poniedziałek, 30 listopada 2009

Z przykrością informuję, że zawieszam "Tygla" na jakieś dwa tygodnie. Do wkrótce.
Magamara

czwartek, 26 listopada 2009

Przebieraniec z wózkiem z misiem, Nowy JorkPodróżowanie otwiera nas na dostrzeganie dziwactw. Coś, co dla mieszkańca jest już ledwo dostrzegalne, bo do tego przywykł, dla przyjezdnego okaże się obrazem, który na długo pozostanie w pamięci. Mówiąc o tym, muszę jednak zaznaczyć, że osobliwości są przecież względnym pojęciem, wpisują się w ramy danych kultur i zwyczajów, więc coś, co zadziwi Europejczyka w Ameryce, niekoniecznie wywoła jakąkolwiek reakcję u drugiego Amerykanina.

Podczas podróży do Ameryki zaskoczyło mnie kilka rzeczy, które rzecz jasna, mieszkańcowi odwiedzonych miast mogą wydać się czymś oczywistym.

Pierwszego wieczoru w Nowym Jorku wybraliśmy się do francuskiego bistro. Ciepłe, ciemne wnętrze, interesujące menu i przyjemny ścisk stolików. Na mniej niż wyciągnięcie ręki siedziała para. Ona odpisywała na właśnie otrzymanego smsa, a on sprawdzał pocztę na swoim iphonie. Przy deserze żadne z nich nie zamieniło ze sobą ani słowa. Jedli zapatrzeni w ekrany swoich małych, i jak widać nieodzownych, gadżetów. Potem ona musiała zadzwonić. Rozmawiała z przyjaciółką, która przeżywała kryzys emocjonalny, przez dobre naście minut. W tym czasie on spijał kawę, kilkakrotnie wygrywając w grę na telefonie. Od czasu do czasu spoglądał na nią, na zegarek. Napisał kilka kolejnych smsów, zadzwonił do kogoś, w końcu warknął coś do niej a następnie razem wyszli. Zastanawiam się, po co się męczyć, umawiać i udawać, że wychodzi się razem na kolację? Chyba, że to nowy sposób przebywania ze znajomymi. Kolacja de facto nie we dwoje, ale sześcioro czy ośmioro obecnych na linii. Miejska kolacja przez telefon.

Kiedy następnego dnia wcześnie rano spacerowaliśmy po Greenvillage, oko przykuła wystawa, na której coś bezustannie się ruszało. Grupki małych, żywych kropek wykonujących wszelkiego rodzaju salta, po zbliżeniu się do sklepu okazały się szczeniakami wszelkich modnych teraz ras. Psiaki, które można było dostać tamtego tygodnia za 300 dolarów mniej, żyły w malutkiej przestrzeni wystawy w czymś na kształt papierowych trocin. Pies w oknie sklepowym to dziwaczny i nieludzki pomysł. Każdego naszego psiaka kupowaliśmy zawsze od właściciela psiej mamy, zabierając malucha ze szczeniaczej grupki rodzeństwa. Przechodził z jednej rodziny do drugiej, pomijając jakikolwiek bezduszny sklep.

Do prowincjonalnego Lowell, jakąś godzinę drogi od Bostonu, wybrałam się, żeby zobaczyć miasto pisarza i dom malarza. Po wyskoczeniu z autobusu na głównej ulicy miasta trącącego depresyjnym bezrobociem i porzuceniem, moją uwagę przykuła ta niezwykła ekonomia miejsca i zadzwiająca symbioza: sexshop połączony z piekarnią. Po lewej stronie wystawy reklamowano ciasta obok wyłożonych dwóch starych bohenków chleba, a po prawej elastyczne ciuszki odsłaniające wszystko to, co bielizna zwykle zakrywa. Podwójna uczta dla ciała? Na żadne wyrafinowanie ucztujący jednak nie powinien liczyć. To odkrycie przypominało mi znalezisko kolegi ze studiów, który często objeżdżał polską prowincję z aparatem na szyi i pewnego dnia natknął się na sklep rybno-obuwniczy. Możecie sobie wyobrazić szok, zwłaszcza dla nozdrzy, które nagle musiały przyjąć tą makabryczną kombinację zapachu ryby i sztucznej skóry...

O amerykańskim etosie pracy, o korporacyjnych zapędach anektowania życia prywatnego pracowników w rytm działania firmy z pewnością każdy co nie co słyszał. Kiedy jednak na własne oczy zobaczyłam przy parkingu minibillboard z twarzami pracowników tego miejsca i liczbą lat spędzonych w firmie, wielką dumą, jaką ich a zwłaszcza właściciela napawał ten fakt, to nie wiedziałam, co o tym myśleć. Przyzwyczajona do omawiania spraw związanych z moim zatrudnieniem prywatnie z pracodwacą i zostawiania tego tylko między nami, potraktowałam plakat jako czystą propagandę. A może źle myślę? Może to niepojęty dla mnie kult pracy, nieznany ekstrawertyzm pracodawcy, osobliwy sposób motywacji do robienia czegoś bez względu na to, czym to jest i bycia z tego dumnym.

Amerykańcy przodownicy pracy, Nowy Jork

Juan i Derrick przepracowali łącznie ponad 60 lat na parkingu i są z tego dumni, Nowy Jork

Cokolwiek by o nich nie sądzić, wszystkie dziwaczne zjawiska są pewną prowokacją do przemyślenia na nowo tego, co uznajemy za oczywiste, co przyjmujemy za normę. Zdziwienie przybiera formę rewizji. Pozwala w tym systemie terapii szokowej na poznanie inności, niekoniecznie jednak jej akceptowania i chwała jej za to.

Co Was zadziwia?

wtorek, 24 listopada 2009

Empire Diner, dolny Manhattan, Nowy Jork

Wylądowałam. Nowy Jork, który wielu kojarzy się przede wszystkim z powielanymi bezustannie, obezwładniającymi drapaczami chmur, pamiętałam nie z obrazów z lotu ptaka, ale miejskiego szczura, który przechadzając się po wielkich płytach nowojorskich chodników widzi tylko to, co jest w zasięgu jego nosa: schody prowadzące do eleganckich, niewysokich kamienic zbudowanych z brązowej cegły, stacje metra czy szpiczaste kamienie wystające z Parku Centralnego. To pewnie zasługa filmów Allana, polskich dramatów i zdjęć przyjaciół, które utkwiły mi w pamięci. Tymczasem jak tylko samolot uderzył w płytę lotniska, na horyzoncie pojawiły się te wszędobylskie ikony - rzędy wieżowców (podejrzewam, że dolnego Manhattanu), stojących zwarcie i wyglądających tuż przed zachodem słońca jak mała armia czarnych olbrzymów czy ogrów nadciągających z dalekiej krainy. Ciemne, masywne i na swój sposób urzekające.

Mieszkaliśmy na Manhattanie, w jego dolnej części. Z 16-stego piętra tego wąskiego jak patyk hoteliku widok rozciągał się na szczupłe sylwetki olbrzymów centralnej części wyspy. Nocą migotały ciepłym światłem, a ulica pod nami buczała piątkowym ruchem. SoHo, choć dzieli nazwę z londyńską dzielnicą (amerykańska ma jednak inny rodowód, znaczy tyle co South of Houston Street), nie ma nic w sobie z dekadencji stolicy Wielkiej Brytanii. Obecnie jest raczej elegancka i bogata, pełna budynków z XIX-wiecznych rządów żelaza tzw. iron cast buildings, czyli odlewanych w żeliwie korpusów kamienic. Nowy Jork posiada ich około ćwierć tysiąca i większość z nich mieści się właśnie w tej dzielnicy. Soho - niegdyś slams, później oaza artystów, teraz przyciąga drogie sklepy i dobre restauracje. Trudno w niej szukać młodych artystów, których było tu pełno w latach 60-tych i 70-tych.

Drapacze chmur Manhattanu, Nowy Jork o poranku

Nowy Jork bladym świtem

Soho, cast iron buildings, Nowy Jork

Nowojorskie SoHo zbudowane z żeliwa i okupowane przez bogate sklepy

Po Manhattanie doskonale się chodzi, jeżeli twoje przyzwyczajenia do poruszania się po nieznanych miastach nie są na tyle silne, by po europejsku szukać w nowojorskiej kratownicy krętych uliczek, zaskakujących łuków, ulic łączących się i rozdzielających się w najmniej oczekiwanym momencie. Z myśleniem o przestrzeni miejskiej w postaci doskonałej siatki miałam jednak mały problem. Niby banalnie prosta do opanowania budziła mój niepokój, bo przy każdym skrzyżowaniu trzeba było podejmować decyzję, w którą stronę się udać, zamiast dać się prowadzić nieznanym uliczkom. Numery gubiły mi się w głowie, a trasa spaceru układała się jak w grze komputerowej z czasów dzieciństwa w przemyślany, kwadratowaty ruch. Tym nowoczesnym krokiem dotarliśmy najpierw do Washington Square, który w sobotni, wczesny i zimny poranek zmienił się w centrum ćwiczenia tężyzny fizycznej. Kobiety w ciemnych getrach i jasnych opaskach na głowie leżały na wyciągniętych na ziemi cienkich matach i w asyście 10-litrowych bukłaków z wodą dokonywały bezpardonowego cięcia kończynami powietrza na każdy możliwy sposób. Potem ten niezwykły korowód powstał z ziemi i szybkim truchtem przemierzał park dookoła. Oglądanie tego spontanicznego spektaklu było zarazem fascynujące i niepokojące. Wydawało mi się nagle, że ja też powinnam coś zrobić, włączyć  się w ten zdrowy trucht, powywijać rękoma. Jeszcze większą presję czułam na skraju Chelsea, tuż przy nabrzeżu, gdzie biegających, naturalnie zaopatrzonych w odpowiedni sprzęt, czyli urządzenie do pomiaru pulsu krwi i ipoda, było o wiele więcej. Tutaj biegali już wszyscy: mężczyźni, kobiety, starzy, młodzi, matki pchające w biegu wózki z niemowlakami.

Washington Square Park, poranny jogging, Nowy Jork

Bieg po zdrowie. W sobotni poranek nowojorczycy przede wszystkim dbają o dobrą formę

Zanim dotarliśmy na skraj Chelsea i w porannym, srebrno-mgielnym powietrzu próbowaliśmy coś wyłowić wzorkiem z brzegów przeciwległego New Jersey, przeszliśmy się ulicami wypełnionymi mniejszymi i większymi galeriami, które przeniosły się w te okolice właśnie z SoHo. Co za ogrom! Mniejsze prezentują zwykle jednego-dwóch współczesnych artystów, Chelsea Art Museum - całą gromadę, gdzie prace współczesnych znakomicie rozmieszczone są w tej pięknej przestrzeni budynku. Na dole kolorami błyskała loklana artystka o zacięciach ekologicznych a w rogu Edwina Sandys, wnuczka Winstona Churchilla prezentowała swoją pracę "Breakthrough", upamiętniającą  upadek muru berlińskiego. Potem były współczesne plakaty, mazidła Jeana Miotte, nawiązujące do dalekowschodniej kaligrafii i trochę rzeźby. Tuż obok Chelsea Art Museum odbywały się targi sztuki współczesnej, na które tuż przed ich otwarciem ustawiła się spora kolejka. Na pierwszym piętrze na kilkudziesięciu stoiskach prace młodych artystów z Europy i Ameryki prezentowali ich przedstawiciele i kolekcjonerzy. Ruch był ogromny, w korytarzach strasznie ciasno. To tu można było zakupić prace, których ceny zaczynały się od kilku setek dolarów, a kończyły w dalekich liczbach setek tysięcy. To tu omawiano kolejne wystawy. To tu w nowojorskiej Chelsea kształtowała się sceneria współczesnego rynku sztuki.

Chelsea Piers, widok na Hudson River, Nowy Jork

Pani i pies z nostalgią na Chelsea Piers

Chelsea wydała mi się inspirująca. I to nie tylko ze względu na ten "wiatr od morza", zgrabne kamienice i niezliczone galerie. Podobała mi się kreatywność mieszkańców, architektoniczny misz-masz. Jak stworzyć park, w miejscu, gdzie nie ma ani ksztyny wolnej do wykorzystania? Można go zawsze zbudować nad ziemią. Ten prosty i jakże efektowny pomysł wcielili w życie mieszkańcy okolic Gansevoort Street i 20-stej Ulicy, tworząc na miejscu wiaduktu naziemnej kolei park High Lane Park. Latem pewnie stare tory toną w zieleni, teraz jesienią pokrywa je pasmo burych, przekwitłych traw, które genialnie korespondują z kolorem dzielnicy. Z tego parku na szynach rozciąga się bowiem niezwykły widok na brunatne bloki, szklane wieżowce zakończone czarnym zbiornikiem na wodę w kształcie mini-kosmicznej rakiety bądź awangardowej pszczoły; i dalekie szaro-błękitne drapacze chmur po jednej stronie i urywki srebrno-niebieskiej tafli Hudson River po drugiej.

High Lane Park, Nowy Jork

Park na szynach

Znajomi z pracy, którzy często jeżdzą do Nowego Jorku, zapewniają, że Nowy Jork ma w sobie tą unikatową właściwość potęgowania przywożonych do miasta uczuć.  Jeżeli przyjeżdżasz w dobrym nastroju, z wesołym krokiem przemierzasz miasto, ono sprawi, że wpadniesz w euforię.  Jeżeli stawiasz lewą nogę na Manhattanie pełen złych emocji, nabawisz się pewnie depresji. Ja do Nowego Jorku przyjechałam z ogromną ciekawością tego miasta, która, rzecz jasna, nie została zaspokojona, wręcz przeciwnie, wzrosła ogromnie wraz z każdym dniem.


Koniec części pierwszej

środa, 18 listopada 2009

Nowy Jork pod niebem

Przy pokonywaniu szerokiej płyty Atlantyku wydawało mi się, że na sąsiednim kontynencie otworzy się nagle świat zupełnie inny, nowy, trudny do ogarnięcia. Tymczasem północna część wschodniego wybrzeża okazała się niepokojąco bliska i zaskakująco przyjacielska. Być może sprawcą tego wszystkiego była jedność języka, choć w różnych odmianach wymawianego, ale jednak wciąż angielskiego, czy wielonarodowy i wielokulturowy charakter społeczeństwa, w którym przyjezdny może się łatwo odnaleźć. Nie podejrzewałam, że Amerykę tak łatwo polubię i nie spodziewałam się, że w brytyjskim powiedzeniu across the pond (dosł. po drugiej stronie  stawu, basenu - ironicznie odnoszącym się do Atlantyku) będzie tyle banalnej prawdy - dystans wody może jest fizycznie duży, ale kulturowo, architektonicznie i często mentalnie potrafi dramatycznie się skurczyć. Najbardziej brytyjskim miejscem był dla mnie chyba Boston. W niektórych dzielnicach miasta, które zamieszkiwane są przez irlandzkich imigrantów, często mówiących wciąż z bardzo mocnym wyspiarskim akcentem, można poczuć się tak, jakby nie pokonało się wcale Atlantyku, tylko Morze Irlandzkie.

Nowy Jork, drapacz chmur, okolice Chelsey

Nowy Jork, błękitny szklak, okolice Chelsey

Nowy Jork, pędząca taksówka, SoHo

Śmigająca taksówka, Nowy Jork, okolice SoHo

Nie zrozumcie mnie jednak źle. Nie chcę bynajmniej powiedzieć, że wschodnio-północna część  Ameryki to kopia starego świata Wyspiarzy. Wręcz przeciwnie. We wszystkich miejscach, które udało nam się odwiedzić, panowało silne poczucie przynależności do młodego narodu, identyfikacja z jego wartościami, jak chociażby z etosem pracy, dla której można poświęcić urlopy (są osoby, które na przykład nie korzystają z oferowanego dwu bądź trzy-tygodniowego, rocznego urlopu przez kilka lat) czy niesamowicie pozytywnym i entuzjastycznym podejściem do nowego czy obcego. Nigdzie wcześniej nie otrzymałam tyle ofert bezinteresownej pomocy w znalezieniu miejsca, odczytania mapy, kupienia czegoś etc. jak właśnie w Stanach. Wystarczyło, żebym na chwilę zatrzymała się przed miejskim planem czy dłużej niż reszta pędzących w pośpiechu na pociąg mieszkańców wpatrywała się w tablicę odjazdów, by nagle nie wiadomo skąd zjawił się człek - pomocna dusza, oferujący z wielkim uśmiechem odpowiedź na każde pytanie.

Kurczak i ciasteczko, amerykański fast food

Synteza fast foodu: kurczakowe udko i ciasteczko

Providence, student na trawce, Brown University

Student na trawce, Brown University, Providence

Ten zaraźliwy entuzjazm objawiał się zresztą w rzeczach nawet tak prostych jak powitania. Zamiast hello czy good morning, przy wejściu czekało na mnie wesołe hey, how are ya? A zadane przeze mnie w rewanżu to samo pytanie wywoływało jeszcze większą radość.

Podróż okazała się zresztą nie tyle miłym, kulturowym zaskoczeniem, ale i inspiracją. Nowy Jork ze swoimi obłędnymi muzeami, znakomitym połączeniem elegancji ze zwykłością, ślicznych uliczek w cieniu dalekich drapaczy chmur i prawdziwym odtworzeniem różnorodności świata w skali miasta zachęcał do włączenia własnych sił w ten kreacyjny tygiel. W Providence mieszkaliśmy u rodziny na wzgórzu uniwersyteckim, a znajdujący się tam Brown University ku mojemu zaskoczeniu otwierał wrota spotkań z pisarzami, zasobów bibliotek i instytutów dla każego, również nie-studenta, więc mogliśmy uczestniczyć w życiu tego miasta w mieście bez żadnych kart czy upoważnień. Prace i życie akademii sztuk pięknych podziałały na moją wyobraźnię na tyle, że wróciłam z mocnym postanowieniem zabrania się ponownie za malowanie. Boston był trochę zakręcony, trochę zbyt komercyjny, ale jednocześnie ciekawy. Uniwersyteckie Cambridge z kampusem Harvardu i MIT przypominało mi do pewnego stopnia angielskie uczelnie. A posiadanie kilku dni, w których byłam panią swojego czasu, pozwoliło powrócić pamięcią do beztroskich czasów studenckich. Rozkosz! Na koniec wybrałam się też na małą, samotną wyprawę na prowincję do miasteczka Lowell, które bez wątpienia jest teraz brzydką dziurą, ale ma ciekawą przeszłość, którą można poodkrywać, sunąc się ulicami i nie mając przy sobie żadnej mapy.

Teraz jestem z powrotem już na drugim brzegu i próbuję wydobrzeć po tym, jak podróż noc zmieniła w dzień.  Nie podejrzewałam, że jetlag potrafi być tak obezwładniający. Dlatego pewnie zajmie mi to jeszcze sporo czasu, zanim napiszę więcej o amerykańskiej wyprawie.

środa, 11 listopada 2009

Przechadzając się owocowo brzmiącą uliczką Brooklynu, którąś z alej czy nastą ulicą Manhattanu, gdzie fragment każdego skrawka lądu na świecie znalazł swoje miejsce w kratownicy miasta, wchłonięty, by stworzyć tę niepowtarzalną  plecionkę Nowego Jorku, czuję się częścią tego dobrodziejstwa, pokornym obywatelem świata. Miasto w pełnych jesiennych kolorach i niezwykłym przypływie letniego powietrza wydaje się takie swojskie, a angielski, w którym "r" wymawia się, zmieniając je w radosny warkot, brzmi tak przyjemnie. I tak oto, powtarzając za Billym Joellem I'm in a New York state of mind!

c.d.n.

Poranny jogging, Nowy Jork, Washington SquaRE Park

Poranny jogging, Washington Square Park, Nowy Jork

Hipisi, Central Park, Nowy Jork

Nowojorczycy na spacerze w Parku Centralnym

Zydzi hadydzcy, Brooklyn Bridge, Nowy Jork

Niedzielna przechadzka, Brooklyn Hights

Ulice Nowego Jorku

Ulicami Manhattanu

Hog dogi i Prada, Nowy Jork

Hot dogi u Prady, nowojorska harmonia

czwartek, 05 listopada 2009

Here is New York E.B. White (Oto nowy York) - esejNikt, kto nie ma zamiaru chwycić szczęśliwego losu za rogi, nie powinien do Nowego Jorku przyjeżdżać – pisał pod koniec lat 40-tych E. B. White, amerykański pisarz i publicysta, edytor New Yorkera, w swoim urokliwym eseju poświęconym Miastu. Jego słowa, potwierdzone przez tylu, którzy w Nowym Jorku odnaleźli swój cel, sens i przeznaczenie, w ustach White'a brzmiały nieco paradoksalnie. Autor kochający Miasto bez miary wyprowadził się z Nowego Jorku po 40 latach na prowincję, gdzie przeżył następne niemalże 40 lat, powróciwszy do metropolii tylko na chwilę – poczas podróży pewnego gorącego lata. Wynikiem tej sentymentalnej i upalnej wyprawy jest ta osobista książeczka "Here is New York" ("Oto Nowy Jork"), w której White ujmuje swoją fascynację miastem o niezwykłej twórczej sile, zastanawiając się, jak najlepiej oddać to, czym jest jego Nowy Jork.

White pisał ten esej, znajdując się 20 budynków od miejsca, gdzie leżał Rudolph Valentino po śmierci zanim go pochowano, 5 budynków od biura wydawcy, w którym Ernest Hemingway uderzył Maxa Eastmana w nos; a więc w samym centrum artystycznych wydarzeń swoich czasów. Dla White'a Nowy Jork, który zaprojektowany został tak, by wszystko, co do niego zmierza i przychodzi, pochłaniać i przetwarzać, był miastem oferującym dwie cenne wartości: gwarantował poczucie prywatności, pozwalał być samotnym. Jego Wielkie Jabłko to właściwie trzy miasta: Nowy Jork urodzonych w mieście, którzy wszystko biorą za pewnik, akceptują rozmiar i ruch miasta jako jego naturalny element; Nowy Jork dojeżdzających do miasta, których codzienna walka okupiona jest dużym kosztem energii; i wreszcie Nowy Jork tych, którzy urodzili się gdzie indziej, gdzieś daleko i przyjechali do Miasta, by coś dla siebie w nim zdobyć. Pierwsi mieszkańcy dają metropolii stabilność i ciągłość, drudzy - gwałtowny ruch i codzienną szarpaninę, a trzeci, którzy są najważniejsi, dają mu pasję, entuzjazm i ogień.

Nowy Jork dla White'a był też zlepkiem mały sąsiadujących ze sobą społeczności, które tworzyły większe dzielnice i rozciągały coraz mocniej ramy metropolii. Dla niego miasto to była przede wszystkim ta mała żywa komórka sąsiedzka. Czy Nowy Jork wciąż jest taki? Pasierb White'a, który napisał w ltach 90-tych przedmowę do wydania tego eseju, jest przekonany, że miasto pisarza bezpowrotnie się zmieniło, że już nie można uświadczyć w nim tej prywatności, o której rozpisywał się autor. Roger Angell wyjaśnia, że Nowy Jork White'a, w którym można było na ulicy spotkać Gretę Garbo w wielkim kapeluszu, Vladimira Horowitza w jedwabnym krawacie czy Paula Newmana w meloniku stojącego przy kasie, należą już do przeszłości, bo nawał wścibskich kazał wielkim gwiazdom zacząć się separować.

Jaki Nowy Jork jest teraz i to dla przyjezdnego na krótką chwilę? Jutro znajdę się na drugiej stronie oceanu, próbując chwycić to wielkie szczęście za rogi i posmakować choć odrobinę tego, co czują ci, którzy przyjeżdżają do miasta z wielkimi nadziejami, tą nowojorską witaminę, jak White'a ją określił, mówiąc o pewnym poczuciu bycia i przynależenia do czegoś wyjątkowego, kosmopolitycznego i nieporówywalnego, czego można doświadczyć, będąc w Mieście, Które Nigdy Nie Śpi.

Drapacze chmur Nowego Jorku - fotografie z lat 30-tych Abbott

Berenice Abbot: Wall Street, showing East River from roof of Irving Trust Building. May 4, 1938. Zdjęcie pochodzi z tej New York Public Library. Więcej zdjęć można zobaczyć tutaj

 

Do usłyszenia za 10 dni! Może uda mi się coś napisać na bieżąco, ale nie mogę obiecać. Wybaczcie też ostatnie opóźnienia w odpowiedzi na maile i komentarze.

środa, 04 listopada 2009

ashmolean museum oksford wielka brytania

Zaproszenie przyszło pocztą niespodziewanie. Aż trudno było mi uwierzyć: to już? Dokładnie zaplanowany, bez zwykłych w tego typu wielkich przedsięwzięciach opóźnień projekt przebudowy najstarszego w Wielkiej Brytanii muzeum sztuki i archeologii właśnie się zakończył. W sobotę miałam niezwykłą frajdę znaleźć się wśród pewnie dwóch tysięcy szczęśliwców, którym dane było zobaczyć przed oficjalnym otwarciem, jak wygląda przemienione, powiększone Ashmolean Museum. Efekt prac architekta Ricka Mathera jest piorunujący, diabelsko dobrze pomyślany, właśnie taki, jakiego potrzebowało to stare muzeum, które zebrało tyle przedmiotów artystycznych, że ogromna ich część musiała zalegać w magazynach i sejfach, bo nie mieściła się w i tak maksymalnie wykorzystanej przestrzeni.

Ashmolean ma za sobą długą historię. Muzeum wyrosło z kolekcji osobliwości, którą zebrał w XVI wieku ogrodnik królewski John Tredescant podczas swoich wojaży po świecie w poszukiwaniu egzotycznych roślin do monarszego ogrodu. Tredescant gromadził najrozmaitsze rzeczy: tureckie ciżemki, płaszcze wytykane muszlami należące do wodzów plemion indiańskich, figurki, rzeźby, cenne kamienie, a nawet fragment drewna z krzyża Chrystusa, odlew woskowy ręki czy też przedmioty, które "zostały przemienione w kamień". Całą kolekcję osobliwości trzymał w osobnym pokoju w domu w Londynie i za opłatą pokazywał ją gościom. Jego kolekcja interesowała zwłaszcza niejakiego Eliasa Ashmole'a, człowieka o politycznych zamiarach, naukowych aspiracjach, w które wchodziła zarówno historia, sztuka jak i astrologia i alchemia. Ashmole chciał zbiór pozyskać, zwłaszcza, kiedy dowiedział się, że po śmierci Johna wdowa po nim nonszalancko rozdaje kurioza po rodzinie i znajomych. To, czy Ashmole rzeczywiście utopił nieszczęsną wdowę w pobliskim jeziorze, czy też było to samobójstwo, wciąż nie jest pewne, wiadomo natmiast, że jej śmierć umożliwiła mu pozyskanie upragnionej kolekcji. Ashmole zbiór przez lata powiększał, tym bardziej, że miał za co (kolekcjonerskie zapędy umożliwił mu ożenek z bogatą, 20 lat starszą wdową). Zbiór jego życia przekazał zapalony naukowiec uniwersytetowi oksfordzkiemu pod warunkiem, że uczelnia umieści go w specjalnym, odpowiednio zabezpieczonym budynku. Dzisiejsze Ashmolean Museum (nazwy już nie trzeba wyjaśniać) nie mieści się już w starym budynku, który do dziś stoi na Broad Street w Oksfordzie, ale w klasycznej budowli na Beaumont Street, do której w ciągu ostatniego roku Rick Mather dobudował w nowoczesnym i szalenie atrakcyjnym stylu 35 nowych galerii.

crossing cultures ashmolean museum oksford wielka brytania

Gra świateł i cieni. W Ashmolean Museum przez kontynenty i w czasie podróżować można w nastrojowym półmroku

Nowe Ashmolean Museum to nowe poziomy, po których można poruszać się zygzakowatymi schodami, jednocześnie rzucając okiem przez szklane szyby na rozkład specjalnie utworzonych tematycznych galerii, które zabierają zwiedzającego w podróż w czasie przez kultury, miejsca i znaczenia. Wnętrze muzeum przypomina wielką, wielokulturową świątynię, gdzie zbierają się w pompatycznym marszu bogowie z panteonów świata. Ustawieni są tak, by można było śledzić, jak rzeźbiło ich długo artysty, któremu nie obce były wzorce klasycznych Greków czy dynamizm indyjskiej pozy tańca. W galerii siedzi więc zarówno zwycięzki Zeus w swej doskonałej klasycznej formie jak i afgański Budda, którego kompozycja i kształty są ukłonem w stronę greckich mistrzów.

crossing cultures ashmolean museum oksford wielka brytania

Schody zaprojektowane przez Ricka Mathera

Przemiany kulturowe, arytstyczne dokonania i finezję ludzkich pomysłów śledzimy w postaci wielkich zgadnień, które wykraczają poza tradycyjne geograficzne czy czasowe podziały. I tak, zamiast tradycyjnej segregacji zjawisk na regiony, państewka osadzone gdzieś w nowoczesnym trybie chronologii, poznajemy świat, wędrując jebwabnym szlakiem, przekraczając oceany w czasach Wielkich Odkryć, pielgrzymujemy do Ziemi Świętej, do czarnego kamienia w Mecce, czy śledzimy rozwój pisma na wszystkich kontynentach jednocześnie, kłaniając się zarówno przez chińską, japońską jak i arabską sztuką kaligrafii. Podróżom towarzyszą slajdy wyświetlane na ścianach, multimedialne opowieści, wielkie arrasy, cieknące od zwiezionego z nowego kontynetu złota naczynia domowego użytku, zapiski podróżników i wyblakłe od żarliwych modlitw różańce. W ten eklektyczny sposób Ashmolean realizuje swoją nową strategię Crossing cultures, crossing time. I robi to w doskonale nowoczesnych galeriach, w których przedmioty otrzymują należytą uwagę (wygodnie je oglądać w przestrzennych i delikatnie oświetlonych gablotach, choć przyznam, że wcześniejsze ashmoleanowe stłoczenie i rozgardiasz też miały swój urok).

crossing cultures ashmolean museum oksford wielka brytania

Wielka transformacja muzeum niejednego zmusiła do panowania nad emocjami na siedząco

Przechadzając się po Ashmolean sobotniego popołudnia, z radością dziecka odkrywałam ten nowy porządek, skacząc po piętrach jak królik na zielonej trawce, nie mogąc chwilami zdecydować, w którą stronę się udać, bo każda była równie kusząca. W tych dzikich podskokach towarzyszły mi setki innych ludzi, podobnie oszołomionych, którzy musieli aż przysiąść od czasu do czasu na chwilę, by ochłonąć i dać zmysłom odpocząć a potem wirować po salach w jeszcze szybszym tempie.

indyjskie rzeźby ashmolean museum oksford wielka brytania

Indyjscy bogowie na pierwszym piętrze otwierają drogę dla chińskich i tajskich bóstw

Z nowej, sześcio-piętrowej części gładko przemieszczali się zwiedzający do zbudowanych pod koniec XIX wieku i rozmieszczonych na trzech kondygnacjach, klasycznych galerii, w których teraz mieszka malarstwo i rysunek. Na zielono odmalowana jest sala z włoskimi obrazami religijnymi, z których w migoczącym świetle małych lampek pobłyskuje złota świętość. Malarstwo holenderskie z XVI i XVII wieku rozniosło się na dwie, srebrzyste sale, gdzie z wielkich portretów patrzą na zwiedzających brzydkie damy w olbrzymich, znakomicie oddanych kryzach swojego ślubnego stroju. Kolejne sale mieszczą zrodzonych w Oksfordzie Prerafaelitów, następne Picassa, Luciana Freuda czy Stanleya Spencera. Swoje nowe miejsce trzymały też instrumenty muzyczne, w tym skrzypce Stradivariusa, też te zwane Messiah, które museum otrzymało pod warunkiem, że nigdy nikt na nich nie zagra. I stoją tak smutne, nieskazitelne wśród innych instrumentów i rozciągającego się na ścianie olbrzymiego arrasu.

 

 

crossing cultures ashmolean museum oksford wielka brytania

Klasycyzm w klasycyzującej sali nowoklasycznej części muzeum

W Nowym Ashmolean można by na dobrą sprawę zamieszkać i myśl taka przebiegła mi przez rozpaloną głowę, jak wspinałam się zygzakowatymi schodami w górę i w górę. Wystarczyłby drobny śpiwór skulony gdzieś między gablotami powiedzmy na trzecim piętrze muzeum. Rano wystarczyłoby zejść na dół do podziemi na kawę, po drodze przyglądając się Wielkim Odkryciom i islamskiej ceramice. Z podziemi można by przejść potem w górę holem wśród nadobnych ateńczyków i kapryśych greckich bogów. Stamtąd można by udać się dokąd tylko dusza zapragnie, podpatrzeć dawnych mistrzów, przyklasnąć współczesnym w ich natłoku rzeczywistości, coś zauważyć, co nigdy przedtem nie było widoczne, coś podrysować na bloku ołówkiem, by wreszcie wieczorem przenieść się na dach muzeum, gdzie teraz mieści się nowopowstała restauracja i kawiarnia. A tam przegryzając coś niespiesznie, można pomyśleć o tym, że jednak jesteśmy wielcy, że to, co z naszych stuleci zebrało z tej planety Ashmolean Museum ma w sobie tchnienie boskiego tworzenia, że w ten sposób osiągnęliśmy od zawsze upragnioną nieśmiertelność.

***

crossing cultures ashmolean museum oksford wielka brytania

 

 

 

Ashmolean Muzeum, najstarsze i teraz pewnie najnowocześniejsze muzeum sztuki i archeologii
Oksford, Beaumont Street
Otwarcie nastąpi już 7 listopada 2009
Wstęp wolny

niedziela, 01 listopada 2009

Kto sieje wiatr? Inherit the Wind sztuka z Kevinem Spacey na deskach Old VicKiedy brytyjski  reżyser Trevor Nunn, który przez długie lata prowadził Królewski Teatr Szekspirowski (Royal Shakespeare Company), wpadł na pomysł odegrania w Londynie najpopularniejszej, amerykańskiej sztuki "Kto sieje wiatr?" (ang. Inherit the Wind), pomyślał o jednej osobie. Email Nunna ze szczegółami realizacji pomysłu trafił do Kevina Spacey, w momencie, kiedy ten był w Rosji na festiwalu dramatów Czechowa. Zanim Spacey miał okazję odczytać wiadomość, organizatorzy imprezy poprosili go o zagranie jakiejś roli z pamięci. Dziwnym zrządzeniem losu aktor wybrał jednen z monologów właśnie z przedstawienia "Kto sieje wiatr?". Tym samym na email Nunna z propozycją zagrania głównej roli w tej sztuce, Spacey miał tylko jedną odpowiedź: tak!

Sztuka Jerome'a Lawrence'a i Roberta E. Lee zatytułowana "Kto sieje wiatr?" traktuje o procesie młodego nauczyciela Johna Scopesa, który aresztowany został za nauczanie teorii ewolucji w jednym z południowych i konserwatywnych stanów Ameryki.  Dramat oparty jest na autentycznym wydarzeniu, które miało miejsce w latach 20-tych minionego wieku, zwanym też małpim procesem. Sprawa wstrząsnęła całą Ameryką, bo zaangażowali się w nią dwaj świetni i niezwykle wpływowi prawnicy tamtych czasów, agnostyk Clarence Darrow w roli obrońcy i zapalony katecheta William Bryan w roli oskarżyciela. Obaj, rzecz jasna, znakomici mówcy. Proces opisywany szeroko w mediach stał się de facto symbolem walki o zniesienie dosłownej interpretacji Biblii (w szczególności fragmentu o powstaniu świata), zmianę jej roli w ustanawianiu prawa i przede wszystkim obronę wolności myśli i wypowiedzi. Dramat "Kto sieje wiatr?" skupia się przede wszystkim na kwestiach konserwatywnej mentalności, konflikcie religii i nauki, potrzebie znalezienia miejsca dla tych, którzy są przeciwko głosowi grupy. Znaczenie procesu Scopesa było ogromne. Jak to ujął obrońca oskarżonego na tym procesie "nie sądzi się jednostkę, ale całą naszą cywilizację".

Zapraszam jutro do Radia Roxy do audycji Maxa Cegielskiego "Nie lubię poniedziałku", w której między 11.00-13:00 będę mówić o tej sztuce, grze aktorskiej Spacey'ego i Troughtona (odtwórcy głównych ról) i współczesnym wydźwięku dramatu. Relacja będzie później dostępna na blogu.

Dla zainteresowanych: trailer można zobaczyć tutaj.

Kevin Spacey w Kto sieje wiatr

Spacey od kilku lat jest dyrektorem artystycznym teatru Old Vic. "Kto sieje wiatr?" to jego szósta produkcja w na deskach tego teatru.

 

***Aktualizacja - poniżej relacja z przedstawienia:***

Sztuka "Kto sieje wiatr?", która miała swój debiut na Broadwayu w latach 50-tych a później doczekała się też filmowej i telewizyjnej adaptacji  nie bez przyczyny grana jest w tym roku. Reżyser w ten sposób upamiętnia dwie ważne i obchodzone w Wielkiej Brytanii hucznie daty: 200-tną rocznicę urodzin Karola Darwina i 150-tą rocznicy publikacji jego rewolucyjnego dzieła "O powstawaniu gatunków".

Na deskach  teatru Old Vic parą w debacie o wolność myślenia  dla Kevina Spacey jest David Troughton, znany m.in. z ról szekspirowskich, za które otrzymał nagrodę najlepszego aktora Globe Theatre Award. Dzięki Troughtonowi i Spacey dawny proces z lat 20-tych nagle ożywa, a wygłaszane przemowy nabierają siły i porywają widza. Zresztą ze względu na to, jak ustawiona jest scenografia (członkowie ławy przysięgłych siedzą w pierwszym rzędzie krzeseł, wraz z widzami), oglądający stają się częścią tego wydarzenia. Spacey'ego widzimy na scenie postarzałego o jakieś 20 lat, z garbem i kulejącą nogą. Moim zdaniem w teatrze gra jeszcze lepiej niż na planie filmowym. Jest szalenie przekonujący i niezwykle wyrazisty.

Kto sieje wiatr? Inherit the Wind sztuka z Kevinem Spacey na deskach Old Vic

David Troughton w roli żarliwego oskarżyciela

Sztuka podzielona jest na dwie części. W pierwszej przedstawione jest życie prowincjonalnego miasteczka, którym w teorii zarządza burmistrz, a w praktyce prowadzone jest przez władczego pastora. Sceny z życia mieszkańców poprzedzielane są przez zbiorowo odśpiewywane pieśni religijne. Niektórzy krytycy są zdania, że w ten sposób reżyser, który od jakiegoś czasu zaangażowany jest w realizację musicali, próbuje do sztuki dołączyć elementy muzycznej formy ekspresji. W przekonaniu niektórych to zły pomysł. Moim zdaniem zabieg był udany. Zatrzeżenia miałam tylko do samej długości pierwszej, wprowadzącej części. Brakowało jej dynamizmu, otwierała się trochę zbyt długo. Dopiero w drugiej części, ta strata została zrekomensowana, bo niej mnóstwo jest i elementów dramatycznych i komicznych.  Jednym z nich jest fragment procesu, w którym oskarżyciel (David Troughton) wyjaśnia, próbując przyjąć naukową pozę, że po przeliczeniu czasu życia biblijnych postaci, świat powstać musiał 23 października 4004 r.p.n.e o 9 rano. Obrońca (Spacey) po znakomicie wymierzonej pauzie, zapytuje rezolutnie: o 9 rano, a jakiego czasu: wschodniego czy zachodniego? I w tym momencie zmienia się bieg rozprawy, której finał wydawał się początkowo z góry przesądzony. Proces z ataku na teorię Darwina, zmienia się w debatę, która podważa sensowność dosłownej interpretacji Biblii.

Muszę przyznać, że w swojej wymowie sztuka może wydawać się dziś historyczna, już może nieaktualna, zwłaszcza kiedy ogląda się ją z brytyjskiej perspektywy, a więc z perspektywy kraju, który wyraźnie oddziela sprawy religii od państwa i w którym wolności i prawa człowieka są powszechnie szanowane. Dodatkowo taką interpetację potwierdzałaby też scenografia utrzymana w kolorach sepii, niczym z dawnej fotografii. Reżyser jest jednak innego zdania, twierdząc, że zgodnie z niedawnym sondażem przeprowadzonym w USA, prawie połowa amerykańskiego społeczeństwa odrzuca teorię Darwina, więc debata wcale się nie przedawniła. Bez względu jednak na to, jak by ją traktować, "Kto sieje wiatr?" jest na pewno warte zobaczenia.

Teatr Old Vic Londyn

"Kto sieje wiatr?" - scena tuż tuż przed rozpoczęciem przedstawienia


***
Sztuka Inherit the Wind (Kto sieje wiatr?) grana jest do 20 grudnia
reż. Trevor Nunn
główne role: Kevin Spacey, David Troughton
The Old Vic Theatre, Londyn
Ceny biletów 15-48 funtów

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...