sobota, 29 listopada 2008

Korwalia ma to, co uwielbiam i o czym, jak mawia Oliwka, marzą wszyscy Włosi: morze i wzgórza; wysokość i przestrzeń. Jesteśmy w Boscastle, wioseczce położonej nad oceanem, znanej w historii Wysp z diabelsko niebezpiecznego podejścia do portu i przemytu na sporą skalę. Czarne, ostre skały rozrzucone u wejścia i wysokie, ostre klify musiały stanowić nie lada wyzwanie nawigacyjne dla rybaków i żeglarzy. Ocean jest wzburzony. Fale z łoskotem rozbijają się o klify. Silny wiatr z niewinnego chodzenia po klifach czyni dość ryzykowne przedsięwzięcie. Po piaszczystych enklawach plaż nie ma dziś śladu – przypływ zjadł je parę godzin temu. Wody zaczynają się co prawda już cofać, ale gwałtowny ruch oceanu i wiatr pcha fale do przodu. Piekielnie trwały ruch tak dobrze znany ludziom morza i tak szczerze przez nich nienawidzony. Mój ojciec, który na morzu pracuje już kolejną dekadę, po przyjeździe na ląd nie może na nie patrzeć. A ja nie mogę się bez otwierającej nieskończoną przestrzeń wody obejść.

 

Klify w Boscastle, Kornwalia

 

Wietrzny spacer klifami w Boscastle

Z portu Boscastle można po wzgórzach nad brzegami wysokich klifów poruszać się znaną kilkuset kilometrową ścieżką Costal Path. Na jednym z wysuniętych w ocean języków skalnych, jakieś 20 minut drogi w górę od portu znajduje się samotny, biały domek – siedzą w nim strażnicy linii brzegowej. Dziś dokładnie strażniczki – po czterdziestce – wypatrują tych, którzy na morzu bądź na szlaku mogą być w tarapatach. Poza nami nie ma tu jednak nikogo. Sezon turystyczny się skończył, a miejscowi w taką pogodę nie wybierają się na spacer po klifach. Pogoda jest taka, że raczej mogliby jej łaknąć samobójcy. Może to właśnie ich wyglądają te panie po czterdziestce z okna ciepłego domku na skale?

Widok na Boscastle

W oddali biała strażnica zbłąkanych dusz

Po drugiej stronie skalistego jęzora, bardziej w głębi lądu w XVII wieku postanowiono kościół z grubego, twardego kamienia, żeby nie dał się tutejszym wiatrom. I radzi sobie dobrze. W okalającym go cmentarzyku pochowane ciała zespalają się z naturą a ich duch łączy się z tym, co pomiędzy ziemią a bezkresnym oceanem.

Wioska Boscastle jest malownicza i o tej porze roku – melancholijna. Chatki z kamienia otoczone charakterystycznym płotem z wąskich kawałków tutejszej skały mają niezwykły wdzięk. Często otynkowane na biało, podkreślają swoją odmienność kolorem drzwi, framug, okiennicami czy rodzajem wdzięcznie zapadającego się dachu.

 

Boscastle w Kornwalii
Boscastle z naszego okna

We wiosce jest parę pubów i kilka restauracji, kilka oddzialików poczty w różnych częściach wzgórza, na którym rozciąga się wioska, parę sklepików i przystanek autobusowy. Autobusy przestają kursować w niedziele pod koniec października i powracają na drogi w kwietniu. Kto nie ma samochodu, dzień boży spędza po pokonywaniu kilkumilowych dystansów między wioskami.

Ulice i budynki mają wdzięczne nazwy: Paradise Road, Mount Pleasant, Cobweb Inn, Cherry Moon Road, Doctor’s Hill. Nawet skały, które wyszczerpione leżą u wejścia do portu mają swoje nazwy: podłużny The Meachard, wystający Penally Point czy Profile Rock. Każdy, kto próbowałby odważyć się zignorować ich istnienie, mógłby to przypłacić życiem. Wróg nazwany, to wróg już oswojony, do którego pochodzi się już z pewną wiedzą.

 

Rozpadające się dachy
Domy w Boscaste starzeją się z godnością

Thomas Hardy z nostalgią wspominał tutejsze klify. Tutaj poznał swoją przyszłą żonę, z którą ze względu na ‘różnicę charakterów’ (jak to dyplomatycznie nazywa wystawa o historii regionu), żył po ślubie zupełnie osobno. Ona sądziła, że popełniła mezalians z człowiekiem z nizin społecznych. On z kolei uznał, że ożenił się z osobą niedorównującą mu intelektem. Dopiero po śmierci żony Hardy zdał sobie sprawę, ile rzeczywiście znaczyła w jego życiu. W żalu i rozpaczy pisał wiersze, w których wspomina wspólne spacery i przeżycia z tej części Kornwalii. A jej tutaj wiele chwytających za serce miejsc i dramatycznych krajobrazów.

Wybrzeże Kornwalii

Kres oceanu

Ten region Kornwalii znany jest również z innego względu – to stąd pochodzi legenda o Królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu. Wioska Tintagel ogłasza, że posiada i zamek (teraz ruiny) i samo miejsce spotkań rycerzy – Arthur’s Hall. Okoliczne łąki mają Arthur’s Stone. A odległy stąd o kilkadziesiąt mil Winchester sam okrągły stół.

czwartek, 27 listopada 2008

 

Wioseczka Tintagel to dosłownie kilkadziesiąt domów, najstarszy na Wyspach budynek poczty ( jej dach wygląda jakby go wiatr finezyjnie pofalował), kilka sklepów i parę farm rozciągających się nad brzegiem oceanu. Większość mieszkańców żyje tu z turystyki – magnez stanowi legenda o Królu Arturze, którą utrzymuje ruina zamku, najpewniej gdzieś z V-VI wieku zbudowanego na skale klifu. Umieszczone u podnóża klifu centrum informacyjno-sklepowe, prowadzone przez English Heritage, prezentuje krótki film o legendarnej postaci. Samych Arturów, którzy mogliby być inspiracją dla mitu autorzy filmu wyliczają trzech w odstępstwie kilku stuleci – wszyscy mieliby być władcami zamku na skale. Brak źródeł potwierdzających istnienie królestwa, a tym samym i króla uniemożliwia jednak przyjęcie jakiejkolwiek hipotezy za pewnik (i tym lepiej dla samego mitu).

Widok na oceam z zamku który mial nalezec do Krola Artura
W te brzegi wpatrywał się legendarny król Artur

Tintagel żyje więc z legendy: turystów zachęca do odwiedzenia centrum King Arthur’s Hall, zakupienia najróżniejszych gadżetów związanych z królem i rycerzami okrągłego stołu czy stylizowanej na celtycką ceramiki.

 

U podnóży zamku

Dodatkową atrakcją jest hotel Camelot położony nad brzegiem oceanu (równolegle do ruin średniowiecznego zamku). Masywny wiktoriański budynek kilka lat temu zakupiony został przez dwóch scjentologów (Johna Mappinsa i Teda Stourtona). W okolicy słynie z tego, że ma polskich pracowników (obcokrajowcy w tak małej miejscowości muszą uchodzić za kuriozum). Po tym, jak przespacerowaliśmy się w diabelskim wietrze i lodowatym deszczu po ruinach zamku i odległym o pół mili kościele z X wieku wybraliśmy się do hotelu, żeby się rozgrzać. Od wejścia można poczuć się nieswojo. Gości witają dziesiątki zdjęć właściciela i jego pewnie z 20 lat młodszej żony z najróżniejszymi postaciami Hollywoodu (m.in. Al Pacino, Tom Cruise, John Travolta etc). Na każdym rogu przechodzących bombardują też ogłoszenia zatytułowane „Have you seen a light box?”, które, jak wyjaśnił mi polski recepcjonista, stanowią zachętę do odwiedzenia pracowni Stourtona. O samym Stourtonie pisze oczywiście gazeta wydawana przez niego samego i jego partnera biznesowego – Mappinsa (kopie "Independent locals" rozmieszczone są w kilku częściach przestronnych sal hotelu). W dwustronicowym artykule autor nazywa Stourtona najbardziej wpływowym, współczesnym artystą (co mnie jakoś szczególnie nie dziwi, widząc skalę megalomanii właścicieli Camelota). Sama publikacja do wiadomości podchodzi w ekscentryczny sposób: do druku idą tylko te informacje, które są pozytywne. Tym samym kilka stron przypada na zdjęcia z licznych biesiad z gwiazdami Hollywoodu urządzanymi w hotelu, przepowiednie o tym, że nadchodzi dobry czas dla miliarderów, porady w stylu "Dziesięć powodów, dla których warto inwestować w nieruchomości w Dubaju, opisy przyjaciół czy wreszcie grafomańska poezja Mappinsa (dla zainteresowanych przekopiowuję końcówkę jednego wierszy: "All the beauty and freedom that is true resides in You"). Kilkadziesiąt kopii poezji o rymach częstochowskich leży wyłożonych w rogu na pianinie z XIX wieku – gości prosi się o uprzejme częstowanie się.

hotel Camelot w Kornwalii
Hotel Camelot

Rezydenci hotelu mogą wyjawić również swoje sekrety i życzenia – właściciel z żoną zaprasza do zapisywania pragnień na kartkach ułożonych na okrągłym stole (oczywiście stylizowanym na mityczny stół rycerzy Artura). Życzenia czytane są później głośno przez właścicieli, którzy w całym procederze mają być medium, dzięki któremu dochodzi do spełnienia. Wszystko trąci kiczem a sam hotel niestety starością w złym tego słowa znaczeniu. I gość rzeczywiście zastanawia się o co, w tym wszystkim tutaj chodzi, bo przecież nie o prowadzenie hotelu.

Nie przeszkadzają mi inne wyznania, formy religijne, parareligijne i podobne. Czuję się jednak niekomfortowo, kiedy ktoś próbuje mną manipulować. A właściciele Camelota robią to w każdej sali hotelu i to w dodatku mało umiejętnie. Swoje cele sprowadzają do kultu pieniądza, pieniądza kultu i własnej postaci (bądź w odwrotnej kolejności). Przy okazji, natrafiłam na ciekawy tekst o scjentologii, polecam.

Port Issac uroki Kornwalii

Port Issac, jakieś 10 mil od Boscastle

środa, 26 listopada 2008

Z Oksfordu do Parku Narodowego Breacon Beacon w Walii jedzie się jakieś 2-3 godziny. Korzystając z relatywnie bliskiego dobrodziejstwa walijskiej natury, wybraliśmy się tam na górską przechadzkę w weekend. Zatrzymaliśmy się w nowym wynalazku wyspiarskiej turystyki – bunkhouse’ie, który w przypadku Ysbryd-y-Gwynt Bunkhouse było starą, murowaną stodołą przerobioną na 3 pokoje, kuchnie i dwie łazienki. Zakwaterowanie chyba najtańsze z możliwych (12,5 funta za osobę), czyte i dość ciekawe architektonicznie.

 

Początek szlaku na Pen y Fan

Początek trasy na Pen y Fan

Dolina na zachodzie Brecon Beacon

Śpiące pola

Mgła i sąpiący deszcz skutecznie odstrazyły tursytów. Zlane mleczną mgła góry zachodniego Bracon Beacon mieliśmy właściwie dla siebie. Podejście na Pen y Fan, które ma podnad 800 metrów nad poziomem morza i jest najwyższym szczytem w parku, uniemożliwił jednak zbyt silny wiatr i zbyt dużo rozlanego mleka w powietrzu. Lubię Walię. Za to, że jest piękna, dzika i taka mroczna jesienią.

Mleczna droga

Opustoszałe szlaki

poniedziałek, 10 listopada 2008

 

Przedostatnim razem byłam w Trójmieście na początku maja, kiedy wszystko kwitło a ja z zapaleniem oskrzeli patrzyłam na to błogie kwitnięcie głównie przez okna domu rodziców. Dopiero teraz, podczas tej listopadowej podróży miałam okazję trochę połazić. W Trójmieście rzeczy zmieniają się falami mód trudno zrozumiałych. W tym sezonie modne są... banki. Powstają na miejscu kawiarenek, do których mieszkańcy coraz rzadziej zaglądają, sklepów, co przeszły wszystkie możliwe wyprzedaże i rzemiosł, co z mody właśnie wychodzą. Na rogach i w samych szeregach ulic jest bank za bankiem. Czerwony, niebieski, z żółtym znaczkiem podświetlanym.

Po co komu tyle banków? Osobiście zmieniłam bank dosłownie raz w życiu, jak udało mi się pomylić PKO BP z PKO S.A. Od tamtej pory nawet nie przeszło i przez myśl, żeby przyglądać się innym bankom i próbować zrozumieć sens ich zawiłych ofert. Banki w takiej ilości, zwłaszcza w obecnym klimacie gospodarczym wyglądają wyjątkowo bezczelnie i nachalnie.

Moda na banki wydaje mi się jednak naturalnym przedłużeniem zeszłorocznej mody na centra handlowe czy tak zwane galerie, która de facto jeszcze wciąż trwa. Przed przyjazdem do Trójmiasta zaglądałam od czasu do czasu na witrynę portalu Trójmiasto.pl, która jednego dnia oznajmiła tzw. njusem głównym powstanie kolejnego centrum handlowego ("dobra wiadomość dla miłośników robienia zakupów. W Trójmieście powstaje kolejne gigantyczne centrum handlowe"). Zadziwia mnie ta pewność i głęboka wiara w możliwości zakupowe trójmiejskiego konsumenta.

Z wcześniejszych mód pamiętam zachwyt solariami. Były na tyle popularne, by powstawać nie tylko jako miejsca same w sobie, ale i doczepki, urozmaicenia czy wzbogacenia istniejących już pomieszczeń: salon piękności z solarium, kosmetyczny z solarium, odzieżowy z solarium czy nawet apteka z/i solarium. Teraz widać, że sztuczne słońce się obyło, raczej odpycha niż przyciąga klientelę.

Świat istniał też przed solarnianym żarem. I chyba bardziej oddziaływał na zmysły (bynajmniej węchu). W 2000-2001 roku w Trójmieście niepodzielnie rządziły tzw. gyrosy, czyli budy z kurczakiem opiekanym na rożnie. To był szczyt mody ulicznej, który rozprzestrzenił się z centrum po najdalsze krańce przedmieści. Śmierdziało tłuszczem dosłownie wszędzie, bo wyziewy z jednej budy często mieszały się z wyziewami następnej, więc nawet jak się człowiek mocno starał to, nie mógł ominąć strefy rażenia. A pewnie pamiętacie, że tłuszcz gyrosowy miał właściwości wyjątkowo lepkie: wklejał się do ubrań i włosów na długie godziny. Gyros jednak ostatecznie wymarł, co mogę z ulgą potwierdzić, bo jak przypuszczam, gyros najwyrażniej się przeżarł.

piątek, 07 listopada 2008

Czekam na autobus. Mleczna mgła rozmywa światło lamp ulicznych. Jest podwójnie ciemno: bo noc listopadowa, bo mgła. Czekam i w końcu przyjeżdża. W środku autobusu też ciemno. Przesuwam się w tył za miejscem z lepszym oświetleniem. Zaczynam czytać świeżo zakupione „Opowieści chłodnego morza” Huelle’go. Autobus jest w miarę pusty. Na przeciwko jedynie mężczyzna o szerokich ramionach, szerokiej szyi i kwadratowej twarzy. Przewracam stronę. Mężczyzna gwałtownym ruchem nachyla sie nad moją głową i groźnym półszeptem wyrzuca z siebie zlepek słów. Nie rozumiem. Zdezorientowany powtarza wolniej, ale z wyrzutem: Bileciki. Wolno grzebię w portmanetce, banknoty, monety, wszystko pozawijane i poskręcane. Szeroki się niecierpliwi. Żeby nie tracić czasu naskakuje na siedzącego obok – robi ten sam gwałtowny naskok, powtarza to samo warknięcie w twarz a jednocześnie nie spuszcza ze mnie wzroku. Flegmatycznie przebieram w banknotach. Już widzę bilet, ale wyciągam go powoli. Szeroki zdążył sprawdzić obcego, zdążył znów być przy mnie i zdążył się cały w sobie zagotować. Przeczuwa, że mnie złapie, zdobędzie i przydusi tutaj zaraz na miejscu za bezczelny brak bilecika. I kiedy kwadratowa twarz wciąż niecierpliwa, ale już pewna swego zwycięstwa i potęgi autorytetu rzuca na mnie ostateczne spojrzenie, wyciągam bilet. Ważny, skasowany. Szeroki wpatruje się w niego przez kilkanaście sekund. Rzeczywiście ważny. Skasowany. Szeroki z wściekłością na twarzy dwoma przyczajonymi skokami zjawia się na środku autobusu. Wracam do Huelle’go. Po chwili słyszę w oddali: Pani bez biletu, bez biletu. Ja żądam, żądam ja, pani wysiada! Za mną wysiada! Żądam!

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...