czwartek, 17 maja 2012
Na spotkaniu po raz czwarty z rzędu pojawił się pisarz z Polski - właśnie wczoraj poznałam przesympatycznego Zygmunta Miłoszewskiego, który zaprezentował się naprawdę dobrze, opowiadając o swoich doświadczeniach jako dziennikarz i o przebojach, które spotkały go w Sandomierzu po publikacji jego drugiej powieści kryminalnej "Ziarno prawdy" (wtedy próbowano zablokować jego przyjazd do miasta a na spotkaniu autorskim pojawili się przedstawiciele ochrony u ukryciu). Zygmunt kończy w tej chwili pracę nad trzecią i ostatnią częścią przygód prokuratora Szackiego, która podejmować będzie kolejny drażniący temat (po sprawach esbeckich, polskim antysemityzmie przyjdzie pora na relacje polsko-niemieckie). Mówił, że z kryminałem chce się pożegnać i planuje zupełnie zmienić gatunek. Do dziennikarstwa nie chce wrócić. Bardzo podobała mi się jego uwaga o tym, że obecnie najlepej przygotowane i przeanalizowane sprawy znaleźć można w powieściach a nie w dziennikarstwie, które często publikuje bardzo powierzchowne teksty. Z pewnością Zygmunt nie porzuci jednak trudnych tematów, bo o tym pisać lubi, a po lekturze "Uwikłania" oraz "Ziarna prawdy" muszę przyznać, że to wychodzi mu pierwszorzędnie. Fragment z jego ostatniej książki przeczytała podczas spotkania Antonia Lloyd-Jones (wow, ona to dopiero potrafi robić wrażenie!). Żałuję, że tego dla Was nie sfilmowałam.
Zygmunt Miłoszewski z Rosie Goldsmith Innym autorem, który porzucił karierę dziennikarską, jest czarnogórski Ognjen Spahić (podejrzewam, że również w podobnym wieku do Zygmunta). Jest autorem jednej powieści, która przyniosła mu ogromną popularność i która brzmi naprawdę ciekawie. Książka pod angielskim tytułem "Hansen’s Children" ukazała się w Wielkiej Brytanii w zeszłym roku (muszę na nią zapolować!) i przełożona została na pięć innych języków. Powieść opowiada o kolonii trędowatych w Rumunii. Akcja dzieje się w 1989 roku, a jej data jest bez wątpienia znacząca, czyniąc z powieści interesującą metaforę przełomu czasów w socjalistycznym bloku Środkowo-wschodniej Europy.
Ognjen Spahić, Czarnagóra Na spotkaniu pojawiło się dwóch poetów: rumuński Robert Şerban, który na co dzień pracuje jako prezenter telewizyjny i niemiecki Ludwig Steinherr (na co dzień nauczyciel akademicki). Şerban wystąpił z tłumaczką i dzięki temu dobrze można było zrozumieć jego odpowiedzi (niestety sam zadecydował na koniec przeczytać swoje wiersze po angielsku i jego silny, narodowy akcent uniemożliwił mi zrozumienie połowy z tekstów. Wielka szkoda), a Steinherr wystąpił sam i było mi szkoda, że uciekające mu z pamięci słowa nie pozwoliły mu wyrazić swoich myśli. To musiała być męka! Steinherr czytał potem po niemiecku a jego tłumaczka po angielsku (Boże, jaki ona miała głos! Marzenie). Zainteresowanym dobrą poezją współczesną polecam rozejrzeć się za Steinherrem.
Robert Şerban z tłumaczką, Rumunia
Ludwig Steinherr z tłumaczką, Niemcy Austria (która podobnie jak Polska pojawiła się na Nocy Literatury Europejskiej po raz czwarty) wytypowała w tym roku pisarza powieści kryminalnych. Paulus Hochgatterer zawodowo pracuje jako psychology dziecięcy i na spotkaniu zaprezentował całkiem sporą dawkę ironii, po części w odpowiedzi na niezbyt udane pytania prowadzącej (po raz czwarty z rzędu dziennikarki BBC Rosie Goldsmith). Trudno z powagą przyjąć przecież żądanie deklaracji, czy jest się pisarzem czy psychologiem (przecież z powodzeniem można spełniać się w obu profesjach) czy stereotypowe traktowanie własnego kraju (spokojna Austria, w której popełniane są najstraszniejsze zbrodnie - patrz przypadek Josefa Fritza). Wszystkim tym, których interesują nietypowe powieści kryminalne, proponuję rozejrzeć się nie tylko za Hochgattererem, ale także za duńską pisarką Pią Juul, która przeracza ramy gatunkowe w bardzo ciekawy sposób, zajmując się postaciami z peryfrii historii morderstwa. Juul jest znaną duńską poetką, więc dodatkowo jej proza ma liryczny urok (tak przynajmniej brzmiała w angielskim tłumaczeniu jej książka "The Murder of Halland").
Paulus Hochgatterer, Austria
Pia Juul Dla przełamania stereotypów ze Szwecji zaproszono nie pisarza prozy kryminalnej, ale tradycyjnej literatury pięknej. Anne Swärd przeczytała fragment powieści rodzinnej (w angielskim tłumaczeniu "Breathless"), która zawierała naprawdę poruszający opis końcówki ciąży i oczekiwanego rozwiązania (coś na czasie dla mnie haha). Inną (i ostatnią w mojej wyliczance) pisarką wczorajszego wieczoru była Węgierka Noémi Szécsi, która przedstawiła fragment powieści, jaka przyniosła jej niesamowitą sławę w kraju ("The Finno-Ugrian Vampire") opowiadającej o losach wampirów. Nie wiem, czy to upiorna tematyka czy może sam wybór fragmentu, sprawił, że ta książka wydała mi się najmniej interesująca ze wszystkim zaprezentowanych.
Noémi Szécsi, Węgry Wieczór przypomniał nieco maraton (ośmiu pisarzy, osiem odczytów fragmentów tekstów w dwie i pół godziny to wynik niezły). Prowadząca Rosie tryskała energią (podobnie jak jej wielobarwna suknia). Sporo było żartów. Sporo też mało trafionych pytań i komentarzy (typu "może następnym razem wyelimunujesz tłumacza i napiszesz powieść po angielsku?" - zupełnie nie na miejscu, tym bardziej, że celem londyńskiej nocy jest promocja literatury w przekładzie; czy "jak, jak mogłeś napisać powieść o trędowanych? Taki brzydki temat"). Spotkanie skąpane było w entuzjastycznych wykrzynikach o znakomitości pisarzy. Bez wątpienia ubiegłej nocy zaprezentowano ciekawe postacie i wartą uwagi prozę, ale nadmiar powtarzających się superlatywów w pewnym momencie zaczął mnie drażnić. Przecież jest tyle innych słów, w które można ubrać literackie pochwały, poza "wspaniały", "znakomity", "wybitny". Książki mogą być przecież poruszające, prowokacyjne, rozrzewniające, a nawet zaczepne, sentymentalne, modernistyczne, tradycyjne...
Na koniec dodam, że w tym roku konkurencja była większa niż w latach poprzednich. Dziesiątkę pisarzy wytypowano z pięćdziesięciu zgłoszeń. A kto dziś będzie w Oksfordzie, ten będzie miał okazję zobaczyć Zygmunta Miłoszewskiego na żywo. Przypominam dziś, 18:00 w Albion Beatnik Bookshop.
środa, 16 maja 2012
Na początku ma powstać pięć miejsc książkowych (pod adresami Chmielna 4 i 10), na które ogłoszony zostanie konkurs. Miasto liczy, że to zachęci innych księgarzy i antykwariuszy do sprowadzenia się na Chmielną. Podejrzewam, że sukces projektu zależeć będzie od czynszu za wynajem, więc, kochana polska stolico, bądź miłosierna w tej kwestii. Wygląda na to, że książki będą pojawiać się również w kawiarnianym otoczeniu, a zatem na pewno powstaną księgarnio-kawiarnie. Notka o samym projekcie ma charakter prawdziwego manifestu. Posłuchajcie sami: "Chcemy, żeby Warszawa miała swoją ulicę książki. Położenie Chmielnej w centrum miasta, blisko ważnych ciągów komunikacyjnych, blisko Traktu Królewskiego, sprawia, że jest to miejsce wymarzone, by na stałe zadomowiła się tam książka. W dobie e-booków, audiobooków, internetu i smartfonów nie chcemy zapominać o fundamencie kultury, jakim jest książka. Dajemy jej przestrzeń godną jej rangi. Zapraszamy księgarzy, antykwariuszy i bukinistów, by związali się z Chmielną."
wtorek, 15 maja 2012
Są najlepsze i ostatnio bardzo ich potrzebuję, zwłaszcza, że użeranie się z brytyjską służbą zdrowia (o czym będzie następnym razem) kosztuje mnie ostatnio dużo energii, oj, dużo za dużo. Dopalacz nr 1. Małe delikatesy, obok włoskiej knajpy, gdzie często w porze lunchu zaopatruję się w świeżo przygotowaną kanapkę. Ja (lekko zawstydzona): Dziękuję Panu, całkiem nieźle. Wow! Dobry przyjaciel fiskus, czy to nie wspaniałe?!
Ilustracja Scotta Dubara pochodzi z tej strony.
poniedziałek, 14 maja 2012
Serdecznie zapraszam wszystkich na spotkanie autorskie z Zygmuntem Miłoszewskim, charyzmatycznym autorem powieści kryminalnych, publicystą Newsweeka i scenarzystą. Spotkanie poprowadzę w czwartek w niezależnej księgarni Albion Beatnik Bookshop w Oksfordzie (34 Walton Street) o godz. 18stej. Zygmuntowi towarzyszyć będzie jego tłumaczka Antonia Lloyd-Jones i tego wieczoru z pewnością usłyszymy fragmenty jego najnowszej książki Ziarno prawdy, która jesienią ukaże się po angielsku jako Grain of Truth. Porozmawiamy też o sztuce pisania kryminału, publicystycznym zapleczu książek Miłoszewskiego (które swoją drogą są interesującym podsumowaniem bieżących spraw społecznych w Polsce: "Uwikłanie" ma w tle stare sprawy uzbeckie, a "Ziarno" niezaleczone rany relacji polsko-żydowskich). Mam nadzieję, że tym, co mieszkają w pobliżu, uda się przyjść na spotkanie. Liczę, że się zobaczymy! Tym, co daleko, obiecuję relację ze spotkania wkrótce po wydarzeniu. Spotkanie z Zygmuntem Miłoszewskim i Antonią Lloyd-Jones Poniżej angielska zajawka spotkania: Polish Crime Fiction at Albion Beatnik Bookshop ZYGMUNT MIŁOSZEWSKI from Poland Thursday 17th May 2012 at 6pm Albion Beatnik Bookshop, 34 Walton Street, Oxford, OX2 6AA; Entry £2 Acclaimed Polish writer and journalist Zygmunt Miłoszewski, charismatic author of witty crime novels, will be discussing his fiction, recently translated by Antonia Lloyd-Jones. His novel Entanglement (Bitter Lemon Press 2010) is an exceptionally fine combination of crime story and psychological thriller which starts one morning after a gruelling psychotherapy session in a Warsaw monastery. His latest novel Grain of Truth (forthcoming this autumn) is a sophisticated murder mystery which treats the still-painful question of Polish-Jewish relations. Antonia Lloyd-Jones, a distinguished translator and recipient of the Found in Translation Award 2009, has rendered Polish fiction (Jarosław Iwaszkiewicz, Paweł Huelle) and non-fiction (Wojciech Jagielski, Wojciech Trochman) into English. She will be reading extracts from Zygmunt’s prose in English. Ania Ready will be chairing the event. The event is supported by the Polish Cultural Institute
czwartek, 10 maja 2012
Powstaje pytanie, dlaczego gardzi się żebrakami - bo przecież gardzi się nimi powszechnie. Wierzę, że dzieje się tak z prostego powodu, że oni nie zarabiają na swoje utrzymanie. W praktyce nikogo nie obchodzi, czy praca zarobkowa jest użyteczna czy nie, owocna czy pasożytnicza. Jedyną rzeczą, której się wymaga to to, żeby praca była dochodowa. We wszystkich współczesnych rozmowach o energii, efektywności, opiece społecznej i całej reszcie, czy nie chodzi właśnie o stwierdzenie "Zarabiaj, zarabiaj legalnie, zarabiaj dużo"? Pieniądze stały się wielkim sprawdzianem naszej prawości. Tego sprawdzianu żebracy jednak nie zdają i właśnie dlatego się nimi gardzi. Jeżeli ktoś mógłby zarobić 10 funtów tygodniowo żebrząc, to jego zajęcie natychmiast zostałoby otoczone szacunkiem. Żebrak, patrząc na to realnie, jest po prostu biznesmenem, który zarabia na swoje utrzymanie podobnie jak inni biznesmeni, trzymając się każdej możliwej okazji. On nie stracił jednak swojego honoru (tak jak ponad połowa współczesnych ludzi), ale jedynie popełnił błąd, wybierając zajęcie, które nie pozwala się wzbogacić. George Orwell, "Down and Out in Paris and London", s. 153
Paryska scenka Czy przekonanie Orwella wytrzymuje sprawdzian czasu (Orwell napisał te zdania pod koniec lat 20. minionego wieku)? Czytając scenkę z warszawskiego dworca doskonale zrelacjonowaną przez Invitadę, wydaje mi się, że jak najbardziej. Żebraków traktuje się w europejskich społeczeństwach jak pasożytów, czyhających na ciężko zarobione pieniądze tych, którzy muszą pracować. A jałmużna jest przecież dobrowolna. Nie wspominam już o tym, że wielu żebrających dałoby wszystko, by móc nie prosić o łaskę. Bo przecież przyjemnie nie jest ani wystawanie, ani proszenie, ani marznięcie na zimnie, ani niepewny los kolejnej nocy. Zresztą znaleźć się na ulicy pozornie wcale nie jest tak trudno. Wystarczy posłuchać historii tych, którzy żebrzą, do czego zachęcam, a może jeszcze bardziej do wrzucenia drobnych w odpowiednie miejsce.
środa, 09 maja 2012
Niedzielni spacerowicze w Jardin du Tuileries
Łacińska dzielnica
Falbany, fiżbiny, koronki
Okolice La Chapelle, gdzie Paryż mieści w sobie trochę indyjskiego subkontynentu
Noisette i gazetka. I papieros
Paryskie cappuccino: jego cena puchnie, im dalej od baru jest pite
Nieśmiertelni palacze
Paryska zieleń
Muzeum romantyzmu (bardzo kameralne, polecam!). Okolice Pigalle
Japoński ogród na tyłach muzeum Alberta Khana (również polecam, bardziej ogród niż muzeum)
Siódmy miesiąc. Już się nie dopinam.
"Klientów uprasza się o odświeżanie swoich drinków co godzinę." Urocze, prawda?
Paryskie luksusy dla przyjezdnych z grubym portfelem.
Czułość kamienia
Nagie kobiety Degas - trzeba koniecznie zobaczyć. Musée d'Orsay
Południe miasta. Widok z wieży w Montparnasse.
piątek, 27 kwietnia 2012
Książki dodatkowo rozdawała mieszcząca się w Southbank Centre księgarnia Foyles (o jej głównej siedzibie pisałam wcześniej tutaj). Można było zdobyć kopię "Remains of the Day" Ishiguro, co było znakomitym zbiegiem okoliczności, bo ja niedawno wysyłałam swój egzemplarz przyjaciółce, więc nie muszę już ściągać następnej kopii z internetu.
Specjalna wystawka z książkami z listy Światowej Nocy w księgarni Foyles Głównym wydarzeniem tegorocznej Nocy Książki było spotkanie w Southbank Centre z ponad dwudziestką autorów. Każdy z nich czytał albo własną prozę albo fragment ulubionej książki. Część z występujących zdradziło naprawdę niebywałe talenty aktorskie (m.in. poeta Lemn Sissay, który czytał sonety Szekspira, Andrea Levy, wcielająca się w rolę swoich bohaterów z Karaib, Owen Teatle naśladujący akcent z Newcastle i Manchesteru). Pomysł z czytaniem jest sam w sobie ciekawy, zwłaszcza jeżeli można posłuchać ulubionych autorów, ale przy ponad dwudziestce prezentujących wydał mi się nieco monotonną formułą na długi wieczór. Myślę, że lepiej byłoby poprzeplatać spotkanie wywiadami, rozmową z rozdającymi książki, może nawet scenkami z samej akcji, tym bardziej, że w tym roku inicjatywa nabrała międzynarodowego charakteru (podobne akcje odbyły się w Niemczech, USA i Irlandii), więc można było pokusić się o krótkie transmisje z ulicy.
Margaret Atwood życząca udanej Nocy Książki podczas transmisji 23 kwietnia 2012 Przed spotkaniem natknęłam się na dziennikarkę BBC Rosie Goldsmith, która prowadzi co roku majową imprezę European Literature Night. Rozmawiałyśmy przez jakiś czas o samej akcji i doszłyśmy do wniosku, że wśród 25 książek, jakie mają do wyboru wolontariusze Światowej Nocy Książki, powinno pojawić się więcej tłumaczonej prozy. Być może Rosie coś zdziała w tym kierunku do przyszłego roku. Trzymam kciuki!
Andrea Levy była najbardziej wyczekiwaną i oklaskiwaną autorką Światowej Nocy Książki w Londynie Po oficjalnej części spotkania rozpoczęło się Nocne after party z udziałem The Hip Hop Shakespeare Company. Organizatorzy zafundowali drinki. Miało być głośno, radośnie i wciąż literacko, ale liczba uczestników zdecydowanie się przerzedziła i miałam wrażenie, że z imprezy uszło już sporo powietrza. W tym roku po oficjalnej części nie doszło do rozdawania książek (wszak byliśmy zadaszeni i w Southbanku, gdzie bez biletu nie można było się dostać), a to była wielka szkoda, bo przecież cała noc zorganizowana została po to, by książkami się dzielić. Po tej części zaplanowane było nocne czytanie Szekspira przy świecach, ale do tego momentu już nie dotrwałam, bo rozpoczęłam moją podróż z powrotem do Oksfordu.
Światowa Noc Książki w Southbank Centre
Książkowe after party Druga edycja Nocy była zdecydowanie lepiej zorganizowana i skoordynowana. Okazała się też już mniej kontrowersyjna (w zeszłym roku wierzono, że rozdanie miliona darmowych książek uderzy w rynek wydawniczy - tymczasem stała się rzecz odwrotna: tytuły z listy rozdawanych świetnie zaczęły się sprzedawać w tradycyjnych księgarniach), dlatego w tym roku ukazało się znacznie mniej notek prasowych poświęconych wydarzeniu. A szkoda. Tym bardziej że warto było napisać chociażby o zwiększającej się skali Światowej Nocy - w tym roku aż 78 tys. ludzi rozdawało 2,5 miliona specjalnie na tą okazję wydrukowanych książek! Imponujące, prawda? A sam założyciel akcji, Jamie Byng, dzień wcześniej wziął udział w londyńskim maratonie, pokonując 42 km, by pomóc w zbieraniu pieniędzy na dalsze poszerzanie akcji. Więcej zdjęć ze Światowej Nocy Książki z Londynu i z Barcelony, gdzie świętuje się w wielkim stylu z czerwonymi różami ukaże się w najnowszym numerze "Archipelagu". Zapraszam! Ps. Książki rozdaje wciąż Invitada - kto zainteresowany, to odsyłam do jej bloga.
środa, 25 kwietnia 2012
Jakiś czas temu BML Books przebadało ten rynek wydawniczy w Wielkiej Brytanii i wyniki badania są dość zaskakujące. Okazuje się, że przez okres ponad pół roku aż 26% przychodów Amazona ze sprzedaży prozy w formie e-booków pochodziła właśnie od autorów 'samowydanych' i wydań własnych internetowego sklepu. To stanowiło ponad jedną dziesiątą ilości sprzedanych e-booków. Imponujące prawda? Prawdziwą rewelacją dla mnie jest jednak to, że samowydany autor potrafił sprzedać aż 250 tys. elektronicznych egzemplarzy swojej książki. Mowa o Kerrym Wilkinsonie, autorze kryminału "Locked in", najpopularniejszym pisarzu-samozwańcu w historii sklepu. Zaczynał od niewielkiej sumy - 98 pensów za kopię. Teraz jego kryminały nabywa się za więcej, a sam Wilkinson dostaje 35% ze sprzedaży książek, które sprzedawane są za mniej niż 1,49 funta i 70% - za wszystkie sprzedawane powyżej. Nieźle, prawda? Wystarczy szybko przekalkulować. Jeżeli na początku swojej samowydawniczej kariery tantiemy Wilkinsona wynosiły co najmniej 35% (a podejrzewam, że mogły być nawet wyższe), to autor zarobił nie mniej ni więcej niż całe 85 tys. funtów! I to bez trudów przebijania się przez wydawnictwa, bez potrzeby przeredagowania fragmentów, bez kłótni w sprawie okładki. Ciekawe jest to, że właściwie żaden z samowydanych autorów, który odniósł sukces, nie pozostał wierny temu sposobowi wydawania. Zarówno Wilkinson jak i Mark Edwards, i Louise Voss (dwaj ostatni sprzedali 42 tys. egzemplarzy swojej książki "Catch Your Death") podpisali umowy z tradycyjnymi wydawcami i teraz wychodzą nie tylko w formie elektroniczej ale i w papierze. Edwards jest zdania, że papierowe wydanie wciąż ma większy prestiż i zdecydowanie zwiększa renomę pisarza. Jestem ciekawa, kiedy to się zmieni. A może nie zmieni się wcale, nawet wtedy, gdy większość książek będzie wydawana i czytana w postaci elektronicznej? Może za, powiedzmy, dekadę wciąż największym marzeniem autora będzie (wtedy) ekskluzywne wydanie, na które pozwolą sobie głównie kolekcjonerzy bądź ci, którzy traktują książkę jako jeden z najlepszych prezentów? Trudno mi sobie wyobrazić, że będę kupowała wyłącznie elektroniczne książki w przyszłości. Wciąż chciałabym mieć na półkach publikacje papierowe, zwłaszcza te, które są ładnie wydane (pamiętacie na przykład wydania Słowa/Obrazu/Terytoriów w twardej, granatowej okładce z ręcznie doklejanymi zdjęciami? Albo przepiękne wydania Folio? Nie wyobrażam sobie regałów bez nich). Zresztą nawet zwykłe wydania w miękkiej okładce nie znikną z naszego domu, bo za bardzo je lubię. Oczywiście wydania elektroniczne mają tą przewagę, że można ich nosić tysiące ze sobą bez męczącego obładowywania torby. Książki w twardej okładce często nie zabiorę ze sobą do autobusu, bo jest za ciężka i wolą ją wieczorami poczytać w domu. Tak zrobiłam m.in. z wielką biografią Dickensa, którą podarował mi na urodziny Oliver. 500 stron, sporo zdjęć, znakomite wydanie, ale nie najlepszy pakunek na noszenie przy sobie przez cały . Przyznam szczerze, że nie kupiłam jeszcze żadnej samowydanej książki. Z tego, co widziałam, to w tym sektorze wciąż dominują kryminały, powieści sensacyjne i rzecz jasna erotyki. Dlatego nie dziwią mnie ich niskie ceny. Swoją drogą wydawcy niepokoją się, że samowydane e-booki psują ceny innych elektronicznych książek. Z drugiej strony badanie BML dowodzi, że właściwie jest odwrotnie: opublikowane własnym sumptem książki są sprzedawane po wyższych cenach niż kiedyś. To, co z pewnością się dzieje i dziać nie przestanie w najbliższych latach, to obniżka papierowych wydań ze względu na rosnącą popularność elektronicznych publikacji. BML szacuje, że średnia cena e-booka to 3,39 funtów, wydania w miękiej okłace - 4,96 funtów a w twardej - 7,08 funtów. Te ceny wydają mi się zaskakująco niskie. Żadna z e-książek, którą kupiłam (pomijam ściągnią za darmo literaturę klasyczną), nie była tańsza niż 9 funtów, a zwykłe paper-backi w każdej księgarni kosztują średnio ok. 7 funtów. Czyżbym zatem coś przegapiła? Czytałam w jednym z wydań Booksellera, że wydawcy sceptycznie podchodzą do popularności samowydanych e-booków, twierdząc, że owszem ludzie je kupują, ale wcale ich nie czytają. Dość dziwne stwierdzenie. Czy przypadkiem taki los nie dzielą przede wszystkich piękne wydania w twardej okładce, które często trafiają na półkę z pominięciem czytania? Jestem ciekawa, jak rozwinie się rynek autowydań. Wygląda na to, że informacji o nich będę dostawać coraz więcej. Mój teść przygotowuje od ponad roku własną publikację, która zapowiada się naprawdę pięknie (projekt oparty jest na jego znakomitych fotografiach i wyjdzie w formie wydania w twardej okładce) i czekam na jego finalną wersję z niecierpliwością. Może sama skuszę się na coś podobnego? A co Wy myślicie?
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Dziś Światowy Dzień Książki, który od dwóch lat w Wielkiej Brytanii funkcjonuje jako Światowa Noc Książki (World Book Night). Z tej okazji wyruszam wkrótce do Londynu z pakunkiem książek, które będę rozdawać w pobliżu Southbank Centre. Może kogoś z Was tam spotkam? Relację z wydarzenia najpewniej będziecie mogli zobaczyć w najnowszym (pojawi się już wkrótce) numerze naszego magazynu o książkach "Archipelag". Tymczasem wszystkim życzę miłego wieczoru z książką, jeżeli takowy planujecie i wielu, wielu przyjemności wynikających z czytania. Poniżej załączam świetną kartkę okolicznościową zaprojektowaną przez Sylwię Pragłowską. Zapraszam też na stronę Facebookową "Tygla", gdzie od jakiegoś czasu rozrasta się amatorska galeria zdjęć czytających. Może macie fotografię, którą chcielibyście dodać?
Światowy Dzień Książki 2012
Dom - kwatera pod numerem 6 - był ponad 90 lat temu bardzo nędznym, ale za to tanim hotelem prowadzonym przez małżeństwo skrupulatnie sprawdzające, czy przypadkiem goście nie upłynniają się z miejsca przed zapłaceniem rachunku. Całe pomieszczenie nawiedzały hordy robali. Orwell pozbywał się ich z pokoju przez palenie smrodliwych rzeczy - wtedy owady przechodziły szybko do sąsiadów, ale nie na długo, bo sąsiedzi traktowali je dokładnie tym samym specyfikiem. Dzisiaj lokal z zewnątrz wygląda dużo schludniej, choć wciąż bardzo skromnie. Na budynku nie ma żadnej tabliczki upamiętniającej paryskie czasy Orwella. Właściwie mnie to nie dziwi. Orwell nie był tak popularny jak Hemingway, w mieście przebywał właściwie in cognito i do tego nie trudnił się wtedy pisaniem (choć swoje doświadczenie na zmywaku spisał później, właśnie w "Down and Out in Paris and London", oferując kawał niezwykle dobrej reportersko-dziennikarskiej roboty). Swoją drogą Hemingway mieszkał nieopodał "kamienicy Orwella" - na ulicy za rogiem. W tym samym budynku żył też poeta Verlaine (dokładny adres to 39 rue Descartes) - dziś mieści się tam restauracja, zdecydowanie nastawiona na zarobek z przeszłości budynku.
Paryska rue du Pot de Fer, gdzie mieszkał George Orwell
Jedno z okien w budynku przy 6 rue du Pot de Fer My wylądowaliśmy w innej restauracji, w której czterdziestoparoletni kelner z mieszanką dobrze odgrywanej sympatii (w przypadku serwowania włoskich pań po 70-tce nawet przy odrobinie kokieterii - nazywał je wszak "ragazze belle" - pieknymi dziewczynami) i zmęczenia rytuną pracy lawirował między stolikami, kłócił się z koleżanką i zdecydowanie nie pozwolił mi zajrzeć przez szparę do kuchni - to była moja nowa obsesja po przeczytaniu "Down and Out", bo tam Orwell obnaża najstraszniejsze sekrety przygotowania jedzenia w restauracji. Kto się nie boi, niech czyta (fragment dotyczy restauracji w ekskluzywnym hotelu w latach 20. XX wieku): W kuchni brud był znacznie gorszy. To, że kucharz pluje do zupy, jeżeli nie jest posiłkiem, który sam zamierza spożyć, to wcale nie utarte powiedzenie, ale codzienny fakt. On jest artystą, a jego sztuką nie jest czystość. Do pewnego stopnia on jest brudny, dlatego, że jako artysta wie, że jedzenie, żeby wyglądało pięknie, musi doświadczyć brudnego traktowania. Kiedy dla przykładu przynosi się steka do szefa kuchni, żeby ten sprawdził, czy danie można już podać, on nie bada go przy pomocy widelca. Bierze mięso w paluchy, rzuca na dół, przesuwa po nim swoim kciukiem, liże, jeszcze raz przerzuca i znowu liże, potem oddala się lekko i kontempluje ten kawał mięsa jak artysta oceniający obraz, a następnie wdusza go z powrotem w talerz swoimi grubymi, różowymi paluchami, które tego poranka oblizał już pewnie ze sto razy.* To dopiero początek podróży steka na stół konsumenta. Po kucharzu daniem zajmie się kelner (jego paluchy są tłuste i brudne), ale może tego Wam już oszczędzę. Śmiałych odsyłam do książki (George Orwell "Down and Out in Paris and London", wyd. Penguin, s. 71, tłumaczenie własne). *** Zainteresowanym literackim detektywizmem polecam też Ostatnie lokum Oscara Wilde'a w Paryżu.
piątek, 20 kwietnia 2012
Kiedy w latach 20. minionego wieku George Orwell wyjechał do Paryża, zamieszkał przy 6 Rue du Pot de Fer w łacińskiej dzielnicy. Pewnej nocy go okradziono i został jedynie z drobnymi w kieszeni bez żadnego źródła dochodu. "Pieniądze szybko się ulatniały - osiem franków, cztery franki, jeden frank, dwadzieścia pięć centymów. A dwadzieścia pięć centymów na nic się nie zda, bo za nie można kupić tylko gazetę. Przez kilka dni żyliśmy o suchym chlebie, potem przez dwa i pół dnia nie jadłem absolutnie nic. To było całkiem szpetne doświadczenie. Są ludzie, którzy postują przez trzy tygodnie bądź dłużej i oni są zdania, że głodówka zaczyna być przyjemna po czwartym dniu niejedzenia. Mnie trudno powiedzieć, bo zatrzymałem się na dniu trzecim."* Pierwszego dnia Orwell próbował wyłowić rybę z Sekwany (bezskutecznie). Drugiego - chciał oddać swój płaszcz do komisu, ale komis był za daleko, więc Orwell spędził cały dzień w łóżku, czytając "Wspomnienia Sherlocka Holmesa". Trzeciego postanowił coś zrobić - pożyczyć dwa franki od Borysa. To początek całkiem niebywałych perypedii na granicy głodu, które zaprowadziły pisarza do podziemi jednego z luksusowych hoteli w Paryżu, gdzie pracował na zmywaku (istne pieklo), a potem do parszywego hoteliku prowadzonego przez Rosjanina, gdzie pracą wciąż był zmywak (dalszy ciąg piekła, tylko bez gwiazdek). Dlaczego o tym piszę? Bo w Paryżu będę niedaleko miejsca, gdzie mieszkał i pracował Orwell, kiedy został trampem. Chcę koniecznie zobaczyć, jak teraz wygląda jego dzielnica, którą tak żywo sportretował w "Down and Out in Paris and London". Książkę bardzo polecam – to świetny zapis paryskiego życia klas biednych. Na relację z literackiego, detektywistycznego śledztwa musicie chwilkę zaczekać. Tymczasem À bientôt!
*Cytat pochodzi z "Down and Out in Paris and London" George'a Orwella, wyd. Penguin, limitowana seria (kopię nabyłam w jednym z antykwariatów w Hay on Wye po naprawdę przystępnej cenie jak na to wydanie). Tłumaczenie cytatu własne.
czwartek, 19 kwietnia 2012
Niedawno przeczytałam, a właściwie pożarłam jednej nocy "Uwikładnie" Miłoszewskiego, które pewnie większości z Was jest dobrze znane, bo odniosło w Polsce wielki sukces i już doczekało się ekranizacji. Kryminał jest naprawde niezły. Podoba mi się warszawskie tło akcji (kto kiedykolwiek pracował w Warszawie, ten z chęcią powróci do barwnych obrazów skrajnych kontrastów stolicy - dla mnie to była sympatyczna wycieczka w przeszłość, tym właściwie sympatyczniejsza, że nie musiałam jej odbywać w rzeczywistości). Muszę wreszcie wyznać, że historie kryminalne czytam bardzo rzadko i być może dlatego, kiedy nagle przyjdzie mi z jedną obcować, czuję się całkowicie pozbawiona kontroli nad tym, co się dzieje dookoła i muszę doczytać ją szybko do końca. Kryminały są jak na mój gust zbyt zaborcze. A Wy je podczytujecie? Zdjęcie autora pochodzi z jego strony internetowej. Do zobaczenia w maju!
środa, 18 kwietnia 2012
Rzecz dzieje się Radżastanie, jednym z najbiedniejszych i najbardziej konserwatywnych stanów Indii. Trishna (grana przez zjawiskową Freidę Pinto) jest najstarszą i najpiękniejszą z pokaźnej gromady dzieci, utrzymywanych przez ojca pracującego przy zbiorach i sprzedaży warzyw. Na jej głowie jest nie tylko opieka nad rodzeństwem, ale i pomoc ojcu przy ciężkiej, fizycznej pracy. Trishna zastępuje mu brakującego syna. Wolnymi wieczorami dorabia sobie przy organizowanych dla turystów w pobliskim mieście wieczorach tańca tradycyjnego. Na jednym z nich poznaje Jaya Singha (w tej roli Riz Ahmed), bogatego Brytyjczyka pochodzenia indyjskiego. Jay nie może oderwać od Trishny oczu. Nie może też wyrwać jej z rodzinnego gniazda. W radżastańskiej wiosce relacje mężczyzn z kobietami reguluje przecież bardzo sztywna etykieta. Pomaga mu jednak los. Kiedy ojciec Trishny ulega wypadkowi, zasypiając za kierownicą (to nie tylko sprawa zmęczenia, ale i ilości spożywanego wieczorami alkoholu) Jay oferuje dziewczynie pracę w hotelu na północy stanu z wysoką pensją, która pomoże rodzinie wygrzebać się z długów. Bajkowe, prawda? Na miejscu Jay zrobi wszystko, by Trishnę uwieść. Po kilku miesiącach dziewczyna nagle wróci do domu w ciąży, a rodzina pomoże jej dziecka się pozbyć. O sprawie nie będzie się w żadnych okolicznościach w domu rozmawiać. Trishna cicho i boleśnie poprosi wtedy matkę, by ta nie wysyłała jej już nigdzie daleko do pracy. Matka zimno odpowie, że decyzją ojca Trishna wyjedzie do miasta pomagać wujostwu, a tam ponownie pojawi się Jay i historia znów zacznie przypominać bal Kopciuszka w zamku księcia. Do czasu.
Bardzo podoba mi się to, jak Winterbottom gra z konwencjami, jak każe być widzowi czujnym. Zdecydowaną zaletą tego obrazu jest też wszędobylska obecność ponurej refleksji nad przypadkowością losu, która tak silnie obecna jest w indyjskiej literaturze (chociażby u Mistry’ego, Rushdiego, pań Desai). Trishna zresztą tragiczny los nosi w swoim imieniu, w którym Kriszna, bóg miłości współbrzmi z tears - łzami - wielkim rozdzierającym smutkiem antykopciuszkowego finału. Musicie koniecznie ten film zobaczyć. ***
wtorek, 17 kwietnia 2012
Od kilku lat angielski - mowa oryginalnie nieojczysta, ale czule zaadoptowana - jest moim pierwszym językiem, który jest ze mną nie tylko w domu i w pracy, ale też śmiało wkrada się do snów i na chybcika sklecanych wpisów w dzienniku Beli. Angielski potrafi zachwycać uproszczoną fleksją czy jasnym porządkiem słów w zdaniu, a ja najbardziej lubię go za idiomy, zwłaszcza te inspirowane słowami ze słownika kulinarnego, bo są po prostu genialnie obrazowe. Poniżej krótka lista moich ulubionych oraz tych, które są dość często spotykane w mowie potocznej. have a finger in too many pies (dosłownie trzymać palucha w zbyt dużej ilości dań, a dokładnie albo w zbyt dużej liczbie nadziewanych placków - to na słodko - albo zapiekanych paszteto-podobnych wyrobach - to na słono; wszystko zależy do tego, jakie "pie" ma się na myśli) - oznacza bycie zanagażowanym w zbyt wiele spraw, zwłaszcza jeżeli chce się mieć nad nimi kontrolę. Zazwyczaj to recipe for a disaster - czyli doskonały sposób na wpadnięcie w tarapaty (dosłownie przepis na nieszczęście). big cheese (wielki ser) - jeden z najzabawniejszych określeń na szefa, ważną osobę, postać pełniącą istotną funkcję etc etc, jakie spotkałam. Ciekawe, czy wiąże się z wagą sera (zarówno przed jak i po konsumpcji, kiedy zalega w żołądku) czy może... potęgą zapachu? cheesy - jeżeli jesteśmy już przy serach, to muszę koniecznie napisać o dość trudnym do przełożenia wyrażeniu dosłownie brzmiącym "serowy", który odnosi się zarówno do rzeczy jak i do czynności. Pod jego skórką kryje się wszystko, co tanie, nieprzyjemne, nieautentyczne i też budzące zażenowanie, zbyt sentymentalne, jednym słowem pachnące czymś nieprzyjemnym. Jedna z moich studentek nie mogła przebrnąć kiedyś przez Liryki Lozańskie Mickiewicza i wielkiemu mistrzowi dostało się niestety serowym epitetem. be cheesed off - ciągle jesteśmy przy serach, tym razem już na poziomie zaserowania czyli rozdrażenia, frustracji czy zażenowania. full of beans (być pełnym albo fasoli, albo po prostu ziarenek) - czyli pełnym energii. Może zatem chodzi o ziarenka kawy? proof is in the pudding (deser to dowiedzie) - bardzo zręczny sposób określenia tego, że dopiero zakończoną czynność będzie można dobrze ocenić bądź też, że ostatnia rzecz może zaważyć o wyniku przedsięwzięcia. Zdecydowanie jeden z moich idiomowych faworytów! in the pudding club - wciąż pozostajemy przy deserze, a dokładnie deserowym klubie, który oznacza nic innego jak bycie w ciąży. bread and butter (chleb i masło) - czyli czynność, która gwarantuje stały, często minimalny dochód. butter someone up (namaślić kogoś) - czyli pochlebiać, prawić komplementy w nadziei na osiągnięcie dodatkowego celu. beefy (wołowinowy) - odnosi się do mięśnika, osoby o dużej posturze i poważnej muskulaturze. Z wołowynowym zwykle się nie zadziera. silly sausage (głupia kiełbaska) - pobłażliwe określenie dla mało rozgarniętej osoby. add more meat (dodać więcej mięcha) - czyli dorzucić faktów, konkretów do sprawy. cut the mustard (rozciąć musztardę - najpewniej chodzi albo o gorczycę-roślinę, albo o sam fakt trudności w przecinaniu jej małych ziarenek) - spełnić oczekiwania, zrobić coś albo mieć coś wykonane na odpowiednim poziomie. Jedno z ulubionych powiedzonek Alana Sugera, prowadzącego brytyjski program The Apprentice. sandwich news (kanapkowe wieści) - niestety wieści mieszane: trochę dobrych, trochę złych w jednym. have a lot on my plate (mieć dużo na swoim talerzu) - mieć wiele spraw na głowie. my cup of tea (moja filiżanka herbaty) - coś, co jest ci bliskie, co lubisz, ulubione zajęcie. gut feeling (żołądkowe przeczucie) - intuicja, przeczucie, że coś jest właściwie/niewłaściwe. Na tym dzisiaj kończę, bo na moim talerzu wciąż pełno rzeczy do zrobienia, ale mam nadzieję, że bez względu czy jesteś pełnym ziarenek, namaślonym, w klubie deserowym, zaserowanym czy też wielkim serem, to idiomy też twoja filiżanką herbaty!
Food for thought (pożywka dla myśli) to kolejny z kulinarnych idiomów i nazwa baru w Covent Garden w Londynie.
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
W zeszłym tygodniu odebrałam pudło z 24 egzemplarzami "Notes from the Small Island" Brysona, które rozdam (i jak obiecałam - roześlę) już za tydzień w Wielką Noc Książki. Pudło czekało na mnie w lokalnej, mieszczącej się w parku bibliotece, więc odebranie go wiązało się z brawurowym wjazdem samochodem na jedną ze ścieżek tuż pod budynek przy karcącym wzroku kilku przechodniów. To znakomite uczucie móc wjechać, gdzie zwykle koło samochodu nie sięga, a przechodniów udało mi się szybko udobruchać widokiem zaawansowanej ciąży i sporego kartonu wynoszonego triumfalnie z biblioteki. Miło było mi zobaczyć, że na miejscu są i inne pudła do obebrania, co oznacza, że jest nas - dawców książek - więcej na dzielnicy! W Oksfordzie na razie oficjalnych wydarzeń brak. Zastanawiam się nad zorganizowaniem domówki w stylu "Poczytaj Beli na dobranoc", tylko kochane dziecię chodzi teraz dość wcześnie spać. Są jacyś chętni? :-)
Poza tym zachęcam do powychodzenia na ulice w Wielką Noc Książki, gdzie rozdawane będą powyższe publikacje. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Kategorie:
© copyright
Prawa autorskie zastrzeżone. Kopiowanie bądź wykorzystywanie treści bloga bez zgody autorki jest zabronione. |