środa, 30 listopada 2011

Strajk generalny na Wyspach BrytyjskichWczoraj byłam na znakomitym wykładzie. Do Oksfordu przyjechała Magda Heydel, znana polska tłumaczka literatury brytyjskiej, którą znacie chociażby z przekładów Virginii Woolf czy T.S. Eliota. Opowiadała o Miłoszowym przekonaniu o nieprzetłumaczalności jego własnej poezji i ścisłej kontroli, jaką sprawował nad każdym angielskim przekładem wierszy. Magda sama dobrze poznała tą szczególną cechę poety, bo pracowała z nim nad tłumaczeniem jego esejów tuż pod koniec jego życia. Interesującym apektem wykładu była dla mnie analiza przywiązania Miłosza do wyłącznie jednej sfery językowej pomimo tego, że mieszkał i tworzył w multietnicznym i wielojęzykowym środowisku (jest to pozycja zupełnie przeciwna do tej, którą zajmuje wielu współczesnych pisarzy m.in. z Chin, krajów arabskich czy Indii, którzy świadomie porzucają swoją narodową mowę i tworzą w języku angielskim, chociaż nie mają nad nim takiej władzy jak nad ojczystym). Rozmawiałyśmy o tym trochę przy kolacji a dzisiaj Magda miała z kolejnym Miłoszowym odczytem pojawić się w Rzymie. Trzymam kciuki, żeby udało jej się dolecieć, bo dzisiaj rzeczy na Wyspach są o wiele mniej pewne. Dziś na Wyspach jest wielki strajk.

Podobno czegoś na taką skalę nie doświadczyła Wielka Brytania od 30 lat. To nic w porównaniu z protestami studentów przeciwko podwyżkom opłat za studia czy tym, co niedawno działo się pod Katedrą św. Pawła. Strajk jest generalny, ponad połowa szkół państwowych dziś zamknięta i pewnie nie ma miasta na Wyspach, gdzie nie pojawili się demonstrujący przeciwko zmianom w reformie emerytalnej (i bardziej ogólnie przeciwko wzrastającej przepaści między pensjami w tzw. państwówce i zarobkami ludzi pracujących w prywatnych firmach finansowych, główie w londyńskim City).

W Oksfordzie pikietujących znalazłam dziś pod budynkiem administracyjnym uniwersytetu, gdzie składa się podania na studia. Choć sprawa dotyczy właściwie życia po 60-tce, większość demonstrujących to ludzie w wieku 20-30 lat. Może emerytura nie jest ich codziennym zmartwieniem, ale z pewnością nie są zadowoleni z tego, jak rząd radzi sobie z kryzysem gospodarczym. Protest jest wybitnie pokojowy – oprócz ulotki zatytułowanej "Stop the great pension robbery" (Powstrzymaj wielką grabież emerytur) otrzymałam płomienny uśmiech od jednej z uczestniczek. Coś grubszego szykuje się na Broad Street (najszerszej ulicy miasta), bo w południe rozstawiano tam wielką scenę pod eskortą konnej policji. Nawet na mojej cichej uliczce znalazła się grupa protestujących. Przejeżdżałam dość szybko samochodem rano, więc zdążyłam wyłowić jedynie duży napis "Koniec ze zdzierstwem".

Strajk generalny na Wyspach Brytyjskich

Strajk antyrządowy w Oksfordzie, Little Clarendon Street

Strajk generalny na Wyspach Brytyjskich

Strajkujący przed budynkiem administracyjnym uniwersytetu

Strajk generalny na Wyspach Brytyjskich

Eskorta policyjna


Protestom przyglądam się jedynie z boku i przyznam szczerze, że na usta cisną się słowa hamletowego Marcellusa o sytuacji w państwie duńskim. Martwi mnie wzrastające niezadowolenie i raczej brak nadziei na nagłą zmianę nastrojów, tym bardziej, że zmiana reformy emerytalnej to dopiero początek rządowych pomysłów na poradzenie sobie z kryzysem...


wtorek, 22 listopada 2011

Zdobywca nagrody Bookera 2011 Julian Barnes Tradycyjnie udało mi się kompletnie przegapić moment publikacji mojego artykułu w Dwutygodniku. Tekst dostępny jest już od ponad tygodnia, nie jest jednak wcale za późno, żeby go przeczytać, bo książka, o której piszę, jeszcze przez pewnie kilka dobrych miesięcy nie będzie dostępna po polsku. A mowa o tegorocznym zdobywcy nagrody Bookera - krótkiej powieści Juliana Barnesa "The Sense of an Ending". Artykuł dostępny jest tutaj.

Zapewniam, że nie zdradzam treści, poza niezbędnym minimum (pozwolę sobie fragmencik przytoczyć - mam nadzieję, że Dwutygodnik nie będzie miał mi za złe):

Głównym bohaterem "The Sense of an Ending" jest Tony Webster, emeryt, który wybrał "życie spokojne": po studiach objechał Stany Zjednoczone, wrócił do domu, zdobył ciepłą posadę, ożenił się, został ojcem, rozwiódł się bez większych emocji. O sobie mówi, że "nie jest złym człowiekiem". To typowy Barnesowski przeciętniak, niewymagający i osamotniony. Barnes nie pozwala mu jednak na spokojną starość.

"Z pewnością nigdy nie próbował nikogo zranić" - czytamy w pierwszej części tej 150-stronicowej powieści. "Pamięć jest jednak niedoskonała. I może płatać figle".

Więcej w Dwutygodniku. Miłej lektury!


czwartek, 17 listopada 2011

W piątek 11-tego listopada jesteśmy z Isabel pasażerkami miejskiego autobusu, który tuż przed jedenastą zatrzymuje się, by o pełnej dwiema minutami ciszy uczcić poległych na wojnach (tak obchodzi się 11-tego listopada na Wyspach). Naprzeciwko nas siedzi opiekunka społeczna z angielską wersją Lukrecji z "Lubiewa" Witkowskiego (oksfordzka Lukrecja  ma przerzedzone włosy koloru śliwki, mocny makijaż i równie mocny zarost. Krótka spódniczka, kolorowe skarpetki i trampki zastępują komunistyczne wdzianko lubiewskiego oryginału).

11.00 - gaśnie silnik autobusu, opiekunka zaczyna głośno objaśniać przyczynę nagłego przystanku.

11.01 - cały autobus słyszał już kilka razy o dwóch minutach ciszy. Nie słyszał jednak żadnej ciszy.

11.02 - autobus rusza. Opiekunka przystępuje do wyjaśniania, dlaczego odjeżdżamy po czym uśmiecha się do Beli i zaczyna nam opowiadać o słodyczach, którymi codziennie raczą się z Lukrecją (różowe, ciągnące gumki). Na koniec podróży życzy mi "Radości z powodu bycia rodzicem!", na co ja jej odpowiadam równie głośnym życzeniem "Miłego dnia!" i rozchodzimy się każda w swoją stronę. Lukrecja szturcha opiekunkę w ramię, wesoło rechocząc, a ja szczypię się w rękę.

Listopadowe maki - symbol pamięciOksfordzcy chłopacy przybrani w czerwone, listopadowe maki (w klapie) - brytyjski symbol pamięci.

środa, 09 listopada 2011

Tate Modern Film Unilever SeriesW tym roku duża zmiana. Po kilku latach wielkich, koceptualistycznych prac (min. Sunflower seeds Ai Weiwei czy czarnego pudła Mirosława Bałki) w Hali Turbin w Tate Modern pojawił się film, a dokładnie nostalgiczna, 11-minutowa, niema produkcja nazwiązująca do początków filmu. Wszyscy, którzy liczą na podobnie spektakularne efekty co w przypadku poprzednich prac, będą, w moim przekonaniu, rozczarowani. Nie chcę jednak przez to powiedzieć, że "Film" jest nieciekawy. Wręcz przeciwnie. Pracę brytyjskiej artystki Tacity Dean można porozkładać na wiele warstw i w każdej doszukać się intrygujących aluzji. Przyglądanie się "Filmowi" przypominało mi trochę zabawę w "Wysielca" (na pewno ją pamiętacie - chodzi o odgadnięcie wyrazu przez odkrywanie liter. W tym przypadku litery trzeba zamienic na obrazy).

Tate Modern Film Unilever Series

Kształt wielkiego ekranu imituje taśmę filmową. Obraz zmienia się na nim po kawałku. Nagle jedna część zmienia się w czerwony kwadrat, potem druga w żółty, by po chwili pokazać coś, co ewidentnie wywołuje skojarzenia z obrazami Joana Miró. Ok, zatem Joan Miró! (udaje mi się uniknąć wiśnięcia) Potem są spadające jajka na tle wielkiego budynku, który jest zdjeciem boku Tate Modern. Jajka, jakie absuralne?! Oczywiście jajka nawiązują do prac brytyjskich surrealistów z początku wieku (znowu uchodzę z życiem). Pojawiają się też najróżniejsze motywy wanitatywne: zachodzącego słonca, spadających liści. I pewnie dziesiątki innych, których najzwyczajniej świecie już nie wyłapuję (jednak wisielec!)

Tate Modern Film Unilever Series

Dobór kadrów każe mi jednak pozostać głównie w czasach modernizmu. Nie bez przyczyny. Bo "Film" Tacity Dean jest przede wszystkim filmem o filmie (w tej epoce rodzi się przecież ruchomy obraz). Artystka  pokazuje jednak coś, co bezpowrotnie mija: jego analogową, niemą formę. "Film" czytam więc jako refleksję nad samym medium. 

Tate Modern Film Unilever Series

Wszystko dobrze. Można tak stać w nieskonczoność w monstrualnych ciemnościach Hali Turbin w Tate Modern i odgadywać nawarstwione znaczenia poszczególnych klatek filmowych. To jednak, co mi przeszkadza, to to, że właściwie nie mam w tym żadnej frajdy. "Filmu" Tacity Dean nie potrafię kontemplować. Mój umysł nie poddaje się magicznej sile medium, bo w tej pracy za dużo jest o samym medium, a za mało treści. Dlatego w tym roku wyszłam z Tate Modern w stanie totalnej obojętności.

Na koniec muszę się pochwalić, że w tegorocznym wydaniu anglojęzycznego czasopisma "Ikonotheka" wydawanego przez Instytut Historii Sztuki (które ukaże się w grudniu) pojawią się moje zdjęcia z Tate Modern prezentujące pracę Mirosława Bałki "How it is".

Tate Modern Film Unilever Series

Tacita Dean "Film", Unilever Series 2011,  Tate Modern

niedziela, 06 listopada 2011

Antykapitaliści koczujący przy katedrze św. Pawła w Londynie, przy finansowym CityPrzez ostatnie parę miesiący nie śledziłam na bieżąco wiadomości, a od połowy października, kiedy to wyrzekliśmy się abonamentu telewizyjnego, nie oglądałam właściwie żadnych. I przyznam szczerze, że mi tego wcale nie brakuje. Wczoraj podczas spaceru południowym brzegiem Tamizy teściowa powiedziała mi o antykapitalistycznym proteście, który zaczął się 15 października w Londynie i o którym, rzecz jasna, nigdy wcześniej nie słyszałam. Wiadomość mnie zafascynowała i postanowiłam natychmiast zmienić się z błogiego ignoranta w zaangażowanego obywatela. Poszłyśmy pod katedrę. Katedrę św. Pawła, to jest. Chciałyśmy sprawdzić, czy wciąż tam są.

Antykapitaliści koczujący przy katedrze św. Pawła w Londynie, przy finansowym City

Namioty protestujących przy katedrze św. Pawła w Londynie

Antykapitaliści koczujący przy katedrze św. Pawła w Londynie, przy finansowym City

Ogłoszenia, obwieszczenia i hasła protestu

Podejrzewam, że większość z Was słyszała o tym, co stało się w połowie minionego miesiąca w Londynie? Dla tych, który podobnie jak ja trwali w przyjemnej niewiedzy, wyjaśnię, że grupa ludzi postanowiła ruszyć na londyńskie city i doprowadzić do zamknięcia giełdy papierów wartościowych. Tłum miał być podobno nieźle nabuzowany antykapitalistycznymi hasłami, a w szczególności hasłem końca korporacyjnej zachłanności i nieprawdopodobnie wielkim pensjom osób pracujących w dzielnicy finansowej. Z jakiś powodów cel marszu nie mógł być osiągnięty, więc protestujący osiedli na wielkim placu przed katedrą św. Pawła. Osiedli to właściwie za mało powiedziane, bo większość z nich koczuje tam w namiotach.

Antykapitaliści koczujący przy katedrze św. Pawła w Londynie, przy finansowym City

Nieszczęsny monopol, który prowadzi li tylko do bankructwa i biedy

Antykapitaliści koczujący przy katedrze św. Pawła w Londynie, przy finansowym City

"Jeżeli przestępcy nie mogą drukować pieniędzy, to dlaczego pozwala się na to bankom?" jedno z haseł protestu

Sprawa przybrała dość ciekawy obrót, kiedy o losie protestujących zaczęły rozmawiać największe głowy kościoła anglikańskiego, a potem dwójka z najbardziej znaczących duchownych katedry św. Pawła podała się do dymisji. Bo protest przeciw bogactwu i zwiększającej się na Wyspach przepaści między najbogatszymi i najbiedniejszymi zaczął powoli dotyczyć też sytuacji kościoła. Widok przepychu kościelnych obrzędów jest też dla mnie niekomfortowy, więc doskonale rozumiem, jak szybko protest przeciwko londyńskiej city mógł zmienić się w protest antyklerykalny.

Antykapitaliści koczujący przy katedrze św. Pawła w Londynie, przy finansowym City

"Teraz czas prawdziwej demokracji"

Zatem przyszłyśmy na miejsce. Na placu katedralnym namiotów było wciąż mnóstwo, ale znacznie więcej kręciło się jednak gapiów niż protestujących. Atmosfera okazała się dość "poimprezowa". Z wywieszonego przy jednym z namiotów harmonogramu dnia wyczytałam, że większość wydarzeń już się odbyła i rzeczywiście mogły być one na tyle wyczerpujące, że protestujący musieli wieczorem odpocząć (po południu odbył się m.in. marsz na parlament). Jedyną aktywną osobą był chłopak zrobiony na karykaturę Tony’ego Blaira rozdający ulotki z programem (na koszulce miał wielki napis "Proszę zabrać mnie do Hagi). Protestujący, jak szybko zdążyłam zauważyć, mieli też zacięcie antywojenne (Tony Blair wciąż najsilniej kojarzony jest z inwazją Iraku). Był też inny chłopak, który udzielał wywiadu dziennikarce radiowej.

Antykapitaliści koczujący przy katedrze św. Pawła w Londynie, przy finansowym City

Karykatura Tony'ego Blaira na schodach katedry św. Pawła

Plakaty antykapitalistyczno-pacyfistyczno-socjalistyczne

Obwieszczenia na płocie "chroniącym" wyjście awaryjne z katedry

Ciekawe było dla mnie to, jak różnorodne hasła i żądania mają "ludzie sprzed katedry". Są pacyfiści, greenpeacowcy, antykapitaliści, antyklerykałowie, hipisi, sprzymierzeńcy Palestyńczyków, rewolucjoniści, obrońcy praw Kurdów... Czy oni rzeczywiście wszyscy walczą o to samo? Czy każdy walczy o co innego? Trudno było mi się w tym połapać. Paradoskalnie, będąc w centrum wydarzeń, rozumiałam znacznie mniej, niż gdybym oglądała przekaz medialny. I może tak lepiej. Może lepiej przyjrzeć się samemu i samemu postarać się zrozumieć, a nie liczyć na interpretację z góry. Bo przecież prawda nie jest ani prosta, ani jedna...

Wracając z placu św. Pawła, myślałam o osobowości tych ludzi. Jaką trzeba być osobą, żeby pójść i protestować? Czy może: jak bardzo trzeba być wściekłym, żeby wyjść na ulicę? Choć osobiście nie podoba mi się ani sposób, w jaki poczynają sobie brytyjskie banki, ani konflikt na Bliskim Wschodzie, ani wreszcie wojna w Iraku, nie wyobrażam sobie, żebym dołączyła do koczujących przy katedrze. Być może za mało wierzę w to, że mogłabym coś osiągnąć. Być może za mało boli mnie ta rzeczywistość. Może wreszcie odpycha mnie bycie w dużej grupie, gdzie ginie się wśród wielkości haseł. A może po prostu to wynik łagodnego usposobienia. A może kiedyś się jeszcze zaskoczę...? 

A co zrobilibyście Wy?

Antykapitaliści koczujący przy katedrze św. Pawła w Londynie, przy finansowym City"Cięcia kosztów wojny, a nie opieki społecznej"

Antykapitaliści koczujący przy katedrze św. Pawła w Londynie, przy finansowym City

 Protestujący w masce Guya Fawksa

sobota, 05 listopada 2011

William GoldingPytanie pierwsze: ile razy wydawcy odrzucili Williamowi Goldingowi rękopis "Władcy much"? Podpowiem, że każda odpowiedź wskazująca na liczbę poniżej dziesięciu jest nieprawidłowa. No dobrze, dokładnej liczby nie znamy, ale wiemy, że co najmniej dziesięciu wydawców uznało tekst powieści za niewarty publikacji. Co stało się z rękopisem, kiedy dotarł do wydawnictwa Faber and Faber? Został odrzucony. Co by się stało, gdyby "Władcy much" nigdy nie przeczytał młody stażem redaktor Charles Monteith? Powieść pewnie nigdy nie ujrzałby światła dzienniego. William Golding nie zdobyłby nagrody Bookera. Nie otrzymałby nagrody Nobla. I pewnie nie byłoby go też na liście "50 najbardziej znaczących, powojennych pisarzy Wielkiej Brytanii".

Zagadką historii jest to, jak co najmniej 10 wydawców mogło się tak strasznie pomylić.

Kto ciekaw jest mniej zagadkowych stron całej historii, powinien koniecznie wpaść do oksfordzkiej Bodleian Library, gdzie w tym tygodniu otwarta została mała, ale pasjonująca wystawa powięcona "Władcy much" (przy okazji celebracji setnej rocznicy urodzin pisarza). Zobaczyć można m.in. sam rzeczony manuskrypt, listy Goldinga do Monteitha dotyczące ustaleń tytułu powieści, a nawet rodzinne zdjęcia pisarza. Gorąco polecam.

***

William Golding
Bodleian Library, gmach główny
Wystawa trwa do 23 grudnia

zdjęcie Goldinga pochodzi z dziennika Guardian (mam nadzieję, że się nie obrażą)

środa, 02 listopada 2011

Guardian Independent Bookshop DirectoryPamiętacie nasz projekt spisu najlepszych księgarni świata, który dzięki Wam wciąż się rozrasta? Otóż okazał się takim hitem, że musiał zainspirować dziennikarzy brytjskiego Guardiana do stworzenia własnej listy. W październikowym, sobotnim wydaniu gazety pojawił się dodatek z najlepszymi niezależnymi księgarniami na Wyspach. Wertowanie guardianowej listy jest ciekawym zajęciem, choć przyznam, że najbardziej interesującą sekcję stanowi wyłącznie Londyn. Ogrom niezależnych miejsc w stolicy może być przytłaczający, więc "Independent Bookshop Directory" rzeczywiście działa jak uspokajający kompres na rozgrzaną głowę. Guardian wspomina m.in. takie legendy niezależnej sceny księgarnianej Londynu jak "Gay's the word" - zalożoną w latach 70-tych księgarnię gejowsko-lesbijsko-transgenderową, właściwie jedyne takie miejsce na całych Wyspach. Kilka lat temu księgarni groziło zamknięcie, bo jej pozycja słabła kosztem internetowych sklepów. "Gay's the word" udało się jednak ocalić, a niedawno czytał w niej fragmenty swojej najnowszej powieści sam Alan Hollinghurst.

 

Gay's the Word, ksiegarnia gejowska w Londynie

Gay's the Word, 66 Marchmond Street, Londyn


Guardian Independent Bookshop Directory

Przewodnik Guardiana po niezależnych ksiegarniach

Jedną z księgarni, która była moim letnim odkryciem, jest "The Bookshop" mieszcząca się w jednym z niewielkich, historycznych miasteczek Anglii – East Grinstead. Wspominam ją przed wpisaniem jej na naszą listę dlatego, że to dość unikatowe miejsce wymaga osobnej wzmianki głównie ze względu na swój charakter. "The Bookshop" ma idealnie zachowaną atmosferę strychu (zwłaszcza na pięterku)  i doskonale zakonserwowany klimat tzw. tea roomu - czyli staroświeckiego miejsca serwującego tradycyjną, popołudniową herbatę. Ruch niewielki, obsługa przyzwoita, wybór ciekawy. Zdecydowanie polecam, jeżeli znajdziecie się w okolicy. Uroku dodaje też to, że księgarnia mieści się  na ulicy, przy której mieści się najwięcej historycznych domów z czasów Tudorów. Księgarnia znajduje się też na guardianowej liście (czyżby dziennikarze gazety mieli też dostęp do moich prywatnych notatek?!).

Księgarnio-kawiarnia East Grinstead

The Bookshop, High Street, East Grinstead

Księgarnio-kawiarnia East Grinstead

Schody są wygodnym miejscem do wertowania zasobów regałów i czytania

Inne sekcje katalogu Guardiana są już nieco rozczarowujące. Nie ma niezwykle wąskiej i znakomicie zaopatrzonej księgarni z Yorku, Cambridge nie pojawia się na liście wcale, a przy Oksfordzie brakuje genialnej Albion Beatnik, do której od jakiegoś czasu zaczęłam wpadać na przerwę na lunch i która z pewnością jest jedną z najlepszych niezależnych księgarni na Wyspach. Ba, jest właściwie moją ulubioną księgarnio-kawiarnią z prężnym programem muzyczno-poetyckim.

Albion Beatnik Bookshop, Oksford

Kawiarniana część Albionu

Albion Beatnik Bookshop, Oksford

Właściciele: pani i pies

Albion Beatnik Bookshop, Oksford

Druga część księgarni z widokiem na Walton Street

Albion prowadzi swój klub książki, organizuje koncerty jazzowe, zrzesza poetów. Przede wszystkim jest cudownym miejscem, w którym można uciec od miasta i poczytać. I za to uwielbiam go najbardziej (herbata jaśminowa jest tylko bonusem).

Czasami gra tam też ta pani:


Sarah Gillespie, brytyjsko-amerykańska piosenkarka jazzowa i autorka tekstów

Przez chwilę po głowie krążyła mi myśl, żeby stworzyć spis najlepszych księgarnio-kawiarni, ale przecież sporo ich już mamy na naszej niezależnej liście, więc wystarczy, że je czymś odznaczę. Na pewno nie spisaliśmy jeszcze wszystkich najlepszych, więc czekam na Wasze propozycje (i uwaga uwaga, dziennikarze Guardiana ostrzą swoje ołówki, więc wiecie czego się spodziewać w najbliższym czasie w ich dodatku, prawda?)

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...