niedziela, 29 marca 2009
Wstąpiłam wczoraj do oksfordzkiego Muzeum Sztuki Współczesnej. To niewielki budynek na tyłach głównej ulicy, który niespecjalnie często odwiedzam. W 2004 roku muzeum zorganizowało wystawę sztuki z krajów, które w tym czasie dołączyły do Unii Europejskiej. Polskę reprezentował Paweł Althamer i Artur Żmijewski pracą zatytułowaną "Pielgrzymka". To był amatorsko nakręcony film o podróży Polaków do Jerozolimy (łącznie z artystami) – nudny i pretensjonalny ze scenami w stylu przeszukiwania gąszczy nad rzeką Jordan nieopodal miejsca chrztu Jana Chrzciciela, by znaleźć ludzkie odchody itp. Polska w UE kojarzy się jednak z krajem ultra katolickim, więc to łatwe skojarzenie wykorzystały kuratorki, żeby wybrać pracę znad Wisły. Sam pomysł wystawy był ciekawy, ale wykonanie już mniej udane. Być może to mnie zniechęciło do miejsca.
 
Regina Jose Galindo
 
Po przerwie poszłam sprawdzić, czym muzeum się aktualnie zajmuje. Trafiłam na wystawę artystki z Gwatemali. Body art. Nigdy mnie ta forma nie porywała. Wydawała mi się aktem desperacji: jeżeli już nie ma żadnych innych środków wyrazu, pozostaje ciało, które można zmienić w podmiot artystycznej ekspresji. Właściwie nie pomyliłam się, bo właśnie z desperacji powstały prace Reginy José Galindo. Brak materiałów, środków, centrów kulturalnych i muzeów w Gwatemali to efekt prawie 40-letniej wojny domowej, zakończonej w 1996 roku. W atmosferze braku i ograniczonych możliwości narodził się nurt feministyczny artystek urodzonych w latach 70-tych, dla których środkiem wyrazu stał się performance, body art.
 
Prace Galindo to głównie filmy z akcji organizowanych w mieście o społecznym i politycznym zacięciu. W największej sali wyświetlane są trzy filmy. Pierwszy pokazuje artystkę w powłóczystej szacie zwisającą z mostu w stolicy Gwatemali i czytającą wiersze. Nie słychać ani słowa, z tego co mówi. Zagłusza ją harmider ulicy i okrzyki ludzi zebranych poniżej. Galindo mówi, że w ten sposób chciała oddać sytuację kobiet z Ameryki Południowej, których głosy stłumione są w zdominowanej przez mężczyzn kulturze regionu. Drugi film pokazuje artystkę przechodzącą ulicami miasta, zanurzającą stopy w misce z ludzką krwią i zostawiającą krwawe ślady na ulicy. Ta akcja zorganizowana została w ramach upamiętniania ofiar konfliktu (ponad 200 tys. osób zginęło w wojnie domowej w Gwatemali, ponad milion musiało opuścić swoje domy), a także w ramach protestu przeciwko kandydaturze na prezydenta ex-wojskowego, który dopuścił się ludobójstwa. Kolejny film nakręcony został w Wenezueli, gdzie w Caracas naga artystka poddała swoje ciało chirurgowi plastycznemu. Do żadnej operacji nie dochodzi. Chirurg jedynie dokonuje oglądu ciała i zaznacza pisakiem te miejsca, które wymagają korekty. Galindo jest drobną i ładną kobietą, ale żeby stać się ideałem piękna (któremu poddaje się wiele wenezuelskich kobiet), całe jej ciało musiałoby zostać przerobione. Galindo wyjaśnia, że w Wenezueli dokonuje się największej ilości operacji plastycznych, które są wynikiem społecznych presji.

Kolejne filmy są jeszcze bardziej zaangażowane politycznie. Dotyczą tortur, masakry rdzennej ludności, gwałtów, policyjnych metod tłumienia manifestacji. Są brutalne, przemawiające, szokujące. Wystarczy raz zobaczyć, żeby zostały w pamięci na długo. Problemem tego typu ekspresji jest to, że łatwo może stać się prostą manipulacją. Brakuje tu wyrafinowania i subtelności. Dosadny obraz jest efektowny, jak się go ogląda po raz pierwszy, potem, jak mija szok, jego mechanizmy zostają obnażone i można poczuć się oszukanym.

W przypadku Galindo, nie ma manipulacji. Jest za to desperacki krzyk osoby, która swym drobnym ciałem tworzy potężny obraz o politycznym i społecznym charakterze. Według mnie to działa.
 
 
***
Regina José Galindo, The Body of Others, Modern Art Museum Oxford.
Strona artystki dostępna jest tutaj.
środa, 25 marca 2009
W tym tygodniu Chiara przypomniała przeboje z końcówki komunizmu a Ju pisała o młodzieńczych latach obszarpanych koszul i dbania o grunge’owy wizerunek. W tym klimacie wspominkowym przypomniały mi się pierwsze wyjazdy zagraniczne na samym początku lat 90-tych. Jechało się, rzecz jasna, autokarem i początkowo w ramach wypraw szkolnych. Moja pierwsza podróż zagraniczna to wycieczka na Węgry, zdaje się w 1991 bądź 1992 roku. Autokar zamiast prosto z Gdyni jechać na południe, zboczył do Bydgoszczy, gdzie załadował do szkolnej wycieczki czwórkę drobnych przemytników. W butelkach po Sprite i Fancie przewozili spore ilości wódki – o czym mieliśmy rzekonać się dopiero, jak koleżanka Cebula, widząc kapkę napoju pozostawioną w butelce, postanowiła ją wypić. O mały włos nie zaksztusiła się na śmierć.

Budapeszt był dla nas taki inny. Fascynowały nas przede wszystkim wielkie billboardy z reklamami, z których kompletnie nic nie rozumieliśmy. Na obskórnych obrzeżach miasta, gdzie mieszkaliśmy, robiły piorunujące wrażenie. Wgapialiśmy się w nie jak w obrazek.

Potem przewodnik zabrał nas na spacer po mieście. Niewiele z tego pamiętam. Spacer zakończył się w McDonaldzie – „amerykańskiej restauracji”, z której najwyraźniej Budapeszt był dumny. Przewodnik opowiadał o fast foodzie jak o najbardziej wyrafinowanym miejscu pod słońcem. Może właśnie dlatego nie kupiliśmy tej historii. Owszem zjedliśmy jakiegoś hamburgera, który wydał się zbyt suchy a potem grzecznie wszyscy zwinęli karteluszkę z menu, którą kładziono na każdą tackę z jedzeniem w ramach pamiątki. Tak zakończyło się smakowanie zagranicy.

Potem wracaliśmy długimi godzinami z powrotem do Polski. Oczywiście z tą samą ekipą. Tym razem autokar zatrzymał się w Czechach na jakimś pchlim targu, gdzie nasi przemytnicy zakupili kilka kartonów taniego szampana. Jedna z butelek wybuchła tuż przed granicą (pewnie z gorąca) i zrobił się wielki popłoch. Ostatecznie wjechaliśmy do Polski bez problemów. Zanim dojechaliśmy do Warszawy (musowy przystanek na stadionie X-lecia, żeby opchnąć towar), autokar zgubił jeden ze schodków z tyłu a do tego przestało zamykać się okno, więc zrobiło się dość zimno w drodze do Gdyni.

Czysta egzotyka. Czy ktoś tak jeszcze podróżuje? Albo może inaczej, czy ktokolwiek teraz mógłby uwierzyć, że tak podróżowała szkolna wycieczka?
wtorek, 24 marca 2009
Co łączy Meksyk z Indiami? Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że niewiele. Octavio Paz, meksykański poeta (zresztą noblista), który przez siedem lat pracował w ambasadzie na subkontynecie, znajduje fascynujące analogie. Wychodzi z założenia, że Meksyk jako państwo narodziło się jako rezultat kolonizacji i tym samym podobny los dzieli z podbitymi Indiami. „W historii Indii nie było uniweralnego państwa, które łączyłoby ludzi, języki, kultury. Dokonało tego brytyjskie imperium. Brytyjskie wpływy na subkontynencie nie były ani religijne ani artystyczne, ale prawne i polityczne” – pisze.

Książka nie zamyka się jednak w politycznych dywagacjach. Paz, jak wskazuje na początku tego cyklu esejów, Indie poznał nie przez umysł, ale przez zmysły. W swoich porównaniach Indii z Meksykiem śledzimy historię słodko-ostrych potraw, które musiały przywędrować do Ameryki Południowej właśnie z Indii. Poznajemy postać katolickiej świętej - Catariny de San Juan – wizjonerki, której wizje przepełnione są hinduskimi motywami zazdrosnej bogini. Indie słyszymy też przez poezję erotyczną pisaną w sanskrycie i to jest jedna z najciekawyszych części książki. Paz analizuje indyjskie wersy ze swoją poetycką wrażliwością, pokazując, jakim formalnym ograniczeniom poddani byli artyści. Poeci nie mogli wyrażać własnych myśli i emocji – oddawali jedynie uczucia bohaterów: kochanki, porzuconej kobiety. Sakskrycka poezja nie zna pojęcia melancholii. Pełna jest za to takiego uczucia, które jest obce europejskim poetom: stan absolutnego luksusu, pławienia się w rozkosznym bogactwie. Dla mnie brzmi to dekadencko, ale to złe skojrzenie. W tym uczuciu brakuje złego nacechowania: to jak odczuwanie ciepła bądź zimna.
Octavio Paz, In Light of India
Poezja indyjska pełna jest opisów ciała i ciał w sobie splecionych. Paz trafnie zauważa, że pogarda dla cielesnosci i seksualności jest w hinduizmie niemożliwa, bo oznaczałaby pogadę dla bogów i bogiń, pogardę dla kosmicznej seksualności. Pożądanie jest kamą, energią, która porusza człowiekiem i naturą. Ta energia nie uwalnia jednak człowieka od cyklu wcieleń.

Paz pisze też o indyjskim stosunku do czasu. Według wierzeń hinuskich wszechświat istnieje tak długo, jak śpi i śni Brama, wielki bóg. Kiedy on się obudzi, wszechświat zniknie po to, by narodzić się ponownie, jak Brama zaśnie. Czas jest złem. Brakuje mu istoty, esencji. Jest kłamstwem. Iluzją.

Książka „In the Light of India” podejmuje setki tematów. Paz śledzi życie i poglądy Gandhiego, analizuje XX-wieczny system polityczny Indii, wcześniejsze systemy religijne. Zagląda też do archeologii, życia codziennego. Inteligentnie napisana, osobista (do pewnego stopnia autobiograficzna) książka Paza jest jednym z najciekawszych spojrzeń na kulturę w ogóle, jakie czytałam. Paz oferuje wrażliwość artysty, wiedzę dyplomaty i szeroki kontekst, na który składa się jego meksykańskie pochodzenie, życie w Europie i praca w Indiach. Gorąco polecam.
 
***
Octavio Paz, In Light of India, tłum. Eliot Weinberger, Harcourt Brace International, 1995.
niedziela, 22 marca 2009
PaneerWschodnia dzielnica Oksfordu nazywa się Cowley i jest etnicznie, kulturowo i kulinarnie najbardziej zróżnicowaną częścią miasta. Tanie chińskie, tajskie, włoskie knajpy, jeszcze tańsze fast foody, marokańskie i pakistańskie sklepiki z żywnością przyciągają miejscowych, w tym sporą grupę studentów. Cowley jest kolorowe, brudne i ekscentryczne. Ilekroć tamtędy przechodzę trafi się jakiś dziko wyjący osobnik czy gadający do siebie profeta. Lubię Cowley, bo tchnie życiem.

Wybraliśmy się wczoraj wieczorem do indyjskiej restauracji. W Cowley jest ich kilka. Aziz istnieje od prawie 30 lat. W styczniu po powrocie z Indii zupełnie bezwiednie przestaliśmy wpadać do indyjskich knajp. Jedzenie, co prawda bardzo nam smakowało na subkontynencie, ale jak długo można wytrzymać na gęstych i ciężkich sosach (nawet świetne wegetariańskie potrawy w stylu bharvan tamatar czyli pomidorów faszerowanych kokosem, rodzynkami i ziemniakami podawane są w tłustym, kremowym sosie z przyprawami. Do tego przeważająca większość rzeczy jest smażona). Zapominając o tamtych wspomnieniach, po dwóch miesiącach przerwy zjawiliśmy się w Azizie.

Restauracja ma dość minimalistyczny wystrój – raczej północny klimat Mogołów niż kolorowy hinduski. Klientela jest zróżnicowana – przychodzą hindusi, muzułmanie, Brytyjczycy. Aziz jest niczym przeniesioną w kapsule restauracją z Delhi czy innego dużego miasta Indii. Przede wszystkim pracuje w niej cała armia indyjskich kelnerów. Każdy ubrany w taki sam szaro-wypłowiały uniform zapinany na guziki aż pod szyję (w Indiach kolory uniformu wahają się od białego, przez ponury brązowy po czarny). I tak jak na subkontynencie panuje tam wąska specjalizacja zadań. Jest człowiek od przyjmowania zamówień, człowiek od przynoszenia wody, kolejny od podawania dań, następny od znoszenia talerzy, osoby od przynoszenia rachunku. I prawie żaden nie mówi dobrze po angielsku. Indyjski akcent jest tak silny, że ze słów "tab water" (zwykła woda z kranu) wychodzi "fa fa faa" wypowiedziane błyskawicznie według zasad nieznanego rytmu.

Jesteśmy w Wielkiej Brytanii, ale żądzą tu zasady subkontynentalne. Kelnerzy za wszelką cenę unikają rozmowy z kobietami. Jakiekolwiek zapytanie czy oferta podania czegoś adresowane jest do mężczyzn: "Everything OK., sir?", "More wine, sir?" i nie czekając na odpowiedź, chlup, kelner zapełnia kieliszek Oliwki, kompletnie mnie ignorując. Sytuacja jest doprawdy komiczna.

Jak tylko siadamy, zjawia się człowiek od przystawek. Z tego, co mówi, jestem w stanie wyłowić tylko jedno słowo "papad" (czyli cienki, chrupkowaty naleśnik zrobiony z mąki z soczewicy; w Anglii zwykle podawany z trzema rodzajami sosów, w tym mango chutey. Zestaw w Indiach północnych, nawet w knajpach serwujących południowe jedzenie, niespotykany, więc podejrzewam, że przystawka sporządzone została specjalnie dla brytyjskiego podniebienia). Zanim zdążyliśmy powiedzieć, że nie chcemy zamówić papadu, kelner już zapisał sobie w notesiku dwie porcje. Kiedy wyjaśniamy, że nie chcemy, facet robi wielkie oczy i skreśla zamówienie po naszej trzeciej próbie. Potem jest chwila oczekiwania. Ufff, padad jednak na stole się nie pojawia. Widzimy go dopiero na koniec na rachunku.

Tak jak w większości indyjskich knajp, menu jest tak długie, że przeczytanie go zajmuje 15 minut. Aziz oferuje kuchnię północną, dużo mięsa, niewiele potraw dla wegetarian. Jedzenie jest dobre, ale żadna rewelacja. Na koniec zamawiamy herbatę masala – mój ulubiony element indyjskiej kuchni. Herbatę zwykle gotuje się w garnuszku z przyprawami: kardamonem, imbirem, goździkiem, czarnym pieprzem, cynamonem, anyżem. Potem dodaje się mleko i cukier i całość gotuje przez następne kilka minut tak, że napój robi się słodki, gorący i gęstawy. To, co podaje Aziz, to dzbanek zwykłego Earl Greya z pływającymi fragmentami mięty i dzbanuszek zimnego mleka. Próbujemy przekonać kelnera, że to nie jest prawdziwa masala tea. "No good?" – pyta i zabiera dzbanek, znika i pojawia się z powrotem po 30 sekundach z tym samym dzbanuszkiem, tylko z trzema liśćmi mięty więcej. Mruczy pod nosem "spicy, spicy" i zadowolony z siebie odchodzi. Poddaję się. W domu zaparzę sobie prawdziwą. Choć moja nigdy nie będzie miała smaku najlepszej herbaty z przyprawami, którą dostałam w pociągu, jadąc z Delhi do Udaipuru od peronowego sprzedawcy. Podana w glinianym kubeczku miała w sobie rozkosz przypraw, słodycz mleka i goryczkę ziemi.
 
Indyjska restauracja
 
Indyjska restauracja wegeteriańska w Mathurze (miejscu, gdzie narodził się Kriszna), naturalnie z Kriszną w tle; Indie Północne 

piątek, 20 marca 2009
PicassoPablo Picasso zwiedzał europejskie muzea sztuki z obsesją. Zapamiętywał obrazy dawnych mistrzów i do końca życia nie mógł się od nich uwolnić. Nieraz przechadzając się po Luwrze, potrafił zakląć pod nosem z podziwem, ale i z zazdrością: "Ten łajdak, on jest naprawdę dobry" – jak wyrażał się o Delacroix. Na początku XX wieku, kiedy kwitł modernizm i awangardyści eksperymentowali z formą, muzea były ostatnim miejscem, do których zaglądali ówcześni malarze. Atmosfera artystyczna sprzyjała raczej zrywaniu z przeszłością na rzecz wolności nowoczesnego sposobu wyrażania myśli. Picasso nie mógł się przemóc. Obsesyjnie poszukiwał własnego stylu, który byłby równie doskonały, jak malarstwo Velazqueza, Cesanne'a, El Greco, Goyi. Starych mistrzów studiował zawzięcie.

To, co dokładnie łączyło Picassa z artystami wcześniejszych epok, trudno uchwycić. Zazdrość, rywalizacja, zafascynowanie, kpina – to wszystko można odnaleźć na płótnach malarza, które wystawione zostały w National Gallery w Londynie ramach wystawy "Picasso – Challenging the Past". Dwuznaczny stosunek malarza do klasyków pojawia się już w jego najwcześniejszych pracach, jeszcze z czasów studiów.

Picasso był genialnym dzieckiem. Jego talent odkrył bardzo wcześnie jego ojciec – malarz i profesor w Akademii Sztuk Pięknych. Pierwszy obraz Picasso namalował w wieku siedmiu lat. Jak miał trzynaście, jego ojciec znalazł dla niego pierwszą modelkę, żeby mu pozowała (była nią uboga dziewczynka z sąsiedztwa). Już na studiach powstał pierwszy autoportret, w którym Picasso ustylizował się na Velazqueza. Potem namalował siebie "w stylu El Greco". Późniejsze autoportrety to znowu Picasso upozowany na znanych mistrzów (między innymi van Gogha). Obsesyjne zestawianie się z czy właściwie podrabianie się pod znanych malarzy to ważny aspekt jego twórczości.
Picasso jako VelazquezPicasso jako El GrecoPicasso, autoportret
Autoportrety Picassa: w stylu Velazqueza, w stylu El Greco i w okresie "różowym"
Picasso alla van GoghPicasso autoportert
Autoportrety Picassa: alla van Gogh, malarz z paletą
National Gallery tematycznie pogrupowało obrazy Picassa: autoportrety, akty, portrety kobiet i mężczyzn, martwa natura i przetworzone kopie obrazów sławnych malarzy, którym poświęcone są dwie największe sale. Przechodząc przez tą doskonale przygotowaną wystawę (szczególnie polecam zwiedzanie z autoprzewodnikiem), podlega się obsesji deformacji u Picassa. Nagie kobiety przybierają absurdalne kształty, powyginane w taki sposób, że widać zarówno ich krągłe pośladki jak i zredukowane do dwóch krążków piersi. Oczy nierówno ułożone, często jedno nad drugim hipnotyzują jak maski afrykańskich szamanów. Wyraźny, deformatorski styl Picassa kryje w sobie jednak sporo odniesień do historii malowania aktów. Malarz nawiązuje do pięknie skomponowanych ciał Ingres czy Velazqueza. Zapożycza z nich obrazów elementy i przenosi do swoich żeńskich deformacji, nawiązując dialog między awangardą a tradycją. Kobiety Picassa to erotyczne lalki. Często odpychające.
Picasso akt
Picasso miał wiele kobiet: żon, kochanek, towarzyszek życia. Jako starzejący się już artysta poznał Francuzkę, 45 lat od niego młodszą, z którą przeniósł się z Paryża na południe. Na tamten okres przypadają lata zaciekłego przemalowywania przez Picassa sławnych obrazów. W ciągu dwóch miesięcy popełnił piętnaście wariacji obrazu Delacriox "Kobiety algierskie". Trzy razy więcej płócien zajęły "Panny dworskie" Velazqueza. Obsesyjnie malował też "Śniadanie na trawie" Manet. Zredukowane w kolorach i kształtach przeróbki mają często charakter parodii. Może to sposób na zobrazowanie własnego zniewolenia sztuką wcześniejszych mistrzów? Picasso marzył, by być tak wielkim i uznanym artystą jak Velazquez, van Gogh, Matisse (którego wielbił). Ambitnie dążył do zaistnienia w muzeach sztuki europejskiej. Kiedy jednak niespokojnie przemalowywał znane obrazy, sam był już uznanym artystą ze światową sławą. Może więc zabawa 70-letniego Picassa to raczej kpina z własnego siebie. Stary malarz przerysowujący wcześniejszych mistrzów – cóż może być bardziej groteskowego?
Sniadania na trawie
Śniadanie na trawie: według Manet i według Picassa
Panny dworskie
"Panny dworskie" według Velazqueza i obok według Picassa
"Picasso – Challenging the Past" to jedna z najlepszych wystaw, na jakich byłam. W Londynie otwarta jest do 7 czerwca.
piątek, 13 marca 2009
Właśnie dobiega końca drugi semestr (Hilary term) na uniwersytecie i towarzysto zaczyna się rozjeżdżać. Przyjaciele znikają z Oksfordu na półtorej miesiąca – do domów, na urlop, z wizytą do przyjaciół zagranicą. Pierwsze spotkanie z oksfordzkim rokiem akademickim jest szokujące. Studenci i pracownicy naukowi zjawiają się w mieście pod koniec września na osiem tygodni. Potem mają półtoramiesięczną przerwę i powracają w styczniu na kolejne osiem tygodni. Po czym znikają na następną półtoramiesięczną przerwę – tym razem wielkanocną, by przyjechać na ostatni trymestr późną wiosną. A potem są wakacje. Trymestry mijają w oka mnieniu, a do tego są szalenie intensywne. Zanim się obejrzę jest już ósmy tydzień, więc czas pożegnań. Naprawdę trudno jest nawiązać w Oksfordzie długie przyjaźnie. I cierpię z tego powodu bardzo.
 
I tak kolejny tydzień minie mi w ten sam sposób: praca, spotkanie w pubie, bye-bye, cmok, cmok, późny powrót do domu, pobudka rano, praca...
wtorek, 10 marca 2009

Londyn jest mieszanką styli i mieszkańcy kochają go za to, że potrafi je swobodnie w sobie połączyć. Też to lubię w mieście. Właściwie z wyjątkiem. Jest taki pomnik w Londynie, który swoją mieszaniną styli, raczej powoduje mrożenie krwi w żyłach niż przyjemną uczucie swobodnego misz-maszu. Albert’s Memorial powstał na zamówienie królowej Wiktorii, by upamiętnić wcześnie zmarłego męża. Wiktoria do dziś pamiętana jest głównie jako stara matrona w czerni opłakująca śmierć ukochanego (zobaczcie na przykład to zdjęcie ). Ten wizerunek to rezultat długich rządów (Wiktoria była królową przez 63 lata) i jej bezwzględnego oddania i lojalności wobec Alberta, nawet po jego śmierci.

W historii Albert zapisał się jako mecenas sztuki, znawca i wielbiciel wielu form artystycznych. O Wiktorii mówi się raczej w kategoriach: sentymentalna, bez albertowskiego polotu i elegancji. To z nią kojarzony jest ciężki, bogaty styl wiktoriański. I w podobnym charakterze utrzymany jest właśnie pomnik Alberta. Nie wiem, na ile rzeczywiście Wiktoria zasługuje na taki osąd. Trzeba jednak przyznać, że to, co na jej zamówienie wykonali artyści, jest potworkowate.

Zatem mamy wielkiego, złotego Alberta w antycznej pozie zasadzonego na tronie na wielce solidnym piedestale w czymś, co przypomina gotycką kaplicę. Kolorowe ornamenty kaplicy gryzą się z białymi murami płaskorzeźb. W rogach ustawione są olbrzymie rzeźby wzorowane na antyczne a całość otoczona jest różowo-złotym płotem... Koszmarek.

Alfred Memorial

Ratują ten pomnik tylko jego wycinki, zwłaszcza, gdy ogląda się je w postaci czarno-białej, tak jak poniżej. I tylko tyle da się zrobić. Pomnik naprawdę mnie estetycznie przygniata. Nie sposób go jednak pominąć, bo stoi tuż przy samym wejściu do pięknego Hyde Parku.

Alfred Memorial
A co straszy w Waszych miastach?
poniedziałek, 09 marca 2009
BizancjumLondyńska wystawa "Byzantium 330-1453" poświęcona sztuce wschodniego cesarstwa wystawiana w Royal Academy of Arts przyciąga tłumy od miesięcy. Magnesem jest jej rozmach – czasowo obejmuje okres ponad tysiąca lat – i liczba eksponatów wypożyczonych z najróżniejszych muzeów świata. Temat jest duży, przestrzeń wystawy również imponująca, a jednak ogląda się ją z bólem. Żeby przejść od jednej gablotki z delikatnymi rzeźbami w kości słoniowej, do kolejnej prezentującej portret pięknej Egipcjanki, trzeba sporo odczekać, kilka razy oberwać torbą, łokciem bądź butem od przechodzących. I tak przez pierwszych kilka galerii. Rozluźnia się dopiero pod koniec w salach, gdzie wystawione są ogromne ikony.

Ikony robią największe wrażenie. Ogromne, oślepiające od złota z subtelnie wyrażonymi emocjami na twarzach biblijnych postaci. Majestatyczny i jednocześnie bardzo ludzki Chrystus, zawieszony w powietrzu Archanioł Gabriel, zwinny i zwycięski św. Teodor walczący ze smokiem... Chociaż ikony mnie specjalnie nie fascynują, te rzeczywiście potrafią wzbudzić nieoczekiwane emocje. Najciekawsze ikona pojawia się na końcu wystawy. To nie portret, ale scena i to bardzo dramatyczna. Przedstawia mężczyzn wchodzących po drabinie do nieba, na których polują czarne anioły, strzelając do nich z łuku i strącając ich w otchłań. Niebiańska drabina nie daje schronienia. Wielcy i świętobliwie wyglądający panowie wpadają w łapy diabłów jak kawki i jedynie pierwsza dwójka bezpiecznie zmierza do celu, gdzie wita ich archanioł. Na tej ikonie niebo miesza się z piekłem i nic nie jest pewne. Złote tło migocze wśród świateł wystawy, że aż trudno oderwać wzrok. Ta sala jest zdecydowanie najbardziej spektakularna, choć sam eksponat niewielki. Tutaj przy wibrującym świetle doskonale widać, czego brakuje w tej wystawie. Sztuka bizantyjska, zwłaszcza sakralna to przecież sztuka żyjąca w migoczącym świetle, w grze jasności i cienia. Dzięki odblaskom płomieni palących się świec odżywają twarze świętych. Natomiast tutaj, w sterylnych i równo (choć nie mocno) oświetlonych salach, ten efekt ginie. Przedmioty są tylko statyczne.
Bizantyjska ikona, XIII wiek

"Niebiańska drabina", Synaj, XIII wiek

Mam też wrażenie, że w wystawie zabrakło bardziej konkretnego, spajającego ogniwa. "Byzantium 330-1453" próbuje opowiedzieć za dużo. Chce opisać dramatyczną historię wschodniego cesarstwa od jego początków aż do upadku w XV wieku, w międzyczasie pokazując, że od XIII wieku bizantyjscy artyści zaczęli opuszczać stolicę i pracować we Włoszech (m.in. we Florencji i Wenecji). Próbuje przedstawić zarówno religijny charakter sztuki jak i przedmioty domowego użytku (m.in. bardzo ciekawe i proste misy, w których wydrapywano w kolorze postacie i wzory, a potem wypalano; miniaturowe mozaiki, rozbuchaną biżuterię) czy wyposażenie cesarskiego dworu. Do tego chce opisać, jak pogański antyk a później islam czy chrześcijaństwo Europy Zachodniej wpływały na bizantyjskich artystów. Zatem historia, geografia, rzeźba, malarstwo, ceramika, portret, monety, manuskrypty, religia na przestrzeni, bagatela, jedenastu wieków! Temat jest za duży, więc wystawa się rozmywa. Z wora Bizancjum można jednak wyłowić kilka pereł dla siebie. Z wystawy wyszłam zmęczona, ale z niezapomnianym obrazem rozzłoconych świętych z ikon i delikatnych postaci z ołtarzyków z kości słoniowej.
Portret na panelu drewnianym, Bizancjum
Portret wykonany na panelu drewnianym, dołączony do mumii tejże przedstawionej kobiety

czwartek, 05 marca 2009
Słodka Italia gnije od środka przez rozbuchaną administrację właściwie od kilku dekad. Spotkanie z włoskim urzędem oznacza długą i beznadziejną przeprawę. Sprawa toczy się piano piano, czyli powoli, beznamiętnie i z dala od celu. Wczoraj zdarzyło się jednak coś zupełnie nieoczekiwanego: dostaliśmy manadat z Włoch! Mandat przyszedł do Oksfordu pocztą za pośrednictwem firmy, u której wynajęliśmy samochód podczas pobytu we Włoszech we wrześniu zeszłego roku. 22 września w Turynie, jak wskazuje mandat, wjechaliśmy nieświadomie na via reservata, co skrupulatnie odnotowała włoska służba drogowa i za to postanowiła nas sromotnie ukrać (niebagatela 100 euro). Zatem ktoś z drogówki, musiał zadać sobie trud i odszukać, skąd pochodzi samochód, a potem urzędnik w firmie wynajmującej auta musiał przewertować papiery, żeby nas odnaleźć, a potem biurokracja policyjna z firmową musiała złączyć siły i wysłać nam stosowne pismo. Jestem pełna podziwu! A jednak Włosi potrafią. Co prawda zajęło im to całe 5 miesięcy, ale to już przecież nieistotny szczegół dla biurokratycznej machiny. Si, si, funziona..

O biurokraktycznych doświadczeniach z indyjską ambasadą pisałam wcześniej. Niedawno Bigapple podjęła ten bolesny temat po spotkaniu z polską ambasadą.
poniedziałek, 02 marca 2009
The Tempest, program
Stratfort-upon-Avon, miasto, gdzie urodził się Szekspir, przypomina mi trochę konserwę: domy z czasów pisarza zachowane z pedanterią, równiusieńko przystrzyżone żywopłoty, knajpki ze świeżo odmalowanymi oknami i same lokale o nudnych nazwach typu "Otello", "Will's Place" – zupełnie jak w puszce z mięsem bez smaku. Stratfort w całej swojej nudnej pyszności żyje z turystów. Zwłaszcza w lecie lud przebija się do miasta, żeby zobaczyć, jak i gdzie żył Szekspir, choć o nim samym przecież tak niewiele wiadomo. Jedno muszę przyznać: sztuki angielskiego mistrza wystawiane przez stratfodzkie teatry są nie do pobicia, nawet przez londyńskie produkcje. Na to naprawdę warto przedrzeć się przez tłumy.

W sobotę wieczorem pojechaliśmy zobaczyć "Burzę" Szekspira ("The Tempest"). To jedna z moich ulubionych sztuk, pełna magii, iluzji, nawiązujaca do wielkich odkryć geograficznych. Przedstawienie przygotowane zostało przez Royal Shakespeare Company (wcześniej widziałam m.in. ich produkcję "Antoniusza i Kleopatry" i "Ryszarda II", które były naprawdę świetne) we współpracy z teatrem z Johanesburga – The Baxter Theatre Centre. Spektakl miał oddać duszę kolonizacyjnych zapędów i niejednego zwolennika politycznej poprawności musiał przyprawić o chwile niewygody i niepewności, ale o tym za chwilę.

Akcja sztuki ma miejsce na dzikiej wyspie, gdzie Prospero - książę Mediolanu, odtrącony od władzy przez własnego brata, spędza 12 lat, wspólnie z córką. Na wyspie żyje potwór – syn wiedźmy Kaliban – którego Prospero i Miranda uczą języka, pisma i wykorzystują jako sługę. Prospero potrafi czynić czary, a to za pomocą magicznych ksiąg, które zabrał ze sobą na wygnanie lub za sprawą Ariela – ducha, którego uwolnił z zaklętego drzewa. Jednej nocy, kiedy statek z bratem Prospera i świtą włoskiego dworu przepływa niedaleko wyspy, bohater używa magicznej mocy, rozpętuje tytułową burzę i sprowadza załogę jako rozbitków na wyspę. Tutaj sprawy dzieją się szybko: Miranda zakochuje się w jednym z rozbitków, którym jest syn władcy Neapolu (Ariel bierze spory udział w zakochiwaniu się tej pary w sobie); dwójka marynarzy wspólnie z potworem Kalibanem organizują rebelię przeciwko tyranii Prospera (ta zostaje udaremniona również dzięki Arielowi), dochodzi do spotkania braci – Prospero wybacza niegodziwemu bratu, choć słowa tego przebaczenia są ostre i tchną raczej nienawiścią niż miłością. Ostatecznie wszyscy planują powrócić statkiem do Neapolu, gdzie odbyć ma się ślub Mirandy i Ferdynanda (statek cudownie z wraku przeistacza się w sprawną maszynę, znowu dzięki magii). Prospero zwalnia Ariela ze służby w dramatycznym dialogu.

Teatr szekspirowski, Stratfort

Sztuka jest ostatnim dramatem napisanym samodzielnie przez Szekspira i wielu interpretatorów wierzy, że pożegananie magika Prospera z duchem Arielem to pożegnanie pisarza ze sceną, z publicznością czy nawet samą weną twórczą. Dla mnie to uproszczenie. Jeżeli Prospero miałby być Szekspirem a Ariel jego poetyckim geniuszem, to finał raczej wskazuje na pewne spełnienie a nie utratę. Ariel na końcu sztuki jest wolny, nie musi już służyć celom Prospera, radoście rozpływa sie w powietrzu.

W sztuce są odniesienia do ówczesnych wielkich odkryć geograficznych, bohaterowie więżą się i uwalniają. Janice Honeyman, reżyser sztuki, która pochodzi z Południowej Afryki, w tym dramacie zobaczyła historię Afryki i w tej upolitycznionej aurze wystawiła „Burzę”. Nie chodziło jej jednak tylko o nierówną relację między ludźmi o różnym kolorze skóry, ale też o wprowadzenie afrykańskiego folkloru, kultury, w której magia jest jej nieodzowną częścią. To naprawdę zadziałało. Część tekstu sztuki przetłumaczona została na kilka języków afrykańskich m.in. suahili i zulu i oddane zostały w formie piosenek śpiewanych przez dodatkowe duchy wyspy. Muzyka też jest afyrkańska i w jej rytm Ariel balansuje na dzikiej gałęzi, jak tylko pojawia się na zawołanie Prospera. Scenografia jest minimalistyczna, ale bardzo efektowna. Kostiumy są za to przebogate. Duchy, duszki i inne stwory, niewidzialne dla bohaterów, oprócz Prospera, który ma kontakt z „tamtym światem”, zmieniają przebrania i maski kilkakrotnie. Każde z nich jest pełne kolorów, wzorów, malowideł, płetw, ogonów, skrzydeł...

The Tempest

Honeyman, utrzymując afrykańską konwencję, postanowiła przedstawić relację między Prospero i Kalibanem (synem czarownicy) jako tyranię białego kolonizatora. Widziałam, jak część widzów, nieswojo czuła się, w momencie, gdy władczy Prospero do czarnoskórego mężczyzny grającego Kalibana zwracał się per „powtorze”, choć ten niewiele z potworem miał wspólnego. Inne produkcje tego dramatu często pokazują Kalibana jako niezwykle zdeformowane, odrażające stworzenie, co jest bliskie oryginałowi sztuki. Honeyman z tego zrezygnowała, żeby wyeksponować kwestię kolonializmu. Moim zdaniem to było przerysowane. Tym bardziej, że oryginalny potwór miał na sumieniu dość potwory grzeszek: próbę zgwałcenia 15-letniej Mirandy.

The Tempest, scena ze spektaklu
Aktorzy grający główne postacie byli świetni. Prospero (Antony Sher) ciekawie przechodził z roli magika, w rolę ojca, tyrana czy sprawcę wydarzeń, by finalnie poddać się posępnej refleksji:
We are such stuff
As dreams are made on; and our little life
Is rounded with a sleep.
(Akt 4)
Drugoplanowi aktorzy radzili sobie trochę gorzej. Ferdynand (przyszły mąż Mirandy) wypadł blado i nieprzekonywująco (cóż się dziwić, Charlie Keegan nie ma właściwie żadnego aktorskiego doświadczenia, z zawodu jest modelem i być może tytuł "The hottest man in 2008" przyznany przez Cosmopolitan przywiódł go na deski teatru...).

"Burza" zagrana była żywiołowo, dynamicznie. Ostre były kolory, pełne męskie sylwetki (nawet w przypadku Ariela, który w oryginale jest delikatnym, powietrznym duszkiem, a tym razem przypominał afrykańskiego przywódcę plemienia). "Burzę" odegrać można subtelniej, zwłaszcza że sztuka ma w sobie wiele delikatnych postaci i momentów. Ta z pewnością zagrana była konsekwentnie i mocno.
Stratfort, Courtyard Theatre

Mały The Courtyard Theatre w Stratfordzie

 

Ulica, Stratfort uopn Avon

Jedna z typowych stratfordzkich uliczek: stare domy, ekskluzywne restauracje i sklepy o nudnych nazwach

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...