środa, 30 grudnia 2009

The Habit of Art Allen Bennett przedstawienie w Teatrze Narodowym w LondynieBilety wysprzedane do kwietnia 2010! Nie mogłam uwierzyć. Taką popularnością cieszy się najnowszy spektakl współczesnego brytyjskiego dramaturga Alana Bennetta wystawiany obecnie w National Theatre w Londynie. Już miałam szukać czegoś w zastępstwie, co pozwoliłoby mi odżałować tę stratę, spowodowaną niczym innym jak moją opieszałością, gdy nagle telefon... i okazało się, że teściowi cudem udało się zdobyć cztery bilety. W poniedziałek wieczorem, wciąż pełna niedowierzania, siedziałam zatem na widowni. Kto zna londyński Teatr Narodowy, ten wie, że oznacza to siedzenie w budynku, który jest, żeby rzec to łagodnie, wielkim pomnikiem na cześć betonu. Ten surowy wystrój świetnie jednak komponował się ze scenografią i właściwie samym tematem sztuki.

"The Habit of Art" ("Zwyczaj tworzenia" - nie chodzi tyle o samo rzemiosło tworzenia, co o zwykłe przyzwyczajenie) to spektal, w którym centralną postacią jest znany brytyjski poeta WH Auden. Bennett wybrał ostatnie (zresztą oksfordzkie) lata Audena, żeby pokazać to, czym jest schyłek kariery wielkiej postaci. Auden, bez wątpienia największy i najbardziej charyzmatyczny poeta brytyjski minionego wieku, w benetowskim wydaniu jest ponad 60-letnim, brzydkim staruchem, który sika do zlewu, żyje samotnie w zagraconym mieszkaniu w kolegium Christ Church, wynajmuje młodych chłopaków na płatny seks i ogólnie rzecz biorąc dogorywa na marginesie literackiej sceny. Ten kompletnie sprofanowany (czy może jak mówi Bennett odbielony?) portert Audena wyłania się z dialogów poety (granego przez Richarda Griffithsa – naprawdę świetna rola!) z przychodzącym portierem, sprzątaczką czy sprzedającym swoje ciało chłopakiem z Oksfordu. Auden, który stracił w tym czasie już popularność, wciąż jednak tworzy: czasami wiersze, czasami wykłady dla uniwersytetu oksfordzkiego. Robi to, jak sugeruje Bennett, z przyzwyczajenia.

Choć portert Audena jest ponury, to sam sposób jego przedstawienia komiczny. Auden ma błyskotliwy żart. Podobnie z samym aktorem odgrywającym rolę poety – on potrafi znakomicie ripostować, sarkastycznie odpowiadać (łącznie z resztą widowni – cała sala zapełniona! - wielokrotnie parskałam śmiechem). Dlaczego o tym piszę? Otóż dlatego, że "The Habit of Art" to sztuka w sztuce. Na scenie rozgrywa się próba przedstawienia o Audenie, próba spektaklu "The Habit of Art", w dodatku dość chaotyczna. Dwóch aktorów brakuje, bo właśnie grają w czymś innym, reżyser nie zjawia się, bo musi udać się na północ kraju, by wziąć udział w jury konkursu, o którym sobie w ostatniej minucie przypomniał. Za to pojawia się dramatopisarz, autor tekstu i on ze swoim obrażalstwem, nowymi pomysłami, kłotniami z aktorami, kreuje dodatkowe komiczne sceny. Aktorzy przerywają grę, by zażądać, by pisarz zniknął z widowni. Griffiths grający Audena zacina się, bo nie może znieść nowej wersji tekstu, którą musi recytować. Wreszcie pojawia się maska, która nosić ma Griffiths, by choć trochę przypominać odgrywanego poetę – maska rzecz jasna jest za ciasna, tłumi głos aktora, ale on sarkastycznie potwierdza, że mu pasuje, po czym "przypadkiem" ją zdejmuje, bo mu za ciepło.

W tym tragikomicznym układzie na scenie pojawiają się dwie inne znane postaci: aktor odgrywający brytyjskiego kompozytora Benjamina Brittena (w tej roli znakomity Alex Jennings) i aktor, którego rola nie jest do końca jasna, bo on ma być podróżującym z przyszłości do lat 70-tych biografem i Audena, i Brittena, czyli Humpreyem Carpenterem (w tej roli Adrian Scarborough). Britten pojawia się w sztuce Bennetta nieprzypadkowo. On (Britten) i Auden byli ze sobą bardzo blisko, aż do momentu wielkiej kłótni. Spotykają się zatem po latach, Britten odwiedza Audena w Oksfordzie, by porozmawiać o pracy nad nową operą – "Śmierć w Wenecji". Ich dyskusja to właściwie punkt kulminacyjny całego przedstawienia. Auden wykonuje nieudaną próbę zaangażowania własnej osoby w projekt kompozytora, by napisać dla opery libretto. Britten z kolei szuka wsparcia w poecie, a nie jego tekstu do libretta. Chce, by Auden zmotywował go do skomponowania opery, której temat w tamtym czasie wciąż w Wielkiej Brytanii był szalenie niewygodny i kontrowesyjny (są to przecież lata 70-te i homoseksualizm, a tym bardziej miłość mężczyzny do młodego chłopca nie jest czymś, co społeczeństwo jest w stanie łatwo przełknąć). Dyskusja o sztuce przeradza się w kłótnię na tematy osobiste.

Auden był zdeklarowanym gejem i otwarcie mówił o swojej orientacji (nawet w czasach gdy było to uznawane w kraju za nielegalne). Britten z kolei wolał ten fakt głęboko ukrywać. Bennett, który zresztą stosunkowo niedawno o swoim homoseksualizmie otwarcie napisał (jego autobiograficzne zapisku "Untold Stories" opublikowane zostały w 2005 roku), w ten sposób doknął tematu mu bardzo bliskiego.

Oglądając "The Habit of Art", nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że postacie wielkich twórców są tylko pretekstem i to wcale nie tyle do rozważań na temat ich schyłkowej kariery. Ta sztuka to sztuka o robieniu sztuki. To spektal o samym Bennecie, o tym, jak powstaje przedstawienie.

Aktor grający Audena w nowym, w ostatniej minucie dodanym przez dramatopisarza zakończeniu deklamuje audenowską wersję finału "Burzy" Szekspira. Przez lata uważano, że ten dramat był ostatnim dokonaniem pisarza ze Stratfordu, że był pożegnaniem Szekspira ze sceną (zresztą czytaliśmy go w tym kontekście na studiach). Teraz już wiadomo, że Szekspir po "Burzy" tworzył dalej, nie mniej jednak motyw pożegnania jest w tej sztuce bardzo ważny. Bennett wykorzystuje finalny dialog Prospera nieprzypadkowo. I robi to, jak na sztukę w sztuce przystało, podwójnie. To pożegnanie Audena. Czy to też pożegnanie Bennetta?

Po finalnym dialogu odgrywanej na scenie sztuki o Audenie, aktorzy rozchodzą się. Zostaje tylko asystentka reżysera i autor dramatu. Ona opowiada o tym, jak kiedyś była aktorką, jak kiedyś pracowała z wielkimi reżyserami. Po czym refeksyjnie dodaje, że to wszystko to jednak tylko "gra, gra, gra...". Po tej aluzji do szekspirowskiego "to tylko słowa, słowa, słowa" gasną światła i scena pustoszeje. Przy takim zakończeniu kompletnie wygasły moje emocje. Szkoda, bo to był dla mnie duży emocjonalny skok po dramatycznych i dynamicznych scenach jeszcze kilka minut wcześniej. Czułam, że tym resyżer poszedł na łatwiznę. Dał publiczności zbyt łatwe do oczytania aluzje (nawet trącące prenetsjonalnością). Za szybko pozwolił sztuce odejść.

A może zrobił to z przyzwyczajenia?

"The Habit of Art" to byskotliwa, ironiczna (autoironiczna) sztuka o robieniu sztuki (słowa robienie używam umyślnie), która z pewnością odzwyczaja od myślenia o wielkich w wielkich kategoriach. Pomimo tego, że nie lubię tego powszechnego trendu w biografii, polegającego na dokonywaniu całkowitej profanacji postaci (tak samo jak nie lubię współczenej hagiografii), to ta sztuka wydała mi się porywająca, ważna, a każda w niej przesada uzasadniona.
Bennett pokazał w "The Habit of Art" całą swoją przewrotność. Mam tylko nadzieję, że to jednak nie było jego pożegnanie.  

Teatr Narodowy w Londynie, scena

Scena Teatru Narodowego w Londynie, na kilka minut przed rozpczęciem spektaklu "The Habit of Art"


***
Alan Bennett "The Habit of Art"
reż. Nicholas Hytner
sektakl wystawiany jest w National Theatre w Londynie do 6 kwietnia 2010 r.
bilety wysprzedane do końca sezonu - zdarzają się jednak zwroty, więc warto polować!

wtorek, 29 grudnia 2009

Painter of Signs (Malarz Szyldów) R. K. NarayanKiedy Raman, młody malarz szyldów w indyjskim mieście Malgudi wyznaje Daisy miłość, dostaje szybką i zimną odpowiedź:

"Kocham cię", "podobasz mi się" to słowa, które nie mogą być prawdziwe. Pewnie nauczyłeś się ich z powieści czy z hollywoodzkich filmów. Kiedy mężczyzna mówi "kocham cię" a kobieta powtarza "kocham cię" to brzmi mechanicznie i nieprzekonywująco. Być może to jest wiarygodne w zachodnim społeczeństwie, ale u nas brzmi głupio. Ludzie, którzy są naprawdę zakochani, są oniemiali z miłości, tak mi się wydaje.*

Raman próbuje racjonalnie i nieśmiało wyjaśnić, że miłość w każdym społeczeństwie oznacza to samo, ale daleko nie dochodzi w swoich argumentach.

Kto zatem ma rację? Daisy, wyzwolona radyklana i pozbawiona sentymentów kobieta, która odrzuca wpływy zachodniej kultury popularnej kreującej koncept miłości romantycznej, wartości absolutnie nadrzędnej w życiu, pozwalającej kobiecie i mężczyźnie działać irracjonalnie, ponad rodzinnymi i społecznymi zasadami? To przecież fikcja – dowodzi Daisy – koncept w dodatku zupełnie nieprzystający do indyjskiej kultury. Z tym pewnie zgodziłaby się wciąż przeważająca większość rodziców w Indiach, dla których miłość wyłączona jest z listy tego, co stanowi ich zdaniem udany związek i którzy zupełnie inne rzeczy biorą pod uwagę, poszukując partnera życiowego dla swojego dziecka (w Indiach wciąż przeważająca większość małżeństw to małżeństwa aranżowane według kasty, osobowości, zamożności etc. Tzw. małżeństwa z miłości zdarzają się w wielkich miastach (Bombaj czy Delhi) i przez społeczeństwo postrzegane są wciąż jako zagrożenie dla tradycji i jako wybory, które kończą się zwykle nieszczęśliwie – rozwodem).

Czy może rację ma Raman, próbując powiedzieć, że miłość jest uniwersalnym uczuciem i wcale nie przychodzi do Indii z Zachodu? Zdarza się wszędzie, tak jak przydarzyła się mu i on ma do niej prawo.

R.K. Narayan w swojej krótkiej powieści z lat 70-tych bardzo przewrotnie za obrońcę miłości wybiera Ramana, stoika, społecznego reformatora, który zamierza wprowadzić "Wiek Rozumu" w swoim miasteczku. "The Painter of Signs" to słodko-gorzka powieść o codziennym życiu w Indiach, która stawia wiele ważnych, współczesnych pytań. To, co oznacza tak pielęgnowana na Zachodzie miłość w indyjskim kontekście, to tylko jedno z nich.

Narayan jest znakomitym portercistą z ogromnym poczuciem humoru. Książkę "The Painter of Signs", zwłaszcza te części, które poświęcone są opisom życia miasteczka, plotek mieszkańców, kłopotów sąsiadów, wiejskim pracom czytałam z uśmiechem na twarzy. Jego bohaterowie, a zwłaszcza Raman i Daisy są może nieco przerysowani, ale właśnie przez tą intensywność pewnych cech charakteru autor osiąga zamierzony efekt komiczny w pierwszej i dramatyczny w drugiej części książki.

"The Painter of Signs" to opowieść pełna zapachów i smaków. Rzeczywistość zatrzymana jest w zmysłach: w przyprawach używanych przy gotowaniu potraw przez religijną ciotkę Ramana, w wilgoci wiejskiego lasu, w gorącu piaszczystej drogi, w straganach na rynku i oczywiście w farbach, które używa Raman do malowania szyldów.

Narayan jest dla mnie mistrzem małych, domowych scen. Świetnie oddaje codzienność, więc jego książki są znakomitym wglądem w indyjskie życie. Przy większych, dramatycznych scenach i kluczowych dialogach radzi sobie już gorzej. Dla mnie niestety zakończenie, które jest rozwiązaniem romansu Ramana i Daisy i kolejnym argumentem w dyskusji o miłość, nie utrzymało już przeznaczonej mu wagi. Nie mniej jednak po tę krótką powieść na pewno warto sięgnąć.

 

* oryginał:

"I love you", "I like you" are words which can hardly be real. You have learnt them from novels and Hollywood films perhaps. When a man says "I love you" and the woman repeats "I love you" – it sounds mechanical and unconvincing. Perhaps credible in Western society, but sounds silly in ours. People really in love would be struck dumb, I image.

The Painter of Signs, str. 104

 

***

R.K. Narayan "The Painter of Signs"
Penguin  Classics
London 2006

wydanie z przedmową Moniki Ali

Polskie wydanie ukazało się w 1983 rMalarz Szyldów R.K. Narayanoku pod tytułem
"Malarz szyldów"
Książka i Wiedza, 1983
tłum. Zdzisław Reszelewski

 

niedziela, 27 grudnia 2009

Old Delhi, IndieDokładnie rok temu lecieliśmy zaraz po Świętach do Indii. Podróż zaczęliśmy w Delhi. Myśląc teraz o tej wyprawie, mogę śmiało powiedzieć, że ten, kto rozpoczyna spotkanie z Indiami od wizyty w tym mieście, wystawia swoje zmysły na podwójną próbę. Jak w pewnym stopniu niemalże każda stolica, Delhi gromadzi w sobie przerysowany, niemalże karykaturalny obraz kraju: przeludnionych dzielnic, dymnego powietrza, wielkości, która podkreślić ma prestiż władzy, rozbuchanej administracji, bogactwa, jakie zassane zostało z innych zakątków czy też niewyobrażalnych kontrastów. Kiedy pierwszy raz byłam w Delhi, przecierałam z niedowierzaniem oczy: to miasto nie ma w sobie jednego bijącego serca, jest pokrojone na kawałki, niespójne, dziwaczne. To miasto niemalże nie powinno już istnieć, powinno się dawno rozlecieć, a całość powinna pokryć dwa razy taka warstwa dymo-kurzo-piachu, która w tej chwili pokrywa jedną z jego dzielnic, zwaną Old Delhi.

W swojej historii Delhi już się kilka razy rozlatywało. Sułtan Tughlak wściekły na opór mieszkańców, kazał stolicę przenieść do oddalonego o ponad tysiąc kilometrów Daulatabadu - delijczycy mieli trzy dni na spakowanie całego dobytku i wyruszenie w tą koszmarną drogę na południe. Czwartego dnia Tughlak podpalił miasto, które jeszcze parę dni wcześniej zamieszkiwało pół miliona ludzi. Mogę sobie tylko próbować wyobrazić znaczenie tej makabrycznej decyzji: wyrwanych z domów mieszkańców umierających w drodze do nowej stolicy, tych, którzy nie chcieli zostawić miasta i zginęli w jego płomieniach. Wyobraźcie sobie teraz brutalne, nagłe przenosiny na pieszo na przykład  Londynu na południe Francji, czy dziesięciokrotnie większej Warszawy do Rumunii. Nie kojarzy się Wam to z operacją diabelskiego lekarza, który wycina pacjentowi zdrowe serce? Cudem Delhi jednak nie umarło. Po sułtanach przyszli władcy z dynastii Wielkich Mogołów, na zgliszczach starego zbudowano nowe. Szahdżahan wybrał Delhi, by zbudować tam swoją nową siedzibę. Na jego życzenie powstał w dzisiejszym Old Delhi największy meczet w północnych Indiach Dżami Masdżid, ogromny pałac - Czerwony Fort. Wtedy Delhi było najbogatszym, najznakomitszym, najbardziej zaludnionym miastem między Istambułem a Edo (Tokio). Miało dwa miliony mieszkańców, znacznie więcej niż Londyn czy Paryż w tamtym czasie.

Delhi, Indie

Old Delhi, główna ulica wiodąca do Czerwonego Fortu.

 

Delhi, Indie

Sypiące się pawilony w brytyjskim Delhi

Delhi, Indie

Dodatkowe pomieszczenia dobudowywane na dachach domów dla powiększającej się społeczności. Część z nich funkcjonuje jako hotele. Okolice dworca w Delhi.

Ten, kto zbuduje nowe miasto w Delhi, straci je - mówi perskie przysłowie. Przysłowie? To właściwie fatalistyczna przepowiednia, której skuteczność poświadcza historia tego miasta niemalże w każdym stuleciu. Wiecznego miasta powinnam dodać. Po Wielkich Mogołach przyszli Brytyjczycy, burząc część Old Delhi (w Czerwonym Forcie ustawili wojskowe baraki, rujnując jego architekturę i wystrój) i tworząc coś, co dziś się nazywa New Delhi. Ta nowa część zrobiła na mnie najgorsze wrażenie - jest zupełnie pozbawiona charakteru, przypomina wyrwane z angielskiego miasta Bath pawilony, umieszczone w środku czegoś, do czego zupełnie nie pasują. Dziś już lekko rozlatujące się budynki (brytyjscy zarządcy już przecież stracili konrolę nad miastem, czasy są nowe, więc dowodom minionego reżimu powala się umierać) wykorzystywane są głównie przez europejskie ekskluzywne sklepy, przed którymi drobni sprzedawcy handlują wszystkim, co popadnie. Całość tworzy według mnie przytłaczający obraz czy może tylko obrazek, w którym widać indyjskie społeczne skrajności: nowobogackich podjeżdżających taksówkami do sklepów, młodych, średnio-zamożnych chodzących na kawę do kawiarni ekspatów (są to jedyne miejsca w Delhi, w których pracują kelnerki. Wszędzie indziej są tylko kelnerzy), biedaków oddających mocz przy ogrodzeniu dzielnicy finansowej, żebraków, pucybutów, drobnych handlarzy żywnością.

Delhi, Indie

Największy meczet w Indiach. Dżami Masdżid, Old Delhi

Podczas drugiej wizyty w Delhi, spojrzałam na miasto z innej strony: nie było już dla mnie przykładem niedokończonego rozpadu, który nachalnie rzuca się w oczy, ale niezwykłej siły przetrwania. Delhi to miasto siedmiu miast,  to niespójne kawałki czegoś, co nigdy ze sobą nie istniało jako całość, co teraz żyje własnym życiem - naturalnym bądź sztuczne podtymywanym (dla mnie New Delhi nie ma w sobie własnej energii. Podtrzymuje je w trwaniu siła ekspatów i przyjezdnych).

Delhi ze względu na historię pozbawione jest naturalnego, miejskiego, rozrastającego się piękna. Ma śliczne miejsca, ale one potrafią niknąć w jego wielkiej, niszczonej tyle razy gardzieli.  To miasto, które żyje prawdziwym, pięknym życiem tylko w pamięci tych, którzy niegdyś je tworzyli, ale którzy w przeważającej większości już nie mieszkają w Delhi. "I had been living in Delhi for some months before I began to realize quite how many of the people I met every day were Partition refugees." ("Dopiero po kilku miesiącach mieszkania w Delhi zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, jak wielu ludzi, których spotykałem każdego dnia, było uchodźcami z czasów Podziału. [Chodzi o podział na Indie i Pakistan z 1947 roku, który dokonał się przy rozlewie krwi - przyp. aut.] - pisał William Dalrymple w znakomitej książce - zapisie jego rocznego pobytu w Delhi w latach 90-tych - zatytułowanej "The City of Djinns" (Miasto dżinów). Dzisiejsze Delhi tworzą głównie przyjezdni, przyjeżdzający do miasta od lat 40-tych. Dla nich historia tego miejsca, nie jest właściwie ich historią. Ich prawdziwe, darzone miłością ojczyzny są m.in. w północnych stanach, w miastach dzisiejszego Pakistanu, do którego nie wolno im wrócić.

Dlatego żeby zrozumieć Delhi, dostrzec piękno jego siedmiu miast, trzeba szukać głęboko pod powierzchnią dzisiejszej stolicy. Trzeba rozmawiać z tymi, którzy są częścią jej historii, posłuchać zapisków dawnych podróżników. I nikt nie zrobił tego lepiej niż właśnie William Dalrymple. Jako młody chłopak mieszkając przez rok wspólnie ze swoją żoną u rodziny Sikhów niedaleko enklawy sufich Nizamuddin w południowym Delhi, oddał się poszukiwaniom, rezultatem których stał się ten żywy, niezwykle ludzki portret miasta pokrojonego w czasie na kawałki.

Jego książka była moim nieodłącznym towarzyszem podróży. Była ocaleniem dla mnie - dla zagubionego podróżującego i ocaleniem dla miasta, bo Dalrymple ujął w niej to, co w Delhi bezpowrotnie ginie: zawody m.in. kaligrafów wykonywane przez muzułmanów posługujących się urdu, których wypędzono z miasta podczas Podziału, a z których tylko nieliczni pozostali na miejscu w ukryciu; nadwornych jubilerów - rodzin, które niegdyś dostarczały klejnoty dla wielkich władców, a teraz straciły znaczenie i rzecz jasna wytworną klientelę; duchowych guru, wielkich uczonych, świetnie władających starożytnymi językami (u jednego z nich autor pobiera lekcje perskiego). Ze spotkań Dalrymple'a z mieszkańcami Delhi, z jego wrażliwych obserwacji i z jego pokornej ciekawości świata wyłania się nie tylko współczesna mapa miasta, ale i jego historia, sięgająca czasów najstarszych indyjskich tekstów sakralnych.

Delhi, Indie

Grobowiec Humajuna. Południowe Delhi

Delhi, Indie

Sprzedawca owoców w dzielnicy finansowej Delhi

Każdy z rozdziałów "City of Djinns" był dla mnie wielkim odkryciem i sam w sobie jest małym eposem na wielki temat. Jeden z nich napisany po miesiącach rozmów opowiada o losie współczesnej hidźry (ang. hijra) czyli osoby należącej do tzw.  trzeciej płci. Żeby wyjaśnić, kim dokładnie są, trzeba pewnie sięgnąć po dobrze znane słowo 'trasnseksualista', chociaż ono dokładnie nie oddaje ani skomplikowanej sytuacji społecznej ani wszystkich powodów, dla których zostaje się hidźrą, bo one uzględniają przecież też wykastrowanych mężczyzn, osoby urodzone z narządami obojga płci lub o płci nieokreślonej. Dalrymple, który tygodniami krążył po wąskich i przeludnionych uliczkach Old Delhi,  by móc odnaleźć dom delijskiej komuny hidźrów, korzysta też z historycznego terminu eunuch, by pokazać, co stało się z tą grupą, kiedy starły się dwie tradycje: muzułmańska i hinduska po upadku imperium Mogołów.

Według starej hinduskiej literatury sakralnej (np. Wedy z II tys. p.n.e.) eunuchem zostawało się w wyniku kastracji, która była formą kary, jaka spotykała najniższe kasty np. mogła zostać wymierzona mężczyźnie z kasty nietykalnych za to, że oddał mocz w pobliżu Bramina czy za to, że uprawiał seks z kobietą z kasty braminów. Nikt nie mógł jeść jedzenia przygotowanego przez eunucha. Dla kapłanów samo przebywanie w jego pobliżu było niewygodne. Bycie eunuchem w hinduizmie oznaczało sięgnięcie niewyobrażalnego dna społecznego. Tymczasem w kulturach bazujących na islamie sytuacja była odwrotna - to im powierzano strzeżenie świętych miejsc, komnat dworów władców, bo ich sterylność oznaczała fizyczną czystość. Kiedy skończyła się muzułmańska dynastia Mogołów, która rządziła północnymi Indiami przez kilka wieków, eunuchowie zatrudnieni niegdyś na dworze znaleźli się dosłownie na ulicy i to bardzo wrogo nastawionej ulicy, której zasady dyktowała hinduska tradycja. To, co powstało z tego zderzenia, to, jak pisze Dalrymple, dość nieudany kompromis.

Hidźra, Bangladesz, zdjęcie Macieja Dakowicza

Hidźra, Bangladesz, zdjęcie Macieja Dakowicza

Hidźry w Bangladeszu. Zdjęcia Macieja Dakowicza opublikowane za zgodą autora. Więcej zdjęć można zobaczyć na stronie fotografa

Hidźry żyją na marginesie, a ich społeczna rola jest dość paradoksalna. Urodzenie hermafrodyty bądź dziecka z nieidentyfikowalą płcią dla większości ludzi, zwłaszcza prostych, jest uważane za najgorsze przekleństwo. Tak potraktowano urodzenie Panny, z którą po dwóch miesiącach codziennych wizyt w komunie rozmawia Dalrymple. Jej rodzina została wyklęta ze społeczności małej wioski niedaleko Varanassi, a mała została oddana hidźrze w stolicy. Z kolei pojawienie się hidźry na weselu a zwłaszcza udzielenie przez nią błogosławieństwa uważane jest za najlepsze z możliwych. Dlatego teraz hidźry żyją głównie z tego, że niezapowiedzianie pojawiają się na uroczystościach, tańcząc, śpiewając i w ten sposób zrabiając na przeżycie. Wyrzucone przez rodziny żyją w grupie, opiekując się sobą nawzajem. Większość z nich urodziła się z męskim ciałem, z którym się nie utożsamiają. W Europie pewnie przeszliby stosowne operacje, by je zmienić. W Indiach tylko nieliczni mogą sobie na to pozwolić - ci, którym uda się zgromadzić sporą ilość pieniędzy załapią się na terapię hormonalną a potem operację ze znieczuleniem. Inni przejdą kastrację na wsi przeprowadzoną w koszmarnych warunkach.

Podczas wizyty w Delhi nie spotkałam żadnej hidźry. Nie napotkałam też potomka kolejnej z wykluczonych grup, o której pisze Dalrymple - dzieci z mieszanych angielsko-indyjskich związków, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu nieprzyjmowane były ani przez hinduskie ani przez brytyjskie społeczeństwo. Nie rozmawiałam też z żadną ze staruszek, które po odejściu Brytyjczyków z Indii zdecydowały się pozostać na subkontynencie i które wciąż wyznają kolonialne zasady. Moimi przewodnikami po mieście byli przypadkowi młodzi ludzie, rozgoryczeni sytuacją polityczno-społeczną kraju, próbujący nas przekonać, że Indie charakteryzuje tzw. potrójne C: Corruption, Crowd and Crime (korupcja, tłum - czyli przeludnienie, i przestępczość. Swoją drogą ciekawe, że ten skrót nie obejmuje słowa Cast, czyli kasta, bo podziały między grupami społecznymi są wciąż bardzo duże). Delhi zwiedzaliśmy też z koleżanką z północnych Indii, która pracuje na jednym z uniwersytetów w stolicy i mieszka tam raczej z niewielką przyjemnością. Dlatego "The City of Djinns", które powstało z fascynacji tym miastem, okazało się najlepszym przewodnikiem, jaki mogłam sobie wyobrazić. Dalrymple w rok przeżył i poznał tyle, co niektórzy przyjezdni do Delhi nie byliby w stanie doświadczyć przez lata całe. Ta książka to prawdziwy dżin, który spełnia życzenia ciekawych świata. Mam nadzieję, że wkrótce znajdzie się dla niej polski wydawca.


***
City of Djinns William Dalrymple Książka o DelhiWilliam Dalrymple
City of Djinns. A year in Delhi

Harper Perennial, London 2005

Oliverowi dziękuję za wspaniały prezent w postaci tej książki.

Specjalne podziękowania dla Maćka Dakowicza za udostępnienie jego zdjęć hijras z Bangladeszu. Więcej zdjęć na stronie fotografa.

Poet Laureate
czwartek, 24 grudnia 2009

Święta w Oksfordzie, High Street

W ciemnościach suną, suną białe śniegu płatki. W ciemnościach giną, giną spiesznie wracający do domów. I małe światełka błyskają w coraz pustszych ulicach.


Ra pa pam pam

Migoczące choinki, mrugające gwiazdeczki, mruczane pod nosem kolędy. Wszyscy w oczekiwaniu na to, kiedy dzień staje się Dniem.

Ra pa pam pam

Czas świętowania, tup, tup, już coraz bliżej, tup tup. Nóżki, nóżeczki w szybkim tańcu na śniegu przemierzają miasto, by napełnić domy zanim na niebie zabłyśnie.

Tłuste indyki, radosne wisielce wędrują, tup tup, na faszerowanie, tup tup. Jemioła nad rynku, jemioła nad stołem. Uliczni kolędnicy, uliczni jazzmani. Nawet bezdomni przyodziali swoje psy w świąteczne dekoracje.

Już blisko, blisko już, więc zmierzajmy czym prędziej.

Ra pa pam pam... ra pa pam pam...

Kochani, Wesołych Świąt!


Wiszące indyki, rynek świąteczny, Oksford

Ostatnie wiszące indory, tuż przed radosnym pojawieniem się na świątecznym stolce, Oksford 2009.

Świąteczna choinka nocą

Dumne choinki cieszą się przestrzenią w już pustych uniwersyteckich kolegiach, Oksford 2009.

czwartek, 17 grudnia 2009

Hilary Mantel, Wolf Hall, fragment po polskuJeżeli miałabym wskazać tylko jedną cechę "Wolf Hall", która czyni tę książkę wyjątkową, to powiedziałabym, że prowadzenie narracji w czasie teraźniejszym było odważnym i nowatorskim wyborem dla historycznej powieści. Ile razy przewracam strony, na których bohaterowie działają tu i teraz, właśnie przed moimi oczami, bez dalekiej perspektywy czasów zamierzchłych, to zastanawiam się, jak silna musiała być samokontrola Hilary Mantel, jak wielka pokusa, którą pokonała, by nie przejść z opisywania teraźniejszości na dobrze przetarte szlaki historii prowadzonych w czasie przeszłym.

Tegoroczny zdobywca nagrody Bookera zostanie wydany w Polsce dopiero jesienią przyszłego roku. Dlatego postanowiłam przetłumaczyć fragmencik na polski, żeby pokazać Wam, jaka jest proza Hilary Mantel. Fragment pochodzi z jednego z moich ulubionych rodziałów zatytułowanego Tajemnicza (okultystyczna) historia Brytanii. To moment tuż przed śmiercią Liz, żony głównego bohatera Thomasa Cromwella, przewrotnego polityka z epoki Tudorów, który umożliwił przeprowadzenie rozwodów Henryka VIII (sowicie został za to wynagrodzony przez króla, a potem ścięty, ale książka Mantel już o tym nie traktuje. Akcja urywa się o wiele wcześniej).

Wybrałam ten fragment, bo on zwraca uwagę na bardzo ważny w książce motyw - motyw węża, nieustraszonego, niezależnego zwierzęcia, którego cechy Thomas Cromwell znakomicie wykorzystuje w swojej politycznej karierze. Dla króla Cromwell jest niemalże kusicielem z bibijnego drzewa wiadomości. Pokazuje mu możliwości zwiększenia politycznej władzy, które poprzez odcięcie się od Rzymu pozwolą również na wyzwolenie się od małżeńskiej przysięgi.

Do tłumaczenia dodałam kilka przypisów wyjaśniających historyczne odniesienia.

Hilary Mantel, Wolf Hall, wyd. Harper Collins, 2009,  s. 99-100.

Thomas Cromwell, według Holbeina "W domu w Austin Friars [1] Liz leży w łóżku, ale porusza się przez sen. Lekko wybudzona wypowiada jego imię i przesuwa się w jego ramiona. Cromwell całuje jej włosy i mówi: dziadek naszego króla ożenił się ze żmiją.

Liz szepcze: czy ja śpię czy nie? Po chwili odsuwa się od niego, odwraca, wysuwając ramię, a on zastanawia się, co jej się przyśni.

Cromwell leży i rozmyśla. Wszystkie osiągnięcia Edwarda [2], jego bitwy, jego podboje możliwe były wyłącznie za pomocą pieniędzy rodziny Medyceuszy. Ich pożyczki były o wiele ważniejsze niż jakiekolwiek znaki czy cuda.  Jeżeli król Edward nie był, jak wielu uważa, wcale synem swojego ojca, nie był synem księcia Yorku, jeżeli matka króla Edwarda [3], jak twierdzą niektórzy, poczęła go z uczciwym, angielskim żołnierzem, łucznikiem zwanym Blaybourne; ponadto jeżeli Edward ożenił się z kobietą wężem [4], to jego dzieci byłyby... niepewne. To właśnie słowo przychodzi mu na myśl. Jeżeli te wszystkie stare historie są wiarygodne, a niektórzy ludzie, pamiętajmy o tym, wierzą w nie, wtedy nasz król jest w jednej trzeciej bękartem łucznika, w kolejnej - ukrytym wężem, w następnej Walijczykiem, a w całości dłużnikiem włoskich banków... Cromwell przesuwa się, dryfuje w krainę snu. Jego wyliczanka urywa się, świat widm pojawia się tam, gdzie przed chwilą Cromwell śledził wzrokiem liczby na rachunku księgowym. Spróbuj zawsze, powiada kardynał [5], dowiedzieć się, co ludzie noszą pod swoimi ubraniami, ale nie chodzi tylko o samą skórę.  Przewróć króla ma drugą stronę, a znajdziesz w nim przodków pokrytych łuskami, jego ciepłe, zbite, wężowe ciało.

Kiedy we Włoszech wziął do ręki węża w ramach zakładu, trzymał go w uścisku aż policzono do dziesięciu. Liczyli raczej powoli w wolniejszych od angielskiego językach: eins, zwei, drei... Przy cyfrze cztery, przerażony wąż obrócił głowę i ukąsił go. Między cyfrą cztery a pięć Cromwell wzmocnił uścisk. Wtedy ktoś krzyknął "Na Boga, wypuść go!" Niektórzy się modlili, inni przeklinali, pozostali po prostu liczyli dalej. Wąż wyglądał na słabego, kiedy dobili dziesięciu, nie wcześniej niż właśnie w tym momencie, Cromwell zwolnił uścisk, wypuścił zwinęte ciało gada powoli na ziemię i pozwolił, by wąż prześliznął się dalej w swoją przyszłość.

Ukąszenie nie bolało go, ale rana była widoczna. Instynktownie Cromwell possał ją, niemalże gryząc swój nadgarstek. Spojrzał z zaskoczniem na swoją białą, angielską skórę wewnętrznej części ramienia. Zobaczył wąskie niebiesko-zielone żyły, do których dostała się trucizna węża.
Zebrał od oglądających swoją należność za wygrany zakład. Czekał na śmierć, ale nie przyszła. Co więcej, ukąszenie uczyniło go silniejszym, szybciej potrafił się ukryć, szybciej zaatakować. Nie było żadnego milańskiego podoficera, który potrafiłby go przekrzyczeć, żadnego opłaconego kapitana z Brna, który nie ugiąłby się pod jego złym imieniem osoby, która najpierw walczy, a potem pertraktuje. Dzisiejsza, lipcowa noc jest gorąca, Cromwell śpi i śni.

Gdzieś we Włoszech wąż rodzi małe. Nazywa je imieniem Thomas; małe węże mają w swojej głowie obrazy Tamizy, jej błotnistych płytkich nabrzeży, które są poza zasięgiem przypływów, poza zasięgiem pluskającej wody.

Następnego ranka kiedy Cromwell budzi się, Liz wciąż śpi. Prześcieradło jest mokre. Na jej ciepłej, delikatnej twarzy  jak u małej dziewczynki pojawiają się rumieńce. Całuje jej skoń. Jest słona. Liz szepcze: - Powiedz, kiedy wrócisz do domu.

- Liz, nie jadę - mówi - nie jadę z Wosleym. Cromwell zostawia ją w pokoju. Jego fryzjer przychodzi, by go ogolić. Widzi swoje oczy w wypolerowanym lustrze. Są pełne życia, oczy węża. Co za dziwny sen mi się przyśnił - mówi do siebie."

PRZYPISY:

[1] Nazwa miejsca, gdzie niegdyś mieścił się zakon augustianów i gdzie w XVI wieku Thomas Cromwell zbudował swój dom (przez niektórych zwanym pałacem). To była kosmopolityczna część Londynu. Dziś są to okolice City, niedaleko od Liverpool Station.

[2] Chodzi o syna Ryszarda Plantageneta Edwarda IV,  króla Anglii, który rządził w latach 1461 - 1483 (z przerwą w 1470-71).

[3] Mowa o Cecily Neville, księżnej Yorku. Spekulacje o tym, jakoby Edward był synem z nieprawego łoża, są jednak odrzucane przez współczesnych historyków.

[4] Chodzi o Elizabeth Woodvillewas, która choć miała bardzo ciężkie powieki, takie jak u smoka, nazywana była najpiękniejszą kobietą na Wyspach Bytyjskich. Jej "wężowy" przydomek wywodzi się jednak od innego wydarzenia. Podczas jej koronacji, na uroczystości zjawili się przedstawiciele luksembuskiego dworu jej matki, którzy uzbrojeni byli tarcze z namalowaną figurką "wodnej czarownicy", opisywanej przez niektórych jako syrena, przez innych jako węża (postać miała wyraźnie twarz przyszłej królowej). To wydarzenie zapoczątkowało plotki jakoby Elizabeth była czarownicą.

[5] Chodzi o kardynała Wosley. Cromwell był jego prawą ręką.

***

ORYGINAŁ

In the house at Austin Friars, Liz is in bed but she stirs in her sleep. She half wakes, says his name and inches into his arms. He kisses her hair and says, 'Our king's grandfather married a serpent.'

Liz murmurs, 'Am I awake, or asleep? A heartbeat, and she slides away from him, and turns over, throwing out and arm; he wonders what she will dream. He lies awake, thinking. All that Edward did, his battles, his conquests, he did with Medici money behind him; their letters of credit were more important than signs and wonders. If Kind Edward was, as many people say, not the son of his father at all, not the son of Duke of York; if King Edward's mother, as some people do believe, had bred him from an honest English soldier, an archer called Blaybourne; then if Edward married a serpent woman, his offspring would be… Unreliable, is the word that comes to mind. If all the old storied are to be believed, and some people, let us remember, do believe them, then our king is one part bastard archer, one part hidden serpent, one part Welsh, and all of him is debt to the Italian banks…. He too slides, drifts, towards sleep. His accounting fails; the spectral world moves in, where pages of figures used to be. Try always, the cardinal says, to learn what people wear under their clothes, for it's not just their skin. Turn the king inside out, you will find scaly ancestors: his warm, solid, serpentine flesh.

When in Italy he had picked up a snake for a bet, he had to hold it till they counted ten. They counted, rather slowly, in the slower languages: eins, zwei, drei… At four, the startled snake flicked his head and bit him. Between four and five he tightened his grip. Now some cried, 'Blood of Christ, drop it!' Some played and some swore, some just kept on counting. The snake looked sick; when they had all reached ten, and not before, he eased its coiled body gently to the ground, and let it slip away into its future.

There was no pain, but one could see clearly the puncture wound. On instinct, he tasted it, almost bit his own wrist. He noticed, surprised by it, the private, white, English flesh of his inner arm; he saw the narrow blue-green veins into which the snake had slipped the poison. He collected his winnings. He waited to die, but he never did die. If anything, he got stronger, quick to hide and quick to strike. There was no Milanese quartermaster could out-bawl him, no bought-in Bernese capitaine who would not fall back before his grim reputation for blood first and bargaining later. Tonight is not, it is July; he is asleep, he dreams. Somewhere in Italy, a snake has children. He calls his children Thomas; they carry in their heads pictures of the Thames, of muddy shallow banks beyond the reach of the tide, beyond the wash of the water.
Next morning when he wakes, Liz is still sleeping. The sheets are damp. She is warm and flushed, her face smooth like a young girl's. He kisses her hairline. She tastes of salt. She murmurs, 'Tell me when you are coming home.'

'Liz, I'm not going,' he says. 'I'm not going with Wolsey.' He leaves her. His barber comes to shave him. He sees his own eyes in a polished mirror. They look alive; serpent eyes. What a strange dream, he says to himself.  

niedziela, 13 grudnia 2009

Podwójne zaproszenie na jutro do Radia Roxy: tak się złożyło, że jutro ukaże się w eterze też moja relacja z tegorocznej (już 25-ej) edycji nagrody Turnera. O tym, kto wygrał już wiecie. Pisałam o Richardzie Wrighcie kilka dni temu i przy tej okazji rozmawialiśmy o sztuce współczesnej. Moim zdaniem wybór tegorocznego zwycięzcy jest znaczący. Pokazuje znużenie tzw. awangardowymi formami i pracami, w których poza szokującym efektem wije pustką.

Dla tych, którzy chcieliby zobaczyć bardzo ładne ujęcie pracy zwycięzcy, polecam zdjęcie w tym artykule.

piątek, 11 grudnia 2009

Anish Kapoor, wystawa w Królewskiej Akademii SztukZapraszam serdecznie w poniedziałek do Radia Roxy do audycji "Nie lubię poniedziałku" Maxa Cegielskiego, w której między 10 and 11-stą będę mówić o londyńskiej wystawie prowokacyjnego Anisha Kapoora, współczesnego brytyjskiego artysty o indyjskim pochodzeniu. Kapoor słynie z prac manipulujących percepcją widza. Tworzy, zwłaszcza, ostatnio w dużej skali, więc Królewska Akademia Sztuk miała nie lada zadanie, żeby pomieścić w jej zgrabnych, oświeceniowych galeriach kilkumetrowe zwały wosku sunącego po torach, monstrualny ul czy maszynę, która na zakończenie wystawy wystrzeli w ścianę 44 tony wosku. Brzmi niewiarygodnie? Tak, tym właśnie raczy widza artysta, sławny z powiedzenia, że swoją sztuką nie ma nic do przekazania. O tym, kim jest Kapoor i dlaczego Królewską Akademię Sztuk nawiedzają dzikie tłumy, opowiem dokładniej w poniedziałek.

Zwiedzający oglądają szklane obiekty na wystawie Anisha Kapoora

Anish Kapoor i jego obiekty, w których nie można się przejrzec. Royal Academy of Arts, Londyn

środa, 09 grudnia 2009

Gargulec męczennik

1. Zakupię dodatkowy czas

To, że skończył się już pierwszy trymestr roku akademickiego, dotarło do mnie nagle i boleśnie, kiedy nagle ciemnym, deszczowym porankiem uświadomiłam sobie, że jest nas na ulicy znacznie mniej, że codzienny rozgardiasz rowerów, powiewających szalików i mówiących do siebie profesorów zanika, a ruch przenosi się do okolic wokół dworca, do którego zmierzają wyjeżdżający studenci z niedopinającymi się walizkami. To już? Całe osiem tygodni, które jeszcze niedawno wydawało mi się niemalże wiecznością, minęło, a moje małe plany, zamiary wciąż w powijakach. Och, czasie, czasie uciekający. Och, ja, ja, nienadążająca.

Czas pogalopował, zostawiając mnie w tyle w pewnien poniedziałek, kiedy nie mogłam się rano obudzić. Kilka godzin wcześniej dostałam szczepionkę przeciw świńskiej grypie. Ten, kto szczepienie otrzymał, wie, jak perfidny jest wirus, jak zniewalająca ekspresowa minigrypa, którą powoduje. Zagotowało się w ciele. Przeżyłam. Przeżyłam też później remont kuchni.

Potem na trochę zwolniło. Przyjechali moi rodzice. Te nasze co kilkumiesięczne wizyty są zawsze inne, wspólne spacery, wspólne rozmowy, patrzenie na bliskie mi miasto ich świeżymi oczami. Widzieliśmy się przedświątecznie, bo w tym roku na Boże Narodzenie nie będziemy w Polsce. Spędzimy je po raz pierwszy od pięciu lat w Oksfordzie.

2. Szukamy profesora od poezji

Zatem semestr się skończył. Za sześć tygodni zacznie się następny, a Oksford wciąż bez Profesora od Poezji. Po skandalu, o którym pisałam kilka miesięcy temu (tu i tu), pozostał tylko niesmak i właśnie ogłoszony plan, by przeprowadzić nowe wybory w przyszłym roku. Kandydanci zgłaszać się mogą w przyszłym semestrze. Uniwersytet ogłosił też zmiany w systemie głosowania – po raz pierwszy w przyszłym roku będzie można głosować przez internet a oddawanie głosu na miejscu w Examination School będzie trwało dłużej niż jeden dzień. To ma zwiększyć liczbę osób wybierających osobę na to ponad 300-letnie stanowisko profesora od poezji. W zeszłym roku akademickim z 300 tys. osób uprawionych do głosowania, o wyborze profesora zadecydowało tylko kilkaset osób. Liczę (może naiwnie), że minione wydarzenia zostaną uznane za dawno minione a wybory odbędą się bez nieprzyjemnych, personalnych nagonek. Przede wszystkim mam nadzieję, że wśród kandydatów znajdą się wielkie, literackie osobowości.

3. Uwaga, uwaga, Pamuk w Londynie!

Orhan Pamuk już w styczniu w LondynieDobra wiadomość dla miłośników prozy Pamuka. Wydawnictwo Faber&Faber wspólnie z londyńskim Southbank Centre organizuje spotkanie z pisarzem 11 stycznia (poniedziałek) o 19:30, które związane będzie z promocją nowej książki The Museum of Innocence. Właśnie nabyłam bilet (impreza nie jest tania - wstęp 12 funtów, nie zostało już wiele miejsc, więc ci, co mają ochotę się wybrać, proszę się spieszyć - szczegóły tutaj). Spotkanie zapowiada się ciekawie. Cieszę się bardzo, że będzie prowadzić je Hermione Lee, pisarka, krytyk literacki, która zarządza jednym z oksfordzkich kolegiów (Wolfson College). Hermionę Lee widziałam już w roli prowadzącej m.in. podczas spotkania z Hilary Mantel, więc wiem, że mogę się spodziewać ciekawej dyskusji.

4. Oddam za darmo

Ogłoszenie dla mieszkających w Wielkiej Brytanii tylko (niestety, bo firma działa tylko na Wyspie). Mam do rozdania dwa vouchery na dwumiesięczne, darmowe korzystanie z wysyłkowej wypożyczalni DVD (Sofa Cinema). Wystarczy się zarejestrować (wymagają posiadania karty debetowej bądź kredytowej) i wybrać filmy z katalogu zawierającego jakieś 65 tys. tytułów. Filmy przychodzą w przeciągu 1-2 dni. Można mieć w domu 2 bądź 3 za jednym razem. Sama korzystam, więc mogę potwierdzić, że działa sprawnie. Zainteresowani muszą pamiętać tylko o jednym: żeby skasować zamówienie tuż przed upływem drugiego miesiąca, jeżeli nie chcą zostać automatycznie włączeni do listy płatnych użytkowników. Ktokolwiek ma ochotę, proszę o maila z adresem, vouchery wyślę pocztą.

Kurs czeskiego - książka Tomka Kaniewskiego5. Czeski dla początkujących

Gratulacje serdeczne dla kolegi Tomka, który wydał niedawno książkę do nauki czeskiego! Za egzemplarz okropnie dziękuję. Do dziś dobrze pamiętam, jak Tomek uczył mnie wymowy długiego "i" w praskiej kawiarni przy bardzo słodkim ciastku i jak pobłażliwie się uśmiechał, kiedy próbowałam zamówić coś w polsko-czeskim. Z uczonych wtedy zasad niewiele już pamiętam. Została mi jednak do dziś wielka sympatia do języka, do Czechów (zwłaszcza do rodziny pani Markety pod Pragą, u której mieszkaliśmy) i rzecz jasna, ogromna serdeczność dla Tomka za tamte przemiłe chwile.

Wszystkim, którzy planują podróż na południe od Polski, polecam sięgnięcie po "ČEŠTINĘ. Podstawowy kurs języka czeskiego". Książę można nabyć przez stronę Tomka.

6. Borders zbankrutował

Na koniec wiadomość niedobra - właśnie zamykają w Oksfordzie księgarnię Borders (firma ogłosiła bankurctwo pod koniec listopada). Wszystko jest wyprzedawane na chybcika za niewielkie pieniądze. Przyznam szczerze, że od Borders wolałam zawsze księgarnię Blackwells rozłożoną w dwóch wielkich kamienicach na czterech piętrach przy Broad Street. Mimo tych preferencji szkoda mi sklepu. Tam kupowałam przewodniki po brytyjskich hrabstwach. Tam szperałam w książkach kucharskich. Z Oksfordu znika ważne miejsce, bo Borders to w mieście punkt spotkań. To tu spotykają się ci, co poszukują nieformalnych nauczycieli języków obcych czy muzyki. To tutaj po szybkim rozpoznaniu kroki nieznających się wcześniej kierują się do kawiarni na parterze, niestety oferującej kawę Starbucks (piszę niestety, bo brytyjski kawa Starbucks smakuje znacznie gorzej niż amerykańska, nie udało mi się jeszcze dowiedzieć, dlaczego tak jest).

Tyle pokrótce słowem wyjaśnienia, co się działo, jak w Tyglu nic się nie działo. Powoli powracam. Dziękuję wszystkim czytającym za cierpliwość.

wtorek, 08 grudnia 2009

Nagroda Turner Prize dla najlepszego artysty 2009Znowu zaskoczenie. Tym razem jednak wybór zwycięzcy właściwie mnie ucieszył. Nagroda Turnera, artystyczny odpowiednik literackiego Bookera w Wielkiej Brytanii, przyznawana jest co roku młodemu artyście. Co roku budzi ogromne kontrowersje. Jurorzy zwykle wybierają szokujące prace - żeby przypomnieć chociaż cielaki i krowy unieśmiertelnione w formalinie autorstwa Damiena Hirsta  które stały się właściwie już ikoną brytyjskiej sztuki współczesnej.

Tym razem decyzja była według mnie zaskakująca, bo nagroda nie trafiła ani do artysty tworzącego w dziedzinie instalacji czy performance/wideo, czyli form faworyzowanych w tym konkursie, ani do twórcy o skatologicznych zapędach. Zwycięzcą został Richard Wright, malarz, którego cały 20-letni dorobek arystyczny, oprócz obecnie wystawianych prac... nie istnieje. Wright tworzy efemeryczne, delikatne obrazy na ścianach galerii, które potem po zakończeniu wystawy zamalowuje z powrotem na biało. Znika z galerii, nie pozostawiając po sobie nic fizycznego poza tym, co widz zapamiętał i przeżył, oglądając obrazy. Antyartysta? W pewnym sensie tak. Jego prace często wkradają się w kąty galerii, delikatne symetryczne wzory zmieniają przestrzeń subtelnie i tylko na chwilę.

W zeszłym tygodniu widziałam film, w którym Wright opowiada o swoich pracach. Mówi w nim, że działa przeciw agresywnemu rynkowi sztuki, który liczy na szybkie spieniężenie prac. Mówi, że podoba mu się tworzenie tu i teraz, bez myślenia o przyszłości. I w tym, co mówi, nie ma wcale chytrego pragnienia zdobycia taniego rozgłosu. Wright jest prawdziwy. Jego sztuka jest piękna, choć bardzo nietrwała.

Kiedy myślę o jego pracach (dwie widziałam w zeszłym tygodniu w Tate Britain), na usta ciśnie mi się słowo odwaga. Facet pozbył się artystycznego ego, zdusił niczym asceta pragnienie do trwania w materii.

Jego prace są ulotne jak kolorowe motyle. Naprawdę szkoda mi, że giną tak szybko. Szkoda mi najbardziej tej złotej, cudownej krainy wzorów, którą wymalował na ścianie Tate Britain. Spieszcie się, bo istnieć będzie tylko do 3 stycznia.

Richard Wright i jego ulotne obrazy

 Złoty obraz Wrighta w pustej przestrzeni Tate Britain*

 

*zdjęcie brzydkie - moja wina. Kiepsko oddaje też skalę niestety. Ten obraz jest naprawdę wielki. 

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...