niedziela, 31 marca 2013

Świąteczna niespodzianka. Dziś w serii "Przeprowadzki" pojawia się gość specjalny: świetna komentatorka włoskiego życia, znakomity fotograf, pasjonatka sztuki, miłośniczka kina i wytrwała blogerka, czyli Latająca Pyza we własnej osobie. Magda opowie dziś o tym, jak zamieszkała we włoskiej stolicy mody i co sądzi o przyzwyczajeniach mieszkańców swojej nowej ojczyzny. A ja dałabym wiele, żeby zobaczyć, jak gestykuluje w stylu Roberta Begniniego...

Jak to się stało, że znalazłaś w Mediolanie? Dlaczego akurat tam?

Mediolan to wielki przypadek, rezultat zbiegów okoliczności doprawionych strzałą amora. Przypadek, który od sześciu lat jest moją codziennością. Nigdy nie planowałam mieszkania we Włoszech, ale prawdopodobnie, jeżeli którekolwiek z włoskich miast mogło mnie do siebie przekonać, to właśnie Mediolan.

Mediolan

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Pierwsze wrażenia pamiętam dziś dość mgliście. Był sierpień, miasto jak zawsze wakacyjną porą było wyludnione, panował charakterystyczny dla Mediolanu parny upał, do którego do dziś się nie przyzwyczaiłam. Wszystko było inne, nowe, inaczej pachniało. Nie umiałam obsłużyć moki, aby przygotować poranną kawę, dostawałam ataków śmiechu na widok nie kończących się regałów z makaronem w supermarketach, byłam dumna jak paw, kiedy po raz pierwszy odważyłam się kupić sama bilet tramwajowy, mówiąc un biglietto per favore!. Potyczki językowe to była moja codzienność, do dziś opowiadam wszystkim anegdotkę o minie mechanika, do którego przyjechałam z przebitą oponą samochodową, pytając czy mogę ją zmienić u niego, ale mieszając gomma (opona) z gonna (spódnica).

Długo trwało zanim weszła mi w krew la vita milanese. Dziś nie wyobrażam sobie nie wypić małego espresso po obiedzie, wieczornego aperitivo bez mojego ulubionego coctailu Americano na bazie pochodzącego właśnie z Mediolanu Campari czy oglądania niedubbingowanych filmów w kinie. Całuję się na powitanie w policzki dwa, a nie, jak w Polsce, trzy razy, na koniec rozmowy telefonicznej powtarzam milion razy ciao ciao ciao ciao ciao ciao ciao ciao ciao ciao i gestykuluję nie gorzej niż Roberto Begnini.

Mediolan

Mediolan

Jak Ci się teraz tam mieszka? Jak traktujesz miasto i same Włochy?

Kiedy wracam do Mediolanu, wracam do domu. Lubię jego włoskość i europejskość równocześnie. Włoskość to charakterystyczne dla Mediolanu żółte ściany budynków i zielone okiennice. Jakkolwiek absurdalnie to zabrzmi, to również lokalny patriotyzm mieszkańców, ich  przywiązanie do mediolańskiego dialektu i kuchni. Włoskość to wszechobecna architektura i sztuka, to szacunek do tradycji i poczucie dziedzictwa. Europejski Mediolan to międzynarodowe centrum designu, mody i finansów pełne najsłynniejszych architektów, projektantów mody, ale też podróżujących wte i wewte  businessmenów i turystów. To pomarańczowe rowery bikesharing, darmowe punkty wi fi w całym mieście, restauracje z gwiazdkami Michelin i ekskluzywne sklepy. Mediolan to taki ambitny Włoch, trochę snobistyczny i wywyższający się, ale w gruncie rzeczy prosty i zabawny, lubiący dobrze zjeść i bawić się do rana. Wszystko zależy od tego, w której części miasta go spotkacie.  

Mediolan

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Dziś wiele rzeczy stało się dla mnie oczywistością, ale na początku nie przestawałam się dziwić włoskim przyzwyczajeniom. Do dziś jednym z ulubionych tematów do rozmów między Włochami i obcokrajowcami, którzy od dawna tu mieszkaja jest nabijanie się z włoskich przyzwyczajeń.  Nasz ulubiony temat to obsesja Włochów na punkcie jedzenia, a przede wszystkim jego trawienia. Te wszystkie zasady: nie wolno pić cappuccino po posiłku, broń boże dodawać parmezanu do makaronu z rybnym sosem czy zakaz wchodzenia do wody zaraz po spożyciu posiłku ciągle nas śmieszą. I to, że w czasie posiłków rozmawiają zawsze o jedzeniu!

Włosi to naród hipochodryków, który nękają dziwne, nigdzie indziej niespotykane choroby powodowane zimnem, wiatrem czy połączeniem pewnych składników jedzenia. To też ciągle naród mamisynków, którzy opuszczając rodzinne gniazdko w wieku trzydziestu paru lat, często nie potrafią obsługiwać nawet pralki. Inne ciekawostki? Mania skracania imion na przykładu Francesco to Fra, Irene to Ire, Elena to Ele a Alessandro to Ale. Albo sposób literowania nazwisk, z którym do dziś mam problemy: jeżeli nazywasz się, dajmy na to, Rossi to literując nazwisko mówisz: Roma, Olbia, Savona, Savona, Ischia. Biedna ja, która nazwisko mam długie i pełne liter mało używanych we włoskim.

Mediolan

Największe rozczarowania? Mediolan to nie słoneczna Italia z widokówek! Latem jest tu upalnie, ale znacznie częściej bywa szaro i pochmurno, a zimą najgorsze są przygnębiające mgły, które potrafią wisieć nad miastem całymi dniami. Legendarne zakupy w stolicy mody? Owszem, jeżeli stać was na luksusowe marki. Sklepów na przeciętną kieszeń jest tyle, ile w innych wielkich miastach i choć  i tu znajdziecie małe, fantastyczne butiki, to przekonana jestem, że nieporównywalnie większy wybór jest w Paryżu, Nowym Jorku czy Tokio.

Mediolan

I na koniec jakie książki o Włoszech, które zrobiły na Tobie duże wrażenie (fiction/non-fiction), poleciłabyś czytelnikom?

Jeżeli chcecie poznać prawdziwe Włochy, to koniecznie zanurzcie się w świat Andrei Camilleri i od razu zamówcie bilet lotniczy na Sycylię. Nie oprzecie się jego opowieściom o włoskich smakach i zapachach. A z drugiej strony pozycja obowiązkowa to "Gomorra" Roberto Saviano, powieść niestety non fiction o prawdziwym obliczu włoskiej polityki i interesów.

A kinomanom, którzy chcieliby zobaczyć współczesny Mediolan polecam "Jestem miłością" - Luca Guadagnino , film molto milanese.

Mediolan

Wszystkie zdjęcia są autorstwa Magdy, aka Latającej Pyzy.


***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki:

Katasia w Cannes

Dabarai w Londynie

Holly w Paryżu

Invitada w Edynburgu

Kasia Hordyniec w Donegalu

Stuffed mice w Buenos Aires

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie

sobota, 30 marca 2013

W zeszłym roku wiele osób poruszły wyniki badania wykonanego przez brytyjski National Literacy Trust, które ujawniło, że jedno na sześcioro uczniów czuje się niezręcznie, czytając książkę wśród innych dzieci. Najbardziej martwi małych respondentów to, że mogą być postrzegani w szkole jako kujoni. Po publikacji badania w prasie pojawiło się sporo artykułów na temat tego, jak źle wypada Wielka Brytania w dziecięcych statystykach czytania, jak niewiele młodych osób czyta w wolnym czasie i jak fatalnie rząd prowadzi programy doskonalenia umiejętności pisania i czytania wśród najmłodszych. Trudno mi się odnieść do tych komentarzy, bo nie udało mi się znaleźć żadnych statystyk, które by porównywały stan czytelnictwa wśród dzieci w krajach europejskich. Jedyną porównywalną miarką jest poprzednie badanie National Literacy Trust, a to wskazuje tyle, że w 2005 roku 38% uczniów czytało w wolnym czasie, podczas gdy w 2011 było ich 30,8%. Tylko czy to już powód do wielkiego zmartwienia?

Wracam jednak do tytułu cyklu, czyli uroków czytania. W dzisiejszym (marcowym) odcinku dwa zdjęcia. Więcej fotografii można znaleźć na stronie FB Tygla.

Jednocześnie tym, którzy świętują życzę wspaniałej Wielkanocy, a tym, którzy nie, udanej przerwy świątecznej!

Talenka czyta

Pierwsze kroki: Talenka z włoską książeczką o zwierzakach podróżujących autobusem

Czytająca dziewczynka

Zaczytana. Dziewczynka idąca jedną z głównych ulic Barcelony



***Inne zdjęcia z tego cyklu:

czytanie w wanie

bez domu i z książką

niedziela, 24 marca 2013

W tym roku było inaczej. Festiwal był prawdziwym wydarzeniem. Byli wielcy, znani i kochani, kilka znaczących książek miało swoją przedpremierę, w tym najnowsza powieść Juliana Barnesa (!). Oksford podzielił się z organizatorem (The Sunday Times) swoimi najlepszymi wnętrzami, program był przebogaty, ceny spotkań (tutaj akurat bez zmian) wysokie. Tylko pogody zabrakło, więc nikt tak jak w latach poprzednich nie mógł wylegiwać się z książką na łąkach uniwersyteckich. Dużo się działo, ale tylko w pomieszczeniach. Na zewnątrz ciął śnieg.

Byłam tylko na paru spotkaniach, bo dzieci, dzieci, a do tego jeszcze przytrafiła mi się krótka wyprawa do Polski, ale za to oba wydarzenia były po prostu świetne.

Julian Barnes Oxford Literary Festival

Julian Barnes z krytykiem Hermione Lee. Rozmawiali o pisaniu powieści, barnesowych obsesjach i o jego najnowszej książce "Levels of Life"

Oxford Literary Festival

W tle kolejka po książki Barnesa, niestety pisarz nic po spotkaniu nie podpisywał. Z przodu jeden z uczestników spotkania wyleguje się z książką na krześle, za które trzeba było zapłacić 50 funtów, jeżeli chciało się z tego rzędu oglądać Barnesa.

Oxford Literary Festival książki

Festiwalowi bohaterowie

Oxford Literary Festival książki

I jeszcze więcej bohaterów

Andrei Makine, Michail Sziszkin, Oliver Ready,

Spotkanie z rosyjskimi pisarzami. Andrei Makine ze swoją tłumaczką, Michaił Szyszkin i prowadzący Oliver Ready

Andrei Makine z czytelnikiem

Andrei Makine z czytelnikiem

Oxford Literary Festival

Michaił Szyszkin z fanami

Oxford Literary Festival

Autografy, autografy, każdy chce, ale nikt się nie pcha

Oxford Literary Festival

Jedno z wnętrz festiwalu

Oxford Literary Festival

Wierny czytelnik

Julian Barnes Levels of Life

I na koniec moja nowa zdobycz. Podpisana :) Julian Barnes 'Levels of Life". Oficjalnie wychodzi dopiero 4 kwietnia :)

poniedziałek, 18 marca 2013

Kochana Czara natchnęła mnie pomysłem po opublikowaniu wzruszającej notki.

Najpierw wspomnienie.

Pamiętam taką chwilę. Wychodzę wieczorem ze szpitala po całym dniu spędzonym u Beli. Bela ma wtedy zaledwie jakieś dwa tygodnie. To jest ten nieszczęsny czas, kiedy lekarze wałkują z nami szczegóły jej obrazu magnetycznego mózgu, niedługo po tym, jak proponowali nam, żeby odłączyć ją od respiratora. Wychodzę i mówię sobie: dobra lekarzyki, o mnie się nie martwcie, ja dam sobie radę. I spokojnie daję. Przez następne półtora roku.

Najtrudniejszą rzeczą jest proszenie kogoś o pomoc. Bo jestem jej mamą i obiecałam dać sobie radę. Bo każdy apel jest publicznym wołaniem. Bo nagle z bycia rodziną stajemy się bohaterami smutnej historii.

Bela szybko rośnie i zaczyna potrzebować znacznie więcej niż jestem w stanie jej dać. Skomplikowana rehabilitacja, brak snu, poszukiwanie nowych kuracji - to wszystko może starczyć na drugie, alternatywne życie, ale tego nie sposób rozłączyć, bo to cząstka mojego.

Tydzień czasu zajęło mi napisanie prostej historii Beli, by stworzyć jej stronę na serwisie Justgiving.com, kiedy przestało starczać nam na jej zajęcia i terapie. Literki drżały na ekranie, znikały, by w końcu ułożyć się w krótką opowieść, która musiała jeszcze kilka dni przeleżeć, zanim została opublikowana. Strona powstała, a ja pokonałam w sobie matkę z żelaza. Nauczyłam się większej pokory.

Prawie że rok później przez miesiąc tworzyłam stronę domową Beli. Wiłam się i skręcałam. Pomogła mi Bela. Popatrzałam na nią, jak z przyjemnością fika sobie na podłodze, jak potem mina jej rzednie, kiedy wsadzam ją do samochodu, by z mieszanymi uczuciami uczestniczyć w zajęciach fizjoterapeutycznych. Pomyślałam: opowiedz o tym sama, ja Ci pomogę. I zaczęłam pisać, nie o sobie, ale o Beli i jej świecie. I wtedy zrozumiałam, że moimi apelami nie pokazuję swojej bezsilności, ale odporność Beli, która zdecydowała, że będzie, że zostanie silna.

A każde Wasze dobre słowo pomaga nam w nieprawdopodobny sposób. Dodaje nam siły.

Czara napisała o nas, o Beli. Podsunęła mi pomysł z banerkami, którymi możemy się dzielić na blogach i dzięki którym możemy powiększyć grupę jej przyjaciół i darczyńców. Dziękuję Ci, Czaro! Oto banerki w różnych rozmiarach, możecie je  umieścić u siebie, np. w bocznej szpalcie. Pomożecie nam tym niesłychanie. Stokrotnie dziękuję!!!

 

Pomóż małej Beli!

Bannerek Beli

Bannerek: 250pxl

Bannerek Beli

Bannerek: 200pxl 

Bannerek Beli

Bannerek: 150pxl

Bannerek Beli

 Bannerek: 100pxl

 

Adres strony: Isabelready.com

niedziela, 17 marca 2013

Publikuje gorące wieści z południa Francji. Gdyby nie to, że dużo pracuje w tygodniu, czułaby się jak na bezustannych wakacjach. O podróżach po Lazurowym Wybrzeżu (i nie tylko), smaczkach południa, filmach, książkach i samych Francuzach Katasia pisze w swoim kapitalnym blogu Voyages, voyages. Dzieli się swoimi przeżyciami szczodrze, a wszystko świetnie okrasza zdjęciami. Zapraszam na opowieść Katasi o przeprowadzce na Lazurowe Wybrzeże.

Jak to się stało, że znalazłaś w Cannes? Dlaczego akurat tam?

Przyjechałam do Francji jako jedna z romantycznych emigrantek, żeby dołączyć do pewnego uroczego młodego Francuza, który dzisiaj jest moim mężem. Antoine pracował w Sophii Antipolis, francuskiej Dolinie Krzemowej. Zamieszkaliśmy w Juan les Pins, niewielkiej miejscowości między Antibes i Niceą z bardzo prozaicznych powodów - umożliwiało to nam z jednej strony szybki dojazd do pracy, a z drugiej - pozostanie w bliskości plaży.


Lazurowe wybrzeże
Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Pierwsze dni na Lazurowym Wybrzeżu były idealnymi wakacjami - nie myślałam ani o szukaniu pracy, ani o tym, co będzie dalej, korzystałam ze słońca, plaży, różowego wina i wspaniałej prowansalskiej kuchni. Do dziś co weekend łatwo mi poczuć się tutaj jak na wakacjach, nawet jeśli w tygodniu sporo pracuję.

Jak Ci się teraz mieszka w Cannes w ogóle? Jak traktujesz Francję?

Nie zamieszkałabym nigdzie indziej. No, chyba że do rządów we Francji dopcha się jakaś skrajna prawica (co z punktu widzenia naszego departamentu wcale nie wydaje się niemożliwe - bardzo dużym poparciem cieszą się tu Front Narodowy i kuriozalne partie typu "Francja dla Francuzów").

Lazurowe wybrzeże

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Moje pierwsze wpadki wiązały się z faktem, że nie zdawałam sobie sprawy z tego, jakim kulturowym amalgamatem jest dzisiejsza Francja. Zdarzało mi się więc na przykład zapytać Francuza z pokolenia od pokolenie za to o zdecydowanie afrykańskich rysach "To skąd Ty właściwie jesteś?"

Poza tym dość szybko udało mi się chyba jednak zintegrować - przyjeżdżając do Francji, znałam już trochę francuski i miałam pewne pojęcie o francuskiej kulturze. Znałam też już trochę Francuzów - mojego obecnego męża, jego rodzinę i przyjaciół.

Jakie książki o Cannes bądź Francji mogłabyś polecić czytelnikom?

Najciekawszą książką o Francji, którą kiedykolwiek czytałam jest na pewno "Francuska sztuka wojny" Alexisa Jenniego - historia francuskiej kolonizacji i ponura wizja Francji, w której kolonialne upiory spotyka się na każdym kroku. Ciekawy obraz dzisiejszej Francji przedstawiają również książka i film "Entre les murs" Francois Begaudeau o przeprawach młodego nauczyciela w trudnej paryskiej szkole.

Lazurowe wybrzeże

Zdjęcia Katasi


***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki:

Dabarai w Londynie

Holly w Paryżu

Invitada w Edynburgu

Kasia Hordyniec w Donegalu

Stuffed mice w Buenos Aires

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie

wtorek, 12 marca 2013

Found in translation awardZostały tylko trzy dni, więc spieszcie się. Do północy 15 marca można przesyłać swoje zgłoszenia na najlepsze angielskie tłumaczenie polskiej książki. Wystarczy wysłać maila na adres biuro@instytutksiazki.pl, umieszczając nazwę nagrody FOUND IN TRANSLATION w tytule wiadomości. W mailu należy podać tytuł książki, nazwisko autora, tłumacza, wydawcę i krótko uzasadnić swój wybór.

Nie udało mi się znaleźć żadnej szczegółowej listy z wszystkimi polskimi książkami wydanymi po angielsku w zeszłym roku. Te, które pamiętam, to:

"Saturn" Jacka Dehnela (Dedalus Books), tłum. Antonia Llyod-Jones (tą książkę nominowałam, tłumaczenie jest błyskotliwe i świetne oddaje styl Jacka)
"A Grain of Truth" Zygmunta Miłoszewskiego (Bitter Lemon), tłum. Antonia Lloyd-Jones
"Nowolipie Street" Józefa Hena (DL Books), tłum. Katarzyna Boron
"The Night Wanderers. Uganda's Children and the Lord's Resistance Army" Wojciecha Jagielskiego, (Seven Stories Press) tłum. Antonia Lloyd-Jones
"I Burn Paris" Bruna Jasieńskiego (Twisted Spoon Press) tłum. Soren A. Gauger i Marcin Piekoszewski
"Cold Sea Stories" Pawła Huelle (Comma Press), tłum. Antonia Llyod-Jones
"Ryszard Kapuściński: A Life" Artura Domasławskiego (Verso Books), tłum. Antonia Lloyd-Jones
"Illegal Liaisons" Grażyny Plebanek (Stork Press), tłum. Danusia Stok

A w tym roku zapowiadają się dwa duże translatorskie wydarzenia. Wkrótce pojawi się przekład poezji Tomasza Różyckiego [w końcu!!!] ("Twelve Stations". Brookline, MA: Zephyr Books, tłum. Billa Johnsona) i tłumaczenie szkicu wspomnieniowego Tadeusza Różewicza ("Mother Departs", Stork Press, tłum. Barbara Bogoczek).

Więcej o nagrodzie FOUND IN TRANSLATION możecie przeczytać tutaj. I nie zapomnijcie zagłosować!


Joanna Bator Ciemno, prawie nocŚciemnia się. Alicja jedzie do rodzinnego Wałbrzycha, którego skutecznie wyrzuciła z pamięci, odkąd zaczęła pracę w Warszawie jako dziennikarka. Lubi swoją niezależność w stolicy i to, że jak tysiące mieszkanców-przyjezdnych, jest tam wolna od swojej przeszłości. Podróż pociągiem do Wałbrzycha, a stamtąd taksówką z utyskującym na zdrowie kierowcą prosto do rodzinnego domu męczy ją, drażni i rozstraja. Wraz z Alicją wkraczamy do mrocznych zakątków jej pamięci i ciemnej historii ginących w mieście dzieci, o której kobieta ma napisać reportaż. Przyjeżdżamy do Wałbrzycha, z którego Joanna Bator zrobiła w swojej najnowszej powieści miasto-koszmar, obraz śmiały, groźny i nieszczęśliwie wykrzywiony.

Podoba mi się, kiedy  w powieści Bator zachodzi słońce i zaczyna się ściemniać. Wtedy ożywia się pamięć Alicji o jej starszej siostrze-samobójczyni, o ojcu opętanym nadzieją znalezienia skarbu pod wałbrzyskim zamkiem. Historia rodzinna, pełna grozy i zawieszenia, wydała mi się naprawdę frapująca. Są pojedyncze wspomnienia, z których powoli maluje się przejmujący obraz, są listy, jest dom bez miłości, jest strach, wkraczające od zamku zło, upiór matki i katastrofa.

Z historią rodzinną związane są inne opowieści, jeszcze ciemniejsze. Te dotyczą pokolenia rodziców Alicji, jej matki, sąsiada, a łączy je zło II wojny światowej. To zło niszczy dziecięcą niewinność, niemiecki dom i wałbrzyski porządek. Są bardziej dosadne i wychodzą już poza krąg grozy, stając się po trosze reporterskim zapisem okrucieństw.

Potem są historie współczesne o ginących w mieście dzieciach i wtedy w książce robi się już bardzo ciemno, tak ciemno i łyso, że ginie całe piękno grozy. Niestety wątek detektywistyczny w powieści jest marny, a dosłowność opisywanego przez Bator zła trąci tanią książką. Naprawdę byłam zażenowana, czytając  na przykład o szczegółach filmów pornograficznych z udziałem dzieci czy sposobach, w jaki matka Alicji maltretowała jej siostrę. Opisy są płaskie i wulgarne, dlatego niszczą ostatnie szczątki poczucia grozy, które może mieć jeszcze cierpliwy czytelnik.

Rozczarowana byłam też stylem książki. Mnóstwo w niej tak samo budowanych powtórzeń (coś jakby, coś jak). Groteska związana z pojawieniem się w książce wątku martyrologicznego z dwójką kopalnianych, samozwańczych świętych jest bardzo przewidywalna. Wydaje mi się, że w ogóle pisanie o nastrojach pospolitego ruszenia religijnego, które wciąż łatwo może się w Polsce wydarzyć (jak to się stało po katastrofie samolotu prezydenckiego) jest szalenie trudne, bo fikcja w takich sytuacjach dzieje się w rzeczywistości , więc jak przenieść ją potem do powieści? W książce Bator mamy na przykład rozrywanie szat i szczątków wałbrzyskiego orędownika, które miały w swej absurdalności z pewnością być śmieszne, a mi wydały się jedynie irytujące.

Największą przeszkodą w czerpaniu satyfakcji z czytania "Ciemno, prawie noc" była dla mnie jednak niepotrzebnie skomplikowana sieć wątków. W powieści przeplatają się losy wielu rodzin, przemykają duchy, cień kładzie wojna, powstają z grobów szkaradztwa przeszłości, odpycha polska współczesność (w tym i miłosny wątek Alicji)... Liczba historii jest niestety odwrotnie proporcjonalna do ich głębi. Dlatego po dotarciu do zakończenia powieści, a dociera się tam zaskakująco szybko, miałam silne poczucie, że powinnam wyłączyć lampkę znacznie wcześniej i w połowie książki powiedzieć ciemnościom Joanny Bator po prostu 'dobranoc'.


czwartek, 07 marca 2013

Władimir Szarow i Oliver ReadyDobre wieści dla miłośników literatury, wielbicieli prozy rosyjskiej, książkoholików, entuzjastów festiwali literackich, amatorów słowa pisanego i mówionego, pasjonatów powieści w przekładzie, koneserów książek w oryginale i sympatyków pewnego doktora Uniwersytetu Oksfordzkiego. Wiadomość pierwsza jest taka, że Oliver skończył tłumaczenie "Zbrodni i kary" Dostojewskiego, a wydawnictwo Penguin zapowiedziało wydanie powieści na początku stycznia przyszłego roku (hurra! Finał prac nad przekładem i datę publikacji odpowiednio uczciliśmy, a na celebracje wydania zapraszamy serdecznie wszystkich sympatyków do nas w 2014. Mam nadzieję, że do tego czasu przeprowadzimy się do większego lokum :).

Drugie doniesienie jest takie, że Oliver od pewnego czasu pracuje nad tłumaczeniem książki współczesnego pisarza rosyjskiego Władimira Szarowa. A tenże pisarz pojawi się już bardzo wkrótce w Londynie. To wdzięczne połączenie autora i tłumacza prowadzi mnie do trzeciej depeszy: obu panów będzie można posłuchać już w ten piątek w londyńskiej księgarni Waterstones przy Piccadilly.

Piątek, 8 marca godz. 18.30, Waterstones Piccadilly 
Rethinking History through Literature
Writer Vladimir Sharov in conversation with translator Oliver Ready
(rozmowa odbędzie się po rosyjsku z angielskim tłumaczeniem)

Bilety: £5  można je zakupić tutaj.

To dopiero początek marcowej trasy Olivera, którego będzie można jeszcze dwa razy zobaczyć w Londynie, a potem w Oksfordzie podczas Oxford Literary Festival. Oto spotkanka, na które serdecznie zapraszamy.


Czwartek, 21 marca godz. 18.30, Waterstones Piccadilly
Translating Russia
Translators: Arch Tait, Hugh Aplin and Oliver Ready in conversation
Bilety £5 można zakupić tutaj.

(dodam ciekawostkę, że trójka wyżej wspomnianych osób tworzy trzy pokolenia tłumaczy: Arch Tait był nauczycielem rosyjskiego Hugh Aplina, który był nauczycielem Olivera :)


Piątek, 22 marca, CAN-Mezzanine, 32-36 Loman Street, London SE1 0EE
"The Arts and Attitudes to Disability in Eastern Europe" - półdniowe forum dotyczące obrazów niepełnosprawności w literaturze i sztuce.
Irena Yasina, high-profile Russian journalist and disability campaigner
Denise Roza, Director of Perspektiva, which runs an annual disability film festival
Jose Alaniz (Seattle), on the portrayal of disability in the visual arts
Oliver Ready (Oxford), on mental disability in modern Russian literature
Wstęp jest wolny, jednak należy się zarejestrować do 15 marca tutaj.


Sobota 23 marca, godz. 18.00, Bodleian Library: Divinity School, Oxford
Culture and Politics in Russia Today : Mikhail Shishkin, Irina Prokhorova and Andrei Makine. Chaired by Oliver Ready
Oxford Literary Festival

Bilety: £11 można nabyć tutaj Niestety wszystkie bilety już wyprzedane 

Oliver tłumaczący Zbrodnię i karę
Oliver tłumaczący "Zbrodnię i karę"

niedziela, 03 marca 2013

Szczecinianka z pochodzenia, mieszkanka Londynu z wyboru. Wyjechała w pogoni za pracą z książkami i takową znalazła. Jest jedną z najbardziej spełnionych bibliotekarek stolicy. Czyta namiętnie, doradza celnie, a do tego prowadzi świetnego bloga, oczywiście o czytaniu. Dabarai nie ukrywa, że mieszka w raju dla książkochłonów, bo, pomimo tego że rynek księgarski na Wyspach przeżywa trudności, oferta lekturowa Londynu jest tak bogata, że aż trudna do opisania. W życiu w londyńskim królestwie książkowym towarzyszy jest Ulubiony Anglik, którego po prostu nie można nie polubić. Zapraszam serdecznie na spotkanie z Dabarai.

Jak to się stało, że znalazłaś w Londynie? Dlaczego akurat tam?

Powód mojego przyjazdu był raczej bardzo prozaiczny i trywialny - praca. Pracując jako bibliotekarka w Polsce nie zarabiałam wiele, ta sama praca w Wielkiej Brytanii była o wiele lepiej płatna, w dodatku miała lepsze perspektywy. Do tego dość miałam mojego Szczecina, z różnych względów, a Londyn był zawsze miastem, które mnie pociągało, fascynowało i kusiło. Najpierw zwiedzałam Londyn kilkakrotnie jako turystka, za każdym razem dochodząc do wniosku, że właściwie to, co widziałam, to tylko wierzchołek góry lodowej, potem zaczęłam się na poważnie zastanawiać nad wyjazdem. Nie miałam żadnych dalekosiężnych planów, nie wiedziałam, na jak długo chcę na Wyspie zostać. Miałam jednak sporo szczęścia. W podjęciu decyzji pomógł mi fakt, że nie jechałam zupełnie w nieznane. Przez pierwsze trzy miesiące mieszkałam z moim ojcem, dojeżdżając do pracy z drugiego końca miasta, to mi pomogło nieco Londyn oswoić. Była to moja pierwsza przeprowadzka w życiu. I nie żałuję mojej decyzji. Osiem lat minęło od dnia mojego przyjazdu. We wrześniu 2004 roku spakowałam plecak, dużą torbę i (po raz ostatni) wsiadłam w autokar, tym razem z biletem tylko w jedną stronę.

Tower bridge

Rzeczna okolica Tower Bridge

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz je jeszcze?

Moje pierwsze tygodnie w Londynie spędziłam na poszukiwaniu pracy w bibliotece. Okazało się jednak, że nie jest to taka łatwa sprawa, nie miałam wiele doświadczenia, więc mój ojciec dał mi delikatnie do zrozumienia, że powinnam nieco obniżyć loty, poszukać jakiejkolwiek pracy i zacząć na siebie zarabiać! Posłuchałam go i wysłałam zgłoszenie

do kilku księgarni, bo pomyślałam sobie, że mimo wszystko to też praca z książkami! Kilka dni później zaczęłam pracę na Wimbledonie, w nieistniejącej już księgarni sieci Books Etc.  Bardzo lubiłam moją pracę, mimo iż była kiepsko płatna i (był to okres przedświąteczny) czasem stresująca. Czasem zastanawiam się, co by się stało, gdybym dostała pracę w innym miejscu, jak wtedy potoczyłoby się moje życie w Londynie... Nie wiedziałam tego jeszcze, ale właśnie tam poznałam kogoś, dla kogo planuję pozostać w Wielkiej Brytanii na stałe.

Tak naprawdę to moja samodzielna przygoda z Londynem zaczęła się w styczniu 2005 roku. Zaczęłam pracę w upragnionej bibliotece, przeprowadziłam się, zostałam sama. Okazało się wtedy, że samotność to coś, co każdy, a tym bardziej imigrant, musi jakoś oswoić. Poza moim ojcem i jego znajomymi na drugim końcu miasta nie miałam właściwie żadnych znajomych. Nie mieszkałam też, jak wielu naszych rodaku, w "polskim" domu. Moimi pierwszymi współlokatorami byli Francuzka, Szkot i sympatyczny chłopak z RPA. Nie nawiązuję łatwo znajomości, więc większość czasu spędzałam sama, dużo czytałam, oswajałam się z nową, nieznaną dzielnicą Londynu. Potem zaczęłam poznawać Londyn w towarzystwie Ulubionego Anglika.

London Eye

Londyńska perspektywa


Jak Ci się teraz mieszka w Londynie? Jak traktujesz miasto?

Kocham Londyn! Kocham to miasto pomimo jego wad, pomimo brzydoty, przeludnienia, kosmicznych cen mieszkań, tłoku na ulicach, nachalnych ulicznych roznosicieli ulotek i wiecznych problemów z transportem. Kocham Londyn, bo to miejsce pełne życia, pełne ludzi, pełne historii. Ciągle coś się tu dzieje, zmienia, rośnie, a jednocześnie są też pewne miejsca, które pozostają niezmienione od wieków. Niektóre dzielnice zmieniają się niemalże z dnia na dzień, rosną nowe strzeliste biurowce, centra handlowe, stacje metra są przebudowywane i rozbudowywane, do tego powstała właśnie cała wioska olimpijska, nowy stadion i park.  Z drugiej strony - w samym centrum miasta stoją od wieków budynki Parlamentu ze słynnym Big Benem, pałac Buckingham, katedra Świętego Pawła - znane na całym świecie zabytki, ale także miejsca, które wciąż kwitną życiem - w nich się wciąż mieszka, modli, pracuje, codziennie obcując z wielowiekową, oswojoną historią. Kocham Londyn właśnie za te spotykane wszędzie sprzeczności. Za to, że historia i nowoczesność mieszają się ze sobą. Za to, że obok gwarnego City znajdują się Hyde Park i Kensington Gardens, 253 hektary zieleni, od czterystu lat służące mieszkańcom stolicy jako miejsce wypoczynku, spotkań towarzyskich i ważnych wydarzeń. Niesamowite są też londyńskie księgarnie, antykwariaty i sklepy charytatywne, w których często za grosze można kupić prawdziwe skarby. Pomimo tego, że rynek księgarski przeżywa kryzys, znikają sieciowe i specjalistyczne księgarnie, to wciąż Londyn jest rajem dla książkochłona takiego jak ja!

Podobno (według opinii UA) zachowuję się też jak prawdziwa mieszkanka Londynu - znam skróty i małe, zapomniane uliczki, niektóre dzielnice znam nawet lepiej niż Ulubiony (Rodowity) Anglik, codziennie jeżdżę do pracy na rowerze, kręcę nosem na turystów i stoję w kolejkach na przystankach autobusowych. Jestem wierną mieszkanką południowego Londynu, na samą myśl o przeprowadzce na daleką PÓŁNOC dostaję dreszczy - Tamiza to taka naturalna granica oddzielająca dwa plemiona Londyńczyków...  Oswajam miasto, a miasto oswaja mnie - w dalszym ciągu nie zwiedziłam wszystkich miejsc, zabytków, galerii, dzielnic, ale pocieszam się, że mam na to duuużo czasu... Mimo wszystko jestem realistką. Londyn to miasto bardzo drogie, wiele osób przeprowadza się poza jego granice, tam gdzie taniej, dojeżdżając do pracy pociągami, inni przenoszą się do innych miast, gdzie stać ich na kupno domu z ogrodem, a nie małego, ciasnego mieszkanka. Jak to będzie kiedyś, to się okaże, ale na pewno bym za Londynem tęskniła.


LondynLondyński niezbędnik - Brompton. Tym akurat jeździ Ulubiony Anglik, ale Dabarai ma identyczny

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Nie pamiętam właściwie żadnych wielkich rozczarowań czy wpadek... Zdarzały się językowe nieporozumienia, na przykład te polegające na nieznajomości angielskiego rynku książki... Ktoś zapytał mnie kiedyś o książki Ladybird (słynna seria książeczek dla dzieci), a ja skierowałam ich w stronę książek o biedronkach (ladybird to właśnie po angielsku biedronka...) Natomiast sporo rzeczy mnie wciąż irytuje lub śmieszy. Znienawidzone angielskie krany, których na szczęście nie spotyka się już tak często jak kiedyś. Z jednego leci ukrop, z drugiego lód. Żeby wymyć ręce, trzeba się najpierw oparzyć, a potem ewentualnie ukoić ból poparzonych palców w lodowatej wodzie. Można, co prawda, zatkać umywalkę korkiem i napuścić tam wody, ale na litość boską, kto ma na to czas?! Nie mówiąc już o tym, że to czasem niezbyt higieniczne... Co jeszcze? Angielskie okna (na każdą wzmiankę o nich UA przewraca oczami i wzdycha) - większość z nich otwiera się na zewnątrz i nie da się ich normalnie umyć. Niektóre otwierają się tylko troszeczkę. Zdarzają się okna nieszczelne, zdarzają się też zbyt szczelne, przy których pojawiają się zacieki a nawet pleśń.

Jeśli chodzi o odkrycia, to jest ich znacznie więcej. Na przykład niesamowita ilość różnorakich restauracji serwujących dania ze wszystkich stron świata. To właśnie w Londynie po raz pierwszy jadłam japońskie sushi, chińskie dim sum, czy prawdziwe pyszne dania ze Sri Lanki. Fantastyczny jest w Londynie także łatwy dostęp do muzeów, wystaw czy wernisaży. Najsłynniejsze galerie i muzea są bezpłatne. Często dostępne są też roczne przepustki, które uprawniają do wstępu na ciekawe wystawy i wernisaże, na przykład w słynnej galerii Tate. Natomiast ostatnie moje odkrycie to rowery! Nagle wszystko staje się jakoś bliższe, bardziej dostępne i mniej zatłoczone. Ścieżki rowerowe, łatwe do nawigacji i bardzo widoczne, możliwość wypożyczenia roweru w centrum miasta (słynne niebieskie rowery Borysa...), mnóstwo sklepów ze sprzętem rowerowym i gadżetami, a do tego składane rowery, które nam pozwalają zapakować się do metra, dojechać do centrum i tam rozłożyć rower. Łatwo nimi dojechać do jednego z londyńskich parków czy skwerków, urządzić sobie piknik, odpocząć, czytając książkę, a wieczorem pojechać do domu. Jedyny minus to to, że pracując na pełen etat nie mam zbyt wiele czasu na zwiedzanie Londynu, na odkrywanie go tak często, jak bym tego chciała. Właściwie wielu mieszkańców Londynu na co dzień porusza się tylko w obrębie jednej czy dwóch dzielnic. Wyjazdy do centrum miasta to głównie zajęcie na weekend, podróż z jednego krańca miasta na drugi może zabrać sporo czasu, a do tego może być kosztowne (ceny biletów są horrendalnie wysokie!). Są jednak weekendy, kiedy ciągnie nas do odległych dziennic, do pełnego turystów centrum, bo nie ma nic lepszego niż atmosfera miasta buzującego energią i pozytywnymi wibracjami.

Londyn

Cmentarz Highgate

Jakie książki o Londynie poleciłabyś czytelnikom?

Uwielbiam czytać powieści, które opowiadają o miejscach mi znanych. Lubię też, kiedy po przeczytaniu jakiejś książki mam ochotę podążyć ścieżkami, o których opowiadał jej autor. Tak było z Audrey Niffenegger  i jej "Her Fearful Symetry" (polski przekład "Lustrzane odbicie") - bohaterkami tej wciągającej powieści o duchach, miłości i relacjach rodzinnych są siostry bliźniaczki, które mieszkają tuż obok słynnego cmentarza Highgate. Kiedy skończyłam czytać powieść, nabrałam strasznej ochoty na wycieczkę na ten cmentarz! Faktycznie, robi on na zwiedzających niesamowite wrażenie, przede wszystkim część zachodnia, która można zwiedzać tylko z przewodnikiem. Fantastyczne, wiktoriańskie pomniki, ogromne mauzolea, nagrobki, a wszystko w otoczeniu starych drzew, ocieniających ścieżki i tworzących niesamowitą atmosferę. Polecam i książkę i cmentarz! Inne książki, których akcja toczy się w Londynie to na przykład "Brick Lane" Moniki Ali - autorka umieściła akcję swojej powieści w słynnej dzielnicy we wschodnim Londynie, a bohaterami są imigranci z Bangladeszu. Z kolei o Londynie, którego już nie ma opowiada fantastyczna książka Jennifer Worth "Call the Midwife". Są to wspomnienia Worth, która w latach latach pięćdziesiątych zaczęła pracę jako położna w dzielnicy portowej Docklands, najbiedniejszej części Londynu. Jej opowieść jest przejmująca, poruszająca, często dowcipna i pełna niesamowitych, prawdziwych bohaterów. East End, dzielnica, w której toczy się akcja książki Weir, zmienił się nie do poznania, więc jej wspomnienia są pewnego rodzaju socjologicznym dokumentem nieistniejącego już świata.

Jakiś czas temu odwiedziłam z Ulubionym Anglikiem polecaną przez Padmę wystawę w British Library zatytułowaną "Writing Britain: Wastelands to Wonderlands", która ukazuje literackie krajobrazy Wielkiej Brytanii, pokazując w jaki sposób miasto, wieś, dzika przyroda, czy rzeki inspirowały brytyjskich pisarzy i poetów. Dzięki wystawie przypomniałam sobie o kilku interesujących pisarzy piszących o Londynie, których książki chciałabym kiedyś przeczytać, na przykład Hanif Kureishi "The Buddha of Suburbia" ("Budda z przedmieścia") , Zadie Smith, "White Teeth" ("Białe zęby")... Ach, książki, których akcja toczy się w Londynie, a których jeszcze nie czytałam, jest baaardzo dużo... , "Thames: Sacred River" Petera Ackroyda, "Great Stink" Clare Clark, Dickens...  Natomiast Ulubiony Anglik poleca za moim pośrednictwem wyjątkowo wciągającą książkę "Underground, Overground. A Passenger's History of the Tube" autorstwa Andrew Martina, czyli opowieść o londyńskim metrze.

Londyn

 Kyoto Gardens w Holland Parku

Wszystkie zdjęcia są autorstwa Dabarai.

 

***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki:

Holly w Paryżu

Invitada w Edynburgu

Kasia Hordyniec w Donegalu

Stuffed mice w Buenos Aires

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie



Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...