niedziela, 28 lutego 2010

Seven Sisters, południowa AngliaChciałam je zobaczyć od dłuższego czasu. Białogłowe nimfy dumnie stojące na angielskim wybrzeżu. Jasność bijącą od ich skalistych ciał zobaczyć można z daleka, płynąc łodzią. Teraz morze jest jednak gniewne i nie daje się łodziom okiełznać. Do Siedmiu Sióstr pojechaliśmy autem, którym dotrzeć można tylko na obrzeża parku krajobrazowego. Potem trzeba się zdać już tylko na siebie. Wiatr przelatujący przez to malownicze pustkowie, gnany znad morza w głąb lądu, potrafi cię pokonać. Uważaj. Droga do Siedmiu Sióstr ma coś z wyprawy po złote runo, z poszukiwań starego Graala. Nie wiesz, jak daleko iść trzeba, bo początkowo w ogóle nie słychać morskich grzmotów. To dobry znak. To zapowiada, że morze jest daleko, że będziesz mógł stanąć u stóp skalistych sióstr, zobaczyć upragniony cel wędrówki. Bo czasu tutaj nie wyznaczają ani dzień i noc, ani twoje twoje pragnienia i możliwości. Czas tutaj to czas morza. Jak nie wsłuchasz się w jego rytm, to nie poznasz, kiedy przychodzi silnym przypływem i zabiera dla siebie każdy kawałek plaży, okalając dostojne siostry tak szczelnie, że nie będziesz w stanie nic zobaczyć.

Siedem greckich sióstr to nimfy zrodzone z Atlasa i Plejone, to plejady, które uratowane przez Zeusa od pościgu Oriona, stały się częścią gwiezdnego firnamentu. Siedem angielskich sióstr (Seven Sisters) to bajeczne klify południowego wybrzeża, strażniczki bieli, skaliste księgi, na których natura wypisała swój poemat o własnej wielkości.

Seven Sisters, południowa Anglia

Siedem skalistych sióstr (Seven Sisters), południowa Anglia

Pismo skalne - Siedem Sióstr

Równe pismo skalnych sióstr

Przede mną wieczne skały o nieskazitelnej bieli, a w oddali szalejące morze. Jak z wami obcować, kiedy jesteście tacy potężni? Doświadczam ich przez chwilę i kłaniam się nisko. A potem, pokrzepiając się na duszy, wracam z ulgą do ułomnej cywilizacji, gdzie moje miejsce. Czyż natura przede wszystkim nas nie obezwładnia? I czy zawsze musimy jak mrówki doświadczać jej z pokorą?

Siedem skalistych sióstr

Odpływ. Morze pozwala stanąć u podnóża białych klifów

piątek, 26 lutego 2010

Lucia di LammermoorMroczna, na wskroś przejmująca pozostawiła mnie w emocjonalnym bezruchu. Takiej opery, z taką siłą czarnego romantyzmu, nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Lucia di Lammermoor, wystawiana właśnie w londyńskim Coliseum przez English National Opera potrafi wizją świata schować cały humianizm do worka a głosami śpiewaków wydobyć najczarniejsze zakątki ludzkiej natury.

Historia tragicznej miłości zaczyna się w klasyczny sposób: dwa szkockie, zwaśnione rody dogorywają po latach walki, kiedy przedstawicielka Ashtonsów (tytułowa Lucia) zakochuje się z wzajemnością w reprezentancie drugiej rodziny - Ravenswoodów - Edgardzie. Ich miłość, rzecz jasna, musi się ukrywać przed światem, zwłaszcza przed perfidnym wzrokiem brata Lucii - Enrikiem - który przede wszystkim wciąż marzy o brutalnym odesłaniu Edgarda na drugi świat i o ożenku siostry z bogatym Arturem. Kochankowie spotykają się nocą. Lucia, odgrywana przez Annę Christy, wygląda jak dziewczynka. To właściwie za mało powiedziane. Wygląda jak marionetka, która zresztą co chwile pada na kolana tak, jakby ten, co porusza jej kończynami, bawił się jej losem. Jej głos, niezwykły, przeszywający każdy nerw sopran dopełnia ten tragiczny portret.

Lucia

Pewnej nocy żegnają się. Edgardo musi uciekać do Francji, szukając nowego przymierza. Zanim się rozstaną, składają sobie śluby. Tymczasem Enrico, który już dobrze wie o kochanku siostry, zaczyna w życie wdrażać swój bezwzględny plan małżeństwa Lucii ze swoim finansowym wybawcą Arturem. Zadłużony, wije się na scenie, próbując ucieć od wierzycieli. To dopiero początek wielkiej gry czarnych sił, które na scenie w niezwykle efektowny sposób realizowane są za pomocą wielkich cieni.

Okna, poruszające się ściany czy wreszcie same meble rzucają na przygaszonej scenerii długie cienie - zapowiedzi wielkiej katastrofy. Scenografia jest prosta, ale jakże skutecznie mrozi krew w żyłach. Nie znam innej opery, w której tyle uwagi poświęcono samej oprawie (wszak zwykle to głównie głosy mają przemawiać do wyobraźni).

Enrico fałszuje listy od Edgara, w których dowodzi, że Lucia nic dla niego już nie znaczy. W porażającej scenie brat, nie potrafiąc przekonać siostry do planowanego dla niej małżeństwa przywiązuje ją do łóżka. Ich arie, pełne rozpaczy, wznoszą się ku górze, lecz tam nie ma dla nich ocalenia. Enrica ręka zaczyna niebezpiecznie wędrować po ciele siostry. Muzyka wzmaga się. Widz chciałby uwierzyć, że to wszystko mu się tylko wydaje.

Lucia

Akt drugi. Scena ślubu Lucii z Arturem. Wszystko skąpane jest w mroku. Uczestnicy ceremonii ubrani są na czarno: ciemne kapelusze, czarne suknie, bure garnitury. Tylko ich twarze oświetlane z naprzeciwka przez lampy wyglądają jak błyszczące, blade maski. To nie ślub, to pogrzeb miłości Lucii. Na zawsze zostanie stracona w tym tragicznym małżeństwie, bo zaraz po tym, jak podpisze kontrakt, w zamku zjawi się Edgardo, zrozpaczony niewiernością ukochanej. A potem będzie już tylko mroczniej. Lucia w swoim szaleństwie targnie się na życie niekochanego męża.

Okrwawiona, w zwiewnej szacie delikatnie okrywającej jej filigranowe ciało będzie dzielić stan obłędu z Lady Macbeth. Jej żałośny, szaleńczy śpiew stanie się jedną z najbardziej przejmujących pieśni, jakie słyszałam. Jej głos, jej obłąkańcze krążenie wokół trupa męża na długo zostanie mi w pamięci.

Lucia

"Lucia di Lammermoor" odziera nas z wszelkiej nadziei, pokazując tragizm człowieka i świata w całej jego rozpaczliwej formie. Ciemne zakamarki ludzkiej natury w tym dramacie wynaturzają się do granic. Człowiek pokazany jest tylko w mroku jako marionetka w rękach złośliwego Fatum.

"Lucia di Lammermoor" to dzieło Włocha - Gaetano Donizettiego, które powstało na bazie tragedii Waltera Scotta ("The Bride of Lammermoor"). Na scenie Coliseum odgrywane było po angielsku. To pierwsza opera w tym języku, jaką oglądałam. Muszę przyznać, że początkowo angielski mi przeszkadzał - te spółgłoski wymawiane na przydechu na końcu wyrazów raziły mnie strasznie! Przeklinałam tego, który odważył się zmienić melodię włoskiego oryginału. Angielski, rzecz jasna, jest szalenie bliski mojemu sercu (od pięciu lat to mój codzienny język), ale do drugiego aktu byłam przekonana, że w operze nie brzmi znacznie słabiej niż języki o okrągłych samogłoskach i to jeszcze często występujących. W trzecim, finałowym akcie "Lucii" jednak przekonałam się do tej produkcji (może po prostu przyzwyczaiłam ucho do tych wszystkich aspiracji) i angielski pasował mi w niej jak ulał.

Obejrzenie opery (w znakomitej reżyserii Davida Aldena gorąco rekomenduję. To poruszające, ekstremalne przeżycie.

***
Lucia di Lammermoor
English National Opera, Coliseum, Londyn

środa, 24 lutego 2010

Widok na morzeW ostatnim czasie mogłabym wiele napisać o bólu, zwyczajnym fizycznym, natrętnym bólu, który nawiedza ciało falami w tylko sobie znanym rytmie. Przychodzi do mnie w nocy podczas najgłębszego snu. Niewinnie kładzie się na brzuchu, powoli rozlewa i kiedy już wie, że znajduje się na odpowiednio wygodnej przestrzeni, chwyta mocno i ciśnie, ciśnie. Moja ręka bezwiednie ląduje w tym samym miejscu, wykonuje rytualne koła tak, jakby jej obecność coś miała zmienić. Wtedy, rzecz jasna, już na dobre nie śpię.

Przyzwyczaiłam się do bezsennych nocy. W ciszy i ciemności, która przerywana jest tylko ciepłem lampki, moje zmysły wyostrzają się do granic. Dopiero teraz widzę, jak innym doznaniem jest czytanie w nocy, kiedy umysł wyrwany z dziennego rytmu, spłoszony nową sytuacją poluje na słowo zwinniej i bardziej skutecznie. Obrazy tworzą się momentalnie. Są wielkie, przemawiające i potem, jak w końcu przychodzi mi znowu zasnąć, nie znikają w ciemności nocy, ale przenoszą się ze mną na drugą stronę, do świata ze snu.

Wyznaję: byłam w londyńskim domu Wilde'a, w redakcji magazynu Women's World, który prowadził. Byliśmy razem we Francji, kiedy on ostatecznie zdecydował spotkać się z byłym kochankiem. Jego listy, czytane nocami, brzmiały jak szeptane w ucho wyznania zmękanej duszy. Później kilka nocy spędziłam w Australii u boku starzejącego się pisarza i młodej dziewczyny, która spisuje jego myśli. "Diary of a Bad Year" Coetzee to zdecydowanie jedna z najlepszych książek, które czytałam. Cieszę się, że mogłam poznać ją w jedną z tych nocy, kiedy oczy ludzkie zmieniają się w kocie, wrażliwe na każdy ruch. Bo ta powieść pełna inspirujących myśli wymaga ostrożności w czytaniu.  Z Coetzee nie rozstawaliśmy się przez kilka dni. Podróżowałam przez kontynenty ze starzejącą się "Elizabeth Costello". Och, Elizabeth, która dotarłaś do bramy, czy pozwolono ci przejść?

Przeszłam też przez młodość Coetzee przez jego "Summertime", które próbuje zlepić portert początkującego pisarza, wyłaniający się z rozmów z kobietami, z którymi kiedyś był związany. Jak rodzi się twórca? Jak powstaje jego biografia? O tym, jak rzekomo "nieczuły" Coetzee potrafi niezwykle przejmująco wczuć się, wyobrazić i przenieść w umysł innej osoby świadczy dla mnie jego "The Master of Petersburg".

Czytanie nie leczy bólu, ani nie pozwala o nim zapomnieć. Koić potrafi tylko ciepło leżącego obok ciała, jego miarowy oddech i jego sen, błogi, czysty i bezbolesny. Koi też morze za oknem, bo jego rytmy odpowiadają skurczom mojego ciała. Przypływ, warstwy wody robijające się o brzeg, traaach! a potem odpływ i chwilowy spokój. Nocą, późną nocą, a może to już rano? morze pokornieje i szemrze: szuuu szuuuu, kiedy udaje mi się wreszcie zasnąć, by potem późniejszym porankiem dostać kawałek świetlistego plastra na niewyspane oko:

Nad morzem

Nad morzem

Nad morzem. Południowa Anglia

czwartek, 18 lutego 2010

Księgarnia Shakespeare and Company, ParyżNie wiem, co lepiej oddaje jej charakter: słowo księgarnia czy raczej instytucja? Shakespeare & Company, obecnie mieszcząca się na 37 Rue de la Bûcherie w Paryżu to z pewnością już miejsce-mit o długiej i bujnej historii literacko-bukinistycznej. Przechodzę obok niej w piątkowe popołudnie. Ruch jest niewielki, ktoś pije kawę przy stoliku na zewnątrz, zezując na grzbiety tomów wystawione przed księgarnią i jednocześnie pochłaniając pierwsze zapachy wiosny. Docieram ostatecznie do środka dopiero po dwóch dniach, bo Paryż całym swoim bogactwem potrafi skutecznie mącić tory wyznaczonej trasy i oddalać od wcześniej powziętego celu.

Choć wciąż jest popołudnie, w Szekspirze i spółce, najbardziej znanej anglojęzycznej księgarni w Paryżu, panuje już całkiem przyjemny mrok rozbity przez ciepłe światło lamp. Książki zajmują każdy możliwy centymetr ściany, panoszą się na oknach i wzbijają aż po sam sufit na dodatkowo stworzonych półkach. Do dyspozycji jest drabina i po niej w niebezpiecznej pozie (bo przecież jak skupić się na wspinaniu, kiedy wzrok grzęźnie w setkach tytułów?!) można wznieść się dość wysoko.

Na parterze księgarni oferowane są głównie współczesne powieści, opracowania polityczne, socjologiczne i oczywiście podróżnicze. Specjalną sekcję stanowią książki dotyczące Paryża. Shakespeare & Company ma słabość do tzw. paper backów, czyli książek w miękkiej okładce. Być może to względy czysto praktyczne, bo księgarnia miejsca nie ma zbyt dużo.Tym bardziej, że Shakespeare & Company służy również za noclegownię dla pisarzy i bukinistów (w księgarni dostępnych jest 13 łóżek na piętrze). Ci, którzy odwiedzają to miejsce w ciągu dnia, mogą z nich korzystać, żeby poczytać książki w pokojach na górze. Tam bowiem mieszczą się całe stosy ksiąg, które nie są na sprzedaż. Kiedy szeprałam na górze w dość niebezpiecznym stosiku (spróbuj bezboleśnie wyciągnąć książkę z dołu piramidy zwierającej trzydzieści czy pięćdziesiąt z nich!), nagle coś zaszeleściło za półką. O mały włos nie poległam pod stosem. Po chwili dezorientacji okazało się, że po drugiej stronie miła osóbka o filigranowych kształtach postanowiła przełożyć się na drugi bok na znajdującym się tam łóżku, całkowicie zatopiona w lekturze). Pfiu, a już myślałam, że przyjdzie mi zmierzyć się z panem szczurem...

Księgarnia Shakespeare and Company, Paryż

Świat książki w Shakespeare and Company widziany z parteru

Pomysł z noclegiem dla pisarzy (nocleg możliwy jest pod warunkiem, że przeczyta się jedną książkę dziennie i popracuje godzinkę bądź dwie w sklepie) narodził się w głowie obecnego właściciela - George’a Whitmana, który na początku lat 50-tych minionego stulecia założył w obecnym miejscu angielską księgarnię. Sam Shakespeare & Company ma jednak o wiele dłuższą historię. Zaczęło się od niejakiej Sylvii Beach, która prowadziła pod tą nazwą sklepik z książkami po prawej stronie Sekwany na początku minionego wieku. To było miejsce spotkań pisarzy, których określono mianem Starconego Pokolenia (Lost Generation). Hemingway był podobno najlepszym klientem-przyjacielem, bo nie tylko przesiadywał tam wieki, dużo o sobie opowiadał, ale również rzeczywiście kupował książki. Zresztą księgarnia pani Beach miała to do siebie, ze przyciągała wszelkich biedujących pisarzy, dając im miejsce na częste spotkania i wymianę myśli.

Pani Sylvia miała też nosa do eksperymentalnych książek. To u niej wydrukowany został "Ulisses" Joyce’a. Zreszą pisarz był częstym gościem w księgarni. Podobnie zresztą jak Ezra Pound, F.S. Fitzgerald czy sama Gertruda Steiner, która zresztą swoimi narzekaniami, że właścicielka nie ma żadnych "zabawnych" książek, sprawiła, że w księgarni znalazły się również jej powieści.

Księgarnia Shakespeare and Company, Paryż

W drodze na drugi poziom do biblioteko-noclegowni

Druga wojna światowa niestety położyła kres tej fantastycznej instytucji. Shakespeare & Company odrodziła się jednak jak feniks z popiołów po drugiej stronie Sekwany. Wcześniej wspomniany już George Whitman otworzył anglojęzyczną księgarnię Le Mistral w latach 50-tych, którą po śmierci Sylvii Bleach przemianował na Shakespeare & Company (bez żadnego pozwolenia). W tym czasie Paryż nawiedziła kolejna fala amerykańskich literatów, więc nowa Shakespeare & Company stała się miejscem spotkań pokolenia beatników (właśnie w tej księgarni Ginsberg odczytał swój "Skowyt").

Księgarnia Shakespeare and Company, Paryż

Za półkami kryją się łóżka

George Whitman szacuje, że w Shakespeare & Company nocowało ok. 10 tys. osób. Przechadzając się po pięterku, dosłownie zawalonym książkami, muszę przyznać, że nocleg musiał być dość osobliwym przeżyciem. Bo spędzenie nocy w tym miejscu to jak zamienienie się w krasnala (sufity są bardzo niskie, więc czujesz się niemalże jak w krasnalej norce) i cofnięcie się do dopiero co odkrytej starej biblioteki, w której liczne woluminy pokryte są kurzem,a podłoga wydaje z siebie dobrze znajome mysie odgłosy.

Księgarnia Shakespeare and Company, Paryż

Piętro ma też coś dla melomanów

W Shakespeare & Company spędzam trochę czasu, podczytując wyłożone książki, wychodzę jednak z pustymi rękoma. Było nie było, ceny książek w Wielkiej Brytanii są jednak niższe. Opuszczam jeden próg, robię nagły skręt w bok i znajduję się za drugim – obok księgarni jest przecież antykwariat. Ponieważ mój odwrót jest tak błyskawiczny, nie notuję w głowie słów "antiquarian books", widniejących na szyldzie, które powinny mnie odpowiednio przygotować na szok cenowy. Sięgam po egzemplarz "Szatańskich werstetów" Rushdiego. Dobrze, że kucam na podłodze, a nie stoje, bo cena mogłaby każdego powalić z nóg – 175 euro. Tyle samo kosztuje Hemingway. Za 50 euro nabyć można jednynie "Oto Nowy Jork" E.B. White’a (o której pisałam tutaj i którą w Oksfordzie dostałam za 2 funty). Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę z tego, że to wszystko to są przecież pierwsze wydania! Choć kocham książki, pasje kolekcjonerskie nie są mi na szczęście tak bliskie, więc z Shakespeare & Company wychodzę z ocalonym od zagłady portfelem.

Księgarnia Shakespeare and Company, Paryż

Shakespeare and Company to też drogi antykwariat z książkami dla kolekcjonerów

wtorek, 16 lutego 2010

Jeżeli miałabym podać najlepszą receptę na to, jak odwiedzać i oglądać europejskie miasta, to powiedziałabym, że wystarczy dobra mapa i kilka wskazówek od przyjaciół czy znajomych, którzy tam mieszkają. Na dobrą sprawę tyle wiemy o naszych staro-kontynentalnych miastach z literatury, prasy czy internetu, że jakikolwiek przewodnik jest właściwie zbędny. Co więcej, chodzenie z przewodnikiem odbiera tak naprawdę przyjemność z odkrywania miasta na własną rękę i wolność do popełniania błędów.

W Paryżu trudno kulinarnie zbłądzić (podobnie zresztą jest we Włoszech). Jak tylko dojechaliśmy wściekle rannym pociągiem z Londynu do Paryża, wyruszyliśmy z pustymi brzuchami na tzw. rozpoznanie terenu. I tak odkryliśmy małą marokańską knajpkę, prowadzoną przez matkę z córką. Starsza Marokanka przygotowuje potrawy, młodsza - zajmuje się prowadzeniem biznesu. Lokalik jest niewielki - jedyne siedem stolików. Na śniadanie było już za późno, więc omówiliśmy się następnego dnia na kolację.

Saveurs d'Atika, Paryż, kuchnia marokańska

W cieple marokańskiej kuchni

Kuchnia marokańska, rzecz jasna, najlepsza jest w Maroku, gdzie cała paleta przypraw (z moim ulubionym cynamonem i szafranem) miesza się z ciepłem słonecznego dnia i pyłem powietrza w przygotowywanych przez kobiety daniach. Francuska knajpka Saveurs d'Atika nie ma oczywiście jak tej niezwykłej mieszanki odtworzyć, nie mniej jednak dzięki tradycyjnym sposobom gotowania rezultat na talerzu  jest szalenie bliski oryginałowi z drugiej strony Morza.

herbata miętowa po marokańsku

Marokańska herbata to też smakołyk

Saveurs d'Atika oferuje różnego rodzaju tagine - potrawy gotowane w specjalnym, glinianym naczynku w formie piramidy z otworem na górze,  sałatki z daktyli i koziego sera i wreszcie coś, co stanowi szczyty marokańskiej kuchni - pastillę.

Pastilla jest szalenie pracochłonna i swojej klasycznej formie przypomina gruby krążek składający się z warstw ciasta warka (cieńszej wersji filo), gołębiego mięsa i oczywiście cynamonu. Saveurs d'Atika podaje pastillę z kurczaka i tworzy potrawę z mniejszej liczby wartw ciasta.

Nie mniej jednak, wystarczy tylko poczuć zapach zapiekanego krążka z intensywną wonią cynamonu, by... by powrócić wspomnieniami do ciepłej ziemi Maroka.
A po jedzeniu konieczna jest zielona miętowa herbata na słodko!

Saveurs d'Atika, Paryż, kuchnia marokańskaSaveurs d'Atika
14, rue des Tournelles 75004 Paris

 

Będąc w Paryżu, trzeba też koniecznie wybrać się na stoły kuchni żydowskiej. Skorzystaliśmy z rekomendacji Holly (za co serdecznie dziękuję!) i poszliśmy do Pitzmana przy starej synagodze na falafla i koszerną pizzę. Przed lokalem i w lokalu spore tłumy. Porządek prowadził jednak starszy Żyd, który w staroświeckim notesiku zapisywał imiona czekających w kolejce, jednocześnie rozliczając płatności wychodzących. U Pitzmana stołują się w przeważającej większości żydowskie rodziny.

Pitzman, kuchnia żydowska, Paryż

Rodzinnie u Pitzmana

Myślałam, że może usłyszę gdzieś yidish, ale właściwie każdy posługiwał się piękną francusczyzną. Tempo przygotowywania potraw jest zaskakujące: kucharze uwijają się jak w ukropie i po chwili przede mną ląduje znakomite falafle: kule z ciecierzycy z przyprawami a przed Oliverem pizza na grubym, ale lekkim cieście.

Pitzman oferuje też słodkości: wspaniałe, wysokie serniki, makowce i inne wspaniałości. Mak w żydowskich smakołykach w Marais musi być jednak zupełnie inaczej przerabiany niż polski: ma bardziej gorzkawy posmak i jest zmielony na gładką pastę.

Pitzman, kuchnia żydowska, Paryż

Piztmanowe serniki i makowce

Od Pitzmana powędrowaliśmy do Centrum Pompidou, przechodząc przez rue des Rosiers, gdzie ciastkarnie prześcigają się w świetnie wypieczonych chałkach, bułeczkach, jabłecznikach czy wreszcie arabskich harissach i kadaifach.

Pitzman, kuchnia żydowska, Paryż

Pitzman
8, Rue Pavée, 75004 Paris

 

poniedziałek, 15 lutego 2010

Oscar Wilde1. Okrucieństwo wyroku więzienia zaczyna się po wyjściu na wolność.*

Będąc w Paryżu, chciałam odszukać miejsce, gdzie Oscar Wilde mieszkał przez ostatnie kilkanaście miesięcy swojego życia. Zadanie okazało się znacznie prostsze niż myślałam i podwójnie zaskakujące. Przede wszystkim spodziewałam się wycieczki poza środmieście do biedniejszej dzielnicy. Wilde po wyjściu z więzienia był w kiepskiej sytuacji finansowej, a jak tylko udało mu się ją podreperować, to od razu wszystko wydawał. Przez pewien czas otrzymywał od żony miesięczną 'pensję', ale jak tylko wrócił do swojego kochanka Lorda Alfreda Douglasa, przyczynę skandalicznego procesu i powód dwuletniego wyroku więzienia, rodzina Constance płatności wycofała. Douglas, zwany przez Wilde'a pieszczotliwie Bosiem, lubił być jego utrzymankiem (zwłaszcza kiedy mamusia wstrzymała mu  'kieszonkowe').

Wilde z Bosiem wynajęli willę w Neapolu. Tam też się na dobre rozstali. Wilde z rosnącymi długami wałęsał się samotnie po mieście. Kiedyś przysiadł się do pary siedzących Anglików, którymi okazał się Graham Greene z ojcem. Wprosił się do stolika nierozpoznany, zamówił coś mocniejszego, oczarował tą dwójkę rozmową i potem odszedł bez płacenia. Wilde podobnie będzie spędzał życie w Paryżu. Podobnie? Nie, to złe słowo. W Paryżu Wilde'owi będzie jeszcze trudniej, bo przyzwyczajony do ekstrawanckiego życia i przesiadywania w kawiarniach, często znajdzie się w nich w niezręcznym potrzasku - bez pomocy znajomych i nieznajomych, bez możliwości opuszczenia lokalu, bo ma za co zapłacić rachunku.

Jeden z przyjaciół Wilde'a, który przechadzał się latem 1899 roku po Boulevard Saint-Germain, zobaczył pisarza siedzącego w café przy stoliku na zewnątrz podczas strasznej ulewy w zupełnie przemocznym płaszczu i wygiętym od deszczu słomkowym kapeluszu. Wilde nie mógł się ruszyć, bo nie miał przy sobie ani jednego sou, by uiścić rachunek.

Osamotniony, bez pieniędzy, bez możliwości powrotu na literacką scenę Wilde zwykł mawiać, że "umiera ponad swój stan".

Przed wyjazdem do Paryża, wiedziałam o ostatnim miejscu Wilde'a tylko tyle, że nazywało się Hôtel d'Alsace i mieściło się na rue des Beaux-Arts (ulicy Sztuk Pięknych. Trudno dandysowi o lepszy adres!) Spodziewałam się zapyziałego hoteliku na obrzeżach. Dopiero po zakupieniu planu miasta na miejscu, okazało się, że to śródmieście, ba, okolice Francuskiego Instytutu (jedyne 30 minut spacerem od  miejsca, gdzie się zatrzymaliśmy).

Rue des Beaux Arts gdzie umarł Wilde

Paryż, ulica Sztuk Pięknych - ulica drogich galerii

2. Nie stać mnie na to, żeby umrzeć.

Na rue des Beaux-Arts dotarliśmy drugiego dnia późnym wieczorem. Uliczka jest krótka, cicha i wytworna: to pasaż wszelkiego rodzaju galerii sztuki na dole i drogich apartamentów u góry. Hôtel d'Alsace to dzisiaj po prostu l'hôtel, czterogwiazdkowa oaza luksusu, w której historię wplotło się nie tylko życie ekstrawaganckiego króla paradoksu. Hotel był niegdyś częścią Pałacu Królowej Margot. Później przebudowany został na Pavilon d'Amor na początku XIX wieku. Pod koniec tego wieku już tylko jako dziesiątej kategorii Hôtel d'Alsace stanowił własność dobrodusznego człowieka, który zwał się Jean Dupoirier.

Gdyby nie Dupoirier, który lubił Wilde'a i zaproponował mu zakwaterowanie u siebie, zadłużony artysta pozostałby na bruku bez jakiejkowiek rzeczy z własnego, skromnego dobytku, bo nie miał czym opłacić wcześniejszej kwatery Hôtel de Nice (na tej samej ulicy) a właściciel tego miejsca tracił już cierpliwość i zamierzał zawartość pokoju Wilde'a wysprzedać.

Za swoje mieszkanie (pokoje 7 i 8) w Hôtel d'Alsace Wilde nie płacił (Dupoirier nie tylko serwował mu jeszcze śniadania o 11-stej - Wilde podobnie jak jego matka wstawał późno - ale i obiadki o 14-stej, składające się zwykle z kotleta i jajek na twardo). Dziś za pokój w tym samym miejscu, tutaj blednie mi twarz, płaci się, niebagatela, 300-700 euro.

Hotel Paris, niegdyś Hotel d'Alzace, gdzie mieszkał Wilde

Aż trudno uwierzyć, że L'hôtel był kiedyś zapyziałym Hôtel d'Alsace

Nieśmiało wchodzimy do środka w ten przybytek współczesnej eskrawagancji. Oliver rozmawia z recepcjonistą L'hôtel, a ja przyglądam się wnętrzu, które ma urokliwy schyłkowy klimat inspirowany starożytną Grecją (Oskarze, nie byłoby lepszego miejsca na twoje przemowy o miłości do mężczyn niż to, gdyby ono tylko tak wtedy wyglądało!) Pomimo tego, że od razu widać, że nie możemy być żadnymi potencjalnymi gośćmi, tylko wścibskimi, plebejskimi przechodniami, recepcjonista jest nad wyraz uprzejmy. Ku mojemu zdziwieniu (zdziwienie numer trzy) zgadza się nawet na to, żebyśmy zobaczyli pokoje Wilde'a, ale pod warunkiem, że przyjdziemy następnego dnia około 13-stej.

Hotel Paris wnętrze

Hotelowe lobby

Zjawiamy się punktualnie. Rue des Beaux-Arts za dnia jest jeszcze bardziej elegancka. Mój wzrok krąży po wystawach galerii aż rozbija się o fasadę L'hôtel i plakietkę upamiętniającą Wilde'a. Wchodzimy do środka, ale to wejście naznaczone jest pewnym fatalnym niespełnieniem.

Recepcjonista jest już oczywiście inny. Okazuje się też, że z oglądania pokojów Wilde'a nici, bo jest z nimi "pewien problem", jak się wyraża zakłopotany recepcjonista. Dostajemy w ramach 'rekompensaty' gruby plik informacji o hotelu, włączając w to cennik pokoi i menu restauracji (z potrawą z kaczki za jedyne 54 euro) i zdjęcia apartamentu, bo trudno inaczej nazwać miejsce, gdzie Wilde, "Śpiewak Bólu", 30 listopada 1900 roku, niczym tragiczny, grecki bohater, wydał z siebie ostatni pożegnalny trel ze schorowanego powikłaniami po syfilisie ciała.

Żyłem. Tak, żyłem. Piłem słodycz, piłem gorycz i znalazłem gorycz w słodyczy i słodycz w goryczy.

Pokój Oscara Wilde'a w Paryżu

Miejsce śmierci Wilde'a - dziś pełne pamiątek po artyście i z pewnością odpowiednio wystylizowane dla potrzeb bogatych gości.

Ps. Hotelowa polityka jest oczywiście jasna (apartamenty są do obejrzenia tylko dla płacących  za nocleg). Chciałabym naiwnie wierzyć, że tym sposobem potomkowie Jeana Dupoiriera, u którego Wilde żył na kreskę, po prostu odzyskują to, co stracili, pokrywając Wilde'owe długi. Obawiam się jednak, że obecni właściciele nie mają nic wspólnego z dawnym Hôtel d'Alsace i najzwyczajniej  na świecie z historii tego miejsca (mieszkał tutaj zresztą nie tylko Wilde, ale i Borges. Nocował Salvador Dali, Frank Sinatra, Elizabeth Taylor...) zrobili intratny biznes.

*cytaty (tłum. własne) jak i szczegóły z ostatnich chwil życia Wilde'a podaję za biografią Oscara Wilde'a napisaną przez R. Ellmanna (za którą autor otrzymał nagrodę Pulitzera i National Book Critics Circle). Wyd. Penguin Books, Londyn 1998. 656 stron.

niedziela, 14 lutego 2010

Obawiam się, że odebrało mi mowę. Otrzymałam potrójne poczwórne pięciokrotne wyróżnienie Kreativ Blogger Award (od Moni-Libri, Ine-zzz i Bernadetty oraz Hasity i Anny Liwii). Jest mi okropnie miło i żeby przypadkiem nie skończyć jak osoba bełkocząca coś pod nosem na podium wśród świateł na miękkich nogach z tremy (wprawiając publikę w zakłopotanie), powiem po prostu: bardzo dziekuję! Szalenie się cieszę!

Dzieląc się tą radością i wypełniając obowiązki nominacji, nagrodę przyznaję następującym autorom (naginam tu bezczelnie reguły i nominuję dziewięć osób zamiast siedmiu, myśląc, że ujdzie mi to na sucho z powodu potrójnego wyróżnienia):

Buksy aka Peek-a-boo: za jej błyskotliwe, inspirujące i dowcipne Czytanki, bez których nie wyobrażam sobie cotygodniowej lektury

Chihiro: za szczodre dzielenie się światem, który potrafi odkrywać ze świeżością dziecięcego spojrzenia i za film, film, film

Czarze: za niezwyklą wrażliwość i wyobraźnię, za cudne wycieczki krakowsko-paryskie

Darii: za odsłanianie tej części świata, która zwykle żyje za zasłoną i ciekawe, pełne ciepła spotkania z jego mieszkańcami

Holly: za energię w odkrywaniu Paryża i znakomite spacery po mieście

Logosviatorovi: za estetyczne refleksje i za samą oprawę, która ten zmysł do piękna dodatkowo potwierdza

Porcelance: za zadumę nad klasykami, erudycję, precyzję słowa i samą formę, która znakomicie oddaje naturę blogowania

Snoopiemu: za ciekawe filmowe, literackie i artystyczne wycieczki

Telemachowi: - za błyskotliwe pytania do znanych odpowiedzi w formie zgrabnych przypowiastek, które czytam z ogromną przyjemnością

Kreative Blogger Award


Uff... I wreszcie na koniec stawiam czoła próbie usatysfakcjonowania Hasity, która poprosiła o odpowiedzi do tych pytań:

Czy zdarzyło ci się przeczytać książkę, która tak zadziałała na twoje zmysły-smaku lub zapachu, że podczas jej czytania/po przeczytaniu odczułaś potrzebę zaspokojenia owych "żądz"? Jeżeli tak to co to za książka i co to było?

Przy lekturze "Arrow of God" Chinuy Achebe miałam ochotę zapoznać się z nigeryjskim rodzajem słodkiego ziemniaka - yam - którego plony bohaterowie mają właśnie stracić w ramach kary. Nie udało mi się yam jednak nigdzie w Oksfordzie namierzyć.

Którą książkę chciałabyś zobaczyć na srebrnym ekranie i dlaczego?

Trudno mi powiedzieć, bo nie przepadam za ekranizacjami z tego powodu, że zwykle są pewnego rodzaju uproszczeniem. Po przeczytaniu "Enduring Love" McEwana i potem obejrzeniu filmu stworzonego na podstawie powieści mam jednak przeczucie, że jego przekalkulowane książki mogą na ekranie zyskać brakującą im swobodę, przez co widz będzie oglądał je z przyjemnością (tak przynajmniej stało się w moim przypadku).

Czy po przeczytaniu lektury wybrałaś się w podróż w ślad za jej bohaterami? Jeżeli tak, co to była za książka? Jeżeli nie, to opisz podróż marzeń, gdzie Twoim przewodnikiem będzie ulubiona lektura.

Kiedyś chodziłam po Warszawie, tropiąc ruchy Wokulskiego (do czego potrzebne było sporo wyobraźni). Po Oksfordzie często ucinam sobie przechadzki śladami żyjących tutaj kiedyś pisarzy (C.S. Lewisa, Tolkiena, Greene'a czy wreszcie Roberta Burtona). W Paryżu uało mi się odszukac ostatnie miejsce Wilde'a (o czym wkrótce). Planuję do Petersburga zabrać "Zbrodnię i karę".

wtorek, 09 lutego 2010

Ludzie postrzegają Paryż jako miasto miłości bądź miasto świateł, lecz tam, gdzie dostałeś miłość, otrzymałeś też nienawiść, tam gdzie miałeś światło, masz też ciemność.
Mathieu Kassovitz

Przyznam szczerze, że Paryż nie kojarzy mi się momentalnie ani z miłością ani ze światłami (wręcz przeciwnie Londyn nocą, zwłaszcza, jeżeli spoglądam na niego z południowego brzegu Tamizy, wydaje mi się znacznie bardziej rozświetlony, a Wenecja – współczesną mekką kochanków). Dla mnie Paryż to jednoznacznie miasto alabastrowej elegancji i szyku o barwach kości słoniowej. To miasto pełne jasnych kamienic, często szlachetnie nadszarpniętych przez czas – dzieło barona Haussmanna, który autokratycznie centrum przerobił. Mogłabym tymi uroczymi ulicami z radością przechadzać się co dzień! I nie miałabym nic przeciwko przeprowadzce do alabastrowego miasta...

Paryż - panorama miasta

Paryż w piątkowe popołudnie. Widok z Institut du Monde Arabe

Bukiniści nad Sekwaną, Paryż

Bukiniści nad Sekwaną


W Europie artysta nie ma innego domu niż Paryż.

Friedrich Nietzsche

Zresztą nie tylko artysta, ale i odbiorca sztuki! Byłam zaskoczona, kiedy na wystawie prac współczesnych artystek w Centre Pompidou dwie staruszki z cierpliwością i nieukrywanym zainteresowaniem oglądały nawet najbardziej wulgarne prace, kiedy całe rodziny spędzały wolny czas w muzeach, rozmawiając z dziećmi na temat tego, co oglądają, kiedy wreszcie trójka dziadków na ławeczce rozprawiała o wcześniej obejrzanym koncercie. W Paryżu sztukę traktuje się jak chleb powszedni, co szalenie mi się podoba.

Poetyckie metro, Paryż

Poetyckie metro: na ścianach stacji projektowane są cytaty wierszy

Place de Voges, Paryż

Przy lekturze na Place des Vosages


Jeżeli miałeś wystarczająco dużo szczęścia, żeby mieszkać w Paryżu w młodości, to gdziekolwiek pojedziesz Paryż zawsze w tobie zostanie, bo Paryż to uczta, którą można przenosić.
Ernest Hemingway

Ja nie miałam tyle szczęścia. Nie mniej jednak każdy przyjazd do Paryża to wielka uczta, którą później długo wspominam. Z tej nie zapomnę niekończących się spacerów z lewej strony rzeki na prawą, przez ciuchutkie uliczki na wyspach, przemiłego spotkania ze znajomymi, koszernego obiadu u sławnego Pitzmana (na te falafle opłacało się długo czekać!), szybkiej kawy przy barze i wystaw, wystaw, wystaw (artystycznych, sklepowych, knajpowych)...

Kafejka Paryż

 

Instytut arabski, Paryż

Obiad w południe zabija jedną połowę Paryża, kolacja morduje drugą.
Karol Monteskiusz (Charles de Montesquieu)

Mnie już połowa francuskiego obiadu kładzie na łopatki. Nawet zwykły placek z ciemnej mąki z szynką, serem i jajkiem + karafka domowego wina potrafi na dłużej zatrzymać przy stoliku – a co dopiero pełny skąpany w maśle, śmietanie i gęstym sosie obiad! Dlatego w czasie kolacji polowaliśmy zwykle tylko na bagietkę, kawałek sera i butelkę wina, szczęśliwie poddając zmysły najprotszym smakom i zapachom.

Kafejka Paryż

Jadłodalnia na świeżym powietrzu

Ania z herbatą, marokańska knajpa, Paryż

Przy marokańskiej herbacie z miętą i cukrem

W Paryżu wszyscy gapili się na mnie, kiedy mówiłem do nich po francusku. Zupełnie nie udało mi się sprawić, żeby ci idoci zrozumieli swój własny język.
Mark Twain

Mój francuski właściwie nie istnieje, a tę mikroskopijną cząstkę, którą władam, wstyd mi się posługiwać w Paryżu. Pamiętam, że na początku nauki włoskiego nie miałam specjalnych oporów, żeby się o coś zapytać w sklepie, nic z tego nie zrozumieć i próbować dalej. Tymczasem z francuskim tak nie potrafię. W miniony weekend spróbowałam się jednak przełamać i udało mi się samej kupić bułeczkę z makiem w jednej z koszernych ciastkarni w Marais.

Francuski jest językiem, którego bardzo chciałabym się porządnie nauczyć i to nie tylko dlatego, że uwielbiam jego brzmienie. Francuski to też przepustka do mało znanego mi świata afrykańskiej prozy. Oglądając półki z książkami w Institut du Monde Arabe (Instytucie Kultury Arabskiej) widziałam całe masy autorów z Maroka, Tunezji, Iranu czy Iraku, którzy zupełnie nie istnieją w angielskich przekładach.

Kiedy dobrzy Amerykanie umierają, idą do Paryża.
Oscar Wilde

A co z dobrymi Polkami?

***

Wszystkie cytaty są własnymi tłumaczeniami z angielskiego.

czwartek, 04 lutego 2010

Oscar WildeSzalenie lubię manieryzm Oscara Wilde'a. Jest coś niezwykle pociągającego w finezji i przewrotności jego komentarzy, w jego dbałości o szczegół: cały poranek pracowałam nad ostatecznym kształtem jednego z moich wierszy i usunąłem z niego przecinek. Po południu włożyłem go z powrotem w to samo miejsce.*

Dobrze ci, perfekcjonisto! mruczę sobie w połowie z podziwem, w połowie z zazdrością. Ostatnie dwa tygodnie specjalnie mnie nie rozpieszczały. Czas gnał, z większego pisania nic nie wyszło, sen nie chciał spłynąć na powieki.

Z Wildem łączy nas Oksford. W moim życiu były dwa wielkie punkty zwrotne - napisał w "De Profundis" - pierwszy, kiedy ojciec wysłał mnie do Oksfordu, a drugi, kiedy społeczeństwo wsadziło mnie za kratki.

Wilde tu studiował. Próżno jednak szukać jego śladów w tym miejscu. Nie ma domu, pomnika, tabliczki, a college, w którym mieszkał, teraz jest raczej celem pielgrzymek wielbicieli C.S. Lewisa niż tropicieli Wilde'a. Wilde kochał Oksford. Egzaminy końcowe zdał najlepiej z całego roku. Jego pierwszy literacki sukces - wiersz "Ravenna" - zaprezentował całej uczelni w słynnym Sheldonian Theatre. To tu paradował w swoich ekscentrycznych, aksamitnych marynarkach i błyszczących spodniach. W swoich pokojach ostentacyjnie wystawiał porcelanę a ściany zdobił pawimi piórami.

Środowisko akademickie Wilde'a jednak szczerze nie znosiło. Doprowadzał ich do szału pewnością siebie, błyskotliwością, nieprzeciętną inteligencją, celnością swoich ripost.

Trudno mi jednak powiedzieć, kto wymazał Wilde'a z Oksfordu - czy to rzeczywiście zazdrosna kadra, czy też może właśnie wiktoriańskie społeczeństwo oburzone skandalicznym prowadzeniem się artysty (trzeba pamiętać, że w Oksfordzie dopadł Wilde'a fatalizm - to tutaj poznał Lorda Douglasa - drogiego Bosiego - fatalnego kochanka, który go pogrążył).

Oscar Wilde

Oscar Wilde w Ameryce

Magdalen College Oxford

Magdalen College, gdzie Wilde był studentem

Christ Church college

Jadalania w jednym z oksfordzkich kolegiów

A zatem Oskarze, szukać trzeba Cię gdzie indziej! Wyjeżdzam do Paryża na kilka dni. To tam w Hotel d'Alzace Wilde dożył swojego końca. Chciałabym to miejsce zobaczyć (dobrze jest, jadąc w obce miejsce, mieć małą misję do spełnienia). I z pewnością zgodzisz się ze mną, że nie ma lepszego miejsca, by celebrować in style ten słodko samolubny dzień własnych urodzin.


* tlumaczenie cytatów własne

środa, 03 lutego 2010

Najbardziej znana księgarnia brytyjska na świecie - Blackwell w OksfordzieNie przesadzę, jeżeli powiem, że Oksford jest miastem książki i miastem z książki. Gdybym mogła wyjąć cały ten boży dobytek z olbrzymich magazynów bibliotek uniwersyteckich ciągnących się kilometrami pod ziemią, wybebeszyć całą tą okazałość uginających się półek w pracowniach, zebrać te masy, które piętrzą się w domach mieszkańców i które często po ich śmierci wędrują w ramach daru do bibliotek college'owych, to... wybudowałabym drugie miasto. Wyobraźcie sobie główną ulicę High Street wyłożoną jedynie współczesnymi powieściami z Bodleian Libarary (biblioteka jest jedną z dwóch instytucji w Wielkiej Brytanii, która otrzymuje kopię każdej wydanej w UK książki, czyli rocznie miliony), kościół św. Marii skonstruowany z architektonicznych traktatów ze średniowiecznymi manuskryptami zamiast witraży, czy wreszcie rzędy sklepów stworzone z XIX-wiecznych magazynów, a w nich na wieszakach powiewające manuskrypty z japońskich, indyjskich czy arabskich instytutów...

Książka w mieście jest pewnie najczęściej wymienianym towarem. Żeby jednak znaleźć miejsce, gdzie najlepiej dobić targu, jeżeli chce się książkę kupić a nie tylko wypożyczyć,  trzeba co nie co o mieście wiedzieć.

Rzędy książek z literaturą współczesną w Blackwell Bookshop

Rzędy półek z literaturą współczesną

Wbrew pozorom oksfordzkie księgarnie nie tak łatwo znaleźć, chyba że jest to słynna i uwielbiana przeze mnie od lat Blackwell Bookshop przy 48- 51 Broad Street. To chyba najbardziej znana na świecie brytyjska księgarnia, mieszcząca się dosłownie w dwóch dużych kamienicach, przedzielonych jedynie przytulnym, maleńkim, starym pubem White Horse w piwnicy. Blackwell Bookshop rozciąga się na trzech piętrach powyżej parteru i ma cztery poziomy pod ziemią. Zaczynała bardzo skromnie ponad 130 lat temu, kiedy to Benjamin Henry Blackwell, syn miejskiego bibliotekarza, postanowił zająć się wydawaniem i handlem książkami. Początkowo miała jedynie kilka metrów kwadratowych powierzchni. Dziś sama dolna część (Norrington Room) to prawie 100 metrów kwadratowych, które ma prawie 5 kilometrów półek z książkami (co podobno jest najgęściej wypełnionym książkami pomieszczeniem  na świecie). Ta część Blackwell Bookshop ma szkatułkową strukturę, bo w jednym kwadracie półek, kilka schodków niżej mieści się następny, a potem jeszcze jeden, i ostatni na najniższym poziomie. Tam właśnie znajdują się książki z filozofii i etyki. Ciut wyżej piętrzą się publikacje z działu polityki, socjologii i innych nauk społecznych, jeszcze wyżej medycyna. W stronę wyjścia półki uginają się pod ciężarem książek podróżniczych, przewodników i map. I jeżeli ktoś lubi stanąć oko w oko z  dużym i trudnym wyborem, to znalazł tutaj właściwie miejsce.

Podziemia  księgarni Blackwell

Książkowa szkatułka w szkatułce - podziemia Blackwell Bookshop

W świecie fikcji

W świecie fikcji

Norrington Room, jak zresztą cała reszta olbrzymiej Blackwell wyposażona jest w wygodne fotele, sofy i ławki, więc jeżeli wybór jest wyjątkowo ciężki bądź jeżeli ktoś ma ochotę najzwyczajniej w świecie przeczytać co nie co, to może zalec gdzieś w kąciku i oddać się lekturze.

Od kilku lat brytyjskie księgarnie, próbując obronić się przed spadkiem sprzedawanych książek, wymyśliły, że sposobem na zatrzymanie klienta będzie udostępnienie mu kawiarni, gdzie można przycupnąć na dłużej, wziąć książkę i poczytać przy kawie, a potem ładnie ruszyć z nią do kasy. Dlatego w każdej dużej sieciowej księgarni miejsce znalazło się na jedną z sieci kawodajni: zwykle Costa, Nero czy Starbucks.

Kawiarnia Nero w księgarni Blackwells

Z kawą i ciastkiem można posiedzieć dłużej

Blackwell Bookshop sparował się z Cafe Nero. Wystarczy, że wdrapię się jedno pięterko w górę (co jest trudne, bo na parterze piętrzą się współczesne powieści), by zmysły przyjemnie sparaliżował mi zapach świeżo prażonej kawy. Pierwsze pięterko to pięterko wyjątkowo kuszące: jest tu Poet's Croner z poezją, całe ściany brytyjskiej literatury, półki z literaturą światową, zgrabnie, alfabetycznie ułożone i wreszcie książki językowe. I tutaj można sobie popodróżować przez kontynenty, bo Blackwell oferuje książki z najróżnejszych miejsc, począwszy od Francji, przez kraje Morza Śródziemorskiego, Rosję, Chiny, na Afryce skończywszy.

Językowa częśc księgarni

Zawieszony nad portugalską książką

Na kolejnym piętrze zakopać się można w historii. W rogu z kolei w gablotach dostojnie siedzą rzadkie książki, na które polują kolekcjonerzy (i tylko oni mogą sobie na nie pozwolić, bo ceny nietypowych wydań powieści czy albumów z minionych wieków zaczynają się od kilkuset funtów. Ja lubię za o uprawiać tzw. window shopping, czyli najwzwyczajniej w świecie się pogapić). I wreszcie trzeba koniecznie dobić na ostatnie piętro.

Blackwell jest księgarnią, która oferuje książki po standardowych, rynkowych cenach (ok. kilku funtów za powieść w miękkiej okładce, kilkanaście za taką samą w grubej). Wyjątkiem są te książki, które lądują w czarnych skrzynkach z napisem wyprzedaż (można je znaleźć właściwie przez cały rok na każdym z pięter, najwięcej jest jednak w czasie sezonowej wyprzedaży, czyli zaraz po Świętach Bożego Narodzenia, zwykle do połowy bądź do końca lutego), bądź te które składowane są u góry, bo tam właśnie jest antykwariat. Górny antykwariat ma często dość górnolotną ofertę, która stanowi tematyczną minaturkę zasobów Blackwell na niższych piętrach.

Kąt poetów

Kąt z poezją

O ile w niższych częściach Blackwell kupuję zwykle tylko książki, które planuję jako prezenty bądź książki językowe, o tyle w antykwariacie powieści, zbiorki poezji, książki o religijach świata i czy o Oksfordzie przylepiają mi się do rąk niemalże same. Tym samym ci, którzy planują tylko półki z ciekawości obejrzeć i mają słabość do nabywania książek, powinni zdecydowanie zostać na niższych piętrach!

Blackwell to nie tylko ważny rozdział w historii miasta. Blackwell to też nieodłączna część literackiego Oksfordu, bo właśnie to wydawnictwo i ta księgarnia pokazały światu Tolkiena (pisarz wydał tam swój pierwszy wiersz "Goblin's Feet". Zresztą życie wydawcy Basila Blackwella, syna założyciela księgarni, splotło się z życiem Tolkiena także w inny sposób: pisarz wprowadził się z rodziną do domu wcześniej zajmowanego przez Basila na 20 Northmoor Road w północnej części Oksfordu ). To tutaj zaczęto oferować tanie wydania dramatów Szekspira. To tutaj wydawano piękne edycje dzieł sióstr Bronte czy Chaucera.

Przeceny książkowe

Styczeń i luty to czas przecen i wyprzedaży w księgarniach

Zapytacie pewnie, a co z książkami o sztuce, z albumami, katalogami z wystaw? Blackwell ma na to swoją odpowiedź, odpowiedź w wielkim stylu: czyli osobny, tym razem architektonicznie znacznie młodszy sklep (w budynku, który stał tu wcześniej, mieszkał Tolkien-student), również na Broad Street, ale po przeciwnej stronie. Blackwell's Art and Poster Shop to dwa piętra, półki ustawione nie w rzędzie, ale w formie zygzaka, na których stroszą się opracowania renesansowych klasyków, modernistycznych architektów, rosyjskiej awangardy, średniowiecznej sztuki sakralnej. Arystyczna księgarnia obejmuje również książki o dziesiątej muzie: podsumowania twórczości Kieślowskiego, początki kina we Włoszech. Wreszcie dostać można też plakaty i pocztówki artystyczne. Teraz, w czasie przecen, kiedy cudowne albumy kosztują tylko połowę tego, ile zwykle trzeba za nie zapłacić, włos się jeży na głowie, wzrok chaotycznie pląsa po okładkach, głos puchnie w gardle a portfel, biedny portfel poddaje się temu szaleństwu i staje się coraz cieńszy.

Księgarnia artystyczna

Arystyczny Blackwell też na Broad Street

Na pocieszenie tłumaczę sobie, że na szczęście nie gram na żadnym instrumencie, bo obok sklepu ze sztuką stoi Blackwell numer trzy, czyli... księgarnia muzyczna. Muzyczny Blackwell to znowu kondygnacje – tym razem trzy. Pierwsze zajmują płyty, drugie – książki z muzyką a trzecie opracowania i nuty. Wszystko mieści się w starej kamienicy, więc kiedy skaczę po piętrach, żeby kupić coś dla kochanego męża, to schody przyjemnie skrzypią, a wykonawcy z dawnych plakatów reklamujących wystąpienia wiszące na ścianach korytarzyka patrzą na mnie z politowaniem.

Blackwell Music Shop

I wreszcie Blackwell dla melomanów

***

Ciąg dalszy bibliofilskiej wycieczki wkrótce.

[AKTUALIZACJA: część druga spaceru dostępna jest tutaj, a trzecia i finalna tu.)

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...