niedziela, 25 stycznia 2009

Chciałabym skończyć opisywać wyprawę do Indii, bo od ponad tygodnia jestem już z powrotem w Oksfordzie, żyję pracą, zaległościami i ogólnym przybijającym klimatem recesji. Największe mam zaległości językowe. Przez nadmiar pracy w pracy ominęłam w zeszłym semestrze sporo lekcji z włoskiego i francuskiego. Dziś zabrałam się z werwą za esej o Sycylii i sycylijczykach na podstawie opowiadania Leonarda Sciascii. Tyle osiągnęłam, że udało mi się przeczytać na nowo tekst i podłubać w słowniku. Ot, niedziela.

W tym lingwistycznym klimacie postanowiłam napisać kilka słów o językach północnych Indii. Hindi jest językiem urzędowym subkontynentu, a jego oficjalny status podkreśla indyjska konstytucja. Jak przyjechaliśmy do Udaipuru z myślą pozostania w tym uroczym miejscu przez jakiś czas, bardzo chciałam się zapisać na lekcje hindi. Przewodnik podpowiadał, że trzy miejsca w centrum oferują naukę języka. Informacje musiały być przeterminowane, bo nikt o niczym nie wiedział, jedna kafejka-szkółka była od jakiegoś czasu zamknięta.

Chciałam podłapać trochę hindi z paru powodów. Po pierwsze dlatego, że podróżowaliśmy przez dłuższy czas i wypadałoby znać chociaż podstawy. Po drugie, bo ogólny standard angielskiego w Indiach jest słaby pomimo tego, że angielski jest drugim językiem urzędowym. Trudno było się porozumieć, a odrobinka hindi z pewnością zrobiłaby różnicę. I dzięki temu dowiedzielibyśmy się o Indiach o wiele więcej. Po trzecie, żeby zamienić choć parę słów z tymi, którzy nigdy nie poznali i nie poznają angielskiego, głównie z tego powodu, że pochodzą z niższych kast i nie mają dostępu do szkół. Po czwarte, żeby móc czytać napisy na ulicach i sklepach. Byliśmy w takich miejscach, gdzie prawie nic nie pojawiało się po angielsku.

Nie udało mi się znaleźć nauczyciela, więc kupiłam sobie książkę "Colloquial Hindi" T. K. Bhatii. Bez płyty, co prawda, bo nie miałabym i tak na czym jej odtworzyć (księgarz jednak uprzejmie oferował, że zrobi na miejscu piracką kopię i sprzeda mi ją taniej niż oryginalną płytę...).

 

Plakat wyborczy w hindi, Indie
Plakat wyborczy w hindi, Mathura, Indie
Książka jest wciągająca i pewnie jak wszystkie z serii "Colloquial" narzuca szybkie tempo uczenia. Po przestudiowaniu pierwszych rozdziałów miałam już jasny obraz: bez regularnych lekcji i nauczyciela niewiele zdziałam. Potraktowałam więc książkę Bhatii jako ciekawe wprowadzenie do języka indoeuropejskiego posługującego się odrębnym alfabetem (hindi zapisuje się w dewanagari – tym samym alfabecie co sanskryt).

Hindi jest pewnego rodzaju pochodną sanskrytu, która ewoluowała przez stulecia. Rzeczowniki dzieli na męskie i żeńskie, nadaje im liczbę pojedynczą lub mnogą. Orzeczenie zwykle stawia na końcu zdania (standardowy szyk to: podmiot, dopełnienie, orzeczenie).

Dla przykładu:

Ap ka pura nam kya he?*

Twoje pełne imię jakie jest?
*(pogrubieniem zaznaczyłam długie samogłoski, przepraszam za uproszenia fonetyczne. Trudno jest odtworzyć dokładne znaki)

Autor książki wychodzi z założenia, że hindi, hindustani i urdu to ten sam język, różniący się jedynie słownictwem. Jest to dość szerokie i unifikacyjne podejście. Niekoniecznie zgodne z tym, co myślą o sobie ludzie posługujący się tą mową. Nasza koleżanka, Stuti, z delijskiego uniwersytetu I.T.T, z przekonaniem klasyfikowała siebie jako osobę mówiącą językiem hindustani i nie pozwalała postawić znaku równości między hindi a urdu.

Czym jest hindustani i urdu? Pierwsze, jak zrozumiałam, to wariant hindi, który zapożycza wiele słów z angielskiego. Jest szczególnie popularny w Delhi. Być może ze względu wpływy imperium brytyjskiego, na stołeczne urzędy i obecność ekspatów? Urdu to zupełnie inny gatunek. Łączy w sobie strukturę hindi ze słownictwem arabskim, perskim i tureckim. Posługuje się też innym zapisem – alfabetem arabskim. Słowa czyta się od prawej do lewej.

Każdy z języków/dialektów (?) ma inne formy grzecznościowe, pozdrowienia i sposoby prowadzenia rozmowy. Pozwoliłam sobie przytoczyć dwa dialogi z książki Bhatii, bo są naprawdę fascynujące. Z góry przepraszam za uproszczenia w zapisie fonetycznym. Nie udało mi się odtworzyć wszystkich znaków.

Rozmowa w hindi

Mohan: Namaste ji

Sarita: Namaste. Kya hal ?

Mohan: T(h)ik he, aur ap?

Sarita: me b(h)i T(h)ik hu. Hukam kijie.

Mohan: Hukam nahi, vinti he. (...)

Mohan: Acc(h)a, namaste.

Sarita: Namaste*

 

Mohan: Cześć (pozdrawiam)

Sarita: Cześć. Jak się masz? (dosłownie: "Jaka jest [twój] stan [fizyczny/psychiczny]"?

Mohan: Dobrze. A ty?

Sarita: Ja też dobrze. Co mogę dla ciebie zrobić? (dosłownie: "proszę rozkazuj")

Mohan: [To] nie rozkaz, [ale] prośba. (...)

Mohan: Dobrze. Do widzenia.

Sarita: Do widzenia.

Rozmowa w urdu

Tahsin: Salam, Razia ji.

Razia: Salam. Sab xeriyat he?

Tahsin: Meharbani he, aur ap ke mizaj kese he?

Razia: Allah, ka shukra he. (...)*

 

Tahsin: Witaj Razia.

Razia: Witaj. Jak się masz? (dosłownie: "Czy wszystko [dotyczące twoich] interesów jest [w porządku]"?)

Tahsin: [Jest] W porządku. (dosłownie: "To jest twoja uprzejmość" = Dziękuję). A jak ty się miewasz? (dosłownie: "Jak twoje zwyczaje?")

Razia: Mam się dobrze. (dosłownie: "To uprzejmość/dzięki Bogu).

Tahsin: Dobrze. Do widzenia.

Razia: Do widzenia.

* Pogrubieniem oznaczyłam długie samogłoski. Zapis fonetyczny jest uproszczony. Dialogi pochodzą z "Colloquial Hindi", Tej K. Bhatia, Ruotledge 2008 (First Indian Reprint), Special Indian Edition, s.26 -29.

Jednym z pierwszych słów, jakich chciałam się nauczyć, było właśnie podziękowanie. Przestudiowałam kilka rozdziałów książki o hindi, żeby się przekonać, że słowo "dziękuję" w żadnej z podanych konwersacji się nie pojawia. Na szczęście znalazłam je z tyłu książki w słowniczku. Chodząc po mieście, sklepach i podsłuchując ludzi, nie udało mi się ani "dhanyavad" ani "śukriya" nigdzie wyłowić. Kierowcy rikszy patrzeli zdziwieni, jak przed wyjściem z pojazdu mówiłam "dhanyavad".

 

Informacja o historii rodu Lodich przy mauzoleum jednego z władców, Delhi, Indie
Krótka historia rodu Lodich w hindi przy mauzoleum jednego z władców, Delhi

Stuti wyjaśniła, że "dziękuję" ma dość niejasny status. Z zasady ludziom z niższych od siebie kast za wykonanie czegoś się nie dziękuje, bo to należy do ich powinności. Poza tym, jeżeli komuś się płaci za zrobienie czegoś, to zapłata jest równorzędna z podziękowaniem.

W porównaniu z angielskim, gdzie dziękuje się za każdą błahostkę (kierowcy autobusu za przewiezienie, pani w kasie za sprzedanie biletu, kelnerowi za przesunięcie krzesła, mamie, że zadzwoniła wieczorem), hindi wypada jak radykał. A może to po prostu przejaw zdrowego rozsądku?

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Khuldera to miasto w ruinie na półpustynnym terenie. Miasto-widmo, o którym różne krążą legendy. Jedna mówi, że ponad 400 lat temu premier miasta Jaisalmer upodobał sobie piękną dziewczynę z Khuldery i chciał ją poślubić. Mieszkańcy nie chcieli stracić piękności i żeby ją ocalić, wszyscy jednej nocy opuścili miasto, rozchodząc się każdy w innym kierunku. Inna legenda mówi, że powodem, dla którego mieszkańcy odeszli z miasta był sprzeciw wobec płacenia podatków. Chodząc po dobrze utrzymanej krzyżówce ulic i domów, trudno wierzyć legendom.

Khuldera, opuszczone miasto, Indie

Oliwka przechadza się po Khulderze

Pierwszej historii gwałtownie zaprzeczał nas kierowca-przewodnik – bramin z wioski położonej kilka kilometrów dalej: "nie o dziewczynę chodziło, premier nie mógłby poślubić prostej dziewczyny z prowincji." Może i racja.

Khuldera, opuszczone miasto, Indie
Jedna z ulic Khuldery

Trudno jednak nam uwierzyć, że tylko o podatek chodziło. Że nikt do miejsca nie powrócił, nie zajął z powrotem opuszczonych domów. Bramin jednak się upiera. Pokazuje nam zejście do studni. Schody prowadzące w dół na kilka metrów. Na ścianie tradycyjnie płaskorzeźba Ganeszy – boga w postaci słonia z olbrzymim brzuchem przynoszącego pomyślność i dobrobyt. Ani kropli wody w dole. – "Może miasto opustoszało, bo wyschła studnia?" – pyta bramina Oliwka. Taka wersja wydarzeń miałaby sens. –"Nie, nie, nie, o podatki chodziło" – kłóci się bramin, wyraźnie podirytowany. Nie wiem, czy bardziej zależy mu na legendzie czy na własnym autorytecie.

Khuldera, opuszczone miasto, Indie
Ze świątyni. Zachowała się całkiem nieźle jak na 400 lat pozostawienia samej sobie, wiatrom i piaskom pustyni
16:50, maga-mara , Indie
Link Komentarze (5) »
niedziela, 18 stycznia 2009
Rząd indyjski postanowił pokazać choć kapkę świetności opustoszałego miasta Khuldery i zarządził restaurację 50-ciu budynków. Wydaje mi się to kompletnie zbędne, bo świetnie utrzymane na pustyni ruiny same świadczą o tym, czym Khuldera kiedyś była. Wchodzimy jednak do jednego z "restaurowanych" domów. Przed budynkiem leży kupa piasku, druga kupa to wysuszone krowie łajno, obok dzban wody i metalowa misa.
Pracujące dziewczynki w Radżastanie, Indie
Dziewczynki rękoma rozsmarowują maź z piasku, wody i krowiego łajna
W środku pracuje około ośmiu kobiet. Każda w innym kolorze sari. Wyglądają jak kolorowe motyle. Bez żadnych narzędzi, pracują tylko rękoma. Jedna miesza piasek z krowimi odchodami i wodą. Powstaje z tego lepka substancja przypominająca wodnisty cement. Dwie dziewczynki ok. 12-14 lat rękoma nakładają tą śmierdzącą masę na podłogę i równo ją rozmasowują. Tą samą czynność wykonują dwie inne w pomieszczeniu obok. Kolejna stoi na bambusowej drabinie i chlapie żółty kolor na ścianę. Jest cała ożółcona. Zaschła farba pokrywa jej usta, powieki, policzki i sari. Inna rysuje proste wzory białą farbą w rogach ścian.
Kobiety Radżastanu, Indie
Do wykonania lepkiej substancji, którą pokryta zostanie podłoga, potrzebna jest woda, piasek i krowie łajno

W tym wszystkim szokuje najbardziej stojący w środku i nic nie robiący mężczyzna. Patrzy, jak my obserwujemy kobiety i kiedy widocznie stwierdza, że nic im nie grozi, wychodzi na zewnątrz i zasypia w kącie na słońcu w kuckach.

Podobno we wiosce, z której pochodzą kobiety (10 kilometrów od Khuldery – dystans pokonują codziennie pieszo), wszelkie prace wykonywane są właśnie przez nie. Mężczyźni nie pracują. Nasz przewodnik bramin wyjaśnia, że mężczyźni zajmują pozycję w społeczności a kobiety utrzymują domostwa i rodziny.

Przybory do pracy kobiet w wioskach Radżastanu, Indie
Przybory do pracy kobiet z wioski w Radżastanie północnym, Indie

Za 8 godzin robienia rękoma wylewki z piasku i krowich odchodów oraz malowania ścian każda z kobiet dostaje 150 rupi (ok. 10 zł) dziennie. To dużo w Indiach. Jeżeli wierzyć temu, co nam powiedział malarz miniatur z Udaipuru (jakieś 550 km od Khuldery), artysta otrzymuje 100 rupi dziennie. Za 15 rupi jest w stanie wyżywić rodzinę. Praca kobiet z okolic Khuldery jest jednak sezonowa i ta konkretna wynagradzana jest przez rząd indyjski, co może robić dużą różnicę. W innych rejonach Radżastanu (północno-zachodnie Indie) kobiety albo w ogóle nic nie dostają za pracę albo otrzymują o wiele mniej.
Kobiety malujące wzory w domach, Indie
Po tym jak podłoga z piasku i krowiego łajna wysycha, kobiety dekorują wnętrze domu

Bramin wyjaśnia, że te kobiety pochodzą z jednej z najniższych kast (nie są jednak z grupy "niedotykalnych" – do tej należą m.in. Cyganie). Nie mają dostępu do szkół. One od najmłodszych lat pracują. Serce się kraje.

Mężczyzna z wioski, Radżastan, Indie
Mężczyzni nie pracują. Spędzają czas, podpatrując prace kobiet i śpiąc w słońcu
12:01, maga-mara , Indie
Link Komentarze (6) »
Podbajerowana autoriksza ze sporymi głośnikami w miejscu na plecaki porwała nas w rytmach bollywodzkich przebojów na przystanek autobusowy. Postanowiliśmy ruszyć z błogiego Udaipuru na północ, w stronę pustyni. Do pustynnego miasteczka Jaisalmer jest ok. 500 kilometrów autobusem, czyli 11-12 godzin podróży. Nocny autokar z kuszetkami wydał nam się najlepszym pomysłem. W poczekalni trzy na trzy metry za wysoką ladą facet sprawdził nam bilety – bezpośredni do Jaisalmeru z miejscami do spania. Podróżowała nas szóstka: trójka Hindusów, Belgijka i my. Turystów po atakach w Bombaju wyraźnie wywiało, na co codziennie skarżyli się udajpurscy sklepikarze. Dnia poprzedniego spotkaliśmy samotnie podróżującą Szwedkę, która właśnie wracała z Jaisalmeru. W tym roku jest tam podobno ok. 70% turystów mniej.
Z autorikszy, Delhi, Indie
W autorikszy, Indie
Kilka minut przed 22-gą facet, który był hersztem biura podróży, krzyknął do naszej szóstki "Come" i tym autorytatywnie narzuconym "Come" sprawił, że szliśmy za nim w rzędzie w ciemność ulicy bez zadawania żadnych pytań. Nieprzyjemnie się zrobiło, jak skręciliśmy za bazar w czarną drogę. Po 10-ciu minutach doszliśmy do skrzyżowania, gdzie stały rozstawione autobusy. Uff. Facet zapakował nas do pierwszego – autokar miał na dole miejsca siedzące a u góry zamykane szybką i przysłaniane śmierdzącymi firankami kuszetki. W środku był klimat jak w japońskim hotelu kapsułkowym bądź w zwyczajnej trumnie. Żadnych świateł, żeby móc czytać: "No light, you sleep" – wyklarował zmiennik kierowcy. Nici z czytania. Można było za to pooglądać gwiazdy. Trzęsło, ale klimat rzeczywiście był senny i udało nam się zmrużyć oko.
Autobus podmiejski, Indie
Autobus podmiejski, okolice Udaipuru, Indie

O piątej nad ranem wielka, natrętna łapa otwarła naszą kapsułkę i mocnym kuksańcem trafiła w Oliwkę. "Sir, sir, go, Jaisalmer". Wyrwani ze snu nie mieliśmy pojęcia, o co chodzi. Okazało się, że czeka nas przesiadka! Przewodnik zawarczał, że rikszą jedziemy na kolejny przystanek. Koszt 10 rupi od głowy. Jodpur, gdzie właśnie się znaleźliśmy, był diabelsko zimny. Przemarzły mi mięśnie, kości i cała reszta. Trafiliśmy na przystanek w Jodpurze koło dworca, gdzie zrzucało z nóg ze smrodu moczu. Belgijka wciąż nie mogła uwierzyć w to, co się stało i zaspanym głosem powtarzała: "A miało być bez przesiadki. Przewodnik mnie zapewniał..."

Kierowca domagał się dodatkowej opłaty za wrzucenie naszego bagażu do ohydnie zakurzonego bagażnika. Agent interweniował i ostatecznie załadowaliśmy się do autobusu bez płacenia dodatkowo. Okazało się, że w tym autobusie nie ma dla nas kuszetek. Zapowiadało się na długą kłótnię z kierowcą. Rzuciliśmy jednak okiem na kuszetki i od razu odechciało nam się o nie wykłócać.

Zrobiło się bardzo zimno. Im dalej jechaliśmy, tym zimniej. Świtało. Kierowca bawił się nieźle: obok niego zebrało się kilku kolesi, więc wspólnie krzyczeli, słuchali Bollywoodu, a on dodatkowo dociskał gazu. Wyjrzałam przez oko: zbliżaliśmy się do przejazdu kolejowego. Kierowca przyspieszył tuż przed wjazdem na tory. Na szczęście nic nie jechało. Potem zaliczyliśmy serię gigantycznych dziur przy prędkości ok. 70 km/h. Kierowca wykorzystywał każdą możliwą okazję, żeby walić w klakson. A na indyjskiej drodze pretekstów jest mnóstwo: przechodzący ludzie, spacerujące krowy i kozy, ludzie na motocyklach...
W drodze do Jaisalmeru, Indie
Mało przyjazny krajobraz w drodze do Jaisamleru, Indie
Przemarzliśmy na kość. Za oknem płasko, mgliście. Co jakiś czas pojawiał się samotny krzak. Kierowca zaczął trąbić – tym razem w ogóle nie odrywając łapy od klaksonu. Obwieszczał nasz przyjazd w Jaisalmerze. A to w tym miasteczku istotny sygnał. Jak tylko wysiedliśmy, zobaczyliśmy dlaczego: miejscowi riksiarze zgromadzili się w strategicznym punkcie i chmarą rzucili się na nas. Jeden sprytny watażka próbował wcisnąć dowóz autorikszą za jedyne 10 rupi (zwykle w zależności od dystansu riksiarze żądają od 30-100 rupi). Taka wyprawa skończyłaby się zapewne wylądowaniem w niechcianym, obskurnym hotelu. Riksiarze zaczęli się bić o to, kto będzie wiózł Belgijkę (my mieliśmy załatwiony transport wcześniej). Zgarnęliśmy Belgijkę ze sobą i choć sprawa była już przesądzona bitwa trwała nadal. Pojechaliśmy do hotelu: okazał się brudny i śmierdzący. Trafiliśmy do następnego – ten był w budowie i bez ciepłej wody. Po 12 godzinach przeprawy autokarowej i dwóch godzinach przepychanek z właścicielem obu hoteli ruszyliśmy piechotą do miasta. Marzyłam o ciepłej wodzie i o tym, by już nigdy nie jechać autobusem w Indiach. I co? Spełniło się. Podróżowanie po Indiach może być cierpieniem, ale ono ostatecznie mija i o tym się zapomina.
Jaisalmer, widok na fort i miasto, Indie
Jaisalmer, widok na fort i miasto, Indie
sobota, 17 stycznia 2009
Ranakpur w północnych Indiach to miejsce, do którego przyjeżdżają pielgrzymi, by modlić się w świątyniach dżinijskich i do którego pielgrzymują turyści, by zobaczyć niezwykłą budowlę sakralną z 1444 kolumnami – każda kolumna jest inna, zgodnie z dżinijską zasadą architektoniczną o niepowtarzalności.
Świątynia dżinijska, Ranakpur, Indie
Świątynia dżinijska w Ranakuprze, Indie
Historia dżinizmu ma wiele wspólnego z buddyzmem – rozpoczęła się od ruchu reformatorskiego, krytycznego wobec starożytnej tradycji bramińskiej. Jej założyciel Wardhaman, ascetyk zwany później Mahavirem, czyli bohaterem, pochodził z tego samego regionu na granicy Indii i Nepalu co Budda. Od samego Buddy starszy był o jakieś 35 lat. Po dwunastu latach wyrzekania świata, głodowania i medytacji Wardhaman uzyskał oświecenie i dotąd do końca swojego życia wędrował po subkontynencie i nauczał. Dżiniści są ścisłymi wegetarianami (nie tylko nie jedzą mięsa, jajek ale i ziemniaków i cebuli, bo wierzą że one posiadają mikroskopijne dusze). Wierzą w ciągłą wędrówkę dusz i niekończące się wcielenia. Wyznają zasadę nie czynienia krzywdy nikomu i niczemu.

Rzeźby w świątyni dżinistów, Ranakpur, Indie
Każda z 1444 kolumn świątyni jest inaczej rzeźbiona
W Indiach dżiniści stanowią jedynie 1% mieszkańców subkontynentu. Są jednak najbogatszą grupą wyznaniową. Nad drzwiami często umieszczają znak swastyki – symbol dobra i pomyślności.

Świątynia dżinistów w Ranakpurze jest przepięknie rzeźbiona. Można w niej się kompletnie zapomnieć, przechadzając się między kolumnami, zerkając z tarasów na okalający ją park, obserwując zakonnice. Mniszki są obrane na biało (pochodzą z sekty "białego odzienia". W dżiniźmie jest też druga główna sekta "niebiańskiego odzienia" – łatwo można ją rozpoznać, bo mnisi z tego odłamu chodzą nago).
Modląca się mniszka, Ranakpur, Indie
Mniszka modląca się w jednym z zakątków światyni

Na krańcach świątyni w ścianach umieszczone są rzeźby świętych. Wszystkie wyglądają tak samo: smukłe, wypolerowane ciała siedzące w pozycji lotosu z wielkimi oczami i czarnymi brwiami. Wyglądają trochę jak namalowane przez dziecko lalki. W świątyniach dżinijskich nie wolno robić im zdjęć. Nie wolno też wchodzić do świątyni z czymkolwiek wykonanym ze skóry. Kobietom zabrania się wstępu podczas miesiączki.

Świątynia dżinijska, Ranakpur, Indie

Kaskadowe tarasy świątyni

Uszanowałam zakaz nierobienia zdjęć bóstwom, więc nie zobaczycie tych pozbawionych emocji statuetek. Dla japońskich turystów ta zasada była nie do przyjęcia – możecie sobie wyobrazić wyposażonego w super skomplikowany aparat fotograficzny Japończyka, który namierza jednego z dżinijskich świętych i już ma go zamrozić w fotografii, gdy nagle wstrząsa nim gwizdek i krzyk strażnika. Tak, w Ranakpurze tuż przy ołtarzu i w miejscach, gdzie pojawiają się święte rzeźby stoją odziani w brązowe uniformy strażnicy i bronią nieskazitelności fotograficznej sacrum. Świątynia jest jednak na tyle ogromna, że można szybko stracić ich z oczu i swobobnie pokontemplować jej zachwycające kształty.
23:39, maga-mara , Indie
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 stycznia 2009

Kumbhalgarh było kiedyś samowystarczającym miastem z masywnym fortem. Żeby poznać rozmiar tego niezwykłego miejsca, trzeba je zobaczyć z dwóch perspektyw: z drogi prowadzącej do głównej bramy i ze szczytu fortu - pałacu. Pierwszy widok zachwyca i jednocześnie onieśmiela. Otoczone masywnym murem miasto położone na wzgórzu chronione przez setki kopiastych bastionów musiało być fortecą nie do zdobycia. Rozmach budowli jest imponujący, zamiary władcy musiały być dalekosiężne. Ludzki wysiłek przy tworzeniu tego miasta jest trudny do wyobrażenia. musiało być spełnieniem marzenia o niepokonanej potędze, która nie tylko sławi niezawisłość władcy ale i skutecznie ochrania jego podwładnych.

Mury obronne XV-wiecznego miasta Kumbhalagarh, Indie
Mur obronny Kumbhalagarh rozciąga się kilometrami

Drugie spojrzenie na miasto to spojrzenie ze szczytów fortu-pałacu. Stamtąd rozciąga się widok na wielką przestrzeń, którą kiedyś zamieszkiwało 30 tysięcy mieszkańców, a która dzisiaj na niemalże skrawku zaludniona jest przez 200 osób. Domy właściwie się nie zachowały – musiały być zrobione z dość kruchego budulca.
Widok na miasto Kumbhalagarh, Indie
Widok na to, co pozostało z wielkiego miasta

Pozostały za to nieczynne już dwie tamy, które zapewniały zapasy wody dla tysięcy ludzi przez cały rok. Pozostały za to świątynie – jest ich aż 360. Cześć z nich to świątynie wyznawców dżinizmu z III wieku n.e. (!) A to oznacza, że przed XV-wiecznym fortem, ponad dziesięć wieków wcześniej musiało być tutaj miejsce może równie ważne, którego mieszkańcy czcili swoich mistrzów, korzystali z dobrodziejstw okalającej ich dżungli.

Pałac w Kumbhalagarh, Indie
Pałac w Kumbhalagarh

Do Kumbhalagrh w szczycie sezonu turystycznego przyjeżdża ok. jedynie stu osób dziennie. Kumbhalagrh to miejsce, które nie istnieje właściwie na turystycznej mapie Radżastanu, a które swoim urokiem przyćmiewa wiele.

Kumbhalagarh, ze szczytu pałacowego dachu, Indie
Widok ze szczytów w Kumbhalagarh
19:21, maga-mara , Indie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 stycznia 2009

Vrindavan jest miejscem pielgrzymek wielu Hindusów przyjeżdżających tu do miejsc, po których rzekomo chodził Kriszna, gdzie młody bóg podkradał młodym wiejskim dziewczętom ich ubrania, jak kąpały się w rzece, gdzie tańczył i grał na flecie. Vrindavan ma około pięciu tysięcy pięciuset świątyń. Jest dla Hindusów świętym miejscem. Kramiki miejskie uginają się pod ilością dewocjonaliów - małych statuetek, makatek z wizerunkami bogów, koralików, pocztówek. Do Vrindavanu chyba jednak nie przyjeżdża wielu obcokrajowców. W mieście dosłownie wszystko z wyjątkiem paru napisów jest w hindi, niewiele osób mówi po angielsku.

sprzedawca dewocjonali w Vrindavanie, Indie

Sprzedawca przedmiotów dewocyjnych

Jak tylko dojechaliśmy do miasta, facet z agencji turystycznej momentalnie zaprezentował nam naszego przewodnika, o którego oczywiście nie prosiliśmy. Jako że w naszych książkach o Indiach niewiele jest o Vrindavanie, postanowiliśmy skorzystać z usług tego faceta. Nie marnował czasu - zabrał nas prosto do świątyni Govindaji, po drodze wspominając, że w mieście jest problem z żebrającymi wdowami (ciekawy początek). Jego angielski był dość nieciekawy, więc mocno się natrudziliśmy, żeby zrozumieć, co do nas mówił. Jedno było jasne od początku - facet nie lubił, jak mu się zadawało pytania. Po wyjściu ze świątyni poszliśmy do centrum, gdzie rzekomo mieszka dwa tysiące wdów, którymi ten zacny przewodnik się opiekuje, korzystając z donacji obcokrajowców. Próbowaliśmy się dowiedzieć, dlaczego wdowy nie mieszkają ze swoimi rodzinami i czemu mieszkańcy miasta nie wspierają centrum. Facet był tak pokrętny, że dowiedzieliśmy się tylko tyle, że zarówno zachodni jak i indyjscy turyści płacą na rzecz centrum. Na wyjściu dodał, że wdowy modlą się cztery godziny rano i cztery wieczorem za swoich dobroczyńców i wtedy wszystkie ich problemy znikają...

Tabliczki z odpustami na zewnętrznej ścianie świątyni

Tabliczki odpustowe na ścianie świątyni

Stamtąd żwawo udaliśmy się do świątyni Banke Bihari, której ganek wyłożony jest tabliczkami z imionami i datami. Próbowałam dopytać, co to znaczy. Przewodnik był niezadowolony i stwierdził tylko tyle, że ci ludzie wymienieni na tabliczkach mieszkają gdzie indziej, ale za ich sprawą są obecni i w tym świętym miejscu. Potem próbował zmusić mnie do kupienia wianuszka z kwiatów do świątyni. Zrezygnowałam. Weszliśmy do środka i przewodnik usadowił nas przed dość tłustym braminem siedzącym przy ołtarzu Kriszny. Pokrótce wyjaśnił, kto jest kto w ołtarzyku a potem zabrał się do opowiadania o tym, jaki możemy kupić odpust! Niewiarygodne! Do dyspozycji miałam odpust dla siebie za 100 dolarów, odpust dla siebie, męża za 200 dolarów, bądź odpust dla całej rodziny z możliwością umieszczenia tabliczki na ganku bądź ścianie świątyni za 500 dolarów! Dzięki tej skromnej opłacie moje troski i problemy miały zniknąć w ciągu trzech miesięcy.

Podłoga pałacu przypadkiem odnalezionego, Indie

Odkrycie: posadzka pałacu-świątyni w Vrindavanie

Przewodnik zorientował się, że szeroko otwieramy oczy i nie możemy uwierzyć w to, co słyszymy, więc zaczął inną mantrę: że te donację idą na zbożny cel utrzymania centrum dla bezdomnych wdów, że karmią za to 2000 kobiet i utrzymują 5000 krów. Nie słuchaliśmy do końca. Uprzejmie wyszliśmy i pożegnaliśmy się z tym osobnikiem.

Poszliśmy nad rzekę. Tam próbowano nam sprzedać dewocjonalia różnej maści i przejażdżkę łodzią Kriszny. Po dwóch godzinach można mieć serdecznie dość Vrindavanu za sprawą jego mieszkańców. A szkoda, bo to miasto ma kilka fascynujących miejsc, ukrytych w ruinach domów, za odrapanymi bramami i wyłaniających się dopiero, jak popatrzy się na rzekę i jej przeciwny brzeg.

Rzeka Yamuna, Vrindavan, Indie

15:33, maga-mara , Indie
Link Komentarze (2) »
niedziela, 11 stycznia 2009

Przedwczoraj jeszcze byliśmy w Jodpurze (drugie co do wielkości miasto w Rajastanie), łaziliśmy po forcie i pałacu. Audioprzewodnik oprócz snucia historii miejsca i regionu zachęcał również do skorzystania z usług astrologa i wróżbity, który w ciągu dnia rezyduje w swoim "gabinecie" w jednym z ostatnich dziedzińców pałacu. Nie skorzystałam. Pałac a przede wszystkim widoki na miasto są dość niezwykłe. Z fortu wygląda na to, że to częściami upstrzone na niebiesko miasto rozdzielone jest jakby na połowę, skąd wyrastają skaliste zęby, na szczycie których umiejscowiony jest właśnie fort.

Piątek zapowiadał się sympatycznie, przyjemnie (dnia poprzedniego podróżowaliśmy 6 godzin w zakurzonym piaskiem pustyni pociągu, więc szczególnie z niczym się nie spieszyliśmy, delektując się byciem na świeżym powietrzu). Postanowiliśmy tylko na chwilkę wyskoczyć na stację, żeby kupić bilet kolejowy na za dwa dni do Agry. Na nabycie biletu straciliśmy dosłownie 4 godziny. Nie udało nam się zdobyć miejsc na pociąg nocny (wszystko zarezerwowane na dwa tygodnie na przód). I tak oto zamiast podróżować niedzielną nocą, spędziliśmy całą sobotę, jadąc pociągiem dziennym 12 godzin, żeby przebyć te 550 kilometrów, które dzieli Jodpur od Agry. Podróżowanie w Indiach jest czasochłonne i bywa naprawdę męczące. W pociągu przestrzeń dzieliliśmy z dwójką Kanadyjczyków i indyjską rodziną oraz dwoma myszami bądź małymi szczurami, które błyskawicznie poruszały się po podłodze oraz pewnie trzydziestką karaluchów, które wolno przechadzały się, gdzie chciały. Było dość obrzydliwie, zwłaszcza, kiedy głowa indyjskiej rodziny postanowiła założyć tak nogę na nogę, że jego śmierdząca stopa w dziurawej skarpecie wylądowała zaraz przy moim nosie. Facet urozmaicał sobie czas, podszczypując bądź boksując swoją żonę i wyśpiewując głośno bollywodzkie hity. Ostatnie godziny podróży spędziłam na siedzeniu na korytarzu, gdzie było relatywnie spokojnie i na horyzoncie nie widać było żadnych skarpet.

Dziś w Agrze jesteśmy rozszarpywani przez riksiarzy, sprzedawców wszelkiego rodzaju tandety, dzieciaki z plastikowymi modelami Taj Mahal... Wyczerpujemy powoli zapasy cierpliwości i sposobów ma pozbycie się natrętów. Mówię do nich po polsku, dość stanowczo, że "Nie dziękuję, nie chcę" i póki co to na razie skutkuje.

Wybieramy się za chwilę spacerkiem do Taj Mahal (obcokrajowcy płacą za wstęp 750 rupi, mieszkańcy Indii - jedyne 20. Zaskakują mnie te rozbieżności). Jutro jedziemy poza Agrę do Mathury i Vridavanu. A potem z powrotem do Delhi. I tak zamknie się nasz cykl podróży. Czuję niedosyt i wiem, że chciałabym do Indii wrócić.

11:38, maga-mara , Indie
Link Komentarze (2) »
czwartek, 08 stycznia 2009

W noworocznym wydaniu indyjski Sunday Times podjął temat zabójstw w Delhi w 2008 roku. Z krótkiego raportu stołecznej policji wynika, że morderstw dokonywano z najbardziej kuriozalnych powodów:

- bo sąsiad nie chciał pozwolić, by przywiązano kozę do płotu przed jego domem

- bo facet nie udzielił informacji o trasie autobusu

- bo pan młody nie chciał na swoim weselu puścić takich nagrań, które odpowiadały jego przyjaciołom (z rozczarowania zastrzelili go właśnie bliscy znajomy)

- bo kucharz odmówił podania papadamu (suchego chleba - zwykle kosztuje ok. 20-30 rupi, czyli jakieś 1 zł) przed zapłaceniem za niego

- bo kolega nie chciał się przyznać do przegranej w grze.

Nie wiem, czy się śmiać czy płakać, czytając ten raport. Tego typu morderstwa stanowiły w 2008 roku jedną szóstą wszystkich zabójstw w stolicy Indii.

10:40, maga-mara , Indie
Link Komentarze (1) »
wtorek, 06 stycznia 2009

Muked prowadzi małe biuro podróży, kawiarenkę internetową i sklepik z niezbędnymi rzeczami dla turystów. Trzy w jednym na przestrzeni pięć na pięć metrów. Wpadam rano przed 9-tą po wodę mineralną (konieczna do mycia zębów) i papier toaletowy (coś, czego zawsze brakuje w indyjskim hotelu). Muked zamiata swój lokal. Na kolanach, używając do tego zrobionej z gałązek miotełki. O tej porze całe miasto zamiata. Sklepikarze czyszczą podłogi swoich sklepów, mieszkańcy - domy, ludzie ulicy - swoje kąty.

Waham się, czy wejść. Muked jednak zaprasza. Przeskakuję przez sporej wielkości kupę brudu. Trudno uwierzyć, skąd się to wszystko nagromadziło na tak małej przestrzeni.

Muked ma iście melancholijny wyraz twarzy i dość flegmatyczną naturę. Przesuwa się ślimaczo, podaje moje zakupy i patrzy na mnie z miną zbitego psa. Butelka wody mineralnej jest cała zakurzona, podobnie jak papier - codzienny rytuał sprzątania nie przewiduje przecież odkurzania półek. Muked pomimo rozpłakanego spojrzenia jest bardzo zadowolony. Jestem jego pierwszą klientką tego dnia - klientką, która przyszła wcześnie rano, jeszcze zanim sklep był gotowy, a to dobra zapowiedź dnia. Koniecznie chciałby mi jeszcze coś sprzedać. Wyjaśniam, że przyjdę później kupić bilety na autokar.

Kiedy przychodzimy po pół godzinie zastajemy Mukeda rozmodlonego. Buty zostawił przed sklepikiem. W środku zapalił kadzidełko. Na każdym z trzech monitorów komputerowych położył pomarańczowy kwiatek. Muked każe nam usiąść a sam kontynuuje modlitwę. Wywija kadzidłem przed sklepem, kilka razy dotykając miejsca nad drzwiami. Wchodzi do środka, mrucząc modlitwy pod nosem. - "To, żeby zapewnić powodzenie w biznesie" - wyjaśnia, jak już skończył.

Ostatecznie kupujemy u Mukeda nie tylko bilety na długą podróż autokarową, ale i wynajmujemy taksówkę na dwa dni podróżowania po okolicy Udaipuru. Muked żegna nas bardzo serdecznie. Bogowie dziś byli niezwykle przychylni.

15:49, maga-mara , Indie
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 05 stycznia 2009

Miało być skromnie, nie-europejsko i raczej cicho - takie były prognozy na Sylwestra mieszkańców Udaipuru, z którymi udało nam się porozmawiać po południu. Tymczasem zaraz po zmierzchu rajska enklawa zamieniła się w piekielną imprezę. Tutejsze hotele to wysokie budynki z restauracjami na dachach (5-6 pięter, w środku z dziedzińcami i zdobionymi oknami, tzw. haveli) Od dachu do restauracji aż po drzwi na parterze rozwieszone były światełka jak z choinek. Muzyka zaczęła dudnić już o 19-stej - głównie hity z lat 80-90-tych. Nasz hotel na szczęście muzyką dyskotekową nas nie raczył (pokoik mieliśmy pierwszej nocy zaraz przy restauracji, co oznaczałoby całonocne cierpienie).

Wyszliśmy wieczorem na ulice. Po zmierzchu Udaipur traci swój idylliczny charakter: Znikają kolorowe kramiki z szalami, skórzanymi oprawami książek, wielobarwnymi ciuchami i owocami. Miasto pokazuje swoją podszewkę: rynsztoki, biedaków mieszkających w zaułkach, chorujących na trąd, śmieci, legowiska krów przy sklepach. Wychudłe psy wałęsają się po śmietnikach a po północy, kiedy ulice kompletnie pustoszeją zaczynają ze sobą walczyć. Przygnębiający spacer.

 

Udaipur nocą - krowy wychodzą na żer

 

Wróciliśmy do hotelu do restauracji na dachu. Kelner był już podchmielony, w znakomitym nastroju.

- Powiedziano nam dzisiaj, że Hindusi nie świętują nowego roku w kalendarzu gregoriańskim. Te wszystkie dyskoteki i zabawy zrobione zostały dla turystów? - pytam.

- Dla turystów i dla młodych Hindusów. Jak się młodzi chłopcy napiją, to zaczynają obściskiwać dziewczyny - wyjaśnia kelner, niebezpiecznie się do mnie przysuwając - Tak, tak, zaczyna się grzecznie. Chłopcy mówią do dziewcząt "namaste" (co w hindi oznacza dosłownie "Kłaniam się tobie z szacunkiem" a używane jest jako standardowe pozdrowienie bez względu na porę dnia), a potem po alkoholu zaczynają je całować. Tutaj kelner wyraził swoją dezaprobatę, zerkając głównie w stronę Oliwki.

Patrząc w mętne oczy kelnera, dopytujemy się go, czy Hindusi na pewno nie mogą pić alkoholu.

- Ci, którzy są religijni nie piją, nie jedzą mięsa, chodzą do świątyni i tam stoją blisko świętego miejsca (w hinduskich świątyniach to głównie rzeźba bądź płaskorzeźba boga bądź bóstwa). A drudzy, którzy nie są tak religijni, piją, palą a jak chodzą do świątyni, to stają ok. 100 metrów od bogów. Dziś jest jeden jedyny dzień w roku, kiedy ja piję i palę - dodaje gwoli wyjaśnienia - Od jutra koniec. Czekam na Sylwestra przyszłego roku. Nasz (hinduski) nowy rok przypada dopiero wiosną.

Jak dostaliśmy kolację, kelner był po trzeciej butelce piwa. Muzyka z okolicznych hoteli dudniła, woda jeziora niosła ją w przestrzeń a kelner kołysał się w rytm hitów z lat 90-tych, powoli tracąc koordynację.

Kelnera widzieliśmy następnego dnia rano na śniadaniu. Wyglądał zdechle, trzymał się jednak całkiem nieźle. Jak na nieprzyzwyczajoną do alkoholu i tytoniu osobę, która raz w roku upadla się używkami, radził sobie imponująco dobrze.

 

udaipur nocą

O północy na niebie pojawiły się fajerwerki. Muzyka łupała jeszcze po północy a hotel obok serwował dyskotekę aż do porannych godzin. Trudno było spać, kiedy pokojem trząsł dr Hammer. W końcu zasnęliśmy. Na krótko. O piątej nad ranem z megafonu poleciały dźwięki skocznych hymnów religijnych - otwierano właśnie świątynię Wisznu (wyjątkowo dobrze wyposażoną w głośniki). I wtedy tutejszy świat wrócił do normy. Skończył się europejski sylwester, który tutaj nie ma większego znaczenia.

udaipur, indie
15:05, maga-mara , Indie
Link Komentarze (4) »
Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...