środa, 18 listopada 2009
Przy pokonywaniu szerokiej płyty Atlantyku wydawało mi się, że na sąsiednim kontynencie otworzy się nagle świat zupełnie inny, nowy, trudny do ogarnięcia. Tymczasem północna część wschodniego wybrzeża okazała się niepokojąco bliska i zaskakująco przyjacielska. Być może sprawcą tego wszystkiego była jedność języka, choć w różnych odmianach wymawianego, ale jednak wciąż angielskiego, czy wielonarodowy i wielokulturowy charakter społeczeństwa, w którym przyjezdny może się łatwo odnaleźć. Nie podejrzewałam, że Amerykę tak łatwo polubię i nie spodziewałam się, że w brytyjskim powiedzeniu across the pond (dosł. po drugiej stronie stawu, basenu - ironicznie odnoszącym się do Atlantyku) będzie tyle banalnej prawdy - dystans wody może jest fizycznie duży, ale kulturowo, architektonicznie i często mentalnie potrafi dramatycznie się skurczyć. Najbardziej brytyjskim miejscem był dla mnie chyba Boston. W niektórych dzielnicach miasta, które zamieszkiwane są przez irlandzkich imigrantów, często mówiących wciąż z bardzo mocnym wyspiarskim akcentem, można poczuć się tak, jakby nie pokonało się wcale Atlantyku, tylko Morze Irlandzkie.
Nowy Jork, błękitny szklak, okolice Chelsey
Śmigająca taksówka, Nowy Jork, okolice SoHo Nie zrozumcie mnie jednak źle. Nie chcę bynajmniej powiedzieć, że wschodnio-północna część Ameryki to kopia starego świata Wyspiarzy. Wręcz przeciwnie. We wszystkich miejscach, które udało nam się odwiedzić, panowało silne poczucie przynależności do młodego narodu, identyfikacja z jego wartościami, jak chociażby z etosem pracy, dla której można poświęcić urlopy (są osoby, które na przykład nie korzystają z oferowanego dwu bądź trzy-tygodniowego, rocznego urlopu przez kilka lat) czy niesamowicie pozytywnym i entuzjastycznym podejściem do nowego czy obcego. Nigdzie wcześniej nie otrzymałam tyle ofert bezinteresownej pomocy w znalezieniu miejsca, odczytania mapy, kupienia czegoś etc. jak właśnie w Stanach. Wystarczyło, żebym na chwilę zatrzymała się przed miejskim planem czy dłużej niż reszta pędzących w pośpiechu na pociąg mieszkańców wpatrywała się w tablicę odjazdów, by nagle nie wiadomo skąd zjawił się człek - pomocna dusza, oferujący z wielkim uśmiechem odpowiedź na każde pytanie.
Synteza fast foodu: kurczakowe udko i ciasteczko
Student na trawce, Brown University, Providence Ten zaraźliwy entuzjazm objawiał się zresztą w rzeczach nawet tak prostych jak powitania. Zamiast hello czy good morning, przy wejściu czekało na mnie wesołe hey, how are ya? A zadane przeze mnie w rewanżu to samo pytanie wywoływało jeszcze większą radość. Podróż okazała się zresztą nie tyle miłym, kulturowym zaskoczeniem, ale i inspiracją. Nowy Jork ze swoimi obłędnymi muzeami, znakomitym połączeniem elegancji ze zwykłością, ślicznych uliczek w cieniu dalekich drapaczy chmur i prawdziwym odtworzeniem różnorodności świata w skali miasta zachęcał do włączenia własnych sił w ten kreacyjny tygiel. W Providence mieszkaliśmy u rodziny na wzgórzu uniwersyteckim, a znajdujący się tam Brown University ku mojemu zaskoczeniu otwierał wrota spotkań z pisarzami, zasobów bibliotek i instytutów dla każego, również nie-studenta, więc mogliśmy uczestniczyć w życiu tego miasta w mieście bez żadnych kart czy upoważnień. Prace i życie akademii sztuk pięknych podziałały na moją wyobraźnię na tyle, że wróciłam z mocnym postanowieniem zabrania się ponownie za malowanie. Boston był trochę zakręcony, trochę zbyt komercyjny, ale jednocześnie ciekawy. Uniwersyteckie Cambridge z kampusem Harvardu i MIT przypominało mi do pewnego stopnia angielskie uczelnie. A posiadanie kilku dni, w których byłam panią swojego czasu, pozwoliło powrócić pamięcią do beztroskich czasów studenckich. Rozkosz! Na koniec wybrałam się też na małą, samotną wyprawę na prowincję do miasteczka Lowell, które bez wątpienia jest teraz brzydką dziurą, ale ma ciekawą przeszłość, którą można poodkrywać, sunąc się ulicami i nie mając przy sobie żadnej mapy. Teraz jestem z powrotem już na drugim brzegu i próbuję wydobrzeć po tym, jak podróż noc zmieniła w dzień. Nie podejrzewałam, że jetlag potrafi być tak obezwładniający. Dlatego pewnie zajmie mi to jeszcze sporo czasu, zanim napiszę więcej o amerykańskiej wyprawie.
środa, 11 listopada 2009
Przechadzając się owocowo brzmiącą uliczką Brooklynu, którąś z alej czy nastą ulicą Manhattanu, gdzie fragment każdego skrawka lądu na świecie znalazł swoje miejsce w kratownicy miasta, wchłonięty, by stworzyć tę niepowtarzalną plecionkę Nowego Jorku, czuję się częścią tego dobrodziejstwa, pokornym obywatelem świata. Miasto w pełnych jesiennych kolorach i niezwykłym przypływie letniego powietrza wydaje się takie swojskie, a angielski, w którym "r" wymawia się, zmieniając je w radosny warkot, brzmi tak przyjemnie. I tak oto, powtarzając za Billym Joellem I'm in a New York state of mind!
Poranny jogging, Washington Square Park, Nowy Jork
Nowojorczycy na spacerze w Parku Centralnym
Niedzielna przechadzka, Brooklyn Hights
Ulicami Manhattanu
Hot dogi u Prady, nowojorska harmonia
czwartek, 05 listopada 2009
Berenice Abbot: Wall Street, showing East River from roof of Irving Trust Building. May 4, 1938. Zdjęcie pochodzi z tej New York Public Library. Więcej zdjęć można zobaczyć tutaj
Do usłyszenia za 10 dni! Może uda mi się coś napisać na bieżąco, ale nie mogę obiecać. Wybaczcie też ostatnie opóźnienia w odpowiedzi na maile i komentarze.
środa, 04 listopada 2009
Zaproszenie przyszło pocztą niespodziewanie. Aż trudno było mi uwierzyć: to już? Dokładnie zaplanowany, bez zwykłych w tego typu wielkich przedsięwzięciach opóźnień projekt przebudowy najstarszego w Wielkiej Brytanii muzeum sztuki i archeologii właśnie się zakończył. W sobotę miałam niezwykłą frajdę znaleźć się wśród pewnie dwóch tysięcy szczęśliwców, którym dane było zobaczyć przed oficjalnym otwarciem, jak wygląda przemienione, powiększone Ashmolean Museum. Efekt prac architekta Ricka Mathera jest piorunujący, diabelsko dobrze pomyślany, właśnie taki, jakiego potrzebowało to stare muzeum, które zebrało tyle przedmiotów artystycznych, że ogromna ich część musiała zalegać w magazynach i sejfach, bo nie mieściła się w i tak maksymalnie wykorzystanej przestrzeni.
Gra świateł i cieni. W Ashmolean Museum przez kontynenty i w czasie podróżować można w nastrojowym półmroku Nowe Ashmolean Museum to nowe poziomy, po których można poruszać się zygzakowatymi schodami, jednocześnie rzucając okiem przez szklane szyby na rozkład specjalnie utworzonych tematycznych galerii, które zabierają zwiedzającego w podróż w czasie przez kultury, miejsca i znaczenia. Wnętrze muzeum przypomina wielką, wielokulturową świątynię, gdzie zbierają się w pompatycznym marszu bogowie z panteonów świata. Ustawieni są tak, by można było śledzić, jak rzeźbiło ich długo artysty, któremu nie obce były wzorce klasycznych Greków czy dynamizm indyjskiej pozy tańca. W galerii siedzi więc zarówno zwycięzki Zeus w swej doskonałej klasycznej formie jak i afgański Budda, którego kompozycja i kształty są ukłonem w stronę greckich mistrzów.
Schody zaprojektowane przez Ricka Mathera Przemiany kulturowe, arytstyczne dokonania i finezję ludzkich pomysłów śledzimy w postaci wielkich zgadnień, które wykraczają poza tradycyjne geograficzne czy czasowe podziały. I tak, zamiast tradycyjnej segregacji zjawisk na regiony, państewka osadzone gdzieś w nowoczesnym trybie chronologii, poznajemy świat, wędrując jebwabnym szlakiem, przekraczając oceany w czasach Wielkich Odkryć, pielgrzymujemy do Ziemi Świętej, do czarnego kamienia w Mecce, czy śledzimy rozwój pisma na wszystkich kontynentach jednocześnie, kłaniając się zarówno przez chińską, japońską jak i arabską sztuką kaligrafii. Podróżom towarzyszą slajdy wyświetlane na ścianach, multimedialne opowieści, wielkie arrasy, cieknące od zwiezionego z nowego kontynetu złota naczynia domowego użytku, zapiski podróżników i wyblakłe od żarliwych modlitw różańce. W ten eklektyczny sposób Ashmolean realizuje swoją nową strategię Crossing cultures, crossing time. I robi to w doskonale nowoczesnych galeriach, w których przedmioty otrzymują należytą uwagę (wygodnie je oglądać w przestrzennych i delikatnie oświetlonych gablotach, choć przyznam, że wcześniejsze ashmoleanowe stłoczenie i rozgardiasz też miały swój urok).
Wielka transformacja muzeum niejednego zmusiła do panowania nad emocjami na siedząco Przechadzając się po Ashmolean sobotniego popołudnia, z radością dziecka odkrywałam ten nowy porządek, skacząc po piętrach jak królik na zielonej trawce, nie mogąc chwilami zdecydować, w którą stronę się udać, bo każda była równie kusząca. W tych dzikich podskokach towarzyszły mi setki innych ludzi, podobnie oszołomionych, którzy musieli aż przysiąść od czasu do czasu na chwilę, by ochłonąć i dać zmysłom odpocząć a potem wirować po salach w jeszcze szybszym tempie.
Indyjscy bogowie na pierwszym piętrze otwierają drogę dla chińskich i tajskich bóstw Z nowej, sześcio-piętrowej części gładko przemieszczali się zwiedzający do zbudowanych pod koniec XIX wieku i rozmieszczonych na trzech kondygnacjach, klasycznych galerii, w których teraz mieszka malarstwo i rysunek. Na zielono odmalowana jest sala z włoskimi obrazami religijnymi, z których w migoczącym świetle małych lampek pobłyskuje złota świętość. Malarstwo holenderskie z XVI i XVII wieku rozniosło się na dwie, srebrzyste sale, gdzie z wielkich portretów patrzą na zwiedzających brzydkie damy w olbrzymich, znakomicie oddanych kryzach swojego ślubnego stroju. Kolejne sale mieszczą zrodzonych w Oksfordzie Prerafaelitów, następne Picassa, Luciana Freuda czy Stanleya Spencera. Swoje nowe miejsce trzymały też instrumenty muzyczne, w tym skrzypce Stradivariusa, też te zwane Messiah, które museum otrzymało pod warunkiem, że nigdy nikt na nich nie zagra. I stoją tak smutne, nieskazitelne wśród innych instrumentów i rozciągającego się na ścianie olbrzymiego arrasu.
Klasycyzm w klasycyzującej sali nowoklasycznej części muzeum W Nowym Ashmolean można by na dobrą sprawę zamieszkać i myśl taka przebiegła mi przez rozpaloną głowę, jak wspinałam się zygzakowatymi schodami w górę i w górę. Wystarczyłby drobny śpiwór skulony gdzieś między gablotami powiedzmy na trzecim piętrze muzeum. Rano wystarczyłoby zejść na dół do podziemi na kawę, po drodze przyglądając się Wielkim Odkryciom i islamskiej ceramice. Z podziemi można by przejść potem w górę holem wśród nadobnych ateńczyków i kapryśych greckich bogów. Stamtąd można by udać się dokąd tylko dusza zapragnie, podpatrzeć dawnych mistrzów, przyklasnąć współczesnym w ich natłoku rzeczywistości, coś zauważyć, co nigdy przedtem nie było widoczne, coś podrysować na bloku ołówkiem, by wreszcie wieczorem przenieść się na dach muzeum, gdzie teraz mieści się nowopowstała restauracja i kawiarnia. A tam przegryzając coś niespiesznie, można pomyśleć o tym, że jednak jesteśmy wielcy, że to, co z naszych stuleci zebrało z tej planety Ashmolean Museum ma w sobie tchnienie boskiego tworzenia, że w ten sposób osiągnęliśmy od zawsze upragnioną nieśmiertelność. ***
Ashmolean Muzeum, najstarsze i teraz pewnie najnowocześniejsze muzeum sztuki i archeologii
niedziela, 01 listopada 2009
Sztuka Jerome'a Lawrence'a i Roberta E. Lee zatytułowana "Kto sieje wiatr?" traktuje o procesie młodego nauczyciela Johna Scopesa, który aresztowany został za nauczanie teorii ewolucji w jednym z południowych i konserwatywnych stanów Ameryki. Dramat oparty jest na autentycznym wydarzeniu, które miało miejsce w latach 20-tych minionego wieku, zwanym też małpim procesem. Sprawa wstrząsnęła całą Ameryką, bo zaangażowali się w nią dwaj świetni i niezwykle wpływowi prawnicy tamtych czasów, agnostyk Clarence Darrow w roli obrońcy i zapalony katecheta William Bryan w roli oskarżyciela. Obaj, rzecz jasna, znakomici mówcy. Proces opisywany szeroko w mediach stał się de facto symbolem walki o zniesienie dosłownej interpretacji Biblii (w szczególności fragmentu o powstaniu świata), zmianę jej roli w ustanawianiu prawa i przede wszystkim obronę wolności myśli i wypowiedzi. Dramat "Kto sieje wiatr?" skupia się przede wszystkim na kwestiach konserwatywnej mentalności, konflikcie religii i nauki, potrzebie znalezienia miejsca dla tych, którzy są przeciwko głosowi grupy. Znaczenie procesu Scopesa było ogromne. Jak to ujął obrońca oskarżonego na tym procesie "nie sądzi się jednostkę, ale całą naszą cywilizację". Dla zainteresowanych: trailer można zobaczyć tutaj.
Spacey od kilku lat jest dyrektorem artystycznym teatru Old Vic. "Kto sieje wiatr?" to jego szósta produkcja w na deskach tego teatru.
***Aktualizacja - poniżej relacja z przedstawienia:*** Sztuka "Kto sieje wiatr?", która miała swój debiut na Broadwayu w latach 50-tych a później doczekała się też filmowej i telewizyjnej adaptacji nie bez przyczyny grana jest w tym roku. Reżyser w ten sposób upamiętnia dwie ważne i obchodzone w Wielkiej Brytanii hucznie daty: 200-tną rocznicę urodzin Karola Darwina i 150-tą rocznicy publikacji jego rewolucyjnego dzieła "O powstawaniu gatunków". Na deskach teatru Old Vic parą w debacie o wolność myślenia dla Kevina Spacey jest David Troughton, znany m.in. z ról szekspirowskich, za które otrzymał nagrodę najlepszego aktora Globe Theatre Award. Dzięki Troughtonowi i Spacey dawny proces z lat 20-tych nagle ożywa, a wygłaszane przemowy nabierają siły i porywają widza. Zresztą ze względu na to, jak ustawiona jest scenografia (członkowie ławy przysięgłych siedzą w pierwszym rzędzie krzeseł, wraz z widzami), oglądający stają się częścią tego wydarzenia. Spacey'ego widzimy na scenie postarzałego o jakieś 20 lat, z garbem i kulejącą nogą. Moim zdaniem w teatrze gra jeszcze lepiej niż na planie filmowym. Jest szalenie przekonujący i niezwykle wyrazisty.
David Troughton w roli żarliwego oskarżyciela Sztuka podzielona jest na dwie części. W pierwszej przedstawione jest życie prowincjonalnego miasteczka, którym w teorii zarządza burmistrz, a w praktyce prowadzone jest przez władczego pastora. Sceny z życia mieszkańców poprzedzielane są przez zbiorowo odśpiewywane pieśni religijne. Niektórzy krytycy są zdania, że w ten sposób reżyser, który od jakiegoś czasu zaangażowany jest w realizację musicali, próbuje do sztuki dołączyć elementy muzycznej formy ekspresji. W przekonaniu niektórych to zły pomysł. Moim zdaniem zabieg był udany. Zatrzeżenia miałam tylko do samej długości pierwszej, wprowadzącej części. Brakowało jej dynamizmu, otwierała się trochę zbyt długo. Dopiero w drugiej części, ta strata została zrekomensowana, bo niej mnóstwo jest i elementów dramatycznych i komicznych. Jednym z nich jest fragment procesu, w którym oskarżyciel (David Troughton) wyjaśnia, próbując przyjąć naukową pozę, że po przeliczeniu czasu życia biblijnych postaci, świat powstać musiał 23 października 4004 r.p.n.e o 9 rano. Obrońca (Spacey) po znakomicie wymierzonej pauzie, zapytuje rezolutnie: o 9 rano, a jakiego czasu: wschodniego czy zachodniego? I w tym momencie zmienia się bieg rozprawy, której finał wydawał się początkowo z góry przesądzony. Proces z ataku na teorię Darwina, zmienia się w debatę, która podważa sensowność dosłownej interpretacji Biblii. Muszę przyznać, że w swojej wymowie sztuka może wydawać się dziś historyczna, już może nieaktualna, zwłaszcza kiedy ogląda się ją z brytyjskiej perspektywy, a więc z perspektywy kraju, który wyraźnie oddziela sprawy religii od państwa i w którym wolności i prawa człowieka są powszechnie szanowane. Dodatkowo taką interpetację potwierdzałaby też scenografia utrzymana w kolorach sepii, niczym z dawnej fotografii. Reżyser jest jednak innego zdania, twierdząc, że zgodnie z niedawnym sondażem przeprowadzonym w USA, prawie połowa amerykańskiego społeczeństwa odrzuca teorię Darwina, więc debata wcale się nie przedawniła. Bez względu jednak na to, jak by ją traktować, "Kto sieje wiatr?" jest na pewno warte zobaczenia.
"Kto sieje wiatr?" - scena tuż tuż przed rozpoczęciem przedstawienia
sobota, 31 października 2009
Ten moment w roku, kiedy zbliżają się do siebie dwa odległe światy: ten żyjących, namacalny i powszedni i ten, który żyje ukryty, do którego się trafia i skąd nie ma już powrotu, zawsze zjawia się stanowczym krokiem, kiedy tylko opadłe liście, kolejny symbol przemiany życia w umieranie, w hibernację, w sen, zaczynają rozkładać się na wilgotnej glebie parków i pól. W Polsce w tym czasie odwiedza się zbiorowo cmentarze, uczestnicząc w długich, szarych, przygnębionych korowodach, których myśli krążą pewnie wciąż nie tylko wokół najbliższych, ale i całych zapasów polskiej martyrologii. Wojna, wojna, powstanie, wojna, strajki, ofiary, pokonani, ale zwycięzcy. Podczas, gdy słowiańska dusza łagnie tej tęsknoty za utraconym, na Zachodzie śmierć ubiera się w maski duchów i potworów, karykatury strasznego i nieodwracalnego, dziecięce zabawy w Trick or Treat (psikus bądź nagroda – zwykle cukierek), by od tej melancholii odwrócić się, jak najdalej i nie pozwolić jej, nie pozwolić ani na chwilę nikogo obezwładnić. Jak co roku, ani bliska mi polska stłumiona w czerni i szarości procesja żałobna, ani brytyjska werwa do żartu. Świec palić nie będę, ani z dyni główki wycinać. Cóż zrobić? Wśród tych jesiennych, mokrych kolorów myślę z sympatią o tych, co żyją, co są daleko, daleko, ale tak blisko serca...
Po prostu dynie. Ani halloweenowe, ani zaduszne. Po prostu jesienne
środa, 28 października 2009
Z pułapki bycia biednym, źle urodzonym czy z niefortunności bycia kobietą w świecie zdominowanym przez wpływowych mężczyzn nie ma wyjścia. Egipskie społeczeństwo nie pozwala na żadną mobilność. Taha, młody i zdolny student, nie dostanie się do Akademii Policyjnej, bo jego pochodzenie (ojciec - oddzwierny) zablokuje mu skutecznie drzwi do kariery. Odnajdzie się dopiero w szeregach muzułmańskich ekstremistów, marząc tylko i wyłącznie o zemście na tych, którzy zabili jego marzenia i torturowali go w więzieniu. Piękna, młoda Busejna odczuje na własnej skórze, co to znaczy pracować w sklepie u mężczyzny. Zresztą nie tylko ona, ale i cała reszta pracownic będzie na zapleczu wykorzystywana seksualnie przez milczącego właściciela straganu. Najbardziej przygnębiająca w tym obrazie jest postawa matki Busejny, która dobrze zdaje sobie sprawę z tej sytuacji, a pomimo tego perwersyjnie każe córce dbać o swój honor i dobrze zabrabiać na utrzymanie całej rodziny. Bohaterowie uwięzieni w siatce społecznej korupcji, finansowej beznadziei, religijnej hipokryzji mogą jedynie poddać się losowi bądź próbować sprytnie wykorzystać ten chory system dla własnej korzyści. Wszyscy mieszkają w jednym budynku – w angielskim tłumaczeniu w tytułowym Yacoubian Building – niegdyś domu przedwojennych bogaczy. Teraz zbiera się w nim cały przekrój kairskich klas, począwszy od biedaków żyjących na dachu budynku w klitkach dwa na dwa metry, przez dorobkiewiczów z górnych pięter po Zakiego, podstarzałego, dobrze sytuowanego libertyna, wykształconego jeszcze przed wojną, w Paryżu, który życie spędza na uwodzeniu kobiet. Ostro zarysowane relacje społeczne sprawiły, że książka wywołała w Egipcie skandal i jednocześnie stała się najlepiej sprzedającą się powieścią w krajach posługujących się językiem arabskim. Doczekała się bardzo szybkiej ekranizacji oraz serialu telewizyjnego. To, co najbardziej raziło na szeroko pojętym Bliskim Wschodzie, to przede wszystkim cios w obyczajowość zbudowaną na podstawach islamu. Jednym z bohaterów książki jest gej, wpływowy redaktor naczelny popularnego dziennika. Ta postać wbudziła najwięcej kontrwersji w ojczyźnie autora. To, co jednak oburza egipskie społeczeństwo, na Zachodzie Europy nie budzi już większych emocji. Dlatego ta książka dla europejskiego czytelnika nie będzie miała w tym względzie aż takiej siły rażenia. Dodatkowo, moim zdaniem, portret kontrowersyjnego Hatima zbudowany jest na zbyt wielu stereotypach (skoro Hatim jest gejem to od razu musi po domu chodzić w jedwabnym, różowym szlafroku) i dość nieznośnych uogólnieniach typu miał smutne, tajemnicze i ponure spojrzenie, tak charakterystyczne dla twarzy homoseksualistów. Książka kuleje jeszcze w bardziej fundamentalnym miejscu. Zbudowana jest niestety jak współczesny serial, którego każdy odcinek urywa się w kulminacyjnym punkcie, żeby widza zobowiązać do obejrzenia następnego. W książce każdy wątek/rozdział przerywany jest brutalnie w ten sam sposób. Dodatkowo akcja wije się jak wiklina w koszu, przeplatając wątki wielu bohaterów w dość skomplikowany, ale spójny sposób, co początkowo niepotrzebnie wprowadza zamieszanie. Cóż, wielka literatura to na pewno nie jest, ale książka warta przeczytania, bo potrafi obudzić czytelnika śpiącego w wygodnym społecznym gniazdku ze snu i pokazać rzeczywistość walki o codzienne przetrwanie, wpływy, finansowe i cielesne zniewolenia, niegasnące pożądanie i pragnienie władzy.
*** Polskie wydanie ukazało się pt. Kair, historia pewnej kamienicy
niedziela, 25 października 2009
Wielu z Was pewnie wie już dobrze, jak przebiegła debata oglądana przez rekordową liczbę osób. Każdy z polityków z trzech, głównych partii przygotował sobie umoralniające przemówienie i przeprowadził, choć często było to zupełnie poza ramą zadanego pytania, zmasowany atak na Griffina. Podobnie reagowała publika. Griffin wypadł fatalnie, nie pozostawiając wątpliwości, że jego pokrętne poglądy nie trzymają się kupy. Mówił o tym, że rdzenni Brytyjczycy są zagrożeni przez napływającą ludność, że Wyspa powinna zostać przywrócona w posiadanie jej pierwszych właścicieli (tylko kim oni mieliby być Normanami? Anglo-Saksonami? czy może starożytnymi Rzymianami albo Celtami?), że dochodzi do czystki białej ludności, że islam jest chorą religią, że homoseksualizm jest zły etc... Cieszę się, że poglądy Griffina zostały obnażone, niepokojące wydało mi się jednak to, że do żadnej sensownej debaty w duchu demokratycznym jednak ostatecznie nie doszło. Szef BNP potraktowały został jako gość drugiego gatunku, często był zakrzykiwany przez innych panelistów, którzy mówili do niego po imieniu, traktując go jak dzieciaka w szkole. Skoro BBC postanowiło publicznie z Griffinem porozmawiać, powinien pojawić się na takich samych prawach, jak reszta panelistów. Pamiętam, jak kiedyś do swojego programu Tomasz Lis zaprosił jednego z polskich polityków podobnego kalibru, którego publika powitała śmiechem i buczeniem. Wtedy Lis natychmiast przywołał ją do porządku, argumentując, że Leper jest gościem programu i w związku z tym należy mu się stosowne traktowanie. I tak powinno się też stać podczas debaty w BBC! Zamiast tego jednak odbyło się bezwzględne biczowanie kontrowersyjnego gościa. A to w moim przekonaniu może świadczyć przede wszystkim o powierzchowności brytyjskiej demokracji i o unikaniu zmierzenia się z problemem. Moim zdaniem rząd boi się podjąć dyskusji na ten temat z kilku powodów. Przede wszystkim pojawienie się takiej partii jak BNP na brytyjskiej scenie politycznej, to policzek dla obecnej polityki rządu. Nieuregulowana i źle oszacowana polityka imigracyjna zaczęła, zwłaszcza w czasach "ekonomicznego kryzysu" budzić powszechne niezadowolenie. Południe Anglii jest przeludnione, rząd nie ma pojęcia na temat tego, ile osób dostaje się do kraju, ale ile wyjeżdża. Mniejszości narodowe tworzą małe getta w większych i miejszych miastach, zamykając się w obrębie własnych zwyczajów i języków, więc zamiast dowolnie mieszać się i poznawać, tworzą się państewka w państewkach. Choć rząd obecnej partii starał się stworzyć nowe pojęcie brytyjskości, budując koncept społeczeństwa wielokulturowego, ta polityka, w moim przekonaniu, nie spełniła oczekiwań. Społeczeństwo, w którym zwiększa się sentyment do konserwatyzmu, wydaje się szukać alternatywy - próbuje na czymś innym zbudować poczucie narodowej tożsamości. Co znaczy dziś być Brytyjczykiem? Czym jest mieszkanie na Wyspie? Wydawało się, że ideał wielonarodowego, wielokulturowego i wielowyznaniowego tygielka odpowie na te wszystkie pytania. Tymczasem rosnące w siłę BNP pokazuje, że wcale tak nie jest. Popularność tej skrajnej partii wiąże się zresztą nie tylko z problemami z identyfikacją narodową czy polityką emigracyjną. To też oznaka tego, że Brytyjczycy zaczynają głosować negatywnie przeciw trzem dominującym partiom, przeciw politycznej poprawności. I choć Griffin myli pojęcia i nadużywa słów, jego język pozbawiony poprawności jest czymś zupełnie nowym i świeżym na politycznej scenie. Moim zdaniem, to ostrzeżenie dla brytyjskiej sceny politycznej, bo jeżeli nic się nie zmieni, to źle będzie się dziać w państwie duńskim, naprawdę źle.
*** Debatę można zobaczyć na stronie BBC Question Time
piątek, 23 października 2009
Są miasta, których zmiana pór roku mało obchodzi i których miejski charakter pozostaje odporny na kaprysy aury. Taki z pewnością jest Londyn, rozgorączkowany w równym stopniu wydrzeniami lata czy zimy. Takie nie jest Brighton, niedgyś popularny wśród londyńczyków wiktoriański kurort a od lat 80-tych miasto uznane za brytyjską, wyzwoloną stolicę klubów gejowskich, które jednak gaśnie poza sezonem. Oksfordowi zmienność pór roku bardzo służy, bo przemienia miasto w ciągu roku co najmniej dwa razy w dwie zupełnie różne przestrzenie. Trudno mi powiedzieć, kiedy jest najpiękniejsze czy najbardziej oksfordzkie: w momencie, kiedy wiosną czy jesienią dudni życiem uniwersytetu, próbując każdą chwilę wykorzystać do granic, napoić nią wszystkich spragnionych, którzy przybyli z najróżniejszych stron świata, by wspólnie doświadczyć i wspólnie współtworzyć mit tej starej uczelni; czy też wtedy gdy nagle miasto spowalnia latem po wyjeździe mieszkańców-na-semestr, poddając się wiejskim wpływom z obrzeży, słonecznym zapachom okolicznych łąk czy wodnym rozrywkom na dwóch rzekach, które rozrywają miasto na dwie cząstki na północy, by złączyć się w jedno na południu.
Catte Street w grze cieni i świateł piątkową nocą, Oksford
wtorek, 20 października 2009
Co jakiś zas Bodleian ze swoich przepastnych, ciągnących się długimi kilometrami pod miastem korytarzy z książkami wypuszcza miłosiernie na powierzchnię cząstkę swojej kolekcji. W zeszłym roku pokazywała pierwsze wydania mistrzów włoskiego humanizmu - Dantego Alighieri i Petrarki. Teraz pozwala oko zapuścić na najpiękniejsze książki świata. W ciemnej, oświetlonej jedynie małymi lampkami sali znajdują się prawdziwe perły bibliofilów: unikatowe wydania Biblii, których okładki uginają się pod ciężarem drogocennych kamieni a metalowa, zdobiona rama znakomicie chroni boskie słowo przez intruzami i zębem czasu. To prezenty monarchów średniowiecznej Europy Zachodniej. Wschodni władcy woleli oprawy z kości słoniowej - doskonale wypolerowane z sylwetkami świętych i naznaczonych boskim światłem cesarzy.
Książki Folio Society Fach oprawiania nie jest stary jak świat. Wykonuje się go od jakiś 2 tysięcy lat, zawsze traktowany był jak rzemiosło. Patrząc jednak na przykład na rzadkie wydanie Biblii hebrajskiej wykonane przez hiszpańskiego, anonimowego mistrza czy na egzemplarz Koranu z XVI-wiecznej egipskiej szkoły introligatorskiej, trudno nie użyć innego słowa, które wydaje się właściwsze: to sztuka. Jej tematy, motywy, przybory i techniki są zaskakująco bogate. Sztukmistrzowie średniowiecznia preferowali złotą farbę, która na skórzanych okładkach malowała harmonijne wzory i postacie. W XV wieku egipski czarodziej opraw wpadł na inny pomysł. Zaczął podgrzewać metalowe narzędzia i nimi tworzył cudowne esy floresy, wciskając cieniusieńskie kawałki złota i srebra głęboko w skórzaną oprawę. Ta trwała metoda dostała się z BliskiegoWschodu przez Włochy na kontynent europejski i stała się popularnym sposobem na sporządzanie luksusowych książek, głównie na zamówienie najbogatszej elity politycznej Zachodu. Takie księgi ofiarowywane najpotężniejszym były czymś więcej niż tylko szalenie ekskluzywnymi podarkami oficjeli. Były i są zresztą do teraz szczytem artystycznego wyrafinowania, dowodem ludzkiej finezji, doskonałym połączeniem obrazu ze słowem. Bodleian Library pokazuje, jak te cuda rozpowszechniły się w Niemczech, Francji, Włoszech, Hiszpanii. Na wystawie zobaczymy też ich wschodnie odpowiedniki z Persji, Syrii, Turcji, Egiptu. Teraz umieszczone w szczelnych szklanych gablotach robią ogromne wrażenie, a jakie potężne musiało ono być, gdy okładki migotały złotem w świetle płomieni świec?
Stare piękności z wystawy An Artful Craft Przyzwyczailśmy się już do tego, że dzisiejsze książki prężą na półkach swoje grzbiety. Tymczasem jeszcze do XVI wieku stawiano je odwrotnie. W Bodleian zobaczyć można, jak ta krawędź potrafi pstrzyć się kolorami i wymyślnymi wzorami. Jak końce stron potrafią wyczarować kształt drzewa, szachownicę, czy barwną tęczę. Wystawa w Bodleian prezentuje nie tylko stare, wielowiekowe egzemplarze, ale i współczesne książki z oryginalnie wykonanymi oprawami ze słomy czy drewna. Książki ze współczesnym wzornictwem, często minimalistycznym robione są dziś na zamówienie przez uznanych mistrzów, których nazwiska są powszechnie znane. Współcześni artyści od oprawy mają swoje znane pracownie w dużych miastach.
Oksfordzki pub introligatorów "Old Bookbinders" w dzielnicy Jericho Tą kameralną ekspozycję obejrzałam z prawdziwą przyjemnością. I wcale nie była dla mnie dziką podróżą w czasie. Była ważnym przypomnieniem o tym, że książki wciąż mogą wyglądać pięknie. Że sztuka ich tworzenia wciąż się zachowała pomimo tego, że większość współczesnych publikacji drukowana jest po taniości na Dalekim Wschodzie, czy od święta we Włoszech.
Na koniec coś współczesnego: wymyślna podpórka do książek, którą udało mi się złowic w Oksfordzie na prezent ślubny dla przyjaciół
***
niedziela, 18 października 2009
Zanim się obejrzałam, minął rok, odkąd zaczęłam pisać bloga. Czas przefrunął przez 12 miesięcy w zwinnym locie, przepłynął mi przez palce jak złota, wąziutka rybka, a to, co udało mi się wśród tej pogoni zatrzymać, zawarłam właśnie w Tyglu. Odkąd pamiętam, zawsze lubiłam pisać i zapisywać, rzeczy drobne, ulotne, które kiedyś wydawały się wielce ważne, a dziś wywołują tylko zawstydzający uśmiech politowania. W czasach liceum miałam gruby notes, z wpisami przeżywanej co roku zimowej depresji i wiosennych uniesień, wyrywkami ciekawych artykułów, słowami piosenek, co do których byłam przekonana, że jak nikt inny na świecie potrafią opisać te szalenie skomplikowane stany moich emocji i myśli. Kiedy ruszyłam na studia, licealne zapiski z ulgą spaliłam. Pamiętam, jak po spontanicznie podjętej decyzji, jednego wieczoru unicestwione zostały w starym piecu cztery lata dojrzewania. Potem był dziennik z podróży. Pisałam tak dużo i szybko, że ołówek musiałam temperować z kilka razy dziennie. To była moja pierwsza długa podróż, w dodatku morska, więc czułam, że zapisać muszę absolutnie wszystko: od precyzyjnego opisu kołysania fal, po dokładny zapis myśli, skojarzeń, choroby morskiej, jedzenia, załogi, aż po zapachy Izraela, przepowiednie ulicznej wróżbitki czy ogrom strachu, który przeżyłam gdy samotnie łażąc po zakamarkach obcego miasta, nagle wyrosła przede mną piątka wielkich facetów. Dziennik pisał się szybko i pewnie leży gdzieś jeszcze na dnie jednej z szuflad. Kiedyś wydawało mi się, że nie chcę do niego zajrzeć, żeby i jego przypadkiem nie przydusić płomieniami prowizorycznego, domowego kominka. Teraz jednak myślę, że jeżeli kiedykolwiek wpadnie mi w rękę, to nic mu nie zrobię. Tak, jak nie tknę Tygla, dopóki ochota na pisanie nie minie i nie zabraknie Was, drodzy czytelnicy, bo bez Was to miejsce, choć tak bardzo moje, nie byłoby takie samo. Dziękuję, że jesteście, że zostawiacie tu swoje myśli, że powracacie, że do tego osobistego tygielka dodajecie własny smak. Tą skromną rocznicę chciałabym świętować właśnie z Wami. Wszystkiego najlepszego!
piątek, 16 października 2009
Kiedy zwalniam trochę kroku, by przyjrzeć się porannemu zrywowi misyjnego żaru, zastanawiam się, gdzie te gorliwe nawołania mogą docierać. Nawracanie, a w dodatku nawaracanie w starym stylu kościoła, który nowoczesne społeczeństwo wyrzuciło poza ramy politycznej i społecznej debaty, jest w tym kraju niczym nawoływanie do porzucenia elektryczności na rzecz uroku dawnych świec. W Wielkiej Brytanii kościoły buduje się samemu, na własne potrzeby, a przyjmują one formę nie tylko wciąż popularnych ewangelizujących nurtów, które zapewniają dobre samopoczucie tym, co lubią być bogaci, ale i stowarzyszeń na kształ przyjacielskich kwakrów. Dżiiiizaz, au lord (Jezus nasz pan) - dobiega do mnie już stłumione, kiedy wychodzę z Cornmarket na Magdalen Street. Poranny ruch, zwłaszcza przemierzających centrum w każdym kierunku młodych ludzi na rowerach, tak nowy po letnim uśpieniu miasta i butnych tabunach turystów, oznacza jedno: pocztątek pierwszego tygodnia akademickiego trymestru. Przez następne osiem tygodni miasto na nowo odzyska swoje serce, swój rytm i wigor, odkąd uniwersytet będzie w jego żyły pompował swoją krew.
Centrum miasta, studenci wychodzący z biblioteki Radcliffe Camera, Oksford W południe nie mam gdzie zaparkować roweru. Studenckie życie kręci się przede wszystkim na dwóch kołach: od zajęć w kolegium sam na sam z wykładowcą (tzw. tutorials) przez wykłady i seminaria w rozsianych po mieście instytutach na bibiotece skończywszy. Rowery wbite między metalowe łuki stojaków zatrzaskują się w agresywnym uścisku, porzucone na chybcika tuż przed rozpoczęciem zajęć. Od czasu do czasu w przerwie na lunch zfrustrowany tym bałaganem japoński student będzie bezradnie próbował wyciągnąć swój zmiażdżony rower spod dwóch innych, by pomknąć dalej, do księgarni po nowe książki.
Studenckie mieszkania, które należą do uniwersyteckich kolegiów, w oksfordzkiej dzielnicy Jericho W sklepach zaroiło się od czarno-białych uniwersyteckich ubranek (które możecie zobaczyć tutaj). W pogodne dni popiersie manekina z białą koszulą, białą muchą i powłóczystym, czarnym płaszczem ze skrzydełkami pręży się przed sklepem. W deszczowe dni, uniwersytecką modę można oglądać na odpicowanej wystawie. Bez względu jednak na pogodę na człowieczka w tym modnym od kilkunastu stuleci wdzianku przypominającym nietoperza można wpaść, kiedy przedziera się przez miasto, niemalże noszony w powietrzu na skrzydłach.
Uniwersytecki uniform w całej swej krasie
Portier w staromodnym meloniku strzegący wejścia do Christ Church College Wieczory pełne są głośnych rozmów w pubach. Pogoda pozwala na wieczorne przesiadywanie na ławach na zewnątrz King's Arms. Przy większej liczbie studentów, wieczorne spotkania rozciągają się na ulice bądź na schody pobliskiej bibioteki. Po drugiej stronie wejścia do Bodlein Library między jedym wejściem do księgarni Blackwells a drugim, w podziemiu ożywa White Horse, pub, który niegdyś zawładnęli portierzy z kolegiów, ci z długimi, zakrzywionymi nosami, niemalże jak czarni bohaterowie książek Dickensa, ci łysi jak kolano i ci, którzy wciąż preferują nosić nonszalanckim melonik, stojąc w bramie i przeganiając nieproszonych gości. Teraz White Horse okupują studenci, a portierzy tylko spoglądają ze swoich karykatur, które wiszą na zakrzywionych ścianach public house. Piwo leje się w kwintach, a nadmiar ścieka po kuflu na i tak lepki już blat. Oksford urodził się tej jesieni na nowo. Powstał z letnich, prowincjonalnych popiołów. Odrodził się w całej swej wielowiekowej wspaniałości. Hallelujah!
Pierwsze oksfordzkie przykazanie: trawy nie deptaj! Tabliczki z urocznym "Keep off the grass"wyścielają połowę centrum
wtorek, 13 października 2009
Film nie ma tej głębi, co Mahanagar. To raczej prosta, ale świetnie zrealizowana, satyra społeczna. Muzyka, monotonna i powolna, odgrywa w tym filmie ważną rolę. To ona zbuduje nastrój w kulminacyjnej scenie obnażenia szachrajstwa Birinczi. Karykaturalny obrazek z lat 60-tych może nie rozbawi nas do łez, ale z pewnością rozśmieszy i pokaże uniwersalność motywu pobożnisia-oszusta. Swoją drogą ciekawe, jak wyglądałby dzisiejszy, polski świętoszek. Macie jakiś pomysł?
niedziela, 11 października 2009
Zapraszam jutro do słuchania audycji "Nie lubię poniedziałku" w Radiu Roxy między 10-tą a 13-stą, gdzie pojawi się relacja z tegorocznego zwycięzcy nagrody Bookera. Chihiro będzie mówiła o postaci Hilary Mantel, a ja, świeżo po lekturze "Wolf Hall", opowiem o książce i o tym, jak Hilary Mantel łamie schematy tradycyjnej powieści historycznej. Za "Wolf Hall" Hilary Mantel otrzymała 50 tys. funtów nagrody. Zapytana w zeszłym tygodniu przez dziennikarzy o to, na co zamierza przeznaczyć pieniądze, powiedziała z humorem na "sex and drugs and rock'n'roll".
piątek, 09 października 2009
Kiedy odczytane zostaje nazwisko zwycięzcy literackiej nagrody Bookera, cała uwaga skupia się na nagrodzonej książce i jej autorze, a jurorzy powoli odchodzą w cień i wracają do swoich poprzednich obowiązków. Na co dzień są krytykami, dziennikarzami bądź pisarzami. Booker zabiera im zwykle pół roku z ich życia. Dostają za to śmieszne pieniądze (ok. 3 tys. funtów za jakieś 25 tygodni pracy). Jakiś czas temu słuchałam w radiu wywiadu z jednym z tegorocznych jurorów Bookera, który mówił, że praca nad wyborem najlepszej książki, oznacza czytanie pięciu powieści z listy tygodniowo, bez względu na to, czy ci się podoba czy jej szczerze niecierpisz. Po pierwszych tygodniach nie pamięta się już z książek wiele. Zostaje tylko mgliste wspomnienie, jakiś urywek fabuły i ogólne wrażenie. Brak ci czasu na rodzinę i na inne rzeczy, które z przyjemnością wypełniały ci wolne wieczory czy weekendy. Brak ci ochoty na książkę, którą chciałbyś przeczytać, ale nie możesz. |
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Kategorie:
© copyright
Prawa autorskie zastrzeżone. Kopiowanie bądź wykorzystywanie treści bloga bez zgody autorki jest zabronione. |