wtorek, 09 lutego 2010

Ludzie postrzegają Paryż jako miasto miłości bądź miasto świateł, lecz tam, gdzie dostałeś miłość, otrzymałeś też nienawiść, tam gdzie miałeś światło, masz też ciemność.
Mathieu Kassovitz

Przyznam szczerze, że Paryż nie kojarzy mi się momentalnie ani z miłością ani ze światłami (wręcz przeciwnie Londyn nocą, zwłaszcza, jeżeli spoglądam na niego z południowego brzegu Tamizy, wydaje mi się znacznie bardziej rozświetlony, a Wenecja – współczesną mekką kochanków). Dla mnie Paryż to jednoznacznie miasto alabastrowej elegancji i szyku o barwach kości słoniowej. To miasto pełne jasnych kamienic, często szlachetnie nadszarpniętych przez czas – dzieło barona Haussmanna, który autokratycznie centrum przerobił. Mogłabym tymi uroczymi ulicami z radością przechadzać się co dzień! I nie miałabym nic przeciwko przeprowadzce do alabastrowego miasta...

Paryż - panorama miasta

Paryż w piątkowe popołudnie. Widok z Institut du Monde Arabe

Bukiniści nad Sekwaną, Paryż

Bukiniści nad Sekwaną


W Europie artysta nie ma innego domu niż Paryż.

Friedrich Nietzsche

Zresztą nie tylko artysta, ale i odbiorca sztuki! Byłam zaskoczona, kiedy na wystawie prac współczesnych artystek w Centre Pompidou dwie staruszki z cierpliwością i nieukrywanym zainteresowaniem oglądały nawet najbardziej wulgarne prace, kiedy całe rodziny spędzały wolny czas w muzeach, rozmawiając z dziećmi na temat tego, co oglądają, kiedy wreszcie trójka dziadków na ławeczce rozprawiała o wcześniej obejrzanym koncercie. W Paryżu sztukę traktuje się jak chleb powszedni, co szalenie mi się podoba.

Poetyckie metro, Paryż

Poetyckie metro: na ścianach stacji projektowane są cytaty wierszy

Place de Voges, Paryż

Przy lekturze na Place des Vosages


Jeżeli miałeś wystarczająco dużo szczęścia, żeby mieszkać w Paryżu w młodości, to gdziekolwiek pojedziesz Paryż zawsze w tobie zostanie, bo Paryż to uczta, którą można przenosić.
Ernest Hemingway

Ja nie miałam tyle szczęścia. Nie mniej jednak każdy przyjazd do Paryża to wielka uczta, którą później długo wspominam. Z tej nie zapomnę niekończących się spacerów z lewej strony rzeki na prawą, przez ciuchutkie uliczki na wyspach, przemiłego spotkania ze znajomymi, koszernego obiadu u sławnego Pitzmana (na te falafele opłacało się długo czekać!), szybkiej kawy przy barze i wystaw, wystaw, wystaw (artystycznych, sklepowych, knajpowych)...

Kafejka Paryż

 

Instytut arabski, Paryż

Obiad w południe zabija jedną połowę Paryża, kolacja morduje drugą.
Karol Monteskiusz (Charles de Montesquieu)

Mnie już połowa francuskiego obiadu kładzie na łopatki. Nawet zwykły placek z ciemnej mąki z szynką, serem i jajkiem + karafka domowego wina potrafi na dłużej zatrzymać przy stoliku – a co dopiero pełny skąpany w maśle, śmietanie i gęstym sosie obiad! Dlatego w czasie kolacji polowaliśmy zwykle tylko na bagietkę, kawałek sera i butelkę wina, szczęśliwie poddając zmysły najprotszym smakom i zapachom.

Kafejka Paryż

Jadłodalnia na świeżym powietrzu

Ania z herbatą, marokańska knajpa, Paryż

Przy marokańskiej herbacie z miętą i cukrem

W Paryżu wszyscy gapili się na mnie, kiedy mówiłem do nich po francusku. Zupełnie nie udało mi się sprawić, żeby ci idoci zrozumieli swój własny język.
Mark Twain

Mój francuski właściwie nie istnieje, a tę mikroskopijną cząstkę, którą władam, wstyd mi się posługiwać w Paryżu. Pamiętam, że na początku nauki włoskiego nie miałam specjalnych oporów, żeby się o coś zapytać w sklepie, nic z tego nie zrozumieć i próbować dalej. Tymczasem z francuskim tak nie potrafię. W miniony weekend spróbowałam się jednak przełamać i udało mi się samej kupić bułeczkę z makiem w jednej z koszernych ciastkarni w Marais.

Francuski jest językiem, którego bardzo chciałabym się porządnie nauczyć i to nie tylko dlatego, że uwielbiam jego brzmienie. Francuski to też przepustka do mało znanego mi świata afrykańskiej prozy. Oglądając półki z książkami w Institut du Monde Arabe (Instytucie Kultury Arabskiej) widziałam całe masy autorów z Maroka, Tunezji, Iranu czy Iraku, którzy zupełnie nie istnieją w angielskich przekładach.

Kiedy dobrzy Amerykanie umierają, idą do Paryża.
Oscar Wilde

A co z dobrymi Polkami?

***

Wszystkie cytaty są własnymi tłumaczeniami z angielskiego.

czwartek, 04 lutego 2010

Oscar WildeSzalenie lubię manieryzm Oscara Wilde'a. Jest coś niezwykle pociągającego w finezji i przewrotności jego komentarzy, w jego dbałości o szczegół: cały poranek pracowałam nad ostatecznym kształtem jednego z moich wierszy i usunąłem z niego przecinek. Po południu włożyłem go z powrotem w to samo miejsce.*

Dobrze ci, perfekcjonisto! mruczę sobie w połowie z podziwem, w połowie z zazdrością. Ostatnie dwa tygodnie specjalnie mnie nie rozpieszczały. Czas gnał, z większego pisania nic nie wyszło, sen nie chciał spłynąć na powieki.

Z Wildem łączy nas Oksford. W moim życiu były dwa wielkie punkty zwrotne - napisał w "De Profundis" - pierwszy, kiedy ojciec wysłał mnie do Oksfordu, a drugi, kiedy społeczeństwo wsadziło mnie za kratki.

Wilde tu studiował. Próżno jednak szukać jego śladów w tym miejscu. Nie ma domu, pomnika, tabliczki, a college, w którym mieszkał, teraz jest raczej celem pielgrzymek wielbicieli C.S. Lewisa niż tropicieli Wilde'a. Wilde kochał Oksford. Egzaminy końcowe zdał najlepiej z całego roku. Jego pierwszy literacki sukces - wiersz "Ravenna" - zaprezentował całej uczelni w słynnym Sheldonian Theatre. To tu paradował w swoich ekscentrycznych, aksamitnych marynarkach i błyszczących spodniach. W swoich pokojach ostentacyjnie wystawiał porcelanę a ściany zdobił pawimi piórami.

Środowisko akademickie Wilde'a jednak szczerze nie znosiło. Doprowadzał ich do szału pewnością siebie, błyskotliwością, nieprzeciętną inteligencją, celnością swoich ripost.

Trudno mi jednak powiedzieć, kto wymazał Wilde'a z Oksfordu - czy to rzeczywiście zazdrosna kadra, czy też może właśnie wiktoriańskie społeczeństwo oburzone skandalicznym prowadzeniem się artysty (trzeba pamiętać, że w Oksfordzie dopadł Wilde'a fatalizm - to tutaj poznał Lorda Douglasa - drogiego Bosiego - fatalnego kochanka, który go pogrążył).

Oscar Wilde

Oscar Wilde w Ameryce

Magdalen College Oxford

Magdalen College, gdzie Wilde był studentem

Christ Church college

Jadalania w jednym z oksfordzkich kolegiów

A zatem Oskarze, szukać trzeba Cię gdzie indziej! Wyjeżdzam do Paryża na kilka dni. To tam w Hotel d'Alzace Wilde dożył swojego końca. Chciałabym to miejsce zobaczyć (dobrze jest, jadąc w obce miejsce, mieć małą misję do spełnienia). I z pewnością zgodzisz się ze mną, że nie ma lepszego miejsca, by celebrować in style ten słodko samolubny dzień własnych urodzin.


* tlumaczenie cytatów własne

środa, 03 lutego 2010

Najbardziej znana księgarnia brytyjska na świecie - Blackwell w OksfordzieNie przesadzę, jeżeli powiem, że Oksford jest miastem książki i miastem z książki. Gdybym mogła wyjąć cały ten boży dobytek z olbrzymich magazynów bibliotek uniwersyteckich ciągnących się kilometrami pod ziemią, wybebeszyć całą tą okazałość uginających się półek w pracowniach, zebrać te masy, które piętrzą się w domach mieszkańców i które często po ich śmierci wędrują w ramach daru do bibliotek college'owych, to... wybudowałabym drugie miasto. Wyobraźcie sobie główną ulicę High Street wyłożoną jedynie współczesnymi powieściami z Bodleian Libarary (biblioteka jest jedną z dwóch instytucji w Wielkiej Brytanii, która otrzymuje kopię każdej wydanej w UK książki, czyli rocznie miliony), kościół św. Marii skonstruowany z architektonicznych traktatów ze średniowiecznymi manuskryptami zamiast witraży, czy wreszcie rzędy sklepów stworzone z XIX-wiecznych magazynów, a w nich na wieszakach powiewające manuskrypty z japońskich, indyjskich czy arabskich instytutów...

Książka w mieście jest pewnie najczęściej wymienianym towarem. Żeby jednak znaleźć miejsce, gdzie najlepiej dobić targu, jeżeli chce się książkę kupić a nie tylko wypożyczyć,  trzeba co nie co o mieście wiedzieć.

Rzędy książek z literaturą współczesną w Blackwell Bookshop

Rzędy półek z literaturą współczesną

Wbrew pozorom oksfordzkie księgarnie nie tak łatwo znaleźć, chyba że jest to słynna i uwielbiona przeze mnie od lat Blackwell Bookshop przy 48- 51 Broad Street. To chyba najbardziej znana na świecie brytyjska księgarnia, mieszcząca się dosłownie w dwóch dużych kamienicach, przedzielonych jedynie przytulnym, maleńkim, starym pubem White Horse w piwnicy. Blackwell Bookshop rozciąga się na trzech piętrach powyżej parteru i ma cztery poziomy pod ziemią. Zaczynała bardzo skromnie ponad 130 lat temu, kiedy to Benjamin Henry Blackwell, syn miejskiego bibliotekarza, postanowił zająć się wydawaniem i handlem książkami. Początkowo miała jedynie kilka metrów kwadratowych powierzchni. Dziś sama dolna część (Norrington Room) to prawie 100 metrów kwadratowych, które ma prawie 5 kilometrów półek z książkami (co podobno jest najgęściej wypełnionym książkami pomieszczeniem  na świecie). Ta część Blackwell Bookshop ma szkatułkową strukturę, bo w jednym kwadracie półek, kilka schodków niżej mieści się następny, a potem jeszcze jeden, i ostatni na najniższym poziomie. Tam właśnie znajdują się książki z filozofii i etyki. Wyżej ciut piętrzą się publikacje z działu polityki, socjologii i innych nauk społecznych, wyżej medycyna. W stronę wyjścia półki uginają się pod ciężarem książek podróżniczych, przewodników i map. I jeżeli ktoś lubi stanąć oko w oko z  dużym i trudnym wyborem, to znalazł tutaj właściwie miejsce.

Podziemia  księgarni Blackwell

Książkowa szkatułka w szkatułce - podziemia Blackwell Bookshop

W świecie fikcji

W świecie fikcji

Norrington Room, jak zresztą cała reszta olbrzymiej Blackwell wyposażona jest w wygodne fotele, sofy i ławki, więc jeżeli wybór jest wyjątkowo ciężki bądź jeżeli ktoś ma ochotę najzwyczajniej w świecie przeczytać co nie co, to może zalec gdzieś w kąciku i oddać się lekturze.

Od kilku lat brytyjskie księgarnie, próbując obronić się przed spadkiem sprzedawanych książek, wymyśliły, że sposobem na zatrzymanie klienta będzie udostępnienie mu kawiarni, gdzie można przycupnąć na dłużej, wziąć książkę i poczytać przy kawie, a potem ładnie ruszyć z nią do kasy. Dlatego w każdej dużej sieciowej księgarni miejsce znalazło się na jedną z sieci kawodajni: zwykle Costa, Nero czy Starbucks.

Kawiarnia Nero w księgarni Blackwells

Z kawą i ciastkiem można posiedzieć dłużej

Blackwell Bookshop sparował się z Cafe Nero. Wystarczy, że wdrapię się jedno pięterko w górę (co jest trudne, bo na parterze piętrzą się współczesne powieści), by zmysły przyjemnie sparaliżował mi zapach świeżo prażonej kawy. Pierwsze pięterko to pięterko wyjątkowo kuszące: jest tu Poet's Croner z poezją, całe ściany brytyjskiej literatury, półki z literaturą światową, zgrabnie, alfabetycznie ułożone i wreszcie książki językowe. I tutaj można sobie popodróżować przez kontynenty, bo Blackwell oferuje książki z najróżnejszych miejsc, począwszy od Francji, przez kraje Morza Śródziemorskiego, Rosję, Chiny, na Afryce skończywszy.

Językowa częśc księgarni

Zawieszony nad portugalską książką

Na kolejnym piętrze zakopać się można w historii. W rogu z kolei w gablotach dostojnie siedzą rzadkie książki, na które polują kolekcjonerzy (i tylko oni mogą sobie na nie pozwolić, bo ceny nietypowych wydań powieści czy albumów z minionych wieków zaczynają się od kilkuset funtów. Ja lubię za o uprawiać tzw. window shopping, czyli najwzwyczajniej w świecie się pogapić). I wreszcie trzeba koniecznie dobić na ostatnie piętro.

Blackwell jest księgarnią, która oferuje książki po standardowych, rynkowych cenach (ok. kilku funtów za powieść w miękkiej okładce, kilkanaście za taką samą w grubej). Wyjątkiem są te książki, które lądują w czarnych skrzynkach z napisem wyprzedaż (można je znaleźć właściwie przez cały rok na każdym z pięter, najwięcej jest jednak w czasie sezonowej wyprzedaży, czyli zaraz po Świętach Bożego Narodzenia, zwykle do połowy bądź do końca lutego), bądź te które składowane są u góry, bo tam właśnie jest antykwariat. Górny antykwariat ma często dość górnolotną ofertę, która stanowi tematyczną minaturkę zasobów Blackwell na niższych piętrach.

Kąt poetów

Kąt z poezją

O ile w niższych częściach Blackwell kupuję zwykle tylko książki, które planuję jako prezenty bądź książki językowe, o tyle w antykwariacie powieści, zbiorki poezji, książki o religijach świata i czy o Oksfordzie przylepiają mi się do rąk niemalże same. Tym samym ci, którzy planują tylko półki z ciekawości obejrzeć i mają słabość do nabywania książek, powinni zdecydowanie zostać na niższych piętrach!

Blackwell to nie tylko ważny rozdział w historii miasta. Blackwell to też nieodłączna część literackiego Oksfordu, bo właśnie to wydawnictwo i ta księgarnia pokazały światu Tolkiena (pisarz wydał tam swój pierwszy wiersz "Goblin's Feet". Zresztą życie wydawcy Basila Blackwella, syna założyciela księgarni, splotło się z życiem Tolkiena także w inny sposób: pisarz wprowadził się z rodziną do domu wcześniej zajmowanego przez Basila na 20 Northmoor Road w północnej części Oksfordu ). To tutaj zaczęto oferować tanie wydania dramatów Szekspira. To tutaj wydawano piękne edycje dzieł sióstr Bronte czy Chaucera.

Przeceny książkowe

Styczeń i luty to czas przecen i wyprzedaży w księgarniach

Zapytacie pewnie, a co z książkami o sztuce, z albumami, katalogami z wystaw? Blackwell ma na to swoją odpowiedź, odpowiedź w wielkim stylu: czyli osobny, tym razem architektonicznie znacznie młodszy sklep (w budynku który stał tu wcześniej mieszkał zresztą Tolkien jako student), również na Broad Street, ale po przeciwnej stronie. Blackwell's Art and Poster Shop to dwa piętra, półki ustawione nie w rzędzie, ale w formie zygzaka, na których stroszą się opracowania renesansowych klasyków, modernistycznych architektów, rosyjskiej awangardy, średniowiecznej sztuki sakralnej. Arystyczna księgarnia obejmuje również książki o dziesiątej muzie: podsumowania twórczości Kieślowskiego, początki kina we Włoszech. Wreszcie dostać można też plakaty i pocztówki artystyczne. Teraz, w czasie przecen, kiedy cudowne albumy kosztują tylko połowę tego, ile zwykle trzeba za nie zapłacić, włos się jeży na głowie, wzrok chaotycznie pląsa po okładkach, głos puchnie w gardle a portfel, biedny portfel poddaje się temu szaleństwu i staje się coraz cieńszy.

Księgarnia artystyczna

Arystyczny Blackwell też na Broad Street

Na pocieszenie tłumaczę sobie, że na szczęście nie gram na żadnym instrumencie, bo obok sklepu ze sztuką stoi Blackwell numer trzy, czyli... księgarnia muzyczna. Muzyczny Blackwell to znowu kondygnacje – tym razem tylko trzy. Pierwsze zajmują płyty, drugie – książki z muzyką a trzecie opracowania i nuty. Wszystko mieści się w starej kamienicy, więc kiedy skaczę po piętrach, żeby kupić coś dla kochanego męża, to schody przyjemnie skrzypią, a wykonawcy z dawnych plakatów reklamujących wystąpienia wiszące na ścianach korytarzyka patrzą na mnie z politowaniem.

Blackwell Music Shop

I wreszcie Blackwell dla melomanów

***

Ciąg dalszy bibliofilskiej wycieczki wkrótce.

niedziela, 31 stycznia 2010

Chinua Achebe podczas spotkania ze studentami w Brown University USAJest listopad 2009 r. Chinua Achebe, jeden z najbardziej znanych nigeryjskich pisarzy, pojawia się w auli Brown University w USA. Przyzwyczajona do europejskich spotkań z pisarzami, które są zwykle nieformalną rozmową z twórcą o jego inspiracjach i przywiązaniu do pewnych tematów, z zaskoczeniem wysłuchuję 45-minutowej oracji na temat pisarza, wygłaszanej po kolei przez wszystkich możliwych pracowników wydziału Africana Studies. Każdy wspomina jednak tylko jedną powieść Achebe - "Things Fall Apart" z 1958 roku (po polsku wydaną w 1989 jako "Świat się rozpada"), pomimo tego że pisarz ma ich na koncie już pięć, nie licząc zbiorów opowiadań i książek dla dzieci. Kiedy wreszcie do głosu chodzi Achebe w rozmowie z szefową wydziału, dyskusja nie rozwija się mocno ponad wymianę: komplementów z jej strony i złośliwości ze strony pisarza. Achebe nie chciał rozmawiać. Był najbardziej niedostępnym, zgryźliwym i zamkniętym na dialog pisarzem, którego widziałam na publicznym spotkaniu.

Jest zatem styczeń 2010 r. Przewrotnie sięgam po inną niż "Things fall apart" książkę Achebe - "Arrow of God" (wydana, co ciekawe już w 1966 roku po polsku jako "Boża strzała"). Myślę, że chyba dalej i bardziej radykalnie nie można się przenieść niż właśnie z mojego domu w uporządkowanej i świeckiej Wielkiej Brytanii do świata plemiennej Nigerii, podgryzanego przez brytyjskich kolonizatorów. Podróż kulturalnie tak skrajna, dzięki ciekawie i dobrze zbudowanej historii okazała się niebywale zajmująca.

"Arrow of God" opowiada historię duchowego przywódcy Ezeulu, którego pozycja w wiosce Umuaro zaczyna znacząco słabnąć. Kapłan ma, tak zresztą jak i inni mężczyźni kilka żon i sporą gromadkę dzieci, w tym czterech dorastających synów. Wszyscy mieszkają obok siebie w obi, uprawiają yam, czyli coś zbliżonego do słodkiego ziemniaka, składają ofiary, głównie z kogutów bogowi Ulu. Ezeulu wypatruje pełni księżyca, po której rytualnie pochłania jedno yam, by w ten sposób po zjedzeniu całej dwunastki bulw zwołać czas żniw.

W realistycznej konwencji Achebe pokazuje nie tylko codzienne życie społeczności, ale i całe bogactwo tradycji, któremu mieszkańcy Umuaro, bynajmniej początkowo zostają wierni. To, co dla mnie było największym odkryciem, to folklor miejsca oddany w języku. Achebe, który świadomie wybrał pisanie po angielsku, musiał dość mocno się nagimnastykować, żeby oddać charakter plemiennej mowy w "języku kolonizatorów", jak go określa. Mieszkańcy Umuaro mają co najmniej jedno przysłowie na każdą możliwą sytuację. Przyszliśmy nie pełni mądrości, ale głupoty, ponieważ człowiek nie przychodzi do swojego teścia z mądrością - wyjaśnia jeden z krewnych Ezeulu, kiedy pyta go o to, dlaczego syn kapłana wyniósł siłą z wioski mężczynę, który znany był z bicia swojej żony. To, czego nie możemy zrozumieć to to, dlaczego mężczyzna z penisem między nogami został zabrany z jego domu i z jego wioski - dodaje obrazowo (str. 12).

Ta książka ma siłę. Jest nią zarówno przejmująca historia Ezeulu, który chcąc ukarać swój lud, przynosi sobie katastrofę, jak i skomplikowany portret Nigerii z początku minionego wieku, rozdartej między plemiennymi rytuałami a chrześcijaństwem kolonizatorów. Ta książka razi też polityczną strzałą. Biały człowiek, rozszerzający swoje wpływy w okolicy ma blade pojęcie o Afryce. Achebe sarkastycznie w myślach Kapitana Winterbottoma cytuje słowa wysłanników Brytyjskego Imperium postrzegających Afrykę jako rdzeń ludzkiego barbarzyństwa: Europejczykom o płomiennych oczach trudno było pojąć elementarne okrucieństwo w psychice rdzennej ludności. (str. 58). Brytyjczycy Achebe są, jak wyraził się pisarz, celowo uproszczonymi postaciami. Moim zdaniem to szkoda, bo o ile w latach 60-tych tego typu zabiegi były łatwe do odczytania a debata o kolonialiźmie a później o postkolonizalizmie niezwykle aktualna, tak teraz powieść na tej złośliwości może tylko stracić.

Arrow of God Chinua Achebe

***
Chinua Achebe "Arrow of God"
wyd. drugie, poprawione
Heinemann, Edinburg 1986
(po polsku książka ukazała się pod tytułem "Boża strzała")

sobota, 30 stycznia 2010

Szkoła w Pakistanie1. Włoska scuola, francuska école, japońska gakkou, arabska madrasa, chińska xuéxiào, polska szkoła... Jakiego języka by nie użyć, mówimy o tej samej instytucji.

2. Możemy ją kochać, ale nie możemy nienawidzić.

3. Kiedy czytam w albumie, którego zdjęcia załączam poniżej, że 75 milionów dzieci wciąż nie chodzi do szkoły, to czuję się szczęściarą.

4. Kiedy pewnego wieczoru znajomy nauczyciel z oksfordzkiej szkoły dla dzieci opowiadał o projekcie, jaki prowadził ze szkołą w Indiach i jak pewnej nocy indyjscy koordynatorzy zabrali go do miejsca, gdzie siłą umieszczano dzieciaki z ulicy, by tam pracowały w koszmarnych warunkach, to ciarki mi przeszły po plecach.

5. Odkąd ujawniono, że ubrania w sklepach Gap szyły dziecaki w wielkich fabrykach na Dalekim Wschodzie, omijam ten sklep szerokim łukiem.

6. Trudno mi przyjąć do wiadomości, że wciąż aż 774 miliony ludzi na całym świecie ledwo czyta i pisze (dwie trzecie z tej przygnębiającej liczby to kobiety).

7. Kiedy teściowa opowiedziała mi o projekcie Sreepur Village, który pomaga w Bangladeszu matkom bez środków do życia i ich dzieciom zdobyć wyszktałcenie i zawód, to przyłączyłam się do pomocy bez wahania.

8. Kiedy wreszcie myślę o mojej pierwszej szkole, to przychodzą mi do głowy średnio przyjemne wspomnienia. Chodziłam do ogromnego komunistycznego molochu, w którym w pierwszej klasie kazano nam na przerwach chodzić czwórkami równo wokół wielkiego korytarza niemalże jak w więzieniu. Wielka szkoła to niedobry pomysł. Z wielkiej szkoły poszłam potem do mniejszej. Miałam prawo, wybór, radości i dylematy z tym związane.

9. Choć szkoła, to zawsze szkoła, na całym świecie wygląda inaczej. Przeglądając album o edukacji, nabieram dużego dystansu do własnych szkolnych doświadczeń.

Szkoła w Stanach Zjednoczonych

Szkoła w Stanach Zjednoczonych

Szkoła w Jemenie

Szkoła w Erytrei

Szkoła we Francji

Szkoła we Francji

Szkoła w Ghanie

Szkoła w Ghanie

Szkoła na Kubie

Szkoła na Kubie

Szkoła w Indiach

Szkoła w Indiach

Szkoła w Chinach

Szkoła w Chinach

Szkoła w Jemenie

Szkoła w Jemenie

Szkoła w Kenii

Szkoła w Kenii

Szkoła w Polsce, lata 80-te, komunistyczna podstawówka

Szkoła w Polsce, moja własna podstawówka, lata 80-te


10. Jaki Wy dodalibyście obrazek z własnej szkoły?

 

***

Zdjęcia, oprócz ostatniego, pochodzą z albumu "Learn for Life" Jacoba Schuiringa, wydanej przez EduHulp Foundation. Książka została mi podarowana, za co serdecznie dziękuję.

wtorek, 26 stycznia 2010

Radni miasta Oksford, wbrew pozorom i wbrew moim wszelkim uprzedzeniom, nie debatują jedynie o potrzebie podniesienia podatku miejskiego (każdy mieszkaniec, chyba że jest studentem, musi co miesiąc zasilać miejską kasę bolesną, stufuntową bądź wyższą płatnością) czy o palącej konieczności rozkopania High Street. Oksfordzcy radni wczoraj wieczorem rozmawiali o… poecie. Jak na urzędników przystało, dyskuja obracała się raczej wokół pewnego stanowiska niż subtelności stylu czy poetyckiego obrazu któregokolwiek z żyjących twórców. Nie mniej jednak okazało się, że urząd poetów lubi, ba, nawet chce mieć własnego, miejskiego mistrza słowa. I tak oto zdecydowaną większością głosów uchwalono wczoraj, że Oksford będzie miał nadwornego poetę (poet laureate) wybieranego przez urząd. Jestem bardzo ciekawa, jakie są gusta naszej szanownej rady.

O gustach królowej, po tym, jak Elżbieta II nominowała w zeszłym roku Carol Ann Duffy nadworną poetką (tytuł przyznawany jest w Wielkiej Brytanii od 341 lat i do zeszłego roku zawsze lądował w rękach mężczyzny) mogę wypowiadać się tylko z nieukrywanym podziwem. Pani Duffy przynosi bowiem poezji poruszające, napisane z niezwyklą energią obrazy współczesnego życia. Chichrające się dziewczęta, wiejskie życie indyjskiej wsi, szkoła, ulica – wszystko to dobrze podglądnięte i elegancko zapisane w wersach. Zbiór wierszy naszej Poet Laureate trafił do mnie nieoczekiwanie za sprawą mojej teściowej, która podarowała mi go na Święta. Jak przyjemność czytania nieubłaganie dobiegnie końca, to się nią w "Tyglu" podzielę.

Oksford Turl Street gdzie mieszkał niegdyś Tolkien

Turl Street, zwana też the Turl. W kolegium po lewej (Exeter College) studiował J. R. R. Tolkien

Oksford centrum miasta, zima 2010

Broad Steet, czyli najszersza ulica w mieście. Doskonała do szusowania na rowerze, nawet, jeżeli spontanicznie przekraczają ją przechodnie.

sobota, 23 stycznia 2010

Pamuk w Londynie. Promocja książki Muzeum Niewinności (Museum of Innocence)Polscy czytelnicy na "Muzeum Niewinności" Pamuka będą musieli jeszcze poczekać – książka ukaże się dopiero w maju nakładem Wydawnictwa Literackiego. Tymczasem w Wielkiej Brytanii trwa promocja angielskiej edycji powieści. Wszystkich zainteresowanych najnowszą książką Orhana Pamuka zapraszam w ten następny poniedziałek (1 lutego) do audycji Maxa Cegielskiego "Nie lubię poniedziałku" między 19.00 a 21.00. W programie będę mówić o książce i o spotkaniu z jej autorem (o którym już nieco wspomniałam w "Panie Pamuk, czy jest Pan Kemalem?").

"Muzeum Niewinności" to długo oczekiwana powieść, w której noblista wyrusza na eksplorację uczucia miłości w mocno sentymentalnym stylu, ukazując w tle stambulski światek filmowy i przemiany społeczno-polityczne drugiej dekady minionego wieku. Czy powieść, na którą czekaliśmy kilka lat spełnia jednak oczekiwania? O tym, jak i o planie otwarcia prawdziwego Muzeum Niewinności, nad którym pracuje Pamuk w Stambule, opowiem w następny poniedziałek. Recenzja książki ukaże się na blogu wkrótce potem. Zapraszam!

[Aktualzacja] - relacja ukaże się jednak nie w ten, ale w następny poniedziałek.

środa, 20 stycznia 2010

Kadr z filmu

Trudno mi było uwierzyć,  że ten film fabularny o współczesnym Afganistanie odgrywany głównie przez kilkuletnie dzieci to dzieło 19-latki. Kto zna jednak nazwisko Makhmalbaf (pisownia angielska), ten wie, że ta zagadka jest łatwa do rozwiązania. Makhmalbaf to niemalże synomim irańskiego kina współczesnego, bo pod tym nazwiskiem kryje się cały klan filmowców: ojciec Mohsen, obecnie prezes Azjatyckiej Akademii Filmowej, założyciel Makhmalbaf Film House, gdzie sztuki tworzenia filmu nauczył m.in. trójkę swoich dzieci; jego córka Samira, która rzecz jasna ma na swoim koncie już kilka filmów i bycie jurorem podczas Festiwalu w Cannes; oraz właśnie Hana.

Hana miło zaskoczyła mnie swoim filmem "Buddha collapsed out of shame" (Budda padł ze wstydu). Trochę niespokojnie zaczęłam się wiercić, kiedy okazało się, że to wcale nie debiut młodej Iranki, bo pierwszy film stworzyła już w wieku... 8 lat ("The Day My Aunt Was Ill" pokazywany był zresztą na Festiwalu w Locarno w 1997 roku, a Hana była najmłodszą reżyserką, jak pojawiła się w historii tego przeglądu). Złośliwi twierdzą, że gdyby nie wpływowy i uznany ojciec, to Hana nie miałaby szans na taki rozgłos, a nazwisko Makhamalbaf powinno być raczej synonimem filmowego nepotyzmu. Być może właśnie dlatego krytycy podeszli do filmu "Buddha collapsed out of shame" z dużą ostrożnością, chwaląc go z umiarem i pokazując reżyserskie błędy.

Dla mnie film Hany Makhmalbaf był dużym odkryciem. To jeden z najlepszych filmów granych głównie przez dzieci, jaki widziałam. Główną bohaterką jest 6-letnia Bakhtay, afgańska dziewczynka, która żyje wraz z młodszą siostrą i matką w jednej z grot w masywie, gdzie jeszcze do 2001 roku istniała wyrzeźbiona ogromna postać Buddy (Talibowie wysadzili są w powietrze). Bakhtay, zainspirowana recytowanymi wierszykami przez sąsiada - chłopca w podobnym wieku, który chodzi codziennie do szkoły, postanawia dołączyć do jego klasy. Dziewczynka nie ma jednak żadnych przyborów szkolnych (jej mama nie planuje posłać jej do szkoły, bo przecież edukacja dziewczynek jest zbyteczna). Bakhtay jest jednak na tyle rezultna i zdeterminowana, że zabiera z kurnika dwa jajka i wyrusza w podróż z masywu na dół do "miasteczka" (piszę w cudzysłowiu, bo to miejsce przypomina raczej prymitywną bazę, gdzie znajduje się kilka zbitych z desek sklepików niż miasto), by tam przehandlować dobra na zeszyt i długopis.

Kadr z filmu

Scena, w której Bakhtay schodzi  po stromym grzbiecie w dół (filmowana z wysokości wzroku dziewczynki, kamera imituje też jej ruchy) jest jedną z najbardziej spektakularnych. Widok maleńskiej dziewczynki w zielonej powłóczystej szacie i żółtej chustce na głowie nie pozwala usiedzieć spokojnie w fotelu, bo widz ma wrażenie, że ten kontrast między stromością wzgórza a drobną postacią bohaterki doprowadzi za chwilę do katastrofy. Napięcie jest rozładowywane tylko chwilowo przez panoramiczne ujęcia przepięknych górskich krajobrazów. Hana Makhmalbaf pokazuje Afganistan, którego nie znamy. Pokazuje piękno przyrody tego miejsca, piękno, które nigdy nie pojawia się w doniesieniach z tego regionu, bo Afganistan to przecież teraz głównie obrazy okropności wojennych i ruiny Kabulu.

Kadr z filmu

Podróż Bakhtay jest symboliczna. Dziewczynka schodzi na dół do ziemskiego piekła, które funkcjonuje według zasad Talibów a zasady te egzekwowane są przez... dzieci. Bakhtay zostaje podczas swoich poszukiwań szkoły pojmana przez grupkę chłopców, którzy bawią się w wojnę. Kilkulatkowie odgrywają te wszystkie okropności, które znane nam są z doniesień z Afganistanu: kamieniowanie, egzekucje, poniżanie, zabranianie dziewczętom chodzenia do szkoły.

Do żadnego rozlewu krwi w filmie nie dochodzi. Sceny "zabawy w wojnę", która nie jest wcale zabawą są jednak porażające. To, że dzieci odgrywają znane im od dorosłych zachowania i traktują je śmiertlenie poważnie pokazuje, że ich wyobraźnia została całkowicie skorumpowana. Chłopcy są ucieleśnieniem społecznej degradacji i dysfuncji.  
W tym jednym dniu z życia afgańskiej dziewczynki pragnącej udać się do szkoły (nie zdradzę, jak historia się dalej rozwija i kończy) podsumowana została współczesna kondycja Afganistanu. I obraz jest jest naprawdę porażający.

Kadr z filmu

Kadr z filmu

Film rozpoczyna się i kończy fragmentami filmów dokumentalnych z 2001 roku pokazujących zniszczenie przez Talibów antycznego posągu Buddy. Ta klamra, która wyjaśnia jednocześnie tytuł filmu, wydała mi się trochę zbyt mocno zarysowaną pointą. Widz jest inteligenty, więc aluzje jest w stanie pojąć szybko, nie trzeba mu dwa razy i przez kilka minut o tym przypominać. Pomimo tego uważam, że film zasługuje na uznanie. I z pewnością potrafi poruszyć!

 

***
"Buddha collapsed out of shame" ("Budda padł ze wstydu")
reż. Hana Makhmalbaf
2007
Obsada: Abbas Alijome, Abdolali Hosenali, Nibakht Noruz

wtorek, 19 stycznia 2010

Kadr z filmu Irański reżyser Majid Majidi ma w swoim dorobku artystycznym kilkanaście filmów (fabularnych i dokumentów). Tworzy do własnych scenariuszy. Potrafi być też swoim producentem. Być może przez albo dzięki temu jego filmy tworzą spójną wizję, są kreacją jednego, ale wrażliwego i nieprzeciętnego umysłu. Majid Majidi jest jednym z moich ulubionych reżyserów, bez którego nie wyobrażam sobie współczesnego kina. Jego "Children of Heaven" (który zresztą o mały włos nie dostał Oskara, gdyby w konkursie w 1998 nie startował Robero Benigni ze swoim "La vita è bella") to jeden z filmów, który artystycznie oceniam bardzo wysoko.

Podobnie jest z jego późniejszym filmem "The Colour of Paradise" (Rang-e Khoda) z 1999. To głęboki i poruszający obraz, którego arystyczne wykonanie zrobiło na mnie duże wrażenie.

Historia opowiedziana w filmie jest prosta pod względem fabularnym, ale bardzo bogata w warstwie psychologicznejj. Tematem jest miłość ojcowsko-synowska, a właściwie walka ojca z samym sobą, który dziecka nie potrafi kochać i chce go wykluczyć z własnego życia.

Hashem, wdowiec, biedny robotnik pracujący przy składzie węgla, mieszka na wsi w  górzystej części Iranu wraz z matką i dwiema małymi córkami. Jego niewidomy syn – Mohammad – rok szkolny spędza w Teheranie, gdzie chodzi do szkoły uczącej dzieci czytać w alfabecie Braille’a. Ojciec zrobiłby wiele, by syna tam na zawsze zostawić. Dla Hashema 8-letni Mohammad to jego życiowa porażka, przeszkoda w ponownym ożenku (ojciec chce zdobyć rękę młodej dziewczyny z okolicznej wsi, boi się jednak, że jej rodzina, jak dowie się o niewidomym chłopcu, nie zgodzi się na małżeństwo). W kalectwie chłopca ojciec widzi odbicie własnej emocjonalnej ułomności – nie ma dla niego miłości. Jednak każda próba odcięcia się od syna, wywołuje w nim ogromne poczucie winy i wzbudza jeszcze większą pogardę dla samego siebie.

Kadr z irańskiego filmu

Tymczasem chłopiec, który poznaje świat przez palce (czuje kolory, dodatkowo odkrywając, że z powierzchni liści roślin czy z kamieni można odczytać litery Braille’a), w górzystej wsi wśród sióstr i babci, wśród natury czuje się prawdziwie szczęśliwy. Wierzy w to, co opowiedział mu nauczyciel: że Bóg jest niewidzialny, więc brak zmysłu wzroku wcale nie czyni go gorszym. Natura, estetycznie zachwycająca (piękne zielone pola, łąki kwitnące latem mnóstem kolorów) jest też przestrzenią sakralną. Babcia zabiera wnuczęta przez wzgórza do meczetu znajdującego się tuż przy strumieniu. Mohammad jest w pełnej harmonii z otoczeniem i z jego stwórcą.

Kadr z irańskiego filmu

Majid Majidi nie bez powodu uważany jest za twórcę obrazów, za reżysera-fotografa. W "Colour of Paradise" uwiecznił obrazy, które na długo zostały w mojej pamięci: drogi ojca z synem przez las, podczas której uczucia Hashema stają się coraz ciemniejsze, dzieci zafascynowanych kolorami przyrody na olbrzymiej przestrzeni ukwieconej łąki, czy wreszcie doskonałe zbliżenie twarzy Hashema, który popija herbatę z rodziną jego wybranki, a w oczach skupiają się jego wszystkie lęki.

Majidi świetnie też zagrał koncepcją koloru. Barwa odnosi się do świata uczuć i świata boskiego. Mohammad, choć fizycznie nie jest w stanie zobaczyć ani jednego koloru, żyje w świecie niezwykle barwnym. Z kolei jego ojciec pogrąża się coraz mocniej w ciemności, w który wciagają go jego własne słabości.

Jedną z niezwykle poruszających scen, jest moment, kiedy Hashem zabiera syna ze sobą do pracy do lasu. Chłopiec oddala się nieznacznie od ojca, nie widzi zbliżającego się niebezpieczeństwa. Hashem jest jednak w pełni tego świadomy, ale nie robi nic. Nerwowo zerka w stronę chłopca. Widzimy bolesną, wewnętrzną walkę, którą przechodzi rodzic.

Hashem nie jest jednak potworem, widz potrafi mu współczuć, bo Majidi zadbał o to, by pokazać skomplikowany charakter ludzkiej natury.

"Colour of Paradise" to głęboko humanistyczny i artystycznie mistrzowsko wykonany film, który, rzecz, jasna gorąco Wam polecam.


***
"Colour of Paradise"
(oryg. w perskim brzmi Rang-e Khoda, co oznacza "Kolor Boga")
reż. i scenariusz Majid Majidi
1999

niedziela, 17 stycznia 2010

Przeciw obrzezaniu dziewczynek. Kadr z filmu "Moolaade"

Długo zwlekałam z obejrzeniem tego filmu, bo mylnie wydawało mi się, że to pełen ciężkich scen dokument, tym bardziej że stworzony został przez znanego afrykańskiego działacza społecznego. Tymczasem "Moolaade" to osadzony na wsi w Burkina Faso film fabularny o społeczności, w której jedna z kobiet buntuje się przeciw wciąż praktykowanemu zwyczajowi obrzezania dziewczynek i choć temat dotyczy drastycznego rytuału, film wcale nie faszeruje widza dręczącymi wyobraźnię obrazami jego przeprowadzania. Wręcz przeciwnie. Reżyser – Senegalczyk Ousmane Sembene – podejmjąc ten temat, stworzył przejmujący dramat o władzy i buncie, jednocześnie mistrzowsko oddał rytm i kolor życia zachodnio-afrykańskiej społeczności, w której islam miesza się z dawnymi wierzeniami a śpiew i opowiadanie historii jest tak nieodzowną czynnością jak oddychanie. Film jest też świetną okazją do posłuchania jednego z afrykańskich języków (fascynujące jest to, jak zwracają się do siebie bohaterowie. Trudno to oddać słowami, zresztą nie chcę Wam psuć tego odkrycia).

Rytuał obrzezania dziewczynek jest wciąż praktykowany w prawie 40 krajach w Afryce i w licznych społecznościach afrykańskich na całym świecie (jak również w niektórych krajach muzułmańskich w Azji, choć nie jest wcale wspomniany w Koranie). Lekarze i socjologowie zdążyli go sklasyfikować na cztery rodzaje: w skrócie każdy pozbawia dziecka łechtaczki, a najdrastyczniejszy kończy się dodatkowo zaszyciem pochwy (niekompletnym). Kobiety mają później problemy z oddawaniem moczu, a współżycie z mężczyzną często przynosi piekielny ból. Dyskusję na tym, czym jest obrzezanie dziewczynek: okaleczeniem? symbolicznym naznaczeniem? kastracją z seksualnej przyjemności? rodzajem pasa cnoty? pozostawiam antropologom, bo w tym temacie trudno mi zabrać głos bez odpowiedniej wiedzy. Zresztą film nie o tym, moim zdaniem, traktuje. Ousmane Sembene po latach rozmów z kobietami, które przeżyły obrzezanie (zwane w ich społecznościach obrzędem puryfikacji), skupił się na pokazaniu mechanizmów władzy i tradycji, które ten rytuał podtrzymują. Jego film jest obrazem kobiecego przewrotu w rządzonej przez starszyznę mężczyzn wiosce, który rozpoczyna odważna Collé.

Przeciw obrzezaniu dziewczynek. Kadr z filmu "Moolaade"

Collé, jedna z trzech żon mężczyzny o wysokiej pozycji w wiosce jest jedyną kobietą, która nie pozwoliła obrzezać własnej córki po tym, jak sama przeszła jako dziecko poważne komplikacje a potem w konsekwencji cesarskie cięcie podczas porodu (wykonywane rzecz jasna w prymitywnych warunkach). Do niej ucieka czwórka dziewczynek, które nie chcą zostać obrzezane. Collé ochrania je starą klątwą moolaade. Sprzeciw wobec wykonujących rytuał kapłanek, a co gorsze wobec starszyzny wywołuje wielki zamęt w społeczności. Kobiety, początkowo potępiają Collé, ale kiedy nic nie jest w stanie złamać jej oporu, zaczyną na nowo rozważać swoją sytuację. Sprawę komplikuje przyjazd z Francji do wsi syna znaczącej postaci ze straszyzny, który ma wybrać sobie żonę. Córka Collé jest jedną z kandydatek, ale jej szanse stają się bardzo małe w atmosferze skandalu wokół obrzezania (ona nie przeszła przez rytułał, więc nie jest według reguł społeczności odpowiednią partią). Tym samym nastolatka zaczyna błagać matkę, by ta pozwoliła ją obrzezać.

Burkina Faso. Wszystkie kobiety we wsi mają obowiązek przejśc przez rytuał obrzezania

Historia buntu jest więc mocno skomplikowana. "Moolaade" to film nie tylko o niezwykłej odwadze, ale i trudnych wyborach, które niesie ze sobą wyłamanie się z twardych zasad społeczności.

Sembene stworzył ten film, by wesprzeć kampanię przeciwko zaniechaniu rytuału obrzezania. Jak powiedział w wywiadzie dla Cinema Scope dla niego kino jest formą edukacji. Ten film jest jednak daleki od prostej agitacji. To, co mnie w nim najbardziej zainteresowało to własnie to, co dzieje się w tle. Sembene oddał rytm życia wsi w Burkina Faso w znakomity sposób (wybranie nie-aktorów do odegrania głównych ról z pewnością w tym pomogło). Role społeczności są wyraźnie wyznaczone. Mężczyźni zajmują się uprawą (ci, którzy pracują, bo starszyzna nie robi wiele poza zbieraniem się, opowiadaniem sprośności, czy totalnym zmyślaniem interpretacji Koranu – sceny dotyczące rozważań na temat świętego tekstu są doprawdy komiczne, bo wypowiadający się o nim nie mają na ten temat bladego pojęcia, często też nie potrafią słowa przeczytać). Kobiety zajmują się dziećmi, palą fajki, słuchają radia i rozmawiają zebrane w "żeńskiej" części domostwa. Film pokazuje tylko wybrane fragmenty życia (co ciekawe, nie ma w nim ani jednej sceny posiłku). Ten niespieszny mikrokosmos pełen barw (nawet śmieci są niezwykle kolorowe) i śpiewu, z meczetem w kształcie jeżozwierza jest równie frapujący jak sama historia, która się w nim wydarza.

"Moolaade" poruszyło mnie i tematyką, i artyzmem wykonania. Polecm wszystkim, którzy wciąż zwlekają z obejrzeniem.

Meczet w kształcie jeża. Islam miesza się z tradycyjnymi wierzeniami w Burkina Faso. Kadr z filmu "Moolaade"


***
Moolaadé reż. Ousmane Sembene
2004

piątek, 15 stycznia 2010

Orhan Pamuk na spotkaniu z czytelnikami w Londynie styczeń 2010Z prozą Orhana Pamuka mam pewnien kłopot. Nie chcę użyć gombrowiczowskiego "mnie nie zachwyca", bo to nie oddałoby tej raczej skomplikowanej relacji. Ile razy czytam bądź zabieram się za czytanie jego książek, mam nieodparte wrażenie, że coś po pierwsze mi przeszkadza, a po drugie umyka. Przez głowę przechodzi mi natrętna myśl, że może coś między tureckim oryginałem a angielskim przekładem bezpowrotnie zginęło (wcale nie z winy tłumacza, ale z powodu swojej nieprzekładalności), co decyduje o tym, by można się zachwycić jego stylem, odnaleźć w jego języku coś urzekającego (tymczasem angielski przekład sprawia wrażenie prostej, mało ciekawej prozy, ze skłonnościami do matematycznych wyliczeń). Inna sprawa to kreacja głównych bohaterów – tak do siebie podobnych, mających obsesję na własnym punkcie, których "realistyczność" i "prawdziwość" musi zostać potwierdzona przez wplecenie osoby autora w fabułę książki (zwykle na końcu powieści). To daje nieodparte poczucie, że kreacjom literackim Pamuka czegoś brakuje, że nie potrafią istnieć samodzielnie w świecie fikcji (paradoksalne, prawda?).

Pomyślałam, że najlepiej byłoby zmierzyć się z powodem tych rozterek twarzą w twarz, więc wybrałam się w poniedziałek na spotkanie z Orhanem Pamukiem w Londynie. Spotkanie promowało jego najnowszą powieść "Museum of Innocence", którą z radością rzuciłabym w kąt po pierwszych 100 stronach (zaledwie jednej piątej książki), gdyby nie ten poniedziałkowy wieczór z  autorem.

Wieczór był bardzo przyjemny. Pamuk, który od kilku lat wykłada na Columbia University, mówił po angielsku z dużą swobodą, pozwalając sobie na liczne żarty i zgryzliwostki. Spora część spotkania poświęcona była dyskusji na temat kreacji jego bohaterów, a zwłaszcza ostatniej - kreacji Kemala z "Museum of Innocence", 30-latka z jednej z najbogatszych rodzin Stambułu, który zakochuje się w dalekiej kuzynce z biednej części rodziny. Prowadząca spotkanie, brytyjska pisarka i krytyk literacki Hermione Lee próbowała zacząć rozmowę od rozpracowania obsesyjnej miłości Kemala. Pamuk słyszący słowo obsesja po raz kolejny ze ust krytyków, na to jednak nie pozwolił, odpowiadając z pasją, że się nie zgadza na takie traktowanie bohatera, któgo miłość wydaje mu się jak najbardziej normalna. Jego obrona Kemala była jednak w dużej mierze osłanianiem (a nawet odsłanianiem) własnego siebie, co było dla mnie bardzo ciekawe, zważywszy na moje kłopoty z jego prozą, o których wcześniej wspomniałam.

Przypominam moich bohaterów - powiedział Pamuk - Też pochodzę z bogatej rodziny (jednak nie tak majętnej jak Kemal), też wychowałem się w stambulskim Nisantasi. Uczestniczyłem w licznych przyjęciach zaręczynowych i weselach organizanych w Hotelu Hilton. Kultura i społeczne pochodzenie Kemala są mniej więcej takie same jak moje. Piszę z męskiej perspektywy w pierwszej osobie, bo jestem mężczyzną. Bardzo chciałbym napisać książkę z perspektywy kobiety, też w pierwszej osobie, ale nie wiem, czy to możliwe. Znam swoje ograniczenia.

Jeżeli wierzyć Pamukowi, to często pytany jest przez "miło uśmiechające się kobiety" zajmujące się literaturą, czy historia Kemala to pamukowa autobiografia, czego, (co zrozumiałe), autor nie może znieść. Na uniwersytecie wygłosiłem nawet wykład zatytułowany "Panie Pamuk, czy jest Pan Kemalem?". Proszę nie wierzcie mi, ale jednocześnie mi ufajcie - mówił przekornie.

Rozumiem jego frustrację. Jednocześnie mam wrażenie, że Pamuk sam wpadł we własne sidła, próbując tworzyć postaci do siebie podobne i jednocześnie się od nich dystansować. Dla Pamuka pisanie powieści polega na "przekonaniu czytelnika, że to, co zostało opisane, było rzeczywiście doświadczeniem autora". Tym samym w jego prozie bohater i autor powieści znajdują się niebezpiecznie blisko, prowadząc często do pokracznych rozwiązań. W "Śniegu" (o którym pisałam tutaj), narrację prowadzi poeta Ka przybywający do miasta Kars, które jest politycznym igrzyskiem. Narrację prowadzi tylko do czasu, bo istnienie i prawdziwość postaci Ka musi ostatecznie zostać potwierdzona przez pojawienie się Orhana Pamuka, spisującego losy Ka.  Dochodzi do sytuacji dość paradoksalnej, gdzie mamy zarówno dwie niemalże identyczne postacie (Ka jest alter ego Orhana) zlewające się niejako w jedną i nagle stworzony przez autora wyziewający dystans "ja jestem twórcą tej powieści, a Ka to mój bohater." Wolałabym, żeby pisarz zdecydował się na jedną formułę niż niezręczne łączenie tych dwóch.

W "Museum of Innocence" (o którym napiszę wkrótce) jest podobnie: historię swojej miłości opowiada w 1-osobowej narracji Kemal, po czym w zakończeniu powieści pojawia się Orhan Pamuk z mało eleganckim początkiem akapitu "Cześć, tu Orhan Pamuk" (str. 517), w którym wyjawia, że historię rzeczywiście napisał on sam (Pamuk, nie Kemal) po licznych rozmowach z Kemalem. Postać autora ma tutaj uwiarygodnić historię (tym samym mam wrażenie, że Pamuk niekoniecznie wierzy w siłę fikcji) i przekazać to, co można zobaczyć tylko z dystansu z poziomu innej postaci, bo 1-osobowa narracja Kemala ma jednak swoje ograniczenia.

I tak okazało się, że pamukowe przekonanie, że autor musi sprawić iluzję tego, że opisywany przez niego świat jest światem jego własnych przeżyć (dlatego Pamuk nie lubi science fiction), jest właśnie źródłem moim problemów z jego prozą. Ja nie mam takich oczekiwań jako czytelnik. I to, co Pamuk nazwał radością czytania polegającą na zgadywaniu, co jest rzeczywistością w powieści a co fikcją, jest mi zupełnie obce. Ja wolę zawierzyć światom, które stworzone zostały bez takiej presji, które są przekonywujące, poruszające właśnie dlatego, że zostały wymyślone czy przetworzone. Na tym właśnie polega dla mnie piękno literackiej fikcji i siła jej tworzenia.

Spotkanie z Pamukiem było dla mnie pewnego rodzaju objawieniem. Pisarz, jak pewnie wielu z Was się domyśla, lubi opowiadać o sobie i opowiada dużo, dlatego przejął w pewnym momencie kontrolę nad spotkaniem, wymykając się sprytnie pytaniom Hermione Lee i opowiadając o tym, co jemu wydało się ważniejsze. Pamuk ma też duże poczucie humoru. Kiedy rozmowa przeniosła się na tematy dotyczące przekładów jego książek, Pamuk wyjaśnił, że z angielskim tłumaczem współpracuje bardzo blisko, zawsze dokładnie sprawdzając tłumaczenie. Mówił, że szalenie trudno jest sprawić, by jego bohaterowie mówili po angielsku i nie brzmieli fałszywie. Po czym z teatralnym gestem, zgrywając się dodał, że to przyprawia go o depresję.

Kiedy po dwóch godzinach rozmowy i kilku pytaniach od publiczności, Hermione Lee zaczęła żegnać się się z widownią, Pamukowi trudno było opuścić scenę, na której tak świetnie się czuje. Odchodził powoli wśród oklasków, co chwila kłaniając się. A my wodziliśmy za nim wzrokiem, myśląc, że może jednak wróci i odpowie na całą masę pytań, które chcieliśmy zadać, ale nie mieliśmy okazji. Choć Pamuk nie jest pisarzem, bez którego fikcji nie wyobrażałabym sobie moich literackich wycieczek, to naprawdę miło było spędzić z nim ten niepowtarzalny wieczór.

Orhan Pamuk rozmawia z Hermione Lee podczas spotkania z czytelnikami w Londynie, 11 stycznia 2010

Orhan Pamuk opowiada o swojej najnowszej książce "Museum of Innocence". Spotkanie z czytelnikami, Londyn 2010.

 


***
Spotkanie z Orhanem Pamukiem odbyło się w poniedziałek 11 stycznia 2010 roku w Londynie w South Bank Centre. Wieczór prowadziła Hermione Lee.

Recenzję autobiografii Pamuka można przeczytać tutaj.

niedziela, 10 stycznia 2010

Portret minionej dekady wg BBCKto utkał nazwę, trudno mi powiedzieć. Ktokolwiek to zrobił, nadał właśnie zakończonej, pierwszej dekadzie naszego trzeciego tysiąclecia wspaniale dwuznaczną nazwę. Zatem do rzeczy. Chodzi mi o określenie The Noughties, która pochodzi od angielskiego słowa nought oznaczającego zero i obejmuje lata od 2000 do 2009 (na wzór sixties czyli lat 60-tych). Wymowa tego słowa jest identyczna jak przymiotnika naughty (czyli niegrzeczny, frywolny, nieprzyzwoity). Tym samym minione dziesięciolecie lat "zerowych" otrzymało w tej słownej grze łatkę niesfornej dekady.

Dlaczego? W zeszłym tygodniu BBC próbowało odpowiedzieć na to pytanie w dwóch odcinkach podsumowujących najważniejsze zmiany, które zaszły w minionej dekadzie. Jeżeli miałabym wybrać jedno słowo, łączące większość z tych opisanych w programie przemian, to musiałabym powiedzieć totalne odmładzanie.

W zeszłych 10 latach odmładzaliśmy miasta, społeczności, przemysł muzyczny, filmowy, rozrywkowy i wreszcie samych siebie. Eksperymentem, który zdecydowanie obrócił się przeciwko jego pomysłodawcom, była przemiana centrów brytyjskich miast. Centra miały być odmłodzone na wzór francuski, czyli z kafejkami, z wolnym popijaniem wina, z kulturalnym tłumkiem. Tymczasem to, co  stało się z brytyjskim miastem, które w centrum ma teraz mnóstwo barów, jest dokładnym tego przeciwieństwem. Kiedy pierwszy raz przyjechałam do Wielkiej Brytanii, widziałam początek tego odwrotnego przepotwarzania (z bladego motyla w paskudną poczwarkę), kiedy w weekendowe wieczory na ulicach wysypywały się masy totalnie zalanego towarzystwa (głównie nastolatki zrobione na trzydziestki, skąpo ubrane pomimo złej pogody i z prowokacją eksponujące nadmiary ciała), którego część (głównie męska) w pewnym momencie zaczęła demolować to, co wpadło im w rękę. Teraz w weekendy potrafi być jeszcze bardziej dziko, co świetnie sportretował Maciej Dakowicz w swoich impresjach z walijskiej stolicy (dwa zdjęcia zamieszczam poniżej).

Zamiast zamierzonego kontynentalnego raczenia się alkoholem, brytyjskie centrum miasta promuje totalne zalanie się. Zalewają się jednak głównie młodzi, więc de facto eksperyment, który miał przywrócić ospałym śródmieściom żywy charakter, udał się, tylko jak w krzywym zwierciadle.

Z centrów wywiało starsze pokolenia. Brytyjski socjolog prof. Daniel Doring dodaje, że w ostatniej dekadzie brytyjskie społeczeństwo zaczęło się grupować według wieku, tworząc nie spotykane wcześniej wiekowe getta w miastach. Są takie dzielnice Londynu, w których ludzie po 40-stce w pewnym momencie okazywali się najstarszymi na ulicy i zaczęli się stamtąd przenosić na obrzeża. Zaczęły powstawać dzielnice tylko z rodzinami z młodymi dziećmi. Stare miejscowości wypoczynkowe z kolei zamieniły się w znaczące skupiska ludzi na emeryturze. Mamy więc nową mapę Wielkiej Brytanii, w której młodzi skupiają się głównie w południowo-wschodnich miastach (zwłaszcza w Londynie), a starsi na zachodnim wybrzeżu Szkocji i w Kornwalii.

Najwięcej wyludnionych z młodych miast i miasteczek widziałam w południowo-zachodniej części Wyspy, zwłaszcza w Kornwalii, gdzie zamykano szkoły z braku dzieci i liczne sklepy, które w dużych miastach mają liczną nastoletnią klientelę.

W minionej dekadzie najpopularniejszą substancją był podobno botox, który okazał się najnowszym lekarstwem na odmładzanie. Przybyło klinik i zakładów świadczących usługi pozbywania się zmarszczek. Wyglądamy coraz młodziej. Chcemy dłużej pozostać w ramionach lat młodzieńczych, przez co, zdaniem brytyjskich socjologów, opóźniamy zakładanie rodzin (w UK rodzicami zostaje się coraz częściej w wieku ok. 35 lat) . Jednocześnie coraz bardziej boimy się starości i wiążącego się z nią bólu i śmierci. Dlatego w minionej dekadzie tak głośno debatowano w Wielkiej Brytanii na temat zalegalizowaniu eutanazji i zmianie prawa obecnie krającego tych, którzy asystują osobie poddającej się błyskawicznemu uśmierceniu w szwajcarskiej klinice.

Socjolodzy zauważyli też, że w brytyjskim społeczeństwie mobilność społeczna nie jest już tak duża. Kiedyś ludzie drapali się w górę, zaczynając od kiepskich prac za barem czy w kawiarnii, po czym zostawiali się jej menedżerami i ostatecznie uczestniczyli w otrzymowaniu części firmowych zysków. Były to błyskawiczne kariery, które teraz przestały być już możliwe. Czasy szybkich awansów i wielkich okazji podobno minęły.

Zaciera się też wreszcie klasowość brytyjskiego społeczeństwa. Kiedyś nowobogaccy, traktowani przez stare elity z dystansem wysyłali swoje dzieci do dobrych, prywatnych szkół, by następne pokolenie miało już nie tylko pieniądze, ale i ogładę i wyrobione w szkole koneksje. Dzięki temu dzieci nowobogackich były już pełnoprawnymi członkami elit. Teraz to już nie ma znaczenia, tym bardziej, że współcześni milionerzy, to coraz częściej ludzie z zagranicy: to wielcy rosyjscy oligarchowie, ogromni potentaci z Indii czy Chin, którzy niekoniecznie liczą się z lokalnymi zwyczajami.

Ciekawym pytaniem teraz jest, ile z tych przemian jest tylko specyficznych dla Wielkiej Brytanii, ale ile z nich jest wspólnych z innymi krajami w Europie.

Brytania się bawi nocą

Brytyjskie miasto nocą słania się na przyodzianych w szpile nogach. Zdjęcie M. Dakowicza (za pozwoleniem autora)

Brytania się bawi nocą

Cardiff nocą lubi przebieranki. Zdjęcie M. Dakowicza (za pozwoleniem autora)

Program BBC "The Noughties", choć zmontowany w dość irytujący sposób (za dużo przerywników, każdy komentarz musiał mieć obrazkową ilustrację tak, jakby widz nie był w stanie już zrozumieć słowa mówionego), dał mi dużo do myślenia i zainspirował do stworzenia własnej listy dziesięciu najważniejszych zmian "zerowej" dekady. Lista wygląda następująco:


10 najważniejszych zmian w latach 2000-2009


1. Fala migracji w Europie, zwłaszcza wśród młodych ludzi.

W ostatniej dekadzie rynki pracy we Francji, Włoszech, Hiszpanii czy Polsce znacząco się skurczyły, co najbardziej uderzyło w młodych ludzi. Znakomita ich większość pracy pojechała szukać do Wielkiej Brytanii i Irlandii. Byli bądź wciąż są na Wyspie tylko "na jakiś czas", nie planują się osiedlić, chcą za kilka lat wrócić do swoich krajów. To pokazało, jak mobilne są europejskie społeczności (rzecz jasna w ramach Unii Europejskiej, bo osobom z krajów nieunijnych jest znacznie trudniej). Podejrzewam, że w obecnej dekadzie, o ile panika kryzysem gospodarczym przycichnie, będziemy świadkami jeszcze większych ruchów ludności.

2. Problem integracji z mniejszościami narodowymi z Azji i z Afryki
Kraje europejskie mają coraz licczniejsze społeczności emigrantów z ościennych kontynentów, z którymi nie potrafią sobie poradzić. Algierczycy w Paryżu, Hindusi w Bolonii, Etiopczycy w Neapolu, Roma w Bratysławie, Pakistańczycy w Londynie czy Chińczycy w Warszawie - przykłady można by mnożyć. Każdy z nich jest historią o braku integracji, życia w miejszościowych gettach i coraz częściej gwałtowych eskalacji problemów. Czy tak musi być?

3. Boom tanich linii i szał zdobywania świata
Miniona dekada to gwałtowny rozwój operatorów tzw. tanich linii lotniczych, które dosłownie za psie pieniądze pozwalają podróżować między kontynentami: weekend w Marakeszu? Wakacje w Stambule? Wypad do Oslo czy do Londynu? Wszystko w zasięgu ręki, trzeba tylko odpowiednio chytrze wypatrzeć okazję. Dano nam jeszcze większe możliwości poruszania się i poznawania. Na ile jednak masy podróżujących, zwłaszcza na dłuższe weekendy, stają się bogatsi w doznania i pokorniejsi wobec świata?

4. Łatwa dostępność i zanik barier
W ostatnich latach zdaliśmy sobie sprawę z tego, że żeby wykonać codzienne czynności, nie trzeba wcale ruszać się z domu. Pracować można przez internet z własnego pokoju, skąd równie dobrze można zrobić zakupy z dostawą do domu i poszukać sobie rozrywki (od wysokiej do pornografii - wszystko w zasięgu kilki kliknięć). Przyjaciół można mieć na całym świecie, porozmawiać można z każdym. Wszelkie fizyczne bariery zniknęły.

5. Terroryzm
To hasło wytrych, którym otwierane są najróżniejsze drzwi. Największą katastrofą ubiegłej dekady była z pewnością wojna w Iraku i wojna w Afganistanie - każda rozpoczęta pod hasłem wojny z terroryzmem.

6. Umierają księgarnie
Niestety. Powoli żegnamy się ze słowem drukowanym. Spadają nakłady gazet, książek, magazynów. W obecnej dekadzie, czy tego chcemy czy nie, zobaczymy dalsze możliwości elektronicznego słowa.

7. Liczy się przede wszystkim opinia
Przybywa blogów i innych serwisów określanych mianem społecznościowych, które po części wiążą się z tym, co napisałam w punkcie szóstym, ale też z tym, że obecnie ceni się przede wszystkim opinie. Zdanie może mieć każdy. I w świecie elektronicznym opinia Iksińskiego będzie równie ważna, co opinia prezydenta (ta pierwsza może jeszcze na dodatek dostać więcej komentarzy).  

8. Jak w karnawale?
Trochę tak, bo w minionej dekadzie zniknęły stare zasady mówiące o tym, że głos mają ci, którzy potrafią zaoferować wiedzę, talent i którzy poświęcili wiele czasu i wysiłku, by zdobyć pozycję w społeczeństwie. Teraz gwiazdą może zostać każdy i niekoniecznie musi mieć cokolwiek do zaoferowania. Zaczęło się od Big Brothera i przerodziło w trwały kult tzw. celebrytów.

9. Potrzeba znalezienia podobnego
Na tym żeruje reality TV, pokazując, że to na czym nam naprawdę zależy, to oglądanie siebie samych. Tzw. zwykli ludzie są dla widzów bardziej interesujący od znanych postaci, bo z nimi można łatwo się utożsamić. Cenimi coraz bardziej to, co jest nam bliskie, zapominając o tym, że to, co odmienne nas wzbogaca.

10. Ekologiczni
Na koniec coś bardzo pozytywnego - tak, zaczęliśmy bardziej dbać o środowisko naturalne, w Europie ruszyły w wielu krajach duże programy segregacji śmieci. Jeżeli nawet nie robimy wciąż wystarczająco dużo, to przynajmniej mamy świadomość tego, czego nie powinniśmy robić.

Tym zielonym akcentem kończę moją listę. Byliśmy zatem grzeczni czy niegrzeczni?

Ciekawa jestem, jaka byłaby Wasza lista. Co uważacie za najważniejsze zmiany w minionych 10 latach?

środa, 06 stycznia 2010

Śnieg w Oksfordzie. Angielska zimaJedną z cech Anglików, którą podziwiam, jest z pewnością pewnego rodzaju pozytywna determinacja i przekonanie, że zrealizują swoje zamierzenia, bo tego chcą. Nie rozczulają się nad sobą, nie rozpatrują negatywnych scenariuszy. Nawet jak w sobotę, kiedy ma się odbyć piknik, leje jak z cebra, wkładają na nogi sławne wellis (czyli wellingtons, angielskie kalosze do kolan, często kolorowe i z wzorkami) i jadą na umówione spotkanie, gdzie pochodzą trochę w zimnym deszczu a piknikowe jedzenie skonsumują w samochodzie. Ta odporność psychiczna na pojawianie się nieoczekiwanych przeszkód jest imponująca. Ta odporność ma jednak swoją granicę. Ona nazywa się... śnieg.

Biały puch z nieba potrafi na Wyspie spowodować coś, co kwalifikuje się pod określenie 'narodowa katastrofa'. Angielski strach przed tym, co może uczynić śnieg, jest zupełnie irracjonalny i doprawdy paraliżujący. Deszcz może zalewać miasta, powodzie mogą obezwładniać domostwa, a Brytyjczycy wciąż w swoich ukochanych wellis wybiorą się po południu do pubu na rytualnego pinta (od określenia pojemności kufla piwa: pint = kwarta, czyli ok. 0,6 litra), choć będą po kolana stali w wodzie. Kiedy jednak spadnie śnieg, oj kiedy śnieg spadnie, to ta cała mentalna siła roztopi się jak śnieżny puszek na ciepłym asfalcie.

Reakcję Brytyjczyków na śnieg można podzielić na trzy fazy:

Śnieg? czyli zupełne niedowierzanie, że obcy biały puch może rzeczywiście utrzymać się na ich terytorium. To czas sceptycyzmu i mentalnej próby. Po czym nadchodzi:

Śnieg! czyli totalna euforia, która manifestuje się w podskokach, okrzykach, jeździe rowerem po śniegu, braniem nagle wolnego z pracy, by dzień spędzić z dzieciakami w parku, lepiąc bałwana. Potem czas już tylko na:

Śnieg... czyli całkowite uświadomienie sobie, że znalazło się w zupełnie nienatualnym dla siebie środowisku, że nie sposób się poruszać, bo pada śnieg, że droga do pracy jest drogą nie do pokonania (w dużej mierze chodzi mi właśnie o tę psychiczną barierę a nie fizyczną, bo jedynie małe wioski i miasteczka są tak naprawdę fizycznie niedostępne, nieprzejezde).

Wczoraj BBC News obwieściło pojawienie się śniegu na Wyspie w atmosferze totalnej paniki. Dziś zamknięte są szkoły, lotniska, niektóre sklepy, linie autobusowe... W pracy jest nas dziesięć razy mniej. Czuję się, jak zdrowy w domu wariatów. Co robić?

Śnieg w Oksfordzie. Angielska zima

Angielska, niespodziewana zima: nawet wielcy stają się bałwanami. Oksford 2010

Śnieg w Oksfordzie. Angielska zima

Miasto jak wymarłe. W mieście grasuje śnieg!

Śnieg w Oksfordzie. Angielska zima w pubie

Angielski pub w śniegu to rzadkość.

Śnieg w Oksfordzie. Angielska zima w pubie

Sentymentalna podróż: śnieg w Oksfordzie a myśli kręcą się wokół polskich zimowych wakacji

wtorek, 05 stycznia 2010

Jamilia Chingiz Aitmatov, literatura kirgiskaCzy zastanawialiście się nad tym, dlaczego najpiękniejsze, europejskie teksty miłosne zawsze opisują niespełnione uczucie? Miłość w naszej kulturze to historie Tristianów, Julii, Werterów, Abelardów. Uczuciowe happy endy zdarzają się zwykle tylko w romansidłach. Tymczasem jeden z literackich klasyków z Azji Centralnej, który niedawno przeczytałam w angielskim tłumaczeniu, pokazuje, że możliwe jest nie tylko spełnienie pragnień kochanków wbrew rodzinnym i społecznym przeciwnościom, ale i trzymanie się z daleka od banałów i tkliwostek.

"Jamilia" to króciutka powieść kirgiskiego pisarza Chingiza Aitmatova. Opowiada historię zamężnej, ale bezdzietnej kobiety z kirgiskiej prowincji z czasów drugiej wojny światowej. Jej mąż – Sadyk - jak większość mężczyzn z wioski walczy na froncie i od czasu do czasu przesyła konwencjonalne listy do rodziny. Jamilia jest pełną życia, niezależną w sposobie myślenia i postrzegania świata, piękną kobietą. Mieszka, jak na lokalne zwyczaje przystało, z rodziną męża. Jej teściowa, która w porównaniu do innych kobiet wydaje się dość postępową osobą, w kwestiach rodziny trzyma się tradycyjnych wartości, powtarzając Jamili: Praise be to Allah. A woman’s happiness is to have children and live in a house of plenty. ("Chwalmy Allaha. Szczęście kobiety polega na posiadaniu dzieci i mieszkaniu w domu, w którym niczego nie brakuje" str. 19).

Podczas wojny wioska przechodzi również proces kolektywizacji, więc zebrane przez chłopów zboże zostaje konfiskowane przez państwo. Przy przewożeniu zbiorów z pola na stację kolejową pomagać mają wszyscy, którzy się we wiosce ostali. Jamilia pracuje zatem ze swoim szwagrem, który jest jeszcze młodym chłopcem i z innymi mężczyznami, którzy albo są weteranami wojennymi albo są niezdolni do służby wojskowej. Jeden z nich  - Daniyar, z którego Jamilia będzie początkowo szydzić, nagle zawładnie jej sercem (zdobędzie je śpiewem. Talent i sztuka odgrywają ważną rolę w powieści. Narratorem jest zresztą artysta, który sportertował parę). Wspólnie zdobędą się na coś, co na kirgiskiej prowincji jest nie do pomyślenia - na ucieczkę.

Teściowa bohaterki, jak zresztą pozostałe kobiety będzie sobie zachodzić głowę, dlaczego Jamilia złamała społeczne zasady. Ostatecznie lamentując nad tym, że rodzina utraciła przez występek Jamilii dobre imię, zawyrokuje: She’s a fool. Fancy leaving such a family and trampling on her happiness ("Jest głupia. Zachciało jej się opuścić taką rodzinę i zaprzepaścić własne szczęście"). Jej syn doda: She’ll come to a sticky end one day. There’s plenty more fish in the sea ("Pewnego dnia źle skończy. Zresztą są inne kobiety, mam z czego wybierać" - p.90).

"Jamila" zrobiła na mnie wrażenie z kilku powodów. W tej zwięzłej i napisanej prostym stylem (tyle mogę powiedzieć o angielskim przekładzie) powieści Aitmatov dotknął wielu spraw. Pokazuje drogę do szczęścia nie mieszczącą się we tradycyjnych wartościach. Opowiadając o historii Jamilii, rysuje też portert kirgiskiego społeczeństwa, w którym rola kobiety jest jasno określona: to opiekująca się domem matka, która w dodatku traktowana jest przez męża jako jego własność (co dobrze widać w listach Sadyka). Co prawda ludność prowadzi już osiadły tryb życia (Aitmatov jak był małym dzieckiem to przemieszczał się ze swoją tatarską matką i kirgiskim ojcem z miejsca na miejsce tak, jak większość społeczeństwa w tamtym czasie), ale wciąż wierna jest tradycyjnym wartościom.

"Jamila" to śliczna powiastka o miłości pozbawiona tkliwego sentymentalizmu. Jeżeli pomyślę sobie o tym, jak mało w literaturze europejskiej jest dobrych powieści, które kończą się happy endem (jak trudno jest przecież nam pisać o rzeczach dobrych i szczęśliwych bez popadania w banał!), to lektura tej kirgiskiej powieści jest prawdziwie orzeźwiająca.

 

***
Chingiz Aitmatov "Jamilia"
wyd. Telegram Books, London 2007
tłum. James Riordan

***

Polecam też obejrzenie zdjęć Padmy z Kirgizji.

sobota, 02 stycznia 2010

magamara na beczcePopijając trzecią herbatę w ten mroźny wieczór, próbuję przyzwyczaić się do myśli, że jest 2010.  Czy nigdy nie wydawało Wam się dziwne świętowanie przyjścia nowego roku w środku zimy? Ani to przełom, ani nowy okres.

Koniec grudnia w Oksfordzie: zgasły już dawno światła żydowskiej Chanuki, hinduskiego Diwali, w mieście pustki, z uniwersyteckich kolegiów wyziewa czarna gardziel, tylko gwiazda betlejemska wciąż poświeca gdzie niegdzie. Skończył się grudzień, przyszedł gregoriański styczeń tak do poprzedniego miesiąca podobny.

Mało kto już dziś pamięta, że jeszcze w XVI-wiecznej Europie nowy rok przypadał w marcu, dokładnie 25-ego, w dzień Naszej Panienki, który miał być datą zwiastowania. Wielka Brytania była jednym z ostatnich krajów w Europie, który przyjął nowy porządek i przesunął datę powitania nowego roku na 1 stycznia (oporna adaptacja nastąpiła dopiero w XVIII wieku). Rozumiem tą niechęć... I właściwie żałuję, że awersja Brytyjczyków do jednoczenia się z kontynentem i poddawania się unifikacji (wszak wciąż królują na Wyspie cale, kwarty, stopy, mile pomimo przykazów z UE!) nie była większa i nie ocaliła marcowych celebracji.

Trudno mi miniony kalendarzowy rok podsumować, bo nie czuję, żeby nastąpił jakiś koniec. Wręcz przeciwnie. Zimowe, ostre słońce, które osadzone teraz tak nisko pozwala wszystkiemu na ziemi nosić długi, smukły cień jest kontynuacją tych kilku tygodni moich zachwytów każdym krótkim dniem. Wciąż nie wiem czemu, Wyspa kojarzy się poza Wyspą przede wszystkim z ciągłym deszczem. Te bosko oślepiające, mroźne dni powinny stać się częścią angielskiego mitu. Żeby pomóc mitowi się stworzyć, załączam poniżej kilka zdjęć.

Nie będzie więc podsumowań, ani tym bardziej noworocznych postanowień, których przez lata składania skutecznie udało mi  się nie dotrzymywać... Wiem, co chciałabym zrobić w najbliższych miesiącach i jeżeli rzeczywiście starczy mi czasu, to zajmę się szlifowaniem włoskiego i nauką rosyjskiego, zwłaszcza, że za kilka miesięcy wybieramy się do Rosji (nawet udało mi się znaleźć prywatnego lektora w postaci kochanego męża). Zamiast zestawień będzie krótka przechadzka po tym, co w ostatnich miesiącach udało mi się odkryć, w dużej mierze właśnie dzięki Wam!

Przede wszystkim natrafiłam na wiele ciekawych blogów. Lista zakładek w "Tyglu" jest pewnie dwu- jeżeli nie trzykrotnie dłuższa niż początkowo. Wszystkie czytam z przyjemnością i każdy zbogacił moje poszukiwania książkowe, filmowe, literackie, podróżnicze, społeczne, kulturowe, ekologiczne czy wreszcie osobiste o coś unikatowego, czego innym sposobem nie byłabym w stanie znaleźć. Dziękuję autorom za te osobliwe wycieczki!

Całkiem niedawno oczarował mnie świat Czary, wcześniej humanistyczne zacięcie Logosa, który w międzyczasie z Brain Graffiti zdążył się przenieść do Wizji Lokalnej. Tam pewnie natknęłam się na świetny blog Snoopy'ego. Jak znalazłam zapiski Leonarda z Tajlandii, już nie pamiętam. I tak mogłabym długo, aż zatoczyłabym koło, powracając do tych blogów, które wiernie czytam od samego początku "Tygla" i bez których blogosfera byłaby o wiele uboższa:  świat Chihiro, miasto Padmy, rozważania Porcelanki, Czytanki Peek-a-boo...

Dzięki rozmowom z Wami, dzięki Waszym tekstom zaopatrzyłam się w ciekawe lektury przed wyjazdem do Indii, czy potem do Stanów. Dzięki Waszym rekomendacjom wybrałam się do Frick Collection, które było prawdziwym wielkim odkryciem podczas pobytu w Nowym Jorku , nie wspominając już o książce-przewodniku Kamili Sławińskiej, autorki kolejnego bloga, którego uwielbiam czytać  (o książce mam nadzieję napisać wkrótce).

W ostatnich miesiącach sporo podróżowaliśmy. Oprócz Indii i Stanów, przejechaliśmy kawał Polski, Włochy, Francję, Szwajcarię, docierając jesienią do Irlandii Północnej. O bardzo nielicznych miejscach udało mi się napisać, co mam nadzieję nadrobić. Chciałabym Wam powiedzieć o wielu książkach, filmach i wydarzeniach, które wydały mi się fascynujące. Żeby tylko to angielskie słońce zaczęło świecić dłużej, żeby dzień się rozciągnął, to będzie mi łatwiej to wszystko ogarnąć!

Wszystkim Czytelnikom "Tygla" życzę wielu takich słonecznych dni!

angielskie zimowe slonce

angielskie zimowe slonce

Piątkowy spacer. Obrzeża Oksfordu - Shotover Hill - pobliże domu C. S. Lewisa.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
Wyróżnienie
Kreative Blogger Award
BOOKER 2009
© copyright

Prawa autorskie zastrzeżone. Kopiowanie bądź wykorzystywanie treści bloga bez zgody autorki jest zabronione.

Blogowisko.org blogi statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac