środa, 31 grudnia 2008

Po 14 godzinach pełnej boleści podróży pociągiem dojechaliśmy do raju. Updaipur jest położony nad dwoma jeziorami w otoczeniu wzgórz. Słońce srebrzyście odbija się w wodzie, niebo jest bosko błękitne, ciepło, przyjemnie, idyllicznie. Krowy mozolnie przetaczają się po ulicach a ludzie z uśmiechem witają przybyłych.

udaipur, indie

Życzę wszystkiego, co najlepsze w 2009! Połączenie internetowe jest bardzo wolne, więc niestety nie uda mi się odpowiedzieć na Wasze maile i wiadomości.

Świętować będziemy skromnie. Jak powiedział nam człowiek opiekujący się udaipurską świątynią Wisznu nowego roku w kalendarzu gregoriańskim w Indiach się właściwie nie świętuje. Hinduski nowy rok przypada w marcu, zgodnie z kalendarzem księżycowym.

Do Siego Roku!

15:08, maga-mara , Indie
Link Komentarze (3) »
wtorek, 30 grudnia 2008

Delhi jest zadymioną i brudną, ale fascynującą metropolią. Trudno się tutaj poruszać nawet z mapą. Ciekawe miejsca odnajdujemy przypadkiem, wałęsając się głównie po trzech częściach miasta: starym mieście, które zamieszkuje duża społeczność muzułmańska, nowym mieście, które na początku minionego stulecia zbudowali Brytyjczycy i południowej części, gdzie mieszkamy. Delhi jest jednym z najstarszych miast na świecie. Miastem, w którym, jak mówi perskie przysłowie, ktokolwiek zbuduje nowe, straci je. Tak stało się z Muzułmanami, tak było z Brytyjczykami.

Jak przylecieliśmy do miasta trzy dni temu, przywitał nas słodkawy zapach dymnej zawiesiny: potu ludzi i zwierząt, przypraw i oparów dymu. Powietrze jest mętne i w dzień i w nocy. Niczego nie widać w ostrych konturach, bo każde zgięcia zaciera mętna mgła.

delhi stare miasto

Nocna podróż taksówką do hotelu miała swoje chwile grozy: na ulicach pomimo lamp jest ciemno, bo światło przepada gdzieś w powietrznej mazi. Zasadą poruszania się po delijskich ulicach jest pragnienie ciągłego ruchu - jazda bez zatrzymanki. Zatrzymywanie się na czerwonym czy ustępowanie drogi tym, co mają pierwszeństwo jest przyjmowane z boleścią i zniecierpliwieniem. Jeżeli ktoś już dostosowuje się do zasad ruchu (widzieliśmy np. autobus przejeżdżający na czerwonym w momemcie, jak na skrzyżowanie wjeżdżały masywne ciężarówki), to swoje podporządkowanie wyraża przez nerwowe naciskanie klaksonu. Policzyłam, że najdłuższa chwila bez dźwięku klaksonu na delijskiej ulicy wyniosła 8 sekund. Na ulicach zwykle nie ma pasów, a jeżeli nawet i są, to kierowcy i tak wybierają "pas" dla siebie i jadą dokładnie tą szerokością drogi, która im odpowiada. W momencie skrętu samochody z najdalszego pasa potrafią przeciąć na skos i wyjechać w pas prowadzący do rozwidlenia.

Nasz kierowca zdecydowanie się wyróżniał - używał kierunkowskazów. Pomimo tego notorycznie traktowany był klaksonem przez inne pojazdy, które walczyły o utrzymanie zasady jazdy bez zatrzymanki. O mały włos nie wjechał w nas samochód osobowy i o mały włos nie zderzyliśmy się z barierką po tym, jak ciężarówka najechała na nasz "pas".

Chcieliśmy porozmawiać z kierowcą, ale nie chciał nawiązać rozmowy, być może dla tego, że nie mówił dobrze po angielsku. Tyle co słyszeliśmy tylko, to kiedy odebrał komórkę: "Hadżi, hadżi, hadżi-ha. Hadżi." I to było wszystko.

ulice delhi

Pierwszego dnia po przyjeździe wstaliśmy po 14-stej i udaliśmy się do pobliskich ogrodów dynastii Lodi, które są bardzo piękne. W ogrodach buszuje niezliczona liczba ptaków. Sporo mieszkańców miasta spędzało niedzielę na piknikowaniu. W ogrodach znajdują się magiczne mauzolea z czasów dynastii Lodi (przełom XV-XVI wieku). Jeden z nich ma też meczet, wyłożony w środku bajecznym stucco. Całość jednak jest zaniedbana, zwłaszcza mauzoleum na przeciwko, na którym pozostało dosłownie kilka błękitnych kafli - reszta zginęła w żywiole wody, powietrza, delijskiego dymu i ludzkich rąk. Okolice Lodi Gardens to bogata ulica. Domy tam to kilkupiętrowe masywne kwadraty z tarasami na dachach. Dostępu do nich bronią strażnicy mieszkający w małych budkach przy ogromnych bramach.

delhi - stare miasto

Delhi jest dobrze zwiedzać z książką "City of Djinns" Williama Dalrymple'a, bo odkrywa te miejsca, które w toku burzliwej historii miasta zapomniały się i przyprószyły kilkucentymetrową warstwą kurzu, zarosły czy się zabudowały. Delhi, jak pisze Dalrymple, to miasto, którego centrum zamieszkane jest przez ludzi przybyłych tu najwcześniej 50 lat temu. Po podziale subkontynentu na Pakistan i Indie w 1947 roku Muzułmanie musieli wyjechać na północ, a z okolic Pakistanu przybyli hindusi. To ludzie, którzy nie znają i niespecjalnie interesują się historią miasta. Delhi dla nich to teraz i tutaj.

08:53, maga-mara , Indie
Link Komentarze (5) »
wtorek, 23 grudnia 2008
Oficjalnie pierwszy trymestr na uniwersytecie (Michaelmas term) skończył się 17 grudnia, masowy eksodus studentów z miasta odbył się jednak dziesięć dni wcześniej. Wymiotło ich z ulic, kafejek, sklepów. Opustoszały college'e, biblioteki i instytuty.
 
Oxford, Lincoln college
 
To pierwsze oznaki nadchodzących Świąt. Miejscowi, zwłaszcza starsi, błogosławią ten moment, bo miasto zaczyna wtedy należeć z powrotem do nich. A oni jako stali mieszkańcy czują, że mają do niego większe prawo niż ci przyjezdni, tymczasowi. Bez studentów, bez żyjącego własnym życiem uniwersytetu miasto traci jednak część siebie. Staje się po trosze miastem takie jak inne, gdzie przed Świętami robi się przede wszystkim.. zakupy.
 
Oksfordzka księgarnia
 
Oksford przedświąteczny to morze ludzi w gorączce zakupowej. To królestwo wyprzedaży. Wyprzedaje się wszystko w ilościach kosmicznych i w iście wyszukanych kombinacjach: trzy w cenie dwóch, wszystko za połowę, drugie za 50%, czwarte z piątym za darmo... Nie lubię miasta w tym stanie.


Szał zakupów w Oksfordzie
Szał wyprzedaży w Oksfordzie
Szał zakupów w Oksfordzie
Szał wyprzedaży w Oksfordzie
 
W tym roku opuszczamy Oksford dopiero na dzień przed Świętami, które spędzimy na południu Anglii razem z teściami, siostrą i bratem Oliwki. Do tradycji angielsko-włoskiej dodajemy polskie akcenty. Będziemy wspólnie lepić pierogi. Będzie szopka. A w Wigilię pojedziemy na pasterkę o północy. Włoskie spędzanie Świąt zresztą niewiele różni się od polskiego. Jedynie kolacja wigilijna jest skromniejsza, ale też ma i rybę i grzyby. Podarki świąteczne rozpakujemy pierwszego dnia Świąt, zgodnie ze zwyczajem angielskim. Będą pewnie i pończochy z drobnostkami. Świąteczny obiad będzie mieszanką kuchni, na szczęście bez angielskiego indyka.
 
Świąteczne sklepiki w Oksfordzie

W tym czasie moja mama będzie w Wigilię, kiedy przypadają jej urodziny i imieniny, krzątać się w kuchni, przygotowując barszcz, uszka, grzybową i rybę i jednocześnie odbierając telefony z życzeniami od rodziny i przyjaciół. Tata Wigilię spędzi na dalekim morzu.
Kartka świąteczna

Wszystkim, co na lądzie i na morzu serdecznych i spokojnych Świąt!
niedziela, 21 grudnia 2008

Dostaliśmy wizę do Indii, jedziemy! Po sześcio-tygodniowych przepychankach biurokratycznych to jest prawdziwy triumf. Z tejże okazji kilka słów o kolejnych publikacjach o subkontynencie, które udało mi się przeczytać.

Jakiś czas temu w ręce wpadła mi książeczka z serii "A Very Short Introducion" (wydawnictwa Oxford University Press) o filozofii indyjskiej. Autorka Sue Hamilton, która wykłada religie Indii na londyńskim King's College, podjęła się niezwykle trudnego zadania: streszczenia czterech tysięcy lat myśli w 35 tysiącach słów. Podróż przez epoki i systemy filozoficzne zaczyna od istotnego stwierdzenia, że to, co dzisiaj tak łatwo klasyfikujemy jako hinduizm jest w rzeczywistości niezbyt fortunnym określeniem (utartym dopiero w XIX wieku), próbującym ogarnąć bardzo złożoną grupę systemów myślowych Indii.

 

Filozofia indyjska

Mówiąc o filozofii indyjskiej, trzeba cofnąć się do okresu sprzed dwóch tysięcy przed naszą erą do praktyk religijnych bramińskich księży z północy Indii. To one stały się częścią Wed ("weda" w sanskrycie znaczy "wiedza"), czyli pism mających zwierać bezosobową, wieczną, kosmiczną prawdę. Wedy opisują również system kast, który klasyfikuje ludzi zgodnie z hierarchią ich czystości (bramini w tej piramidzie znajdują się na samej górze jako najczystsi).

Twórcy Wed zadają ważne pytania dotyczące początków świata. Ciekawe, że w porównaniu z innymi tekstami wielkich religii świata (np. Biblii czy Koranu) Wedy nie dają jednoznacznej odpowiedzi na to, jak stworzony został świat. Indyjskie pisma przede wszystkim stawiają pytania i to one są ważniejsze od odpowiedzi. Naprawdę zafascynowały mnie niektóre fragmenty. Wielką zaletą książeczki Hamilton jest to, że podaje cytaty z oryginału. Niezwykle intrygujący jest ten fragment:


Nie było wtedy nie-istnienia ani istnienia, nie było wtedy ani przestrzeni ani nieba, które jest poniżej. Co się poruszyło? Gdzie? W czym imieniu? Czy była wtedy bezdennie głęboka woda? (...)

Ciemność była ukryta przez ciemność na samym początku: bez wyróżniającego się znaku, wszystko było wodą. Siła życia, która została zakryta przez pustkę, powstała dzięki sile ognia...

Kto tak naprawdę wie? Kto to tutaj ogłosi/poświadczy? Skąd to powstało? Skąd zrodziło się stworzenie?
(tłumaczyłam w biegu na podstawie angielskiego tłumaczenia Wed The Rig Weda: An Anthology, ed. i tłum. Wendy Doniger O'Flaherty, Penguin 1981. Tłumaczenie tłumaczenia nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem, stąd przepraszam za uproszczenia. Chodzi mi tylko o przekazanie niezwykle intrygującego podejścia do pytania o początek świata).

Wedy wskazują też na obowiązki człowieka a najważniejszy z nich to wgląd we własne ja, w duszę, która w sanskrycie nazywa się atman. Upaniszady, czyli ostatnie części Wed, zwracają na relację między człowiekiem a kosmosem: "ja" i wszechświat to jedność, oba elementy są nieodłączne. Zdobycie wiedzy o samym sobie jest w filozofii indyjskiej szalenie istotne, bo właśnie dzięki temu człowiek jest w stanie wyzwolić się z cyklu wcieleń (osiągnąć moksę - nirwanę). Wedy nazywają wszechświat Bramanem, czyli jednością, bytem.

Tradycja bramińska myśli filozoficznej rozłamała się w V wieku p.n.e. na dwa nurty: konserwatystów i odszczepieńców, którzy samotnie wędrowali w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania dotyczące sensu i przeznaczenia świata. Często zmieniali się w ascetów, poddając ciało działaniu ekstremalnych temperatur, głodując i okaleczając się. A to wszystko miało zapewnić im zdobycie wiedzy duchowej.

Z tego czasu wywodzi się Budda, który miał jednocześnie łączyć te dwa nurty filozoficzne. Podczas medytacji Budda doznał trzech objawień i w ten sposób udało mu się wyrwać z cyklu reinkarnacji. Zobaczył swoje poprzednie wcielenia, zobaczył też poprzednie wcielenia innych ludzi i zauważył, że były one konsekwencją ich czynów. W trzecim objawieniu dowiedział się, co przywiązywało ludzi do cyklu wcieleń: apetyt, pragnienie życia, ignorowanie prawdziwej natury rzeczywistości i trzymanie się swoich przekonań.

Budda miał znaleźć drogę środka między konserwatywnymi braminami, którzy żyli w społecznościach i byli ważną ich częścią a ascetami, którzy innych unikali. Buddyści żyli w grupach, ale z dala od społeczeństwa. Byli jednak od niego zależni. Żyli w celibacie, ale ich potrzeby życiowe były spełniane (nie głodowali jak asceci). Mieli kierować się zdroworozsądkowym podejściem do życia.

W rozważaniach o filozofii indyjskiej sporo miejsca zajmuje też język. Sanskryt uważano za czysty język. Miał on mieć też możliwość realizowania celu modlitwy, wpływania na rzeczywistość. Język opisywał złożony świat, oddawał logiczny związek między człowiekiem a światem (dokładnie analizował to gramatyk Panini). Późniejsi myśliciele dochodzi przekonania, że nie ma innej wiedzy niż ta, która jest możliwa do przekazania w języku. Padło też stwierdzenie, że Wedy wyrażają w czystym sanskrycie wieczną prawdę o świecie – tym samym nie mają autorów, napisały się niejako same, a dokładnie rzecz biorąc, stworzyła je samoistniejąca prawda.

Ciekawym pojęciem jest również darma, czyli kosmiczny porządek, to, co powinno być czynione. Zgodnie z wedyjskimi rytuałami, darmę można osiągnąć przez składanie ofiar i wypełnianie spoczywających na jednostce powinności. W momencie, kiedy dochodzi do zburzenia porządku, ingerują w świecie bogowie. (O bogach napiszę w osobnej notce - indyjska mitologia jest szalenie złożona).

Myśliciele indyjscy zwrócili również uwagę na fakt, że praca umysłowa może zakłócać spokój wewnętrzny a przez to odwrócić człowieka od właściwego postrzegania rzeczywistości. Pomocna w odzyskaniu spokoju i prawidłowego oglądu rzeczy ma być joga, czyli ustanie aktywności umysłu. Joga opisana została w Yoga Sutras i skupia się na technikach kontroli działań umysłowych. Przedstawiając to zagadnienie, autorka książki wprowadza dwa pojęcia: prakrti i purusa (pierwsze ma być naturą, rzeczywistością, drugie duszą, świadomością), które są zupełnie niejasne. Dziwi mnie czasami podejście autorki do wyjaśniania terminologii: w pierwszej części książki całą stronę zajmuje objaśnienie, czym zajmuje się ontologia (co nie jest wcale tak trudne do zrozumienia) a obce Europejczykom koncepcje (tak, jak te wymienione wyżej) są potraktowane zupełnie pobieżnie. Irytowały mnie też pojawiające się w każdym rozdziale tabelki chronologiczne, w których informacje z poprzednich części książki były zawsze powtarzane. Przy tak ogromnym temacie i tak niewielkiej objętości wystarczyłaby przecież jedna tabeleczka, do której można by się odnosić w poszczególnych rozdziałach. Szkoda też, że w opracowaniu przyjęto chronologiczne podejście. Jest wiele wątków jak m.in. kwestia podejścia do języka, które mogłyby być omawiane ogólnie zamiast pojedynczo po kawałku w rozdziałach.

"Indian philosophy" jest jednak świetnym wprowadzeniem, które łamie stereotypy zachodniego myślenia o indyjskiej filozofii (autorka pokazuje m.in. jak błędne jest przekonanie, że systemy Indii opierają się głównie na metafizyce). Jest bardzo dobrym początkiem do dalszych poszukiwań.

16:40, maga-mara , Indie
Link Komentarze (2) »
środa, 17 grudnia 2008

Jestem znowu w Polsce. W podróży związanej z pracą. Podróż się przedłużyła, bo złapałam zapalenie oskrzeli. Pierwszego dnia miałam wstręt do wszystkiego i nic nie koiło zbolałego ciała, więc nawet nie próbowałam przywoływać jakichkolwiek myśli. Drugiego dnia czułam zobojętnienie. Trzeciego zaczęłam powoli wstawać z łóżka. A czwartego, kiedy wyjrzałam za okno, gdzie szaro i przygnębiająco, pomyślałam o grudniowym słońcu w Oksfordzie. Zimą na Wyspie jest taki moment, kiedy przestaje padać a słońce przyjaźnie obleka promieniami mury.

Oksford High Street

Dużo starych budynków miasta zbudowanych jest z kocłoldzkiego kamienia (nazwa pochodzi od pobliskich wzgórz Cotswalds) i one szczególnie ciepło wyglądają w grudniowym słońcu.

Magdalen College w Oksfordzie
wtorek, 16 grudnia 2008
Od jakiegoś czasu zajmuje mnie podpatrywanie i analizowanie tego, jak rozmawiają w sytuacjach towarzyskich Brytyjczycy a jak robią to Polacy. Przyznaję, że są to dwa odmienne światy. Jednych od drugich różni samo podejście do rozmowy, sposób jej prowadzenia a po przeprowadzonej dyskusji wychodzą ze spotkania z zupełnie odmiennym obrazem osoby, z którą rozmawiały. Zaraz to pokażę na przykładzie. Oczywiście wszystkie uogólnienia mają swoje wady, więc moje obserwacje nie będą, rzecz jasna, odnosić się do każdej jednej konwersacji. Będę się jednak upierać na bazie doświadczeń własnych, że są pewne narodowe zwyczaje i sposoby konwersowania, które mocno różnią Brytyjczyków i Polaków. Dodam tylko, że chodzi mi o sytuacje, kiedy dwie nieznajome osoby spotykają się po raz pierwszy.

Z rozmowie mieszkaniec Wysp już na początku pyta: skąd jesteś, czym się zajmujesz zawodowo, gdzie mieszkasz etc. Jeżeli rozmawia z parą dodatkowo zadaje pytanie: jak się poznaliście. Jeżeli osoby poznają się na imprezie, to zwykle zapytują, co łączy je z organizatorem przyjęcia.

Kiedy Polak znajduje się w podobnej sytuacji, zauważyłam, że zwykle musi się przemóc, żeby zadać pierwsze pytania, co oczywiście może wynikać z tego, że rozmowa toczy się w obcym języku (nawet jeżeli ma miejsce w Polsce). A kiedy już pyta, to zwykle zaczyna od czegoś, co jest związane z sytuacją, w której osoby rozmawiające się znalazły: czy podoba ci się impreza, etc., bądź zaczyna od pytań ogólnych związanych z obecną sytuacją polityczną czy gospodarczą.

Brytyjczycy zaczynają od kto, z kim, gdzie i dlaczego a Polacy raczej wymieniają poglądy na temat bieżących wiadomości.

Na przykład:

- Skąd pochodzisz? - pyta Anglik na wieczornej kolacji, na której spotyka się kilkadziesiąt nieznających się osób.
- Z Polski, a dokładnie z północnej części. Wiesz, gdzie jest Gdańsk?
- Dansk? a tak, tak. Dansk to miejsce Walensy, to Solidarnosc. Miasto nad morzem.
- Zgadza się.
- Od kiedy jesteś w Anglii?
- Od ponad czterech lat. Przyjechałam w 2004 roku na parę miesięcy, które zmieniły się w lata.
- Czym się zajmujesz zawodowo?
- Pracuję w wydawnictwie. Jestem z wykształcenia filologiem. Podobnie jak mój mąż. On jest rusycystą.
- A jak się poznaliście?
...

W tym samym czasie Polak zapyta:
- Jak smakuje Ci jedzenie?
- Bardzo dobre. W zeszłym roku było zdecydowanie gorsze.
- Byłaś na podobnej kolacji wcześniej?
- Tak, jestem tu drugi raz. W zeszłym roku było mniej osób. Postawiono na bardziej egzotyczne jedzenie, więc było m.in. krewetki, suszi, a ja tego nie jem.
- Jesteś wegetarianką?
- Nie, ale nie lubię ryb.
- Nie rozumiem wegetarianów. Nie mógłbym się obejść bez kotlecika bądź wołowiny w sosie.
- Ja rozumiem. Można nie jeść mięsa dla konkretnych powodów. (tutaj mogłaby się rozpocząć dość długa debata na temat możliwości/niemożności jedzenia mięsa) Gotujesz w domu?
- Czasami. Lubię kuchnię francuską. Może to sentyment do miesięcy spędzonych we Francji na stypendium.
- Gdzie studiowałaś?
- Na uniwersytecie gdańskim.
- O, ja też!
- A znasz XX and YY?

Zauważyłam, że Polacy w rozmowie często szukają jakiegoś wspólnego łącznika z rozmówcą, czegoś, co pozwoli im odnaleźć jakiś punkt odniesienia. Często po rozmowie na ogólne tematy typu polityka, gospodarka wyrabiają sobie zdanie a raczej schemat myślenia o danej osobie (ten to lewicowiec, więc pewnie antyklerykał etc). Pamiętam, że mnie to zaskoczyło zwłaszcza, jak pracowałam w wydawnictwie w Warszawie. Zdarzało się, że ze względu na miejsce pracy (niewiele osób zwracało uwagę na to, że mogłam pochodzić z innego miasta i tym samym nie wpasować się w ich system klasyfikacji) automatycznie szeregowało mnie, jak osobę o poglądach zbliżonych do ówczesnej władzy, wychodząc dodatkowo z założenia, że każde media muszą co do jednostki reprezentować linię rządzącej partii politycznej (co za anachronizm!).

Anglicy z kolei poszukują informacji, żeby sobie taki profil człowieka zbudować. Neutralnie to robią i nie dążą do odnalezienia czegoś wspólnego, co łączyłoby rozmówców. Sposób, w jaki dana osoba mówi i tak powie im bardzo dużo: o tym, z jakiego środowiska się wywodzi, często też po jakiej jest szkole etc.
piątek, 12 grudnia 2008
Przez zgniłą i roztyłą machinę biurokracyjną ginęły mocarstwa, padały wielkie miasta i nikli malutcy świata tego. Walę głową w mur i ja: po raz drugi odrzucono w ambasadzie moją poprawnie wypełnioną aplikację o wizję do Indii! W pierwszym zwrocie dość nieskładną angielszczyzną urzędnik wskazywał, że powinnam wypełnić dodatkowy formularzyk dla osób mieszkających w UK krócej niż rok. Tak się składa, że w Anglii mieszkam już ponad cztery lata i w tym celu posłusznie załączyłam residence permit, zgodnie z instrukcjami. Na tej nieporadności biurokracyjnego ciała straciłam dwa tygodnie. Druga aplikacja, w której wyjaśniałam, z jakiś powodów nie potrzebuję wypełnić formularzyka przyszła po kolejnych dwóch tygodniach z równie trudnym w odbiorze komentarzu:

An undertaking is required as being Publisher.
Po przeszukaniu strony internetowej High Commission of India chyba wiem, o co im chodzi. W aplikacji zgodnie z prawdą podałam, że pracuję w wydawnictwie (publishing). Urzędnikowi musiało się to skojarzyć z jednym: aha, ona jest dziennikarką. Dziennikarze, nawet jeżeli podróżują w celach turystycznych, muszą przedstawić zaświadczenie, że nie będą robić reportaży podczas pobytu. Ich wiza jest też droższa.

W poniedziałek Oliwka jedzie do ambasady z tymi samymi aplikacjami i dodatkowymi liścikami: pierwszym ode mnie, w którym piszę, że nie jestem dziennikarzem i że w Indiach będę turystyką; i drugim, w którym moja szefowa wyjaśnia dokładnie to samo. O losie, czy to wystarczy??!

Biurokracji autentycznie się boję, przeraża mnie i paraliżuje. Zło w przerobnej formie. Bezduszny kleszcz.
niedziela, 07 grudnia 2008

Wybieramy się z Oliwką pod koniec grudnia do Indii. Żeby się nieco przygotować do podróży, przemierzam stosik lektur o subkontynencie, który udało mi się zgromadzić. Planowałam coś na ten temat popełnić wcześniej, ale nawał pracy w pracy kompletnie mi pokrzyżował plany. Dziś po sześciu tygodniach wyjazdów weekendowych sobotę i niedzielę spędzamy w domu, więc nadrabiam zaległości.

W naszej firmowej bibliotece natrafiłam na ciekawe opracowanie antropologiczne poświęcone rodzinie i małżeństwu w Indiach. Zbiór artykułów "Family, Kinship and Marriage in India" (red. Patricia Uberoi) co prawda został wydany w latach 90-tych, ale opisuje stan rzeczy głównie z lat 50-tych (z tego czasu są m.in. odniesienia do prac naukowych innych antropologów). Teksty dotyczą relacji rodzinnych z różnych części subkontynentu i różnych kast, co sprawia, że kolekcja maluje intrygujący a chwilami i szokujący obraz układów małżeńskich.

 

Family, Kinship and Marriage in India

 

Bramini są najwyższą kastą w indyjskim społeczeństwie. Bramini to jednak niekoniecznie kapłani. Są co prawda domyślnie związani z opieką nad duchową sferą życia, ale mogą swoją rolę wykonywać jako właściciele majątków ziemskich, politycy, urzędnicy etc. W swoim artykule E. Karhleen Gough zajmuje się rodzinami braminów żyjących w małej wiosce Kumbapettai na południu Indii w regionie Tandżore. Wspólnie z rodzinami mieszkają na jednej ulicy, która na jednym krańcu ma świątynię Śiwy a na drugim świątynię Wisznu. Bramini posiadają pola ryżu, które uprawiają chłopi (drawidianie) mieszkający na skraju wioski.

Co ciekawe, dzieci braminów nie przynależą do kasty automatycznie przez urodzenie. Stają się jej częścią dopiero po odbyciu ceremonii – w przypadku chłopców po obrzędzie inicjacji, podczas którego uczeni są recytacji Wed i wykonywania religijnych rytuałów; w przypadku dziewczynek – przez małżeństwo. Teraz wychodzą za mąż w wieku 15 lat, wcześniej małżeństwa zawierano przed tym, jak dziewczynka osiągnęła dojrzałość płciową.

W tradycji bramińskiej pannę młodą traktuje się jako podarunek ("podarunek dziewicy"), który jej ojciec wręcza jej przyszłemu mężowi. Ma to symbolicznie zmazywać winę ojca za biologiczne spłodzenie dziecka. Obecnie ojciec panny młodej musi dodatkowo zorganizować pokaźną sumę pieniędzy dla pana młodego na pokrycie kosztów ceremonii ślubnej. Zgodnie ze zwyczajem (ale nie prawem, bo prawno stanowi odwrotnie), żona nie może rozwieść się ze swoim mężem. Jeżeli popełni grzech cudzołóstwa, odbiera się jej prawo przynależności do kasty.

Ramayana

Co jest dla mnie szokujące, po ślubie żona staje się podwładną swojego męża. Codziennie modli się, leżąc na ziemi i zwracając się w jego stronę. On ma być jej pierwszym bogiem. Dzięki całkowitemu posłuszeństwu ma zyskać większą siłę duchową a nawet magiczną (tak jak Parvati - żona boga Sziwy - która jest uosobieniem duchowej siły męża). Musi też być całkowicie posłuszna swojej teściowej i bez sprzeciwów spełniać jej rozkazy (to teściowa zleca synowej codzienne prace domowe).

Żona może zdobyć zbawienie tylko przez wyznawanie i oddanie się mężowi. Do początków zeszłego stulecia Bramini zachęcali wdowy do popełnienia samobójstwa podczas pogrzebu męża. I choć to teraz zabronione prawem, sati wciąż ma miejsce na subkontynencie.

Żonie nie wolno wyjść z domu czy ogrodu bez pozwolenia męża. Bez jego zgody nie może też odwiedzić swojej rodziny.

Rola kobiety jest paradoksalna. Jako matka jest szanowana, jako żona wręcz przeciwnie. Związek kobiety z mężczyzną jest skrajnie asymetryczny. Bramini wierzą, że ograniczanie kontaktów fizycznych z kobietą wzmocni ich duchowość i być może dzięki temu wyjadą z cyklu odradzania się w nowym wcieleniu i scalą się z tym, co duchowe. Z drugiej strony dla mężczyzny ważne jest to, by posiadał męskiego potomka, bo to on po jego śmierci będzie zjednywał bogów dla jego duszy.

To, co związane z kobietą i płodnością, kojarzy się braminom ze sferą nieczystą. Brzydzą się krwi menstrualnej. Brzydzą się własnych impulsów.

Mężczyźni różnie radzą sobie ze ambiwalentnym stosunkiem do kobiet. Niektórzy obcują fizycznie tylko z kobietami niższej kasty, z dziewczynami tańczącymi w świątyniach. Inni mają kontakt fizyczny z żonami, ale czują z tego powodu wyrzuty sumienia, które przekładają się potem na ich okrutny stosunek do nich. Jeszcze inni starają się zabić swoje pragnienia a seks sprowadzają do prokreacji (trzeba pamiętać, że całe rodziny mieszkają zwykle w jednym domu, więc często mężowi wolno sypiać z żoną tylko w piątki, a w pozostałe dni śpi na werandzie z innymi mężczyznami a jego żona obok teściowej!). Są też tacy, którzy wybierają samotne życie guru i całkowicie odrzucają cielesność na rzecz obcowania z tym, co duchowe.

Rola żony może odmienić się tylko wtedy, kiedy ma dzieci na wydaniu. Wtedy zaczyna zajmować znaczącą pozycję w domostwie – staje się teściową jak tylko obżeni swoich synów. Córki wydaje za mąż zwykle za swojego młodszego brata bądź syna jednego z braci.

Jeżeli zostanie wdową i uda jej się pozostać przy życiu, to jej życie zamienia się w czas modlitw i pamięci o mężu. Goli się jej głowę, a ona sama przywdziewa białe sari. Jako osobie kojarzonej z nieszczęściem, nie wolno jej uczestniczyć w ceremoniach zaślubin bądź rytuałach inicjacji. I tak kończy życie żona bramina, bo nie braminka.
21:02, maga-mara , Indie
Link Komentarze (5) »
piątek, 05 grudnia 2008
Pochodzi z Chorwacji. Wyjechała, bo spalono jej dom, zniszczono cały dobytek. Na szczęście z synem wyszła z tego cało. Mówi głośno i szybko. I mówi to, co myśli. Odstaje od innych.

Sytuacja 1:
- Jesteś Rosjanką – pyta.
- Nie, nie, nie, nie Rosjanką – odpowiadam. Koniecznie chcę się od tego odciąć, byle tylko jeszcze nie pomyślała, że należę do złotej rosyjskiej młodzieży, którą bogaci tatusiowie wysyłają do Oksfordu na kursy angielskiego.
- A, ha, ha, ha, jasne, tylko nie Rosjanka, to się rozumie – mruga do mnie okiem. Krew jej wrze pod skórą jak nożyczkami tnie powietrze.

Sytuacja 2:
Nowa pracownica – Peruwianka – nie mówi słowa po angielsku, ale w zakładzie pracuje. Ma za to problem z angielskim mężem. Jak wynika z rwącej rzeki słów fryzjerki, mąż próbuje zabronić jej pracować. Grozi też, że puści zakład fryzjerski z dymem.
- On jest dla mnie pchełką, pchełką, rozumiesz! Spalono mi dom. Nic mi nie straszne! Może sobie grozić, ta pchełka, ja go załatwię – krzyczy w stronę peruwiańskiej pomocnicy. Słowa rwanego angielskiego tłumaczy dobra znajoma na hiszpański.

Sytuacja 3:
Przychodzę po paru miesiącach. Żadna z pracownic nie jest ta sama, ma się rozumieć łącznie z Peruwianką.
- Co się stało? – pytam - Duże zmiany?
- Wszystkie zwolniłam – wyjaśnia – Zwolniłam, bo przestały pracować.
Nachyla się nade mną i szeptem trafia prosto w moje ucho: - Anglicy do pracy się nie garną, są leniwi, szukają wymówek - wyjaśnia. Na nowo cała sytuacja, która doprowadziła do zwolnienia pracownic, staje jej ogniem przed oczami: sekretne porozumienia młodych i głupiutkich pomocnic, przyłapywanie ich na nawalaniu z robotą, a wreszcie odsłuchanie kasety – tak Angielki zostały nagrane jednego wieczoru, jak omawiały plan na niepracowanie. - Głupie! – krzyczy fryzjerka – co im się wydawało, że mnie przechytrzą?! Ha! W Chorwacji to dopiero ludzie mieli pomysły na obijanie się w pracy, bo z tym i tak pensja im się należała. WSZYSTKIE TRIKI DOBRZE ZNAM! Ha, ha! A tym się wydawało, że znalazły sposób, żeby palcem nie kiwnąć. Wszystkie zwolniłam! Chorwacja to skorumpowany kraj. To kraj mafii. Nic się tam nie zmienia – i tak zaczynamy rozmawiać politycznie.


poniedziałek, 01 grudnia 2008
Mieszkamy na poddaszu małego domku, skąd rozciąga się widok na wioskę z kościołem na klifie, na domek strażników i sam ocean. W domu obok mieszkają właściciele farmy. Cheryl i Steve od 20 lat prowadzą B&B. Cheryl wita nas szczebiotliwym monologiem w noc naszego przyjazdu. Wyjaśnia co, gdzie się znajduje w naszym małym lokum i z nieukrywanym żalem znika u siebie. Reszty o historii B&B, farmy i okolicy dowiadujemy się z dwóch opasłych segregatorów przygotowanych głównie przez Cheryl. Pierwszy folder rozpoczyna się emocjonalnym listem od właścicielki, która już w drugim akapicie opowiada o swoim dobytku i powziętych wobec niego zamiarach: "to jest prosperująca farma wołowiny, owiec i kilku świń, które właśnie podkarmiany, by potem zamrozić. Mamy też gęsi, które, mamy nadzieję, że będą wkrótce miały młode tak, żebyśmy mogli je zjeść na Bożonarodzeniowy lunch!"

Szok po przeczytaniu tego wyznania mija powoli. Kto do licha chciałby wcinać nowonarodzoną gąskę na Boże Narodzenie? Zwierzęta, pomyślałby mieszczuch, hoduje się przecież z przywiązania do nich.
Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...