środa, 31 marca 2010

Paweł HuelleKilka tygodni temu w Londynie był Paweł Huelle, którego bez wahania zaliczam do jednego z najważniejszych, współczesnych pisarzy z Polski i jednego z mi najbliższych. Na spotkaniu, które odbyło się w ramach trwającego w marcu tygodnia książki żydowskiej, pan Paweł opowiadał (a opowiada świetnie!) między innymi o początkach swojej pisarskiej kariery. Mieszkał wtedy w Gdańsku w małym mieszkaniu. Pisał w maleńskiej kuchni pierwszą książkę na starej, głośnej maszynie do pisania. Obok w pokoju spała jego żona i małe dziecko, a on, żeby ich nie budzić, podkładał po tą klocowatą maszynę poduszkę, żeby stłumić jej stukot. Kiedy to nie pomagało, wędrował na komunalny strych dwa piętra wyżej i tam rozkładał sprzęt do pisania na starym stole. Mówił, że pracował w spartańskich warunkach, że był bardzo biedny, ale miał najcenniejszą rzecz, jaką można mieć: wolność początkującego pisarza, nieobciążonego nudnymi zobowiązaniami, które na znane postacie nakładają wydawcy, czytelnicy, instytucje kulturalne etc. etc.   

O znanych pisarzach zwykle myśli się z podziwem i zazdrością. Tymczasem jeżeli pomyśleć o tym, jak naprawdę wygląda ich życie, kiedy stają się gwiazdami literackiej sceny, to trudno o mniej kuszącą propozycję.

J M Coetzee Elisabeth Costello

Elizabeth Costello, 66-letnia uznana na świecie pisarka australijska, to kreacja (w dużym stopniu alter-ego) noblisty Johna Maxwella Coetzee, która jest właśnie ucieleśnieniem tego, co przeżywa uznany twórca. Elizabeth, zmęczona, sfatygowana i sfrustrowana objeżdża uniwersytety na kilku kontynentach, odpowiadając na zaproszenia na odczytanie wykładu na zadany temat. Żeby sobie dorobić, zgadza się również na wygłoszenie przemowy o sytuacji powieści na statku pasażerskim, wożącym bogatych, starszych ludzi w luksusach po świecie. Elizabeth, pomimo że napisała osiem książek, kojarzona jest tylko z jedną, którą wydała dawno temu i która przyniosła jej sławę (jakie to irytujące, że nikt nie pamięta innych!).

Właśnie sława narzuca jej ograniczenia i z nią musi się zmagać, mozolnie próbując ocalić siebie i to, co dla niej ważne. Kiedy przyjeżdza do amerykańskiego uniwersytetu, gdzie wygłosi odczyt na temat realizmu, przed ciężarem stereotypów, jakimi otacza się znanych pisarzy, próbuje obronić ją syn w rozmowie z dziennikarką:

- Kiedy ją poznasz, okaże się, że to po prostu zwykła kobieta (syn Elizabeth tłumaczy dziennikarce)

- Ty naprawdę jesteś jej synem, prawda? Pracujesz?

- Pytasz, czy jestem natchniony przez boga? Nie.

(str. 28, tłumaczenie własne)

Coetzee w losie starzejącej się i coraz bardziej zniecierpliwionej Elizabeth (pisarka podczas rozmowy z afrykańskim twórcą, który opowiada słuchaczom kumunały, ma ochotę go uderzyć... hmm.. gdyby tylko byli sami...) ujmuje nie tylko pisarskie bolączki. Coetzee porusza też tematy, które literacko i moralnie są mu bardzo bliskie.  O traktowaniu i postrzeganiu zwierząt przez ludzi Elizabeth Costello - pewnego rodzaju wcielenie samego Coetzee, który ze względów etycznych nie je mięsa - wygłosi dwa wykłady, przeciwstawiając się współczesnym ubojniom i głosząc wegetarianizm ("by w ten sposób ocalić swoją duszę"). Pisarka opowie też o pisarzu, który według niej przekracza granicę tego, jak autor może pisać o problemie zła.

To niezwykła i poruszająca książka. Jej osobliwość polega, moim zdaniem, na tym, że jest bardzo autotematyczna i paradoksalnie znacznie bardziej konfesyjna niż para-biografie Coetzee ("Boyhood", "Youth" czy"Summertime"). Nie chcę jednak powiedzieć, że Coetzee się całkowicie obnaża w postaci Elizabeth Costello. Wręcz przeciwnie. Po raz kolejny tworzy intrygującą i osobistą grę między tym, co rzeczywiste a tym co fikcyjne. Po raz kolejny pyta o rolę pisarza i sens tworzenia fikcji. Tym razem robi to jednak znacznie wyraźniej i dosadniej. Na argumenty Elizabeth Costello po prostu trzeba odpowiedzieć, trzeba wejść w polemikę, trzeba się ustosunkować.

Najbardziej poruszający jest według mnie ostatni rozdział, kiedy Elizabeth, stojąc po śmierci u wrót przed trybunałem (trybunał jest iście kafkowski) próbuje zdefiniować to, w co wierzy a raczej to, co uważa, że pisarz wierzyć i wyznawać powinien. Costello jak na pisarkę przystało broni literatury, tworząc literaturę, czyli opowiadając historie. Jak powiedział kilka tygodni temu w Londynie Paweł Huelle nie ma w życiu nic cenniejszego niż dobra, dobrze opowiedziana historia. Zatem niech żyje fikcja!

 

***

John Maxwell Coetzee "Elizabeth Costello"
Wyd. Secker & Warburg, 2003
Polskie wydanie ukazało się w 2006 roku
Wyd. Wydawnictwo SIW Znak
Tłum. Z. Batko

niedziela, 28 marca 2010

Barcelona centrum miasta

Podobno raczej się nie zdarza. Bynajmniej nie w myślach tych, którzy to katalońskie miasto widzą przez przyciemnione szkiełka lata, złotych plaż Costa Brava i migających w jasnym świetle mozaik Gaudiego. Barcelona ma jednak inne oblicze. To nie tylko proste, nieco pompatyczne aleje wysłane palmami, wiodące do morza, do eleganckiego portu jachtowego. To też wąskie uliczki, przy których wyrastają wysokie kamienice, zabierające światło mieszkaniom na niższych kondygnacjach niż ostatnie, gdzie kłębią się od lat przybywający do stolicy Katalonii imigranci z Andaluzji i innych uboższych regionów Hiszpanii, z Afryki czy wreszcie od niedawna: Pakistańczycy, Arabowie, Turcy czy Hindusi.

Barcelona, mieszkańcy miasta w sobotni poranek

Mieszkańcy miasta w sobotni poranek na ulicy tureckich Doner Kebabów

Barcelona główna ulica Rambles

La Rambla w południe

Idąc w sobotnie przedpołudnie przez Raval, dzielnicę "kolorową", która mieści się może 10 minut od sławnej, głównej ulicy La Rambla, czułam się, jakbym nie opuściła wcale Londynu: w wąskich uliczkach siedziały te dobrze znane małe "orientalne" sklepiki: ze słodyczami z Bliskiego Wschodu, z mięsem halal dla muzułmanów, z importowanymi specjałami z subkontynentu czy z Chin czy wreszcie z całą masą taniej elektroniki (głównie telefonów komórkowych) i kart na tanie rozmowy do Azji. Jedyna różnica była taka, że każdy bez wyjątku miał szyld również po hiszpańsku (w UK coraz więcej jest sklepów z nazwami np. jedynie po arabsku). Czyżby znak lepszej integracji?

Wąskie uliczki Barcelony

W drodze przez Raval

Barcelona: dzielnica Raval - dzielnica emigrantów

Ciemne ulice oświeca kolorowa flaga FC Barcelona

Spacer zaprowadził nas później przez La Ramblę (myślałam, że będzie bardziej elegancka) nad morze, a tutaj wśród palm, wyskakujących przy skrzyżowaniach wież przypominających te należące do meczetów w północnej Afryce czy chociażby Andaluzji, wśród wreszcie bliskowschodnich kopuł, trudno mi było uwierzyć, że nie wyjechałam z Europy.  Spojrzenie przed siebie na przyjemny buwar przywracał mnie do starokontynentalnej rzeczywistości.  Wystarczyło jednak, żebym obejrzała się za siebie na plażę, na której prężył się hotel w kształcie kła, żebym pomyślała nie o wczesnych obrazach Picassa z rybakami, ale o Dubaju... "Z tego względu, że jest to miasto składające się z wielu warstw, można powiedzieć, że ma w sobie kilka miast" - mówił o Barcelonie hiszpański pisarz Manuel Vázquez Montalbán. I trudno o lepsze podsumowanie.

Barcelona bulwar nadmorski

Bulwar nadmorski w Barcelonie

Piknik w porcie, oczywiście z jamon!

Piknik w barcelońskim porcie jachtowym (bezwzględnie z bagietką i jamon)

Barcelona plaża

Plaża w mglisty dzień: wciąż za zimno na kąpiel

Przed przyjazdem miałam zupełnie inne wyobrażenie o mieście. Z jakiegoś powodu wydawało mi się, że będzie bardziej jednolite, że będzie zjednywać przyjezdnych bardziej spójnym charakterem. Tymczasem Barcelona wydała mi się dość rozbita. Kiedy Trocki przyjechał do Barcelony w 1916 roku (a raczej kiedy był już w areszcie eskortowany do portu), napisał, że to "duże hiszpańsko-francuskie miasto. Takie jak Nicea w piekle fabryk. Dym i płomienie z jednej strony, kwiaty i owoce z drugiej." Dymnych, dantejskich scen w Barcelonie, rzecz jasna, już nie ma. Nie mniej jednak kontrasty wciąż pozostały: karkołomne domy z wiązkami kabli pod balkonami tak bardzo przypominające mi duże marokańskie miasta i eleganckie kamienice z pięknymi bramami, którymi poszczycić się może najbardziej szykowne miasto; zgrabne kopuły i zniszczone balkony na dachach domów, bogate butiki i biedacy w centrum wygrzebujący jedzenie z koszy na śmieci. Trudno chyba o lepsze miejsce dla bajkowej, finezyjnej wyobraźni Gaudiego, dla nowej jakości wychodzącej poza świat kontrastów, która w tym zamęcie stworzyła coś oryginalnego (swoją drogą liczyłam na to, że Gaudi mnie mocno poruszy, tymczasem wywołał mu mnie tylko lekko-ciepłe uczucia).

Barcelona widok na miasto z Parku Guell

Widok na miasto z Parku Guell, zaprojektowanego przez Gaudiego

Barcelona: Park Guell

Tancereczka w Parku Guell

Barcelona kościół Gaudiego

Sagrada Família: wciąż w budowie. Jak dobrze pójdzie za trzydzieści lat powinna być skończona.

Barcelona przeszła wiele. "Pierwszy raz w życiu widziałem miasto, które było w rękach klasy robotniczej" - pisał w 1938 roku George Orwell - "każdy jeden budynek został przejęty przez robotników i oznaczony czerwoną flagą. Kościoły były systematycznie demolowane przez gangi. Każdy sklep i każda kawiarnia została oznaczona jako skolektywizowana." Wydawałoby się, że z takiej rewolucyjnej destrukcji, nic się w mieście nie ostanie.Tymczasem katedra w gotyckiej dzielnicy, jak i mroczny, ogromny kościół Santa Maria Del Mar wciąż stoją, fascynują i obezwładniają swoim rozmiarem. Stare kościoły hiszpańskie w wielkich miastach są moim zdaniem dość perwersyjne w swoim charakterze. W mrocznym, ascetycznym wnętrzu, którego ciemność tworzy się nie tylko przez niewielką ilość światła wchodzącego do środka, ale przez brunatny czy szary kamień, z którego powstały ściany, nagle poraża (czy też przeraża) opływający ze złota ołtarz, jaki powstał podczas euforycznych czasów wielkich geograficznych odkryć i grabieży.

Barcelona centrum miasta

Na ulicach jeszcze wciąż przedwiosennie

Barcelona panorama miasta

Barcelona: widok z katedry

Barcelona dzielnica gotycka

Dzielnica gotycka

Barcelona to nie tylko skomplikowana przeszłość, ale i pełna młodych ludzi teraźniejszość. To miasto, które ma energię. To miejsce, gdzie żyje się nocą.Tutaj, jak zresztą w innych częściach Hiszpanii, na kolację nie wychodzi się przed 22-gą, a dyskoteki nie otwierają się przed 3 nad ranem. Nocne hulanki leczy się później dawką tłuszczu i cukru w postaci churros, sprzedawanych późną (czy raczej już wczesną porą) przez przydrożnych handlarzy. Długie smażone w głębokim tłuszczu paluchy podaje się też na niedzielne śniadanie razem z gęstą czekoladą. Na tym chyba najbardziej poległam. Mój żołądek przyzwyczajony do kawy i bagietki z dżemem na śniadanie nie chciał się przekonać do hiszpańskich specjałów.

Barcelona, wreszcie, była dla mnie też miejscem wzruszających spotkań.  To tu przeprowadziła się jesienią moja przyjaciółka, to u niej spotkałyśmy się z przyjaciółmi z Gdyni i z Londynu, to dzięki niej po latach zobaczyłam koleżanki ze studiów i z czasów liceum, które w tym skomplikowanym mieście znalazły swój czasowy (a może stały?) dom. "To tutaj wszystko się zaczęło..." - powiedział o Barcelonie Picasso. Czy kosmopolityczna Barcelona stanie się nową mekką młodych jak niegdyś Londyn?

środa, 24 marca 2010

Jan Morris Jan Morris była mężczyzną. Jan Morris jest teraz jedną z najbardziej znanych brytyjskich pisarek podróżniczych, której zmysł do uchwycenia istoty miejsc jest imponujący.

Z panią Morris miałam po raz pierwszy do czynienia prawie sześć lat temu, kiedy przeprowadziłam się do Oksfordu a Oliver podsunął mi jej książkę o właśnie tym miejscu - książkę-klasyk, w której historia, natura i anegdota spajają się lekko w niezwykłą opowieść. Morris jest szczegółowa, ale właśnie z tych detali stara się wyłapać to, co decyduje o charakterze miasta. I to szalenie mi się podoba.

W książce poświęconej Hiszpanii postępuje podobnie. "Spain" to długie, szczegółowe wyliczanki przykładów, na podstawie których Morris rysuje portret tego szczególnego kraju, odciętego od reszty starego kontynentu, którego historia przez siedem stuleci bliższa była muzułmańskim krajom Bliskiego Wschodu niż Europy.

Morris pisze sporo o zapóźnieniu Hiszpanii. Kiedy we Francji budowano już w gotyku, na Wielkim Półwyspie wciąż tworzono w stylu romańskim. Kiedy świat otworzył się na zdobycze renesansu, Hiszpania wciąż zapatrzona była w gotyckie strzelistości i wiernie strzegła średniowiecznych wartości, które na wschód od niej już dawno zostały porzucone. W XVIII wieku hiszpańskie uniwersytety wciąż rozważały, czy Kopernik miał rację. Żadnej symfonii Bethovena nie zagrano w Madrycie aż do 1866 roku . Rewolucja przemysłowa - podsumowuje Morris - dokonała się w Hiszpanii dopiero w latach 60-tych XX wieku.

W Hiszpanii pierwszy raz byłam kilka lat temu, kiedy wypożyczyliśmy samochód w starej Grenadzie i ruszyliśmy w podróż po Andaluzji. Hiszpańskie wioski z tamtego regionu wciąż nie miały oświetlenia a drogi wiodące przez nie były wciąż tylko usypane z piasku. Zaskoczyły mnie społeczności troglodytów - ludzi mieszkających w jaskiniach. Na skraju jednej z takich osad w Guadix mieszka się wciąż bez bieżącej wody...

Książka "Spain" próbuje oddać ducha hiszpańskości: monotonię krajobrazu środka podobnego do pustynii, w którym jest coś mistycznego i coś ekscytującego. Prawie dwie trzecie Hiszpanii - pisze Morris - nigdy nie było uprawiane, a połowa ziemi Andaluzji została wywiana do morza.

Hiszpania Morris to jednak kraj przełomu lat 60-70tych, wciąż bardzo zamknięta. Chwilami czytając książkę miałam wrażenie, że przydałby się współczesny akcent, spojrzenie na to przez wieki wsobne państwo z perspektywy dzisiejszego podróżującego, który owszem wciąż zastanie wielkie i dość dzikie przestrzenie, puste drogi i błąkające się myśli podobne szaleństwu Don Kichota, ale również kosmopolityczne miasta, zmieniające się szybko pod wpływem emigrantów z Afryki, Indii, Pakistanu i Ameryki Północnej czy całe rzesze młodych ludzi, radośnie spijających Sangrię.

Zaletą książki jest z pewnością to, że Morris nie poddaje się politycznej poprawności, inteligentnie i swobodnie omawiając takie wrażliwe kwestie jak charakter narodowy. Książkę polecam wszystkim tym, których interesuje ten szeroki ląd końca Europy. Współczesną Hiszpanię trzeba jednak odkryć na właśną rękę.

***
Jan Morris "Spain"
Wyd. Faber&Faber, 2008 r.

piątek, 19 marca 2010

Grenada Hiszpania

Już, już, już... dzieje się. Marzec pogalopował mocno do przodu, rozpędzając w tym pędzie długo goszczące zimowe chmury. Mamy słońce i Wielka Brytyjska Wyspa wkrótce zmieni się w ląd sterczących żąkili.

Kilka dni temu spędziłam pierwsze popołudnie z książką w ogrodzie. Od przedwiosennej podszytej wilgocią aury chronił mnie co prawda gruby koc, ale nos czule wystawiony do słońca nie dał się oszukać i radośnie się zarumienił. Czytalam książkę Jan Morris o Hiszpanii. Słońce łaskotało, koc dogrzewał, więc wyobraźnia nie musiała się specjalnie wysilać, żeby przenieść się mentalnie na rozległe równiny hiszpańskiej ziemi.

O książce chciałam od razu napisać, ale marzec pogalopował tak szybko, że ta niezwykła machina do mielenia czasu wypluła mnie ze swojego wnętrza dopiero teraz na lotnisku, gdzie za parę godzin inna maszyneria przeniesie mnie fizycznie tam, gdzie jeszcze parę dni temu mogłabym być tylko myślami.

Barcelona, która jako jedno z niewielu miast Hiszpanii patrzy poza granice tego wsobnego kraju - pisze Jan Morris - jest miejscem szczególnym. Najbardziej kosmopolityczne, ba, nawet najbardziej "europejskie", prawdziwie środziemnomorskie miasto jest kierunkiem, który obieram dziś. Do usłyszenia za dni kilka!

Grenada

Hiszpanski obrazek - Grenada w maju

środa, 17 marca 2010

Herbatka o piątej Oksford, Old ParsonageMoment, kiedy herbata znajdzie się na godzinie piątej po południu na tarczy brytyjskiego zegara, przywołuje znane na całym świecie obrazy: nagłą przerwę w pracy, rozprężenie i rzecz jasna filiżanki porcelanowe napełniane złotym płynem, którego szlachetna barwa zmienia się w plebejską szarość po zmąceniu jej mlekiem. Im ktoś bardziej zna i pamięta Brytyjskie Imperium, tym silniejsza będzie jego wiara w czar angielskiej herbatki o piątej.

Tym pamiętliwym będzie najtrudniej pogodzić się z tym, co zastaną, przekroczywszy wybrzeże Wysp. Mit o narodzie żyjącym na herbacie, na jej przebogatych odmianach, delektującym się finezją chińskich, indyjskich czy afrykańskich zaparzonych liści herbacianych jest niczym więcej niż wielkim mitem. Herbata na typowej, głównej ulicy miasta (czyli tzw. High Street), gdzie żyją sklepy i kawiarnie sprowadzona została do napoju co najwyżej trzeciej kategorii. Weźmy taką oksfordzką High Street. Ta ulica wyznaczająca główną miejską aortę zdominowana jest jak tysiące innych kluczowych ulic miejskiego życia przez włosko brzmiące sieciowe bary z kawą, w rzędy których powtykany jest amerykański Starbucks. Kaw jest do wyboru do koloru - zwykle począwszy od czarnego małego espresso przez następne 6-7 rodzajów, na jasnej roztopionej w mleku latte skończywszy. Herbata pojawia się na samym końcu. I zawsze pod tą samą nazwą: Assam bądź Earl Grey w zwykłej płaskiej torebce. Do szybkiego zamoczenia we wrzątku i błyskawiczego wyciągnięcia, bo trzymanie jej dłużej niż dwie minuty czyni herbatę niezwykle gorzką (i wtedy nawet mleko i cukier nie pomogą).

Jeżeli popatrzeć na brytyjską herbatę statystycznie, to okaże się, że przeważająca liczba nigdy nie jest parzona z liści w czajniczkach, ale pochodzi z anonimowych torebek marki Twinnings czy Teltey. I jak z czymś takim przysiąść przy stoliku na dłuższy czas? O delektowaniu się trzeba rzecz jasna zapomnieć, bo brąz i gorycz tego napoju nie ma nic wspólnego z subtelnością rumianej, parzonej herbaty.

Byłabym jednak niesprawiedliwa, gdybym powiedziała, że herbatę się na Wyspach pija rzadko bądź że Brytyjczycy nie mają do niej słabości. Wręcz przeciwnie. Herbata, choć trzeciej kategorii jest wciąż częścią codziennego rytuału. Jakieś dwie godziny po przerwie obiadowej całe rzesze osób, z którymi pracuję, wyskakują z biurek, by poddać się wybijanej naturalnym gongiem tradycji: tea time. Zegar naturalny rzadko jednak wybija późniejszą godzinę niż czwarta. Nawet w lokalach, które oferują podwieczorki, na tradycyjną herbatkę można pójść tylko przed piątą.

Kiedyś, jeszcze parę dekad temu w wielu zakładach pracy istniała instytucja tea ladies - pań w białych fartuszkach, które popołudniami roznosiły herbatę w dzbankach po wydziałach (herbata była jednak już wtedy parzona z torebki). Te panie i tamte zwyczaje to już przeszłość. Brytyjska teraźniejszość równa się szybkiemu kubkowi herbaty ekspresowej.

Herbata w swojej klasie zeszła na margines. Tradycyjną z rytuałem można dostać jedynie na wsiach, gdzie wciąż istnieją tea rooms (serwujące napój w dzbankach, choć coraz częściej parzony z torebki, i w filiżankach z dodatkiem porządnego kawałka ciężkiego ciasta bądź ciastka), i w eleganckich hotelach, które oferują gościom i nie-gościom wytrwane menu z kilkoma rodzajami Afternoon Tea.

Angielska herbatka o piątej

Amatorzy popołudniowej herbaty w Old Parsonage Hotel w Oksfordzie

W Oksfordzie jest takie miejsce, które z szykiem i obowiązkowym zadartym nosem, serwuje taką herbatę, którą można się delektować i która potrafi nakarmić wszystkie możliwe wspomnienia czy wyobrażenia o wielkim Brytyjskim Imperium na herbacie zbudowanym. Old Parsonage to elegancki hotel na uboczu centrum, który mieści się w starej, tradycyjnej chacie z kamienia, gdzie panuje naturalny półmrok, a wieczorem restaurację ogrzewa wielki kominek.

Kiedy wchodzę do Old Parsonage w sobotnie popołudnie w moich sztruksach koloru groszku i rozwianych włosach, wystawiam wytwornego kelnera na dużą próbę. Mierzy mnie wzrokiem dłużej niż innych. Musi się wahać. Posyłam mu jednak uśmiech, proszę o stolik dla jednej osoby i jego finezja bierze górę nad konwenansami, więc po chwili prowadzi mnie do sali pełnej pań w żakiecikach z szampanem w ręce, młodych dziewcząt w poprawnych sukieneczkach świętujących jakąś ważną uroczystość i kilku starszych panów ubranych w marynarkę w kratkę.

Old Parsonage słynie ze swoich miękkich foteli, w które można się dosłownie zatopić, podkładając dla nadmiaru wygody wokół siebie dodatkowe poduchy. Karta z popołudniową herbatką jest lekcją historii i doświadczeniem samym w sobie. Zacząć można od tradycynej, w której skład wchodzi nie tylko parzona w imbryku herbata z liści jednej z sześciu chińskich bądź indyjskich odmian, ale i kanapki oraz bezwzględnie scones - okrągłe ciacha pieczone w formie małej wieży, które rozcina się nożem, nakłada na nie domowej roboty masło i dżem.  Od tradycyjnego zestawu można skoczyć całą klasę wyżej do Champagne Tea (w Old Parsonage ta kryje się pod nazwą Graduation Tea, bo pewnie zamawiana jest głównie przez świętujących, a w Oksfordzie rzecz jasna najczęściej świętuje się właśnie zakończenia roku, egzaminy i dyplomy). Ten artystokratyczny zestaw obejmuje dodatkowo tradycją przeznaczone do konsumpcji z herbatą ciasta i bezwzględnie smukły kieliszek szampana.

Angielska herbatka o piątej

Tradycyjna angielska herbatka serwowana jest z ciastkami (scones), masłem i dżemem.

Rozglądam się dookoła i od razu rozpoznaję trzech amatorów Chamagne Tea. Pani z dyndającym na szyi wielkim szlachetnym kamieniem oprawionym w srebro trzyma w ręku w połowie opróżniony kieliszek i wykłada córce, jak ta powinna zadbać o swoją przyszłość. W rogu szlachetne towarzystwo wygląda tak, jakby bawiło się na wyścigach konnych. Jest wreszcie i para: z aspiracjami, ale pewnie z niższych sfer, bo picie szampana jest dla nich najwyraźniej czymś zupełnie obcym, dlatego często biorąc do ręki kieliszek pozują na gwiazdy z ekranu, śmiejąc się przy tym głośno.

W menu jest wreszcie trzecia możliwość, skromna, ale w pełni mnie zadowalająca: herbata podawana z lekko ciepłymi ciasteczkami scones. Herbata, rzecz jasna, pojawia się na stole w akompaniamencie dzbanuszka z mlekiem, które zgodnie z rytuałem należałoby nalać do filiżanki najpierw, zanim napełni się ją po brzegi rumianym płynem. Moja odmienność zapamiętana będzie w Old Parsonage nie tylko ze względu na zielone sztruksy. Herbatę piję z cytryną! Lekko zakwaszona złota ciecz doskonale idzie w parze z ciepłymi, słodkimi ciasteczkami. I kiedy łyk herbaty zagryzam dżemowo-maślanym sconem, myślami wędruję daleko, daleko. Wcale nie do brytyjskiego imperium, wiktoriańskich gier i zabaw, ale własnego, polskiego dzieciństwa, które przypadło jeszcze na czasy komunistyczne. Cytryny oczywiście nie było, bądź zdarzała się rzadko, ale na herbatę, studzoną przez mamę przez dodanie zimnej wody i na pajdę świeżego chleba z masłem i domowym dżemem z czereśni spieszyłam z ekscytacją po południu, biegnąc z metalowego placu zabaw na górę na czwarte piętro bloku po tą upragnioną i jakże prostą słodycz dziecięcego dnia, która cenniejsza jest od niejednego imperium...

Dedykuję wszystkim miłośnikom herbaty.

środa, 10 marca 2010

Crossing the BordersDziś kilka słów o wystawie, która swoim charakterem doskonale wpisuje się w profil tego bloga. To kolejna, już druga opisywana przeze mnie odsłona przebogatych wnętrzności oksfordzkiej Bodleian Library (o najpiękniejszych książkach świata pisałam tutaj). Tematem jest przekracznie granic i kultur, a dokładnie rezultat tych twórczych wycieczek poza kresy własnego, kulturowego poletka. Wiadomość o wystawie "Crossing the Borders: Hebrew Manuscripts as a Meeting-place of Cultures" ucieszyła mnie podwójnie. Byłam szalenie ciekawa, jak odmienne artystyczne tradycje spotykają się i mieszają w czymś tak delikatnym jak manuskrypty średniowieczne (a czasami nawet czymś tak, wydawałoby się, konserwatywnym jak teksty religijne). Nie mogłam się też doczekać samej możliwości obejrzenia czegoś unikatowego, co większość obecnego życia spędza w magazynach (czy też sejfach?) biblioteki, szalenie rzadko wystawiając się na wzork zwykłego śmiertelnika.

Bodleian Library zdecydowanie wie, jak zabrać się do rzeczy. Wystawa jest znakomicie przygotowana w przyciemnionej sali gotyckiego budynku, gdzie punktowe lampki rozświetlają cały kolorystyczny i wzorniczy kunszt rękopisów wykonywanych w warsztatach Żydów, Muzułmanów i Chrześcijan. Największe wrażenie robi Kennicott Bible, przepiękny rękopis Biblii stworzony w muzułmańskiej Hiszpanii, stąd też pełny islamskiego wzornictwa, doskonałej geometrii. Obok dla porównania usadowiono egzemplarz Koranu z tego samego czasu. Na pierwszy rzut oka aż trudno je odróżnić!

Oksfordzka biblioteka Bodleain Library

Jedna z sal w Bodleain Library

Hebrajskie manuskrypty powstawały w żydowskich społecznościach rozsianych po Europie. Hebrajski, rzecz jasna, był wtedy tylko językiem pisanym, bo Żydzi posługiwali się zwykle mową miejsca, w którym mieszkali. Te miejsca i ich kultury wywarły ogromny wpływ na to, jak tworzyli klasyczne dla nich teksty. Aszkenazyjczycy, niegdyś utożsamiani z Żydami z Niemiec, pracowali nad rękopisami Tory czy modlitewników, naśladując styl średniowiecznych tekstów łacińskich z tego regionu (Chwilę mi zajęło zanim zorientowałam się, że nie oglądam gotyckich liter łaciny, ale hebrajski alfabet...). Sefardyjczycy - Żydzi z Półwyspu Iberyjskiego i północnej Afryki - zanurzyli się we wspaniałościach arabskiej kaligrafii. Z kolei we włoskiej Ferrarze powstawały zarówno w żydowskich jak i chrześcijańskich warsztatach przykłady hebryjskich pism religijnych, które... zawierały chrześcijańskie motywy graficzne, np. Marii i jednorożca. Kiedy opowiadałam o wystawie znajomemu historykowi z Izraela, którego rodzina pochodzi ze społeczności Żydów aszkenazyjskich, powiedział tylko: niemożliwe, religijne teksty hebrajskie nie mogą mieć ilustracji!

Historia kulturalnych (i przecież religijnych) wpływów potwierdza jednak, że niemożliwe jest jak najbardziej wykonalne i to jeszcze w najpiękniejszy z możliwych sposobów. Czyż nie cudowna i w pewnien sposób niewiarygodna była ta późnośredniowieczna swoboda wymiany myśli między trzema religiami, kilkunastoma krajami i wzajemne nieskrępowane, wychodzące ponad ortodoksyjne ramy dokonania sztuki rękopisarskiej (nawet w materii tak wrażliwej jak teksty religijne)?

Wychodząc z wystawy, wysiliłam się na małą próbę pamięci. W ostatnich kilku latach musiałam zwiedzić dziesiątki wystaw w dalekich i bliskich krajach i nikt, absolunie nikt nie pokazywał czegoś podobnego, co mogłoby mieć miejsce współcześnie. Czy zatem w świecie globalnie dostępnym, żyjąc w miejscach, które są coraz większymi tyglami narodowo-kulturalnymi, takiej swobody i wzajemnej inspiracji nie ma? A może właśnie ze względu na taką dostępność i wymieszanie, wolimy tworzyć i pokazywać to, w czym wyrośliśmy, co najbliższe skóry?

Manuscrypt hebrajski - wystawa Crossing the Borders


Pisząc teraz o tej wystawie, nie mogłam się nie uśmiechnąć. Kiedy zaczynałam pisać tego bloga, moje pierwsze nieśmiałe teksty były właśnie o chrześcijańsko-muzułmańsko-żydowskich wpływach w sztuce: o Synagodze według Maurów i meczeto-katedrze w Cordobie. Powracam zatem do początków... :)

Wystawie "Crossing the Borders: Hebrew Manuscripts as a Meeting-place of Cultures" towarzyszły w ostatnich kilku tygodniach wykłady organizowane przez kuratorów. Spotkania odbywały się w czasie przerwy obiadowej, więc radośnie się na nie wybrałam, tym bardziej, że zaproszono nas nie byle gdzie, ale do samego Convocation Room - cudnej gotyckiej sali, w której na obrady zbierają się największe głowy Uniwersytetu Oksfordzkiego. Wykłady były na akademickim poziomie, a ze mnie żaden ekspert w średniowiecznych rękopisach, więc słuchałam pokornie, nie rozumiejąc połowy i wyobrażając sobie, jak na tych twardych, gotyckich ławach muszą i musieli się w tej kilkuset letniej historii męczyć obradujący...

Convocation Room

Średniowieczna Convocation Room w oksfordzkiej bibliotece


***
Crossing Borders: Hebrew Manuscripts as a Meeting-place of Cultures
Oksford,  Exhibition Room, Bodleian Library
Wystawa trwa do 3 maja 2010, wstęp wolny

wtorek, 09 marca 2010

Diary of a Bad Year Główny bohater powieści - starzejący się pisarz Senior C. - wyznaje, że nie ma już siły na pisanie powieści, a energii starcza ma jedynie na wyrażanie swoich opinii, które nagrywa na dyktafon. Powiem tak: ten, kto pomyśli, że za tą postacią kryje się sam autor, zbłądzi. Choć Coetzee bezustannie lewituje na granicy życia w rzeczywistości i stwarzania jego obrazu w fikcji, jestem przekonana, że złudnie podobnym wcieleniom pisarza nie należy zawierzać. Temu dowodzi chociażby ta książka, która jak najbardziej zasługuje na miano powieści i której autor miał nie tylko mnóstwo siły, ale i zmysłu, talentu i zacięcia, by stworzyć kolejny traktakt o tym, czym jest życie.

Przeczytałam w ostatnim czasie kilka powieści Coetzee i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że pisarz jest słownym architektem najwyższej klasy. Tu nie ma łatwych połączeń modnego szkła  z betonem. Coetzee ma swój jakże rozpoznawalny styl bazujący na prostocie, ale wykończony do ostatniej litery.

"Diary of a Bad Year" jest fikcyjną wieżą na trzech poziomach. Stary pisarz notuje swoje "ostre" opinie (cudzysłów jest mój, bo jak się szybko przekonałam, słowom Seniora C. brakuje ostrości noża. Są one jedynie zbiorem przemysleń "mieszkańca świata", któremu zależy; który myśli o tym, co oferuje mu otaczająca go rzeczywistość – a dokładnie rzeczywistość globalna). Refleksje spisuje dla niego młoda i piękna dziewczyna (Anya), spotkania z którą pisarz zacznie zapisywać w formie pamiętnika (tak powstanie druga warstwa książki). O zawartości tego zbiorku myśli Anya będzie rozmawiać ze swoim twardo stąpającym po ziemi chłopakiem Alanem. I w ten sposób zrodzi się trzecie piętro pamiętnika.

W tej precyzyjnie i zręcznie uwitej konstrukcji jest o poważnych sprawach, jest o błahostkach codziennych, wysokie miesza się z niskim, istotne z ulotnym, tragiczne z komicznym. I jak tutaj nie być oczarowanym? Coetzee krasi ten współczesny zapis świata ironią, nie szczędząc samego siebie. Główny bohater – noblista C. – mylony jest przez dwójkę młodych z Paulo Coelho czy z Marquezem. Kiedy on rozmyśla na temat iluzji współczesnej demokracji czy odpowiedzialności mieszkańca demokratycznego kraju za to, że jego wybrany rząd rozpoczyna niemoralne wojny, Alan zazdrośnie tłumaczy Anyi, że Senior C. musi łypać na nią lubieżnym okiem. W tej mozaice kontrastujących postaw, w skomplikowanym łańcuszku uczuć i życiowych wyborów widzę prawdziwą ludzką tragikomedię.

Historia nie ożyje, dopóki nie zbudujesz jej domu w swojej świadomości. To jest bagaż, którego żadna wolna osoba nie może być zmuszona do niesienia ("History has no life unless you give it a home in your consciousness. It is a load no free person can be forced to take on" str. 44) - podsumowuje swoje obywatelskie, światowe rozważania Senior C., jednocześnie podkreślając, że on po ziemi chodzi według trzeciej drogi: nie rewolucji, nie serwilizmu, ale wewnętrzej emigracji, ciszy. Oczywiście, nie każdy chciałby w ten sam sposób podążać. Ale z pewnością wszyscy kiedyś tam zadajemy sobie pytanie, które prawdziwie angażuje naszą duszę: jak to jest żyć. No właśnie, jak?

Tą przewrotną i ważną powieść gorąco polecam wszystkim, których dusza ma ochotę podjąć wyzwanie.

***
John Maxwell Coetzee "Diary of a Bad Year"

wyd. Vintage, London 2008
Po polsku książka wydana pod tytułem "Zapiski ze złego roku", tłum. Zbigniew Batko, Znak 2008.

poniedziałek, 08 marca 2010

Ian McEwanZdębieliśmy, kiedy zobaczyliśmy reklamę. Po raz pierwszy w życiu widziałam w Wielkiej Brytanii billboard przy autostradzie, który reklamował książkę (i tutaj muszę dodać, że w tego typu miejscach jakiekolwiek niemotorowe ogłoszenie są naprawdę rzadkie, a co dopiero książkowe!). A ten reklamował powieść i to wcale nie sprzedawany w milionach bestseller, ani nie literaturę popularną, ale najnowszą książkę Iana McEwana zatytułowaną "Solar".

Byliśmy w drodze do Londynu. Zaniemówiliśmy. Dopiero po chwili upewniliśmy się nawzajem, że to co widzieliśmy było naprawdę przed nami, a nie grą wyobraźni. Czyżby odcinek autostrady między Oksfordem a Londynem był specjalnie dedykowany czytającym literaturę piękną? A może McEwan to kandydat na następnego literackiego celebrity? (choć do tej roli wydaje mi się, że niespecjalnie się nadaje).

Moje pierwsze spotkanie z McEwanem wcale nie było książkowe, ale filmowe. Widzieliśmy w kinie "Enduring Love", którym się zachwyciłam. Wyszłam z założenia, że książka musi być jeszcze bogatsza i pełniejsza niż film (wszak wiele przecież ginie, jak przenosi się słowo na obraz), więc chwyciłam za powieść (po polsku wydana pod dość ciężkobrzmiącym tytułem "Przetrzymać tę miłość"). I tutaj spotkało mnie rozczarowanie. To, co film subtelnie ujął w grze mimiki, zachowań bohaterów, to książka rozpracowała w słownych detalach na pozomie wyższym od analitycznej rozprawy. Powieść jest według mnie zbyt przekalkulowana. Jest w niej pewna nerwowość w ciągłym upewnianiu się, że czytelnik ufa fabule.

McEwan jest zresztą obsesyjny jeżeli chodzi o akuratność, prawdziwość i wiarygodność jego prozy. Kiedyś na spotkaniu w Oksfordzie wyjawił, że w momencie, kiedy otrzymał list od czytelniczki wskazujący, że układ gwiazd, które obserwują bohaterowie na południu Europy zawiera błąd, momentalnie poprawił to w oryginale. Można by zapytać, czy to w ogóle miało jakiekolwiek znaczenie?

Po "Enduring Love" sięgnęłam po "On Chesil Beach" (pol. "Na plaży Chesil"), która jest cudowną książką o fatalnej w skutkach nocy poślubnej. McEwan pokazał w niej całą klasę w przenikaniu młodzieńczego umysłu, w oddaniu krępujących, wprowadzających w zażenowanie sytuacji. Naprawdę gorąco polecam.

Później miałam ochotę przeczytać "Saturday", ale zniechęciłam się zupełnie po tym, jak Oliver rzucił ją w kąt w połowie, zaklinając się, że to kiepska proza. Ostatecznie ostatni raz zetknęliśmy się z McEwanem znowu na filmie. Tym razem była to adaptacja "Atonement" ("Pokuty"), która pomimo wzruszającej historii, wizualnie ciekawych obrazów i niezłej obsady pozostawiła mnie absolutnie zimną.

Czy sięgnę po książkę "Solar" - historię starzejącego się fizyka-Noblisty, który spoczywa na laurach po otrzymaniu nagrody i po notorycznych romansach? Nie wiem. Z pewnością nie będę się spieszyć z jej kupnem (książka dostępna będzie w sprzedaży od 18 marca. Cena rynkowa to okolice 18 funtów). Księgarnie rozpoczęły już agresywną kampanię promocyjną (której zresztą jestem dosłownie ofiarą, bo przechodząc obok Waterstones w czwartek, boleśnie nadziałam się szanowną dolną kończyną na wystawione przed drzwiami drewniane, rozkładane ogłoszenie reklamujące "Solar").

A jakie są Wasze doświadczenia z prozą McEwana?

Solar - najnowsza książka Iana McEwana

Reklama najnowszej książki McEwana w londyńskim metrze

***
Craig Raine będzie rozmawiał z Ianem McEwanem o jego książce "Solar" podczas Oksfordzkiego Festiwalu Literackiego, o którym pisałam tutaj (spotkanie odbędzie się w piątek 26 marca o 18stej.

niedziela, 07 marca 2010
Widzę ciemność
"Widz nie powinien wiedzieć zbyt dużo przed tym, jak wybierze się zobaczyć dzieło sztuki" - powiedział Mirosław Bałka, kiedy kilka tygodni temu przyjechał do Oksfordu, żeby porozmawiać na temat wystawy swoich prac w Oxford Museum of Modern Art i ogólnie o własnym podejściu do tworzenia. To zdanie mocno utkwiło mi w pamięci, bo w swojej zwięzłości dotyka sprawy podstawowej: odbierania sztuki wrażeniami a niekoniecznie przez intelekt (i to zbiorowy - rzesz krytyków), o zachowanie pierwszego silnego uczucia takiego przeżycia.
Podczas ostatnich podróży "wpadałam" na Mirosława Bałkę często. Zresztą jego praca była pierwszą, jaką widziałam w Museum of Modern Art w Nowym Jorku. Dopiero jednak wczoraj udało mi się dotrzeć do jego gigantycznego czarnego pudła (konteneru?) zatytułowanego "How it is" w Tate Modern w Londynie.
Do środka wchodzi się po długiej rampie i powoli zatapia się w ciemność. Uczucie jest niesamowite, nowe, zupełnie dezorientujące. Im dalej wchodziłam, tym większa była moja niepewność dotycząca przestrzeni. Pudło w środku wyścielone jest czarnym welurem a nie pomalowane farbą, żeby przypadkiem nie odbijało światła. W kontenerze trzeba zupełnie się mu poddać, bo zmysły przestają nas prowadzić. Natychmiast wysunęłam przed siebie ręce w zwykłym odruchu, który przecież jest nam tak wspólny, kiedy zawodzi wzrok. I ta droga do końca pudła (swoją drogą koniec przychodzi nagle, czują go ręce w postaci miękkiej ściany) miała charakter inicjacji, inicjacji w ciemność, w nieznane. Doświadczenie jest naprawdę unikatowe!
"How it is" jest świetną, genialną w swej prostocie pracą, która zabiera do obcego świata, pokazując jak bezradnie człowiek zaczyna się czuć w przestrzeni, w której nie potrafi orientować się za pomocą zmysłów wzroku i słuchu. To ekstremalne przeżycie. I można go doznać tylko raz! Wychodząc z czarnego pudła, idzie się w stronę światła, zaczyna się rozpoznawać kształty. Kiedy odwróciłam się z powrotem w stronę ciemności, to mój wzrok w dziwny sposób nagle zaczął dostrzegać wszelkie odcienie czerni i szarości, dając mi pełen obraz końca, rogów, początku. Podróż do kresu jest jedna i odbywa się w całkowitej niepewności. Zmierzanie do światła to dreptanie do znanego, w objęcia kojącej przestrzeni. Ta droga ma w sobie wiele z mistyki światła i cienia, momentu przejścia. Na końcu pudła można być jak na skraju Styksu, czekając na przewoźnika...
Tym wszystkim, którzy jeszcze nie widzieli "How it is" gorąco polecam wizytę w Tate Modern na południowym wybrzeżu Tamizy. Pudła ciemności można doświadczać do 5 kwietnia br. (wstęp wolny).
Panie Mirosławie, dziękuję za to niezwykłe doświadczenie!

Tate Modern"Widz nie powinien wiedzieć zbyt dużo przed tym, jak wybierze się zobaczyć dzieło sztuki" - powiedział Mirosław Bałka, kiedy kilka tygodni temu przyjechał do Oksfordu, żeby porozmawiać na temat wystawy swoich prac w Oxford Museum of Modern Art i ogólnie o własnym podejściu do tworzenia. To zdanie mocno utkwiło mi w pamięci, bo w swojej zwięzłości dotyka sprawy podstawowej: odbierania sztuki wrażeniami a niekoniecznie przez intelekt (i to zbiorowy - rzesz krytyków), o zachowanie pierwszego silnego uczucia takiego przeżycia.

Podczas ostatnich podróży "wpadałam" na Mirosława Bałkę często. Zresztą jego praca była pierwszą, jaką widziałam w Museum of Modern Art w Nowym Jorku. Dopiero jednak wczoraj udało mi się dotrzeć do jego gigantycznego czarnego pudła (konteneru?) zatytułowanego "How it is" w Tate Modern w Londynie.

Do środka wchodzi się po długiej rampie i powoli zatapia się w ciemność. Uczucie jest niesamowite, nowe, zupełnie dezorientujące. Im dalej wchodziłam, tym większa była moja niepewność dotycząca przestrzeni. Pudło w środku wyścielone jest czarnym welurem a nie pomalowane farbą, żeby przypadkiem nie odbijało światła. W kontenerze trzeba zupełnie się mu poddać, bo zmysły przestają nas prowadzić. Natychmiast wysunęłam przed siebie ręce w zwykłym odruchu, który przecież jest nam tak wspólny, kiedy zawodzi wzrok. I ta droga do końca pudła (swoją drogą koniec przychodzi nagle, czują go ręce w postaci miękkiej ściany) miała charakter inicjacji, inicjacji w ciemność, w nieznane. Doświadczenie jest naprawdę unikatowe!

Wejście do konteneru ciemności Mirosława Bałki 'How it is'

Wejście do ciemności

"How it is" jest świetną, genialną w swej prostocie pracą, która zabiera do obcego świata, pokazując jak bezradnie człowiek zaczyna się czuć w przestrzeni, w której nie potrafi orientować się za pomocą zmysłów wzroku i słuchu. To ekstremalne przeżycie. I można go doznać tylko raz! Wychodząc z czarnego pudła, idzie się w stronę światła, zaczyna się rozpoznawać kształty. Kiedy odwróciłam się z powrotem w stronę ciemności, to mój wzrok w dziwny sposób nagle zaczął dostrzegać wszelkie odcienie czerni i szarości, dając mi pełen obraz końca, rogów, początku. Podróż do kresu jest jedna i odbywa się w całkowitej niepewności. Zmierzanie do światła to dreptanie do znanego, w objęcia kojącej przestrzeni. Ta droga ma w sobie wiele z mistyki światła i cienia, momentu przejścia. Na końcu pudła można być jak na skraju Styksu, czekając na przewoźnika...

Wyjście z ciemności

Wyjście z ciemności 'How it is'

Tym wszystkim, którzy jeszcze nie widzieli "How it is" gorąco polecam wizytę w Tate Modern na południowym wybrzeżu Tamizy. Pudła ciemności można doświadczać do 5 kwietnia br. (wstęp wolny).

Panie Mirosławie, dziękuję!

czwartek, 04 marca 2010

The Last StationPisarz czy bóg (albo przynajmniej profeta)? Pytanie jest jak najbardziej na miejscu, kiedy rozchodzi się o Tołstoja w jego ostatnich latach życia, bo wtedy pociągał za sobą tłumy wyznających go członków tołstojańskiego ruchu.

Tołstoja znam tylko z jego bogatych, obszernych powieści pełni realizmu, z czasów "Anny Kareniny", kiedy literatura (i kobiety) a nie ideologia zaprzątała mu głowę. Dlatego z tym większą ciekawością wybrałam się do kina na najnowszy film Michaela Hoffmana "The Last Station", opowiadający o schyłku życia pisarza (powinnam napisać raczej ideologa w tym miejscu).

Obraz jest przede wszystkim kolorystycznie i krajobrazowo bardzo przyjemny. Szerokie pola spowite mgłą z czającą się na horyzoncie połyskującą cerkwią (jak tu nie myśleć o opisach wiejskich pejzaży z posiadłości Konstantego Dmitricza Lewina z "Anny Kareniny"?), smukłe, bijące bielą brzozy na tle soczystej zieleni, które tak dobrze oddają charakter majątku Tołstoja – Jasnej Polany (film co prawda nakręcony został w Niemczech a nie w dworku pisarza pod Moskwą. Krajobrazowo jednak nie miało to większego znaczenia – porównałam filmowe ujęcia ze zdjęciami Olivera z jego pobytu w Jasnej Polanie).

Film The Last Station o Tołstoju

Łagodność krajobrazu kontrastuje z charakterem wydarzeń. Lew Tołstoj, otoczony całą zgrają wyznawców, jest w wiecznym konflikcie z żoną, która (zresztą całkiem słusznie), ma dosyć atmosfery uwielbienia, spisku i braku prywatności. Jedną ze świetniejszych scen w filmie jest moment, kiedy rodzina łącznie z osobistym doktorem pisarza, siedzi w skąpanym w zieleni ogrodzie przy herbacie. Wszyscy ubrani są odpowiednio do ich społecznej pozycji za wyjątkiem Tołstoja, który zamiast w szlacheckim stroju, występuje w chłopskiej szacie. Cokolwiek pisarz nie powie, jest momentalnie zapisywane przez większość siedzących. Zofia, żona pisarza (świetna rola Helen Mirren) wybucha w pewnym momencie niepohamowanym gniewem, zabraniając komukolwiek podnieść do ręki ołówek. Dyskusja toczy się wokół społecznej równości i dzielenia się bogactwem z biednymi przez bogatych. Trudno o większy kontrast między tematem dyskusji a wytwornym otoczeniem.

Jasna Polana to miejsce konfliktów. To tutaj rozładowują się coraz częste burze między Tołstojem a jego żoną, między jego powiernikiem Wladimirem Czertkowem a Zofią Tołstoj. Czertkow zrobi wszystko, by zdobyć podpis Tołstoja pod nową wersją testamentu, w której pisarz zrzeka się praw autorskich do swoich dzieł. Zofia, z kolei szybko wyczuje, co dzieje się za jej plecami i wszelkimi możliwymi środkami (krzykiem, czułymi słówkami, atakami histerii, strzałami z pistoletu) będzie próbować wyperswadować mężowi ten pomysł. Jeżeli wierzyć biografom, to filmowej Zofii  brakuje jednak szaleństwa prawdziwej Zofii Tołstoj. Filmowa żona owszem ma temperament, ale jej działania nie wykraczają wcale poza rozpacz i determinację silnej osobowości, która nagle znajduje się w przegranej pozycji. Gdyby ten szaleńczy wątek pociągnąć, to film mógłby stać się bardziej ekstremalnym, ale i ciekawszym dramatem (a tak sympatie widza raczej zmierzają dość łatwo w stronę Zofii, bo motywacje Tołstoja są jednak niejasne).

Film The Last Station o Tołstoju

Kłótnie małżonków to walka o wpływy jednego na drugie. To w przypadku Zofii batalia o uczucie, o całą historię wspólnych przeżyć, jakie doświadczała przez lata małżeństwa. Dla Lwa Tołstoja to walka o wolność, o niezależność każdym kosztem. Nie jest to jednak wcale walka o ideały, bo Tołstoj w wielu dialogach pokazuje, że jego wyznawcy są znacznie bardziej "święci" niż on sam, który dawać ma im przykład. Jego ostre słowa przeciw małżeństwu, potępiające seks są w zupełnej opozycji z jego własnym życiem.

Film The Last Station o Tołstoju

Film w szerszym kontekście jest zatem pytaniem o to, kim jest człowiek uznawany przez wielu za współczesnego profetę (Tołstoj za takiego był właśnie postrzegany, a najlepszym przykładem jego wielkiego wpływu na życie innych jest chociażby polityczna filozofia Gandhiego).

Film The Last Station o Tołstoju

Wydarzenia fabularne dwóch obozów (żony i męża) łączy postać sekretarza Tołstoja młodego Walentina Bułgakowa, który trafia do Jasnej Polany pełen tołstojańskich idei (wegetarianizmu, abstynencji seksualnej) a wyjeżdża zakochany w rezolutnej Maszy (i już nie jako prawiczek). Romantyczny wątek wydał mi się najsłabszym w filmie (kochankowie rzucają się sobie w ramiona po długiej rozłące w ostatniej scenie, która jest też momentem śmierci Tołstoja). Zbyt silny sentymentalizm i happy-endowa prostota zakończenia (w tym momencie połowa kina chlipała już bardzo głośno) moim zdaniem odbiera wcześniej zbudowaną siłę dramatu. Szkoda. Gdyby ten inicjacyjny wątek wyciąć i skupić się na tym, co kołtuje się w głowach Zofii i Lwa, mielibyśmy głębszy i dojrzalszy film. Nie mniej jednak warto go zobaczyć. Panoramicznym obrazom towarzyszy też odpowiednio skrojona muzyka.

Ps. Zapomniałam dodać, że plakat reklamujący film jest po prostu fatalny. Zapowiada to, czego w filmie jest akurat najmniej...

***
"The Last Station" reż. Michael Hoffman
Produkcja: Niemcy, Wielka Brytania, Rosja
2009
Dwukrotnie nominowany do Oscara

wtorek, 02 marca 2010

Oxford Literary FestivalZa trzy tygodnie miasto spuchnie od wszelkiego rodzaju literackich głów: celebrities, literackich person, literacko-zainteresowanych, książkowo-wrażliwych czy literaturnie głodnych. Oxford Literary Festival to duże wydarzenie. Trwa dziesięć dni, zasadza się w najbardziej znanych i najbardziej wytwornych punktach miasta, jak teatr Sheldonian czy plener filmowy Harrego Pottera - Christ Church College.

Każdego roku, kiedy dostaję program, mam problem z przełknięciem dwóch rzeczy. Pierwsza jest banalna i automatycznie zniechęcająca: cena. Festiwal oferuje dziesiątki spotkań z pisarzami, historykami, autorami opracowań politycznych, naukowych, kulinarnych i wszelkich innych – każda sesja kosztuje 10 funtów bądź więcej. Program jest tak bogaty, że nawet przy dość bezwzględnej eliminacji, chciałabym wybrać się na co najmniej dziesięć wydarzeń. Kalkulacja jest prosta i nie do przetrawienia.

Przeszkadza mi też promowany wizerunek tego wydarzenia, które skoro już organizowane jest w Oksfordzie, to musi mieć (zupełnie niepotrzebnie) od razu elitarny charakter. Organizator przedsięwzięcia The Sunday Times (do którego dobrze pasuje angielskie określenie a mixed bag, czyli coś, co budzi mieszane uczucia) jest niewątpliwie miłośnikiem znanych streotypów, wierząc, że tak najlepiej będzie zyskać publikę.

Mnie to niestety zniechęca, choć przyznam możliwość wybrania się na spotkanie poświęcone literaturze afrykańskiej, ponowne usłyszenie Hilary Mantel czy Iana McEwana czy wreszcie wykład Juang Chang są jednak dość kuszące.

Po tygodniu wątpliwości już nawet miałam rezerwować bilet na parę spotkań na pierwszy weekend (20-21 marca), ale zdałam sobie sprawę, że wcześniej kupiłam już bilety na wyprawę do Barcelony w tym czasie, więc dylemat rozwiązał się właściwie sam.

Tym, którym będzie jednak Oksford po drodze, z długiej listy programowej mogłabym polecić:

16 marca

  • Wykład Juang Chang, autorki bestsellera o trzech pokoleniach kobiet w Chinach (książka jest zakazana w Chinach). Chang pojawi się w Oksfordzie na specjalne zaproszenie Kanclerza Uniwersytetu Oksfordzkiego

20 marca

  • "Literatura afrykańska" spotkanie prowadzą pisarz z Zimbabwe Brian Chikwava i nigeryjski twórca Chioma Okereke
  • "Chopin" – o pianiście będzie opowiadał jeden z jego biografów, częsty gość w Oksfordzie, głównie w kontekście spotkań poświęconych polskiej historii Adam Zamojski
  • "Patrząc w przeszłość i w przyszłość" rozmowa naukowców, w tym współczesnego boga nauki Richarda Dawkinsa

25 marca

  • Pokaz filmu o George'u  Orwellu

26 marca

  • Pokaz filmu, o którym pisała już Chihiro – wstrząsający obraz z Birmy "Burma VJ"
  • Spotkanie z Ianem McEwanem

27 marca

  • O "The Pregnant Widow" będzie opowiadał sam Martin Amis

28 marca

  • Rozmowa z Hilary Mantel

Listę wszystkich autorów można znaleźć tutaj.

Spotkaniom i rozmowom towarzyszyć będą dostojne kolacje - w czwartek 25 marca można załapać się na honorową - wydawaną na cześć AS Byatt (jedyne... 85 funtów). W drugi weekend festiwalu organizatorzy proponują pożywić się w stylu jadalnii Hogwarts (czyli w Christ Church College. Jadalnię pokazywałam przy okazji tej notki). Nie mam nic przeciwko mitologizowaniu na modłę Harrego Pottera – jednak 27 funtów za 45 minut obiadowania w tym miejscu uważam za zwykłe naciągactwo.

Oxford z saksonskiej wiezy

Oxford: widok na centrum miasta

Więcej informacji o Festiwalu znajdziecie na stronie internetowej tu.

***

Oxford Literary Festival  20-28 marca 2010

poniedziałek, 01 marca 2010

Musee Maillol, ParyżSetki czaszek. Jedne po prostu puste, odarte ze wszystkiego, inne z cząstkami tego, czym był kiedyś człowiek, a co po śmierci stanowi pożywienie dla robaków. W centrum diamentowa czaszka - śmiejąca się śmierć, a w rogu cała masa biżuterii: łańcuszki z trupami, z trumienkami, pierścienie z kościotrupem. Na piętrze święci zapatrzeni w to, co czeka ich po przejściu przez życie. Przy nich Picasso i Braque, dekonstruujący śmierć, upraszczający ją do roli zdeformowanej czaszki. Nie, to nie satanistyczna zabawa, to nie modernistyczny film, to nie pokój zbuntowanego nastolatka. To trzy piętra niezwykłej, paryskiej wystawy. C'est la Vie! Vanités de Caravage à Damien Hirst czyli "Takie jest życie. Marność od Caravaggia do Damiena Hirsta", która rozpoczęła się w lutym, zaraz po naszym przyjeżdzie do Paryża, w Musee Maillol jest zaproszeniem do spotkania z naszym kresem, jest wielowieką refleksją nad postrzeganiem śmierci.

Paradoksalnie wyjściem do oglądania tej wystawy jest sztuka współczesna - prace międzynarodowych artystów przedstawiają powszechność śmierci, jej szeroki kontekst: śmierć Boga, śmierć malarstwa, śmierć jako obiekt komercyjny. I tutaj miejsce jest dla słynnej czaszki wykonanej z diamentów autorstwa Damiena Hirsta (nota bene nie jest to TA czaszka, która uznana została za najdroższe dzieło sztuki, bo Hirst wykonał kilka podobnych prac, więc do Paryża zawitała jedna z "mniej" cennych). Hirst jest najbardziej porażający ze wszystkich współczesnych na wystawie. Jego prace dorównują siłą wyrażenia ludzkiej marności jednynie średniowiecznym, rozkładającym sie trupom, które porażają mnie dogłębnie. Co za potworny naturalizm!

Jeżeli mnie zapytacie, to ja nie chcę mieć w tym udziału. Mnie po śmierci proszę rozczątkować, oddać to, co sie przyda tym, którym to przedłuży życie. A potem proszę poddać kremacji i oddać powietrzu. Nie karmić robaków.

Takie jest życie.  Przemijanie. Wystawa w Musee Maillol w Paryżu

Kuriozalny gabinet śmierci


C'est la Vie! Vanités de Caravage à Damien Hirst
to 160 prac, od starożytności po lata obecne. Trzy piętra. Po jej obejrzeniu całości musiałam natychmiast poszukać życia, zawiesić oko na ciele, które wciąż oddycha, najlepiej, żeby było pulchne, krągłe i ciepłe.

O szczegółach wystawy będę mówić dziś/jutro (w poniedziałek 1 marca) w Radiu Roxy w audycji Maxa Cegielskiego "Nie lubię poniedziałku" (19.00-21.00) Tych, którzy się nie boją, serdecznie zapraszam! Audcyji można posłychać w internecie na stronie radia po wybraniu z listy stacji Roxy FM).

Śmierć boga wg Damiena Hirsta

Śmierć Boga według Damiena Hirsta

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...