sobota, 26 marca 2011

SzpitalPo dwóch tygodniach pobytu w szpitalu z 5-miesięczną córeczką wyszłam na wolność z poczuciem, że wróciłam z bardzo daleka, z surrealistycznego państwa, gdzie potrafi być jak w Monty Pythonie czy Hotelu Zacisze:

Winda. Ta  z napisem "Wyłącznie dla personelu medycznego  i niepełnosprawnych" zabiera pacjentów i odwiedzających. Ta oficjalnie dla pacjentów nie działa, o czym się przekonaliśmy po dłuższej chwili, bezowocnie stercząc pod drzwiami. Toaleta dla niepełnosprawnych jest toaletą dla personelu medycznego. Znaczy się nie wchodzić. Ta dla pacjentów ma zepsuty zamek, ale dynda na klamce u drzwi plakietka z napisem "zajęte" i "wolne" na drugiej stronie. Jak zapomnisz ją odpowiednio ustawić, to możesz liczyć na niespodziewaną wizytę. Toaletowego papieru permanentnie brak. Kuchnia. Rodzice mogą z niej korzystać w godzinach od 9-10 rano i od 15.15 do 16.00. Żeby przygotować mleko dla dziecka, które je sześć razy dziennie, to trzeba się nieźle zorganizować. Kiedy nagle słychać alarm dobiegający z łazienki z prysznicem, nikt się nie rusza. Dopiero jak już nie można go ignorować, wpada pielęgniarka z poditytowanym "kto tu zemdlał???!! kto tu zemdlał???!!", bo nawet od tych na podłodze bez przytomności oczekuje się właściwej odpowiedzi. Wreszcie jest i pan złota rączka. Przychodzi naprawić szafkę, z której wypadły dwie nogi. Jest błyskawiczny. Nóg się przecież nie montuje, może je po prostu podłożyć pod mebel i po sprawie. Bo przecież stoi.

Trochę jeździłam po świecie. Zaskoczyła mnie amerykańska wylewność i pozytywne nastawienie do świata, zdziwiła wrogość mężczyzn w prowincjonalnych miasteczkach w Maroku, zdumiała ilość żołnieży w izraelskich miastach czy fatalne warunki sanitarne na indyjskiej wsi. Największy szok kulturowy przeżyłam jednak w Polsce.

W każdym języku są słowa, które nie tyle służą do komunikacyjnej wymiany informacji, co do określenia jej jakości. Jakiś czas temu pisałam o nieprawdopodobnej liczbie kurtuazyjnych zwrotów w urdu i relatywnym ich braku w hindi. Polski ma umiarkowaną liczbę zwrotów grzecznościowych, używa się ich jednak często, zwłaszcza w kontaktach z nieznajomymi. Wszędzie, tylko nie w szpitalu. Byłam zszokowana, że zarówno pielęgniarki jak i lekarze wchodzą do pokojów z małymi pacjentami bez jakiegokolwiek powitania. Nie mają też w zwyczaju się przedstawiać, więc trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby się dowiedzieć, z kim miało się przyjemność. Kontakty ograniczone są do minimum, co daje dodatkowo komiczny efekt, jak dwa razy dziennie do pokoju wpada ci głowa z urywanym "kupka była?" i zanim zdążysz się zaśmiać, znika w sali obok. Podobnie śmiesznych sytuacji jest zresztą w ciągu dnia więcej, kiedy jednak się w nich uczestniczy, to mało jest do śmiechu. "Pani pójdzie z dzieckiem na rentgen" – poinstruowała mnie inna głowa, która wpadła na ułamek sekundy. Musiałam pójść do dyżurki pielęgniarek, żeby się dopytać, gdzie to jest dokładnie (wcale nie tak łatwo znaleźć w dwuskrzydłowym szpitalu o 7 piętrach). Pytam też, nauczona doświadczeniem z brytyjskiego szpitala, czy któraś z pielęgniarek pójdzie tam z nami. "Rech,rech, rech" – słyszę w odpowiedzi gromki rechot –"Pani idzie sama, myśmy się już dość ponaświetlały."

W polskim szpitalu atmosfera absurdalnej komedii często przemienia się w egzotykę z państwa totalitarnego. Niby na zewnątrz reżim już dawno ustąpił, ale w murach placówki wciąż na dobre króluje. Władza lekarzy jest bezwzględna. Pytań się nie zadaje. Trzeba czekać, aż łaskawie medyk zechce zakomunikować diagnozę czy wyniki badań. Każda próba rozmowy dotyczącej przebiegu choroby momentalnie przeradza się w wojnę. Lekarz, nie wiedzieć czemu, czuje się zagrożony przez zainteresowanego stanem dziecka rodzica i zaczyna się defensywa. Kiedy próbuję wyjaśnić, że nie interesuje mnie kwestionowanie autorytetu, który robił zdjęcie rentgenowskie, ale zwykła odpowiedź na pytanie, co to zdjęcie przedstawia, zupełnie się nie rozumiemy. Na szczęście przypadkiem udaje mi się później zajrzeć do karty małej i dowiedzieć się, co dokładnie podejrzewają lekarze. Miałam wrażenie, że partnerskiej rozmowy z rodzicami w ogóle w szpitalu się nie praktykuje. Rodzice w tym całym łańcuchu zależności traktowani są najgorzej. Wydawało mi się, że lekarze, nie wiedzieć czemu, pełni są kompleksów, więc każde spotkanie z rodzicem, traktują jako zamach na swój autorytet. Najgorsi są jednak tacy, co przychodzą ze swoją świtą studentów, bo przed nią trzeba się wykazać. Pacjenta traktują jak małpę w klatce, rodzica jak powietrze, a studentów jak wiernych widzów swojego autorskiego przedstawienia.

Kiedy weszłam do kuchni poza godzinami 9.00-10.00 i 15.15-16.00 z pytaniem, czy mogłabym napełnić wodą butelkę dla małej, dyżurująca pielęgniarka odparła szybko: "brać i wychodzić". Wzięłam Isabelę i wyszłyśmy. Na wolność. Na własne życzenie.


***

Rozmówki polsko-angielskie

wtorek, 22 marca 2011

Virginia Woolf, Widoi LondynuDlaczego lepiej spacerować południowym brzegiem Tamizy? Przede wszystkim dlatego, że stamtąd jest ładniejszy widok. Londyńska panorama północnego brzegu to z jednej strony zaplecze Strandu z legendarnym Savoyem, ikoniczny Parlament z Opactwem Westminsterskim w tle, a z drugiej - św. Paweł, Korniszon i cała reszta szpikulców The City. Virginia Woolf nie mogła pisać o innej stronie miasta. Czytając dziś jej "Widoki Londynu", nie wiem, co bardziej mnie cieszy: to, że zachowała atmosferę miejską, której już nie ma, czy to, że jej miasto "budowane nie na trwanie, ale na przemijanie" nie zmieniło się aż tak bardzo.

Gdzie to jest? Stamtąd "widać Londyn jako całość - Londyn stłoczony, unerwiony i zwarty, z jego demonicznymi kopułami, ze stróżującymi katedrami; jego kominy i wieże, jego żurawie i gazometry; i nieustający dym, którego nigdy nie rozwiewa żadna wiosna ani jesień." To widok z Parliment Hill w Hampstead, które jest wciąż jednym z najlepszych miejsc na podglądanie miasta. Virginia Woolf patrzy stamtąd bystro. Dziś już co prawda nie ma tych kominów i dymu, ale nie sposób ich nie znać z dawnej kinematografii czy literatury sprzed wieku czy na przykład opowiadań teścia o jego dzieciństwie. Woolf musiała wdychać miejskie powietrze z pasją, filtrować je w środku i układać jego składniki w krótkie, trafne eseje. Czytając "Widoki Londynu", można zachłysnąć się kolonialnym przesytem rzecznego portu, jarmarcznym charakterem Oxford Street czy wieczną zadumą przy Katedrze św. Pawła. Można potem odłożyć ten piękny zbiorek na bok i wędrować osobiście po miejskich szlakach, sprawdzając na własnej skórze, czym różni się dzisiejszy Londyn od tego z lat 30-tych minionego wieku.

Nie będę Wam psuć zabawy i dlatego nie powiem nic więcej. Przejdźcie się po mieście sami. Nie róbcie tego bez Virginii. "Widoki Londynu" spokojnie zmieszczą się w kieszeni. Off you go!

***

Virginia Woolf "Widoki Londynu" (oryg. The London Scene)
Wyd. Prószyński i S-ka, 2009
Tłum. Lavergne Maja

poniedziałek, 21 marca 2011

Czesław Miłosz

W 1911 roku w Szetejniach urodził się literat. 100 lat później rodzą się pomysły na imprezy upamiętniające jego twórczość. 2011 okrzyknięty został Rokiem Miłosza. Dlaczego to wymagało decyzji polskiego Sejmu, trudno mi zrozumieć (swoją drogą ciekawe, ilu z tych, którzy podjęli decyzję, zna cokolwiek z dorobku Miłosza). Przeglądam program obchodów, zwłaszcza w Trójmieście i wygląda mi na to, że zamiast radości i poetyckiego kawałka tortu, świętować przyjdzie potrawę dość ciężkostrawną w trzech polewach: tradycyjnej-pompatycznej, mszalnej i cmentarnej.

Problem z pompatycznym sosem nie jest nowy, bo w Polsce, jak dowodzą inne przykłady, nie tylko miłoszowy, uznani twórcy, zwłaszcza ci popularni również za granicą, czczeni są jak święci. Ikińsi staje się nagle Poetą, Mistrzem, Nim, Autorytetem. Nigdy już po prostu Iksińskim. I tak buduje się przy wszelkich rocznicach pomniki, beatyfikuje wbrew woli i przy okazji powoduje odruch wymiotny (podatni są na niego zwłaszcza ci, których kubki smakowe są wciąż młode i przez to wrażliwe na stare jadło). Z fragmentu ukazującej się w maju biografii Miłosza, jaki udało mi się przeczytać w „Tygodniku Powszechnym”, wygląda na to,  że ten styl będzie obowiązywał i w tej, długo wyczekiwanej publikacji. To zdecydowanie nie coś, co chciałabym w 2011 roku skosztować.

Czytam program obchodów Wieku Miłosza (Trójmiasto, choć dla pisarza nie było specjalnie częstym celem podróży, potrafi pokazać, że stać je na coś lepszego niż li tylko Rok Miłosza). Weekendowe uroczystości zaczęły się od spotkania… przy grobie matki poety. Wydawało mi się, że o urodzinach mówimy, więc celebrować będziemy życie właśnie, a nie jego koniec. Wielcy twórcy, których Polska przygarnia pod swoje skrzydło, mają jednak pecha, bo choćby nie wiem, jak się za życia starali, cmentarnej polewy nie unikną.

Jeżeli mamy cmentarz i jeżeli nasz twórca ma już kształty świętego, to rzecz jasna musi być i msza. Wczoraj w ramach Wieku Miłosza odprawiono w Gdańsku dwie. Ciekawa jestem, jaki pod koniec roku będzie ich bilans, zwłaszcza w przeliczeniu na spotkania z prozą czy poezją. Wkrótce się okaże, że z uniwersalnego Miłosza zostanie nam tylko tłumacz Biblii i poeta religijny (=katolicki).

Co mam zrobić, jeżeli żaden z sosów mi nie odpowiada? Niewiele. Mogę jedynie świętować po swojemu, czytając na własną rękę. Tylko że wtedy te całe obchody niewielki mają sens.

 

***

Zjęcie Miłosza pochodzi ze strony wydawnictwa Mamiko

niedziela, 13 marca 2011

KsięgarnieKilka dni temu jedna z londyńskich księgarni wysłała desperacki apel do swoich klientów: prosi w nim swoich stałych bywalców o kupno w marcu jednej książki. To sposób The Big Green Bookshop na przeżycie. To jedyna możliwa metoda dla wielu tzw. indies (independent bookshops), czyli niezależnych księgarni. Zastanawiam się, ile podobnych miejsc jest w takiej samej sytuacji? Zresztą nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale na całym świecie?

Jeżeli popatrzeć na statystyki, to okazuje się, że nawet na Wyspach, gdzie czyta się dużo i chętnie,  wysokość sprzedaży drukowanych książek spada (w 2009 roku wydano ponad 1,752 mld GBP na 235,7 mln publikacji, o 1,2% mniej niż w poprzednim roku). Sama branża wydawnicza otwarcie komentuje niepewny los wydań papierowych. Victoria Barnsley, szefowa HarperCollins UK przewiduje, że w 2020 roku już połowa książek będzie czytana w formie elektronicznej. To dużo w relatywnie krótkim czasie. Moim zdaniem, zmiana formatu wydań wcale nie będzie oznaczała, jak czasami błędnie się uważa, spadku czytelnictwa. Wielu badaczy rynku wydawniczego jest jednak przekonana, że większa popularność elektronicznych książek uderzy w księgarnie. Jedna z brytyjskich pisarek - Jeanette Winterson - nie ukrywa swojej złości, mówiąc, że bzdurą jest nazywanie digitalizacji (swoją drogą bardzo nie lubię tego słowa) nową epoką Gutenberga, bo rewolucja drukarska przyczyniła się do zapełnienia półek książkami, a digitalizacja robi rzecz odwrotną – zmiata ulubione grzbiety z regałów.

Czy rzeczywiście przyjdzie nam pożegnać się z księgarniami? Trudno mi w to uwierzyć. Podejrzewam, że one pozostaną, ale zmienią swój charakter i staną się miejscami do czytania, dyskutowania i jedzenia (w myśl zasady książka, kawa i kanapa). W Wielkiej Brytanii wszystkie duże sieciowe księgarnie już dawno dobrały się w pary z sieciowymi kawiarniami i wspólnie oferują coś dla intelektu i coś dla podniebienia. Przy zmniejszającym się rynku książki drukowanej w świecie księgarnianym będzie jednak trudno. Duże domy książkowe będą walczyć o nabywców, a mniejszym, niezależnym księgarniom coraz trudniej będzie z nimi konkurować. Wygląda więc na to, że księgarniania przyszłość leży przede wszystkim w naszych rękach. Zróbmy z tego użytek – stwórzmy listę niezależnych księgarni, na których nam zależy!

Zapraszam wszystkich do dzielenia się swoimi ulubionymi adresami. Napiszcie o ulubionej księgarni, o tym, gdzie się znajduje i za co ją najbardziej cenicie. W następnym miesiącu mamy Światowy Dzień Książki – może warto pomyśleć wcześniej, gdzie zrobić zakupy, żeby nie wylądować w znanej sieciówce.


Na dobry początek kilka moich wyborów:

Londyn

Al Saqi Books, 26 Westbourne Grove
To jeden z uroczych sklepików specjalistycznych. Al Saqi (z arab. ten, który daje ci wodę) założony został przez libańską rzeźbiarkę w latach 70-tych. Specjalizuje się w prozie arabskiej. To jedno z najlepszych miejsc w kraju, gdzie można dostać przekłady prozy z krajów arabskich (od metafizycznej poezji Rumiego po współczesnych autorów), opracowania historyczne, kulturowe i religijne. Książki tam nie są jednak najtańsze.

AP Arthur Probsthain Oriental and African Bookseller,  41 Great Russell Street, WC1B 3PE
To kolejna specjalistyczna i bardzo urokliwa księgarnia. Mieści się na przeciwko British Museum, ale unika tłumów. To rodzinny biznes, siegający początku zeszłego stulecia, założony przez Probsthaina, Niemca, orientalisty, znawcy chińskiego, arabskiego i perskiego. Jak łatwo zgadnąć, księgarnia specjalizuje się w literaturze Bliskiego Wschodu, Azji Środkowej i Afryki. Książki ma różnorodne, począwszy od literatury pięknej, podróżniczej, po polityczne i historyczne opracowania oraz albumy o sztuce. Reklamuje się pod hasłem "Try something different" (Spóbuj czegoś innego) – naprawdę warto dać się namówić! W piwnicy ma sympatyczną kawiarnię z kawą, herbatą i ciastkiem (łącznie z tradycyjnym angielskim scon).

Daunt Books, 83 Marylebone High Street, W1U 4QW

Nieprawdopodobna księgarnia z literaturą podróżniczą (nie tylko reportaże, ale i powieści, biografie, opowiadania, poezja, kryminał). Książki ułożone są według krajów i regionów a nie tematów czy autorów. Ma bardzo elokwentnych i obeznanych księgarzy. Choć główna siedziba mieści się na  Marylebone High Street, Daunt Books ma swoje filie w pięciu innych dzielnicach Londynu. Tym, którzy nie mogą tam trafić osobiście, polecam koniecznie zrobienie wirualnej wycieczki.

London Review Bookshop 14 Bury Place, WC1A 2JL
Księgarnia znanego literackiego tygodnika London Review of Books. Jest dość kamerlana, ale bardzo dobrze zaopatrzona. Znajdzieice tam wszystkie na bieżąco recenzowane w piśmie książki i całą masę innych. Uwielbiam przeglądać polecane przez nich publikacje. Zwykle mam ochotę nabyć co najmniej połowę. London Review Bookshop to nie tylko księgarnia, ale prężnie działająca literacka instytucja. To tutaj odbywają się wieczory z pisarzami i tłumaczami, tutaj obchodzone są rocznice działalności wydawnictw i wiele innych imprez z dobrą książką na pierwszym planie (m.in. World Literature Weekend). Darzę ją dodatkowo dużym sentymentem, bo to tutaj Oliver czytał fragment swojego tłumaczenia opowiadań Bujdy, za które dostał nagrodę za najlepszy przekład z rosyjskiego. Aha, w sali obok jest maleńka kawiarenka z dobrą herbatą i ciastem.

Nowy Jork

Strand Bookstore, róg 12th Street i Broadway'u
Legendarne miejsce: najbardziej znana niezależna księgarnia w Wielkim Mieście, nazywana też 18 milami książek. Ma w swoich przyjemnie chaotycznych zbiorach zarówno literaturę współczesną, jak i książki dawne i rzadkie. Rozpoczęła działalność w latach 20-tych minionego wieku.

Oksford

Albion Beatnik, 34 Walton Street, OX2 6AA
Dość nowa księgarnia w mieście specjalizująca się w prozie XX-wieku (głównie amerykańskiej), w której można posiedzieć nawet długimi godzinami, czytając to, co mają na półkach i pijąc kawę bądź herbatę (wcześniej wybiera się swoją ulubioną filiżankę z chińskiej porcelany bądź kubek - Albion ma duży wybór). Księgarnia organizuje też dwa razy w tygodniu długie noce, kiedy można nawiedzać ją aż do 23-ciej.

Paryż

Shakespeare and Company, 37 Rue de la Bûcherie
To miejsce mityczne o długiej i bujnej historii literacko-bukinistycznej. To najbardziej znana anglojęzyczna księgarnia w Paryżu, w której książki zajmują każdy możliwy centymetr ściany, panoszą się na oknach i wzbijają aż po sam sufit na dodatkowo stworzonych półkach.
Shakespeare & Company ma słabość do tzw. paper backów, czyli książek w miękkiej okładce. Służy również za noclegownię dla pisarzy i bukinistów (w księgarni dostępnych jest 13 łóżek na piętrze). Ci, którzy odwiedzają to miejsce w ciągu dnia, mogą z nich korzystać, żeby poczytać książki w pokojach na górze. O tej księgarni pisałam wcześniej tutaj.

Sopot

Bookarnia,  ul. Haffnera 9
Jest niewielka, nowocześnie urządzona i z takim samym zapałem podchodzi do wyposażenia półek w literaturę współczesną, co w przygotowanie dobrego cappuccino. Małe miejsce gwarantuje spokój, a fotel na antresoli dodatkowo przyjemny widok na piętrzące się poniżej książki. Więcej o księgarni w osobnej notce.

 

***

Teraz Wasza kolej! Czekam zwłaszcza na polecanki z mniejszych miejscowości!

czwartek, 10 marca 2011

Ai Weiwei Sunflower Seeds, Londyn, Tate ModernW miniony weekend udało mi się trafić do londyńskiej Tate Modern. Szczerze wyznaję, że z wielkim entuzjazmem śledzę The Unilever Series - program zleceń prac artystycznych, wystawianych w monstrualnej Hali Turbin. W zeszłym roku wielkim przeżyciem było dla mnie wejście do kolosalnego, czarnego pudła Mirosława Bałki. W tym roku czekałam na spotkanie z Ai Weiwei, znanym chińskim konceptualistą i działaczem. O jego pracy - Sunflower Seeds (Ziarenka słonecznika) - z pewnością wielu z was już słyszało. Ręcznie wykonane, porcelanowe ziarna w ilości około 100 milionów wyścieliły ponad 3 tys. metrów kwadratowych Hali Turbin. Nie o liczby jednak chodzi, ale o skalę. Ai Weiwei prowokuje do myślenia w makro i mikro wymiarze, pytając o kondycję jednostki, społeczeństwa i całej ludzkości. Każde ziarenko jest inne, ale jego indywidualne kształty giną w szarym polu miliona innych ziaren. Słonecznikowe pole z kolei jest szarą masą tylko w globalnej optyce, bo wystarczy zbliżyć się do niego, by wyłoniły się stamtąd pojedyncze jego cząstki. Gra jest prosta, ale ważna. Weiwei próbuje w tym kolosalnym przedsięwzięciu uchwycić uniwersalne relacje jednostki wobec grupy. Traktuje je niezwykle szeroko, każe sięgać po kontekst humanistyczny, społeczny, chiński, polityczny, a wreszcie i autotematyczny, bo Sunflower Seeds to też traktat o sztuce. Żeby jednak móc go dobrze odczytać, a raczej, żeby wejść z nim w dialog, trzeba ziarenek doświadczyć. Założeniem pracy była interakcja. Mieliśmy po ziarenkach chodzić, dotykać ich, przyglądać się nim i pewnie wziąć jedno na pamiątkę tej przewrotnej zabawy. Miało być tak:

Ai Weiwei Sunflower Seeds, Londyn, Tate Modern

Przez pierwsze dwa dni zwiedzanie wystawy Sunflower Seeds było zmysłowym doświadzeniem

Tymczasem to, co czeka na zwiedzającego, to wcale nie zaproszenie do wspólnej gry, ale raczej game-over - martwe pole, otoczone barierką i dwójką postępnych strażników oraz wielki napis Please do not touch sunflower seeds. Co za rozczarowanie! Powodem takiego stanu rzeczy jest paranoja związana z obawą, że chodzący po porcelanie nawdychają się pyłu. Co jest w tym wszystkim dla mnie wielce zaskakujące to to, że zakaz wprowadzono w dwa dni po otwarciu wystawy, więc ci, którzy ją przygotowywali, musieli wcześniej wiedzieć, jakie jest ryzyko. Zresztą wystarczyłoby w zdrowych warunkach po prostu załatwić sprawę jedną tabliczką informującą o "zagrożeniu" i dać zwiedzającym wybór, a przede wszystkim ocalić pracę, artystę i odbiorcę.

Wei Wei Sunflower Seeds Tate Modern, Hala Turbin, Londyn

Teraz pracę Ai Weiwei można tylko oglądać z daleka

W niedzielę w Tate Modern zastałam trupa, wolną sztukę pogrzebaną przez bezpieczny paragraf prawa, obraz smutny i przykry. Weiwei do przygotowania Sunflower Seeds zaangażował całe miasto - Jingdezhen - które niegdyś słynęło z kunsztownej sztuki robienia porcelany. Nad przygotowaniem ziarenek siedziały młode dziewczyny i starsze panie, a mężczyźni zajmowali się wypalaniem ceramicznych drobinek. Projekt Sunflower Seeds tchnął życie w miasto, był częścią akcji resuscytacyjnej rzemiosła (polecam obejrzeć film o tym, jak powstawały ziarenka, który dostępny jest za rogiem, w specjalnie przygotowanej salce). W Tate Modern miał ożywić dyskusję o człowieku i o sztuce. Tymczasem muzeum skutecznie ukatrupiło jakąkolwiek próbę dialogu.

Źle znoszę wszelkie zakazy "nie dotykać". Być może jako dziecko za mało dostałam po łapach, słysząc słowa "nie wolno" albo może ciekawość jest u mnie silniejsza niż strach przed złamaniem zasady. Nie mogłam przeboleć tego, że nie tylko nie mogę przejść się po olbrzymim polu ziaren, ale też nie mogę ich poczuć (najbliższe ziarenka znajdują się jakieś 30 centymentów od barierki). Musiałam spróbować. Udało mi się odpowiednio wychylić i dotkąć kilku z nich. To trwało jednak tylko kilka sekund, bo zaraz zjawiła się przy mnie groźna strażniczka z niemiłym upomnieniem. Poczułam się tak, jakbym została przyłapana na karmieniu wygłodzonej małpy w wielkim zoo. Patrzenie na to, co znajduje się za barierką jest nie tylko bolesne, ale jeszcze do tego niezwykle frustrujące. Na miejscu Ai Weiwei kazałabym Tate Modern pójść się leczyć.

Wei Wei Sunflower Seeds Tate Modern, Hala Turbin, Londyn

Sunflower Seeds "zabezpieczone" przed odbiorcą przez Tate Modern


***

Ai Weiwei Sunflower Seeds

Tate Modern, Hala Turbin, Londyn,wystawa czynna do 2 maja

wstęp wolny

niedziela, 06 marca 2011

World Book Night, Trafalgar Square Londyn

Najnowsze brytyjskie święto - World Book Night – oficjalnie przypada nocą 5 marca. Celebracje przyjemności czytania rozpoczęły się na londyńskim Trafalgar Square w piątek wieczorem. Tam zjawili się pisarze, artyści, wolontariusze akcji, której celem jest rozdanie miliona książek oraz wszyscy ci, którzy uwielbiają czytać i chcieliby powiększyć swoje domowe, bibliofilskie zasoby. Było tłoczno, choć impreza miała kameralną atmosferę; zimno, choć pierwsze drzewa i żonkile zaczęły już kwitnąć w Londynie oraz bardzo radośnie, bo nie ma nic piękniejszego niż dzielić się dobrym słowem, zwłaszcza pisanym.

Jak wiecie, zostałam w tym roku jednym z 20 tys. book givers - wolontariuszem szalonej akcji rozdawania książek. Na Trafalgar Square przybiegłam z kilkoma egzemplarzami "A Fine Balance", które wesoło podskakiwały mi w torbie, jak przeskakując z nogi na nogę, próbowałam się rozgrzać i zbliżyć do ustawionej w środku placu sceny, na której co kilka minut pojawiała się inna literacka gwiazda. Niewiele wiedziałam o tym, co dokładnie się wydarzy wczorajszego wieczoru, bo przez kilka ostatnich dni strona internetowa World Book Night była trudno dostępna. Może to było zamierzone działanie organizatorów, bo miałam wrażenie, że do ostatniej chwili nie było wiadomo, kto dokładnie przybędzie na Trafalgar Square. Jak się jednak później okazało, wieczór zaszczyciła swoją obecnością imponująca grupa pisarzy. Była m.in. Monica Ali, Alan Bennett, Sarah Waters, Mark Haddon, John Le Carré i Philip Pullman. Specjalnie na tą okazję przyjechała z Kanady Margaret Atwood, która przyznała, że było to największe spotkanie z czytelnikami, jakie jej się w życiu zdarzyło. Każdy z pisarzy czytał fragment wybranej książki, przy okazji podkreślając, ile przyjemności sprawia im branie udziału w świętowaniu Wielkiej Nocy Książki.

World Book Night Monica Ali

Monica Ali czyta fragment książki podczas inauguracji World Book Night

World Book Night uczestnicy na Trafalgar Square

Książkofile na Trafalgar Square w Londynie

Bardzo podobało mi się to, jak przygotowano wieczór. Na tyłach sceny zawieszono czerwone, grube kotary, po bokach ustawiono dwie lampki, a wszyscy goście siedzieli na wygodnych kanapach. To była znakomita, prosta aranżacja przypominająca domowe pielesze, w których można czytać, czytać i czytać. Każdy z pisarzy prezentował krótki fragment wybranej książki, dzięki czemu impreza rozkręcała się dynamicznie, a uczestnicy mogli się na nim dobrze skupić. Poza tym fragmencik działał jak przynęta – przypominał dobre książki, zachęcał do dalszej lektury, już u siebie, na własnej kanapie.

World Book Night, Boris Johnson, prezydent miasta Londynu

Na imprezie pojawił się też prezydent miasta - Boris Johnson, który swoim grubym głosem czytał ulubiony fragment prozy poświęcony byciu... na kacu

Przyjemne wydało mi się też to, że nikt nie wpadł na głupi pomysł poprzerywania imprezy głośną muzyką. Inauguracja World Book Night, choć była wielką galą w centrum gigantycznego miasta, miała kameralną i ciepłą atmosferę, której nie trzeba było niczym sztucznie podgrzewać. Zakończyła się niezwykle sympatycznym gestem – początkiem wielkiej akcji rozdawania książek. Nagle na Trafalgar Square zrobiło się jak na rynku małego miasteczka, w którym każdy każdego zna. Bratanie się przez książkę było fantastycznym przeżyciem. Chodząc wesoło po placu i wymachując w powietrzu powieścią "A Fine Balance", napotykałam roześmiane twarze, okrzyki radości i oczywiście chętnych do przeczytania tej książki. Moje zapasy powieści Mistry'ego zniknęły w ciągu paru minut. Do domu nie wróciłam jednak z pustymi rękoma – w mojej płóciennej torbie znalazło się kilka podarunków, w tym jedna z książek Adiche.

World Book Night, wymiana książek

Handel książkowy, handel wymienny

Choć World Book Night świętowana jest oficjalnie tylko na Wyspach, ta Wielka Noc ma być w zamyśle akcją światową, więc zachęcam Was gorąco, gdziekolwiek mieszkacie, do przyłączenia się do celebracji. Podarujcie komuś książkę!

World Book Night, podpisuję książki

Do każdego egzemplarza otrzymanej powieści wpisuję kod, który pozwoli z śledzić losy książki

A Fine Blance w 48 kopiach

48 egzemplarzy "A Fine Balance"

czwartek, 03 marca 2011

Gazeta WyborczaPrzepraszam za przedłużającą się ciszę na blogu. Sporo kursujemy z Isabelą między Oksfordem a Londynem, Londynem a Oksfordem, nadrabiając zaległości towarzyskie i medyczne, więc czasu wolnego mam niewiele. Do tego dostałam niedawno pierwsze zlecenie z Gazety Wyborczej – na felieton o czytelnictwie w Wielkiej Brytanii, co mnie niezmiernie ucieszyło, tym bardziej, że tekst wczoraj został opublikowany w papierowym i internetowym wydaniu! Yuuupiii! Pod sufit nie skaczę, odtańczyłam jednak kawałek radosnego walczyka do jednego z nagrań z ulubionej płyty Isabeliny. Zapraszam zatem do lektury - tekst ukazał się w serii "Jak czyta Europa" (seria jest odpowiedzią na opublikowany ostatnio raport o tym, jak czytają Polacy) i mówi o szaleństwach czytelniczych na Wyspach "Zjednoczone Królestwo Książek".

Mówiąc o szaleństwach, spieszę donieść, że odebrałam wczoraj z pobliskiej księgarni 48 egzemplarzy "A Fine Balance", książki, którą rozdaję jako wolontariusz tegorocznej akcji "World Book Night". Dwa wielkie pudła. Księgarz pomógł mi je zawlec do samochodu. Przy okazji spytał, gdzie powędrują książki. Mam już dość dobrze opracowany plan: część poleci do Polski, część do Bangladeszu do ośrodka, któremu pomagam, parę egzemplarzy do Francji, parę do Hiszpanii, a reszta zostanie w Wielkiej Brytanii, u przyjaciół, u znajomych, u nieznajomych, na półkach małych bibliotek w oksfordzkim hrabstwie. Wczoraj też otrzymałam bilet na wielką, czytelniczą galę pod gołym niebem na londyńskim Trafalgar Square, która odbędzie się jutro. Pisarze i politycy będą czytać tam fragmenty książek. Kilka egzemplarzy powieści wezmę ze sobą i pewnie podczas tego czytelniczego wieczoru powędrują w dobre ręce. Swoją drogą, książka wygląda naprawdę fajnie – została specjalnie wydrukowana z okazji World Book Night i ma na grzbiecie sympatyczne logo tej szalonej akcji, podczas której w świat pójdzie aż milion książek.

O tym, że w Wielkiej Brytanii czyta się chętnie i dużo, piszę w felietonie, więc nie będę tutaj przytaczać imponujących statystyk. Ciekawa jednak jestem, ile czyta się w Waszym kraju? Czy wiecie, ile czytacie? I co najchętniej?

Książkowfile znad Tamizy

Książkofile z Londynu, południowy brzeg Tamizy, luty 2011

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...