środa, 29 grudnia 2010

Monica Ali In the KitchenOstatnie dokonania literackie Moniki Ali mogę ująć geograficznie: ze wchodnio-londyńskiej, bengalskiej Brick Lane pisarka wyruszyła do centrum stolicy w rejony Piccadilly i Victorii. Muszę przyznać, że ten prozatorski skręt jest i ostry, i odważny. Ali, która głównie kojarzona jest z tematyką mniejszości narodowych i kryzysów tożsamości, postanowiła wyjść poza problemy etnicznych gett i wziąć pod lupę bolączki całego kraju. Sami przyznacie, że zadanie nie jest łatwe: wielka powieść współczesna udaje się przecież tylko nielicznym. Trudno jednak odmówić Ali ambicji.

Akcja jej najnowszej powieści toczy się w niegdyś prestiżowym Imperial Hotel, a dokładnie w tytułowej kuchni, gdzie pracują sami obcokrajowcy, w tym, jak łatwo się domyślić, i nielegalnie przebywający w Wielkiej Brytanii imigranci. Ich szef - Anglik - Gabriel Lightfoot (Gabe) przymyka na to oko. Kuchnia Imperiala przestaje zresztą być mu droga - Gabe planuje otworzyć własny biznes. Kiedy jednak w piwnicy umiera jeden z nielegalnych pracowników - Yuri z Ukrainy - Lightfoot zaczyna odkrywać świat, o którego istnieniu nie miał pojęcia.

Ktokolwiek pracował w hotelowej kuchni przed wejściem Polski do Unii Europejskiej czy też miał przyjaciół, którzy w ten sposób dorabiali sobie w wakacje, łatwo może sobie wyobrazić to, co odkrywa główny bohater. Zresztą nawet osoby bez hotelowych doświadczeń szybko rozpoznają typowe motywy:  złamane życiorysy imigrantów, ucieczki z krajów naznaczonych wojną, niespełnione ambicje, etniczny kocioł, wieczna nerwówka i pigeon English. 'Be cool, man' - said the Moldovan in a stupid American accent. 'Look', he said, with a sweep of the hand, 'everything ready'. (Wyluzuj, człowieku - powiedział chłopak z Młodawii z głupim, amerykańskim akcentem. - Zobacz - dodał, wymachując ręką - wszystko gotowe). Język kuchni jest wieloetniczny i prosty. Ali świetnie naśladuje regionalne i narodowe akcenty, tworząc nieco humorystyczny, ale i mało oryginalny obraz imigranckiej doli. Tytułowa kuchnia jest moim zdaniem, niestety najsłabszym elementem powieści.

Monica Ali musiała sobie jednak zdawać sprawę z tego, że czytelnika nie zaskoczy światem wieloetnicznej, nerwowej kuchni restauracji hotelowej. Jest to zbyt dobrze znany obraz. Dlatego poszła o krok dalej. W podziemiach Imperial Hotel umieściła Lenę - przeszmuglowaną do Wielkiej Brytanii młodą Ukrainkę, której udało się ucieć z jednego z burdeli w Soho. Lena wnosi do powieści kolejny wymiar: jest sprawdzianem moralnym dla Gabriela, który przygarnia ją pod swój dach i jest zapowiedzią kolejnego z istotnych wątków powieści: współczesnego niewolnictwa, którego ucieleśnieniem będą w końcowej części książki gospodarstwa rolne, funkcjonujące jak obozy pracy dla nielegalnych imigrantów z Europy Wschodniej (niemało o takowych można było swojego czasu przeczytać w polskiej prasie).

Ali jest wrażliwa na krzywdę słabszych. Jej proza jednak mało ma z literackiej wrażliwości. Społeczno-polityczne wątki powieści przypominają nieco program publicystyczny. Przyznam szczerze, że ciekawiej na ten temat potrafią debatować goście czwartkowego programu "Question time" w BBC.

Siła powieści tkwi gdzie indziej. Ali o wiele lepiej udał się skok z centralnego Londynu na północ Anglii, gdzie mieszka umierający ojciec głównego bohatera i gdzie w etnicznie podzielonym mieście musi paść pytanie o to, jak zdefiniować brytyjski charakter i wartości. Ali znakomicie opisała angielską rodzinę (łącznie z ich regionalnym akcentem) i odchodzącą w niepamięć świetność brytyjskiego przemysłu.

"- To miasto umiera, Garbiel. Nie można już go uleczyć.
-  A co to za choroba, tato? Obcokrajowcy? Postęp? Co? Gabriel niemalże już krzyczał."

Rozmowy ojca z synem są pełne napięć, ran z przeszłości, które nie chciały się zabliźnić. Mają głębię i są kreślone przekonującym, pewnym ruchem w przeciwieństwie do bohaterów "z kuchni",  na których Ali nałożyła tylko cienką, powierzchowną skórkę.

Ali pokazuje, jak fale niekontrolowanej imigracji gwałtownie zmieniły charakter nie tylko metropolii, ale i małych miast w całej Anglii. Tam, gdzie pojawiły się muzułmańskie ulice, wyrosła  ściana nieporozumień. Starsze pokolenia Anglików, w powieści reprezentowane przez babcię Gabriela, pełne są uprzedzeń i lęku przed utratą dawnego świata, w którym każdy sąsiad mówił tym samym regionalnym akcentem, a sklepikarz na rogu oferował ozorki, indyka i wieprzowinę, a nie żywność halal. "(...) well there's Pakistans all down the row, right to the end of the street. Barlett Street, it was. June told me all about it because this chap's a neighbour and she said to me, Phyllis, what is the world coming to, and I said, June, I just don't know any more, really don't. ("a zatem tam żyją Pakistani, zajmują całą ulicę. To jest Barlett Street. June powiedziała mi o tym, ponieważ jeden z nich jest jej sąsiadem. Powiedziała mi: Phyllis, oto do czego zmierza świat, i ja powiedziałam: June, ja już nic nie wiem, naprawdę nic)" - mówi babcia Gabriela, zagubiona w rzeczywistości, która zmieniła się gwałtownie bez jej udziału. Nana czuje się zmarginalizowana w brytyjskim społeczeństwie i całą swoją frustrację przekłada na niechęć do tych, którzy jeszcze dwa pokolenia temu byli imigrantami, a teraz są nieodzowną częścią angielskiej siatki społecznej. "These  whatsits, Muslims, there's no understanding them, is there? I mean, she said, her voice rising, 'we'be took 'em in. We've give them a home. ("Ci, jak tam oni, muzułmanie, nikt ich nie rozumie, prawda? Znaczy się - powiedziała, podnosząc głos - my ich przyjęliśmy. Daliśmy im dom)" - lamentuje staruszka, która czuje się oszukana. Gabriel próbuje z nią dyskutować, ale na dyskusję jest już za późno. Nana nie przyjmie już żadnych argumentów. Jej świat, podobnie zresztą jak świat jej syna (angielskiego robotnika, który życie spędził, pracując w przemyśle włókienniczym), nie pogodzi się z żadnymi zmianami. Te światy muszą odejść. Ali daje im głos, ważny głos, który ginie dzisiaj w uścisku politycznej poprawności.

Pytanie o to, co pozostało z dawnej brytyjskości, powraca również w stolicy. Główny bohater spaceruje po historycznej części miasta: Pall Mall, Regents Street, Westminister. Odkrywa istnienie pomnika Crimean War Memorial, który przywołuje dawną świetność kraju. "Most people (Gabe included himself) were blind to the history round them" (Większość ludzi - włączając Gabe'a - nie zwracała uwagi na historię) - wskazuje Ali. Pisarka, zresztą całkiem słusznie, stawia pytanie o współczesne znaczenie brytyjskiej historii. Dla imigrantów, dla nowego wieloetnicznego pokolenia Brytyjczyków przeszłość zakodowana w dawnych symbolach, pomnikach i placach przestaje się liczyć. Ona dla nich nic nie znaczy. Czy można jednak ot tak o niej zapomnieć? Nie ma przecież żadnego innego substytutu, którzy podtrzymywałby spójność narodowej wyobraźni. Ali zdaje się sugerować, że w Londynie łącznikiem wielokulturowych dzielnic może być tylko...sam Londyn. "The great thing about London, thought Gabe, was that everyone was just a Londoner. The city bound everyone together or kept all equally apart. (Gabe pomyślał, że wspaniałą cechą Londynu było to, że każdy był po prostu londyńczykiem. Miasto łączyło wszystkich i jednocześnie każdeo trzymało z daleka).

"In the Kitchen" jest z pewnością powieścią o wielkich ambicjach, ale niestety tylko w połowie zrealizowanych. Ali postawiła na polityczno-społeczne ostrze, kosztem ostrości bohaterów. Stylistycznie też nie zaspokoiła moich oczekiwań. Znana dobrze z "Brick Lane" taktyka spowalniania akcji przez liczne reminiscencje w "In the Kitchen" jest niestety nużąca. Wspominki z dzieciństwa głównego bohatera nie mają już siły marzeń Nazneen o bengalskej przeszłości.  Obawiam się, że ci, których zauroczyła "Brick Lane" mogą poczuć się zawiedzeni lekturą "In the Kitchen". Nie mniej jednak książkę warto przeczytać zwłaszcza, jeżeli bliskie są Wam problemy współczesnego Londynu i Wielkiej Brytanii. Nie spodziewajcie się jednak wielkiej powieści.

Londyn znad wód Tamizy

Londyn znad wód Tamizy

***
Monica Ali "In the Kitchen"
Black Swan, London 2010
Książka została wydana w lipcu po polsku pod tytułem "Od kuchni"

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Archipelag magazyn bukinistycznyZ ogromną radością informuję, że kolejny (już trzeci) numer naszego bukinistycznego magazynu Archipelag jest dostępny do pobrania. Tym razem za motyw przewodni wybraliśmy miasto, więc zapraszamy do literackich przechadzek po Lizbonie, Pradze, Londynie, Paryżu, Hawanie, Drohobyczu... i wielu, wielu innych miejscach. Przygotowaliśmy specjalną sekcję zatytuowaną Miejska wyliczanka, w której polecamy książki z akcją osadzoną w metropoliach rozsianych po całym globie. Kogo interesują powieści z Kairem, Szanghajem, Nowym Jorkiem, Reykjawikiem, Buenos Aires czy Amsterdamem w tle, ten może liczyć na nasze ciekawe podpowiedzi lektur. A kto wie, może ten książkowy stosik niejedną osobę zachęci do spakowania walizki i wyprawy na własną rękę?

W trzecim numerze zapraszamy też do lektury licznych wywiadów. Rozmawiamy z pisarzami: Jackiem Dehnelem, Sulaimanem Addonią, Marcinem Bruczkowskim, reporterem Wojciechem Góreckim i założycielką niezależnego, spockiego wydawnictwa Smak Słowa - Anną Świtajską.

Ten numer Archipelagu ma też o wiele bardziej finezyjną szatę graficzną, a to zasługa - Moniki Drzazgowskiej, która wyczarowuje projekt graficzny pisma.

Tyle w skórcie. Zapraszam zatem do lektury i czekam na Wasze wrażenia!

Ps. Muszę jeszcze dodać, że całkiem nieźle pismo czyta też na elektronicznym czytniku Kindle :) (O moich pierwszych wrażeniach z moją pierwszą książką elektroniczną napiszę wkrótce, bo wciąż chłonę i rozpracowuję działanie tego cudeńka).

Archipelag w elektronicznym czytniku Kindle

A tak późną nocą wygląda Archipelag w elektronicznym czytniku Kindle.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Amélie Nothomb The life of hungerW czasach, kiedy co druga autobiografia jest podróżą (w czym przodują książki znanych postaci, jak chociażby niedawno wydana "The Journey" Tony’ego Blaira), miło sięgnąć po lekturę nie mającą z tą niestety mocno wyświechtaną metaforą nic do czynienia. Kto spragniony wrażeń i erudycyjnych skoków, powinien sięgnąć po "Biografię głodu" Amélie Nothomb, belgijskiej pisarki, która, cóż, wydaje ostatnio niemalże jedną książkę rocznie i której tak ładnie w czarnych kapeluszach (zobaczcie zdjęcie w Wiki). To prawdziwa artystka głodu, może niekoniecznie w kafkowskim wydaniu, ale zdecydowanie w swoim pragnieniu życia, nowych doświadczeń, słodyczy i alkoholu. Z prawdziwą przyjemnością śledziłam jej dowcipne wspominki od lat najmłodszych do nastoletnich, poddając się sile jej ekstremalnych doznań (ekstremalnych, bo Amélie Nothomb nie potrafi od tak sobie przeżywać - wszystko, co czuje ma siłę najkoszmarniejszego skurczu żołądka).

Nothomb, córka belgijskiego dyplomaty, zaczyna swoją opowieść od czasów, kiedy chodziła do japońskiego przedszkola (w przeciwieństwie do swojego rodzeństwa, które posłane zostało do amerykańskich szkół podczas pobytu rodziny w Kobe). Co prawda zwykła stamtąd uciekać, ale doświadczenie inności, w tym językowej, zostało z nią na zawsze. Nie byłam spragniona angielskiej mowy, tego rozgotowanego języka ugniecionych ust, przeżuwanej gumy, podawanej z buzi do buzi. Amerykański był mi nieznany ze swoimi surowymi, smażonymi i gotowanymi na parze słowami - pisze Nothomb, która zdecydowanie wolała japoński. Japonia zresztą pozostała jej miłością, miłością, którą uświadomiła sobie dopiero, kiedy ze względu na pracę ojca, musiała przeprowadzić się do Chin. Moją ziemią była ta pełna wody, a Chiny były pustynią. Powietrze było tam tak suche, że oddychałam z bólem. Moje wygnanie z lądu wilgoci zaowocowało astmą, na którą nigdy wcześniej nie cierpiałam a która stała się wiernym towarzyszem mojego życia. Mieszkanie zagranicą było więc chorobą oddechową.

"Biografię głodu" pożarłam w dwa wieczory. To naprawdę smaczny pamiętniczek erudytki, której w dzieciństwie przyszło zmieniać kraje jak bajki na dobranoc: od Chin po Nowy Jork, od Japonii po Bangladesz: wszędzie głodna nowych wrażeń i pochłaniająca niezwykłe liczby książek (w tym encyklopedii). Zachłanność Nothomb przyniosła jej nie tylko szeroki rozmach literacki, ale i prozaiczną anoreksję. "Biografię" cenię za szczerość i słowne bogactwo. Szkoda tylko, że kończy się a właściwie urywa się tak nagle, jakby ten cały głód gdzieś się ulotnił.

"Biografia głodu" stanowi ciekawy początek do dalszych eksploracji literackich wypieków Nothomb, więc myślę, że z tą panią jeszcze nie jedną beczkę soli zjemy.

***
Amélie Nothomb "The Life of Hunger" (oryg. Biographie de la faim) (po polsku wydana jako "Biografia głodu")
Tłumaczenie z francuskiego na angielski: Shaun Whiteside
Faber and Faber, London 2006 (oryg. 2004)

niedziela, 19 grudnia 2010

Autorka TyglaJest przede wszystkim spóźniona. Drugie urodziny tego bloga wypadły w połowie października, kiedy byłam w szpitalu, a potem moje noco-dni zaczęły mijać w zastraszającym tempie, i proszę, mamy już drugą połowę grudnia. Chciałam jednak odnotować ten miły fakt, głównie po to, by podziękować Wam, drodzy Czytelnicy, za to, że lubicie tutaj zaglądać. Dziękuję zatem i serdecznie pozdrawiam!

W ciągu tego roku Wasze grono mocno się powiększyło i jest mi z tego powodu niezmiernie miło. Część z Was udało mi się nawet poznać osobiście w Oksfordzie, Londynie, Paryżu czy Trójmieście. Kiedyś od czasu do czasu zaglądałam do serwisu darmowych statystyk HotTracker i stąd wiem, że czytacie Tygla z Polski, Wielkiej Brytanii, Irlandii, Hiszpanii, Francji, Włoch, USA, Chin, Indii, a nawet Arabii Saudyjskiej. Chciałam z okazji dwulatki bloga napisać więcej o tym, co czytaliście najchętniej w Tyglu w ciągu ostatniego roku, ale niestety albo straciłam konto albo serwis przestał działać (na marginesie czy możecie polecić coś innego?)

Zresztą statystki nie są w stanie wiele mi o Was powiedzieć. Dlatego korzystając z tej rocznicowej okoliczności, chciałam Was zapytać, jakie są Wasze upodobania, co lubicie, a czego nie, co najbardziej interesuje Was z tyglowych tematów. Innymi słowy, kim jesteście, drodzy Czytelnicy?

czwartek, 16 grudnia 2010

Hanan al-Shaykh, Only in LondonPierwszy raz byłam w Londynie przy okazji służbowej wyprawy w czasach, kiedy jeszcze pracowałam w Warszawie. Była późna jesień, więc przyjechałam mocno opatulona, żeby na miejscu te wszystkie warstwy ubrań porozpinać i poddać się przyjemnej i łagodnej wilgoci, którą Tamiza nadaje miastu. Wieczorami szybko spacerowaliśmy po "najważniejszych" punktach metropolii. Wtedy jak każdy turysta z rozczarowaniem westchnęłam, widząc jak mały jest ikoniczny Big Ben w porównaniu z tym, jak się go przedstawia w podręcznikach do angielskiego. Po powrocie, oczarowana Londynem, miałam zwyczaj podglądać go w internecie na stronach, które prezentowały żywy obraz z kamer rozlokowanych w różnych częściach miasta. Tak właśnie oglądałam sobie to, co dzieje się na Trafalgar Square, myśląc, że tam bije serce miasta i że patrzę na prawdziwych londyńczyków a nie turystów. Trudno dzisiaj o większą pomyłkę. Życie miasta tętni bowiem najmocniej właśnie tam, gdzie nie ma znanych z podręczników symboli i gdzie rytm wyznaczają wieloetniczne zwyczaje.

Londyńska Edgware Road to nie tylko ruchliwa ulica prowadząca do dworca Paddington. To arabska aorta miasta. Od lat 50-tych minionego stulecia osiedlali się tam imigranci z Egiptu, nadając miejscu drugie imię "Mały Kair". Potem pojawili się Libańczycy (obecnie jest ich podobno ok. 100 tys.), Irakijczycy, mieszkańcy Algerii, Maroka, Arabii Saudyjskiej. Ulica pełna jest sklepików z żywnością halal, kafejek z fajkami wodnymi, biur podróży oferujących wyjazdy na Bliski Wschód i Półwysep Arabski. Przechadząjąc się tam wieczorem, kiedy lokalne knajpki zaczynają serwować aromatyczne jedzenie, a warzywne kramy stają się miejcem spotkań towarzyskich, mogę łatwo sobie wyobrazić, że jestem daleko od Europy. Brytyjski komik Omid Djalili nazwał Edgware Road "najbardziej islamskim miejscem na tej planecie zaraz po Damaszku, Medynie i Mecce." Hanan al-Shaykh, współczesna libańska pisarka woli określać tą część Londynu "Małą Arabią", bo jej mieszkańców łączy przede wszystkim język arabski (a niekoniecznie wcale praktykowanie islamu).

"Only in London" Hanan al-Shaykh to powieść o współczesnym, etnicznie rozdrobnionym Londynie, którego mieszkańcy próbują zdefiniować własną tożsamość i zdobyć się na wyzwolenie od narodowych czy kulturowych schematów. Nie jest to niestety proza wysokich lotów, ale z pewnością ciekawy zapis przemian społecznych miasta, który zainteresuje zwłaszcza tych, co lubią tematykę wielokulturową czy imigracyjną.

Edgware Road, społeczność arabska w Londynie

Kobieta w abai na Edgware Road (zdjęcie pochodzi z Google Maps)

Hanan al-Shaykh nie tylko skupia się na odmalowaniu charakteru londyńskiej społeczności arabskiej, ale przede wszystkim na zderzeniu dwóch światów: imigrantów Edgware Road z "tradycyjnym" Londynem (Londynem starych i wciąż importowanych ikon). Te etniczno-historyczne napięcia nosi w sobie główna bohaterka - Irakijka Lamis, która po rozwodzie, zdaje sobie sprawę z tego, że żyjąc w Londynie tak naprawdę w ogóle w nim nie mieszkała, zduszona na własne życzenie w arabskich tradycjach rodziny męża. How is it that I don't know a single English person to invite for a cup of tea, or a beer? ("Jak to się stało, że nie znam żadnego Anglika czy Angielki, których mogłabym zaprosić na herbatę czy na piwo?") - pyta Lamis, siedząc w pustym mieszkaniu w Londynie po powrocie z nieudanej próby otwarcia własnego biznesu w Emiratach Arabskich. Rozwiedziona, samotna i bez pomysłu na życie chce się po raz pierwszy wydostać się ze zamkniętego kręgu Edgware Road i poznać angielskich "autochtonów", by wtopić się w ich kulturę i układy społeczne. Myśli, że w ten sposób zbuduje nową tożsamość i wypełni paraliżującą ją pustkę. Lamis nie czuje się już ani Irakijką, ani Arabką, a Angielką (pomimo tego, że próbuje nauczyć się standardowej wymowy angielskiej, zw. RP) też się nie stanie. Kiedy na Trafalgar Square ogląda irakijską demonstrację przeciw Husseinowi jest jedynie obserwatorem patrzącym na Irakijczyków tak jak robią to Anglicy i turyści. Jej związek z Nicholasem, reprezentującym "stary" świat przedemigracyjnej brytyjskości jedynie skomplikuje jej poszukiwania. Lamis, zawieszona między dwoma światami, nie jest w stanie odzyskać spokoju i celu, bo znajduje się w pułpace dyktowanej jej przez potrzebę identyfikacji z czymś już istniejącym zamiast spróbować stworzyć coś własnego, indywidualnego. Hanan al-Shaykh pokazuje, jak trudno jest się wykorzenić, zwłaszcza ze społeczeństw o sztywnych i rygorystycznych zasadach. "Only in London" jest powieścią o bolesnym i niespełnionym poszukiwaniu nowej tożsamości i granicach, jakie tworzą nam własne kultury i tradycje. To też opowieść o współczesnych dylematach imigrantów, którzy nie potrafią znaleźć własnej drogi, bo skupieni są na wyborach między dwoma skrajnymi światami, z którymi tracą związek.

Książka zresztą żeruje na schemacie dwójki. Dwa są światy (Edgware Road i "starego" Londynu), dwa wybory (pozostania w arabskiej społeczności bądź dołączenia do angielskiego środowiska), dwa języki, dwie pary bohaterów. Ten schamtyzm mnie raził, podobnie zresztą jak sama kompozycja powieści. Losy czterech głównych postaci opowiedziane są na zasadzie współczesnego serialu bądź też mało udanej imitacji opowieści Szeherezady. Nie jest to może szatkowanie akcji tuż przed punktem kulminacyjnym jak w powieści "Kair, historia pewnej kamienicy", ale jesteśmy blisko narracyjnego tasaka Alaa al-Aswany'ego. Książki łączy też wyciekająca czasem nieprzyjemnym stereotypem zmysłowość. Skoro mamy do czynienia ze światem arabskim, to musi być gorąco i namiętnie. Lamis w zaskakującym tempie oddaje się Nicholasowi, inny z bohaterów - Samir - zaraz po przybyciu do Londynu poluje na zniewieściałych chłopców, zainteresowanych szybkim seksem, a trzecia z głównych postaci - Amira - pracuje jako nieoficjalna prostytutka. Wątki erotyczne często są dość komiczne. Arabski gej z kiepską znajomością angielskiego dzwoni do londyńskiej agencji towarzyskiej, próbując wyjaśnić, czego potrzebuje: Hello, I want a man, but a woman. Do you understand? A man who doesn't like women, a man who is a woman. Do you understand? I'm not a woman. I‘m a man, but I'm like a woman. Amira z kolei śni o królewskim traktowaniu i podszywa się pod arabską księżniczkę, żeby zdobyć klientów z najwyższej półki. Jej perypetie związane z planem uwiedzenia najbogatszych Arabów przypominają mi nieco parodię przygód Szeherezady.

Edgware Road, społeczność arabska w Londynie

Muzułmański rzeźnik i warzywniak, Edgware Road (źródło: Google Maps)

W rozmowach bohaterów często pojawiają się pytania o to, czym jest angielska a czym arabska tożsamość. Wśród bohaterów z Edgware Road wciąż przebrzmiewa wiara w stare ikony. Amira podziwia kwiaty i fontanny przy Marble Arch, mówiąc do siebie: This is the real London. Not little Arabia as the English call Edgware Road these days ("To jest prawdziwy Londyn a nie mała Arabia, jak Anglicy nazywają dziś Edgware Road"). Al-Shaykh pokazuje kompleksy arabskiej społeczności i jej przekonanie o byciu na marginesie angielskiego społeczeństwa. Mieszkańcy Edgware Road nie zdają sobie sprawy z tego, że oni są równie ważnym elementem wielokulturowej układanki miasta jak inne narodowości, w tym oczywiście Anglicy, wobec których mają kompleksy. Mieszkańcy Małej Arabii czują potrzebę wiecznego poszukiwania kwintesencji "angielskości". Amira, kiedy zamawia limuzynę z kierowcą, by przeprowadzić swój niecny plan wyłudzenia z banku sporej ilości pieniędzy, podszywając się pod arabską księżniczkę, zaznacza: I want an English driver. Not Indian English, Arab English, African English, Chinese English, Polish English, Scots English or Irish English. English one hundred per cent with a cap and jacket. ("Chcę angielskiego kierowcę. Nie kierowcę, co jest angielskim Hindusem, angielskim Arabem, angielskim Afrykańczykiem, angielskim Chińczykiem, angielskim Polakiem, angielskim Szkotem czy angielskim Irlandczykiem. Kierowca musi być w stu procentach Anglikiem, musi mieć odpowiednie nakrycie głowy i marynarkę.") Bohaterka, jeżeli idzie na zakupy, to tylko na Oxford Street czy Duke Street bądź do Harrodsa.

Hanan al-Shaykh pokazuje, z jaką frustracją arabscy imigranci poszukują w Londynie brytyjskich symboli, które według nich są ostoją wielkości i wyższości państwa, w jakim mieszkają. Te poszukiwania mają, w ich przekonaniu, połączyć ich ze światem, do którego chcieliby należeć i dzięki temu pozwolić im czuć się mniej obco w Londynie. Arabowie z Edgware Road nie zdają sobie jednak sprawy z tego, że te tak pożądane przez nich miejsca i zwyczaje, są jedynie "dobrami eksportowymi", jakimi Wielka Brytania przyciąga co roku miliony turystów. Tym samym arabskie poszukiwania angielskości nigdzie nie prowadzą , bo docieranie do miejsc, w których pełno jest przygodnych odwiedzających, z pewnością nie pozwala na głębsze zakorzenienie się.

Nieporozumienia kulturowe to nie tylko domena mieszkańców Edgware Road. Nicolas, który w powieści reprezentuje stateczną Anglię, jest dość skonfundowany zwyczajami świata arabskiego w Londynie: even though most of the Arab women living in London insisted they were modern and didn't conform to the Oriental stereotype, he felt that the invisible barrier separated him from them once he began to work as Sotheby's. There he met Arab women who wore smart, expensive clothes and had elaborately styled hair. Did they set themselves apart, or feel superior? He never looked at them for too long or too directly. (...) When he discovered that these women were fasting during Ramadan he was completely lost. He tried to enquire without giving offence, how it was that they were fasting and yet didn't wear the veil, only to become more perplexed by their response: 'How are the two things connected? ("Pomimo tego że większość kobiet arabskich mieszkających w Londynie próbowało go przekonać, że są nowoczesne i dalekie od stereotypowych wyobrażeń o mieszkankach Wschodu, on czuł pewną barierę, która oddzielała go od nich, odkąd zaczął pracować dla Sotheby's.  Spotykał tam wchodnie kobiety, które nosiły eleganckie, drogie ubrania i były pięknie uczesane. Czy to one odcinały się od niego bądź też czuły się lepsze? Nigdy nie patrzył im prosto w oczy ani nie śledził ich wzrokiem przez dłuższy czas (...) Kiedy dowiedział się, że te kobiety pościły w czasie Ramadanu, był kompletnie zdezorientowany. Starał się je delikatnie wypytać o to, jak to jest możliwe, że stosowały się do wymogów postu a nie nosiły zakrytych głów. Odpowiedź, którą od nich dostał, całkowicie go zaskoczyła: "a jak te dwie rzeczy mają się do siebie?)." Ten wątek wspólnego niezrozumienia i braku sposobów na to, by móc zrozumieć, wgłębić się w zwyczaje wieloetnicznych sąsiadów, jest w książce zarysowany dość grubą kreską. Szkoda, że autorka nie skupiła się na nim bardziej i nie zaoferowała czytelnikowi bardziej interesujących dialogów.

Edgware Road, społeczność arabska w Londynie

Sindbad Supermarket, Edgware Road (Google Maps)

Z zaskoczeniem zauważyłam, że "Only in London" jest powieścią dedykowaną... Londynowi. Autorka nie ukrywa swoich fascynacji miastem. W książce poświęca angielskiej stolicy sporo miejsca, nie tylko opisując środowisko Edgware Road, ale też starając się zderzyć imigranckie wyobrażenia o mieście z jego rzeczywistym charakterem. Back home people thought that in London she was walking in the mist wrapped in a heavy coat and a furry pair of boots (an indeed she had when she arrived) and that London was Piccadilly Circus, Oxford Street, Big Ben and Buckingham Palace ("W jej kraju ludzie myśleli, że w Londynie ona [Lamis] spacerowała we mgle odziana w ciężki płaszcz i futrzane kozaki - rzeczywiście tak robiła na początku, kiedy przyjechała do miasta, - i że Londyn to Piccadilly Circus, Oxford Street, Big Ben i Buckingham Palace)." W powieści tylko jedna bohaterka - właśnie Irakijka Lamis - odkrywa, jak złudny jest obraz miasta zakorzeniony w arabskiej wyobraźni. Trudno mi nie podejrzewać, że pochodząca z niszczonego wojnami Libanu Hanan al-Shaykh w podsumowaniu poszukiwań miejskich Lamis nie wygłasza własnej definicji miasta: London was freedom, it was your right to do anything, any time. You didn't need to undergo a devastating war in order to be freed to do what you wanted, and when you did do what you wanted, you didn't have to feel guilty or embarrassed, and start leading a double life and ultimately end up frustrated. ("Londyn był wolnością, dawał prawo do robienia czegokolwiek i kiedykolwiek się chciało. Tam nie trzeba był posuwać się do rozpoczęcia wyniszczającej wojny, by być wolnym i robić to, na co miało się ochotę. Poza tym po zrobieniu wybranej rzeczy nie trzeba było mieć wyrzutów sumienia czy czuć wstydu, że się to zrobiło. W Londynie nie ma potrzeby, by prowadzić podwójne życia i zmienić się w życiowego frustrata)".
I czy właśnie za to nie kochamy Londynu?

***

Hanan al-Shaykh "Only in London"
Tłumaczenie z arabskiego Catherine Cobham
Random House, 2001

czwartek, 09 grudnia 2010

Kiedyś miejscem, gdzie osiedlali się pisarze, naukowcy i ludzie uniwersytetu w Oksfordzie, była północna część miasta, pełna wiktoriańskich willi (bliżej centrum) i eleganckich szeregowców z początku minionego wieku (bardziej na północ). Tam (bardziej na północy) mieszkał między innymi jeszcze profesor Kołakowski. W połowie minionego wieku ceny domów w tamtej dzielnicy zaczęły osiągać astronomiczne kwoty, więc uniwersytecko-literackie środowisko nie mogło sobie już pozwolić na egzystencję w posh zakątku i zaczęło przenosić się na północny-wschód do dzielnicy na wzgórzu, do Headington. Tam zamieszkał m.in  J.R.R. Tolkien, Isaiah Berlin, Joy Gresham. Za Headington wyprowadził się też C.S. Lewis.

My mieszkamy tam już trzy lata. Lubię Headington, bo pełne jest parków, wąskich, 'hobbitowych' alei, starych, kamiennych chatek i za to, że jest na wzgórzu. Codziennie z Isabelą spacerujemy po dzielnicy, trzymając się ok. 1-milowej orbity – na wypadek nagłej potrzeby znalezienia się w domu na nieplanowe jedzenie.

I tak jednego dnia znalazłyśmy się w rejonach 'lewisowych'. C.S. Lewis mieszkał w pięknym domu The Kilns na zupełnym skraju miasta, u podnóża Shotover Hill. Drogę i dom znamy na pamięć.

Dom CS Lewisa w Oksfordzie

The Kilns - dom, gdzie CS Lewis mieszkał przez większość swojego życia

Tym razem przykuła naszą uwagę chata na przeciwko lewisowego domu. Zupełnie nieatrakcyjna, zwłaszcza w ten ponury dzień. Dopiero po chwili zdałyśmy sobie sprawę, że odnalazłyśmy Narnię (tak nazywa się budynek). Cóż, nazwa ma chyba działać jak zaklinacz, bo trudno o bardziej prozaiczną i niemagiczną konstrukcję... Przynajmniej ma na sobie trochę śniegu...

Narnia, dom, na przeciwko którego mieszkał CS Lewis

Oksfordzka Narnia

'Far overhead from beyond the veil of blue sky which hid them the stars sang again; a pure, cold, difficult music. Then there came a swift flash like fire (but it burnt nobody) either from the sky or from the Lion itself, and every drop of blood tingled in the children's bodies, and the deepest, wildest voice they had ever heard was saying: "Narnia, Narnia, Narnia, awake. Love. Think. Speak. Be walking trees. Be talking beasts. Be divine waters."
(The Chronicles of Narnia: the Magician's Nephew, str. 137)

Żeby to sobie wyobrazić, trzeba przy oksfordzkiej Narnii zamknąć oczy. I tylko przy niej, bo okolica wokół domu pisarza jest piękna. Lewis oprócz przytulnej chatki miał też ogród w postaci... sporego parku z małym jeziorkiem, po którym można było pływać łódką. A o tym, gdzie i jak mieszkał, możecie poczytać w drugim numerze Archieplagu (str. 67-69).

wtorek, 07 grudnia 2010

Zaczęłam przeglądać pierwsze zajawki wystaw, jakie zaplanowano w Londynie na przyszły rok. Program artystyczny zapowiada się ciekawie, choć z pierwszych moich oględzin wynika, że nie szykuje się niczego na miarę tej wystawy Picassa. National Gallery proponuje tym razem artystyczne spojrzenie na renesansową przeszłość, organizując w lutym 2011 wystawę poświęconą flamadzkiemu artyście Janowi Gossaert (Jan Gossaert’s Renaissance będzie można zobaczyć od 23 lutego do 30 maja). Nieco rozczarowała mnie też zapowiedź Tate Britain na przyszły rok - od czerwca do września prezentować będzie dużą kolekcję obrazów wortycystów (The Vorticists: Manifesto for a Modern World), a angielska odpowiedź na kubizm i futuryzm mało mnie pociąga. Zresztą obrazy tych artystów można było w tym roku oglądać przy okazji dużej wystawy poświęconej futuryzmowi w Tate Modern.

Z długiej listy zapowiedzi wybrałam zatem tylko kilka planowanych wydarzeń artystycznych, które wydały mi się najbardziej interesujące:

The Cult of Beauty: the Aesthetic Movement 1860-1900, Victoria and Albert Museum (2 kwietnia - 17 lipca 2011) - duża wystawa poświęcona dokonaniom artystycznym tych, którzy działali w ruchu Arts and Crafts Movement, tworząc wyszukane wzory, inspirowane średniowieczem, romantyzmem czy folklorem. Kto ma ochotę popatrzeć raz jeszcze na zjawiskowe kompozycje Williama Morrisa, powinien koniecznie się wybrać.

Afghanistan: Crossroads of the Ancient World, British Museum (3 marca - 3 lipca) - zawsze z chęcią wybieram się na wszelkie wystawy, które pokazują miejsca, gdzie krzyżują się szlaki czy mieszają wpływy. Ta ekspozycja nie tylko będzie przedstawiać prawdziwe skarby Afganistanu, ale i zaprezentuje je w szerszym kontekście artystycznych wpływów z regionu. Wszystkie wystawiane przedmioty przyjadą do Londynu z nowoprzebudowanego muzeum w Kabulu. Przy okazji tej wystawy trwa debata o tym, czy Afganistanowi uda się zadbać o to, co pozostało w jego krajowych kolekcjach, uszczuplanych przez niekończące się konflikty. Mam nadzieję, że kabulskie muzeum się nie podda. Trzymam kciuki.

Degas Dancers: Eye and Camera, Royal Academy of Arts, 17 września - 11 grudnia - cała masa tancerek Degas (przyjedzie aż 75 obrazów, pasteli i rzeźb!) i to w jednym miejscu. Nie można przegapić!

 

Kilka z ciekawych wystaw już się zaczęło i trwać będzie do przyszłego roku:

Turner Prize - tegorocznego zwycięzcę prestiżowej nagrody Turnera poznamy już w tym miesiącu. Nominowanych można oglądać w Tate Britain do 3 stycznia. O czołowej czwórce można poczytać w Guardianie (i zobaczyć przykłady ich prac). W zeszłym roku nagrodzono artystę od "obrazów ulotnych jak motyle"

turner prize 2010

Future Beauty: 30 Years of Japanese Fashion (Barbican Art Gallery, do 6 lutego 2011) - japońska dbałość o piękno stroju w wykonaniu współczesnych projektantów mody

Eadweard Muybridge (Tate Britain, do 16 stycznia 2011) - wystawa retrospekcyjna jednego z najbardziej znanych pionierów fotografii i filmu

Muybridge - wystawa fotografii w Londynie

Gauguin: Maker of Myth (Tate Modern, do 16 stycznia 2011) - Tate skusiło się na ogromną wystawę Gauguina - w museum można zobaczyć ponad 100 prac. Gauguin mnie mocno nie pociąga, więc tą wystawę raczej pominę.

Gauguin - wystawa w londyńskiej Tate Modern

Ai Weiwei (Tate Modern, do 25 kwietnia 2011) - tym razem w Hali Turbin gości monumentalna i zarazem delikatna praca chińskiego artysty, składająca się z ok. 100 milionów ręcznie wykonanych z porcelany ziaren słonecznika. O wystawie można już poczytać u Chihiro. Przez pierwsze kilka dni po ziarenkach można było chodzić, co z pewnością musiało być ciekawym doświadczeniem. Potem jednak odezwały się restrykcyjne głosy health and safetly i zabroniono interakcji z Sunflower Seeds ze względu na rzekome niebezpieczeństwo nawdychania się pyłu porcelanowego. Czy rzeczywiście takie istnieje i jest aż tak niebezpieczne? Tego nie udało się ustalić. Tak na marginesie brytyjskie health and safety nie tylko potrafi zepsuć dobrą zabawę, ale i uniemożliwia pracę. W zeszłym roku weszły w Oksfordzie nowe zasady BHP dla bibliotekarzy uniwersyteckich i każdy z nich pomimo wykonywania pracy przez x lat musiał przejść kurs... "bezpiecznej obsługi drabiny". Bibliotekarze się obrazili (i chwała im za to), więc przez parę tygodni w ogóle nie ściągali książek w wyższych półek, do których można było dostać się tylko po drabinie...

I na koniec ta mała ciekawa wystawa: The Illustrators. The British Art of Illustration 1870 - 2010, (Chris Beetles Gallery do 8 grudnia 2010) - którą też można zobaczyć w internecie tutaj.

British Illustrators


Mam nadzieję, że uda mi się co nie co w przyszłym roku zobaczyć - to wszystko zależy od Isabeli i tego, czy spodoba jej się: bycie noszoną w nosidełku, pomysł jedzenia bez wpadania w histerię i dłuższe spanie. A dziś psssyt... mała zostaje z babcią a nam uda się może wyjść do teatru!

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...