wtorek, 09 lutego 2010
Przyznam szczerze, że Paryż nie kojarzy mi się momentalnie ani z miłością ani ze światłami (wręcz przeciwnie Londyn nocą, zwłaszcza, jeżeli spoglądam na niego z południowego brzegu Tamizy, wydaje mi się znacznie bardziej rozświetlony, a Wenecja – współczesną mekką kochanków). Dla mnie Paryż to jednoznacznie miasto alabastrowej elegancji i szyku o barwach kości słoniowej. To miasto pełne jasnych kamienic, często szlachetnie nadszarpniętych przez czas – dzieło barona Haussmanna, który autokratycznie centrum przerobił. Mogłabym tymi uroczymi ulicami z radością przechadzać się co dzień! I nie miałabym nic przeciwko przeprowadzce do alabastrowego miasta...
Paryż w piątkowe popołudnie. Widok z Institut du Monde Arabe
Bukiniści nad Sekwaną
Zresztą nie tylko artysta, ale i odbiorca sztuki! Byłam zaskoczona, kiedy na wystawie prac współczesnych artystek w Centre Pompidou dwie staruszki z cierpliwością i nieukrywanym zainteresowaniem oglądały nawet najbardziej wulgarne prace, kiedy całe rodziny spędzały wolny czas w muzeach, rozmawiając z dziećmi na temat tego, co oglądają, kiedy wreszcie trójka dziadków na ławeczce rozprawiała o wcześniej obejrzanym koncercie. W Paryżu sztukę traktuje się jak chleb powszedni, co szalenie mi się podoba.
Poetyckie metro: na ścianach stacji projektowane są cytaty wierszy
Przy lekturze na Place des Vosages
Ja nie miałam tyle szczęścia. Nie mniej jednak każdy przyjazd do Paryża to wielka uczta, którą później długo wspominam. Z tej nie zapomnę niekończących się spacerów z lewej strony rzeki na prawą, przez ciuchutkie uliczki na wyspach, przemiłego spotkania ze znajomymi, koszernego obiadu u sławnego Pitzmana (na te falafele opłacało się długo czekać!), szybkiej kawy przy barze i wystaw, wystaw, wystaw (artystycznych, sklepowych, knajpowych)...
Mnie już połowa francuskiego obiadu kładzie na łopatki. Nawet zwykły placek z ciemnej mąki z szynką, serem i jajkiem + karafka domowego wina potrafi na dłużej zatrzymać przy stoliku – a co dopiero pełny skąpany w maśle, śmietanie i gęstym sosie obiad! Dlatego w czasie kolacji polowaliśmy zwykle tylko na bagietkę, kawałek sera i butelkę wina, szczęśliwie poddając zmysły najprotszym smakom i zapachom.
Jadłodalnia na świeżym powietrzu
Przy marokańskiej herbacie z miętą i cukrem
Mój francuski właściwie nie istnieje, a tę mikroskopijną cząstkę, którą władam, wstyd mi się posługiwać w Paryżu. Pamiętam, że na początku nauki włoskiego nie miałam specjalnych oporów, żeby się o coś zapytać w sklepie, nic z tego nie zrozumieć i próbować dalej. Tymczasem z francuskim tak nie potrafię. W miniony weekend spróbowałam się jednak przełamać i udało mi się samej kupić bułeczkę z makiem w jednej z koszernych ciastkarni w Marais.
A co z dobrymi Polkami? *** Wszystkie cytaty są własnymi tłumaczeniami z angielskiego.
czwartek, 04 lutego 2010
Oscar Wilde w Ameryce
Magdalen College, gdzie Wilde był studentem
Jadalania w jednym z oksfordzkich kolegiów A zatem Oskarze, szukać trzeba Cię gdzie indziej! Wyjeżdzam do Paryża na kilka dni. To tam w Hotel d'Alzace Wilde dożył swojego końca. Chciałabym to miejsce zobaczyć (dobrze jest, jadąc w obce miejsce, mieć małą misję do spełnienia). I z pewnością zgodzisz się ze mną, że nie ma lepszego miejsca, by celebrować in style ten słodko samolubny dzień własnych urodzin.
środa, 03 lutego 2010
Książka w mieście jest pewnie najczęściej wymienianym towarem. Żeby jednak znaleźć miejsce, gdzie najlepiej dobić targu, jeżeli chce się książkę kupić a nie tylko wypożyczyć, trzeba co nie co o mieście wiedzieć.
Rzędy półek z literaturą współczesną Wbrew pozorom oksfordzkie księgarnie nie tak łatwo znaleźć, chyba że jest to słynna i uwielbiona przeze mnie od lat Blackwell Bookshop przy 48- 51 Broad Street. To chyba najbardziej znana na świecie brytyjska księgarnia, mieszcząca się dosłownie w dwóch dużych kamienicach, przedzielonych jedynie przytulnym, maleńkim, starym pubem White Horse w piwnicy. Blackwell Bookshop rozciąga się na trzech piętrach powyżej parteru i ma cztery poziomy pod ziemią. Zaczynała bardzo skromnie ponad 130 lat temu, kiedy to Benjamin Henry Blackwell, syn miejskiego bibliotekarza, postanowił zająć się wydawaniem i handlem książkami. Początkowo miała jedynie kilka metrów kwadratowych powierzchni. Dziś sama dolna część (Norrington Room) to prawie 100 metrów kwadratowych, które ma prawie 5 kilometrów półek z książkami (co podobno jest najgęściej wypełnionym książkami pomieszczeniem na świecie). Ta część Blackwell Bookshop ma szkatułkową strukturę, bo w jednym kwadracie półek, kilka schodków niżej mieści się następny, a potem jeszcze jeden, i ostatni na najniższym poziomie. Tam właśnie znajdują się książki z filozofii i etyki. Wyżej ciut piętrzą się publikacje z działu polityki, socjologii i innych nauk społecznych, wyżej medycyna. W stronę wyjścia półki uginają się pod ciężarem książek podróżniczych, przewodników i map. I jeżeli ktoś lubi stanąć oko w oko z dużym i trudnym wyborem, to znalazł tutaj właściwie miejsce.
Książkowa szkatułka w szkatułce - podziemia Blackwell Bookshop
W świecie fikcji Norrington Room, jak zresztą cała reszta olbrzymiej Blackwell wyposażona jest w wygodne fotele, sofy i ławki, więc jeżeli wybór jest wyjątkowo ciężki bądź jeżeli ktoś ma ochotę najzwyczajniej w świecie przeczytać co nie co, to może zalec gdzieś w kąciku i oddać się lekturze. Od kilku lat brytyjskie księgarnie, próbując obronić się przed spadkiem sprzedawanych książek, wymyśliły, że sposobem na zatrzymanie klienta będzie udostępnienie mu kawiarni, gdzie można przycupnąć na dłużej, wziąć książkę i poczytać przy kawie, a potem ładnie ruszyć z nią do kasy. Dlatego w każdej dużej sieciowej księgarni miejsce znalazło się na jedną z sieci kawodajni: zwykle Costa, Nero czy Starbucks.
Z kawą i ciastkiem można posiedzieć dłużej Blackwell Bookshop sparował się z Cafe Nero. Wystarczy, że wdrapię się jedno pięterko w górę (co jest trudne, bo na parterze piętrzą się współczesne powieści), by zmysły przyjemnie sparaliżował mi zapach świeżo prażonej kawy. Pierwsze pięterko to pięterko wyjątkowo kuszące: jest tu Poet's Croner z poezją, całe ściany brytyjskiej literatury, półki z literaturą światową, zgrabnie, alfabetycznie ułożone i wreszcie książki językowe. I tutaj można sobie popodróżować przez kontynenty, bo Blackwell oferuje książki z najróżnejszych miejsc, począwszy od Francji, przez kraje Morza Śródziemorskiego, Rosję, Chiny, na Afryce skończywszy.
Zawieszony nad portugalską książką Na kolejnym piętrze zakopać się można w historii. W rogu z kolei w gablotach dostojnie siedzą rzadkie książki, na które polują kolekcjonerzy (i tylko oni mogą sobie na nie pozwolić, bo ceny nietypowych wydań powieści czy albumów z minionych wieków zaczynają się od kilkuset funtów. Ja lubię za o uprawiać tzw. window shopping, czyli najwzwyczajniej w świecie się pogapić). I wreszcie trzeba koniecznie dobić na ostatnie piętro. Blackwell jest księgarnią, która oferuje książki po standardowych, rynkowych cenach (ok. kilku funtów za powieść w miękkiej okładce, kilkanaście za taką samą w grubej). Wyjątkiem są te książki, które lądują w czarnych skrzynkach z napisem wyprzedaż (można je znaleźć właściwie przez cały rok na każdym z pięter, najwięcej jest jednak w czasie sezonowej wyprzedaży, czyli zaraz po Świętach Bożego Narodzenia, zwykle do połowy bądź do końca lutego), bądź te które składowane są u góry, bo tam właśnie jest antykwariat. Górny antykwariat ma często dość górnolotną ofertę, która stanowi tematyczną minaturkę zasobów Blackwell na niższych piętrach.
Kąt z poezją O ile w niższych częściach Blackwell kupuję zwykle tylko książki, które planuję jako prezenty bądź książki językowe, o tyle w antykwariacie powieści, zbiorki poezji, książki o religijach świata i czy o Oksfordzie przylepiają mi się do rąk niemalże same. Tym samym ci, którzy planują tylko półki z ciekawości obejrzeć i mają słabość do nabywania książek, powinni zdecydowanie zostać na niższych piętrach! Blackwell to nie tylko ważny rozdział w historii miasta. Blackwell to też nieodłączna część literackiego Oksfordu, bo właśnie to wydawnictwo i ta księgarnia pokazały światu Tolkiena (pisarz wydał tam swój pierwszy wiersz "Goblin's Feet". Zresztą życie wydawcy Basila Blackwella, syna założyciela księgarni, splotło się z życiem Tolkiena także w inny sposób: pisarz wprowadził się z rodziną do domu wcześniej zajmowanego przez Basila na 20 Northmoor Road w północnej części Oksfordu ). To tutaj zaczęto oferować tanie wydania dramatów Szekspira. To tutaj wydawano piękne edycje dzieł sióstr Bronte czy Chaucera.
Styczeń i luty to czas przecen i wyprzedaży w księgarniach Zapytacie pewnie, a co z książkami o sztuce, z albumami, katalogami z wystaw? Blackwell ma na to swoją odpowiedź, odpowiedź w wielkim stylu: czyli osobny, tym razem architektonicznie znacznie młodszy sklep (w budynku który stał tu wcześniej mieszkał zresztą Tolkien jako student), również na Broad Street, ale po przeciwnej stronie. Blackwell's Art and Poster Shop to dwa piętra, półki ustawione nie w rzędzie, ale w formie zygzaka, na których stroszą się opracowania renesansowych klasyków, modernistycznych architektów, rosyjskiej awangardy, średniowiecznej sztuki sakralnej. Arystyczna księgarnia obejmuje również książki o dziesiątej muzie: podsumowania twórczości Kieślowskiego, początki kina we Włoszech. Wreszcie dostać można też plakaty i pocztówki artystyczne. Teraz, w czasie przecen, kiedy cudowne albumy kosztują tylko połowę tego, ile zwykle trzeba za nie zapłacić, włos się jeży na głowie, wzrok chaotycznie pląsa po okładkach, głos puchnie w gardle a portfel, biedny portfel poddaje się temu szaleństwu i staje się coraz cieńszy.
Arystyczny Blackwell też na Broad Street Na pocieszenie tłumaczę sobie, że na szczęście nie gram na żadnym instrumencie, bo obok sklepu ze sztuką stoi Blackwell numer trzy, czyli... księgarnia muzyczna. Muzyczny Blackwell to znowu kondygnacje – tym razem tylko trzy. Pierwsze zajmują płyty, drugie – książki z muzyką a trzecie opracowania i nuty. Wszystko mieści się w starej kamienicy, więc kiedy skaczę po piętrach, żeby kupić coś dla kochanego męża, to schody przyjemnie skrzypią, a wykonawcy z dawnych plakatów reklamujących wystąpienia wiszące na ścianach korytarzyka patrzą na mnie z politowaniem.
I wreszcie Blackwell dla melomanów *** Ciąg dalszy bibliofilskiej wycieczki wkrótce.
niedziela, 31 stycznia 2010
sobota, 30 stycznia 2010
2. Możemy ją kochać, ale nie możemy nienawidzić. 3. Kiedy czytam w albumie, którego zdjęcia załączam poniżej, że 75 milionów dzieci wciąż nie chodzi do szkoły, to czuję się szczęściarą. 4. Kiedy pewnego wieczoru znajomy nauczyciel z oksfordzkiej szkoły dla dzieci opowiadał o projekcie, jaki prowadził ze szkołą w Indiach i jak pewnej nocy indyjscy koordynatorzy zabrali go do miejsca, gdzie siłą umieszczano dzieciaki z ulicy, by tam pracowały w koszmarnych warunkach, to ciarki mi przeszły po plecach. 5. Odkąd ujawniono, że ubrania w sklepach Gap szyły dziecaki w wielkich fabrykach na Dalekim Wschodzie, omijam ten sklep szerokim łukiem. 6. Trudno mi przyjąć do wiadomości, że wciąż aż 774 miliony ludzi na całym świecie ledwo czyta i pisze (dwie trzecie z tej przygnębiającej liczby to kobiety). 7. Kiedy teściowa opowiedziała mi o projekcie Sreepur Village, który pomaga w Bangladeszu matkom bez środków do życia i ich dzieciom zdobyć wyszktałcenie i zawód, to przyłączyłam się do pomocy bez wahania. 8. Kiedy wreszcie myślę o mojej pierwszej szkole, to przychodzą mi do głowy średnio przyjemne wspomnienia. Chodziłam do ogromnego komunistycznego molochu, w którym w pierwszej klasie kazano nam na przerwach chodzić czwórkami równo wokół wielkiego korytarza niemalże jak w więzieniu. Wielka szkoła to niedobry pomysł. Z wielkiej szkoły poszłam potem do mniejszej. Miałam prawo, wybór, radości i dylematy z tym związane. 9. Choć szkoła, to zawsze szkoła, na całym świecie wygląda inaczej. Przeglądając album o edukacji, nabieram dużego dystansu do własnych szkolnych doświadczeń.
Szkoła w Stanach Zjednoczonych
Szkoła w Erytrei
Szkoła we Francji
Szkoła w Ghanie
Szkoła na Kubie
Szkoła w Indiach
Szkoła w Chinach
Szkoła w Jemenie
Szkoła w Kenii
Szkoła w Polsce, moja własna podstawówka, lata 80-te 10. Jaki Wy dodalibyście obrazek z własnej szkoły?
*** Zdjęcia, oprócz ostatniego, pochodzą z albumu "Learn for Life" Jacoba Schuiringa, wydanej przez EduHulp Foundation. Książka została mi podarowana, za co serdecznie dziękuję.
wtorek, 26 stycznia 2010
Radni miasta Oksford, wbrew pozorom i wbrew moim wszelkim uprzedzeniom, nie debatują jedynie o potrzebie podniesienia podatku miejskiego (każdy mieszkaniec, chyba że jest studentem, musi co miesiąc zasilać miejską kasę bolesną, stufuntową bądź wyższą płatnością) czy o palącej konieczności rozkopania High Street. Oksfordzcy radni wczoraj wieczorem rozmawiali o… poecie. Jak na urzędników przystało, dyskuja obracała się raczej wokół pewnego stanowiska niż subtelności stylu czy poetyckiego obrazu któregokolwiek z żyjących twórców. Nie mniej jednak okazało się, że urząd poetów lubi, ba, nawet chce mieć własnego, miejskiego mistrza słowa. I tak oto zdecydowaną większością głosów uchwalono wczoraj, że Oksford będzie miał nadwornego poetę (poet laureate) wybieranego przez urząd. Jestem bardzo ciekawa, jakie są gusta naszej szanownej rady.
Turl Street, zwana też the Turl. W kolegium po lewej (Exeter College) studiował J. R. R. Tolkien
Broad Steet, czyli najszersza ulica w mieście. Doskonała do szusowania na rowerze, nawet, jeżeli spontanicznie przekraczają ją przechodnie.
sobota, 23 stycznia 2010
[Aktualzacja] - relacja ukaże się jednak nie w ten, ale w następny poniedziałek.
środa, 20 stycznia 2010
Trudno mi było uwierzyć, że ten film fabularny o współczesnym Afganistanie odgrywany głównie przez kilkuletnie dzieci to dzieło 19-latki. Kto zna jednak nazwisko Makhmalbaf (pisownia angielska), ten wie, że ta zagadka jest łatwa do rozwiązania. Makhmalbaf to niemalże synomim irańskiego kina współczesnego, bo pod tym nazwiskiem kryje się cały klan filmowców: ojciec Mohsen, obecnie prezes Azjatyckiej Akademii Filmowej, założyciel Makhmalbaf Film House, gdzie sztuki tworzenia filmu nauczył m.in. trójkę swoich dzieci; jego córka Samira, która rzecz jasna ma na swoim koncie już kilka filmów i bycie jurorem podczas Festiwalu w Cannes; oraz właśnie Hana. Hana miło zaskoczyła mnie swoim filmem "Buddha collapsed out of shame" (Budda padł ze wstydu). Trochę niespokojnie zaczęłam się wiercić, kiedy okazało się, że to wcale nie debiut młodej Iranki, bo pierwszy film stworzyła już w wieku... 8 lat ("The Day My Aunt Was Ill" pokazywany był zresztą na Festiwalu w Locarno w 1997 roku, a Hana była najmłodszą reżyserką, jak pojawiła się w historii tego przeglądu). Złośliwi twierdzą, że gdyby nie wpływowy i uznany ojciec, to Hana nie miałaby szans na taki rozgłos, a nazwisko Makhamalbaf powinno być raczej synonimem filmowego nepotyzmu. Być może właśnie dlatego krytycy podeszli do filmu "Buddha collapsed out of shame" z dużą ostrożnością, chwaląc go z umiarem i pokazując reżyserskie błędy. Dla mnie film Hany Makhmalbaf był dużym odkryciem. To jeden z najlepszych filmów granych głównie przez dzieci, jaki widziałam. Główną bohaterką jest 6-letnia Bakhtay, afgańska dziewczynka, która żyje wraz z młodszą siostrą i matką w jednej z grot w masywie, gdzie jeszcze do 2001 roku istniała wyrzeźbiona ogromna postać Buddy (Talibowie wysadzili są w powietrze). Bakhtay, zainspirowana recytowanymi wierszykami przez sąsiada - chłopca w podobnym wieku, który chodzi codziennie do szkoły, postanawia dołączyć do jego klasy. Dziewczynka nie ma jednak żadnych przyborów szkolnych (jej mama nie planuje posłać jej do szkoły, bo przecież edukacja dziewczynek jest zbyteczna). Bakhtay jest jednak na tyle rezultna i zdeterminowana, że zabiera z kurnika dwa jajka i wyrusza w podróż z masywu na dół do "miasteczka" (piszę w cudzysłowiu, bo to miejsce przypomina raczej prymitywną bazę, gdzie znajduje się kilka zbitych z desek sklepików niż miasto), by tam przehandlować dobra na zeszyt i długopis.
Scena, w której Bakhtay schodzi po stromym grzbiecie w dół (filmowana z wysokości wzroku dziewczynki, kamera imituje też jej ruchy) jest jedną z najbardziej spektakularnych. Widok maleńskiej dziewczynki w zielonej powłóczystej szacie i żółtej chustce na głowie nie pozwala usiedzieć spokojnie w fotelu, bo widz ma wrażenie, że ten kontrast między stromością wzgórza a drobną postacią bohaterki doprowadzi za chwilę do katastrofy. Napięcie jest rozładowywane tylko chwilowo przez panoramiczne ujęcia przepięknych górskich krajobrazów. Hana Makhmalbaf pokazuje Afganistan, którego nie znamy. Pokazuje piękno przyrody tego miejsca, piękno, które nigdy nie pojawia się w doniesieniach z tego regionu, bo Afganistan to przecież teraz głównie obrazy okropności wojennych i ruiny Kabulu.
Podróż Bakhtay jest symboliczna. Dziewczynka schodzi na dół do ziemskiego piekła, które funkcjonuje według zasad Talibów a zasady te egzekwowane są przez... dzieci. Bakhtay zostaje podczas swoich poszukiwań szkoły pojmana przez grupkę chłopców, którzy bawią się w wojnę. Kilkulatkowie odgrywają te wszystkie okropności, które znane nam są z doniesień z Afganistanu: kamieniowanie, egzekucje, poniżanie, zabranianie dziewczętom chodzenia do szkoły. Do żadnego rozlewu krwi w filmie nie dochodzi. Sceny "zabawy w wojnę", która nie jest wcale zabawą są jednak porażające. To, że dzieci odgrywają znane im od dorosłych zachowania i traktują je śmiertlenie poważnie pokazuje, że ich wyobraźnia została całkowicie skorumpowana. Chłopcy są ucieleśnieniem społecznej degradacji i dysfuncji.
Film rozpoczyna się i kończy fragmentami filmów dokumentalnych z 2001 roku pokazujących zniszczenie przez Talibów antycznego posągu Buddy. Ta klamra, która wyjaśnia jednocześnie tytuł filmu, wydała mi się trochę zbyt mocno zarysowaną pointą. Widz jest inteligenty, więc aluzje jest w stanie pojąć szybko, nie trzeba mu dwa razy i przez kilka minut o tym przypominać. Pomimo tego uważam, że film zasługuje na uznanie. I z pewnością potrafi poruszyć!
***
wtorek, 19 stycznia 2010
Tymczasem chłopiec, który poznaje świat przez palce (czuje kolory, dodatkowo odkrywając, że z powierzchni liści roślin czy z kamieni można odczytać litery Braille’a), w górzystej wsi wśród sióstr i babci, wśród natury czuje się prawdziwie szczęśliwy. Wierzy w to, co opowiedział mu nauczyciel: że Bóg jest niewidzialny, więc brak zmysłu wzroku wcale nie czyni go gorszym. Natura, estetycznie zachwycająca (piękne zielone pola, łąki kwitnące latem mnóstem kolorów) jest też przestrzenią sakralną. Babcia zabiera wnuczęta przez wzgórza do meczetu znajdującego się tuż przy strumieniu. Mohammad jest w pełnej harmonii z otoczeniem i z jego stwórcą.
Majid Majidi nie bez powodu uważany jest za twórcę obrazów, za reżysera-fotografa. W "Colour of Paradise" uwiecznił obrazy, które na długo zostały w mojej pamięci: drogi ojca z synem przez las, podczas której uczucia Hashema stają się coraz ciemniejsze, dzieci zafascynowanych kolorami przyrody na olbrzymiej przestrzeni ukwieconej łąki, czy wreszcie doskonałe zbliżenie twarzy Hashema, który popija herbatę z rodziną jego wybranki, a w oczach skupiają się jego wszystkie lęki.
niedziela, 17 stycznia 2010
Długo zwlekałam z obejrzeniem tego filmu, bo mylnie wydawało mi się, że to pełen ciężkich scen dokument, tym bardziej że stworzony został przez znanego afrykańskiego działacza społecznego. Tymczasem "Moolaade" to osadzony na wsi w Burkina Faso film fabularny o społeczności, w której jedna z kobiet buntuje się przeciw wciąż praktykowanemu zwyczajowi obrzezania dziewczynek i choć temat dotyczy drastycznego rytuału, film wcale nie faszeruje widza dręczącymi wyobraźnię obrazami jego przeprowadzania. Wręcz przeciwnie. Reżyser – Senegalczyk Ousmane Sembene – podejmjąc ten temat, stworzył przejmujący dramat o władzy i buncie, jednocześnie mistrzowsko oddał rytm i kolor życia zachodnio-afrykańskiej społeczności, w której islam miesza się z dawnymi wierzeniami a śpiew i opowiadanie historii jest tak nieodzowną czynnością jak oddychanie. Film jest też świetną okazją do posłuchania jednego z afrykańskich języków (fascynujące jest to, jak zwracają się do siebie bohaterowie. Trudno to oddać słowami, zresztą nie chcę Wam psuć tego odkrycia). Rytuał obrzezania dziewczynek jest wciąż praktykowany w prawie 40 krajach w Afryce i w licznych społecznościach afrykańskich na całym świecie (jak również w niektórych krajach muzułmańskich w Azji, choć nie jest wcale wspomniany w Koranie). Lekarze i socjologowie zdążyli go sklasyfikować na cztery rodzaje: w skrócie każdy pozbawia dziecka łechtaczki, a najdrastyczniejszy kończy się dodatkowo zaszyciem pochwy (niekompletnym). Kobiety mają później problemy z oddawaniem moczu, a współżycie z mężczyzną często przynosi piekielny ból. Dyskusję na tym, czym jest obrzezanie dziewczynek: okaleczeniem? symbolicznym naznaczeniem? kastracją z seksualnej przyjemności? rodzajem pasa cnoty? pozostawiam antropologom, bo w tym temacie trudno mi zabrać głos bez odpowiedniej wiedzy. Zresztą film nie o tym, moim zdaniem, traktuje. Ousmane Sembene po latach rozmów z kobietami, które przeżyły obrzezanie (zwane w ich społecznościach obrzędem puryfikacji), skupił się na pokazaniu mechanizmów władzy i tradycji, które ten rytuał podtrzymują. Jego film jest obrazem kobiecego przewrotu w rządzonej przez starszyznę mężczyzn wiosce, który rozpoczyna odważna Collé.
Collé, jedna z trzech żon mężczyzny o wysokiej pozycji w wiosce jest jedyną kobietą, która nie pozwoliła obrzezać własnej córki po tym, jak sama przeszła jako dziecko poważne komplikacje a potem w konsekwencji cesarskie cięcie podczas porodu (wykonywane rzecz jasna w prymitywnych warunkach). Do niej ucieka czwórka dziewczynek, które nie chcą zostać obrzezane. Collé ochrania je starą klątwą moolaade. Sprzeciw wobec wykonujących rytuał kapłanek, a co gorsze wobec starszyzny wywołuje wielki zamęt w społeczności. Kobiety, początkowo potępiają Collé, ale kiedy nic nie jest w stanie złamać jej oporu, zaczyną na nowo rozważać swoją sytuację. Sprawę komplikuje przyjazd z Francji do wsi syna znaczącej postaci ze straszyzny, który ma wybrać sobie żonę. Córka Collé jest jedną z kandydatek, ale jej szanse stają się bardzo małe w atmosferze skandalu wokół obrzezania (ona nie przeszła przez rytułał, więc nie jest według reguł społeczności odpowiednią partią). Tym samym nastolatka zaczyna błagać matkę, by ta pozwoliła ją obrzezać.
Historia buntu jest więc mocno skomplikowana. "Moolaade" to film nie tylko o niezwykłej odwadze, ale i trudnych wyborach, które niesie ze sobą wyłamanie się z twardych zasad społeczności. Sembene stworzył ten film, by wesprzeć kampanię przeciwko zaniechaniu rytuału obrzezania. Jak powiedział w wywiadzie dla Cinema Scope dla niego kino jest formą edukacji. Ten film jest jednak daleki od prostej agitacji. To, co mnie w nim najbardziej zainteresowało to własnie to, co dzieje się w tle. Sembene oddał rytm życia wsi w Burkina Faso w znakomity sposób (wybranie nie-aktorów do odegrania głównych ról z pewnością w tym pomogło). Role społeczności są wyraźnie wyznaczone. Mężczyźni zajmują się uprawą (ci, którzy pracują, bo starszyzna nie robi wiele poza zbieraniem się, opowiadaniem sprośności, czy totalnym zmyślaniem interpretacji Koranu – sceny dotyczące rozważań na temat świętego tekstu są doprawdy komiczne, bo wypowiadający się o nim nie mają na ten temat bladego pojęcia, często też nie potrafią słowa przeczytać). Kobiety zajmują się dziećmi, palą fajki, słuchają radia i rozmawiają zebrane w "żeńskiej" części domostwa. Film pokazuje tylko wybrane fragmenty życia (co ciekawe, nie ma w nim ani jednej sceny posiłku). Ten niespieszny mikrokosmos pełen barw (nawet śmieci są niezwykle kolorowe) i śpiewu, z meczetem w kształcie jeżozwierza jest równie frapujący jak sama historia, która się w nim wydarza. "Moolaade" poruszyło mnie i tematyką, i artyzmem wykonania. Polecm wszystkim, którzy wciąż zwlekają z obejrzeniem.
piątek, 15 stycznia 2010
Pomyślałam, że najlepiej byłoby zmierzyć się z powodem tych rozterek twarzą w twarz, więc wybrałam się w poniedziałek na spotkanie z Orhanem Pamukiem w Londynie. Spotkanie promowało jego najnowszą powieść "Museum of Innocence", którą z radością rzuciłabym w kąt po pierwszych 100 stronach (zaledwie jednej piątej książki), gdyby nie ten poniedziałkowy wieczór z autorem. Wieczór był bardzo przyjemny. Pamuk, który od kilku lat wykłada na Columbia University, mówił po angielsku z dużą swobodą, pozwalając sobie na liczne żarty i zgryzliwostki. Spora część spotkania poświęcona była dyskusji na temat kreacji jego bohaterów, a zwłaszcza ostatniej - kreacji Kemala z "Museum of Innocence", 30-latka z jednej z najbogatszych rodzin Stambułu, który zakochuje się w dalekiej kuzynce z biednej części rodziny. Prowadząca spotkanie, brytyjska pisarka i krytyk literacki Hermione Lee próbowała zacząć rozmowę od rozpracowania obsesyjnej miłości Kemala. Pamuk słyszący słowo obsesja po raz kolejny ze ust krytyków, na to jednak nie pozwolił, odpowiadając z pasją, że się nie zgadza na takie traktowanie bohatera, któgo miłość wydaje mu się jak najbardziej normalna. Jego obrona Kemala była jednak w dużej mierze osłanianiem (a nawet odsłanianiem) własnego siebie, co było dla mnie bardzo ciekawe, zważywszy na moje kłopoty z jego prozą, o których wcześniej wspomniałam. Przypominam moich bohaterów - powiedział Pamuk - Też pochodzę z bogatej rodziny (jednak nie tak majętnej jak Kemal), też wychowałem się w stambulskim Nisantasi. Uczestniczyłem w licznych przyjęciach zaręczynowych i weselach organizanych w Hotelu Hilton. Kultura i społeczne pochodzenie Kemala są mniej więcej takie same jak moje. Piszę z męskiej perspektywy w pierwszej osobie, bo jestem mężczyzną. Bardzo chciałbym napisać książkę z perspektywy kobiety, też w pierwszej osobie, ale nie wiem, czy to możliwe. Znam swoje ograniczenia. Jeżeli wierzyć Pamukowi, to często pytany jest przez "miło uśmiechające się kobiety" zajmujące się literaturą, czy historia Kemala to pamukowa autobiografia, czego, (co zrozumiałe), autor nie może znieść. Na uniwersytecie wygłosiłem nawet wykład zatytułowany "Panie Pamuk, czy jest Pan Kemalem?". Proszę nie wierzcie mi, ale jednocześnie mi ufajcie - mówił przekornie. Rozumiem jego frustrację. Jednocześnie mam wrażenie, że Pamuk sam wpadł we własne sidła, próbując tworzyć postaci do siebie podobne i jednocześnie się od nich dystansować. Dla Pamuka pisanie powieści polega na "przekonaniu czytelnika, że to, co zostało opisane, było rzeczywiście doświadczeniem autora". Tym samym w jego prozie bohater i autor powieści znajdują się niebezpiecznie blisko, prowadząc często do pokracznych rozwiązań. W "Śniegu" (o którym pisałam tutaj), narrację prowadzi poeta Ka przybywający do miasta Kars, które jest politycznym igrzyskiem. Narrację prowadzi tylko do czasu, bo istnienie i prawdziwość postaci Ka musi ostatecznie zostać potwierdzona przez pojawienie się Orhana Pamuka, spisującego losy Ka. Dochodzi do sytuacji dość paradoksalnej, gdzie mamy zarówno dwie niemalże identyczne postacie (Ka jest alter ego Orhana) zlewające się niejako w jedną i nagle stworzony przez autora wyziewający dystans "ja jestem twórcą tej powieści, a Ka to mój bohater." Wolałabym, żeby pisarz zdecydował się na jedną formułę niż niezręczne łączenie tych dwóch. W "Museum of Innocence" (o którym napiszę wkrótce) jest podobnie: historię swojej miłości opowiada w 1-osobowej narracji Kemal, po czym w zakończeniu powieści pojawia się Orhan Pamuk z mało eleganckim początkiem akapitu "Cześć, tu Orhan Pamuk" (str. 517), w którym wyjawia, że historię rzeczywiście napisał on sam (Pamuk, nie Kemal) po licznych rozmowach z Kemalem. Postać autora ma tutaj uwiarygodnić historię (tym samym mam wrażenie, że Pamuk niekoniecznie wierzy w siłę fikcji) i przekazać to, co można zobaczyć tylko z dystansu z poziomu innej postaci, bo 1-osobowa narracja Kemala ma jednak swoje ograniczenia. I tak okazało się, że pamukowe przekonanie, że autor musi sprawić iluzję tego, że opisywany przez niego świat jest światem jego własnych przeżyć (dlatego Pamuk nie lubi science fiction), jest właśnie źródłem moim problemów z jego prozą. Ja nie mam takich oczekiwań jako czytelnik. I to, co Pamuk nazwał radością czytania polegającą na zgadywaniu, co jest rzeczywistością w powieści a co fikcją, jest mi zupełnie obce. Ja wolę zawierzyć światom, które stworzone zostały bez takiej presji, które są przekonywujące, poruszające właśnie dlatego, że zostały wymyślone czy przetworzone. Na tym właśnie polega dla mnie piękno literackiej fikcji i siła jej tworzenia. Spotkanie z Pamukiem było dla mnie pewnego rodzaju objawieniem. Pisarz, jak pewnie wielu z Was się domyśla, lubi opowiadać o sobie i opowiada dużo, dlatego przejął w pewnym momencie kontrolę nad spotkaniem, wymykając się sprytnie pytaniom Hermione Lee i opowiadając o tym, co jemu wydało się ważniejsze. Pamuk ma też duże poczucie humoru. Kiedy rozmowa przeniosła się na tematy dotyczące przekładów jego książek, Pamuk wyjaśnił, że z angielskim tłumaczem współpracuje bardzo blisko, zawsze dokładnie sprawdzając tłumaczenie. Mówił, że szalenie trudno jest sprawić, by jego bohaterowie mówili po angielsku i nie brzmieli fałszywie. Po czym z teatralnym gestem, zgrywając się dodał, że to przyprawia go o depresję. Kiedy po dwóch godzinach rozmowy i kilku pytaniach od publiczności, Hermione Lee zaczęła żegnać się się z widownią, Pamukowi trudno było opuścić scenę, na której tak świetnie się czuje. Odchodził powoli wśród oklasków, co chwila kłaniając się. A my wodziliśmy za nim wzrokiem, myśląc, że może jednak wróci i odpowie na całą masę pytań, które chcieliśmy zadać, ale nie mieliśmy okazji. Choć Pamuk nie jest pisarzem, bez którego fikcji nie wyobrażałabym sobie moich literackich wycieczek, to naprawdę miło było spędzić z nim ten niepowtarzalny wieczór.
Orhan Pamuk opowiada o swojej najnowszej książce "Museum of Innocence". Spotkanie z czytelnikami, Londyn 2010.
niedziela, 10 stycznia 2010
Dlaczego? W zeszłym tygodniu BBC próbowało odpowiedzieć na to pytanie w dwóch odcinkach podsumowujących najważniejsze zmiany, które zaszły w minionej dekadzie. Jeżeli miałabym wybrać jedno słowo, łączące większość z tych opisanych w programie przemian, to musiałabym powiedzieć totalne odmładzanie. Zamiast zamierzonego kontynentalnego raczenia się alkoholem, brytyjskie centrum miasta promuje totalne zalanie się. Zalewają się jednak głównie młodzi, więc de facto eksperyment, który miał przywrócić ospałym śródmieściom żywy charakter, udał się, tylko jak w krzywym zwierciadle. Z centrów wywiało starsze pokolenia. Brytyjski socjolog prof. Daniel Doring dodaje, że w ostatniej dekadzie brytyjskie społeczeństwo zaczęło się grupować według wieku, tworząc nie spotykane wcześniej wiekowe getta w miastach. Są takie dzielnice Londynu, w których ludzie po 40-stce w pewnym momencie okazywali się najstarszymi na ulicy i zaczęli się stamtąd przenosić na obrzeża. Zaczęły powstawać dzielnice tylko z rodzinami z młodymi dziećmi. Stare miejscowości wypoczynkowe z kolei zamieniły się w znaczące skupiska ludzi na emeryturze. Mamy więc nową mapę Wielkiej Brytanii, w której młodzi skupiają się głównie w południowo-wschodnich miastach (zwłaszcza w Londynie), a starsi na zachodnim wybrzeżu Szkocji i w Kornwalii. Socjolodzy zauważyli też, że w brytyjskim społeczeństwie mobilność społeczna nie jest już tak duża. Kiedyś ludzie drapali się w górę, zaczynając od kiepskich prac za barem czy w kawiarnii, po czym zostawiali się jej menedżerami i ostatecznie uczestniczyli w otrzymowaniu części firmowych zysków. Były to błyskawiczne kariery, które teraz przestały być już możliwe. Czasy szybkich awansów i wielkich okazji podobno minęły.
Brytyjskie miasto nocą słania się na przyodzianych w szpile nogach. Zdjęcie M. Dakowicza (za pozwoleniem autora)
Cardiff nocą lubi przebieranki. Zdjęcie M. Dakowicza (za pozwoleniem autora) Program BBC "The Noughties", choć zmontowany w dość irytujący sposób (za dużo przerywników, każdy komentarz musiał mieć obrazkową ilustrację tak, jakby widz nie był w stanie już zrozumieć słowa mówionego), dał mi dużo do myślenia i zainspirował do stworzenia własnej listy dziesięciu najważniejszych zmian "zerowej" dekady. Lista wygląda następująco:
Ciekawa jestem, jaka byłaby Wasza lista. Co uważacie za najważniejsze zmiany w minionych 10 latach?
środa, 06 stycznia 2010
Angielska, niespodziewana zima: nawet wielcy stają się bałwanami. Oksford 2010
Miasto jak wymarłe. W mieście grasuje śnieg!
Angielski pub w śniegu to rzadkość.
Sentymentalna podróż: śnieg w Oksfordzie a myśli kręcą się wokół polskich zimowych wakacji
wtorek, 05 stycznia 2010
"Jamilia" to króciutka powieść kirgiskiego pisarza Chingiza Aitmatova. Opowiada historię zamężnej, ale bezdzietnej kobiety z kirgiskiej prowincji z czasów drugiej wojny światowej. Jej mąż – Sadyk - jak większość mężczyzn z wioski walczy na froncie i od czasu do czasu przesyła konwencjonalne listy do rodziny. Jamilia jest pełną życia, niezależną w sposobie myślenia i postrzegania świata, piękną kobietą. Mieszka, jak na lokalne zwyczaje przystało, z rodziną męża. Jej teściowa, która w porównaniu do innych kobiet wydaje się dość postępową osobą, w kwestiach rodziny trzyma się tradycyjnych wartości, powtarzając Jamili: Praise be to Allah. A woman’s happiness is to have children and live in a house of plenty. ("Chwalmy Allaha. Szczęście kobiety polega na posiadaniu dzieci i mieszkaniu w domu, w którym niczego nie brakuje" str. 19). Podczas wojny wioska przechodzi również proces kolektywizacji, więc zebrane przez chłopów zboże zostaje konfiskowane przez państwo. Przy przewożeniu zbiorów z pola na stację kolejową pomagać mają wszyscy, którzy się we wiosce ostali. Jamilia pracuje zatem ze swoim szwagrem, który jest jeszcze młodym chłopcem i z innymi mężczyznami, którzy albo są weteranami wojennymi albo są niezdolni do służby wojskowej. Jeden z nich - Daniyar, z którego Jamilia będzie początkowo szydzić, nagle zawładnie jej sercem (zdobędzie je śpiewem. Talent i sztuka odgrywają ważną rolę w powieści. Narratorem jest zresztą artysta, który sportertował parę). Wspólnie zdobędą się na coś, co na kirgiskiej prowincji jest nie do pomyślenia - na ucieczkę. Teściowa bohaterki, jak zresztą pozostałe kobiety będzie sobie zachodzić głowę, dlaczego Jamilia złamała społeczne zasady. Ostatecznie lamentując nad tym, że rodzina utraciła przez występek Jamilii dobre imię, zawyrokuje: She’s a fool. Fancy leaving such a family and trampling on her happiness ("Jest głupia. Zachciało jej się opuścić taką rodzinę i zaprzepaścić własne szczęście"). Jej syn doda: She’ll come to a sticky end one day. There’s plenty more fish in the sea ("Pewnego dnia źle skończy. Zresztą są inne kobiety, mam z czego wybierać" - p.90). "Jamila" zrobiła na mnie wrażenie z kilku powodów. W tej zwięzłej i napisanej prostym stylem (tyle mogę powiedzieć o angielskim przekładzie) powieści Aitmatov dotknął wielu spraw. Pokazuje drogę do szczęścia nie mieszczącą się we tradycyjnych wartościach. Opowiadając o historii Jamilii, rysuje też portert kirgiskiego społeczeństwa, w którym rola kobiety jest jasno określona: to opiekująca się domem matka, która w dodatku traktowana jest przez męża jako jego własność (co dobrze widać w listach Sadyka). Co prawda ludność prowadzi już osiadły tryb życia (Aitmatov jak był małym dzieckiem to przemieszczał się ze swoją tatarską matką i kirgiskim ojcem z miejsca na miejsce tak, jak większość społeczeństwa w tamtym czasie), ale wciąż wierna jest tradycyjnym wartościom. "Jamila" to śliczna powiastka o miłości pozbawiona tkliwego sentymentalizmu. Jeżeli pomyślę sobie o tym, jak mało w literaturze europejskiej jest dobrych powieści, które kończą się happy endem (jak trudno jest przecież nam pisać o rzeczach dobrych i szczęśliwych bez popadania w banał!), to lektura tej kirgiskiej powieści jest prawdziwie orzeźwiająca.
*** *** Polecam też obejrzenie zdjęć Padmy z Kirgizji.
sobota, 02 stycznia 2010
Koniec grudnia w Oksfordzie: zgasły już dawno światła żydowskiej Chanuki, hinduskiego Diwali, w mieście pustki, z uniwersyteckich kolegiów wyziewa czarna gardziel, tylko gwiazda betlejemska wciąż poświeca gdzie niegdzie. Skończył się grudzień, przyszedł gregoriański styczeń tak do poprzedniego miesiąca podobny. Mało kto już dziś pamięta, że jeszcze w XVI-wiecznej Europie nowy rok przypadał w marcu, dokładnie 25-ego, w dzień Naszej Panienki, który miał być datą zwiastowania. Wielka Brytania była jednym z ostatnich krajów w Europie, który przyjął nowy porządek i przesunął datę powitania nowego roku na 1 stycznia (oporna adaptacja nastąpiła dopiero w XVIII wieku). Rozumiem tą niechęć... I właściwie żałuję, że awersja Brytyjczyków do jednoczenia się z kontynentem i poddawania się unifikacji (wszak wciąż królują na Wyspie cale, kwarty, stopy, mile pomimo przykazów z UE!) nie była większa i nie ocaliła marcowych celebracji. Trudno mi miniony kalendarzowy rok podsumować, bo nie czuję, żeby nastąpił jakiś koniec. Wręcz przeciwnie. Zimowe, ostre słońce, które osadzone teraz tak nisko pozwala wszystkiemu na ziemi nosić długi, smukły cień jest kontynuacją tych kilku tygodni moich zachwytów każdym krótkim dniem. Wciąż nie wiem czemu, Wyspa kojarzy się poza Wyspą przede wszystkim z ciągłym deszczem. Te bosko oślepiające, mroźne dni powinny stać się częścią angielskiego mitu. Żeby pomóc mitowi się stworzyć, załączam poniżej kilka zdjęć. Nie będzie więc podsumowań, ani tym bardziej noworocznych postanowień, których przez lata składania skutecznie udało mi się nie dotrzymywać... Wiem, co chciałabym zrobić w najbliższych miesiącach i jeżeli rzeczywiście starczy mi czasu, to zajmę się szlifowaniem włoskiego i nauką rosyjskiego, zwłaszcza, że za kilka miesięcy wybieramy się do Rosji (nawet udało mi się znaleźć prywatnego lektora w postaci kochanego męża). Zamiast zestawień będzie krótka przechadzka po tym, co w ostatnich miesiącach udało mi się odkryć, w dużej mierze właśnie dzięki Wam! Przede wszystkim natrafiłam na wiele ciekawych blogów. Lista zakładek w "Tyglu" jest pewnie dwu- jeżeli nie trzykrotnie dłuższa niż początkowo. Wszystkie czytam z przyjemnością i każdy zbogacił moje poszukiwania książkowe, filmowe, literackie, podróżnicze, społeczne, kulturowe, ekologiczne czy wreszcie osobiste o coś unikatowego, czego innym sposobem nie byłabym w stanie znaleźć. Dziękuję autorom za te osobliwe wycieczki! Całkiem niedawno oczarował mnie świat Czary, wcześniej humanistyczne zacięcie Logosa, który w międzyczasie z Brain Graffiti zdążył się przenieść do Wizji Lokalnej. Tam pewnie natknęłam się na świetny blog Snoopy'ego. Jak znalazłam zapiski Leonarda z Tajlandii, już nie pamiętam. I tak mogłabym długo, aż zatoczyłabym koło, powracając do tych blogów, które wiernie czytam od samego początku "Tygla" i bez których blogosfera byłaby o wiele uboższa: świat Chihiro, miasto Padmy, rozważania Porcelanki, Czytanki Peek-a-boo... Dzięki rozmowom z Wami, dzięki Waszym tekstom zaopatrzyłam się w ciekawe lektury przed wyjazdem do Indii, czy potem do Stanów. Dzięki Waszym rekomendacjom wybrałam się do Frick Collection, które było prawdziwym wielkim odkryciem podczas pobytu w Nowym Jorku , nie wspominając już o książce-przewodniku Kamili Sławińskiej, autorki kolejnego bloga, którego uwielbiam czytać (o książce mam nadzieję napisać wkrótce). W ostatnich miesiącach sporo podróżowaliśmy. Oprócz Indii i Stanów, przejechaliśmy kawał Polski, Włochy, Francję, Szwajcarię, docierając jesienią do Irlandii Północnej. O bardzo nielicznych miejscach udało mi się napisać, co mam nadzieję nadrobić. Chciałabym Wam powiedzieć o wielu książkach, filmach i wydarzeniach, które wydały mi się fascynujące. Żeby tylko to angielskie słońce zaczęło świecić dłużej, żeby dzień się rozciągnął, to będzie mi łatwiej to wszystko ogarnąć! Wszystkim Czytelnikom "Tygla" życzę wielu takich słonecznych dni!
Piątkowy spacer. Obrzeża Oksfordu - Shotover Hill - pobliże domu C. S. Lewisa. |
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Kategorie:
© copyright
Prawa autorskie zastrzeżone. Kopiowanie bądź wykorzystywanie treści bloga bez zgody autorki jest zabronione. |