czwartek, 28 lutego 2013

World Book Night 2013W tym roku dobędzie się trzecia edycja wielkiej akcji rozdawania książek w Wielkiej Brytanii World Book Night, a mi jest niezmiernie miło, że po raz kolejny zostałam wolontariuszem tej sympatycznej inicjatywy. Tym razem podaruję "A Little History of the World" E. H. Gombricha - książkę, która była moim faworytem na tegorocznej liście. Szczerze mówiąc, lista w tym roku nie była oszałamiająca, dlatego odnalezienie na niej tej pozycji było jak wyłowienie perełki z przyciemnionego dna.

E. H. Gombrich A Little History of the World

Dwadzieścia egzemplarzy książki przywędruje do mnie na tydzień przed akcją, która ruszy pełną parą wieczorem 23 kwietnia. Tak, jak w poprzednich dwóch latach, planuję świętować Noc Książki w Londynie. Na razie jeszcze nie wiadomo, co dokładnie i gdzie będzie się działo, ale jak tylko pojawi się plan, to dam Wam znać.

Postanowiłam, że część książek prześlę do Sreepur Village. To organizacja charytatywna, która utrzymuje ośrodek dla bangladeskich kobiet po przejściach i ich dzieci.  Kobiety uczą się tam zawodu, otrzymują małe wynagrodzenie za swoją pracę, a po wyjściu (zostać mogą w ośrodku do 5 lat) mają dostęp do konta bankowego, gdzie zgromadzone zostały dla nich oszczędności nazbierane przez lata pracy i pobytu w Sreepur Village. W tej chwili mieszka tam ponad 130 kobiet wraz z dziećmi i myślę, że przynajmniej którąś z nich uraduje książka Gombricha.

Poza tym, jak w latach poprzednich, chętnie podzielę się książką z Wami. Chciałabym jednak, żeby ci, do których ona trafi po przeczytaniu posłali ją dalej, by w ten sposób możliwie jak największa liczba osób miała do niej dostęp. Kto ma ochotę na "A Little History of the World"?


LondynW kwietniu moje przyjaciółki z liceum zatrzymają się na chwilę w Londynie, wracając z Barcelony. Lądują na Stansted, skąd łatwo można dostać się do londyńskiej Liverpool Station. Specjalnie dla nich popełniam tą kilkugodzinną trasę po najstarszej części stolicy (the City), zahaczając o wschodnie bądź południowe części (podaję dwie alternatywne drogi). Po tych okolicach spacerowaliśmy z małą Natalie i z jej trzyletnią kuzyneczką Zuzią, więc wycieczka spokojnie nadaje się na rodzinny wypad, polecam wtedy tylko zabranie odpowiednich wózków, nosidełek. Jeżeli ktoś zaczyna wyprawę po Londynie od innej części i musi przemieścić się z dziećmi w stronę City, to polecam zdecydowanie metro, bo jest najszybsze, a do tego można w nim po ruchomych schodach zjechać z wózkiem dziecięcym (!).

Pocztątek: dworzec Liverpool Station
Proponuję spacer ulicą London Wall do Museum of London. London Wall jest jedną z najstarszych ulic w stolicy, co więcej można wypatrzeć na niej kawałki (a właściwie kawalątka) starego muru średniowiecznego. Mur nieźle wkomponowany jest architekturę finansowych wieżowców i bardzo łatwo znika z oczu. Najlepiej widać go jednak z pierwszego piętra Muzeum Londynu.

Museum of London

Londyn XX-wieczny

Bardzo gorąco polecam odwiedzenie Muzeum, bo jest świetnie przygotowane, niezwykle przekonujące w sposobie prezentowania klimatu miasta w różnych epokach. Co prawda zrobione jest konwencjonalnie linią czasową, od pre-Londynu i jego osadników znad Tamizy sprzed tysięcy lat, po czasy rzymskie, wiktoriańskie, szalone lata 20-te, wojnę, kryzys aż po współczesną stolicę, ale łatwo można skupić się na ulubionych, wybranych częściach. Polecam zwłaszcza malutką gablotkę, która pokazuje, co kiedyś znajdowało się na miejscu Heathrow (pierwsza sala), film o tym, jak zaraza czarnej dżumy zdziesiątkowała miasto (genialnie utrzymany w klimacie grozy), maszynkę, która otwarza teksty w staroangielskim, średnioangielskim, staroniemieckim, języku Wikingów, hebrajskim i paru innych. Świetny jest też film o Wielkim Pożarze, który strafił większość miasta w 1666 roku. W tej sali warto zwrócić uwagę na to, jak wyglądała jeszcze do XVI wieku katedra św. Pawła (St. Paul's Cathedral), a potem przejść się pod dzisiejszego Paula (to 5-10 minut drogi od Muzeum) i zobaczyć wielką różnicę. Na parterze zgubić można się w XVIII-wiecznym ogrodzie dworskich rozrywek albo w wiktoriańskich sklepach, które zostały cudnie odtworzone. Dalej najbardziej podobały mi się filmy z samego początku XX wieku, nieme, żywe, na których Londyńczycy strajkują, masowo opuszczają fabrykę (tysiące osób wychodzi z bramy o tej samej porze), jeżdżą tramwajami i się bawią. W sali obok można z kolei przeliczyć sobie, ile zarabiałoby się w XX wieku w danej profesji (ważne jest tutaj rozgraniczenie: jako kobieta albo jako mężczyzna, bo kobiety z reguły zarabiały mniej), ile pensji pochłonęłyby wydatki domowe i ile zostawałoby w kieszeni. Odkrycie dość smutne :)

Museum of London, biurko wiktoriańskie

Model biurka szefa banku z czasów wiktoriańskich. Museum of London

To, co mi się bardzo podoba w muzeum to to, że mówi ono sporo nie tyle o samej historii miasta, ale o jego nastrojach, poglądach. W zakątkach można zobaczyć filmy z młodymi londyńczykami, podkreślające multietniczny i multikulturowy charakter dzisiejszej stolicy. Muzeum jest darmowe. Ma dwie kawiarenki, i oczywiście sklep.

Przy brzydkiej pogodzie i atrakcyjnej ofercie Barbicanu, można z Muzeum udać się do centrum kulturalnego, które jest szalenie blisko. Polecam najpierw sprawdzić, co można w Barbicanie zobaczyć. My chcieliśmy niedawno dostać się do Rain Roomu - wystawy, gdzie "można sterować deszczem", ale kolejka do galerii jest tak długa (co najmniej dwie godziny stania), że zrezygnowaliśmy.

Londyński Barbican

Żeby zobaczyć, trzeba poczekać - dwugodzinna kolejka do Rain Roomu w Barbicanie

Po wycieczce muzealnej warto czymś pokrzepić ciało. W okolicach Barbicanu jest wiele jadłodajnii. Dla tych, którzy nie będą mieli wiele czasu, polecam szybki zakup kanapki bądź sałatki w jednej z sieciówek: Pret a Manger bądź Eat i spałaszowanie jej po drodze (oba lokale są na Long Lane).

Potem schodzimy Aldersgate Street i potem St Martin's Le-Grand w dół w stronę katedry św. Pawła. Ci, którzy lubią francuskie kanapki i ciasteczka, mogą przy St Paul's wpaść do Paula - kawiarenki-siecówki serwującej francuskie specjały.

Od św. Pawła zaplanowałam dwie trasy. Pierwsza wiedzie na południe a druga dalej na wschód.

Trasa 1. Po drugiej stronie Tamizy
Od katedry udajemy się w dół i przez Millenium Bridge przedostajemy się na drugą stronę rzeki. Z mostu znakomicie widać Tower Bridge i wieżowce Canary Wharf. A z drugiej strony lekko jeszcze zamajaczy Parlament i Big Ben. Tym, którzy lubią sztukę współczesną, polecam odwiedzenie Tate Modern. Tylko zaznaczam, że stała kolekcja i same wystawy czasowe pochłoną co najmniej pół dnia. Tych, którzy chcą sobie po prostu obejrzeć ten kolosalny budynek i trochę miasta, zachęcam na wjechanie albo na ostatnie piętro, gdzie jest bar i restauracja, albo na drugie, gdzie jest kawiarenka. Widok jest świetny, nawet przy brzydkiej pogodzie.

Millenium bridge i tate modern

Millenium Bridge, pełen ludzi nawet przy brzydkiej pogodzie

Z Tate podążamy wzdłuż Tamizy na wschód. Będąc przy London Bridge warto zahaczyć o Borough Market, znakomity rynek z całą galerią dóbr, o których nawet się nie śni. Ceny też potrafią być znakomite, ale coś tam zawsze można wyłowić, nie wspominając już o klimacie starego rynku. Borough Market będzie zawsze kojarzył mi się ze Świętami, bo teść zwykle nabywa tam rarytasy na Boże Narodzenie, a my nie możemy się nadziwić, że sery, powidła czy trufle mogą tak smakować i eghm... tyle kosztować :)

Borough Market

Czarodziejskie stragany na Borough Market

Z rynku przechodzimy na St Thomas Street, gdzie niedawno powstał najwyższy budynek w Europie The Shard. Spiczasta konstrukcja ma 70 pięter, na dole biura, wyżej hotel, najważniejsze jednak jest to, że można wyjechać na sam jej szczyt, skąd musi rozciągać się nieprawdopodobny widok na miasto. Wjazd kosztuje 26 funtów, ale dla tych, którzy tak jak ja kochają widoki z góry, na pewno będzie to dobrze wydana kwota :) Ja miasta oglądać z góry muszę, sprawia mi to niesamowitą przyjemność i złudne wrażenie, że obcuję z miastem lepiej, intensywniej.

The Shard

The Shard, szpiczasty drapacz z tarasem widokowym na samym szczycie

Muszę też dodać, że na St Thomas Street znajduje się dom, w którym mieszkał John Keats - warto się przyjrzeć, dom oznaczony jest niebieską plakietką. O ile się nie mylę, znajduje się tam teraz centrum medyczne.

Ulicą świętego Tomasza można potem dojść do Tower Bridge. Tym, którzy wymagają pokrzepienia ciała w tym momencie, polecam przed dojściem do mostu skręcenie z St Thomas Street w Bermondsey Street - to fajna, ciekawa uliczka z licznymi kafejkami. Tutaj na pewno nie będzie żadnych turystycznych tłumów. Po tym przystanku wchodzimy na spektakularny Tower Bridge (polecam zwłaszcza jak się ściemni, wygląda bajkowo) i przechodzimy z powrotem na północną część Londynu.

Tower bridge

Bajkowy Tower Bridge późniejszą porą

Stamtąd ulicą Minories udajemy się w stronę Aldgate. Przed stacją metra Aldgate skręcamy w White Chapel Road. Będziemy podążać w stronę Brick Lane. Po drodze można wpaść do Whitechapel Gallery - warto! Galeria, która powstała ponad 100 lat temu specjalizuje się w sztuce XX-wiecznej.

Tutaj się jednak zatrzymam, bo zanim ruszymy do bangladeskiej dzielnicy Londynu, chciałabym aby dotarła do nas trasa nr 2.

 

Trasa 2. Arkana centrum finansowego.


Z okolic katedry św. Pawła ruszamy ulicą Cheapside w stronę Banku. Bank of England jest kolosalnym budynkiem o przyciężkawej architekturze. Kiedyś wyglądał zupełnie inaczej, jak zaprojektowal go John Soane. Swoją drogą przy okazji innej trasy polecam bardzo gorąco obejrzenie Muzeum Johna Soane'a, bo to jeden z najdziwiejszych i najciekawszych domów w stolicy (ale to są okolice Holborn, więc spory kawałek od miejsca, gdzie teraz jesteśmy). Część Banku stanowi malutkie muzeum poświęcone nie tyle historii instytucji, co samej historii finansowej Anglii. Wnętrza są znakomite, pysznie bogate, więc warto wejść chociażby, by im się przyjrzeć. W środku osoby, które są podobnej skali ignorantami finansowymi, co ja mogą dowiedzieć się mogą, czym jest i jak teraz działa inflacja, po czym poznaje się wiarygodność sztabki złota, jak kiedyś wyglądały angielskie banknoty etc. etc. Mnie jednak najbardziej ciekawiła mała gablota poświęcona Kennethowi Grahamowi, autorowi "O czym szumią wierzby", który pracował w Banku przez wiele lat. W muzeum można nawet posłuchać historii o krecie i szczurze. Muzeum jest bezpłatne i czynne tylko w ciągu tygodnia.

Londyńskie City

Dzielnica the City

bank of England

 Pompatyczny Bank of England

Londynskie city

Miejskie rowery w Londynie sponsoruje bank Barclay's

Londynskie city

Wyjście z Banku

Stamtąd idziemy Cornhill w stronę Aldgate. Koniecznie trzeba się przyjrzeć pubom i lokalom na tej ulicy - większość z nich ma wciąż niesamowite, wyktwintne XIX i XX-wieczne wnętrza z olbrzymimi żyrandolami i pięknie zestarzałą boazerią. Potem jesteśmy na Leadenhall Street. Centrum finansowych drapaczy chmur. Po lewej znajduje się modernistyczny budynek Lloydsa, przypominający ciąg rur i połączeń. Po prawej mieni się sławny Gherkin - wieżowiec w kształcie ogórka.

Londyńskie City

Ekskluzywne sklepy

Londyńskie City

 i wnętrza

W godzinach lunchu bądź po 17.00 ulice centrum pełne są garniturów. Zdecydowanie rzadko napotkałam garsonki :) Spora część pracowników the City przemyka z teczkami bądź aktami.

Londyńskie City

W tle finansowy Ogórek

Londyńskie City

Ludzie dzielnicy finansowej

Londyńskie City

Panie reklamujące "masaż tajski", dzielnica finansowa

Stamtąd idziemy dalej na wschód w stronę Aldgate. I tutaj ta trasa łączy się z pierwszą.
Jesteśmy na Whitechapel Road, z niej skręcamy w lewo w Brick Lane. Uliczka została osławiona powieścią Moniki Ali (książka została jakiś czas temu zekranizowana, warto po nią sięgnąć przed wycieczką w te rejony). Wzdłuż ulicy i w uliczkach pobocznych mnóstwo jest bengalskich knajpek, do których właściciele będą namiętnie zapraszać. Nie polecę Wam żadnej z knajpek, bo nie mam wielu doświadczeń gastronomicznych z tego rejonu, poza tym po sukcesie książki lokale przeżyły mocny boom, który niekoniecznie dobrze na nie wpłynął.

Brick Lane

Dzielnica bangladeska

Brick Lane

Okolice Brick Lane

Brick Lane

 Czytający w jednym z bangladeskich sklepików na Brick Lane

Brick Lane restuaracja

Curry restauracje

Bangladeskie rarytasy

Bangladeskie rarytasy

W tej okolicy jest mnóstwo jadłodajnii, więc jest w czym wybierać, zwłaszcza jeżeli pójdzie się do Spitalfields Market, jednego z najstarszych rynków w Londynie (powstał w czasach wiktoriańskich), gdzie można zakupić całą masę rzeczy: od jedzenia, po rzeczy vintage, płyty, akcesoria a na dziełach sztuki skończywszy. Rynek otwarty jest teraz siedem dni w tygodniu, a dookoła niego siedzą przycupnięte rzędy kafejek. Sporo z nich to małe, zrobione z pomysłem niezależne lokale. W środku z kolei znajdziecie trochę sieciówek (Wagamamę, Gourmet Burger Kitchen etc). Warto tu poszperać i coś przekąsić.

Spitafields market

 Biżuteria. Spitalfields Market

Spitafields market

 Muzyka. Spitalfields Market

Spitafields market

Butik z manicure ucharakteryzowany na wnętrze samolotu. Spitalfields Market

Z rynku idzie się jedynie 5 minut do Liverpool Station (podążaj ulicą Bishopsgate), gdzie ta trasa zatacza koło. Po drodze można zaliczyć jeszcze tradycyjny pub albo szybką przekąskę w którymś z barów. Ci, którzy wolą więcej czasu spędzić na buszowaniu po straganach a na lunch chcieliby zjeść curry, mogą tą trasę wykonać w kierunku przeciwnym do tego, który podałam (najpierw Old Spitalfields Market, na końcu Museum of London czy Barbican).

 

English restaurant

 W drodze do Liverpool Station

Piątek w pubie

 Piątkowy wieczór w pubie

Pub okolice Liverpool station

Ciemną nocą pub o brzydkiej nazwie

Sushi bar, okolice Liverpool station

Bar w okolicy dworca Liverpool Station

Życzę przyjemnego spacerowania i założę się, że po drodze odkryjecie wiele rzeczy, o których tutaj nie wspomniałam i to będzie w tej wycieczce najfajniejsze. Poniżej mapki, choć najlepiej jest sobie wydrukować "na świeżo" z Google'a.

Londyńska trasa spacerowa. City i wschód

Okolice Museum Londynu, katedry św. Paula i Banku

Londyńska trasa spacerowa. City i wschód

Okolice Tate Modern, London Bridge i Tower Bridge (na mapce zielony A100)

Londyńska trasa spacerowa. City i wschód

Okolice Aldgate, Whitechapel, Brick Lane i Spitalfields Market

czwartek, 21 lutego 2013

Strona Beli isabelready.comZ wielką radością ogłaszam, że dostępna jest strona naszej Beli z jej historią, marzeniami, długą listą terapii i sposobami, w jaki można jej pomóc. Jednocześnie dziękuję Wam wszystkim za pomoc i miłe słowa. To wspaniałe, że jesteście i że trzymacie za nas kciuki.
Z Waszych zeszłorocznych rozliczeń podatkowych (z owego 1%) na Beli konto wypłynęły niemalże 4 tysiące złotych – dziękujemy po stokroć! Te pieniądze przeznaczymy na pokrycie części kosztu dwutygodniowego turnusu rehabilitacyjnego w Zabajce, gdzie wybieramy się w maju tego roku. Centrum oferuje aż 22 różnego rodzaju terapie, w tym hipoterapię, a Bela uwielbia konie, więc na pewno będzie ciekawie.

Niedawno popełniłam małe podsumowanie zeszłego roku i 2012 wypadł zdecydowanie lepiej dla Beli niż rok poprzedni. Tygodnie wypełnione były przede wszystkim terapiami (116 spotkań) a nie wizytami w szpitalu (tylko 24), co mnie bardzo cieszy. W 2011 roku te propocje były zupełnie inne. Do tego Bela uczestniczyła w 41 zajęciach (w grupie dla dzieci z problemami ruchowymi bądź na basenie), 11 razy oglądała ją bądź pielęgniarka środowiskowa bądź lekarzyk w przychodni. Do tego mocno urosła, zrobiła się bardziej stanowcza i zdecydowana, i zdarzają jej się dni, kiedy je więcej z łyżeczki (hurra!). Miałyśmy bardzo kiepską jesień, kiedy Beli padaczka się pogorszyła. Wyobrażacie sobie przechodzić przez 100-150 ataków dziennie? Masakra. Na szczęście teraz jest lepiej i to przy mniejszonej liczbie leków. Sukcesem była nie tylko zmiana leku (jest teraz na Carbomazepine), ale i lekarza :)

W tym roku zaplanowaliśmy dla Beli intensywną wiosnę i mam nadzieję, że dużo z niej skorzysta. Poza tym przymierzamy się, żeby zobaczyć, jak spodoba jej się jedna sesyjka dziennie w zintegrowanym przedszkolu (2,5 godzinki) – ale to dopiero pewnie zdarzy się latem bądź jesienią.

Ja z kolei wiem, że można (zwykle) całkiem nieźle egzystować w permanentnym stanie niewyspania i zmęczenia. Wskoczyłam na poziom czterech kaw dziennie i jakoś sunę do przodu :) Nauczyłam się czytać pod kołdrą przy latarce z telefonu komórkowego, kiedy dziewczyny już śpią. Książki pojawiły się też w naszej łazience, która do tej pory była jedynym miejscem wolnym od woluminów. I muszę przyznać, że prowadzenie życia, w którym wszystko musi być z góry zaplanowane: terapie, spotkania, wizyty, opieka nad Natalką, kiedy Bela coś uczęszcza, wyjazdy, przyjazdy, osoby pomagające, osoby przekazujące, osoby obserwujące, osoby od sprzętu specjalistycznego, osoby od dodatkowej pomocy, opieka, by mieć trochę czasu wolnego... cała ta armia ludzi w równym szeregu, z którego kiedy ktoś wypada, to robi się duże zamieszanie – tak, prowadzenie takiego życia nie jest moim idealnym sposobem na egzystowanie.

Raz jeszcze dziękuję Wam za wsparcie. I jeżeli chcielibyście pomóc Beli w tym roku, to przypominam namiary:

Ściskam serdecznie i do usłyszenia

wtorek, 05 lutego 2013

Na angielskich ulicach często można spotkać bezdomnych. Albo stoją przy sklepach i sprzedają magazyn Big Issue, ze sprzedaży którego się utrzymują, albo siedzą w bramach, przed witrynami, czy śpią przy wejściach do luksusowych, wieczorami niezamieszkałych kamienic. Ilekroć wracam wczesnym rankiem z okolic londyńskiego dworca Victoria, widzę, jak bezdomni budzą się po nocy spędzonej przed wielkimi drzwiami jednej z firm mieszczących się przy Grosvenor Gardens. Towarzyszy im zazwyczaj potworny smród. Tuż przed otwarciem biur znikają i gdzieś ginie też ich nieprzyjemna woń. Zawsze zadzwiłał mnie ten pokojowy podział na to, kto kiedy korzysta z kamienicy, ta niepisana umowa wspólnego wynajmu, w której nie ma stróża z kijem bejsbolowym, ani wściekłego psa. Są za to jedni nocą, a drudzy za dnia.

Okolice dworca Victoria kiedyś były noclegownią bezdomnych Polaków, którzy po dostaniu się autokarem do Wielkiej Brytanii, zostali oszukani i ogołoceni przez obiecujących złote góry łatwych pieniędzy. Teraz jest ich znacznie mniej - tak przynajmniej sądzi mój znajomy, który jest wolontariuszem w organizacji charytatywnej Shelter, pomagającej bezdomnym.

Z ciekawości sięgnęłam po najnowsze dane statystyczne opublikowane niedawno przez rząd brytyjski. Okazuje się, że obecnie (dane pochodzą z 2011 roku) jedynie niewielka liczba bezdomnych to obcokrajowcy – tylko 14%, a z nich jedynie jedna szósta to osoby z Europy Środkowo-Wschodniej.

Bezdomni w Wielkiej Brytanii to jednak wcale nie tylko złamane życiorysy, niefortunnie układające się losy, rozstania czy osamotnienie. Bezdomność to też wybór stylu życia. Kiedyś oglądałam zaskakujący program o tych, którzy nie chcą mieć stałego zamieszkania i wolą spać w plenerze. Pokazywał to, czego w stereotypie bezdomnego się po prostu nie spotyka. Pokazywał, że można mieć potrzeba bycia ulicy, a nie być do niej przymuszonym.

Kiedy spotykam czytających bezdomnych (a to wcale nie zdarza się rzadko), to myślę sobie, że może to właśnie jeden z tych, którzy wybrali mieszkać właśnie w takim stylu. Tak jak ten pan ze zdjęcia poniżej, które dołączam do Tyglowej serii zatytułowanej "Uroki czytania".

A Wy spotykacie bezdomnych?

Bezdomny z książką

Bezdomny czytający na ulicy Strand w centrum Londynu

 

***Inne zdjęcia z tego cyklu:

czytanie w wanie

niedziela, 03 lutego 2013

Kochani, jak wiecie, nasza mała Bela ma w życiu mocno pod górkę i staramy się dla niej zrobić wszystko, by było jej lepiej i mogła bardziej korzystać z wszystkiego, co nas otacza. Jeżeli możecie, proszę dołączcie się do nas. Jeśli rozliczacie się z podatku w Polsce, to możecie przekazać 1% na jej konto w fundacji Zdążyć z pomocą. Oto dane:

Isabel Ready   KRS: 0000037904, konto: 17277

W tej chwili zbieramy fundusze na intensywną fizjoterapię, by Bela mogła w pewnym momencie usiąść sama; turnus rehabilitacyjny w Zabajce (co najmniej 5 tys zł, bo jedzie z nami Natalie); leczenie aminokwasami, które ma pomóc jej w ogólnym rozwoju (jedna miesięczna terapia kosztuje 4 tys. zł); terapię neurologiczną, by zaczęła jeść z łyżeczki (cotygodniowe zajęcia, 150 zł), i konsultacje u doktora Paduły, amerykańskiego specjalisty od leczenia problemów wzrokowych u dzieci niepełnosprawnych (4,5 tys. zł), który w marcu przyjeżdża do Wielkiej Brytanii.

Isabel Ready, podaruj Beli 1% podatkuTak można wypełnić PIT-a, by przekazać 1% podatku dla Beli

Jesteśmy w takcie tworzenia strony dla Beli z jej historią i terapiami. Jak tylko będzie dostępna, to dam Wam znać. Na razie za to gotowy jest plakat z prośbą o pomoc, który mogę przesyłać Wam drogą mailową. Będę Wam bardzo wdzięczna za przesłanie informacji o Beli do przyjaciół, znajomych, rodziny, kolegów i koleżanek z pracy, jednym słowem, wszystkich, którzy mogliby jej pomóc. Bardzo, bardzo serdecznie Wam dziękuję! 

Bela Isabel Ready

Isabel (Bela) Ready

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...