wtorek, 17 listopada 2015

Serdecznie zapraszam w tym miesiącu na wystawę fotografii Magdaleny Berny do Oxford University Press do naszej Fairway Gallery na Walton Street w Oksfordzie. Szalenie cieszę się, że Magda wystawia u nas swoje prace. Jestem jej wielką fanką facebookową, a to sprawiło, że samo instalowanie prac na ścianach miało dodatkowy, przyjemny dreszczyk emocji.

Magda specjalizuje się w zdjęciach portertowych, zwłaszcza dziecięcych. Uwielbia pracować w plenerze, wybierając do fotografowania niskie, ciepłe światło dzienne. Jej fotografie mają niezwykły urok. Dzieci zastygają w zadumie, a przyroda jest świadkiem i tłem tego zamyślenia.

Zresztą zobaczcie sami, serdecznie zapraszam! Wystawa czynna do 30 listopada, a prace można oglądać od poniedziałku do piątku od 9-17.00.poster

17:50, maga-mara
Link Dodaj komentarz »

W czerwcu ukazała się moja recenzja 'Ksiąg Jakubowych' Olgi Tokarczuk w Times Literary Supplement. Byłam podwójnie szczęśliwa. Magazyn jest świetny, pierwszy raz opublikowałam tekst po angielsku, a do tego recenzowałam jedną z ulubionych pisarek, którą czytam od czasów nastoletnich! To była dla mnie wielka sprawa a teraz miłe wspomnienie ciekawego lata. Wklejam na pamiątkę.

TLS_review

17:13, maga-mara
Link Komentarze (1) »
piątek, 03 lipca 2015

POLISH POETRY EVENING WITH

TADEUSZ DĄBROWSKI

With translations by Antonia Lloyd-Jones, introduction by Ania Ready

Sunday 12th July 2015 at 6pm, entry £4

Albion Beatnik Bookshop, 34 Walton Street, Oxford

 

Tadek Dąbrowski na plaży 

 fot. Renata Dąbrowska

what distinguishes empty

silence from meaningful

profound from shallow

bright from dark

silence on target

from silence off key

is you

 

Polish poet Tadeusz Dąbrowski, is winner of numerous awards and inheritor of the metaphysical tradition in Polish literature.

Antonia Lloyd-Jones is a leading translator of Polish literature in the UK. In 2009 she received the Found in Translation Award.



środa, 24 czerwca 2015

Przyleciał na Wyspy o brutalnie wczesnej porze czerwcowego poranka. Ale pomimo tego mocno trzymał się na nogach. I chodził. Przez dwa dni chodziliśmy wspólnie po mieście. I to były fantastyczne peregrynacje z jeszcze fantastyczniejszą konwersacją. A potem spotkanie z czytelnikami w całkiem nowo otwartym budynku humanistyki w Oksfordzie, który - o zgrozo - kiedyś był szpitalem. Czyżby złośliwy los opatrzył poetę z Opola jeszcze jednym znakiem? W jego 'Tomi. Notatkach z miejsca postoju' czytamy przecież:

'Duży budynek przy placu to główny budynek uniwersytetu. Mam z nim niejasne powiązania. Dostaję czasem klucze do pokoju na najwyższym piętrze, przychodzę, kiedy nikogo już nie ma, i chodzę po pustym budynku z dziwnym poczuciem, ze jednak nie jestem sam. Kiedyś był tu klasztor, a potem przez wiele lat szpital. (...) W tych salach leżeli chorzy. Odwiedzałem to obu moich dziadków i obaj tu umarli. Rzadko który budynek uniwersytecki w Polsce może pochwalić się taką przeszłością i takimi tradycjami, powstała nawet monografia uniwersyteckiego wzgórza, na którym stoi budynek, być może pod tytułem Kto to u nas umarł. Od sekcji do sesji. (...) Ale prawdopodobne są również inne monografie (np. już opracowywana Kto to u nas zwariował. Od sesji do depresji)Na razie jednak siedzę tu, generalny remont się już odbył, zdezynfekowano ściany i bardzo grube stare mury, chociaż bakcyle i wirusy potrafią przenikać głęboko, ukryć się i zaczaić na dziesiątki lat. (...) Tu, gdzie była okulistyka, jest teraz anglistyka, tam gdzie choroby wewnętrzne - polonistyka. Tam gdzie weneryczne i skóry - romanistyka. Tam, gdzie neurologia - slawistyka, tam gdzie biblioteka - intensywna terapia. Dziekanat - sala operacyjna. Tam, gdzie rektor - toalety.' (str 6-7)

Z oksfordzkiego post-szpitalnego budynku nie będę zdzierać warstw. W czasach moich pierwszych lat w Oksfordzie były tam po prostu biura lekarzy i jakaś sala konferencyjna. Antonia Lloyd-Jones, która podczas spotkania z Tomkiem Różyckim znakomicie czytała tłumaczenia jego wierszy, miała tu zszywany palec. Ale porzućmy w końcu te szpitalne historie, bo się zaraz rozchorujemy!

Tomasz Różycki bardzo dużo czytał podczas spotkania ze swoich 'Kolonii' i z 'Dwunastu stacji'. I fragmentami tego się z Wami podzielę.

IIMG_1544_small

 Ania Ready i Tomasz Różycki

 

11. Przeciwne wiatry

Kiedy zacząłem pisać, nie wiedziałem jeszcze,
że każde moje słowo będzie zabierało
po kawałku ze świata, w zamian zostawiając
jedynie miejsca puste. Że powoli wiersze

zastąpią mi ojczyznę, matkę, ojca, pierwszą
miłość i drugą młodość, a co zapisałem,
ubędzie z tego świata, zamieni swe stałe
istnienie na byt lotny, stanie się powietrzem,

wiatrem, dreszczem i ogniem, i to, co poruszę
w wierszu, znieruchomieje w życiu, i pokruszy
się na tak drobne cząstki, że się stanie prawie
antymaterią, pyłem całkiem niewidzialnym,

wirującym w powietrzu, tak długo, aż wpadnie
w końcu tobie do oka, a ono załzawi.
(Kolonie, 2007)

Antonia Lloyd-Jones czyta angielskie tłumaczenia wierszy Tomasza Różyckiego, spotkanie w OksfordzieAntonia Lloyd-Jones czyta fragmenty 'Dwunastu stacji' w przekładzie Billa Johnstona

 

53. Spalone mapy
Dla J.B.

Pojechałem na Ukrainę, to był czerwiec
i szedłem po kolana w trawach, zioła i pyłki
krążyły w powietrzu. Szukałem, lecz bliscy
schowali się pod ziemią, zamieszkali głębiej

niż pokolenia mrówek. Pytałem się wszędzie
o ślady po nich, ale rosły trway, liście,
i pszczoły wirowały. Kładłem się więc blisko,
twarzą na ziemi i mówiłem to zaklęcie –

możecie wyjść, już jest po wszystkim. I ruszała
się ziemia, a w niej krety i dżdżownice, i drżała
ziemia i państwa mrówek roiły się, pszczoły
latały ponad wszystkim, mówiłem wychodźcie,

mówiłem tak do ziemi i czułem, jak róśnie
trawa ogromna, dzika wokół mojej głowy.

(Kolonie 2007)
 
IIMG_1537_small1

Tomasz Różycki słucha Miry Rosenthal, opowiadającej o tym, jak tłumaczyła jego 'Kolonie' na angielski

37. Dryfowanie

Dla M. Ś

Nocne pociągi, Polska. Papieros skręcony
z postrzępionej ciemności wolno się rozżarza.
Jak. Błędny. Ognik. Oto na jaw wyprowadza
z miękkiego ciała duszę i bardzo powoli

każe jej tańczyć. Gdzieś tu. Gdzieś tam. To boli
troszkę. To zawsze boli tak za pierwszym razem.
Więc jest nic, nic ma kolor, nic sprawuje władzę
nad fizyką, to boli. Będziemy się bronić

dymem i ogniem, będziemy się wywoływać
i mnożyć, zjawiać, być tak mocno, żeby widać
było z kosmosu. Ognik. Będziemy dryfować,
bo straciliśmy kontakt z bazą, z ziemią,

a czasem także z czasem. Polska. Nocny pociąg jedzie z miasta A do B. Oblicz spóźnienie.

 (Kolonie 2007)

IMG_1485_small

 Jan Fellerer, Jamie McKendrick, Irena Powell i Teresa Halikowska-Smith

 

O Fantastyko, o Imaginacjo! O Grozo, Gnozo oraz Hiperbolo!
Pozwól mi opisać, co się potem działo! Rankiem,
choć nie tak wczesnym, jak się mogło zdawać,
już wracał Wnuk przez Milicyjską Bramę.
Szedł żwawym krokiem przez znane podwórko,
to, które świadkiem niegdyś mu było słodkiego dzieciństwa,
a teraz leżało w zgliszczach oraz w gruzie, szedł przez kałuże,
błota i wertepy, omijał, wpadał i wycierał buty, a prowadziła go,
jak Przewodniczka Gwiazda, wciąż nad nim świecąc, jedna myśl:
pierogi. One oto, odkąd sięgnął myślą, były rodziny trwałym
fundamentem, przy nich się spotykały nawet wrogie frakcje
i dla nich zawierano w piątki Pokój Boży.
Jedna tylko Babcia tak potrafiła je zgotować, że zasłynęły
nadzwyczajną mocą także wśród znajomych. A znane były
w kilku wersjach głównych odpowiednich według porty roku –
z nich najgłówniejsza to pierogi ruskie, które smakować można
zarówno zimą, wiosną i jesienią, wyjąwszy kilka dni początku lata,
kiedy nadchodzi czas młodej kartofli, nazbyt wodnistej
i przez to niezdatnej wcale do ich fabrykacji. W tej sytuacji
gotowała Babacia na zmianę pierogi z kapustą albo z owocami,
bardzo popularne zwłaszcza pośród dzieci, a tych zawsze pełno było w domu.
Znano je również pod nazwaniem knydli, kiedy późnym latem
wewnątrz były śliwki, chociaż zwykle do środka chowano wiśnie
i czereśnie, truskawki i jagody, a całość do smaku
polewano gęstą śmietaną z cukrem, od czego niejadkom nawet
puszczały zawory ślinianek. Na te pory roku przypadał też okres
pierogów z kapustą, których odmiana pojawiła się na Wigilię na stole
obok barszczu i uszek, pojawiała się i znikała niby kometa.
Bardzo rzadko wreszcie Babcia dla odmiany zrobi pierogi z mięsem,
ale nigdy w piątek, ze względu na post i poszanowanie boskie.
Tak się stał się piątek dniem bardzo uczczonym od całej rodziny,
w którym wypadały wszelkie narady wspólne i postanowienia.
Wnuk, prowadzony z dala ich wspomnieniem, mijał akurat największą kałużę,
znaną mu jeszcze z czasów socjalizmu i zwaną wtedy
Kurwamacią od zwykłych okrzyków tych, którzy w nią wpadali po ciemku,
wracając do domu wprost z pracy.
(Dwanaście stacji, Stacja Trzecia: Pierogi, 2009)

IMG_1492_smallZ tyłu Francesco i Roberta Corliano, z przodu Camilla Brice (?) i Ursula Phillips

Wszystkich, którzy chcą przeczytać więcej, odsyłam koniecznie i spiesznie do 'Kolonii' (Znak), Dwunastu stacji' (Znak) i 'Tomi. Notatek z miejsca postoju' (Zeszyty Literackie). Mam też dobrą wiadomość: ktokolwiek chciałby zakupić dwujęzyczne (polsko-angielskie) wydanie dwóch pierwszych książek bądź polskie wydanie 'Tomi', to może się ze mną skontaktować. Mamy jeszcze parę egzemplarzy pospotkaniowych.

 

Dzięki Kasi Szymańskiej mogliśmy też usłyszeć i Mirę Rosenthal i Bila Johnstona opowiadających o tym, jak tłumaczyli poezję Tomasza Różyckiego. Serdecznie zapraszam do obejrzenia wywiadów.

Rozmowa Kasi z Mirą:

Rozmowa Kasi z Billem:

Na koniec serdecznie dziękuję Agnieszce Grubin i Mikołajowi Kunickiemu z Programme on Modern Poland, Kasi Szymańskiej i Matthew Reynolds z Oxford Comparative Critisim and Translation oraz Magdzie Raczyńskiej z Polish Cultural Institute za pomoc, wsparcie i entuzjazm w przygotowaniu tego spotkania. Bez Was by się nie udało! Specjalne podziękowania dla Antonii Lloyd-Jones za fantastyczne czytanie angielskich tłumaczeń wierszy.

Cóż,Tomasza Różyckiego było cudnie gościć, mam nadzieję, że to był początek częstszych odwiedziń w Oksfordzie. I wcale nie piszę tego bez przyczyny, moi drodzy współorganizatorzy ;)

 Tomasz Różycki, Ania Ready, Antonia Lloyd-Jones, Oxford, czerwiec 2015

Spotkanie z Tomaszem Różyckim, Oxford, czerwiec 2015

 Wszystkie zdjęcia wykonała Sue Taylor.

(przepraszam za opóźnienia w publikacji tego wpisu, nowy editor doprowadzał mnie do szału i nie była to wyłącznie kwestia wyjścia z wprawy...) 

piątek, 19 czerwca 2015

Tak dawno mnie tu nie było, że to cud, że wciąż udało mi się zalogować, że system nie wywalił mnie stąd na dobre. A Wy jesteście jeszcze?

Brakuje mi blogowego pisania, a jeszcze bardziej czasu na nie. Co zrobić...?

Wklejam plakat poniżej na pamiątkę, bo nie zdążyłam opublikować wcześniej zaproszenia. W Oksfordzie gościliśmy Tomka Różyckiego, poetę, eseistę i tłumacza. To było fenomenalne spotkanie... Jak się uda, to zdjęcia z wieczoru będą jeszcze dziś.

plakat_spotkanie_z_tomaszem_rozyckim

wtorek, 16 grudnia 2014

Krajowe trasy przelotowe

Trudno powiedzieć, czy więcej mil pokonał Dickens, podróżując po Europie czy po Wielkiej Brytanii. Jego typowy spacer po Londynie to około 12-20 mil, w zależności od czasu i nastroju. Przejażdżka konna to zbliżony dystans. Już jako chłopiec uwielbiał wędrować po stolicy. Gwarne ulice Londynu dodawały mu siły, były inspiracją, ucieczką, wytchnieniem. Po śmierci ojca Dickens przez trzy noce łaził po gościńcach miasta. Wspominał, otwierał i zamykał rany. Gdyby nie długi ojca, Charles pewnie nigdy nie pracowałby jako dziecko w fabryce. Gdyby nie to doświadczenie, pewnie nie byłoby Olivera Twista. Gdyby nie musiał sam się utrzymać, pewnie nie napisałby tak dużo. Gdyby nie, gdyby... Czy to ojciec uczynił z niego gwiazdę, podziwianego self made mana właśnie tym, że sam był zupełnie nieporadny? Czy Charles powinien mu za to dziękować, czy do końca życia przeklinać?

W 1847 roku Dickens zarobił 3,8 tys. funtów i po raz pierwszy w życiu miał tyle pieniędzy, że mógł w coś zainwestować. Postanowił to uczcić. Najpierw kolacją dla przyjaciół, potem wyjazdem do hrabstwa Wiltshire na kilka dni, potem galopowaniem przez równiny w okolicach Salisbury, potem powrotem do Londynu, następną kolacją. Jeżeli nie czcił i celebrował, to jeździł z odczytami, gdzie był czczony i celebrowany. Poruszał się szybko, a turnée miał zwykle wyładowane spotkaniami do granic możliwości. Do wymagających przelotów przez miasta brytyjskie był już zresztą bardzo przyzwyczajony. Zanim został pisarzem, pracował jako reporter i jeździł: na północ, na spotkania, na miejskie obrady potem szybko na południe, bo tam zbierał się parlament i trzeba było o tym napisać. Uwielbiał ten pęd. Kiedy był młody, katowanie ciała intensywnym wojażowaniem nie robiło na nim większego wrażenia. W latach 60., kiedy był już dobrze po 50-tce wciąż wydawało mu się, że potrafi poruszać się szybko po Wyspach jak młodzik. Jeździł zatem: Leamington, Cheltenham, Plymouth, Torquay, Exeter, potem Manchester i Liverpool – jak Anglia długa i szeroka. I dostawał zadyszki. Odczyty przynosiły mu fortunę (już w latach 50. Dickens pozwał sobie wydawać 8-9 tys. funtów rocznie), ale bardziej od pieniędzy ciągnęło go do oddanych mu ludzi, do uwielbiającego go tłumu czytelników, którzy ładowali jego schorowane ciało. Dlatego nie przestawał. Wiosna 1866 roku to trzymiesięczne tournée po Szkocji. Potem wyjazdy do  Birmingham i Clifton. Następny rok to czteromiesięczna trasa: Irlandia, Walia, Hereford, łącznie 36 odczytów (sic!). Potem przyszedł czas na wyjazd do Chester, ale w Chester już nie poszło tak gładko. Tą podróż Dickens przypłacił atakiem apopleksji. Potem już było gorzej.

Podróże synów według planu ojca

Dickens zmarł w 1870 roku. W czerwcu dostał kolejnego ataku apopleksji i już z niego nie wyszedł. Zostawił po sobie ósemkę dzieci (dwójka zmarła przed nim), w tym większość synów, których nie kochał, a którymi zajmować się musiał. Między 1844 a 1849 Catherine urodziła mu czterech chłopców, żaden z nich nie był chciany. Pisarz nie krył niezadowolenia. Mierziło go bycie ojcem dla męskiej gawiedzi. Twierdził wręcz, że chłopcy dziedziczą najgorsze cechy w rodzinie: pasywność, nieumiejętne zarządzanie pieniędzmi, gnuśność. Będąc u szczytu kariery, czuł, że ma za dużo synów, których musi wykształcić i ustawić w życiu. Chłopcy mu przeszkadzali. Byli głośni, Dickens uważał ich za trudnych do rozmów, choć łatwo sobie wyobrazić, że synowskie milczenie sprowokowane było ojcowską niechęcią. Sposobem Dickensa na synów było szybkie wyprawianie ich z domu. Część chłopców wysłał do szkoły z internatem we Francji. Jednemu z nich było tam tak źle, że zaczął się potwornie jąkać i już nigdy tej wady się nie pozbył, tracąc przez to na zawsze możliwość pracy w brytyjskich urzędach. Jak tylko ich wyszkolił, to słał ich dalej: Franka do Indii, Alfreda i Plorna do Australii (Plorn miał jedynie 16 lat, kiedy ojciec go wyprawił), Sydneya na morze. Żaden z nich nie chciał jechać, ale nie mieli wyboru. Wreszcie Henry miał jechać do Indii jako urzędnik Imperium Brytyjskiego, ale on jako jedyny postawił się ojcu. Chciał pójść na studia, ojciec kręcił nosem, ale ostatecznie się zgodził. I to tylko Henry’emu powiodło się w życiu: skończył uniwersytet w Cambridge i z powodzeniem prowadził prywatną praktykę doradztwa prawnego. Reszta synów skończyła z pewnością nie tak, jak zaplanował to sobie ojciec. Charlie zmarł w wieku 50 lat, zostawiając wdowę z piątką niezamężnych córek zupełnie bez grosza. Plornowi nie udało się w Australii, porzuciła go żona, a on sam utonął w długach. Sydney zachorował na morzu i tam też zmarł, nie spłaciwszy wcześniej pożyczonych pieniędzy.

Zaplanowane przez Dickensa wyjazdy synów to pasmo porażek, przede wszystkim porażek samego ojca, który nie dał chłopcom miłości. Dickens potrafił w chwilach słabości płakać na ramieniu córki, wyrzucając sobie złe ojcostwo, ale swoich decyzji nie cofnął. Podróż była dla niego nieodzowną częścią życia, sprawdzianem siebie, ćwiczeniem, które jeżeli nie zostało dobrowolnie podjęte, to musiało być z góry narzucone.

 

Cześć pierwsza jest dostępna tu a druga tutaj.

 

***
Przy pisaniu tekstu korzystałam z następujących źródeł:
Claire Tomalin Charles Dickens, wyd. Viking 2011
Ruth Richardson Dickens and the Workhouse, wyd. OUP 2012
Wystawa Dickens and his World¸ Bodleian Library, Oksford, 2 czerwca - 28 października 2012

piątek, 12 grudnia 2014

To poniekąd wyjaśni przedłużającą się ciszę na blogu. Od początku grudnia u mnie w pracy można oglądać nową wystawę fotograficzną zatytułowaną Gleis 17. To opowieść w 19 obrazach wykonana przez Davida Tolley, fotografa i artystę pracującego na Uniwersytecie Oksfordzkim. To historia jednego miejsca w Berlinie, które niby funkcjonuje jak zwykła stacja – Grunewald – ale które też mocno uwikłane jest w historię II wojny światowej. David w bardzo stoicki sposób przedstawia to uwikłanie i pokazuje, jak życie toczy się dalej – na torach i na peronie. Praca przypomina mi nieco swoją wymową film Mirosława Bałki z sarenką w oświęcimskim lesie w roli głównej.

Gleis 17, wystawa w Oxford University Press

Szalenie się cieszę z przygotowanej wystawy i serdecznie zapraszam wszystkich tych, którzy są w pobliżu, żeby wstąpili do Oxford University Press (wejście od Great Clarendon Street, Oxford) i ją obejrzeli. Gleis 17 będzie dostępna w Fairway Gallery do 5 stycznia 2015 roku. Za rok wystawa pojawi się też w Polsce (hurra!)

 

Gleis 17 – wystawa fotograficzna Davida Tolley, 1 grudnia 2014 – 5 stycznia 2015, Fairway Gallery, Oxford University Press.



środa, 12 listopada 2014

Druga amerykańska wyprawa

Jest grudzień 1867 roku. Dickens szykuje się do drugiej wyprawy do Ameryki. Jest fenomenalnie sławny po obu stronach Oceanu. Oficjalnie jedzie z serią odczytów swoich powieści, które na Wyspach zrobiły furorę. Nieoficjalnie planuje przemycić swoją kochankę Nelly i wspólnie z nią podróżować, z dala od natrętnych oczu wiktoriańskiego społeczeństwa. Plan jest taki: statkiem przypłynąć do Bostonu i posłać do Nelly telegram, jak tylko rozezna teren. Umawiają się na prosty szyfr. Jeżeli wiadomość będzie brzmiała "wszystko jest dobrze", to dziewczyna spakuje kufry i dołączy do Dickensa. Jeżeli pojawi się tam zwrot "jestem cały i zdrowy", wtedy Nelly zostanie w domu - we Florencji, dokąd wysłał ją Dickens. Nelly - Ellen Ternan - jest od niego o 27 lat młodsza. Poznali się na przedstawieniu, które Dickens oglądał na północy Anglii. Dziewczyna pochodzi z aktorskiej rodziny. Jej matka i dwie siostry występują na scenie. Nelly też. Odkąd Dickens dostrzegł ją w teatrze, robi wszystko, by być blisko niej.

Wspólna podróż po Ameryce jest niewątpliwie szaleństwem. Amerykańscy przyjaciele Dickensa dają mu jednak szybko do zrozumienia, że nie chcą maczać palców w tym wariactwie, grożącym społecznym samobójstwem. Do Florencji wędruje zatem telegram "jestem cały i zdrowy". Dickens przez trzy miesiące podróżuje samotnie: Boston, Nowy Jork, Filadelfia, Waszyngton i południe, podobna trasa do poprzedniej, z jednym wyjątkiem: tym razem wojażuje pisarz o nieprawdopodobnej sławie. Fani Dickensa szaleją. Na jego odczyty przychodzą tysiące osób, co przynosi Dickensowi więcej dochodu niż sprzedaż książek w ojczystym kraju. Dickens jest zachwycony euforyczną reakcją czytelników. Spotkania autorskie to jednak potworna harówa. W Nowym Jorku szaleją śnieżyce, Dickens szybko się przeziębia. Pomimo licznych konsultacji medycznych nikt nie jest w stanie wyleczyć go z "amerykańskiego kataru". Jest zmęczony, zbolały, ale z turnée nie rezygnuje. W każdy odczyt wkłada całe swoje serce, z olbrzymim zaangażowaniem odgrywa postacie ze swoich powieści, a przy tym coraz bardziej podupada na zdrowiu. Z Ameryki wraca z bólem w stopie, ręce, sercu, lewym oku, z bezsennością i depresją. Pożyje jeszcze trzy lata w ciągle pogarszającym się zdrowiu, ale z niczego nie zrezygnuje. Dickens dowodzi, że albo żyje się pełnią, albo nie żyje się wcale.

Wojaże kontynentalne

Przemierzał kanał La Manche imponująco często. Początkowo z rodziną (powiększającą się niemalże z roku na rok), potem sam w sprawach bardziej skrytych. Pierwszy raz w Paryżu znalazł się w 1844 roku. "To jest najbardziej niesamowite miejsce na świecie" - skwitował. Przy kolejnej wizycie miasto było "nikczemne i obrzydliwe, i jednocześnie wspaniale atrakcyjne". W Paryżu Dickens poznał Victora Hugo, który nazwał Brytyjczyka geniuszem, Turgieniewa i George Sand. Uwielbiał paryskie teatry, to dla francuskich sztuk zaczął uczyć się języka. Początkowo drażnili go Paryżanie. Ich maniery, ich mieszkania. Znalezienie odpowiedniego lokum dla dużej rodziny w miarę wygodnym budynku graniczyło z cudem. Sprawami organizacyjnymi zajmowała się tam jednak nieprzecięta osoba - siostra żony, zaufana, obrotna i totalnie oddana Dickensowi. Rodzina instalowała się w paryskich domach szybko (w apartamentach na Champs Elysees czy pokojach przy rue de Rivoli), a pisarz momentalnie włączał się w życie kulturalne miasta. Z czasem, już w latach 50., kiedy Dickens władał biegle francuskim , Paryż był dla niego "czarującym miastem" a Francuzi "najwspanialszymi ludźmi na świecie".

W lato Dickens zabierał rodzinę dalej: do Boulogne, do Włoch, do Szwajcarii. Musiała to być nie lada wyprawa z kilkorgiem dzieci, nianiami, kuframi, sporym dobytkiem. Podróż trwała kilka dni, a Dickensowie przemieszczali się w kilku dyliżansach. Niewygoda podróży nigdy jednak nie zniechęciła go do zmiany powziętych planów. Dickens chciał wyjechać na wakacje na kontynent i wyjeżdżał, bez względu na to, czy właśnie urodziło mu się kolejne dziecko, czy musiał zorganizować spakowanie rzeczy dla kilkunastu osób, wynająć londyńskie lokum bądź zmienić adres zamieszkania po powrocie. Wszystko było dla niego do załatwienia: nowa niania, nowa mamka, nowy dom. Na wakacjach Dickensowie zwykle zajmowali przestronne wille. Pisarz przemierzał wiejskie okolice i często tęsknił za wielkim miastem. Najgorzej zniósł pobyt na szwajcarskiej wsi, gdzie nie mógł pisać, wszystko go drażniło, a tęsknota za londyńskim gwarem i przyjaciółmi wydawała się nie do zniesienia. Wrócili więc ze wsi do Genewy, a tam było już inaczej, bo Dickens poznał Augustę De La Rue, zamężną kobietę trapioną traumami, którą zaczął leczyć seansami spirytualistycznymi. Seanse były nieformalne, odbywały się w winnicach, gajach oliwnych, polegały na wprowadzaniu Augusty w trans i wyzwoleniu jej od nawiedzających ją zjaw z przeszłości. Żona Dickensa musiała być zazdrosna i pewnie czuła się niezręcznie - była ponownie w ciąży, kiedy jej mąż znikał na spirytualistyczne seanse z mężatką. Między Dickensami musiało dochodzić wtedy do spięć, Charles twierdził jednak, że Catherine przesadza i próbował ją uciszyć.

Wspólne wakacje staną się dla małżonków coraz trudniejsze. Dzielący ich mur pretensji i niezrozumienia będą ze sobą zabierać w europejskie podróże, aż do momentu, kiedy Dickens, zapatrzony już w młodziutką Nelly, postanowi doprowadzić do separacji z żoną i rodzinne wyjazdy  ukrócić. Sam jednak z wojażowania nie zrezygnuje. Znów pojawi się w Paryżu, we włoskich miastach, bo tam łatwiej mu będzie pojawiać się z kochanką u boku. Francuska stolica będzie miała dla niego jeszcze jedno znaczenie: to tutaj w 1863 albo w 1864 roku urodzi mu się syn z nieprawego łoża. Dickens będzie już po pięćdziesiątce, a przyjście na świat dziecka Nelly zostanie dokładnie zakamuflowane, tak dokładnie, żeby nikt nie wiedział ani się nie domyślił. Dickens będzie jeździł do Paryża niemalże co miesiąc aż do maja 1864 roku, kiedy najpewniej dziecko umarło. Nelly nie pojawi się w Wielkiej Brytanii aż do następnego roku. Jak wskazuje autorka biografii Dickensa i Nelly, Claire Tomalin, kochanka pisarza najpewniej wpadła w depresję po stracie synka i nie była w stanie przyjechać z powrotem na Wyspy. Wrócą dopiero w czerwcu 1865 roku, a ich podróż będzie co najmniej niefortunna. Po przeprawieniu się przez kanał La Manche Dickens i Nelly wsiądą do pociągu. Będzie wieczór, kiedy część z pędzących wagonów nagle się wykolei. Dickens wybiegnie z pociągu i zamiast pomagać Nelly, skoczy na ratunek innym, bo za wszelką cenę nie chce, by zauważono go podróżującego z kochanką. Nelly to przeżyje, ale po wypadku chorować będzie przez długie tygodnie. Okres paryski zakończy się gorzkim wspomnieniem.

 

Pierwsza część o podróżach Dickensa dostępna jest tutaj.

Ciąg dalszy nastąpi.



***
Przy pisaniu tekstu korzystałam z następujących źródeł:
Claire Tomalin Charles Dickens, wyd. Viking 2011
Ruth Richardson Dickens and the Workhouse, wyd. OUP 2012
Wystawa Dickens and his World¸ Bodleian Library, Oksford, 2 czerwca - 28 października 2012


wtorek, 11 listopada 2014

Lift Marc IssacsZima. Wiezowiec w londynskiej White Chapel. Troche taka wieza Babel. Wysoka bryla wbita pod ciemne niebo. Wspolna winda, wspolny mianownik dla wielu niekompatybilnych jezykow w tym bloku. Na sama gore jedzie Marc Issacs, obok jego kamera. Ciasno. Zamknieta przestrzen windy nadaje kadrom ciekawa, spojna oprawe.

Pierwszy tydzien filmowania w windzie: nie kazdy chce wsiadac. Kamera rejestruje profile i tyly glow mieszkancow. Tylko starsza pani, Zydowka z angielskim akcentem wyzszych sfer, czuje sie wyrozniona. "W srodku jest reporter!" wymachuje do wspolmieszkanca bloku, ktory tez chce wsiasc i ostentacyjnie wywala go z windy. Jej chwila sam na sam przed kamera. Podarowuje nam dlugi, przebiegly usmiech i pozdrowienie "Mazel tov" przed wyjsciem z windy. Jestem ciekawa, co dalej.

Lift Marc Issacs

Kadr z "Windy"

Marc Issacs: "Jak jeszcze pracowalem dla BBC, ktos kiedys powiedzial, ze fajnie byloby zrobic film w windzie. I to zostalo mi w pamieci. Wczesniej to byloby niemozliwe, bo do filmu trzeba bylo miec dzwiekowca, operatora kamery, asystenta, nikt wiecej by sie w takiej windzie nie zmiescil. Potem weszly cyfrowe kamery i wszystko sie zmienilo."

Winda jest miejscem pomiedzy. Ani w domu, ani jeszcze poza nim, na zewnatrz. Przestrzen do przypadkowych spotkan, przykrego uwiezienia z kims na chwile, z kim nie ma sie ochoty specjalnie gadac. Po kilku tygodniach zaczynaja rozmawiac z Markiem coraz czesciej i dluzej. Jeden z mieszkancow zaczyna przynosic mu jedzenie.

"Lift" to pierwszy film dokumentalny Issacsa. 24 godziny nagranego materialu obrobione do 24 minut. Genialnie prosta formula, swietny efekt. Z cierpliwych tygodni filmowania na kilku metrach kwadratowych powstal film o tym, jak rodzi sie relacja miedzy ludzmi. To moim zdaniem tez troche dokument o pracy dokumentalisty.

Issacs: "To byla dosc nietypowa sytuacja dla dokumentalisty. Nie chodzilem do ludzi, tylko oni przychodzili do mnie, zawsze mogli spotkac mnie w windzie. Filmowalem w tym bloku przez dwa miesiace."

Lift Marc Issacs

Kadr z "Windy"

Mnie sie bardzo podoba tez to, co dodane. Mucha (sprowadzona przez Issacsa ze sklepu zoologicznego) spacerujaca po lustrze w windzie, do ktorej nalezy final filmu, odglosy z mieszkan wlaczone w trybiki kursujacej windy. Artystyczne ingerencje.

Issacs: "Moja prace w filmie zaczalem w BBC u polskiego rezysera, ktory do swoich dokumentow dodawal duzo watkow literackich". Aha, u Pawlikowskiego! Jak sie okazuje, razem pracowali tez pozniej przy "Last Resort".

Issacs po windzie jezdzil pociagami po Wyspach, zbierajac historie podrozych. Potem filmowal przy granicy francusko-brytyjskiej w Calais, gdzie zlikwidowano oboz dla uchodzcow i gdzie ladowali ci, ktorym nie udalo sie wjechac do Anglii. Dokumenty laczy dosc znaczaca geografia: Issacs spotyka swoich bohaterow w miejscach przejscia, w przestrzeni i warunkach, ktore powoduja mentalne zawieszenie czy niepokoj.  Wszystkie sa swietnie zrobione, z artystycznym szlifem. Koniecznie zobaczcie sami.

 

***

Marca Issacsa opowiadajacego o swojej pracy sluchalam wczoraj w ramach serii dyskusji filmowych Pembroke Film Masterclass
(i przepraszam za brak polskich znakow).

niedziela, 26 października 2014

Nie potrafił usiedzieć długo w jednym miejscu, nawet w ukochanym Londynie. Jeżeli nie podróżował za granicę, by tam oddać się pisaniu czy spędzić wakacje, to jeździł na spotkania autorskie, a w wolnych chwilach chodził: po kilkanaście, kilkadziesiąt mil przez miasta i wsie.

"Jestem tu, tam, wszędzie i (głównie) nigdzie." 1866 r.

Musiał być w ruchu, inaczej źle się czuł. A kiedy zdarzało mu się zachorować podczas podróży, to nie kładł się do łóżka, ale wzywał kolejnych lekarzy, by postawili go na nogi. I stawiali. W głowie wymyślał ciemne światy współczesnego mu życia, stąpając twardo po ogromnej powierzchni ziemi - w nogach miał całe Wyspy, połowę Ameryki i sporą część europejskiego kontynentu. Charles Dickens musiał się często przemieszczać, bo pęd dawał mu siłę i poczucie, że jest panem swojego życia, że spija orzeźwiające soki z każdej jego gałęzi, że wyrasta i odcina się do przegranego ojca, który siedział za długi i przez długi o mały włos nie zaprzepaścił losu syna. W ruchu Charlesa, a raczej w jego orbicie musiała poruszać się też jego własna rodzina. To on nadawał tempa, przeprowadzał, wysyłał za granicę, dyrygował, załatwiał posady dla synów. Nie pytał o zdanie. Podróże i wyjazdy były dla niego esencją życia. Może gdyby się trochę oszczędzał, pożyłby dłużej.

Claire Whetton: Dickens On Tour

Claire Whetton: Dickens On Tour (zdjęcie pochodzi ze strony Muzeum Dickensa w Londynie).

Pierwsza wyprawa - odkrycie Ameryki

Początek lat 40. XIX wieku. Dickens cieszy się już sporą popularnością. Książki sprzedają się dobrze. Sporo zarabia, ale i dużo wydaje. Nie ma właściwie oszczędności, więc żyje z miesiąca na miesiąc, mając na utrzymaniu żonę i czwórkę dzieci, co dodatkowo podsyca jego rozgorączkowany charakter. Powieści Dickensa cenione są też za Oceanem. Sprzedaż jest niezła, ale pisarz nie otrzymuje z niej ani grosza. W 1842 roku wyrusza do Ameryki, by tam spotkać się z twórcami, czytelnikami i dogadać się w sprawie tantiem. Podróż morska jest długa i niespokojna. Na lądzie Dickens wraz z żoną pokonują 2 tys. mil.

Początek to Boston. Jest zima, a miasto skrywa się w śniegu. Dickensowi podobają się wystające spod białego puchu eleganckie drewniane domy, zielone okiennice. Jest zaskoczony, że na ulicach nie pojawiają się żebracy - jak odmienny to widok od znajomych gościńców Londynu. W Bostonie przyjmują go bardzo serdecznie. Zabierają na wycieczkę do Lowell, gdzie tętni życie w fabrykach (dziś już zupełnie wymarłych). Dickens jest pod wrażeniem amerykańskiej organizacji, efektywności. Podoba mu się, że pracownicom fabryk zapewnia się edukację. Ochoczo wdycha świeże, bostońskie powietrze. Dopiero, kiedy spotyka się z entuzjastami swoich książek, poznaje, co to znaczy być celebrytą w Ameryce: panie próbują wyrwać kawałki jego futra na pamiątkę, każdy prosi o uściśnięcie ręki (co przy kilkutysięcznych zgromadzeniach jest niezwykle męczące), nigdzie nie może swobodnie się przemieścić, wszędzie jest wożony. Zaczyna brakować mu spacerów i przejażdżek - wolności, by przebierać nogami w spokoju, samemu tyczyć trasę i chodząc, planować kolejne posunięcia.

Boston to jednak dopiero przedsmak amerykańskiej przygody. Kiedy docierają do Nowego Jorku, zaczyna się wielka celebracja Dickensa, na którą ten nie jest przygotowany. Bal z okazji przybycia angielskiego pisarza wydany jest na 3 tys. osób. Na stołach podają 50 tys. ostryg, 10 tys. kanapek, 300 kwart lodów... Wszystko jest wielkie, zrobione z rozmachem, w skali dotychczas mu nieznanej. Po balu przychodzi czas na New York Dickens Dinner, na którym ciepło o pisarzu mówi sam Washington Irving. Dickens jest wniebowzięty, oszołomiony. Widząc, jak wielką cieszy się popularnością, postanawia zawalczyć o swoje prawa autorskie i amerykańskie tantiemy. To jednak nie podoba się tamtejszej prasie. Dickensa oskarżają o chciwość, pisarzowi trudno znaleźć osobę, która poparłaby jego krucjatę. Autor Dawida Cooperfielda jest rozczarowany, ale nie przestanie dochodzić własnych praw. O tantiemy będzie upominał się jeszcze podczas kolejnej wizyty w Ameryce, ale bezskutecznie. Kwestia praw autorskich i wynagrodzeń z ich tytułu zostanie uporządkowana za Oceanem dopiero w 1891 roku, ponad dwadzieścia lat po śmierci pisarza.

Podróż na południe Ameryki jest już mniej przyjemna. Dickens sprzeciwia się niewolnictwu, nie chce zwiedzać wielkich folwarków, dlatego skraca trasę i wraca do Bostonu. Amerykańska wyprawa jest szczególna z kilku powodów. Po raz pierwszy Dickensa nie gonią terminy. Nie musi pisać miejskich obrazków ani kolejnych odcinków powieści. Jest wolny. Wolna jest też jego żona, wolna od kolejnej ciąży. Dickensowie do tej pory niemalże co roku doczekują się nowego potomka: Charlie rodzi się w 1837 roku, Mamie następnej wiosny, kolejnej jesieni - Kate, a dwa lata później Walter. Dickens chciał mieć tylko trójkę dzieci, a spłodził ponad trzy razy tyle. Szybko powiększająca się rodzina, zwłaszcza synowie zaczną go drażnić, ale to potem. Póki co w Ameryce nie musi się o nic martwić. Czwórka dzieci została w starej Anglii z opiekunkami, a Catherine nie jest znowu przy nadziei. Ich piąte dziecko - Francis - przyjdzie na świat dopiero w 1844 roku.

Dickens nie musiał pisać podczas podróży, ale prowadził notatki i bogatą korespondencję. Po powrocie z Ameryki opublikował swoje wrażenia z wyprawy. W Zarysach Ameryki odmalował korupcję tamtejszej prasy, niewolnictwo, amerykańską obsesję na punkcie dorabiania się, hipokryzję polityków. Książka kosztowała go przyjaźń z Irvingiem, a A. E. Poe nazwał ją "jedną z najbardziej samobójczych publikacji, celowo opublikowanych przez autora o znakomitej reputacji." Dickens niewiele sobie z tego robił. Podobne notki z podróży popełni później po powrocie z Włoch, a krytycy w kraju nie zostawią na nich suchej nitki.


Ciąg dalszy nastąpi.

 

***

Przy pisaniu tekstu korzystałam z następujących źródeł:
Claire Tomalin Charles Dickens, wyd. Viking 2011
Ruth Richardson Dickens and the Workhouse, wyd. OUP 2012
Wystawa Dickens and his World¸ Bodleian Library, Oksford, 2 czerwca – 28 października 2012

sobota, 25 października 2014

Tradycyjnie jak co roku zapraszam do Dwutygodnika na recenzję książki, która zgarnęła Bookera.Tym razem to powieść australijska, która jeżeli zawierzyć wyznaniom jednego z tegorocznych jurorów, szła "łeb w łeb" z brytyjskim faworytem - "How to Be Both" Ali Smith. Ciemna, osobista i jednocześnie bardzo literacka "The Narrow Road to the Deep North" Richarda Flanagana ostatecznie przekonała całe gremium. Książka jest świetna i do teraz fragmentami mnie straszy. Serdecznie polecam, szczegóły w recenzji tutaj. Jeżeli polscy wydawcy nie spuszczą tempa, to za niecały rok będzie też dostępna po polsku.

 

Recenzja The Narrow Road to the Deep North Richarda Flanagana

wtorek, 14 października 2014

Richard Flanagan, australijski pisarz, dziennikarz i scenarzysta zdobył tegoroczną nagrodę Bookera za książkę "The Narrow Road to the Deep North", której tytuł pochodzi z haiku Matsuo Bashō. Powieść opowiada historię miłości i historię wojenną, która po części jest też historią rodzinną. Ojciec Flanagana pracował jako więzień wojenny w Birmie przy budowie kolei, która zwana też była 'koleją śmierci'. Przeżył wojnę, nie dożył jednak chwili, by przeczytać powieść syna, opowiadającą o jego doświadczeniach z 1943 roku. Ojciec Flanagana zmarł w dniu, kiedy Richard skończył pisanie.

Tutaj można zobaczyć ciekawy wywiad z autorem o "The Narrow Road to the Deep North".

Richard Flanagan, zwycięzca Man Booker Prize 2014

Richard Flanagan, tegoroczny zwycięzca nagrody Bookera

Richard Flanagan, zwycięzca Man Booker Prize 2014

"The Narrow Road to the Deep North"

W tym roku kibicowałam Ali Smith. Cóż, nie udało się i tym razem. Do tego spóźniłam się na oglądanie gali wręczenia nagrody, więc nie udało mi się uchwycić zdziwienia i zachwytu na twarzy zwycięzcy, co jest najfajniejszym momentem w całej ceremonii. Żałuję, że nie mogę tego Wam pokazać i z tym uczuciem niespełnienia kończę dzisiejszą mini relację. Dobrej nocy!

środa, 10 września 2014
  • Najpierwsze: we wtorek (18 16 września) o 10.00 odbędzie się zapowiadana wcześniej podróż w czasie przez 500 lat historii wydawniczej w Oksfordzie. Spotykamy się przy recepcji w Oxford University Press. Jeżeli ktoś jeszcze chce dołączyć, proszę dajcie znać.
  • Gorący njus od Jacka Dehnela: jego najnowsza powieść "Matka Makryna" wychodzi 22 października! Wspomniałam co nie co o niej w relacji ze spotkania z Jackiem w Oksfordzie - poczytać można tutaj.
  • Od początku września w Oxford University Press do obejrzenia jest wystawa sztuki dziecięcej - Polka Doggies w wykonaniu Emmy Davis. Zapraszam!
  • I wreszcie serdecznie gratuluję Ice Matyjaszkiewicz za świetny artykuł o poetyce nieobecności i pamięci w pracy Mirosława Bałki How It Is, którą można było zobaczyć w Tate Modern cztery lata temu. Tekst ukazał się po angielsku w Ikonothece, piśmie wydawanym od ponad 20 lat przez warszawski Instytut Historii Sztuki. To też dobra wiadomość dla mnie, bo w artykule pojawiły się moje zdjęcia "How It Is". Rany, pojawić się obok fot Tate! To wywołało u mnie ekstatyczne drżenie rąk i nagłą chęć pochwycenia kieliszeczka z Prosecco (mój zdecydowany faworyt względem szampana). Dzięki, Ita! Cheers!

How It Is Mirosław Bałka

wtorek, 09 września 2014

Miało być tak:
Autobus, pociąg relacji Oksford-Londyn, potem metro do Notting Hill i jazda na karnawał urządzany tam od kilku dekad. Przewidziane niezbędniki: plecak z ładunkiem kredek, kartek i pisaków – dla Talenki na czas w środkach komunikacji miejskiej, książka dla mnie ze skromną nadzieją na przejrzenie czegoś więcej niż tylko okładki, naładowany telefon na chwile rodzicielskiej desperacji, aparat.

Notting Hill Carnival

Tancerka z Notting Hill Carnival, okolice Portobello Road.

A było tak:
W momencie, kiedy mieliśmy dojeżdzać do Notting Hill, dopiero wyszliśmy z domu. W pociągu odnotowałam kilka mało przyjemnych spojrzeń w kierunku naszego stolika, w odwecie dołożyłam się do bałaganu kredkowego Talenki i jej głośnej ekscytacji mijającymi nas pociągami. Wychodziłam już jednak z przepraszającą miną – okazało się, że przypadkiem załadowałyśmy się do wagonu dla cichych i ciszy poszukujących (tak, uwaga na quiet carriages! i tak, tak, miejsca, do których kiedyś potrafiłam się przepychałać, teraz obchodzę z przekleństwem na ustach). Metro bez ostrzeżenia nie zatrzymało się w Notting Hill z ‘powodu karnawału’. Dojechałyśmy okrężnie, zaszłyśmy karnawał od tylu. Z daleka przede wszystkich się dymiło: zdeterminowane grille z jamajskim kurczarkiem jerk i burgerami walczyły ze wzmagająca się siłą deszczu. Wtedy na chwilę zaskoczyłam, że nie mamy nic przeciwdeszczowego, po czym wpadliśmy na paradę bębniarzy i myśli zaczęły podążać w sprężystym szyku: bam, bam, bam, baabaam, baabaam, który nie bał się ani kropli, ale za to wzywał do natychmiastowego wyjęcia aparatu fotograficznego. Potem były tancerki, tancerze, ludzie motyle, ludzie kwiaty, ludzkie ciało Jamajczyków, mieszkanców (bądź ich potomków) Trynidadu i Tabago, Anguilli, Barbadosu, Dominikany, innych państw karaibskich, Brytyjczyków - wszystkich w kostiumach zapożyczonych od form znacznie piękniejszych. Notting Hill Carnival. W tym roku w ulewie.

Notting Hill Carnival

Ulica bębniarzy

Notting Hill Carnival

Spotkanie w gorącym rytmie (i raczej zimnej pogodzie)

Notting Hill Carnival

Wspaniała i wielka motylica

Zaczęło się tak:
Cofnijmy się o 55 lat, pozostańmy jednak w tym samym miejscu. Notting Hill to dzielnica niespokojna, z często i gęsto zmieniającymi się mieszkańcami. To miejsce, gdzie zwykle lądują przybysze z Trinidadu i Tabago oraz innych krajów karaibskich. Często znajdują pracę na kolei, wielki dworzec Paddington jest przecież tuż obok. Claudia Jones trafia do Notting Hill nie z własnej woli. Jest emigrantką z Trinidadu, którą wydalono ze Stanów Zjednocczonych za sympatie komunistyczne. Ma na swoim koncie spore osiagnięcia dziennikarskie, w tym w zakresie walki o prawa obywatleskie, do tego kilka pobytów w szpitalu, głównie z powodu gruźlicy. Jej rodzice rzucili wszystko i szukali szczęścia w Nowym Jorku w latach dwudziestych. Pod dwóch latach ściągneli do siebie Claudię i jej siostrę. Mieszkali w nędznych warunkach, pracowali dużo za dużo, a Claudia zmagała się z przystosowaniem do amerykańskiej szkoły i depresją, a potem z przedwczesną śmiercią matki. Komunizm interesował ją, bo popierał zmagania obywateli pochodzenia afrykańskiego w ich staraniach o równouprawnienie. W 1951 roku została aresztowana podczas antykomunistycznych czystek. Trafiła do więzienia na rok, przeżyła zawał serca. Potem wydalono ją do Londynu. Nie mogła się tu odnaleźć, Brytyjska Partia Komunistyczna nie potrafiła docenić ani jej dziennikarskich ani aktywistycznych dokonań.

Wydawało się, że utknie w martwym punkcie, ale się nie poddała. Zaczęła od wydawania gazety, która tak bardzo była od niej zależna, że po śmierci Jones przeżyła ją o tylko dwa numery. Potem zaczęła działać na rzecz społeczności karaibskiej. Może chciała pokazać, że nie taki diabeł straszny, jakim go malują a w latach 50-tych mieszkańcy Notting Hill kojarzyli się głównie z dwoma prasowymi nagłówkami: handel narkotykami i problemy socjalne, i zorganizowała pokaz dzielnicowych talentów, w tym i gastronomicznych. Może to była jej pacyfistyczna odpowiedź na zamieszki w Notting Hill z 1958 roku. Festiwal ruszył w 1959 roku (ale jeszcze nie w formie ulicznej).

Notting Hill Carnival

Niebieska muza

Wszystko przez to, że było tak:
Koniec sierpnia 1958 roku. Notting Hill plądrują gangi. Popalają, burzą, napadają na miejscową ludność. Strach wyjść z domu. Tzw. 'Teddy Boys' przeprowadzają czystkę, to ich odpowiedź na zwiększającą się liczbę imigrantów na Wyspach, zwykle huligaństwo. Reakcja policji jest umyślnie powolna i słaba. Dochodzi do zamieszek. Pojawia się wtedy Frank Crichlow, który podobnie jak Jones pochodzi z Trinidadu. Otwiera knajpę 'El Rio', gdzie spotykają się i biało-, i czarnoskórzy. To oaza między innymi dla tych, którzy są w 'związkach mieszanych'. Policja trzyma lokal pod stałą obserwacją. Po sukcesie 'El Rio' Crichlow, który ma już w tym czasie swój własny zespół muzyczny, otwiera restaurację. Adres 8 All Saints w Notting Hill jest częstym miejscem przeszukań policyjnych (wszyscy święci niewiele tu pomagają). Pretekst: handel narkotykami. Crichlow jest kilka razy aresztowany i dopiero w latach 70-tych sąd oczyszcza go z wszystkich zarzutów, uznając że policja nie ma żadnych dowodów. Crichlow uznaje ten moment za przełomowy dla całej społeczności karaibskiej. Jest znany, rozpoznawany, działa przy festiwalu, który zmaga się z problemami z finansowaniem i wciąż nie może pozbyć się nalotów policji. Każdego roku impreza kończy się wielką bijatyką. Policja podczas karnawału nadużywa prawa do przeszukiwania uczestników, to tylko dolewa oliwy do ognia. Jest muzyka, gorące rytmy, wzajemna niechęć, zmieniająca się w nienawiść jednej strony do drugiej.

Notting Hill CarnivalTegoroczna obstawa policji

Notting Hill Carnival

Dwa motyle

Notting Hill Carnival

Tancerka podczas przerwy na lunch

Dzisiaj jest tak:
Dzielimy się, ale tylko na oglądających i na tych, których się ogląda. Na ludzi motyli i tych, którzy chcieliby nimi być. Robię zdjęcia. Czasem trudno jest przedrzeć się przez tłum, zwłaszcza ze spacerówką z dwulatką, która też chce oglądać. Policjant proponuje, że zajmie się Talenką, żebym mogła spokojnie popstrykać. Uśmiecha się, Talenka nie ma nic przeciwko. Pada coraz mocniej, ale nikogo to nie martwi. Migają mi przed oczami skrzydła, coraz więcej i coraz bardziej rozłożyste. Wszędzie tańczą, w przecznicy obok wjeżdżają otwarte tiry z orkiestrami. W bocznych uliczkach wzmaga się dym - jerk chicken coraz trudniej się smaży w ulewie. Wtedy nagle pojawia się on. Na usta wskazuje dobrze znany rytm i tekst 'I'm bad, I'm bad, bad-bad, really, really bad' i oczarowana muszę wykrzyknąć, że oto król popu, on wciąż żyje! I po tym objawieniu czuję, że mogę teraz spokojnie opuścić imprezę w Notting Hill. Czas zresztą przesuszyć się gruntownie od majtek po płaszcze, bo "We're wet, we're wet, wet-wet, really, really weeeeeeeet'!!!

Król popu odnaleziony na Notting Hill Carnival

Król popu podczas karnawału ulicznego Notting Hill (fot. Kamil Kapturkiewicz).

Ania z Talenką. Notting Hill Carnival 2014, w ulewie

Konsumpcja uliczna: jamajski kurczak z noodlami, skropiony (hmm... polany raczej) deszczem. (fot. K. Kapturkiewicz)


Post scriptum
Claudia Jones, założycielka Notting Hill Carnival, zmarła w 1964 roku. We śnie przydarzył jej się kolejny zawał. Była krótko mężatką, rozwiodła się, nie mieli dzieci. Jej karnawał odbył się w tym roku po raz 55.
Frank Crichlow nie dożył 55 rocznicy karnawału. Zmarł w 2010 roku na raka. Żył intensywnie. Ze swoją białoskórą partnerką miał trójkę dzieci.


Ze statystyk:

  • W zeszłym roku na karnawał przyszło ponad milion osób.
  • Przy karnawale pracowało 40 tys. wolontariuszy.
  • W ciągu ostatnich 27 lat doszło do pięciu morderstw podczas karnawału. Trzy dokonano nożem, przyczyną jednego było "kłótnia o jedzenie."
  • Następna edycja karnawału w sierpniu przyszłego roku (niedziela-poniedziałek 30-31 sierpnia 2015).

Notting Hill Carnival

Lunch w tańcu

 


Źródła: Oxford Dictionary of National Biography, Notting Hill Carnival website, Wikipedia.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27
Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...