzecznie, ze jest mi przykro, ale nie mowie po francusku, ze jestem Polka i dopiero sie jezyka ucze. Po czym on wykonal skok z pozycji siedzacej do stojacej i wykrzyknal z wielkim zdziwieniem, ze jak to ja Polka i po francusku nie mowie, a przeciez miedzy krajami sa takie wielkie powiazania. Sytuacja byla dosc komiczna, choc przyznam, jego skok mnie troche przestraszyl (moze to byl skok w czasie z XVIII wieku? ;))

Co do rodzicow opowiadajacych dzieciakom o sztuce: nie bylam w stanie zrozumiec szczegolow tych konwersacji, bylam jednak szalenie ciekawa, co dokladnie im mowia. Ty na pewno wiesz! Rozmowy wydaja sie dosc powazne i mam wrazenie, ze dzieci traktuje sie jak doroslych (w tym sensie, ze nie zbywa sie ich bajkami czy wymowkami, ale mowi sie do nich tak, jakby rozmawialo sie z rownym sobie).

Serdeczne pozdrowionka z bardzo zimnego Oksfordu!

@Hasito: W takim razie ja zamawiam posmiertna droge do Paryza :)

Na marginesie (druga czesc cytatu brzmi "A zli Amerykanie po smierci trafiaja do Ameryki :))

Czy konwersacje z Germanistka pomogly?

O lancuszku pamietam!
-
2010/02/10 14:18:03
@Holly: dziekuje, na pewno warto sprawdzic! Zaraz wyruszam na ich strone. Najszybciej przyswajam ze sluchu, wiec takie internetowe zrodlo byloby najlepsze. A moze moglabys polecic jakas plyte z prostymi pioseneczkami?

@Moni-libri: W takim razie musimy pojsc za rada Czary i czesciej sie przelamywac :) ja do tego poprzysiegam nie zapisywac sie wiecej na standardowy kurs francuskiego w UK, ktory dopasowany jest do najwolniejszego ucznia w klasie (a niektorzy sa tak wolni, ze trzeba godzine czasu spedzac na wyjasnieniu pojecia rzeczownik i przymiotnik...)

@Chiaro: Zatem mam sobowtora! Raczej nie jest to powod do smiechu... Swoja droga jestem wlasnie w trakcie odbarwiania wlosow z ciemnych na wlasne, jasne, wiec moze to mnie uratuje... :)

@Lilithin: Szkoda, ze przenoszenie sie z pracy w jednym miejscu do oddzialu w innym kraju nie jest w moim przypadku takie latwe. Pakowalabym sie od razu :) Serdecznosci!
-
Gość: agness e-czytanka.blogspot.com, 217.153.242.*
2010/02/10 14:21:49
och, miałam to szczęście mieszkać w paryżu wtedy, kiedy właśnie dojrzewałam emocjonalnie. i rzeczywiście tak mam, że wiele z późniejszych doświadczeń odnoszę do tamtego czasu. no i dla mnie tam też była i miłość i nienawiść - obie przetrwały do dziś:) no ale z rajem to bym nie przesadzała...
-
2010/02/10 14:22:38
nie jesteście aż tak podobne, jak się spojrzy, po prostu pierwsze wrażenie było takie, że pomyślałam, "O, K...a!":)
-
2010/02/10 18:01:30
Prawda, ze liczba ksiazek, ktorych sie w ogole nie kojarzy, jest porazajaca w Paryzu? Myslalam, ze w londynskich ksiegarniach mozna natrafic na wszystko, a jednak w Paryzu dostrzeglam, ile jest autorow z Afryki, a takze z Azji (przede wszystkim Wietnamu) zupelnie nie tlumaczonych na angielski! Masochistycznie chcialabym moc to wszystko choc odrobine poznac, ale nie wiem, czy mam sie cieszyc, ze tyle nowych ksiazek przybyloby mi na liste "must read"...

Ja mam z jezykiem troche inaczej. Moge rozmawiac, srednio swobodnie (tzn. moge mowic dosc ladnie, ale powoli i w wieeelkim skupieniu), ale trudno mi czesto zrozumiec, co ludzie mowia. Jak juz kogos dluzej poslucham, to przyzwyczajam sie do jego sposobu mowienia i rozumiem wiecej, ale jak stykam sie z ludzmi z calej Francji, a takze z Francuzami o korzeniach polnocnoafrykanskich, to klapa. Tyle jest w tym jezyku slangu, tyle niedokladnosci w mowieniu, ze na ulicy odnosze porazke. Latwiej mi byloby na sali wykladowej prestizowej uczelni, ale podobnie jest wlasciwie z angielskim. Ten angielski rodem z BBC jest latwo zrozumiec, najtrudniej dogadac sie z chavami :)

Kuchnia to moim zdaniem jedna z najslabszych stron "francuszczyzny". Nie odpowiada mi zupelnie, a dobija mnie kompletnie brak szacunku dla wegetarian (nie mowiac o tych wszystkich muzulmanach, ktorzy w typowej brasserie nic nie moga zamowic). Restauracji etnicznych nie ma tak wiele w Paryzu, a te ktore sa, sa drogie i nie tak dobre jak te w Londynie. Na szczescie zdarzalo mi sie swietnie jest w Marais, wlasnie falafele, szkoda, ze w Londynie nie przyrzadzaja ich z tymi pysznymi baklazanami :)

Do sztuki dzieci francuskie przyzwyczajane sa od najmlodszych lat. Nie ma podzialu na muzea i wystawy dla dzieci i dla doroslych, maly Francuz takze moze docenic Picassa i Matisse'a :) Okres pewnego buntu mozna zaobserwowac u nastolatkow, ktorzy snuja sie czasem grupkami szkolnymi ziewajac calkiem otwarcie i zajmujac sie wszystkim, tylko nie podziwianiem dziel sztuki. Ale szybko ten okres przechodzi jak ospa i dorosli Francuzi az do smierci sa stalymi bywalcami muzeow we Francji i na swiecie.

PS. Czy Twoje zdjecie zostalo zrobione w kawiarni Wielkiego Meczetu?
-
2010/02/10 18:49:58
Och, Paryż! Byłam tam tylko raz, na wycieczce autokarowej i mam nadzieję, że uda mi się kiedyś wrócić we własnym zakresie - na spokojnie zobaczyć wszystko to, co rozpaliło moją wyobraźnię i poczuć jeszcze raz ten klimat... Dziękuję więc za notkę, bo przypomniała mi wszystkie te pozytywne uczucia, jakie miałam w tym mieście.
A przy okazji, śliczne zdjęcie :) Chyba pierwszy raz Cię widzę i wyglądasz po prostu przeuroczo :D
-
2010/02/10 20:18:29
Na razie jeszcze się nie zaczęły, ale jestem na dobrej drodze :)
-
2010/02/10 23:47:37
zajrzalam po naszej rozmowie telefonicznej, w przekonaniu, ze skrobnelas cos o Paryzu, o i sie nie mylilam:) (a nawet nie zapytalam jak bylo!). Dopytam wkrotce;) zdjecia mowia zreszta za siebie, a tego w przekazie ustnym by zabraklo;) Ciesze sie, ze wkrotce znowu sie spotkamy, bo tyle czasu juz minelo, tak niepostrzezenie! x
-
2010/02/11 07:12:32
... ja miałam francuski w liceum, więc byli i wolniejsi i ludzie, dla których francuski był jak drugi ojczysty (ja gdzieś pomiędzy:/) ale faktycznie przełamywać się to najważniejsze. Podobnie było u mnie z angielskim .... kiedy pierwszy raz przyszło mi sie odezwać poza kursami było trochę dziwnie i strasznie .... ale poszło! :)
P.S. Jeszcze chciałam o podobieństwie, no bo jak Chiara już napisała to ja też to zrobię - Magamaro każde Twoje zdjęcie, na którym jesteś przypomina mi zawsze moją znajomą, to jest moje pierwsze skojarzenie - ale coś w tym jest, bo nawet kiedyś mój mąż zaglądając przez ramię akurat wtedy gdy oglądałam Twoje zdjęcia zareagował "O N. zdjęcia oglądasz?" .... nie wiem czy Cię to cieszy czy przeraża:)?
Miłego!
-
2010/02/11 10:20:19
Cóż za piękny przeplataniec zaserwowała nam tutaj Dobra Polka! Aż mi w domu zapachniało Paryżem!

Fajnie napisałaś o sztuce w Paryżu. Ja też chyba nigdzie indziej nie spotkałem takiego zainteresowania sztuką. W tamtejszych muzeach i galeriach rzeczywiście można spotkać mnóstwo tubylców, którzy tam zaglądają ot tak sobie, popatrzeć na ulubione obrazy, nieraz zagadując turystów. To naprawdę nieczęsto spotykane gdzie indziej. Skrajnym przeciwieństwem są tu Włosi, których w ogóle nie obchodzą te skarby, które są wszędzie dookoła. Spotkałem młodych rodowitych Rzymian, którzy nigdy nie byli np. na placu św. Piotra. Akurat pod tym względem Francuzi biją ich na głowę. ;)
-
2010/02/11 11:43:01
Magamaro - następnym razem jak przyjedziesz to będziemy mówić (prawie) tylko po francusku! (a mam gorącą nadzieję, że uda się spędzić jeszcze więcej czasu razem!)Teraz myślę, że Twoja znajomość języka jest po prostu dużo lepsza niż to przedstawiłaś i po prostu dałam Ci się zmylić :) I jestem pewna, że D. jako native chętnie Ci się zrewanżuje za polskie rozmowy cierpliwą konwersacją w języku Moliera!

Swoją drogą jest jakaś niekompatybilność w języku angielskim i francuskim. Francuzi mówią po angielsku... wiadomo ;) ale i Anglicy są jednmi z gorszych mówców francuskich jakich słyszałam ;) (oczywiście to co piszę nie dotyczy Oliviera, ale to jest chyba osobna kategoria;) Coś jest w akcencie, sposobie wymowy, co uniemożliwia płynne przechodzenie z języka na język (i coś niestety o tym sama wiem...)

@Chihiro - z tego co wiem, w Paryżu jest mnóstwo etnicznych knajpek, zaryzykowałabym stwierdzenie, że jest ich więcej i są lepsze niż "typowe" restauracje francuskie (mówię oczywiście o niższych kategoriach cenowych, drogie francuskie restauracje, i nie mówię o tych turystycznych przybytkach to inna bajka). Tu skąd mieszkam blisko jest na Goutte d'or, gdzie tutejsi mieszkańcy gotują tak jak u siebie, w Afryce, często tylko dla swojej rodziny i przyjaciół, są zdziwieni nawet widząc gości wchodzących tak z ulicy ;)
-
2010/02/11 13:46:28
@Agness: szczesciaro! :)) Z drugiej strony dojrzewanie w jakimkolwiek innym duzym miescie bedze wlasnie dojrzewaniem pelnym milosci i nienawisci :)
Paryski raj pojawil sie pol zartem po serio (choc wolalabym jednak za zycia niz po smierci :))

@Chiaro: ...ufff!!!

@Chihiro: Mysle, ze jednak lepiej jest miec do wyboru wiecej (choc od tego glowa moze zabolec) niz mniej ;) Problem polega na tym, ze w UK tak malo sie tlumaczy z obcych jezykow. Gdyby tlumaczylo sie tyle, ile we Francji, to mielibysmy znacznie wiekszy dostep do literatury z bylych brytyjskich kolonii, czy tworcow tych krajow Azji czy Afryki, ktorzy przeniesli sie do Francji. To naprawde wielka strata. Czasami szybciej mozna znalezc cos ciekawego z tych kontynentow po polsku niz po angielsku...

Co do kuchnii francuskiej: najbardziej smakuja mi w niej bezwzglednie slodycze :)) Nie ma lepszych tart owocowych, zawijancow, buleczek, kulek, torcikow i wszelkiego rodzaju innych ciast, ktore nie dosc, ze smakuja bosko, to jeszcze cudnie wygladaja. Lubie tez francuskie crpes i gallettes.

Co do kafejek etnicznych, to przyznam szczerze, ze mialam inne wrazenie. Na lewnym brzegu jest mnostwo miejsc z kuchnia libanska (ktora zreszta bardzo lubie), wszedzie mozna natrafic na miejsca, ktore serwuja marokanskie wspanialosci. Zreszta trafilismy przypadkiem to naprawde niesamowitego miejsca w Marais - kawiarenki z 7 stoikami, w ktorej potrawy gotuje Marokanka - mama wlascicielki i ktore sa naprawde znakomite :) Zreszta wlasnie tam zostalo zrobione zdjecie powyzej :)

@Mandzurio: dziekuje, jestem cala zarumieniona :)
Ja tez pierwszy raz bylam w Paryzu na wycieczce szkolnej, ktora byla dosc nieprzewidywalna i komiczna za sprawa naszej nauczycielki z niemieckiego - Hogaty - ktora miala dosc osobliwe podejscie do poruszania sie po miescie (m.in. paradowala z wielka chusta z wieza Eiffla nad glowa, a w torbie trzymala sloik z upieczonymi kawalkami kurczaka a dodam, ze w tym czasie w miescie byl straszny ukrop... ponadto zwiedzalismy naczczo cala dziesiatke paryskich kosciolow etc etc.

Paryz zdecydowanie najlepiej poznawac na wlasna reke :)

@Hasito: powodzenia!
-
2010/02/11 13:57:23
@Maga-maro, Czaro: Tak, knajpki etniczne sa oczywiscie, jest ich nawet calkiem sporo, ale poprobowawszy zarowno jedzenia wietnamskiego, senegalskiego, marokanskiego i wielu innych kuchni (w roznych dzielnicach, w Goutte d'Or takze) i przechodziwszy Paryz wzdluz i wszerz w dalszym ciagu uwazam, ze nie dorownuja one tym w Londynie. Ani smakowo, ani cenowo. Wiele restauracji tez (tych tanszych albo ze "sredniej polki") dopasowuje tez nieco swoje potrawy do smakow francuskich, bardziej niz zauwazylam to w Londynie. No i nie ma co liczyc na naprawde wysmienite, tanie (to wazne!) indyjskie jedzenie w Paryzu, poza Passage Brady, gdzie i tak serwuja dania tylko z jednego rejonu Indii. Najlepsze restauracje tajskie w Paryzu takze nie spelnily moich oczekiwan. Rozumiem, rzecz jasna, ze historia zadecydowala w duzej mierze, jakie etniczne jedzenie jest serwowane w Paryzu - no i jesli mam wybierac to wole to z bylych kolonii brytyjskich, takie mam preferencje smakowe. I na szczescie za knajpkami w Paryzu nie tesknie :) Ale tesknie do tamtejszych kawiarni, gdzie mozna przesiadywac nawet do poznego wieczora.
-
2010/02/11 14:11:21
@Shyjo: jeszcze mialas wczoraj sile, zeby buszowac po necie? podziwiam! ja bylam juz mocno zmasakrowana (co zreszta pewnie bylo sluchac po glosie), wiec od razu odplynelam :)))

Zatem do zobaczenia! Date potwierdze, jak tylko dowiem sie, czy tesciowa bedzie w tym czasie dostepna. Xxx

@Moni-libri: Jednak przeraza...! :) Nie wiem, co mam o tym myslec. Kiedys na studiach mialysmy z przyjaciolka pomysl, zeby sie sklonowac, co mialo pomoc w przeczytaniu wiekszej liczby ksiazek na egzamin, zwlaszcza z literatury staropolskiej, ktorej stos siegal nam od stop do glow. Ania 1 czytalaby za dnia, a potem sie bawila, Ania 2 czytalaby w nocy, a potem korzystala z dnia... Mam zatem nadzieje, ze to komiczne zyczenie nie stalo sie dla jakiegos zlosliwego chochlika rozkazem... ;)

Swietnie,z e mialas w liceum francuski. W Gdyni bylo tylko jedno liceum, ktore oferowalo ten jezyk a ja przekornie do niego nie poszlam, choc moglam wybrac sie wlasciwie to kazdego (zreszta moje decyzje z tamtego okresu sa bardzo bardzo dziwne).

@Snoopy: Masz wspaniala wyobraznie! Swoja droga, jestem ciekawa, jakie zapachy przychodza Ci namysl, kiedy wspominasz Paryz (pytam z ciekawosci, bo sama od kilku miesiecy nie rozpoznaje zadnych zapachow, czego moj doktor wciaz nie jest w stanie przywrocic do porzadku).

Co do sztuki: masz racje. Wlosi maja zupelnie inne podejscie, inne priorytety (jezeli moge tak sobie ogolnic). Rzymu niestety jeszcze nie widzialam, ale ilekroc jezdzimy do rodziny meza do Wloch na polnocy, zawsze zaskakuje mnie, jak rzadko piekne, artystyczne miejsca sa przez Wlochow odwiedzane. Kiedys pamietam wywolalam straszny poploch w Archiwum Historycznym miasta, kiedy przyszlam, zeby zobaczyc sredniowieczny kodeks, ktorego posiadaniem szczyci sie instytucja i do ktorego obejrzenia zacheca miasto. Okazalo sie, ze bylam pierwsza osoba od roku!!! Panie niemalze z krzesel pospadaly...

@Czaro: Kolejne spotkanie z najwieksza przyjemnoscia. Co do rozmow po francusku to jeszcze zdecydowanie, zdecydowanie za wczesnie! Na razie w miare swobodnie potrafie wykrzesac z siebie "merci" i "bonjour" w towarzystwie i jeszcze dluga dluga droga, zanim pojawia sie cale zdania.

Obawiam sie, ze podobna niekompatybilnosc jest tez w angielskim i wloskim (choc pewnie mniejsza). Nie mniej jednak to, ze Anglicy zwykle dokladaja swoje dyftongi to kazdej mozliwej samogloski (zwlaszcza na koncu wyrazu, wiec zamiast Mi chiamo pojawia sie cos w stylu mi chiamoł), sprawia, ze Wlosi maja ogromne problemy, ze ich zrozumiec. Poza tym wloskie "r" jest bardzo problematyczne.

Oliver, kiedy chce mnie rozsmieszyc, to nasladuje wlasnie taka wymowe wloskiego ze starsznym angielskim akcentem. Przekomiczne! Musi kiedys Ci zademonstrowac ;)

Mowia dla odmiany o kompatybilnosci jezykowej - polsko-wloska jest niemalze wzorcowa jezeli chodzi o wymowe :)

Czaro, do Goutte d'Or nie dotarlismy niestety. Nastepnym razem!
-
2010/02/11 14:21:17
@Chihiro: tak, wszystko zalezy do tego, jakis smakow poszukujesz. Ja uwielbiam kuchnie marokanska, wiec dla mnie Paryz byl objawieniem, bo w porownaniu z Londynem czy Oksfordem, wybor ma znacznie wiekszy (zreszta tutaj zwykle marokanskie knajpki sa prowadzone przez Hiszpanow badz na hiszpansko-mauretanski styl i serwuja sredniej jakosci tapas).

Tak, Paryz jest piorunsko drogi, wiec rzeczywiscie w porownaniu z londynskimi "etnicznymi jadalniami" wypada gorzej.

Jezeli chodzi o indyjskie restauracje w Anglii, to tez mamy do czynienia z pewnym paradoksem, bo znakomita ich wiekszosc (w Oksfordzie chyba wszystkie) sa prowadzone przez ludzi z Bangladeszu a nie Indii.

Z tej calej pogawedki kulinarnej zrobilam sie bardzo glodna! :)
-
2010/02/11 15:54:36
Ja też przypomniałam sobie, że nie jadłam jeszcze obiadu/lunchu/déjeneur (niepotrzebne skreślić;) Rzeczywiście nigdy nie szukałam w Paryżu indyjskiej restauracji, ale fakt, region kolonialno-historyczny nie ten ;) Ale ja też jestem wielbicielką afrykańskich smaków i to mięsożerną (niestety...) więc mam chyba szczęście ;) Swoją drogą, magamaro, musisz mi podać namiar tą marokańską knajpkę, zaraz tam popędzę (choć na razie udam się do własnej kuchni, bo ślinka mi leci...:)
-
2010/02/11 15:59:05
Witam. Zapraszam w wolnej chwili do siebie na bloga. Mam małą niespodziankę:)
-
2010/02/11 16:18:47
@Maga-maro, faktycznie, jesli chodzi o marokanska kuchnie Paryz nie ma sobie rownych (poza Marokiem, oczywiscie) :) W ktorej restauracji marokanskiej byliscie w Paryzu? My kilka razy bylismy w 404 na rue des Gravilliers w Marais, ktora jest wysmienita i bardzo nastrojowa. Ale dla mnie kuchnia polnocnej Afryki jest troche zbyt mdla.
Jesli chodzi o indyjska kuchnie, to na Brick Lane np. wiekszosc restauracji jest prowadzona albo przez ludzi z Bangladeszu albo z Pakistanu, co srednio mi odpowiada. Obok nas jest bardzo dobra (i bardzo tania) restauracja bengalska i mimo zenie chodzimy tam szczegolnie czesto wlasciciel wita nas zawsze i zegna usciskiem dloni i dopytuje, co u nas slychac (ma niewiarygodna pamiec do twarzy i faktow z zycia!). Ale generalnie sporo jest tez restauracji indyjskich serwujacych dania z poludnia Indii czy innych rejonow, a przede wszystkim - konkretnych rejonow, a nie ogolnie "indyjskich". Podobnie jest w Londynie z kuchnia chinska. Sa restauracje kantonskie, serwujace kiepska chinszczyzne, ale sa tez restauracje z daniami kantonskimi, pekinskimi, a nawet te serwujace dania ujgurskie (ktore chcialabym kiedys sprobowac, bo Chinczycy muzulmanie moga oferowac cos szczegolnego, nowe smaki, ktorych jeszcze nie znam).

Co ciekawe, nawet Afryka (po polsku jest takie niezbyt fortunne okreslenie "czarna Afryka", ja wole angielskie "sub-Saharan") jest kulinarnie bardzo podzielona. O ile w Londynie nie ma problemu, by posmakowac dan somalijskich, nigeryjskich, etiopskich czy z Ghany, o tyle w Paryzu przewaza kulinarnie Senegal i Mali, a kazdy z tych krajow oferuje inne dania i smaki. Mnie tez bardziej odpowiadaja te, ktore sa popularniejsze w Londynie, bo w potrawach jest wiecej warzyw i wiecej dan nadaje sie dla wegetarian niz z kuchni senegalskiej i malijskiej, ale najwazniejsze to, jak bardzo historia kolonialna ma wplyw na uksztaltowanie kubkow smakowych Francuzow i Anglikow :) Ciekawy temat :)
Ach, o jedzeniu moge gadac godzinami :)))
-
2010/02/11 17:11:41
Magamaro, prawdziwy Paryż wyprowadził się na jego przedmieścia. 30 lat na to potrzebował - ale się wyprowadził. . To co pozostało w obrębie périphérique - to niestety w przeważającej części piękne dekoracje dla turystów. I miejsce pracy dla wielu. Jeśli chcesz pooddychać naprawdę paryskim powietrzem wsiądź w metro i pojedź do np. do Levallois-Peret. Wysiądź na przykład na Anatole France. Tam już nie ma turystów a jedzenie jest prawdziwe. Może nie tak poetycko i pięknie - ale za to prawdziwie. Albo wybierz się do Saint-Ouen (M: Garibaldi) i pospaceruj tamtymi uliczkami.

Ja tam zawsze się wybieram, gdy chcę pooddychać Paryżem. I mieć inne wspomnienia niż miliony przepędzane przez Montmartre i Marais. .Taki był on kiedyś, gdy jeszcze był żywym organizmem, a nie mitem podtrzymywanym dla turystów.

A w ogóle, to nawet jako piękna dekoracja - jest to niezwykłe miasto. Chociaż potrafi być również okrutne.
-
2010/02/11 17:56:05
@Telemachu - sugerujesz, że "prawdziwy Paryż" to są tylko smutne (choć skądinąd noszą miano "kolorowych") przedmieścia? A co na to mieszkańcy intra muros, którzy żyją w tych "dekoracjach", nie tylko pracując (a często właśnie wyjeżdżając do pracy poza miasto), ale robiąc zakupy, chodząc na basen i do kina, jak wszyscy normalni ludzi na świecie? To trochę jak powiedzieć, że żeby poznać prawdziwy Kraków, trzeba pojechać do Nowej Huty, bo na Rynku zostali sami turyści...
-
2010/02/11 22:25:08
nie wiem czego bardziej zazdrościc: swietnej wycieczki czy tego, ze udało ci sie na kilka dni uwolnic od zimy! A z francuskim zmagam sie juz trzeci rok, niestety ciagle z miernym skutkiem. I tylko od czasu do czasu pukam sie w głowe, ze gdybym czas spędzony w necie przeznaczyła na nauke jezyka, to juz bym parlała, że ho ho.
-
2010/02/11 22:50:23
Czaro, ja nic nie sugeruję.chociaż żeby zobaczyć prawdziwy Kraków warto jednak opuścić rynek i przemierzając Kazimierz udać się na Pogórze. Nie sądzisz?

A z tymi paryskimi "intra muros" bym nie przesadzał. Są przedmieścia i przedmieścia. Te które poleciłem mają XIX wieczną zabudowę i klimat Paryża, który jest dla siebie a nie dla tych kilkunastu milionów zwiedzaczy którzy spoceni maratonem przez muzea muszą jeszcze zdążyć na schody Sacre Coeur. Naturalnie, że w XV dzielnicy ci sami mieszczanie od siedmiu pokoleń zamieszkują. Ale reguła jest niestety taka, że śródmieście Paryża to tłumy turystów przyglądających się innym turystom. A czasami ulicznym artystom przybyłym dla obsługi turystów z daleka.

Nie wysyłałem Cię przecież do La Défense :-)
Chociaż też ciekawe. I bez turystów.
-
2010/02/12 09:22:55
Wiesz Telemachu, co mnie dziwi? To chyba słowo "prawdziwy". Dlaczego np. krakowskie Podgórze miało by być bardziej prawdziwe od nie wiem, Placu Szczepańskiego czy Salwatora? Każde miasto ma wiele twarzy, tę upodobaną przez turystów, i tę gdzie rzadziej oni zaglądają. Tu gdzie mieszkam, jest pięć minut do słynnego Moulin Rouge, gdzie turyści fotografują się non stop, w dzień i w nocy. Jednak te pięć (może 3?) minut robi różnicę, mało kto skręca tutaj, a bary i bistra na naszym placu są uczęszczane głównie przez stałych bywalców. Ale wcale nie uważam, że boulevard de Clichy jest mniej "prawdziwy", jest po prostu inny, ale tak samo wpisuje się w codzienność Paryża. I to, że często ktoś mnie prosi o cyknięcie fotki na tle czerwonego młyna, raczej tego nie zmienia.
Każde miasto ma wiele twarzy. Dzielnice o których piszesz mają swój urok, ale nie są już de facto samym Paryżem, są odrębymi miasteczkami ze swoim własnym klimatem. Podobnie jak Wieliczka nie jest Krakowem ;)
-
2010/02/12 10:27:45
Telemachu, alez Piata Dzielnica i Marais sa tak samo paryskie jak Goutte d'Or czy wszelkie przedmiescia! Wszedzie mieszkaja Francuzi, sama mieszkalam w Marais przez kilka miesiecy, niemal przy Place de la Republique i codziennie widywalam przede wszystkim Paryzan, a nie turystow (i moimi sasiadami tez byli Paryzanie, trudno, by bylo inaczej). Kazde miasto ma wiele twarzy, jak napisala Czara, ani Montmartre ani Marais nie sa mitami, a jesli ktos osmielilby sie te dzielnice tak nazwac, to "mity" sa podtrzymywane przede wszystkim przez samych mieszkancow, ktorzy zwyczajnie lubia tam mieszkac, chodzic do barow i robic tam zakupy.
Problem powstaje, gdy miasto kurczowo trzyma sie swego wizerunku sprzed ilus tam lat i opiera sie zmianom. Jednak wiekszosc, nawet Paryz, pozwala przybyszom zmieniac swe oblicze. Popatrz na historie Marais chocby, ile ta dzielnica przeszla i w jaki ciekawy sposob sie zmienia. Poczytaj o historii Bastille, Goutte d'Or, te dzielnice wciaz zyja. Popatrz na japonskie fragmenty Szostej Dzielnicy - to tez sa zmiany, ktore zaszly w ostatnich kilkunastu-kilkudziesieciu latach.
Co to jest klimat Paryza? Czy to cos, do czego dostepu nie maja imigranci i ich dzieci? - bo to sugerujesz lekko. Ani XIX-wieczna zabudowa ani fakt, ze gdzies mieszkaja Paryzanie od pokolen nie zmienia faktu, ze w innych dzielnicach (i w Defense i w okolicach parku Buttes Chaumont) jest tak samo parysko. Twoje argumenty przypominaja mi nieco, niestety, poglady gloszone przez konserwatystow w debacie "Co to znaczy byc Francuzem?"...
-
2010/02/12 13:23:06
chihiro2

"Twoje argumenty przypominaja mi nieco, niestety, poglady gloszone przez konserwatystow w debacie "Co to znaczy byc Francuzem?"..."

Poważnie? Zawstydzasz mnie. Jak tak dalej pójdzie wyląduję z Jean-Marie LeP. w jednym łóżku. A zawsze się dziwiłem, jak to się może komuś przydarzyć. ;-)
Sam przez nieomal całe moje życie byłem wszędzie tam gdzie żyłem imigrantem. Pewnie już tak zostanie. Co nie jest takie najgorsze.

Ale poważniej. Wiesz, ja kocham Marais. Moje (na pewno subiektywne) spojrzenie na Paryż wynika z tego że na przestrzeni ostatnich 30 lat mieszkałem w nim kilkukrotnie przez pewien czas - widząc za każdym razem, jak odchodzi to co pokochałem, co mnie zafascynowało, co było częścią duszy tego miasta. Muszę uważać, aby nie skonserwatywnieć i nie zgorzknieć - bo z całą pewnością powstało nowe którego ja w swym nostalgicznym daltonizmie nie dostrzegam. Mit podlega przecież ewolucji - niezależnie od mojego nastawienia. Akurat powstaje pewnie coś, co za 20 lat będzie odchodzić (ku rozpaczy innych).
Również pojęcie "prawdziwy" jest w tym kontekście - jak słusznie zauważyłaś - zabarwione subiektywnie i wynikaj to z dyktatu nostalgii. Muszę przyznać. Nowe jest z pewnością równie prawdziwe jak to co odchodzi.
Nie chciałem niczego nikomu narzucać - jedynie podzielić się refleksją o tym, gdzie można odnaleźć jeszcze ślady tego, co uczyniło Paryż tym czym jest. Ale czy koniecznie trzeba?

Refleksje te zapoczątkowało pewne paryskie przeżycie, które wyzwoliło we mnie ciąg myślowy. Otóż w maju 1998 roku siedziałem na tarasie Café de Flore. Wokół mnie rozbrzmiewał angielski i trochę rosyjskiego. Na nieomal WSZYSTKICH stolikach leżał przewodnik Lonely Planet. Taras sąsiedniego Les Deux Magots okupowany był przez Japończyków. Część siedziała, reszta stała w długaśnej kolejce - aby sobie zrobić zdjęcie przy stoliku. Po Boulevard Saint-Germain defilowali przed nimi inni turyści i przyglądali się siedzącym.

I pomyślałem sobie wówczas: jak złudne są doświadczenia i przeżycia tych ludzi, którzy przebyli taki szmat drogi w pogoni za tym czego już (dawno) nie ma. I jak wątpliwą wartość mają zrobione przez nich zdjęcia.Dokumentują one przecież zmiany wywołane ich przybyciem. Przyjechali zwabieni mitem autentyczności - poznać mogą jednak miejsca, które przez ich obecność nie są już tymi samymi miejscami. Są zdegradowane do roli Disneylandu. Od tego czasu zastanawia mnie to. Bo - jeśli być szczerym - to ja również przyczyniam się swymi podróżami do tego, że miejsca (jako takie) stają się kulisami dla odwiedzających. Odwiedzających i szukających "autentyczności".

Chihiro, dziękuję za ten prysznic. Był potrzebny.
Moc pozdrowień z imigracji
t.
-
2010/02/12 13:26:38
Czaro, odpowiedź dana Chihiro jest również odpowiedzią na Twój komentarz. Podziękowania i pozdrowienia też wspólne.

A autorce - korzystając z okazji - pragnę podziękować za ten wpis. Pozwolił na wymianę myśli z której skorzystałem. :-)
-
2010/02/12 14:31:48
Drogi Telemachu, nie zamierzalam Cie urazic ani wytknac niekonsekwencji w mysleniu, jedynie podsunac nieco inny punkt widzenia niz Twoj. Doskonale rozumiem, ze jesli ktos odczuwa nostalgie za Paryzem z pewnego okresu czy epoki ten bedzie w duchu przeciwstawial sie zmianom, ktore w koncu sa konieczne i dzieja sie, czy tego chcemy czy nie. A jak nie przeciwstawial, to przynajmniej beda go te zmiany smucic. Ach, ja tez bym chciala, by w Cafe de Flore biedni poeci pisali swoje wiersze i odapalali jeden papieros od drugiego. Chcialabym, by pewne obrazy, ktore znam z filmow ("Do utraty tchu" chocby) mialy swoje odzwierciedlenie w rzeczywistosci. Kazdy z nas marzy o zachowaniu pewnego wizerunku swiata na zawsze... Tylko ze tamten Paryz byl prawdziwy kiedys, teraz inny Paryz jest rzeczywistoscia. A raczej - kilka jest Paryzow :)

Jesli chodzi jednak o turystow, to mam wrazenie, ze oni nie poszukuja "autentycznosci", ale pragna potwierdzenia swojego mitu. Chadzaja trasami, ktorymi prowadzi ich przewodnik, jadaja w knajpkach, ktore sa zachwalane i polecane. Wiele osob, zwlaszcza z daleka, przybywa do Paryza na krociutko (modne sa w USA podrozy typu "Europa w trzy tygodnie" - zreszta przy ich ustawowych 10 dniach urlopu w roku trudno pozwolic sobie na dluzsze wakacje), sila rzeczy widza tylko te najbardziej znane miejsca. Ja tez za pierwszym razem "zaliczylam" atrakcje turystyczne, pozniej zobaczylam te mniej znane miejsca, a jak pomieszkalam w Paryzu pol roku, to nawet moja stopa ani razu nie postala na Champs Elysees.
Wiesz, spotkalam Amerykanow w Paryzu, ktorzy czubka nosa nie wychylili poza Montmartre i Dzielnice Lacinska. Amerykanie zreszta to osobna para kaloszy, wielu z nich nie lubi spacerowac albo nie ma tego nawyku, bo w wiekszosci miast amerykanskich ludzie poruszaja sie samochodem. Paryz idealnie nadaje sie do flaneurowania, ale jesli ktos nie umie spacerowac, jesli kogos bola nogi po godzinie marszu, ten nie doceni i nie zobaczy calego piekna i calej roznorodnosci, ktore Paryz oferuje. Spedzajac w stolicy Francji trzy dni i bedac niemal pewnym, ze nie bedzie okazji, by to miasto odwiedzic ponownie, szuka sie miejsc znanych, otoczonych slawa, bedacym juz mitem - o autentycznosci sie nie mysli. Wycina sie wszystko to, co nie pasuje do obrazka, nie zwraca uwagi na tlumy turystow, zebrakow i Paryzan o innym kolorze skory niz bialy. Amerykanie zwlaszcza do perfekcji opanowali korzystanie z mozgowego Photoshopu, takie mam wrazenie...

Pozdrawiam Cie Telemachu serdecznie i mam nadzieje, ze prysznic nie byl zbyt zimny :) Moge zapytac, gdzie mieszkasz?
-
2010/02/12 14:53:51
:)
-
2010/02/12 14:55:09
Powinnam tu czesciej zagladac :) Nie zawsze mam jednak mozliwosc.

@Telemachu, odnosnie Twojego pierwszego komentarza: po przeczytaniu od razu chcialam zapytac, jak definiujesz "prawdziwy Paryz", ale wlasciwie na to juz odpowiedziales w pozniej. Przyznam szczerze, ze lazac z lewego brzegu do Marais i okolic, nie widzialam ani tlumow turystow (wyjatkiem jest oczywiscie Wyspa z katedra Notre Dame), ani nie mialam poczucia, zeby paryzanie sie stamtad wyniesli. Jezeli polazisz teraz i popatrzysz, ile wieczorami pali sie swiatel w haussmannowskich mieszkaniach (a paryzanie do tego nie lubia sie zaslaniac firanami/zaslonami, wiec mozna tez pogladnac, jak spedzaja wieczory), to sa to wciaz bardzo zywe dzielnice. Nie bylam w okolicach Louvre'u ani dalej na Montmartre, ale moge sobie wyobrazic, ze tam moze byc ciemniej :)

Sa miasta, w ktorych srodmiescia sa zupelnie wygasle, za dnia odwiedzane przez przyjezdnych a wieczorem martwe (na przyklad takie potrafi byc gdanskie Stare Miasto czy historyczne centrum Lozanny). Paryskie srodmiescie takie jednak nie jest. W Londynie znajdziesz pewnie wiecej miejsc w tzw. centrum, ktore naleza nie wiadomo do kogo, stoja zupelnie nieuzywane (jak okolice Strandu czy Covent Garden, choc tam powodem nieuzytku jest to, ze kamienice posprzedawane byly na tzw. biura. Zreszta w jednym z nich kiedys pracowalam. I owszem Covent Garden jest pewnie jednym z najczesciej odwiedzanych przez turystow miejsc w Londynie. Nie mniej jednak, mozna pokonac tam tlumy i znalezc naprawde ciekawe miejsca: waskie przesmyki, pozostalosci po dawnej zabudowie, ktore jakims cudem przezyly Wielki Pozar, przebudowe, nagly rozrost miasta. Poza tym mozna zajsc Royal Opera House od tylu, podpatrzec zjawiajacych sie spiewakow czy muzykow, pojsc dalej do dzielnicy masonow i z ciekawoscia podpatrzec, co maja w sklepach i co dzieje sie w ich swiatyni).

Ta dluga dygresja chce powiedziec tylko tyle, ze warto ogladac srodmiescia, bo one, wbrew pozorom, sa ciekawe. Wszystko jednak zalezy od tego, jak sie szuka.

A wracajac do Paryza, to bardzo lubie haussmannowskie srodmiescie, przestrzenie wypelnione podstarzalymi, eleganckimi kamienicami, w ktorych okna czy drzwi mozna wgapiac sie bez przerwy. Marais jest oczywiscie jeszcze ciekawsze, bo ono wybronilo sie w duzej mierze od eksperymentu barona i lazenie tam, napotykajac na kawalki sredniowiecznych czy pozniejszych kamienic, jest bardzo ciekawa wycieczka.

Nie znaczy to wcale, ze nie wychylam nosa poza srodmiescie. Wrecz przeciwnie. Tym razem przyjezdzajac do Paryza, myslalam, ze poszukiwania miejsca, gdzie mieszal i gdzie umarl Wilde zaprowadza mnie gdzies na peryferia. Tymczasem Oscar, choc bez grosza, znalazl przyjazna dusze we wlasciecielu Hotel d'Alzace, zaraz przy Francuskim Instytucie i tam mial swoj ostatni dom. Tym samym daleko sie nie przemiescilismy.

Dziekuje serdecznie za polecone adresy. Skorzystam przy nastepnej sposobnosci (mam nadzieje, ze na takowa nie bedzie mi trzeba dlugo czekac). Czy to bedzie trasa sladami Telemacha? :)

Serdeczne podziekowania dla Czary i Chihiro. I pozdrowienia dla wszystkich tu zagladajacych :)
-
2010/02/12 15:12:08
Telemachu, ach, jeszcze maly komenatrz odnosnie Twojego doswiadczenia z maja '98, bo napisales o pewnej wspolczesnej zmorze, jaka jest przewodnik Lonely Planet. Masowy sukces tego przedsiewziecia, ktore w swym zalozeniu bylo moze ciekawym pomyslem (przewodnik pisany przez mieszkajacych w danych miejscach, badz innych podrozujacych), sprawil, ze jest on przyczyna zaglady wielu miejsc, ktore kiedys mialy swoj urok i do ktorych przez przypadek mozna bylo trafic, a ktore teraz oblegane sa przez tlumy = traca/stracily swoj charakter. Zobaczylam to w calej swojej okropnosci w Indiach, gdzie wybor spedzenia wieczoru w miejscu opisanym w Lonely Planet oznaczal znalezienie sie w drogim przybytku, w ktorym nie bylo ani jednej osoby miejscowej, a tylko i wylacznie inni zwiedzajacy. Dlatego dzisiaj, podrozujac, nalezy sie upewnic, ze nie ma sie z soba przypadkiem LP.
-
2010/02/12 15:24:42
Magamaro - zapewniam Cię, że i na Montmartre nie jest ciemno w okolicznych oknach. Zresztą i tam, nawet w samym epicentrum turystycznego sezonu latem, jeśli się ominie kilka uliczek i dziedziniec Sacre Cur można znaleźć wytchnienie i Paryżan wylegujących się na trawie na skwerku, gdzie turyści już nie trafiają.
Marais natomiast jest dzielnicą bardzo "trendy" i taką się stało bodjaże w ostatnim dziesięcioleciu więc choć może przed Hausmannem się uratowało, to jednak przed komercjalizacją nie i fakt, że na mieszkanie tam mogą sobie pozwolić najbogatsi, bardzo często - Amerykanie (mówię tu o ścisłym Marais w quatrieme).
Bardzo chciałabym się powłóczyć z Tobą po Paryżu, jaki ja uwielbiam, tym biedniejszym i brudniejszym, mniej "alabastrowym" jak piszesz, ale bardzo kolorowym, nie tylko ze względu na wszystkie kolory świata mieszkańców ;)
Co do Lonely Planete - zgadzam się w stu procentach. "Dzięki" temu przewodnikowi znalazłam się w Cinque Terre niedaleko Genui w najdroższym pensjonacie tamtej części Wybrzeża z samymi Anglikami przy stole w stylowej jadalni... ;) Ja podróżując staram się zabierać tylko polskie przewodniki, bo gdy bierzemy np. "Le petit futé" możemy być pewni, że w polecanych restauracjach będą tylko... Francuzi ;)
-
2010/02/12 15:51:23
A ja bede bronic przewodnikow Lonely Planet. Od lat korzystam niemal wylacznie z nich i wiele dzieki nim odkrylam, przede wszystkim miejsc, do ktorych chodza glownie miejscowi. W Indiach trafialam dzieki temu przewodnikowi do typowych knajpek, gdzie nawet menu nie bylo po angielsku (albo w ogole menu nie istnialo), do ktorych zaden turysta nie zaglada. Ale wiekszosc turystow przewodniki czyta w poszukiwaniu najpopularniejszych miejsc, atrakcji turystycznych itp., a ja czytam od deski do deski kilka razy, zaznaczajac dokladnie, co chce zobaczyc, gdzie zjesc i gdzie zajsc. Dzieki temu nawet w bardzo znanych miastach, jak wlasnie w Paryzu, udawalo mi sie chadzac do miejsc, do ktorych turysci nie chadzaja. Przez lata nauczylam sie rozpoznawac styl pisania LP i wiem, co mi bedzie odpowiadac w danym miescie, wiem jaki tekst skrywa ciekawe dla mnie dzielnice (szczegolnie jesli pisza, ze gdzies nie ma nic ciekawego, to wlasnie tam na pewno sie wybiore :)).
Nie mowiac juz o tym, ze uklad rubryk w LP bardzo mi odpowiada i lubie ich podzialy. Choc w Paryzu mialam takze przewodnik Time Out, ktory bardzo sobie chwale - jednak te przewodniki sa na dluzsze pobyty i mimo ze zawieraja duzo ciekawych tresci, to ich rozklad nie jest tak czytelny, by moc szybko cos znalezc. Aha - zaleta LP jest olbrzymia liczba rekomendowanych restauracji, sklepow, hoteli, a szczegolnie z restauracjami cenie to sobie u nich, ze w kazdej dzielnicy danego miasta zaznacza przynajmniej jedna wegetarianska czy taka niemainstreamowa (co jest standardem w przypadku innych przewodnikow, ze nastawiaja sie przede wszystkim na kuchnie lokalna, a ja w Paryzu chcialam uciec od lokalnego jedzenia; w Indiach zas chcialam poznac knajpki nieturystyczne i swietnie mi sie to udawalo, nawet w tak turystycznych miastach jak Mumbai).
-
2010/02/12 16:27:20
Paryż... Nie byłam... Ale polecam coś niezwykłego do poczytania "Paryskie pasaże" Krzysztofa Rutkowskiego. To opowieści o życiu Paryża dawniej i obecnie. Historia i kultura... "(...) ci, którym Paryż nie jest obojętny, bo Paryż widzieli lub o Paryżu marzą, powinny pogrążyć się w 'Pasażach' jak we śnie..." - to z noty wydawcy.
Pozdrawiam :)
-
2010/02/12 20:37:41
@Chihiro:
Chihiro, możesz, naturalnie. Tyle tylko, że ja nie wiem za bardzo co odpowiedzieć. Obecnie mieszkam (przeważnie) w Berlinie. Ale to już trzeci kontynent (i nie wiem który kraj) w ostatnich trzech dekadach. Tak że może się znów zmienić. :-)
@Magamara: co do LP - całkowita zgoda. Gorsze są tylko - opisy tzw. "ciekawych i nieodkrytych jeszcze przez turystów miejsc". Szczególnie gustują w tym czasopisma kobiece i lifestylowe.
100% gwarancja że uroczy, zapomniany przez świat zakątek zamieni się w blokowisko dla turysty masowego.
-
2010/02/13 02:32:07
Paryz to dla mnie miasto sprzecznosci, w ktorym przyszlo mi spedzic kilka lat mojego zycia. Mieszkajac tam nienawidzilam i kochalam to miejsce. Teraz wspominam z sentymentem. A jesli pojedziesz tam jeszcze raz, to w cukierniach-piekarniach na Marais uzyj jezyka polskiego :). Sklepiki prowadzone sa przez Zydow pochodzenia polskiego. Kupowalam tam przepyszna chalke!
-
Gość: Bernadetta Darska, *.olsztyn.mm.pl
2010/02/13 12:33:15
Zapraszam na mój blog po wyróżnienie. :)
-
2010/02/14 20:21:37
@Peek-a-boo: dziele sie w bolu i czasami marze, zeby odcieli mi internet :)

@Czaro: z najwieksza przyjemnoscia sie z Toba powolczce! dostalismy od Joanny program roku rosyjskiego w Paryzu, wiec moze, moze w tym kontekscie nadazy sie pretekst do kolejnej wyprawy :)

O kolorach miasta/miast (zabudowy) chcialabym jeszcze napisac. Moze sie uda w tym tygodniu.

@Chihiro: To, ze w tych miejscach, o ktorych Lonely Planet mowi, ze sa nieciekawe, znajdujesz interesujace rzeczy, wlasciwie tylko potwierdza moj argument - tam jest ciekawie, bo do tych miejsc wyniesli sie ci, ktorzy jeszcze do niedawna uczeszczali do innych lokali, ale musieli z nich zwiewac przed masami turystow po publikacji LP :)

Dwoch rzeczy najbardziej nie lubie w LP. Przede wszystkim tego, ze pod plaszczykiem "alternatywy" promuje masowy turyzm. Wystarczy spojrzec na sama liczbe nakladow przewodnikow wydawanych w UK a potem przemnozyc to przez liczbe wiekszosci krajow Europy Zachodnie i Ameryki ( z tymi samymi przewodnikami podrozuja przeciez i Anglicy, i Wlosi, i Kanadyjczycy i Amerykanie), a ma sie przed oczami cala skale zjawiska.

Druga rzecz to sam jezyk - niecierpie ich marketingowego zacieca, ktorym staraja sie wszystko sprzedac (sprzedac w szeroko pojetym tego slowa znaczeniu - wlasnie jako "alternatywe", "prawdziwe doswiadczenie", etc.)

@Sylwia: dziekuje za polecenie. Przyjrze sie tej publikacji. Poki co zatapiam sie w "Sentymentalnej edukcji" Flauberta :)

@Duo.na: dzieki za wskazowke. Tak, widzialam, ze nazwy ciastek czesto sa polskie (np. sernik), ale nie zdawalam sobie sprawy, ze mlode pokolenie potrafi mowic po polsku. Chalki rzeczywiscie sa cudowne!

@Ine-zzz, Bernadetto: serdecznie dziekuje! Zupelnie mnie zaskoczylyscie!
-
2010/02/22 12:57:29
Maga-maro :) Ciekawa notka o Paryżu. :) Nie spędziłam w tym mieście szczególnie wiele czasu. Dwa tygodnie raz w życiu, podróżując autostopem. Ale to było bardzo intensywne i szalone 2 tygodnie, z próbą obejrzenia "wszystkiego", podróżami na gapę paryskim metrem i włóczenia się do później nocy ulicami. Spaliśmy na niewielkim polu campingowym tuż nad Tamizą i za płotem malowniczo toczyła wody rzeka. Paryż mnie zaczarował, paryżanie raczej zniechęcili. Kiedyś pisała o tym Chihiro, że łatwiej natknąć się na sympatycznego obcokrajowca niż rodowitego paryżanina. Nie znałam wtedy jeszcze języka francuskiego i dogadywanie się w języku angielskim nastręczało kłopoty. Niemniej, nie jakieś szczególnie wielkie. Wspominam mile :))) I chętnie bym kiedyś do Paryża wróciła.
Ślicznie wyszłaś na zdjęciu. :) Przeuroczo :)))))
-
2010/02/23 06:01:16
Nie można wszystkich przewodników Lonely Planet wsypywać do jednego worka!
Są pisane przez różnych autorów i na różnym poziomie. W jednym kraju się sprawdzają, w innym zaś nie bardzo... ect.
Jeśli chodzi o mnie, to ja mam bardzo dobre doświadczenia jeśli chodzi o rekomendacje z LP, trafiłem dzięki nim do wspaniałych miejsc - i wcale nie wiązały się one z tak pogardzaną teraz przez wszystkich masową turystyką.

Ja nie chciałbym odnosić takiego wrażenia, że ktoś pogardza tym przewodnikiem tylko daltego, że nie chce być identyfikowany z całą tą "hałastrą" zwaną masowym turystą. Pachnie mi to niestety dość ordynarnym snobizmem a może i po prostu chęcią wywyższenia się ponad "gawiedź" (no bo przecież jesteśmy lepsi, niż ta cała turystyczna tłuszcza, prawda?)
Nie zapominajmy, że kiedy staliśmy pod wieżą Eifla, czy wchodziliśmy do katedry Notre Dame, to sami także byliśmy owym "masowym turystą".

-
2010/02/27 13:04:03
@Logosie: Moje powody, dla ktorych nie lubie tej serii przewonikow, wymienialam powyzej. LP nie sprawdzil sie w moim przypadku ani w Indiach, ani w NY, ani w Europie, wiec przyzam szczerze, ze trudno mi w tej chwili nie uogolniac, trudno mi tez miec sile i chciec sprobowac dac mu jeszcze jedna szanse (pomijajac fakt, ze nie dalabym rady tez przejsc przez ten sprzedazowy jezyk).

Faktem jest, ze LP jest przewodnikiem globalnym, sprzedawanym w ogromnych nakladach na calym swiecie, wiec jest czescia masowej turystyki (ile tysiecy, milionow osob wykonuje dokladnie te same trasy, zamiast zboczyc z wytyczonego przez LP kursu i odkryc cos na wlasna reke?). Natomiast reklamuje sie LP jako cos, co oferuje miejsca 'far from the madding crowd", co jest, moim zdaniem, nieporozumieniem i temu wizerunkowi jestem przeciwna. I nie jest to z pewnoscia oznaka zadnego snobizmu, a tym bardziej ordynardego. Wszak nie chodze i nie zachecam do podrozowania z Michelin guide i jedzenia w najdrozszych restauracjach (nb Michelin jest znacznie gorszy od LP). Boli mnie to, ze tyle osob zdajac sie calkowicie na przewodnik, zabija w sobie chec poszukiwania, idzie latwo sprawdzonymi szklami, wie dokladnie, czego sie spodziewac. Nie czuje jednak w tym momencie zadnej wyzszosci. Zle to postrzegasz. Dlatego uwazam, ze zwlaszcza w Europie do ekspolracji wystarczyc potrafi mapa i "koniec jezyka za przewonika". Na innych kontynentach jest trudniej, bo przeszkoda jest jezyk (ktorego litery nawet trudno odczytac) nie mowiac juz o problemach w rozeznaniu terenu zwiazanych z brakiem planu, labiryntem uliczek bez nazw etc etc.

@Porcelanko: Wyprawa brzmi przednio! Czasami stukam sie w glowe, czemu sama tak nie wykorzystalam nastoletnich wakacji. Paryz jest miastem, w ktorym, moim zdaniem, najlepiej wloczyc sie ulicami.
Dziekuje za komplement - rumienie sie niesmialo :)
-
2010/02/27 21:41:40
Magamaro, niepotrzenie moje uwagi ow związku z Lonely Planets odniosłaś do siebie. Nie miałem na uwadze Ciebie, ani żadnej konkretnej osoby, a krytykę tych przewodników ze strony ludzi, którzy z turystyką "masową" nie chcą mieć nic do czynienia.
A siła rzeczy, kiedy się jest w jakimś znanym miejscu (jak np. pod Taj Mahal, czy w Machu Picchu), to również jest się "masowym" turystą.
(Prawdę mówiąc, to denerwuje mnie czasem ten snobistyczny odruch wielu ludzi, by - broń Boże - nie być posądzonym o to, że się "chodzi stadnie", żeby za wszelką cenę odróżnić się od całej tej "turystycznej tłuszczy")

Nie lubię też kiedy coś się odrzuca z zasady, bowiem często taka postawa kierowana jest uprzedzeniem allo stereotypem.
Jeszcze raz powtórzę więc, że nie można przewodników LP wrzucać do jednego worka, bo one między sobą się różnią.

Ja również, kiedy jestem w Europie, zwykle nie używam tych przewodników (o Stanach nie wspominam, bo tu właściwie żadne przewodniki już nie są mi już potrzebne, bowiem w latach 90-tych sam, przez 8-9 lat, pracowałem tu w charakterze pilota i organizatora wycieczek, publikowałem też swoje teksty w prasie - np. w ramach własnego cyklu pt. "Krajobrazy, ludzie, zdarzenia - wędrówki po Ameryce". Branża turystyczna jest mi więc znana - choć od momentu, kiedy przestałem sie tym zajmować, wybieram się w świat już na własny rachunek. Widzę też doskonale ujemny strony "masowej turystyki" - je.śli o to chodzi, to raczej nie ma potrzeby mnie w tym kierunku uświadamiać :) )

Tak więc, kiedy jestem w Europie lub w Stanach, to daruję sobie LP. Ale kiedy wybieram się na inne kontynenty, to LP przydają mi się bardzo i mam wtedy zazwyczaj dobre doświadczenia z tymi przewodnikami.
Widzę więc również dobre strony korzystania z Lonely Planets, bo jest tam sporo spostrzeżeń rzetelnych, uczciwych i wartościowych, nie mówiąc o informacjach praktycznych, które mogą być przydatne osobie przyjezdnej w każdym kraju (informacje ogólne, telefony, adresy, różnego typu porady...)
Pozdrawiam
-
2010/02/28 16:40:35
@Logosie, dziekuje za wyjasnienie kontekstu Twojej uwagi. Nie denerwowalabym sie tak bardzo na tych, ktorzy nie chca "chodzic stadnie", bo przyczyny takiego podejscia wcale nie koniecznie musza wyplywac ze snobizmu czy pogardy dla innych, a podyktowane moga byc wzgledami czysto praktycznymi i zwyczajnie ludzkimi. Przy tylu milionach podrozujacych trzeba miec w sobie wielka wielka sile, zeby przejsc przez kolejki stojace do wejscia do Taj Mahal ze spokojem, a potem naprawde mocno sie wylaczyc, by moc skupic sie na ogladaniu mauzolem przy tysiacach ludzi przechodzacych obok ciebie i robiacych glupkowane zdjecia sugerujace, ze trzymaja Taj za reke jak zabawke. Nie kazdy to zniesie i ja to rozumiem. Sama zaciskalam zeby i stalam w kolejce. Mialam jednak duzo watpliwosci, czy ponad polowa osob stojacych w sznureczku rzeczywiscie powinna sie w nim znajdowac :) Na pewno spotkales sie z czyms podobnym, zwlaszcza biorac pod uwage Twoje zawodowe doswiadczenia i cala mase odbytych podrozy.

Co do nieszczesnych LP - swiat na szczescie na nich sie nie konczy :) I ktokolwiek wybiera sie w podroz, ma duzy wybor odnosnie tego, kto bedzie go prowadzil. Osobiscie jezeli chodzi o Indie (i to uwaga na duuuuzym marginesie), a zwlaszcza Radzastan, to polecialabym Rough Guide autorstwa australijskiego podroznika, ktory stan sam zjezdzil i opowiedzial o tym prostymi slowami, nie probujac nic na sile sprzedac :) (przepraszam pod wzgledem jezykowym wrazliwa jestem na pewnego typu marketingowe zaciecie, co oczywiscie innym w ogole nie musi przeszkadzac. Osobiste skrzywienie, ot tyle ;)
-
2014/04/16 22:03:17
Przyjemnie się czytało :)
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...