sobota, 28 lutego 2009
BabilonMiasta Babilon nie ma od dwóch tysięcy lat. Znikło wraz z umierającym mocarstwem, rozszarpane przez Persów i Macedończyków. Po jednej z największych metropolii starożytności, pyszniącej się wiszącymi ogrodami, solidnymi murami z wizerunkami lwów i smoków, ginącym w niebie zigguracie, pozostał dla zdumionych archeologów płaski teren, pałac Sadama Husseina i... obóz wojskowy Amerykanów, którzy rozpanoszyli się tam w 2003 roku. Miasta nie ma, ale jego mit, a raczej mity, niezwykle silnie tkwią w wyobraźni od stuleci. Czy wiszące ogrody rzeczywiście istniały? Gdzie stała wieża Babel? Czy babiloński władca Nabuchodonozor na pewno oszalał? Czym żył Babilon i dlaczego Bob Marley o nim śpiewał? Czy miasto zasłużyło sobie na to, by stać się symbolem grzechu i rozpusty, ucieleśnieniem ludzkiej pychy? Przez stulecia mnożyły się pytania o Babilon. British Museum wspólnie z berlińskimi muzeami i paryskim Louvrem stwierdziły, że wiadomo już na tyle dużo, że można przygotować o tym wystawę.

Londyńska wystawa "Babylon – myth and reality" nie tylko jednak zderza wiedzę o starożytnym mieście z jej wybujałym mitem, co też pokazuje, jak sam mit przemieniał się w czasie i przestrzeni: jak wieża Babel przybierała kształty smukłego kościoła na średniowiecznych manuskryptach, potem owalnego Koloseum w XVII wiecznym malarstwie, następnie zigguratu, by w XX-wiecznej sztuce stać się wieżą z biurowcami czy zwyczajnie budowlą z butów...

Kapłan babiloński
Efektownie przygotowana, utrzymana w dość kameralnej przestrzeni wystawa wprowadza w świat odległy o tysiąclecia, próbując zrekonstruować życie miasta. Żeby wyobrazić sobie jego ogrom, trzeba pamiętać, że była to 26 wieków temu stolica imperium rozciągającego się od Zatoki Perskiej do Gazy, od gór armeńskich do pustyń północnej Arabii. Usytuowane nad Eufratem miasto otaczały kilkunastometrowej grubości mury. Do pałacu władcy wiodła droga procesyjna, też z szerokimi murami po obu stronach wykładanymi glazurowaną cegłą, lśniącą na niebiesko i żółto, przedstawiającą potężne smoki i lwy. Przez bramę Isztar, wielką i migocącą kolorami pustyni i nieba, wchodziło się do środka. Za pałacem widniał olbrzymi ziggurat Etemenanki – Fundament Nieba i Ziemi – w kształcie monstrualnej wieży, składającej się z wielu pięter, zakończonej płaskim dachem. Ile ich dokładnie było nie wiadomo. Nabuchodonozor II, władca Babilonu z okresu jego świetności, kazał wyłożyć ostatnie piętro ciemno-niebieską cegłą tak, żeby łączyło się kolorystycznie z niebem. Sam ziggurat budowano przez całe stulecie, przerywane wojnami i konfliktami w mieście. Długi okres budowy najpewniej był inspiracją dla biblijnej historii o wieży Babel. W V w. p.n.e., kiedy Babilon był pod perskim władaniem, król Kserkses zdemontował znakomitą część zigguratu i przeniósł ją do innego miasta jako triumfalny łup. Później za czasów Aleksandra Wielkiego budowlę doszczętnie zniszczono, ale właśnie z zamiarem, by ją odbudować. To się jednak nigdy nie wydarzyło.

Smok babilońskiOgrom Babilonu rodzi się w wyobraźni, jak przechodzi się od jednej małej sali wystawy do drugiej, oglądając jedynie urywki czegoś, co kiedyś rozciągało się metrami w górę i kilometrami w szerz. British Museum nie ma olbrzymich fragmentów babilońskich murów, którymi dysponuje berlińskie Muzeum Pergamońskie. W Londynie potęgę antycznej stolicy odtwarza się z miniaturowych modeli i fragmentów murów wyłożonych glazurowaną cegłą przedstawiającą groźne zwierzęta. Londyńska wystawa ma za to sporo przedmiotów z życia codziennego, tabliczek glinianych z mapami, instrukcjami, spisem warzyw z królewskiego ogrodu (dla babilońskich władców rosły m.in. czosnek, cebula, por, przyprawa kusibi, roślina zwaną "pośladkiem niewolnicy"... ), wróżb i historycznych zapisów (niektórych z nich można posłuchać – wystawa oferuje również nagrania z deklamacjami w oryginale i angielskimi tłumaczeniami – naprawdę warto przystanąć i posłuchać).

W ramach wystawy przygotowano również dwa katalogi – jeden krótki, pokazujący najważniejsze aspekty Babilonu i drugi, pięknie przygotowany opowiadający historię antycznego miasta, późniejsze zmagania archeologów, narodziny mitów i ich współczesne przedstawienie. Naprawdę warto nabyć ten większy – jest fascynujący, bo okazuje również to, czego na wystawie zobaczyć nie można!
 
Babilon myth and reality
Autorzy katalogu malują obraz Babilonu pełnego świątyń. Największa – Esagil (Dom, którego Szczyt jest Wysoko) istniała już w 1850 r. p.n.e. Stanowiła najświętsze miejsce w całej metropolii i oddana była bogowi Mardukowi. Wewnątrz zdobiona złotem, srebrem, kamieniami szlachetnymi przedstawiała wizerunki monstrualnych zwierząt: smoków, jaszczurów, lwo-demonów, bizonów, sfinksów, kozło-ryb. Obok Esagila był dziedziniec, gdzie pomniejsi bogowie zbierali się z okazji uroczystości nowego roku, by złożyć hołd Mardukowi i Nabu.

Życie w Babilonie znamy z tekstów, listów, odszyfrowanych w XIX wieku głównie przez niemieckich badaczy, przedstawiających świat, w którym jednostka nigdy nie była oceniona sama w sobie, gdzie życie ludzkie było tanie, a jego długość ograniczona. To życie znane tylko z urywków, świat, do którego nie mamy już dostępu.

Tabliczka gliniana, BabilonW Babilonie nauka pisania nie była powszechna, dostępowali jej tylko wybrani. Literatura była w przeważającej większości anonimowa, osobiste wyznania były rzadkością. Tabliczki z pismem klinowym zdradzają życie wyższych sfer, życie dworu, potrzeby armii, wymogi religii i znaczenie ekonomii.
Język babiloński nie zawiera słowa religia a oznacza to tyle, że to, co my dziś nazywamy religią w antycznym Babilonie było po prostu nieodzowną częścią życia, nie musiało mieć nazwy.

Ważnym aspektem życia było przepowiadanie przyszłości, sięgające korzeniami do 3 tysiąclecia p.n.e. Horoskopy sporządzano dla dzieci, żeby określić, jakie będzie ich życie i predyspozycje. Jedna z tabliczek klinowych, którą posiada British Museum, opisuje:

Jeżeli dziecko zostanie poczęte, kiedy słońce jest w fazie 5x4, a księżyc w 5-tej... Jowisz i Mars w 5 są pożądane. Takie dziecko zostanie królem.
(...)
Merkury w łonie matki... oznacza, że dziecko będzie dotknięte trądem.


Ważne było też wyjaśnianie snów. Kiedyś władcy spali w świątyniach, żeby doświadczyć proroczych snów. Ok. 1 tysiąclecia p.n.e. wyjaśnianie snów zostało udostępnione również dla ludu. Po takie usługi chodziło się do profesjonalnego wróżbity.

To, w jaki sposób unicestwiona przez czas metropolia funkcjonuje w wyobraźni do dziś, to w dużej mierze zasługa Starego Testamentu i zbiorów opisów wykonanych przez starożytnych greckich historyków. Biblia opowiada o tym, jak Nabuchodonozor ograbił Jeruzalem, zburzył świątynię, zabił wielu mieszkańców miasta a pozostałych wywiózł w niewolę (mówi o tym Psalm 137: Śpiew wygnanych zaczynający się słowami "Nad rzekami Babilonu, tam myśmy siedzieli i płakali, kiedyśmy wspominali Syjon." Znana w popkulturze piosenka Boney M. "Rivers of Babilon" traktuje o tym).
Zburzenie świątyni i niewola babilońska postrzegane są jako jedne z najważniejszych wydarzeń w historii świata, chociaż dla samego Nabuchodonozora miały niewielkie znaczenie. W oczach starotestamentowych profetów Babilon stał się symbolem zła i grzechu.

Babilon, film Babilon, film, Hollywood
Babilon powraca w księdze Apokalipsy jako Miasto Grzechu. W tym czasie, kiedy księga jest pisana, Babilon już nie istnieje. Pod płaszczykiem antycznej metropolii kryje się rzymskie imperium. Upadek Babilonu ma być przepowiednią dla upadku Rzymu. To jedna z pierwszych zastosowań nazwy Babilon w odniesieniu do innego miasta. Później Babilonem nazywane były XIX-wieczny Paryż, wiktoriański Londyn, dzisiejszy Nowy Jork, Las Vegas czy Tokio...

Babilon to nie tylko symbol zgniłych zasad, dóbr ziemskich, grzechu i korupcji. Z miastem kojarzona jest również wieża – symbol ludzkiej pychy i głupoty. I takiemu obrazowi winna jest również Biblia.

Najwcześniejsze reprezentacje biblijnej wieży Babel pochodzą z europejskiego średniowiecza. W XI wieku wieża pojawia się w manuskryptach, oczywiście kształtem przypominająca ówczesne wieże kościołów. Jedna z najbardziej znanych i niezwykle efektownych reprezentacji to późniejsza wieża Piotra Breugla Starszego. Malarz wykorzystał Antwerpię jako punkt wyjścia, pokazując współczesne znaczenie mitu. Za pierwowzór wieży Breugel użył rzymskiego Koloseum – nie on pierwszy na nim wzorował babilońską wieżę, ale to właśnie dzięki niemu takie przedstawienie stało się szalenie popularne.

wieża Babel w średniowieczu Wieża Babel Breugle'a
Bardzo ciekawa jest wieża Maartena van Heemskercka z XVI wieku – ta z kolei przypomina już antyczny ziggurat. Heemskerck studiował antyczne greckie opisy budowli i na ich podstawie namalował budowlę.
Współczesna wieża Babel Współczesna wieża Babel 2

Na wystawie starsze przedstawienia Babilonu widnieją głównie na reprodukcjach bądź fotografiach. Jedynie przykłady ze sztuki współczesnej są oryginałami. Oprócz obrazów i fotografii dostępne są również filmy o Babilonie z XX wieku (m.in. film Langa o pomieszaniu języków, alienacji człowieka, niemożliwości porozumienia). Dodatkowo, można obejrzeć klipy muzyczne nagrań piosenkarzy ruchu Rastafari, gdzie Babilon, Syjon, niewola i wybawienie nabierają nowego znaczenia. To chyba jeden z największych i najbardziej zakasujących przykładów siły babilońskiego mitu, który podróżując w kulturach judaistycznej i chrześcijańskiej na Bliskim Wschodzie i Europie dociera aż na Jamajkę, walczącą o równouprawnienie rasowe.

Wystawa kończy się gorzką refleksją nad obecnym stanem babilońskich ruin. Film z 2006 roku pokazuje, do czego doprowadziły niepohamowane zamiary Sadama Husseina, żeby Babilon odbudować w ramach propagandy krzewienia dumy narodowej wśród Irakijczyków, potomków starożytnej cywilizacji (Hussein miasto odbudowywał według własnej wizji, dodając m.in. kiczowaty pałac na wzgórzu). W kwietniu 2003 roku przy terenie wykopalisk zaczęły stacjonować wojska amerykańskie. Mury zostały ostrzelane, zbiorniki zatrute, części miasta zalane benzyną.

To jednak głównie zmartwienie archeologów. Między rzeczywistym miastem a jego obrazem w mitach istnieje tak duża przepaść, że prawdziwa historia musi ustąpić głęboko zakorzenionym wyobrażeniom. Cieszę się, że współczesne muzea postanowiły pokazać, jak do tego doszło.

Model miasta Babilon Babilon dzisiaj
Wystawa trwa do połowy marca, więc tym którzy nie widzieli, gorąco polecam. Spieszcie się! Tym, którzy nie dotrą, a chcieliby zobaczyć polecam program o wystawie Babylon myth and reality
 
czwartek, 26 lutego 2009

W pracy mordęga, na dworzu zimno... czas na wieczór w pubie. Nie są moim ulubionym rodzajem lokalu – wolę kontynentalne kawiarenki. Do niedawna zamroczone dymem papierosów, teraz straszyć potrafią już tylko tandetnym wystrojem, lepkimi od piwa stolikami czy przelewającym się z kufla alkoholem (zgodnie ze zwyczajem, że nalewa się dosłownie do pełna, że jak się niesie do stolika, to spływa po palach). W Oksfordzie jest tylko kilka pubów, do których wpadam z ochotą, bo mają ciekawą atmosferę i nie męczą cały dzień rozgrywkami piłki nożnej. Najbardziej lubię te nad rzeką w lecie, do których można podpłynąć łódką i wypić piwko na trawie. To na razie odległe marzenie, więc póki po wieczorami odwiedzam te w centrum. Zatem "cheers!" – za upragnione nadejście wiosny.

Pub angielski, Cinnor, Wielka Brytania
poniedziałek, 23 lutego 2009
Slumdog Millionaire, scena finalnaNajnowszy film Danny'ego Boyle'a jest rozczarowaniem i muszę przyznać, że zaskakuje mnie liczba nagród, którą zdobywa. Fabuła nie jest mocna, obrazy Indii to w dużej mierze stereotypy a dialogi są chwilami bardzo cienkie. Tym razem Boyle zaserwował mało ciekawy patchwork hollywoodzko-bollywoodzki, który w niewyszukany sposób gra na emocjach ludzkich: straszy slumsami, porywa żywą muzyką (tutaj temperamentem przypomina Trainspotting) i ostatecznie koi tanecznym, szczęśliwym zakończeniem.

Szkielet historii jest prosty, więc mam wrażenie, że reżyser próbuje nadrobić to uwikłaniem opowiadania. Fabuła bazuje na strukturze głupkowatego quizu "Milionerzy" (jego indyjska wersja nazywa się Kaun Banega Crorepati). Młody chłopak ze slumsów w Bombaju, pracownik ogromnego call centre (gdzie pracuje jako roznoszący herbatę) bierze udział w show w nadziei, że przez to zwróci uwagę utraconej w dzieciństwie Latiki. Na każde pytanie odpowiada dobrze, a każda odpowiedź wiąże się z jakimś jego doświadczeniem sprzed lat. Żeby przełamać ten schemat, który po którymś pytaniu staje się już nużący, reżyser przerywa grę – bohater zostaje uwięziony i torturowany przez policję pod pretekstem, że oszukiwał w quizie. Sceny przemocy są pokazane dość naturalistycznie, zakończenie filmu utrzymane jest z kolei w dość bajkowej narracji – bohater odzyskuje ukochaną i wspólnie zaczynają tańczyć jeden z bollywodzkich klasyków na peronie stacji. Zmiana konwencji jest dość nieudana i powoduje, że film nie ma większego sensu ani jako realistyczny portret ani jako bajkowy melodramat.

Slumdog Millionaire Boyle'a
Inna sprawa to samo przedstawienie Indii. Po Boyle'u oczekiwałabym głębszego obrazu. Tymczasem to, co dostaję, to przede wszystkim stereotypy: niekończące się slumsy, olbrzymie call centre, Taj Mahal, głupich turystów, korupcję i bollywodzką gwiazdę. Szkoda, bo Indie mają o wiele więcej do zaoferowania, nawet tym, co przyjeżdżają po raz pierwszy i na niedługo. Indie to kraj rozmaitości, gdzie kontrasty i kolory naturalnie mieszają się ze sobą, tworząc złożony obraz.

Wreszcie same dialogi są miejscami sztuczne i nadrabiają niedociągnięcia szybko zmieniających się wydarzeń. Szef gangu żyjącego z wykorzystywania bezdomnych dzieci (niektóre oślepia, bo niewidome są w stanie zarobić więcej z żebrania niż inne) w pewnym momencie w sytuacji grozy tłumaczy się bohaterowi (który jest dzieckiem), do czego zamierza wykorzystać jego przyjaciółkę. Padają słowa w tylu "Kiedy tą dziewicę wydam za mąż, dostanę setki rupii". Uch, aż trudno oddychać z tej sztuczności.

Boyle stworzył coś, co artystycznie jest cienkie, ale ma wszelkie predyspozycje do pogłębiania komercyjnego sukcesu: kolorowe zdjęcia, szybką muzykę, mieszankę przemocy z romansem.
Bezdomne dzieci, dworzec Agra, Indie
Bezdomne dzieci na dworcu w Agrze, Indie północne, styczeń 2009

C. uciekła z Rumunii jako nastolatka. Jej ojciec był opozycjonistą. Trzymał się nieźle wobec naporów komunistycznej władzy aż do momentu, kiedy jeden z milicjantów sam mu powiedział, że musi wyjechać. Inaczej będzie po nim i po całej rodzinie. Wyjechali w pośpiechu w 1989 roku. Pierwszym etapem ucieczki były Włochy, stamtąd dostali się do Stanów Zjednoczonych już ze statusem uchodźcy. Mieszkali w podłych warunkach, ale byli wolni. Trzy tygodnie po wyjeździe upadł komunizm w Rumunii. Potem wszyscy pamiętają pokazowy proces przywódcy partii - Ceauşescu i jego egzekucję transmitowaną w telewizji. Ani C. ani jej rodzina nie chciała wracać. Żeby przeżyć, C. na początku szorowała klozety w domu starców. Przez całe dwa tygodnie nie mogła przestać wymiotować. Schudła tyle, że wylądowała w szpitalu. Nie dała za wygraną. Skończyła szkołę średnią a potem uniwersytet. Została poetką. Pisze po angielsku. To jej język, nie rumuński.

Z C. siedzimy przy obiedzie i rozmawiamy o tym wszystkim. Ona jest starsza ode mnie. Komunizm mocniej wtargnął w jej życie, a właściwie o mały włos jej go nie pozbawił. Ja byłam malutkim dzieckiem, kiedy trwały strajki w Gdyni. Jako dwulatka rodzice zabierali ze sobą, jak nieśli żywność wujkowi, który strajkował. To jednak nie są moje wspomnienia, ja tego zwyczajnie nie pamiętam. One należą do moich rodziców. Ich historie są pełne dramatycznych obrazów: czołgów wjeżdżających do Gdyni Orłowa, pociągu podmiejskiego, który przestał się zatrzymywać na stacji Gdynia Stocznia. Do tego dochodzi wyprawa mamy z ciotką podczas stanu wojennego na wieś do babki po żywność, bo wszystkiego zabrakło w sklepach. Pojechały pociągiem w strachu, bo wtedy nie można było się przemieszczać. Babka zorganizowała mięso, trzeba było je tylko jakoś ukryć i przewieść z powrotem. Babka forsowała sposób na owinięcie mięsa wokół pasa - tak się przewoziło żywność w drugiej wojnie światowej! - przemawiała doświadczeniem. Ostatecznie zawinęto całość w koszyk i w wielkim strachu mama z ciotką przewiozły go absolutnie pustym pociągiem z powrotem do Gdyni. (swoją drogą ciekawie by wyglądały owinięte mięsem w pasie, stojąc w przedziale absolutnie pustym i nagle napotykając władzę w postaci konduktora czy milicjanta...)

Mój obraz z tamtych czasów jest żałośnie przyziemny i bardzo niebohaterski. Jesteśmy z mamą lub babcią na spacerze. Nagle skręcamy szybko do sklepu. Na półkach jest czekoladopodobna czekolada (o tym, że była tylko czekoladopodobna dowiedziałam się dopiero kilka lat później, próbując prawdziwej) i... ocet. Nic więcej. Kolejka robi się błyskawicznie i zaczyna zakręcać za rogiem sklepu. Patrzę na ten przezroczysty ocet w szklanej butelce i na opakowanie czekoladopodobnej z obrazkiem Krakowa. W końcu kupujemy – oczywiście to drugie i oczywiście na kartki.  

Tyle wspomnień w roku, kiedy właśnie mija 20 lat od updaku nieszczęsnego komunizmu. A co Wy pamiętacie?

ps. Ocet wyglądał mniej więcej tak jak tutaj, tylko z jakiś powodów był bardziej żółty.

wtorek, 17 lutego 2009

Wracając z pracy późnym wieczorem, wchłaniam ciepło oksfordzkich budynków. Cieszę się, że nie ma tu nikogo.

Oksford nocą
niedziela, 15 lutego 2009
Każda fascynująca opowieść ma to do siebie, że istnieje przekazywana w wielu wersjach, łatwo poddaje się zmianom szczegółów i zakończeń czy barwnym wtrętom opowiadających. Indyjska legenda o pięknej Mumal i jej kochanku Mahendrze z wrogiego zamku żyje opowiadana na dwa sposoby: jest tragiczna, beznadziejnie niespełniona i jest też taka, co łagodzi serca słuchających szczęśliwym zakończeniem dramatycznych wydarzeń.

Malowidło naścienne, Dungarpur, IndiePonad 800-letni fort w Jaisamlerze, w którego murach zastygała krew tysięcy wojowników próbujących dostać się do środka fortecy, opowiada tę pierwszą wersję legendy. Mumal mieszkała zatem w pałacu nad brzegiem rzeki Kak. O jej pięknie opowiadano w wielu regionach, toteż starających się o jej rękę nie brakowało. Żaden z kandydatów nie przypadł jej jednak do gustu. Pewnego wieczoru w jej komnacie pojawił się Mahendra, syn znienawidzonego przez ojca Mumal władcy. Mahendra marzył o pięknej księżniczce i żeby ją zobaczyć, przekupił panie dworu, które wpuściły go po kryjomu do środka pałacu. Co dokładne urzekło Mumal, nie jest do końca pewne: czy to była odwaga i spryt młodzieńca, czy jego piękna sylwetka czy pasja w jego oczach a może właśnie sama niezwykłość i trudność sytuacji, w której się znalazła – tutaj legendy się rozmijają, a opowiadający w pełni prawnie snują własne przypuszczenia. Co do jednego nie ma wątpliwości: tamtej nocy stali się kochankami.

I tak Mahendra co noc podróżował na swoim koniu do pałacu nad brzegiem rzeki Kak. I co noc, tuż przed brzaskiem sekretnie wymykał się z powrotem. Tak było aż do momentu, kiedy żony w jego haremie, opuszczone i zdradzone, postanowiły dać temu kres. Poluźniły podkowę na jednym z kopyt rumaka Mahendry tuż przed jego nocnym wyjazdem. Mahendra, nic nie podejrzewając, dosiadł konia i ruszył w czarną noc. Daleko nie ujechał, kiedy koń zaczął kuleć. Zdesperowany i spragniony postanowił biec do swojej ukochanej. Tymczasem Mumal wyczekiwała kochanka razem z.. siostrą. Sumal, młodsza o parę lat od księżniczki, przez wiele dni błagała Mumal, by ta pozwoliła jej zobaczyć Mahendrę. Mumal ostatecznie uległa. Wspólnie zaplanowały, że Sumal przebierze się za pałacowego grajka i będzie wspólnie z siostrą czekać na księcia w komnacie. Mahendra się spóźniał, godziny nocy biegły szybciej niż on sam. Kiedy wreszcie dotarł, obie siostry spały, jedna wtulona w drugą. Mahendra oniemiał, widząc kochankę w ramionach grajka. Ruszył z powrotem, a podróż ta była długa, bolesna, okrutna.

Mumal nie miała pojęcia, dlaczego wierny kochanek przestał zjawiać się o umówionej porze. Pisała do niego listy, pytała, błagała, by wrócił, a on nawet nie mógł przemóc się, by listy od niej otworzyć. Bolesna rana paliła i mąciła myśli.

W akcie desperacji Mumal postanowiła pojechać do zamku kochanka. Przebrała się za sprzedawcę precelków i dzięki swojemu wdziękowi i miłej mowie, udało jej się oczarować dwór Mahendry i zdobyć audiencję u niego. Zagrali razem w szachy. Podczas gry Mehandry oczy wezbrały od łez. Blizna na czole przebranej Mumal przypomniała mu o jego utraconej ukochanej. Powiedział o tym Mumal a ta zdjęła przebranie i ujawniła swoją tożsamość. Kochankowie rzucili się sobie w ramiona. Ich serca wycieńczone przez rozłąkę nie uporały się z siłą pojednania i tak zastygli bez życia.

Malowidło naścienne, Dungarpur, IndieTa wersja historii porównywana jest z dramatem o Romeo i Julii. Czar szekspirowskiej opowieści tkwi właśnie w niespełnieniu i samej niemocy wypełnienia, co zresztą pokrewne jest i indyjskiej historii.

Mumal i Mahendra żyją jednak również szczęśliwie w równie silnym i popularnym wariancie legendy, opowiadanym przez lokalnych bardów, którzy często są muzułmanami żyjącymi w Radżastanie "po hindusku".

Cofnijmy się do momentu, kiedy kochankom przyszło zagrać ze sobą na dworze Mahendry i kiedy oczy mężczyzny pokryły się łzami. Wtedy Mumal zdjęła swoje przebranie. Mahendra rozpoznał ją od razu. Rzucili się sobie w ramiona. Uścisk i pocałunek odbyły się poza czasem, bo ziemskie minuty nie oddałyby ich trwania i siły. Kochankowie pojednali się na nowo i na zawsze.

Poboczne wątki dają opowiadającym możliwość snucia o dodatkowych perypetiach. Pamiętajmy, że Mahendra pochodził z wrogiego rodzinie Mumal zamku. Młodzi mogliby zatem walczyć o pozostanie razem wbrew nakazom rodziny. Na drodze mogłyby stanąć i rozsierdzone żony z haremu Mahendry. A to mogłoby łatwo prowadzić do kolejnego rozdwojenia historii. Bolesne otrucie Mumal byłoby równie prawdopodobnym zakończeniem jak szczęśliwe pojednanie z żonami Mahedry, które ustępują przed jej pięknem i wyższością i które w tym momencie w iście bollywodzkim stylu mogłyby wspólnie zacząć tańczyć w finalnym happy endzie.

A co jeżeli do gry między Mumal i Mahendrą w ogóle by nie doszło? Gdyby zraniony władca chciał pozbyć się natrętnego intruza i kazał swoim dworzanom wyrzucić go za bramę? I gdyby ten upadek okazał się śmiertelny dla przebranej za sprzedawcę Mumal?

Opowiadanie historii jest najgenialniejszym ludzkim zajęciem.
czwartek, 12 lutego 2009

Z ogłoszeń matrymonialnych ukazujących się w indyjskiej prasie drwiono już pewnie tysiące razy, bo szokują wyrachowaniem, egzotyką układów społecznych, bezpośredniością. Dla przykładu rodzina przyszłego pana młodego potrafi opublikować w gazecie:

POSZUKIWANA: bardzo piękna, szczupła, urocza, wykształcona posiadaczka Zielonej Karty z koneksjami dla bardzo przystojnego, wysportowanego, pełnego wigoru i elegancji chłopca należącego do Dżat Sików o wysokiej ideologii. Ma licencjat i uprawia jogę. Ciężko pracuje na wspaniałym stanowisku w fabryce Gurgaon. Prześlij zdjęcie i horoskop.*

Mnie z kolei zaciekawiły listy do ekspertów redakcji pism kobiecych. Taka mocno zeuropeizowana a może raczej powinnam powiedzieć zamerykanizowana "Femina" udziela porad z zakresu przyszłości, prospektów małżeńskich i decyzji wyjazdów zagranicznych.

Jasmine Johnson z Maharashtry pisze:

Witam, Obecnie jestem na pierwszym roku licencjatu z handlu i nie wiem, co robić. Interesuję się zarówno projektowaniem mody jak i biznesem. Wydaje mi się, że nie można robić dwóch kierunków jednocześnie. Chciałabym pojechać do Londynu i tam zacząć studia. Czy będę mogła w tym roku wyjechać do Londynu? Proszę pomóż mi wybrać odpowiednią drogę kariery. Urodziłam się 10.02.1989. Dziękuję.

Na list Jasmine odpowiada Aneeta Janas, zajmująca się terapią kolorów:

Droga Jasmine,
Zdecydowanie powinnaś zacząć studia z projektowania mody. Posiadasz mnóstwo kreatywnej energii i powinnaś ją wykorzystać do maksimum w swoim życiu. Kiedy mówię o kreatywnej energii, mam na myśli taniec, śpiew, malarstwo, aktorstwo, projektowanie wnętrz, mody etc. Ogólnie rzecz biorąc, każdą dziedzinę, która wymaga stworzenia czegoś. Biznes nie jest odpowiedni dla ciebie. Nie idź na te studia, bo przez to możesz poczuć się bardzo źle. Używaj dużo brązu, by zbalansować ciało i umysł; i błękitu, żeby uzyskać klarowność myśli. Boże błogosław, Aneeta.

Proszę, problem rozwiązany. Kariera obrana, czas zacząć nosić się na brązowo i niebiesko. Życie jest proste. Równie łatwo załatwia się spawy sercowe. Pisze Archana:

Mam 28 lat. Moja data urodzin to 1.10.1979. Mam depresję, bo chciałabym wyjść za mąż, ale nie otrzymuję satysfakcjonujących propozycji. Obecnie nie pracuję, ale szukam pracy. Proszę powiedź mi, kiedy wyjdę za mąż. Czy jest jakaś możliwość wyjazdu zagranicznego po ślubie?
Z wyrazami szacunku, Archana

A odpowiada jej Anita Malwi, spec "Feminy" od kart tarota:

Droga Archano,
Przeżywasz teraz zastój w swojej karierze zawodowej. Sytuacja polepszy się za rok. Wyjdziesz za mąż najpewniej za dwa lata. Są widoki na wyjazd zagraniczny po ślubie i na to, że będziesz tam szczęśliwa. Bądź zatem cierpliwa przez następne kilka miesięcy zarówno jeżeli chodzi o twoją karierę jak i plany małżeńskie. Przygotuj się na podjęcie pracy w przyszłym roku. Z wyrazami szacunku, Anita

Nic, tylko czekać na wypełnienie się przepowiedni...

* Anons cytuję za W. Dalrymple, City of Djinns. A Year in Delhi, London 2005, s. 205.

środa, 11 lutego 2009
Polskiej prasy wydawanej na Wyspach jest podobno imponująco dużo. Słyszałam też, że to miasto Reading wiedzie prym w polskojęzycznych publikacjach w Anglii, podobnie jak w otwieraniu polskich sklepów na jednej ulicy, nielegalnym łowieniu karpi przed Bożym Narodzeniem i pewnie jeszcze masy innych rzeczy. W Reading byłam tylko raz spotkać się z polską koleżanką z Londynu (Reading jest mniej więcej w połowie drogi między Oksfordem a stolicą), ale jakoś nadmiar polskości mnie tam nie uderzył. Zresztą nie o Reading chciałam pisać.

Rodzime gazetki nigdy mnie specjalnie nie interesowały, więc nie śledziłam ich rozwoju, ale przyznam, że w tym tygodniu zaintrygował mnie The Polish Observer, którego znalazłam w oksfordzkiej kafejce internetowej. Gazeta jest darmowa a przykuwający wzrok żółty kwadrat w prawnym górnym rogu oznajmia, że to pisemko jest "ofiarowane przez Western Union Money Transfer". Nie mam pojęcia, co to rzeczywiście oznacza i na jakiś zasadach ta umowa istnieje. Pewne jest jednak to, że ofiara Western Union pełna jest błędów i makabrycznych potknięć. Żeby wspomnieć tylko kilka:

Na pierwszej stronie zajawka tekstu zatytułowanego "Wszystko tkwi w pięknie!" o pani Beacie kosmetyczce pracującej z Londynie musiał być napisany przez... samą panią Beatę, co widać już w drugim zdaniu, które posługuje się czasownikiem w pierwszej osobie liczby pojedynczej:

"... wprowadzała na rynek polski nowe linie kosmetyczne, robiłam show z makijażem, wykonywała makijaże na wyborach Miss Polonia..."

Gorzej jest jeszcze, kiedy czyta się cały artykuł opublikowany w środku pisma w rubryce "Wywiady". Rozmowa kończy się reklamówką usług pani Beaty, więc ewidentnie powinna zostać zaklasyfikowana jako artykuł sponsorowany.

Na innych stronach pojawiły się kwiatki w stylu "standarty". Jest też sporo zdań, których nie rozumiem. Artykuł "Pokolenie lingwistycznych geniuszy (cz. III)" kończy się słowami:

"Nie zamykajmy bram naszym potomkom do polskości, do języka polskiego i polskiej kultury! Nie wstydźmy się, kim jesteśmy, bo pamiętajmy, gdy jako dzieci musieliśmy recytować na pamięć "katechizm polskiego dziecka" autorstwa Władysława Bełzy i z tym utożsamialiśmy się całe życie."

Co ma wstyd wspólnego z recytacją wierszyka? Trudno mi przeniknąć zawiłość myśli oddaną w tym zawile zbudowanym zdaniu.

Może szanowny Western Union mógłby gazecie ofiarować również korektę?
wtorek, 10 lutego 2009
Poznali się w Melbourne w Australii, zmywając gary w libańskiej knajpie. Zbierali na wyjazd do Londynu. Łączyło ich angielsko-irlandzkie pochodzenie i chęć do eksperymentowania w muzyce. Lisa Gerrard i Brendan Perry nagrali wspólnie osiem płyt jako Dead Can Dance. Nigdy specjalnie nie interesowała mnie ani historia zespołu ani śledzenie życia tej znakomitej dwójki, kiedy zaczęli nagrywać solowe płyty. Liczyła się tylko muzyka, tworzona wspólnie bądź osobno, pełna mieszanek zapożyczanych z różnych kultur i styli.

Nagranie "The Carnival is Over" towarzyszy mi każdej zimy od 17-stych urodzin, bo to właśnie wtedy przeżywałam pierwszą fascynację płytą "Into the Labirynth". Nic innego nie miało takiego znaczenia jak teksty Perry'ego i boskie wycie Gerrard. Jeść się nie chciało, spać się nie chciało, nawet gadać się nie chciało, kiedy ze starych głośników odzywało się Dead Can Dance. Było już późno w nocy, jak towarzystwo urodzinowe rozwaliło się na podłodze, kanapie i pufach, świeczki dogasały a my z niespotykanym przejęciem wgapialiśmy się w sufit i na wpół przytomnie przełykaliśmy takty "The Carnival".



Trzynaście lat minęło od tamtej pamiętnej imprezy. Kto wie, co stało się z Iwtą, która, jak tylko śniegi zelżały uciekła z domu, żeby wędrować po świecie; z niepoprawnym Gejszą, z całą resztą. Tylko Milena, przyjaciółka od lat tak dalekich, że aż wydają się niemożliwie odległe, pozostała blisko i nie wierzyć szczęściu, ale to właśnie z nią świętowałam trzydzieste urodziny. Obie urodziłyśmy się w Gdyni w zimę stulecia. Po trzydziestu latach w zupełnie innym miejscu, ale o tej samej porze też spadł śnieg. Dwadzieścia centymetrów puchu w Oksfordzie w 2009 wobec dwumetrowych zasp w Gdyni w 1979. Różnica ogromna, ale miasta podobnie sparaliżowane. Wyobraziłam sobie mamę, po którą nie mogło podjechać pogotowie, jak przyszły skurcze, bo takie były zaspy. I która z wielkim brzuchem w kożuchu i kozakach musiała przedzierać się przez ulicę zasypaną po pas śniegiem, żeby dostać się do samochodu. Taki był właśnie koniec karnawału dla niej, a mój początek.
wtorek, 03 lutego 2009

Po siódmej rano zeszłam na dół do łazienki pół przytomna. Ciemno, zimno, tylko przeklinać poniedziałki. Z radia dobiegł kuriozalny komunikat: "uprasza się kierowców o niewyjeżdżanie dziś samochodami do miasta chyba że jest to absolutna konieczność..." Zatkało mnie. Wyjrzałam za okno – śnieg!

Nic chyba skuteczniej nie paraliżuje Wysp jak chociażby drobna warstewka śniegu. Wtedy wszystkie dzwony w kaplicy bezpieczeństwa brzmią na alarm i w ramach dogmatu health and safety wszystko staje: lotniska, metro, autobusy, szkoły, zakłady pracy.

Oksford jest niedaleką prowincją, więc ze śniegiem radzi sobie nieco lepiej. Autobusy rano kursowały! Przyjechałam do pracy o 9-tej i byłam... pierwsza. Potem zjechali się ci, którzy do pracy przyjechali rowerem (trzymali się jednego: byle tylko nie stawać i nie skręcać gwałtownie), potem samochodowcy a na koniec przyszły maile od tych, którzy w ogóle nie dojechali. W czasie lunchu co niektórzy musieli udać się do szkół, żeby przedwcześnie odebrać swoje pociechy – nauczalanie właśnie zamykano z powodu... złej pogody.

Przed 15:30 wybuchła panika. Na tą porę zapowiedziany był większy opad białego puchu, więc zaczął się eksodus tych, którzy chcieli dojechać do domów przed śnieżycą. Ostatecznie żadnej śnieżycy nie było, może jedynie 15-minutowa śnieżynka.

Na koniec tego kuriozalnego dnia czekała mnie jednak piękna niespodzianka: lodowa rzeźba z gałęzi. Po prostu perfekcyjna. Samoistnie stworzona. Załączam ją poniżej.

Wielki szok - śnieg w Anglii
niedziela, 01 lutego 2009
Miasto z najstarszym wciąż zamieszkałym fortem wyłoniło się z mgły jak zbłąkany statek. Byliśmy jakieś pół godziny drogi od tego złotego okrętu, na skraju półpustyni. Tutaj Jaisalmer się kończy, poddając się płaskim piaskom, rozciągającym się aż do Pakistanu.

Hotel, w którym wylądowaliśmy, miał być ulokowany nieopodal fortu – powoli samoniszczącej się centrali miasta. Właściciel powtarzał jak katarynka, że od centrum dzieli nas 8-minutowy spacer. Im żywiej to w nas wpajał, tym bardziej oczywiste było, że kłamie. Ostatecznie nie miało to wielkiego znaczenia. Dopiero jak przyszło nam zmierzyć się z brązową i piaskową wodą w kranie, ciała zmęczone po 12 godzinnej podróży zbuntowały się. Postanowiliśmy się przenieść. Mgły rozwiewały się, kiedy żegnaliśmy się z pustkowiem.

Rozmach fortu ujawniał się stopniowo. Stateczne, kamienne mury naturalnie wyrastały ze skały i piasku. Nad murami piętrzyły się blokowate domy, szczyty świątyń z dzwoneczkami, tarasy i baszty. Nad tym wszystkim dominował pałac. Delikatne i precyzyjne rzeźbienia murów pałacu nadawały złotemu kamieniowi lekkości.
Mandir Palace, Jaisalmer, Indie
Mandir Palace, czyli pałac ze świątynią. Obecnie hotel. Jaisalmer, Indie
Jaisalmer był kiedyś bogatym miastem, które utrzymywało się z podatków sumiennie płaconych przez karawany wiozące opium, przyprawy, jedwab na drodze Arabia-Indie-Chiny. To była przystań przed bądź po wyczerpującej przeprawie przez pustynię.

Samą fortecę zbudowano na wzgórzu dziewięć wieków temu. Wtedy nie miała bieżącej wody. Studnia znajdowała się 20 kilometrów dalej i do niej pielgrzymowano codziennie. Jedno wiadro wody okupione było trudem długiej podróży. Stąd rozsądnie nie marnowano ani kropi. Ta sama woda z jednego wiadra wykorzystywana była cztery razy: najpierw do umycia się, potem w niej gotowano potrawy, przede wszystkim warzywa, wygotowaną używano do prania a resztą po praniu pojono zwierzęta i podlewano rośliny.

Dzisiaj w forcie mieszka 20 tysięcy osób, woda leje się z kranów i węży. I skutecznie wypłukuje fundamenty i ściany, niszcząc zamiast żywić. Organizacja dbająca o dziedzictwo narodowe zabiega o powstrzymywanie pędu destrukcji. Ponad jedna trzecia mieszkańców żyje jednak z turystyki, więc trudno sobie wyobrazić, żeby nagle zamknięto hotele i restauracje. My jednak przezornie zatrzymaliśmy się poza fortem.
Święta krowa, Jaisalmer, Indie
Imponująco święta
Sercem fortu jest pałac. W masywnych obronnych murach wykute są najdelikatniejsze formy kwiatów i ozdób, czyniąc z tego połączenia coś niezwykłe trwałego i pięknego. Mieszkańcy mają wysokie poczucie estetyki a fach rzeźbiarza pielęgnowali od stuleci. Artyści jaisalmerscy znani są ze swej precyzji i talentu również poza granicami Indii, gdzie często pracują na zlecenie władców czy bogaczy o artystycznych aspiracjach. To o ich wystarano się w Londynie, by uświetnili tamtejszą hinduską świątynię.

Forty i pałace Radżastanu są pełne magii i szybko rozpalają wyobraźnię. Każdy ma inne, dramatyczne historie do opowiedzenia: rzeźnickich walk, odsieczy, miłosnych uniesień czy boskich ingerencji. I z doświadczenia wiem, że lepiej, żeby te fascynujące wydarzenia opowiadał autoprzewodnik a nie oferujący swoje usługi miejscowy natręt – a takich przed fortami są całe tłumy. Różnica w treści jest tak wielka, jak odległość między ulicą a wysokim balkonem maharani. Jaisalmerski fort oferuje świetnie przygotowane autoprzewodniki, opowiadające o początkach miejsca, pustynnym charakterze kultury (można posłuchać nagrań lokalnych zespołów), historii, mitologii i czasach współczesnych (można posłuchać o dzieciństwie i młodości obecnych władców opowiadanym przez nich samych!).
Jaisalmer, panorama miasta
Miasto tonie w złotym kamieniu
Jaisalmerski fort, jak wiele innych w Radżastanie, był świadkiem wielu krwawych najazdów (głównie muzułmańskich). I choć lokalizacja i budowa fortu wydają się niemożliwe do zdobycia, forteca ze złotego kamienia poległa trzy razy. Zanim jednak najeźdźcy wdarli się do środka, kobiety popełniły dżauhar – masowe samospalenie, by nie doświadczyć brutalnej siły triumfującego wroga. Przed przytłaczającą ceremonią ubrały się w suknie ślubne, przystroiły z godnością i z przerażeniem w trakcie bramińskich modlitw oddały się płomieniom. Jak forteca legła po raz trzeci, czasu nie starczyło do pełnych przygotowań do dżauharu, nie było stosu, ognia ani modlitw. Kobiety zginęły od szybkich i ostrych cięć noża na gardle, zadanych przez miejscowych mężczyzn.

Jaisalmer jest pełen takich historii. Śpiewają o nich miejscowi muzycy (głównie muzułmanie, choć żyjący "po hindusku"). Jaisalmer pełen jest też pozostałości po wykwintnym życiu mieszczan, unieśmiertelnionym w ich kunsztownie rzeźbionych i malowanych kamienicach. Część z kamiennych dekoracji np. zwisające formy w kształcie lotosu były nakładane, a dokładnie przykręcane do murów tylko na szczególne okazje. Same domy budowano bez użycia żadnej substancji spajającej. Kamienie wycinano tak dokładnie, by jeden pasował do drugiego. Dla bezpieczeństwa łączono je kawałkiem żeliwa.
Rytułał czyszczenia, Indie
Zakończony rytułał sprzątania, Jaisalmer, Indie
Jaisalmer, w przeciwieństwie do innych miast indyjskich, nie szokuje biedą. Nie ma tak rozdzierających kontrastów. Życie miasta zaczyna się wolno od sprzątania domów i sklepów. Około 10-tej z każdego progu leją się strumienie wody – kończy się mycie podłóg wewnątrz a sprzątanie przenosi się przed dom, manifestowane energicznymi chlustami brudnej wody i wzbierającym poziomem wartkiego rynsztoku.

W śmieciach grasują krowy i dziki. Brud i smród ulicy mocno kontrastuje z ciszą i czystością wnętrz domów. Nikt jednak nie chodzi głodny. Mężczyźni czytają gazety, popijając czai. Kobiety przygotowują obiad. Nad wszystkimi czuwa wszechobecny Ganesza – bóg słoń z wielkim brzuchem. To on zapewnia pomyślność i ogólne powodzenie. Mieszkańcy Jaisalmeru mają jeszcze dwóch innych głównych patronów – boga słońce, zwykle przedstawianego w postaci tarczy słonecznej z męską twarzą, dającego ludziom siłę i boginię Lakszmi, odpowiedzialną za dobrobyt, bogactwo, materialny status. Upodobanie do tej trójcy łączy się z handlowym charakterem miejsca.
Ganesza, bóg powodzenia, Jaisalmer, Indie
Potrójny Ganesza - na malowidle i w dwóch ołtarzykach nad drzwiami, Jaisalmer, Indie
Od czasu rozdzielenia Indii od Pakistanu, rzeczy w Jaisamlerze mają się o wiele gorzej. Antyczne szlaki handlowe stały się niemożliwe do przejścia, zaginęła wymiana dóbr. Granica pakistańska jest nieprzyjazna i mocno strzeżona. I chyba z tej desperacji i tęsknoty za złotą przeszłością narodziła się obsesja dekorowania jaisalmerskich domów Ganeszą po dwakroć, trzykroć czy setki razy: Ganesza namalowany na lotosie tuż przy drzwiach, wielkości dziecka; nad nim Ganesza w miniatruce, obok Ganesza pozłacany bądź w tańszej wersji owinięty folią aluminiową. Chodząc od drzwi do drzwi aż chce się zawołać: o Ganeszo, czy nie słyszysz tych głosów uwielbienia? Przybądź na swym mysim powozie i przywróć temu miastu dawną świetność...
20:57, maga-mara , Indie
Link Komentarze (7) »
Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...