niedziela, 23 stycznia 2011

Bodelain Library, OksfordW Oksfordzie jest zwykle relatywnie dużo wykładów i spotkań poświęconych zagadnieniom politycznym, kulturowym czy historycznym XX wieku. Muszę jednak przyznać, że punkt ciężkości przypada przeważnie na początek niż na koniec minionego wieku. Oliver w ostatnich miesiącach pracował jednak nad czymś, co tą dysproporcję złamie.

Panie i Panowie, zapraszam Was na serię cotygodniowych spotkań przygotowanych przez Olivera i poświęconych współczesnej kulturze rosyjskiej. O bieżących sprawach kulturalnych wielkiej Rosji będą mówić znane sławy brytyjskiej rusycystyki. Spotkania odbędą się w lutym i marcu w St Antony’s College w Oksfordzie. Poniżej załączam przygotowany program. Wstęp rzecz jasna wolny.

Intellectual Life in Post-Soviet Russia
history, literature, politics, new media


Hilary, Weeks 5-8, Tuesdays at 5 pm, Russian and Eurasian Studies Centre Library:

15 February
Alexander Etkind, King’s College, Cambridge  "Magical Historicism in Post-Soviet Fiction (and Some Non-Fiction)"

22 February        
Oliver Ready, St Antony’s College, Oxford "The Literary Critic – Mistrusted, Mistaken, Missed"

1 March              
Edmund Griffiths, Wolfson College, Oxford "Eurocentrism and the East/West question: The Case of S.G. Kara-Murza"

8 March
George Walden, London (Chairman of the Russian Booker Prize) "From Khrushchev to the Russian Booker – Literary Reminiscences"

Trinity, Weeks 1-4, Tuesdays at 5 pm, Dahrendorf Room:

3 May                  
Ellen Rutten, University of Bergen "Russian New Media and Beyond: The Aesthetics of Imperfection"

10 May                
Stephen Lovell, King’s College, London "Namedni: The Living Past in Today’s Russia"

17 May                
Alexandra Borisenko and Victor Sonkin, Moscow "Black Sheep and Sacred Cows: Literary Translation in Post-Soviet Russia"

24 May                
Katharine Hodgson, University of Exeter "Preservation vs Selection: Revising the Canon of C20th Russian Poetry since 1991"

Enquiries: oliver.ready AT sant.ox.ac.uk                    ALL WELCOME

Czytający student, Oksford

Student przed Bodelain Library, Oksford

Tagi: Oksford Rosja
18:45, maga-mara
Link Komentarze (12) »
sobota, 22 stycznia 2011

Michael Wood Michael Wood jest bardzo znanym brytyjskim historykiem i dziennikarzem BBC. Fascynują go Indie, gdzie jeździ co roku. Namiętnością do subkontynentu naznaczył nawet swoje dzieci, którym dał indyjskie imiona. Wood jest rzetelny, troskliwy o szczegół i lubi wielkie tematy. Kilka lat temu dla BBC przygotował serię programów telewizyjnych poświęconych Indiom, w których streścił 10 tys. lat historii regionu. Ten materiał znalazł się się potem na ośmiu płytach CD. Przesłuchałam wszystkie, choć to była praca tytaniczna.

"The Story of India" to połączenie dziennika podróżniczego z lekcją historii. Wydawało mi się, że taka gatunkowa kombinacja będzie niezwykle atrakcyjna, bo zlepi osobiste z oficjalnym. Tymczasem zapiski podróżnicze skupiają się głównie na dość ciężkich próbach poetyckiego oddania właściwości oglądanego krajobrazu. Tym mozolnym gestem jak starta płyta otwiera się znakomita większość rodziałów "The Story of India". Poza wzmianką o gorących piaskach pustyni Thar, bujnej dżungli stanów południowych, zakurzonym poranku na afgańskiej drodze nie uświadczymy wiele z osobistych doświadczeń podróży Wooda. A szkoda, bo Brytyjczyk przemierza subkontynent wzdłuż i wszerz. Co więcej, jedzie również do Pakistanu i Afganistanu, by tam wytropić znaki przeszłości związane m.in. z panowaniem wielkiej dynastii Mogołów.

Imponujący jest z pewnością rozmach tematyczny pracy Wooda: opowieść zaczyna od archeologicznych poszukiwań pierwszych ludów na subkontynencie, a kończy ją na współczesnych problemach politycznych Indii. Wood przenika zarówno zagadnienia społeczne, polityczne i literackie, choć przyznam szczerze, że autor najlepiej czuje się jednak w dalekiej przeszłości, na której skupia najwięcej uwagi. "The Story of India" ma więc wady typowego podręcznika historii, w którym rozdziały poświęcone czasom dawnym są najlepiej i najdokładniej przygotowane, a historia XX wieku, choć obecna, potraktowana jest pobieżnie.

Tekst "The Story of India" czyta Sam Dastor. Przyjemny głos, kiedy słyszymy angielski  - irytujący, kiedy w cytowanych dialogach naśladuje indyjski akcent. Bez względu na to, skąd pochodzi rozmówca, Dastor traktuje go niestety w ten sam sposób, co przy płycie numer 5 może doprowadzić do bardzo silnych, niekontrolowanych reakcji (zdecydowanie odradzam słuchania w samochodzie).

"The Story of India" mogłaby być świetną publikacją, gdyby autor i wydawca popracowali bardziej nad jej kształtem. Telewizyjny skrypt nie sprawdza się w roli audiobooka. Najbardziej męczyło mnie jednak to, że mając do dyspozycji elektroniczny nośnik, na który aż się prosi, by dołączyć muzykę i dźwięki (zwłaszcza w takich momentach jak ten, kiedy Wood omawia genezę powstania mantr i wyjaśnia, że ich słowa są najpewniej zapisem kwilenia ptaków), BBC zdecydowało się na ciężki zestaw dużych bloków czytanego tekstu.


***
Michael Wood "The Story of India"
8 CDs unabridged audio book
czyta: Sam Dastor
wyd. BBC

środa, 19 stycznia 2011

Są bramini i Bramini. Jedni reprezentują kastę, drudzy są kapłanami pochodzącymi z tej kasty. Łatwo popełnić błąd i kojarzyć braminów jedynie z tymi, którzy sprawują święte obrzędy. Podróżując po Indiach, spotkaliśmy kilku braminów i dwóch hinduskich kapłanów (Braminów). U jednego byliśmy na kolacji.

Najwspanialsze w podróży są momenty odkrywania - najintensywniejsze, kiedy przyjaznym gestem zostanie się zaproszonym do czyjegoś domu. Mukesh, czterdziestoparoletni bramin pracuje jako przewodnik po Pałacu Radżputów w Udaipurze w północnych Indiach. Kiedyś robił jako przedstawiciel handlowy, potem pracował w dziale marketingu. Przychody go nie satysfakcjonowały, jeszcze mniej zasady, jakimi rządzi się rynek. Mukesh jest jednym z wielu przedstawicieli kasty braminów, którzy czują się pokrzywdzeni przez reformę zatrudnienia, jaką rząd prowadził kilka dekad temu. "Jesteśmy ostracyzowani na rynku" - żalił się nam podczas kolacji ugotowanej przez jego 15 lat młodszą żonę w niewielkiej i ciemnej kuchni ich pokaźnego domu - "osobom z innych kast łatwiej jest dostać pracę. Jeżeli o pozycję ubiegają się dwie osoby: bramin i ktoś z niższej warstwy społecznej i obie mają podobne wyniki i doświadczenie, to praca zostanie przyznana nie-braminowi."

Wnętrze pałacu radżputów, Udaipur

Pałac Radżputów, po którym oprowadza Mukesh

Mukesh nie zaprosił nas jednak do siebie, żeby opowiadać o zawodowych kłopotach, które skłoniły go w ostatnich latach do kolejnej zmiany pracy - zdania egzaminów, nauki kolejnego języka (francuskiego, bo Francuzi coraz liczniej odwiedzają Radżastan) i przekwalifikowania się na przewodnika po Pałacu. Mieliśmy się spotkać, żeby porozmawiać o religii i hinduskich świątyniach. Nie z Mukeshem jednak, bo on nie czuł się na siłach, ale z jego szwagrem, młodym, dwudziestoparoletnim Khushi, który został Braminem. Jedynym Braminem w rodzinie.

Hinduskie świątynie są intrygujące. Niegdyś oburzały i gorszyły wiktoriańskich Brytyjczyków, którzy nie potrafili zrozumieć ani indyjskiego, wielotysięcznego bogactwa bogów, ani potrzeby ozdabiania ich całą ferią kolorów, ani wreszcie zasady, według której na zewnątrz świątyni umieszcza się demony i sceny z Kamasutry. My byliśmy ciekawi, jak Bramini wyjaśniają porządek ich świątyń.

Khushi, którego imię znaczy tyle co szczęśliwy, chętnie odpowiadał na nasze pytania. Dobrze i dużo mówił po angielsku. Wtajemniczał nas w to, co przekazał mu jego guru, a jego wyjaśnienia opierały się na teorii właściwego przepływu energii. "Świątynie nie bez przyczyny mają kształt trójkąta" - mówił - "bo ten kształt najlepiej przewodzi energię. Pozytywna energia i wibracje muszą łatwo dostawać się do środka. Zauważcie, że gdy stawiamy na czole znak tikka też w ten sposób powielamy formę trójkąta na twarzy modlącego się. Trójkąt tworzysz też przy medytacji, odpowiednio składając ręce."

Hinduska świątynia Udaipur

Hinduska świątynia Kriszny, Udaipur

Khushi nie przestawał mówić, przechodząc od jednej teorii zbierania i wyzwalania energii do drugiej. Siedzieliśmy w pokoju "gościnnym", my na kanapie, Bramin na krześle obok swojej siostry, a Mukesh leżał na dużej sofie z nogą założoną na nogę. Zdaniem Khushi rzeźby z Kamasutry pojawiające się na wielu świątyniach mają moc oczyszczającą. "Ludzie mogą się napatrzeć się do woli, by potem wejść do środka i o takich rzeczach już nie myśleć" - twierdził. Taka samokontrola wydała nam się nieco nienaturalna, ale przecież my nie byliśmy wychowani w Indiach w otoczeniu setek hinduskich świątyń.

Na kolację jedliśmy ostrą zupę ze świeżo upieczonymi chapati - niewyrośniętym chlebem (roti) z mąki pszennej. Żona Mukesha - Vandana (jej imię oznacza modlącą się) -pokazała mi, jak go przygotowuje. W kuchni zrobiła masę, rodzieliła ją na małe kawałeczki a je z kolei rozgniotła na cieńkie krążki, które potem smażyła na patelni. Tuż przed zakończeniem smażenia brała upieczony krążek w metalowe szczypce i opiekała bezpośrednio nad gazem, a w ten sposób chlebek wybrzuszał się i zyskiwał ciemne, przypieczone kręgi. Na koniec posmarowała każdy typowym, indyjskim masłem ghee.

Rodzina bramina

Z rodziną Mukesha

Jako bramini rodzina Mukesha nie je mięsa. Nie gotują też jajek. Unikają bardzo ostrych dań (choć przygotowana zupa wydała mi się całkiem pikantna), by nie drażnić zmysłów i zachować czystość. Czystość jest zresztą słowem kluczem do zrozumienia indyjskich podziałów społecznych. Bramini to nie, jak często się błędnie uważa, najbogatsza kasta. W Indiach spotkaliśmy niepiśmiennych, biednych braminów mieszkających w małych wioskach przy granicy z Pakistanem. Majętność nie ma znaczenia, choć często się zdarza, że ci z najwyższej kasty są o wiele lepiej sytuowani niż ich sąsiedzi z niższych warstw społecznych: rzemieślnicy, wojownicy, kupcy. Bramini są na szczycie indyjskiej drabiny społecznej pod względem duchowej czystości. To z tych rodów wywodzą się kapłani. Khushi dodaje, że aby zostać Braminem nie wystarczy być braminem z pokolenia na pokolenie - rodzina musi mieć tradycje kapłańskie. Im niżej w hierarchii indyjskich kast, tym częściej mówimy o nieczystości. Na samym dnie znajdują się "niedotykalni", czy jak oficjalnie mówi się teraz o nich Dalit (w Sanskrycie oznacza "zduszonych", "połamanych"), parający się zwykle najgorszymi zawodami (w Delhi często budują drogi, na pustynnej północy Radżastanu są to często żebrający Cyganie) i wykluczeni z życia społeczności ze względu na swój status. Nie mogą przebywać w obecności braminów. Do wielu domów w wiosce nie są wpuszczani, bo są nieczyści. "Teraz nie jest jednak tak, że rodziny braminów zajmują całe ulice" - skarżył mi się Mukesh, którego dom znajduje się w cichej dzielnicy Udaipuru, 15 minut motocyklem od turystycznego centrum, otoczony domami profesorów, lekarzy, nauczycieli - "Kasty się mieszają, ale nie ma takiej sytuacji, by bramin mieszkał wśród zamiataczy ulic czy czyścicieli butów." Demokratyzacja społeczna nie sięgnęła i pewnie długo długo nie sięgnie tak daleko.

W domu Mukesha zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Jego żona Vandana mówiła po angielsku (ale nie tak dobrze jak jej brat). Miała też skończoną szkołę. A co więcej, przez cały czas trwania wizyty siedziała i rozmawiała z nami. Muszę się przyznać do jednego - spodziewałam się w domu braminów zastać raczej stereotypowy układ rodzinny, w którym tylko mąż mówi w obcym języku i tylko on rozmawia z gośćmi. Jakże się jednak pomyliłam! Vandana była równie ważną rozmówczynią co jej brat. Kobieta pomimo skończonej szkoły co prawda nie wykorzystuje jak jej mąż swoich kwalifikacji zawodowo. Opiekuje się domem i córką. Hobbystycznie robi biżuterię, którą sprzedaje kobietom w sąsiedztwie.

Mukesh i Vandana mają tylko jedno dziecko, które niezmiernie kochają. Nie martwią się tym, że nie mają męskiego potomka, co jest wciąż problemem dla wielu rodzin indyjskich, zwłaszcza na wsiach i w małych miasteczkach. Nie przeraża ich to, że wydając córkę za mąż, będą musieli przygotować duży posag. To nie będzie dla nich trudne, bo są zamożni. Podczas naszej podróży spotkaliśmy wiele par, które nie decydowały się na posiadanie drugiego dziecka. "Nie stać nas na to" - mówiła nam para prawników z Delhi, z którymi podróżowaliśmy 14 godzin pociagiem do Udaipuru. Najbardziej skarżyli się na koszty edukacji. Woleli nie powiększać rodziny, ale za to móc kilka razy w roku wybrać się z przyjaciółmi w wakacyjną podróż. Jechali do świętego miejsca Mount Abu. Podróżowali w obie strony w sumie trzy dni, żeby przez sześć dni odpoczywać w uroczym miejscu. Nad ranem wspólnie piliśmy zakupioną na jednym z peronów małego miasteczka masala chai - indyjską herbatę z przyprawami, mlekiem i cukrem - sprzedawaną wciąż w glinianych kubeczkach i przez to posiadającą niepowtarzalny posmak miejscowej ziemi.

Udaipur, Indie

Udaipur - cząstka miasta

niedziela, 16 stycznia 2011

Nine Lives. William DalrymplePodróżując po Indiach, nie sposób nie zetknąć się ze sferą świętości i z tymi, którzy sacrum poszukują. Na swojej drodze w północnych Indiach spotkaliśmy braminów, wyznawców Wisznu i potężnej Durgi, wędrownych ascetów, dżinijskie zakonnice i pielgrzymów odwiedzających miejsce narodzin Kriszny. Nie ze wszystkimi byliśmy w stanie porozmawiać, bo nie znaliśmy miejscowego języka. Ci, którzy posługiwali się angielskim, potrafili otworzyć przed nami świat hinduskich rytuałów, a przede wszystkim samych siebie i sferę tak w Europie Zachodniej intymną jak wiara.

Interesują mnie religie świata, a subkontynent jest znakomitym miejscem do spotkania z większością z nich. Nie jechaliśmy tam jednak w poszukiwaniu zagubionej duchowości. Zresztą wydaje mi się, że mit Indii - miejsca, w którym można nasiąknąć jak gąbka religijną żarliwością - przestał już tak mocno oddziaływać na zachodnioeuropejską wyobraźnię. Współczesne książki poświęcone subkontynentowi są już bardziej wyważone i coraz dalsze od naiwnego, idealizującego spojrzenia na jego kulturę i religie. Takie z pewnością są opowieści brytyjskiego historyka i podróżnika Williama Dalrymple'a, który w swojej najnowszej książce "Nine Lives. In search of the Sacred in Modern India" ("Dziewięć żyć. W poszukiwaniu świętości we współczesnych Indiach") przygląda się właśnie religijnemu życiu subkontynentu, przedstawiając dziewięć postaci - dziewięć sposobów na obcowanie ze świętością. W tej znakomitej publikacji śledzimy losy dżinijskiej zakonnicy, buddyjskiego mnicha, świętej prostytutki (davadasi), tancerza bogów, wyznawczyni Tantry, twórcy statuetek bożków, pieśniarza starożytnych eposów czy wreszcie hinduistycznych baulów i mistycznych sufich.

Żeby napisać tą książkę, Dalrymple przemierzył tysiące kilometrów: od południowej Karnataki do północnej Dharamsali, wykonując swoistą pielgrzymkę po świętych miejscach Indii. "Nine Lives" nie skupia się jedynie na opisie skomplikowanych życiorysów spotkanych postaci. Każda biografia jest pretekstem do powstania krótkiego eseju o istocie wyznania i w tym tkwi niewątpliwa siła książki. Dalrymple umiejętnie analizuje religijne paradoksy, unika upraszczających ocen, przenika głęboko w delikatną materię świętości. Jednym słowem zaoferował mi wyczerpujące odpowiedzi na pytania, które kłębiły mi się w głowie po moich spotkaniach z indyjską religijnością. To zdecydowanie  najlepsza książka podróżnicza, jaką przeczytałam w zeszłym roku.

"Nine Lives" swoją formą nazwiązuje do "Opowieści kanterberyjskich" Chaucera. Z tą różnicą, że pielgrzymka Dalrymple'a nie ma jednego celu, ale aż dziewięć religijnych ścieżek. Każda z nich jest fascynująca. Każda z nich opowiada o innej drodze spełnienia. "My nie korzystamy z żadnej formy transportu z dwóch względów: podróżowanie z dużą prędkością zabija wiele żyjących stworzeń, a po drugie po to mamy dwie nogi, żeby na nich się przemieszczać, robiąc to z odpowiednią dla nas szybkością" - wyjaśnia pisarzowi dżinijska zakonnica z pierwszej opowieści - "chodzenie rozwiązuje problemy i niepokoje, uspokaja. Należy żyć z dnia na dzień, od jednej inspiracji do drugiej - tego nauczyłam się podczas mojego wędrowania." (str 22, tłumaczenie własne)

Indyjska zakonnica, Ranakpur, Indie

Dżinijska zakonnica, Ranakpur, północne Indie

Większość opisywanych przez Dalrymple'a życiorysów pełna jest bólu i cierpienia. Pisarz w przejmujący (ale nie przesadny) sposób przedstawia losy buddyjskiego mnicha, który postanowił odrzucić składane święcenia po tym, jak Chińczycy najechali Tybet, rozbili jego klasztor i brutalnie torturowali jego rodzinę. Passang zbiegł z ojczyzny, eskortując Dalajlamę do Indii. Tam szukał okazji do walki z okupantem. Wstąpił do indyjskiej armii, ale jego oczekiwania szybko zostały rozwiane: zamiast wojować z Chińczykami, Passang został wysłany na północny wschód, gdzie włączony był w wojnę, w rezultacie której powstał Bangladesz. Rozczarowany swoim życiem po 30 latach ponownie przyjął buddyjskie święcenia. W kontekście historii mnicha Dalrymple zagłębia się w istotę buddyzmu, a dokładnie śledzi mało eksponowany wątek przemocy w myśli buddyjskiej (na marginesie: jakiś czas temu był na ten temat świetny artykuł w Times Literary Supplement). Pisarz analizuje tybetańską kosmologię, wskazując na historię usprawiedliwionej przemocy, której można użyć broniąc dharmy - buddyjskiego prawa.

O dharmie, ale już w hinduskim kontekście, opowiada pisarz przy okazji spotknia z Rani Bai - córą Yellammy - świętą prostytutką. W południowych stanach Indii wciąż oddaje się młode dziewczyny do świątyni, by tam po przejściu rytuału poświęcenia stały się davadasi - zaczęły świadczyć usługi seksualne. To wielowiekowy zwyczaj, z którym próbowali walczyć najpierw Brytyjczycy, a teraz rząd indyjski, de facto spychając go do podziemia. Żeby wyjaśnić ten fenomen, Dalrymple sięga po IX-wieczną poezję, w której pojawia się motyw "dziewczyn ze świątyni". Średniowieczne davadasi kojarzone z płodnością, a przez to uważane za przynoszące pomyślność często pochodziły z arystokratycznych, a nawet królewskich rodzin. Zajmowały wysokie miejsce w świątyni. Często były piśminne. Tworzyły i recytowały poezję. Dzisiejsze davadasi to w przeważającej większości analfabetki pochodzące z najniższych kast, których rola sprowadzona została do li tylko świadczenia usług seksualnych. "Nie powinnaś płakać, to twoja dharma, twoja powinność, twoja praca" - mówiła do Rani Bai jej ciotka, zarządzająca domem publicznym w Bombaju po tym, jak dziewczyna została wyświęcona na davadasi bogini Yellammy.

Świątynia Wisznu, Udaipur, Indie

W drodze na nabożeństwo w świątyni Wisznu, Udaipur, Indie

Świątynia Wisznu, Udaipur, Indie

Rzeźby na fasadzie hinduskiej świątyni

W eseju o świętej prostytucji Dalrymple skupia się głównie na jej społecznym aspekcie, wskazując na to, że religijna ranga rytuału została mocno zdegradowana. Zarobki davadasi są dzisiaj głównym źródłem przychodu biednych, wielodzietnych rodzin. Ojcowie "poświęcają" swoje córki, kiedy te mają 6-9 lat. Ceremonia odbywa się w nocy, bo jest nielegalna, a dziewczyny zaczynają pracować jako prostytutki, kiedy osiągną dojrzałość płciową. Za pierwszą noc z davadasi płaci się od 50-100 tys. rupi. "Oczywiście, że się boję" - mówi Rani Bai o zagrożeniu AIDS, na które umiera coraz cór Yellammy -"ale muszę dalej tak pracować, jeżeli chcę jeść."

Wędrowny asceta

Wędrowny asceta, północne Indie

Muszę przyznać, że Dalrymple to świetny rozmówca, ale jeszcze lepszy historyk i kulturoznawca. Jest dogłębny i otwarty w swoich poszukiwaniach, więc oferowane przez niego rozumienie indyjskiej religijności, chociażby w tak skrajnych dla europejskiego umysłu formach jak davadasi czy tantryzm, jest bardzo satysfakcjonujące i nieskażone niepotrzebną oceną. Jedną z największych zalet pisarstwa Dalrymple'a jest to, że sięga po indyjskie a nie europejskie kanony, żeby wyjaśnić istotę świętości, dzięki czemu unika kardynalnych błędów popełnianych przez wcześniejszych podróżników ze Starego Kontynentu. Uważam go za jednego z najciekawszych i najwybitniejszych żyjących autorów reportaży podróżniczych.

Sprzedawca kwiatów przed indyjską świątynią

Sprzedawca kwietnych wianuszków, którymi dekoruje się hinduskie bóstwa

Mogłabym napisać więcej o pozostałych opowieściach z "Nine Lives", ale nie chcę psuć wam radości z lektury. Książkę gorąco polecam, w tym polskim wydawcom, którzy wciąż Dalrymple’a nie odkryli, a już dawno powinni!

Indyjska bogini Druga

Durga - wojownicza forma wielkiej Dewi

 

Zobacz też moją relację z wizyty u Bramina w północnych Indiach

sobota, 15 stycznia 2011

World Book NightKolejna sympatyczna inicjatywa na Wyspach. W sobotę 5 marca br. w Wielkiej Brytanii będziemy obchodzić Światową Noc Książki (World Book Night) , podczas której rozdanych zostanie milion książek. Właśnie zgłosiłam się na stronie akcji jako kandydatka do zostania jednym z 20 tys. wolontariuszy - dawców książek. Jeszcze w zeszłym tygodniu myślałam, że spóźniłam się ze zgłoszeniem, bo początkowo termin wysyłania upływał 4 stycznia. Tymczasem okazało się, że organizatorzy datę przesunęli do poniedziałku 24 stycznia.

Z 25 książek, które w 40 tys. egzemplarzy każda powędrują do najróżniejszych miejsc na Wyspach w Wielką Książkową Noc, wybrałam powieść Rohintona Mistry’ego "A Fine Balance". Mistry świetnie opowiada historie, a jego książki łączą w sobie dobrą tradycję klasycznej XIX-wiecznej powieści ze współczesną tematyką, zwykle porywającą czytelnika do świata skomplikowanych stosunków rodzinnych w Indiach. Chciałabym, aby ta książka powędrowała do małych bibliotek w miasteczkach hrabstwa Oxfordshire i do miejskiego szpitala, bo tam niestety nie ma jeszcze żadnych książkowych stosików dla pacjentów.

Jeżeli zostanę książkowym "dawcą" tej uroczej akcji, to 5 marca będę mogła podarować 48 kopii "A Fine Balance" wybranym osobom i miejscom.

Kto ma ochotę dołączyć do zabawy, wciąż może zgłosić swój książkowy wybór na stronie World Book Night. Akcja odbędzie się pod hasłem "A million reasons to read a book" i przygotowywana jest przez Stowarzyszenie Wydawców, the Booksellers Association, BBC i kilka innych organizacji. Wydarzenie będzie miało miejsce dwa dni po Światowym Dniu Książki.

World Book Night ma celebrować nie tylko radość z dzielenia się książkami. W Londynie i kilku innych miastach będzie też można wziąć udział w akcji całonocnego czytania pod gołym niebem i w specjalnie przygotowanych do tego instytucjach kulturalnych (o ile dobrze pamiętam, m.in. w londyńskim Barbicanie). Urocze prawda?

poniedziałek, 10 stycznia 2011

KindleMoże to brzmi dość pompatycznie, ale z pewnością oddaje moją radość z posiadania pierwszego elektronicznego czytnika - amazonowego Kindle - którego dostałam na Święta od kochanego Olivera. Zwykle kiedy mówi się o elektronicznych książkach, dochodzi do dość ostrego podziału na wielbicieli "nowego" (tzw. szarlatanów technologii) i zwolenników "starego" porządku (czy też tzw. miłośników szelestu papieru). Moim zdaniem to zupełnie błędne podejście do sprawy, bo skupia się na rzeczy wtórnej, czyli formacie, a nie na istocie rzeczy, czyli książce. A o książki i czytanie właśnie mi chodzi. Na Kindle'u czyta się naprawdę dobrze i zupełnie nie przeszkadza mi to, że doświadczenie czytania jest inne niż drukowanej książki. Inaczej wcale nie znaczy gorzej. Wręcz przeciwnie. Elektroniczne książki mają mnóstwo zalet i wierzę, że wkrótce będą miały ich jeszcze więcej, jak tylko upowszechnią się na rynku a producenci włożą więcej wysiłku w ich doskonalenie.

Na razie e-czytniki mają nieliczni. Mediamark Research & Intelligence szacuje, że w Stanach Zjednoczonych jedynie 2,1 mln osób (ok. 8%)  posiada urządzenia typu Kindle. Co więcej, są to głównie mężczyźni, zwykle dobrze wykształceni i zarabiający więcej niż przeciętną pensję. To według mnie wyraźnie wskazuje, że mała popularność e-czytników spowodowana jest ich wysoką ceną. Jestem jednak przekonana, że to zacznie się wkrótce zmieniać. Kiedy cena Kindle'a spadnie do powiedźmy 30-40 funtów (obecnie najtańsze kosztują ponad 100 GBP), zdecydowanie przybędzie użytkowników elektronicznych książek. Innym problemem jest to, że czytniki nie są powszechnie dostępne na wielu znaczących rynkach. To jednak też się za kilka lat będzie wyglądało zupełnie inaczej.

Nie chcę jednak powiedzieć, że za, powiedzmy, 3 lata co druga osoba będzie używała Kindle’a (czy podobnego urządzenia). E-czytnik służy, bynajmniej na razie, głównie do czytania, a to zajęcie, nie ukrywajmy, nie jest tak częstą czy powszechnie wykonywaną czynnością jak dzwonienie czy wysyłanie smsów. Dlatego przeznaczenie e-czytników jest w pewien sposób ograniczone tylko do grupy czytających. Zresztą przeprowadzone we wrześniu amerykańskie badania The Harris Poll pokazują, że e-czytniki mają głównie ci, co czytają więcej niż przeciętnie, a osoby, które nie kupiły żadnej książki w ciągu 12 miesięcy nie kontemplują myśli o zakupie Kindle’a czy innych urządzeń. To może się jednak zmienić, jeżeli zmieni się charakter urządzenia, co zresztą nie wydaje mi się takie nieprawdopodobne (a wtedy może rzeczywiście co druga osoba za kilka lat będzie posiadaczem takiego urządzenia). W tej chwili e-czytniki mogą być non-stop podłączone do internetu, można na nich korzystać z przeglądarek, więc stają się powoli lżejszą i mniejszą wersją przenośnego komputera. Mogą też dobrze zastępować poranną prasę, bo prenumeratorzy gazet np. New York Timesa mogą liczyć na to, że dostaną nowe wydanie, jak tylko zostanie ono udostępnione (numer zostaje przesłany na Kindle'a automatycznie, a użytkownik w tym czasie może jeszcze smacznie spać).

Kindle

Na razie tyle przepowiedni. Napisałam, że Kindle ma dużo zalet, więc pokrótce kilka słów o nich:

Zalety

1. E-czytnik to nie komputerowy monitor, więc czytanie z niego nie męczy oczu tak jak czytanie na laptopie. Kindle wykorzystuje technologię e-tuszu i rzeczywiście stara się imitować drukowanie liter na papierze. Wadą (nie wiem, czy wada jest dobrym tutaj określeniem) jest to, że do czytania potrzeba nam światła: lampki czy słońca.

2. Wielkość liter można sobie dowolnie zmieniać. To uważam za dużą zaletę, bo przyznam szczerze, że po trzech miesiącach zarwanych nocy wolę zdecydowanie czytać teksty drukowane większymi literami (a papierowe wydania typu Large Print są, nie ukrywmiajmy, zwykle wielkie i ciężkie).

3. Waga: Kindle jest lekki jak piórko. Waży jedyne 250 gramów, więc naprpawdę nawet nie czuję, że mam go w torebce. Czasy obolałych pleców od noszenia książek chyba bezpowrotnie minęły (choć wspominam je z sentymentem, zwłaszcza te studyjne, kiedy torba nigdy mi się nie dopinała :)

4. Pojemność: cóż, w Kindle'u można mieć całą bibliotekę! Gdybym miała elektroniczne wersje wszystkich posiadanych przez nas w domu książek (a mamy ich ok. tysiąca), to mogłabym je wszystkie nosić ze sobą na 250-gramowych urządzeniu. Magia, prawda?

5. Podręczny słownik: mój Kindle wyposażony jest w dwa słowniki: amerykański angielski i brytyjski angielski. Wystarczy, że postawię kursor przed słowem, a momentalnie pojawia mi się jego definicja u góry albo na dole ekranu. Świetne! Nie muszę ruszać się z miejsca, żeby poznać znaczenie wybranego słowa. Co więcej sprawdzanie wyrazów w słowniku jest teraz bardzo przyjemne. Jeżeli wkrótce będą dostępne inne słowniki językowe, to będzie jeszcze lepiej. Może w końcu zacznę z powrotem czytać książki po włosku. Byłoby cudownie.

6. Notatki, zaznaczanie cytatów: pewnie dobrze znacie to uczucie frustracji, kiedy coś ciekawego przychodzi wam do głowy podczas czytania i chcecie to zapisać na marginesie, ale okazuje się, że ołówka ani śladu. Próbowaliście pisać długopisem? Hmmm, ja nie lubię (od biedy stawiam wtedy kropkę przy interesującym akapicie). Z Kindle ten problem nie istnieje, bo notatki można robić zawsze, używając klawiatury poniżej ekranu. Pisze się całkiem nieźle, ale na pewno nie tak szybko jak na komputerze. Klawiatura z pewnością będzie się w przyszłości zmieniać i stanie się łatwiejsza w obsłudze.

Urządzenie gromadzi cytaty w jednym miejscu. Można łatwo do nich powrócić (znowu jeden przycisk zamiast wertowania stron). Co więcej, można je przekopiować na komputer i edytować. Można też się nimi wymienić z innymi użytkownikami. Kindle podkreśla, że zamierza skupić się bardziej na budowaniu społeczności czytelniczych wokół tekstów. Jak na razie z tego nie skorzystałam, ale kto wie: może przy którejś z kontrowersyjnych książek włączę się w dyskusję na Kindle blogs?

7. Przewracanie stron: bardzo proste, wystarczy przycisnąć klawisz po prawej bądź po lewej stronie. Do wykonania łatwo jedną ręką, co jest dla mnie wielką zaletą. Zwykle czytam, kiedy mała Isabel śpi na mnie (a potrafi spać parę godzin), więc jedną ręką ją obejmuję, a drugą trzymam e-czytnik i przewijam strony.

8. Nabywanie nowych książek:  nie wiem, czy powinnam umieścić to w zaletach czy w wadach, bo kupowanie nowej książki to dosłownie jeden przycisk i w kilka sekund (!!!) książka pojawia się na Kindle'u a konto bankowe chudnie. Wystarczy mieć założone konto na Amazonie. Zakupy są zatem błyskawiczne, co jest hm... dość niebezpieczne... :)

9. Wygoda: na Kindle'a można sobie zgrać inne dokumenty, teksty, książki i czytać, czytać, czytać...

10. Poczytaj mi: Kindle ma też funkcję text-to-speech, czyli może poczytać tobie wybrane teksty. Z tej opcji jeszcze nie korzystałam. Przyznam szczerze, że podobnie jak w przypadku audiobooków potrafię się szybko rozkojarzyć, jak słucham czytanego tekstu, więc wolę czytać samemu po cichu.

Mój Kindle

Czytając z Kindle'a angielską zimą nad morzem...

Muszę powiedzieć, że pomimo tylu zalet, dostępne na rynku czytniki to dopiero raczkujące urządzenia. Jest wiele rzeczy, które producenci powinni i z pewnością będą ulepszać. Jeżeli chodzi o Kindle'a, to za największe wady uważam następujące rzeczy:

Wady

1. Ekran: jest czarno-biały, niewielki. O ile tekst wygląda na nim nieźle, o tyle zdjęcia już bardzo kiepsko. Myślę, że w przyszłości to się zmieni. Będziemy pewnie korzystać głównie z kolorowych e-czytników, na których zarówno zwykły tekst, jak i multimedia będą wyglądać bardzo atrakcyjnie.

2. Kształt: Kindle wygląda jak szara tabliczka. Czy nie lepiej byłoby korzystać z czytnika, który miałby rozkładane dwa ekraniki (ala otwarta książka?) Na jednym moglibyśmy mieć właśnie czytany tekst, a na drugim notatnik albo główną stronę z wszystkimi dostępnymi opcjami?

3. Formaty/prawa autorskie: to duży problem. Wydawcy wciąż próbują forsować takie kontrakty z autorami, za sprawą których elektroniczne wersje książek dostępne są jedynie w wybranym formacie, a przez to na jednym typie czytnika. Przez to nie wszystkie książki można czytać na Kindle'u. Mam nadzieję, że to się wkrótce zmieni i tekst będzie wolny od "wyboru" czytnika.

4. Tylko na sucho: Kindle jak każde inne urządzenie elektroniczne nie lubi wody, więc czytanie w wannie zupełnie odpada. Szkoda...

5. Kartkowanie: nieprzyjemne - żeby dotrzeć do wybranego momentu, trzeba przyciskać klawisz "next" aż dotrze się na miejsce. Jeżeli książka jest gruba, to zajmuje to trochę czasu.

6. Brak narodowych słowników - na razie możliwe jest korzystanie tylko z angielskiego. Byłoby świetnie, gdyby inne języki też były dostępne.

7. "Brak okładki": żeby zamknąć Kindle'a, wystarczy przesunąć dolny przycisk (wtedy pojawi się wygaszacz ekranu), ale urządzenie wciąż będzie "odkryte" i wciąż może nadziać się na coś w torebce (klucze, ołówek, długopis, mokre rękawiczki). Wolałabym, żeby było zamykane (żeby Kindle był rozkładany i zamykany). Co prawda dostępne są  skórzane czy materiałowe "okładki" dla Kindle'a, ale to nie to samo, a poza tym są koszmarnie drogie.

8. Połączenie z internetem: za każdym razem, kiedy chcę skorzystać z sieci na Kindle'u, muszę się ręcznie połączyć. To mało wygodne. Poza tym nie wszystkie strony dobrze działają pod Kindlem (np. Nie sposób korzystać z Gmaila).

9. "Brak czułego ekranu": czasami aż się prosi, żeby zamiast szukać klawisza poniżej ekranu, móc po prostu kliknąć paluchem na ekranie, żeby dostać się do głównej strony Kindle'a czy jakiejś innej opcji. Myślę, że to się zmieni i za jakiś czas e-czytniki będą miały dotykowe ekrany.

10. Last but not least: wysoka cena. W tej chwili e-czytniki są zdecydowanie za drogie na to, co sobą prezentują. Nie będę jednak wielką profetką, jeżeli powiem, że to pewnie zmieni się najszybciej. Wcale nie zdziwiłabym się, gdyby za kilka lat nie tylko były tanie, ale jeszcze dostępne w mnóstwie kolorów, kształtów, tworzone przez całą masę producentów.

Ania i Isabel nocą

Nawet w takich momentach bliskości można połypać w ekran e-czytnika

Jeżeli miałabym powiedzieć, co jest dla mnie największą różnicą między czytaniem książki drukowanej a elektronicznej, to wskazałabym przede wszystkim na brak numeracji stron i brak poczucia długości czytanego tekstu. Na Kindle'u czyta się w procentach (np. Mam za sobą 38% "Hare with Amber Eyes", ale to nic mi nie mówi - nie mam pojęcia, jak długa jest ta książka i jak wygląda w druku. Dziwne uczucie :)

Poza tym przyjemność czytania jest właściwie taka sama. Dlatego nie dziwi mnie, kiedy dowiaduje się, że w zeszłorocznym badaniu użytkowników e-czytników wykonanych przez The Harris Poll, połowa badanych powiedziała, że urządzenia typu Kindle w ogóle nie zmieniły ich czytelniczych nawyków. Posiadany Kindle z pewnością nie zmienił moich. Jestem niemalże w połowie czytania jednej książki, a już myślę, co chciałabym przeczytać później (i mam długą listę lektur :)

Nad jednym się tylko zastanawiam: jak będą wyglądały biblioteki, kiedy upowszechnią się e-czytniki? Czy książki bezpłatnie wypożyczane z biblioteki będą dostępne na naszych urządzeniach przez określony okres czasu a potem przestaną być dostępne do czytania? Czy może oferowana w e-formacie będzie tylko klasyka a za nowości trzeba będzie płacić niewielką cenę (np. 50 pensów)? Tylko czy to wtedy nie zabije księgarni sprzedających książki za o wiele wyższą cenę?

Myśląc o tym wszystkim, wcale nie chcę powiedzieć, że za kilka lat nie będzie można wypożyczać książek drukowanych. One z pewnością wciąż będą dostępne. Nie wieszczę żadnej zagłady słowa drukowanego, choć przyznam, że czasami wydaje mi się, że współczesna dyskusja o wyższości książki papierowej nad elektroniczną może mieć coś z hipotetycznej dyskusji, jaką mógłby poprowadzić średniowieczny skryba wykonujący piękne rękopisy z XVI-wiecznym drukarzem.

A co Wy sądzicie o e-czytnikach i przyszłości rynku książek? Czy myślicie o korzystaniu z urządzeń typu Kindle?

czwartek, 06 stycznia 2011

Zapowiedzi książkowePrzez Święta udało mi się nadrobić zaległości w lekturze czasopism i codziennej prasy. Choć nie przepadam za weekendowymi wydaniami brytyjskich gazet, świąteczne edycje okazały się całkiem interesujące, zwłaszcza z tego względu, że zdradziły kilka wydawniczych planów na 2011 rok. O artystycznych zapowiedziach pisałam wcześniej, teraz czas na książki:

Aravind Adiga "Last Man in Tower"
Druga powieść zdobywcy Bookera z 2008 roku. Z Delhi przenosimy się do Mumbai. Tym razem autor za bohaterów wybrał sobie mieszkańców dużego bloku w wielkiej metropolii. Powieść pojawi się w czerwcu (wyd. Atlantic). Nie będę czatować pod księgarnią, bo przyznam szczerze, że poprzednia książka Adigi "Biały Tygrys" nie zrobiła na mnie wrażenia.

Alan Bennett "Smut"
Ta książka pełna ironii i cierpkiego humoru ma opowiadać dwie historie, których bohaterkami są kobiety w średnim wieku. Książkę przygotowuje do publikacji Faber/Profile na maj br.

Margaret Drabble "A Day in the Life of a Smiling Woman"
Penguin Classics proponuje w maju coś dla miłośników prozy Drabble. Tym razem będzie to zbiór opowiadań. Kto niecierpliwy, może zajrzeć do świątecznego wydania magazynu "Spectator", gdzie ukazało się jedno opowiadanie z tej kolekcji (polecam!). Ciekawe, czy siostra Drabble – AS Byatt – też coś w tym roku opublikuje nowego?

AC Grayling "The Good Book: A Secular Bible"
W tym roku najbardziej znane i najbardziej poważane, angielskie wydanie wydanie Biblii – King James Bible – obchodzi swoje 400 urodziny. Dlatego w 2011 spodziewać się możemy licznych publikacji dotyczących bądź nawiązujących do Starego i Nowego Testamentu. Wydawnictwo Cape pokusiło się o wydanie książki Graylinga, która ma stanowić świecką alternatywę dla Biblii. Zobaczymy. Publikacja ukaże się w kwietniu a jej promocja odbędzie się na Literackim Festiwalu w Oksfordzie.

Alan Hollinghurst "The Strager’s Child   
Siedem lat po otrzymaniu nagrody Bookera Hollinghurst wydaje nową powieść. Podobno ma być obszernych rozmiarów i opisywać losy dwóch rodzin na przestrzeni XX wieku. Na rynku pojawi się w maju nakładem wydawnictwa Picador.

Jane Harris "Gillespie and I"
Harris, nominowana do nagrody Orange za jej wcześniejszą powieść "The Observations"pojawi się na rynku ponownie w maju. Faber and Faber publikuje jej kolejną książkę, tym razem traktującą o tajemniczej przyjaźni.

Haruki Murukami “IQ84"
To zapowiedź na jesień tego roku, bo dopiero na wrzesień wydawnictwo Chatto & Windus planują publikację tej powieści.

Michael Ondaatje "The Cat’s Table"
Jeszcze późniejsza zapowiedź, bo dopiero październikowa. Wydawca – Jonathan Cape – nie zdradza jeszcze wiele.

Joyce Carol Oates "A Widow’s Story"
Nie powieść, ale prywatne zapiski. Oates opowiada o tym, co się z nią działo po stracie męża. Książka ukaże się w kwietniu nakładem wydawnictwa Fourth Estate.

Przyznam szczerze, że najbardziej czekam na Drabble i Hollinghursta. Zaintrygowała mnie również "The Good Book". To są co prawda tylko wstępne zapowiedzi. 2011 z pewnością przyniesie o wiele więcej interesujących publikacji (w liście powyżej nie ma na przykład żadnych tłumaczeń). Czy wiecie, co planują polscy wydawcy na ten rok?

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...