niedziela, 28 listopada 2010

Trudno mi naprawdę uwierzyć, że jutro zaczyna się ostatni – ósmy – tydzień uniwersyteckiego trymestru. Po nim, po ostatnich pośpiesznie oddawanych pracach, gromadnie uczęszczanych spotkaniach, gwarnie zapełnionych ulicach miasto opustoszeje, bo studenci i część wykładowców wyjedzie na tak wcześnie zaczynającą się w Oksfordzie przerwę świąteczną. Gdzie się podziało to siedem tygodni?! Gdzie zgubił się mój czas?

Oksford, centrum miasta

Oksfordzkie przebieranki: pan-żywa reklama sklepu z plakatami, który stara się pozyskać studencką klientelę

Rower - oksfordzki niezbędnik

Rower - niezbędnik w mieście

We wrześniu leniwie snułam plany: jesienią będziemy z małą Isabel wpadać na lunch do Olivera do St. Antony’s college, będziemy spacerować po mieście w cieple październikowego słońca a dla Was przygotuję serię notek o oksfordzkim uniwersytecie. Do centrum udało mi się pojechać jednak tylko raz. I do kolegium nie dotarłam. Wpadliśmy z rodzicami i małą Isabel do pizzerii w centrum miasta na szybki lunch z Oliverem. Pizzeria (stara, dobra Pizza Express) mieści się w jednym z najstarszych oksfordzkim budynków – XII-wiecznym zajeździe, w którym, jak głosi miejska legenda, zatrzymał się Szekspir podczas podróży powrotnej z Londynu do Stratford-upon-Avon. Na dziedzińcu, tuż przed karczmą, miała rzekomo dokonać się pierwsza próba "Hamleta". O ile dobrze mi wiadomo, to wydarzenie nigdzie w pisanych źródłach nie zostało odnotowane. Nie mniej jednak wskakując do środka po brukowanej kostce, zawsze wyobrażam sobie tą scenę: szekspirowa trupa w dobrym nastroju, po skonsumowaniu tego i owego zabiera się do działania. Okrzyki, powtarzanie roli, zbierająca się grupka gapiów... I pojawia się szamoczący się z sobą Hamlet. A z nim pierwsze oznaki rychle nadchodzącej nocy.

Oksford, centrum miasta

Centrum elegancko zawłaszczone przez uniwersytet

czytający, Bodelain Library, Oksford

Czytający, dziedziniec Bodleain Library

W karczmie szekspirowej, że ją tak sobie nazwę, zachowało się w co nie co z oryginalnego wystroju (ciekawym polecam udanie się na pięterko do ostatniej sali na samym końcu). W tej właśnie karczmie minęła mi w przejściu studencka gawiedź. Z sentymentem popatrzałam na ten beztroski krok, nonszalancki chwyt segregatora i błysk w oku, który mówi, że wszystko jest wciąż w zasięgu ręki. I nie chcę przez to powiedzieć, że moje własne oko tak nie potrafi błyszczeć. Wręcz przeciwnie. Muszę jednak przyznać, że mój studencki czas już za mną, to jest studencko-nastoletni. Bo jeżeli znowu wybiorę się na studia, a chciałabym jeszcze skończyć historię sztuki, to wszystko będzie już inne.

Tegoroczna jesień, która właśnie bezpowrotnie mija, wydarzyła się zupełnie poza mną. Zdążyłam przed wyjazdem do szpiatala wybrać się jedynie na krótki spacer po jednym z kolegiów (który był pierwszym collegem Olivera. Sylwia z pewnościa miejsce rozpozna, choć zwiedzała je w nieco innej aurze) i przypatrzeć się troszeczkę jesiennej piękności, której zdjęcia załączam do tej notki. Ach, dlaczego już czas na ciebie, zimo...?

dziedziniec Worecester College

Dziedziniec Worecester College

worecester college, akademic, oksford

Ogród na fasadzie (college warto odwiedzić chociażby dla niezwykłych dzieł uniewersyteckiego ogrodnika)

kolegialny park, oksford

Park Worecester College

jesień, oksford

Ostatnie westchnienie ginącej zieleni

sobota, 27 listopada 2010

Blog forum Gdańsk 2010Parę dni temu dostałam zaproszenie do wzięcia udziału w konferencji poświęconej blogom i ich autorom. Blog Forum to przedsięwzięcie organizowane i sponsorowane przez miasto Gdańsk (co ciekawe z informacji załączonej do zaproszenia wynika, że miasto pokrywa zakwaterowanie dla 130 blogujących, którzy zarejestrują się na stronie konferencji do końca listopada. Nie znam szczegółów tej oferty, ale gest gościnności jest całkiem imponujący :)

Forum odbędzie się w grudniu (11-12) w Instytucie Sztuki Wyspa przy ul. Doki 1/145 B w Gdańsku. To dla nas za wcześnie na jakąkolwiek podróż lotniczą - dopiero wyrabiam Isabeli paszport i najwcześniej polecimy przez morze dopiero w styczniu przyszłego roku (swoją drogą zaskoczyło mnie to, że paromiesięczne dzieci mają teraz własne paszporty ze zdjęciem. Mnie rodzice dopisywali do własnych dokumentów). Gdybym była na miejscu w Trójmieście, to wybrałabym się na konferencję z dwóch względów. Choć tematyka ujęta została w dość ogólnikowe i sztywne hasła: społeczna i kulturalna rola blogosfery, publicystyka w dobie nowych mediów, współpraca, komunikacja i networking, to chętnie bym posłuchała i podyskutowała o tym, jak inni piszą blogi, jak autorzy zapatrują się na kwestie wolności słowa czy autocenzury. Poza tym ciekawi mnie to, jak organizatorzy z nieoficjalnej, wolnej, autorskiej przestrzeni planują uczynić dość formalne wydarzenie. Czy takie połączenie jest w ogóle możliwe?

Ja tego nie sprawdzę, ale może Wy? Konferencja jest otwarta dla wszystkich piszących o sprawach kulturalnych, politycznych, biznesowych, prawnych, marketingowych, literackich, podróżniczych..., więc może ktoś z Was się wybierze?

Blog Forum Gdańsk 2010

11-12 grudnia 2010

Instytut Sztuki Wyspa przy ul. Doki 1/145 B

Na marginesie: czy lubicie słowo "bloger"? Mnie się nie podoba i staram się go nie używać. Zdecydowanie wolę dłuższe "autor/autorka bloga". Podobny nieracjonalny wstręt mam do "blogosfery" i nic na to nie poradzę :)

niedziela, 21 listopada 2010

Dzień w kołysceJesteśmy. W domu. W trójkę. Wreszcie. Szpital pożegnaliśmy rzuconym w sterylny korytarz "bye bye". Za nami przewijały się twarze kilkudziesięciu pielęgniarek i kilku lekarzy, którzy opiekowali się Isabel przez te długie tygodnie. Żegnali ją czule. Rodzice tych dzieci, które wciąż musiały pozostać w szpitalnych murach, patrzyli na nas zazdrośnie i jednocześnie życzyli powodzenia. Wymykaliśmy się z oodziału nieco jak więziowie po odsiedzianym wyroku.

I tak nasz powrót do domu zaczęliśmy na wątłych nogach i w zupełnym wyczerpaniu. Mała zdaje się tego nie zauważać. Lubi noc. Może cieszy ją ciepło nocnej lampki czy teatr długich cieni, który układa się na ścianach, kiedy ją przewijam, wisząc nad matą jak wampir z przekrwionym okiem. Nie spieszy się do swojej kołyski. Nie przeszkadza jej moje błagalne, wampirze oko. Chodzimy więc po domu. O tej porze do głowy przychodzą mi tylko częstochowskie rymy, więc to z nich powstają improwizowane, nocne kołysanki, do jakich pewnie wstyd byłoby mi się przyznać za dnia. Na szczęście nie muszę wyśpiewywać jej hymnu narodowego jak niektóre zdesperowane mamy. Zresztą nie wiedziałabym, który wybrać. Isabel jest tylko w połowie Polką, w ćwiartce Brytyjką, w ćwiartce Włoszką. Kiedyś wybierze sama.

Przy drugiej nocnej zmianie pieluchy, na parę godzin przed oficjalnym przejściem nocy w dzień Isabel jest już nieco śpiąca. Mnie za to na dobre budzi wpełzający do domu chłód jesieni. Między czwartą a piątą, tą nieszczęsną godziną ciemności, w której wyciskam resztki mleka z piersi (bądź jak to się ładnie mówi – używam elektronicznego laktatora), wbijam oko w parę stron instruktarza. Pierwszy noworodkowy podręcznik - gruby, polski, pożyczony od siostry - surowym głosem nakazuje młodej matce  nie poddawać się i karmić piersią, a wsparcia szukać na ramieniu męża. "Modelowy" świat autorki książki wydaje mi się taki przestarzały: w nim dzieci mają jedynie młode pary i to po ślubie. Ciekawe, co by powiedziała, widząc połowę moich koleżanek z pracy mających pierwsze dzieci sporo po trzydziestce i żyjących w niesformalizowanych związkach, a angielskich lekarzy nie uznających 39-letniej mamy za "późną", bo nie przekroczyła jeszcze 40-stki... Oprócz polskiego mam też brytyjski instruktarz sławnej Penelope Leach. Ten z kolei jest bardziej uniwersalny i łagodniejszy w tonie, ale wciąż wymagający i próbujący przekonać, że karmienie piersią jest jedną z najbardziej naturalnych i oczywistych rzeczy pod słońcem. W teorii pewnie tak, bo w praktyce jest znacznie trudniej. Na całe szczęście ten podręcznik daleki jest od modnych jeszcze niedawno surowych instruktarzy poświęconych poddawaniu się torturom ścisłej rutyny, która niby ma regulować dzień i noc, a de facto zabija naturalny rytm snu i jedzenia u dziecka. Wreszcie mamy też włoski podręcznik z lat 70-tych używany przez Olivera mamę, który nakazuje zaprzestania owijania dziecka w kokon i pozwolenia mu na częste wietrzenie się na powietrzu w mniej skrępowanej pozycji. Czyżby włoskie mamy tak jak polskie miały kiedyś tendencje do przegrzewania dzieci? Moja amerykańska koleżanka z pracy ma jeszcze inną książkę – stary podręcznik swojej mamy chyba z lat 60-tych. A ten z kolei zaleca przed karmieniem piersią dobrze się zrelaksować, najlepiej przez ... zapalenie papierosa. Połowa dekady minęła i to, co kiedyś było na porządku dziennym jest dziś zupełnie nie do pomyślenia. Wychowawcze instruktarze to doprawdy fascynująca podróż w głąb społecznych i kulturowych mitów, obaw i zmian. Przekrwione oko pozwala mi jednak tylko na pobieżną lekturę.

Wreszcie jest i ranek. Zakrąglająca się rozkosznie noga Isabel wywija wesoło w powietrzu. Po nakarmieniu mała przybiera rozbrajający wyraz twarzy ukontentowanej chińskiej cesarzowej – szerokie poliki, zwężone usta i zamykające się wąskie oko, którym pozwala mi się oddalić po wypełnionej, matczynej powinności. Potem pora na spacer. A zaraz później następuje kolejna seria posiłków, roszad z pieluchą, kołysanek w tym niezmiennym stanie noco-dnia, w którym teraz wspólnie żyjemy. Jest Isabel a mnie nie ma już dla siebie.

 

Ps. Odpisanie na przesłane maile i listy, za które serdecznie dziękuję (jestem naprawdę bardzo wzruszona!), zajmie mi jeszcze trochę czasu, więc proszę o chwilę (pewnie dłuższą) cierpliwości.

poniedziałek, 01 listopada 2010

domDo szpitala mieliśmy pojechać tylko na chwilę, żeby poddać się rutynowemu badaniu ciśnienia krwi i zaraz wrócić do domu, by dalej niespiesznie oczekiwać na finał ciążowych krągłości. To było ponad trzy tygodnie temu. Ze szpitala tamtego sobotniego popołudnia do domu już nie wróciłam, bynajmniej nie przez kolejne osiem dni.  Mała Isabel urodziła się w poniedziałek 11 października wieczorem. To, co stało się później, jest trudne do opisania, niemożliwe do przyjęcia. Tamte dni, kiedy Isabel w farmakologicznej śpiączce leżała jak śpiąca królewna na katafalku intensywnej terapii pamiętam jedynie jako zlepek łez i paraliżującego strachu, który ustawał jedynie na chwilę po wtuleniu się w Olivera. To działo się nam, noc splatała się z dniem w powolny i nierówny rytm pulsoksymetru. Wdech - wydech - wcale nie takie proste.

Ze szpitala wyszłam sama. Słońce październikowe raziło ostrością. W jego płomieniach chował się oddział special care – high dependency unit. Isabel powoli się wybudzała. Ja też chciałam się obudzić, bo każdy krok w to piłujące słońce w parku wydawał się jedynie stąpaniem na jakimś surrealistycznym planie filmowym, na którym musiałam znaleźć się przypadkiem. Tylko gdzie podział się reżyser?

Codziennie wąskimi scieżynkami podążam do szpitala. Teraz - już na oddziale low dependency - Isabel nabiera sił i zaczynamy się poznawać. Myślę, że rozpoznaje już moje mruczanki. Wie, kiedy kołysze ją Oliver. Potrafi zasnąć do czytanej bajeczki. Tylko my jeszcze nie wiemy, kiedy, kiedy, kiedy pojawi się w domu...

Kochani, dziękuję za maile, kartki i słowa otuchy. Przepraszam za ciszę i brak odpowiedzi - nie potrafiłam wcześniej ani jednego słowa popełnić. I proszę trzymajcie za nas kciuki!

Isabel

Czekam na Ciebie, Isabel...

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...