poniedziałek, 27 kwietnia 2009
Twórczy komentarz do bieżących wydarzeń jest wbrew pozorom zadaniem trudnym. Żeby nie brzmiał banalnie czy płytko musi zostać przetworzony, znaleźć dodatkowy wymiar interpretacji, w jakiś sposób odejść do przedstawianego wydarzenia. Tego zabrakło niestety w powieści Stefana Chwina "Żona prezydenta", która próbuje artystycznie zmierzyć się ze światem po 11 września i po odkryciu tajnych, amerykańskich więzień dla terrorystów. Słaba i szokująco źle napisana książka przypomniała mi się w kontekście otwartej właśnie wystawy zatytułowanej "Transmission Interrupted" w Muzeum Sztuki Współczesnej w Oksfordzie prezentującej prace 14 twórców, które w dużej mierze są właśnie komentarzem do niedawnych wydarzeń. Poziom prac wykorzystujących fotografię, rzeźbę i film jest zróżnicowany.

Wystawa zaczyna się właściwie na zewnątrz muzeum – jej fasada została przemalowana na różowo i pokryta graffitti przez Ernesto Salmerona, młodego artysty z Nikaragui, który w ten sposób nawiązuje do sytuacji politycznej kraju i sloganów wykorzystywanych przez opozycję. Praca jest mało czytelna, a komentarz sprowadza się niestety tylko do imitacji.
Modern Art Oxford

Bardziej złożona jest praca nawiązująca do wydarzeń z Paryża z 2005 roku, kiedy to mieszkańcy przedmieść stolicy przemocą zareagowali na społeczną marginalizację. Rzeźba Abdel Abdelssemed wykonana z terakoty na bazie karoserii spalonego samochodu chytrze zatytułowana jest "Practice Zero Tolerance". Nie przyzwalajmy na przemoc czy raczej na to, co tą przemoc wywołuje? Czarny szkielet samochodu wygląda nie tylko jak niemy pomnik tamtych paryskich wydarzeń, ale również jako uniwersalny znak społecznych napięć.

Najbardziej interesującą dla mnie pracą z całej kolekcji 14-stu jest pozornie nieciekawie wyglądająca seria wykonanych z papieru i kartonu rzeźb figurek kopiujących antyczne, które do momentu wkroczenia wojsk do Iraku w 2003 wystawiane były w irackim Muzeum Narodowym. Każda jest skrzętnie opisana: co przedstawia, skąd pochodziła oryginalna rzeźba, jaki jest jej obecny status: zaginiona, czy skradziona. Dodatkowo każda zawiera komentarz historyków sztuki, kuratorów muzeum czy osób pomagających w odzyskaniu skradzionych przedmiotów dotyczący historii irackich zbiorów. W tych papierowych, nietrwałych sklejankach oddany jest dramat dziedzictwa kulturowego Iraku – kraju, który przecież jest kolebką jednej z najstarszych cywilizacji. To artystyczna refleksja nad losem sztuki w ogóle, która w wojennej pożodze schodzi na ostatni plan. Praca Michaela Rakowitza to też mocne przypomnienie o czarnym rynku handlu antykami. Ciekawe, ile z przedmiotów stanowiących irackie dziedzictwo za kilka lat pojawi się w muzeach Europy i Ameryki.

Inne prace poruszają temat bądź braku, ograniczenia bądź nadmiaru. Hiszpańska artystka Pilar Albarracin w krótkim, 3-miutowym filmie dziarsko przemierza ulice Madrytu w akompaniamencie grupy muzyków grających "Viva Espana". W rytmach skocznej melodii podglądamy stolicę pełną ludzi biorących udział w paradzie bądź protestujących w obronie praw zwierząt. Z tego zamieszania a przede wszystkim od pieśni opiewającej wspaniałość Hiszpanii bohaterka próbuje uciec. Jej ucieczka nie jest jednak możliwa. Artystka pozostaje w zgiełku współczesności.
 
Inny film pokazuje urywki z życia ulic Nowego Jorku i zakończony jest wyjaśnieniem, że możliwości filmowania i robienia zdjęć w dużych amerykańskich miastach zostają ograniczane przez państwo ze względów bezpieczeństwa jako odpowiedź na zamachy terrorystyczne z 2001 roku. Film jest za długi, pointa mało ciekawa. Jeszcze gorszy jest 20-minutowy film o wizycie brytyjskich ogrodników u marokańskiego botanika, który opowiada o wymieraniu gatunków kwiatów we względu na agresywne plany rozbudowy miasta Tangiers. Aż się prosi, żeby go skrócić, obrobić i wyostrzyć treść.
 
Modern Art Oxford, wystawa Transmission Interrupted

Wystawa "Transmission Interrupted" wychodzi również na miasto – w piątek główną ulicą miasta czwórka bezrobotnych pchała minibusa zrobionego z luster na znak zmian zachodzących w Oksfordzie, które z miasta słynnego z produkcji samochodów Mini, w odczuciu artysty, stało się miejscem zarabiającym głównie z turystki. Według mnie ten komentarz nie wpisywał się w sam charakter akcji. Performance raczej zginął w tłumie.

Wystawa ma być, jak piszą kuratorki "poetyckim testamentem współczesnych wydarzeń". Według mnie poetyckości to właśnie jest tam brakuje, a od tego zależy, czy ten testament przeżyje swoje czasy.
 
O tej wystawie mówiłam dziś w radiu Roxy w programie Maxa Cegielskiego zatytułowanym Nie lubię poniedziałku zaraz po długiej rozmowie Maxa z Arturem Żmijewskim na temat jego ostatniej wystawy, która podobnie do oksdordzkich prac ma również publisycystyczny charakter. Pierwszy raz na żywo. Chyba nie wyszło aż tak źle, choć lepszy ze mnie pisak niz mówca :) 
 
***
Wystawa Transmission Interrupted trwa do 21 czerwca w Muzeum Sztuki Współczesnej w Oksfordzie. Wstęp wolny
Przedstawiane są prace czternastu artystów: Adel Abdessemed, Pilar Albarracín, Yto Barrada, Mircea Cantor, Jem Cohen, Jimmie Durham, Simryn Gill, Julia Meltzer and David Thorne, Lia Perjovschi, Michael Rakowitz, Ernesto Salmerón, Yara El-Sherbini i Sislej Xhafa.

W niedzielę 26 mil Londynu przebiegło ponad 35 tysięcy ludzi. Zawsze w kwietniu stolica jest miejscem dość niezwykłego wydarzenia. Tysiące osób bierze udział w maratonie przez miasto, wspierając w ten sposób setki organizacji charytatywnych działających w kraju. Każdy z uczestników tygodniami przed maratonem nie tylko ćwiczy formę, ale i zbiera fundusze, które po biegu przekazywane są wybranej organizacji. Nasz przyjaciel dobiegł dziś do mety po ponad czterech godzinach zmagania z asfaltem. Serdecznie gratuluję.

Kiedy on przemierzał Londyn, my spacerowaliśmy nad rzeką w Oksfordzie, gdzie miał miejsce krótszy i zdecydowanie mniej popularny bieg. Uczestnicy, podobnie jak w Londynie, zadbali o ekscentryczne przebranie. Zobaczcie sami.

Maraton, Oksford
sobota, 25 kwietnia 2009
Stereotypowo Włochy kojarzone są z ultra katolicyzmem. I choć wierzących tu nie brakuje, trudno mi się nie oprzeć wrażeniu, że dla wielu Włochów kościół to przede wszystkim instytucja społeczna. Na msze przynosi się jajka, słodycze, listy i karteczki, by potem je wymienić czy sprzedać znajomym. Podczas nabożeństwa raczej nikt nie śpiewa z chórem, dużo jest jednak ruchu: rozglądania się na boki w poszukiwaniu znajomych, znajdywania dla stojących koleżanek siedzenia. Kiedy wreszcie ksiądz oznajmia "la mesa é finita", gawiedź rusza do drzwi i wtedy rozpoczynają się niekończące się pozdrowienia, zapytania o zdrowie, uściski i wymiana towaru, płatności, przekazywanie listów.

Po zakończeniu mszy wielkanocnej ksiądz z lekkim zdumieniem i rezygnacją szedł przez kościół w stronę głównych drzwi, pozdrawiając tych, którzy zostali w tyle fali wymieniającej pozdrowienia na tyłach świątyni. Wyglądał, jakby z jednej strony poddawał się wyższości tej szalonej wymiany społecznej a z drugiej ciężko powtarzał na duchu: "Boże, daj mi siłę, kiedyś do ciebie wrócą." Tego dnia jednak nikt nigdzie nie wracał, bo rozpoczęło się rodzinne świętowanie Wielkanocy, które we Włoszech oznacza kilku daniowy, przekraczający wszelkie możliwości spożycia w całości obiad.

Muszę jedno wyjaśnić: opisywany kościół znajduje się w prowincjonalnym miasteczku. Kilka lat temu zdumiałam się, kiedy w parafii pojawił się indyjski ksiądz. Po włosku mówił z tak silnym akcentem swojego ojczystego języka, że trudno było cokolwiek zrozumieć. Społeczność musiała go jednak zaakceptować, co dla zamkniętych na "obcych", zwłaszcza w tym regionie Włochów, wydało mi się niezwykłe. Z drugiej strony odsłoniło problem współczesnego kościoła w całej jego ostrości: brak kapłanów, których zaczęto do Europy sprowadzać z odległych zakątków świata.
Włochy, Asti, główna ulica miasta
Asti, północne Włochy, główna ulica starego miasta

Włosi obsesyjnie podchodzą do kwestii jedzenia. Jeść dobrze to w ich rozumieniu już poniekąd dobrze żyć i życie wypełniać. Dyskusje o jedzeniu zajmują sporą część rozmów podczas posiłków: zdradzane są wtedy przepisy, zasady gotowania, tajemne techniki uczynienia potrawy jeszcze lepszą. Do tego obowiązkowo je się dużo. Włoskie obiady są wielodaniowe. Niedzielne i świąteczne składają się z dwóch, trzech przystawek, talerza makaronu bądź pierożków, potem głównego, mięsnego dania. Potem jest krótka pauza i rozpoczyna się parada deserów. Ciasta, ciasteczka. Znowu pauza i oczekiwanie na kawę. Naturalnie mocne espresso, które w połączeniu z czekoladką ma pomóc w strawieniu tej całej przesady. Pod koniec włoskiego posiłku kawa ma zupełnie odwrotny efekt w moim ciele i nie mogę się ruszać. Moje ciało jest ociężałe i napuchnięte od potraw i wina. Przechodzą mi przez głowę mgliste słowa o umiarkowaniu w jedzeniu i piciu. To przykazanie we Włoszech zostało skutecznie wymazane, pewnie za zgodą samych papieży.

Włoskie espresso
Finał włoskiego posiłku: mocne espresso
Na północy Włoch pod Alpami na zachodzie kraju jestem w językowej międzystrefie. To region, który używa piemonckiego – krzyżówki między włoskim a francuskim. "Sei pronto?" – zapyta Włoch, czy jesteś gotowy. Piemontczyk ujmie to inaczej, dosadniej, pozbywając się ostatniego "o" z przymiotnika: "Sei pront?". Włoski zamek średniowieczny "castello medioevale" staje się "castel médieval" w piemonckim, by we francuskim brzmieć "château médiéval."

Dziadkowie Oliwki, u których gościmy, mówią do siebie w tym dialekcie. Rozumiem tylko pojedyncze słowa. Jak w przypadku dużej liczby europejskich dialektów i ten jest na wymarciu. Nie uczy się go w szkołach, a drugie pokolenie często tylko język rozumie, ale nie potrafi się nim swobodnie posługiwać.

Piemoncki uważa się za brzydki dialekt, bo brakuje mu włoskiej okrągłości. Dla mnie fascynujące jest wychwytywanie, jak francuski i włoski zmieszały się w tej odmianie.

Ciekawe, że rozumiem więcej niż słuchając dialektu/języka z rodzinnych stron – kaszubskiego, który był na początku tego wieku z wigorem odradzany na Pomorzu przez lokalnych polityków. W efekcie wiele wiosek i miasteczek na wybrzeżu operuje w dwóch językach: polskim i kaszubskim. Pomimo tego styku i bliskości kaszubskiego nie znam wcale.

W północnych Włoszech napisów po piemoncku brakuje, za wyjątkiem krótkich tłumaczeń opisów zabytków, które pojawiają się też po angielsku i niemiecku. Dialektu nie ma też w lokalnej polityce, więc jego los wydaje mi się przesądzony.
 
Piemoncki, dialekt północnych Włoch
Opis pałacyku w La Morra w czterech językach. Piemoncki opis jest ostatni. 

czwartek, 23 kwietnia 2009

Po przemierzeniu pól francuskiego środka, zbaczamy na wschód, w stronę Alp. Wioski przedgórskie są jeszcze kolorowe, z zagrodami z końmi. Wyżej, wtapiają się już w brązowo-szary kolor otoczenia. Mają wiele uroku: niewielkie domki z drewnianymi dachami, okiennicami, starymi szyldami. Każdą przecina mniejszy lub większy strumyk. Jedno miasteczko wyglądało jeszcze jak z poprzedniego stulecia, a dokładnie z końca wieku, dekadenckie, artystyczne. Chciałabym tam kiedyś wrócić. Nie pamiętam nazwy, tylko punkcik na mapie między dwoma górami.

W końcu docieramy do Lozanny. Jest piękna jak jej imię. A zawdzięcza to głównie otoczeniu Alp i Jezioru Genewskiemu – tej "wodzie wielkiej i czystej", jak pisał Mickiewicz, który wykładał tam niegdyś literaturę łacińską. Choć oczy łakomie pochłaniają krajobraz, to nie tropem Mickiewicza poruszamy się po mieście. Po głowie chodzi nam Calvino. Jemu spodobałaby się Lozanna: miasto zbudowane na wielu poziomach. Mosty, ulice nad i pod. Wysokie domy wyciągające szyje pewnie za widokiem jeziora. To wszystko sprawia wrażenie, jakby miasto żyło na kilku piętrach, sprawnie ze sobą połączonych schodami i windami.

Lozanna, Szwajcaria
Lozanna centrum miasta

Spacerujemy po mieście nocą. Centrum średniowieczne zmienione zostało w centrum komercyjne: głównie sklepy z ciuchami, trochę galerii sztuki. Po 22-giej przy katedrze sporo ruchu. Ludzie wychodzą z drogi krzyżowej. Wydawało mi się wcześniej, jak przejeżdżaliśmy przez wioski i miasteczka Francji i Szwajcarii, że tam drogi krzyżowe odgrywane będą w ich centrach, przy kościołach (jak często są we Włoszech). Tymczasem na wsiach było pusto, wszystko pozamykane, włącznie z hotelikami, które zresztą wyglądają, jakby nie były odwiedzane przez dziesiątki lat.

Lozanna nocą jest pełna młodych ludzi. Pary, grupki znajomych. To, co za każdym razem zastanawia nas w dużych miastach, to jak niewielka liczba domów w centrum jest rzeczywiście zamieszkała. W rzędzie starych kamienic światło pali się dosłownie w jednym mieszkaniu. Nie wiem, ilu z nas zdaje sobie sprawę z tego, że żyjemy w pustych miastach, w wyludnionych centrach.

Lozanna, Szwajacaria

Lozanna z Alpami
Radio w samochodzie to błogosławiony wynalazek. Jak tylko dostaliśmy się do Francji, włączyliśmy lokalną stację. Mój francuski jest naprawdę kiepski, ale nawet nie rozumiejąc, uwielbiam wsłuchiwać się w muzykę tego języka. Oliver dla mnie tłumaczy. Radio gra, przemierzamy autostradą wśród pofałdowanych pól Normandii, doskonale wyprofilowanych, kłujących zielenią w oczy pól Szampanii. Na drodze prawie nikogo, a dookoła ta cudowna przestrzeń!

Program numer jeden: wiadomości pogodowe i dyskusja o pogodzie na Wielkanoc. Nie ma wątpliwości, widoki za oknem nie kłamią: jest lato!

Program numer dwa: audycja z udziałem słuchaczy. Rozwścieczona Francuska skarży się na kłopoty finansowe kraju. Im więcej prowadzący pozwala jej mówić, tym ona staje się bardziej agresywna. Słyszymy coraz bardziej zdeterminowane "Merci, merci, merci madame, MERCI." I w tym ostatnim "dziękuję" znajduje się tyle siły, co w całym "zamknij się babo przeklęta wreszcie". Ostatecznie prowadzącemu udaje się kobiecinę spławić.

Następny program: dzwoni facet. Przedstawia problem. Z żoną kochają się tylko po sprzeczkach i awanturach. "Co z nami nie tak?" – pyta zafrapowany prowadzącą, a ta odpowiada, że wszystko jest w porządku, że kobiety tak lubią. Ot, francuski punkt widzenia.
Francuzka prowincja
Francuska prowincja

Pod wieczór, już w Szwajcarii w radiu toczy się rozmowa o "Katyniu" Wajdy. Rozmawiający mówią z taką pasją w głosie, która w innym narodzie byłoby to już zaangażowanie prowadzące do wylewu bądź ataku serca.

Następny dzień. Wielka sobota. Jedziemy już przez Włochy. Audycja z udziałem słuchaczy. Między rozmowami prowadzący serwuje włoskie hity pop-kultury. Piosenki są niezwykle sentymentalne. Miłość i tęsknota rozpływają się w słodkim lukrze westchnień. Rozdarte serce zostaje jednak ostatecznie połatane, ta-taam, czuły głosik znika z eteru. Po francuskiej pasji i namiętności dnia wczorajszego nie ma już śladu. Włoski sentymentalizm i przesada w dramatyzowaniu nas nie porywa. Prowadzący żegna się ze słuchaczami, życząc wesołych Świąt i nakazując, by wszyscy się przez Święta dobrze najedli. "Mangiate bene!" – krzyczy.
 
Pstryk – nie dajemy rady słuchać dalej i głos niknie na dobre.
Włoska prowincja
Włoska prowincja
Tunel wydrążono pod kanałem La Manche, jak mówią Francuzi czy English Channel, jak wolą Anglicy. Przed samym wyjazdem do tunelu rozciąga się szeroki płat przemysłowy: tory, linie, terminale, beton i metal. Tutaj wszystko zaczyna funkcjonować w dwóch językach. Napisy po angielsku i po francusku podpowiadają, że jesteśmy na skraju dwóch cywilizacji. Lubię miejsca, w których mieszają się języki, bo są niedookreślone, wyrwane z porządku jednej mowy. Sam przejazd samochodem przez tunel obywa się właściwie w pociągu pancernym, w który wjeżdża się autem. Koszmarny, zbity z grubej blachy pociąg przypomina podziemnego węża. W jego trzewiach zwykle mieści się kilkadziesiąt aut.

Sama przeprawa trwa 30 minut. Jest światło, więc można poczytać książkę. Im głębiej w tunel, tym potworniejsza zdaje się podróż. Powietrze nagrzewa się od środka ziemi. Jest duszno i klaustrofobicznie. Ludzkie ciała pocą się i topią w rozgrzanym powietrzu. Nie ma dokąd uciec. Jestem w samochodzie, samochód w opancerzonym pociągu, a pociąg w głębokim tunelu. Współczesne piekiełko – część nowoczesnej podróży.
wtorek, 14 kwietnia 2009

Od czwartku przemierzamy Europę samochodem. Dotarliśmy do Włoch. Słońce, spotkania i systematyczny brak komputera.

Face to Face Izraelczycy, PalestyńczycyWielu próbowało pojednać mieszkańców Izraela i Palestyńczyków. Niekażdy jednak za pomocą uśmiechu, grymasu i humoru. Eksperymentalny projekt francuskiego artysty JR "Face to face" rozpoczął się właśnie od żartu. JR wspólnie z kolegą Marco zrobili zdjęcia wygrymaszonych twarzy ludzi kilkudziesięciu profesji – każdy zawód reprezentowała para Izraelczyk i Palestyńczyk. Nadymali swoje policzki sportowcy, rzeźbiarze, rolnicy, muzycy i wielu innych, włączywszy rabina, imama i księdza. Potem ze zdjęć artyści wykonali monstrualne plakaty, które początkowo z pewną obawą rozwieszali na budynkach, w miastach począwszy od Betlejem, poprzez Jeruzalem, Tel Aviv, Hebron, Ramallę i na nieszczęsnym murze dzielącym te kraje.

Przy przeprowadzaniu akcji rozmawiali z mieszkańcami krajów w miastach strzeżonych przez żołnierzy. Ludzie z armii zresztą w jednym z miast chcieli się szybko pozbyć ekipy nalepiającej plakaty i gdyby napotkany przy drodze sprawiający wrażenie obłąkanego rabin nie wstawił się za artystą, projekt pewnie zostałby zawieszony na krótki czas. Przed realizacją projektu JR ostrzegano, że może zostać rozstrzelany przez agresywnych żołnierzy, porwany dla okupu, zabity przez bombę. Ostatecznie jedyne czego się nabawił, to lekkich poparzeń słonecznych, spędzając godziny na słońcu przy rozlepianiu plakatów.
Poniżej krótki film opowiadający o projekcie


Z rozmów JR z mieszkańcami wyłaniał się jasny obraz: nikt nie chce, żeby było tak, jak jest. Każdy nienawidzi muru i zgodnie twierdzi, że on nie rozwiązuje problemu. Dojechanie do miejsc, niegdyś dostępnych w ciągu 10 minut, zajmuje przeszło godzinę, bo trzeba objechać ścianę. Spotkania z rodziną, do niedawna częste i swobodne, teraz wymagają posiadania pozwolenia. Obecność muru jest przygnębiająca. Budzi dodatkowe napięcia w miastach.

Skoro jest taka zgoda co do tego, co z murem powinno się zrobić, dlaczego nic się nie dzieje? JR był przekonany, że śmiechem, który wywoływały jego plakaty przedstawiające Palestyńczyków i mieszkańców Izraela twarzą w twarz, będzie mógł połączyć mieszkających po obu stronach. I takie przekonane miał jedynie przez chwilę. Film o tej artystyczno-społecznej akcji kończy się właśnie taką pointą.


***
Film "Faces" opowiadający historię projektu "Face to Face" można było zobaczyć w ramach Festiwalu Filmów Żydowskich
Strona projektu "Face to face" dostępna jest tutaj.
środa, 08 kwietnia 2009
Tybet, festiwal filmówW zeszłym tygodniu zakończył się w Oksfordzie Festiwal Filmów Tybetańskich, zorganizowany przez Tibet House Trust, agencję charytatywną z Londynu i organizację Through an Exile Lens Project. Czas Festiwalu zazębił się z 50-tą rocznicą powstania tybetańskiego przeciwko Chinom i półwieczem egzystencji Tybetańczyków na uchodźctwie. Choć organizatorzy przede wszystkim podkreślają znaczenie przedstawienia sztuki tybetańskiej, program Festiwalu skupia się jednak wokół spraw politycznych, a filmy często sprowadzają się do przygnębiającej refleksji nad losem utraconego państwa. Trudno zresztą się temu dziwić.

Film "What Remains of Us" nakręcony został przez dziewczynę, która urodziła się w obozie dla uchodźców w Kanadzie i na kanadyjskim paszporcie kilkakrotnie jeździła do Tybetu, by pokazać mieszkańcom oficjalnie nieistniejącego państwa coś szalenie ważnego. Film powstawał przez 8 lat (między 1996 a 2004). Osoby, które w nim wystąpiły, podjęły świadome ryzyko represji ze strony chińskiego reżimu. Kalsang Doma, bohaterka filmu, ludziom w stolicy i mieszkańcom górskich wiosek pokazywała na przeszmuglowanym przenośnym telewizorze przesłanie Dalaj Lamy, nawołujące do kontynuowania walki o Tybet bez rozlewu krwi. Łzy, brak słów, chwile ciszy i zamyślenia – tak najczęściej reagowali Tybetańczycy. Cała operacja była oczywiście prowadzona w konspiracji. Mówienie czy oglądanie Dalaj Lamy jest pod chińską okupacją zabronione.

Z rozmów ze studentami wynikało, że samo posługiwanie się tybetańskim jest coraz trudniejsze. Chińczycy zbudowali szkoły nawet w najbardziej odległych zakątkach i  do nich muszą uczęszczać tybetańskie dzieci, ucząc się wyłącznie po chińsku. Pozbawianie języka jest najbardziej skuteczną i okrutną metodą wynaradawiania. Wywiad z wczesno-nastoletnimi dziewczynkami zrobił największe wrażenie. Młode Tybetanki nie miały pojęcia o najnowszej historii państwa. Wydawało im się, że Chińczycy rządzą krajem od 2000 roku. Ich język nie był już tak płynny, jak starszego pokolenia.

Tybetańczycy w swoim własnym kraju stali się mniejszością (w 2004 roku przy 10 milionach sprowadzonych Chińczyków, rodowici mieszkańcy gór stanowili tylko 6-milionową grupę). Wielu z nich wciąż ucieka z ojczystego kraju, przedzierając się przez Himalaje, by dostać się do Indii. Wielu z nich gnie w czasie przeprawy, z głodu, z zimna, od chińskiej kuli. O tym opowiada już inny film "Tibet: Muder in the Snow".

Festiwal pokazuje też społeczność tybetańską żyjącą na wygnaniu. "Spot the difference" to indyjska produkcja o dwóch rodzinach żyjących w miasteczku Shimla. Niby dokument pokazujący 24 godziny z życia mieszkańców, ale tak naprawdę niewiele mówiący. Słabością tego filmu i innych, które podążają tym samym tropem pasywnego filmowania, jest to, że przez zaprezentowanie codziennych, banalnych czynności nie mówią nic o bohaterach. To trochę, jak siedzieć w kafejce i patrzeć, co robią ludzie w wiosce i nigdy z nimi nie rozmawiać. Szkoda, że bohaterowie, przecież autentyczni, nie opowiadają nic o sobie. Nie wiadomo, co myślą, co robią, ani co czują. Głowa pierwszej rodziny prowadzi sklep z dywanami, naszyjnikami, szalami i innymi wyrobami lokalnymi. Drugi bohater to sprzedawca butów. Wieczorem mężczyźni wracają do domów, jedzą posiłek ze swoimi rodzinami (kilka pokoleń siada przy tym samym stole) i idą spać. Rano wracają do sklepów. W tym momencie na ekranie błyskawicznie pojawiają się imiona bohaterów, ich narodowość (jeden jest Tybetańczykiem, drugi Chińczykiem), ich wyznanie (jeden jest buddystą, drugi katolikiem).  Pytaniem, czy widz zauważył między nimi jakąś różnicę, kończy się ta produkcja.
Tybet, stolica

Głos reżysera pewnie ciekawy w kwestii Tybetu, bo pokazuje daleką od polityki stronę koegzystencji narodów, których państwa są w konflikcie. Czy jednak to nie zbyt prosty obrazek?

Festiwal Filmów Tybetańskich ruszył w trasę objazdową po Wielkiej Brytanii. Mam nadzieję, że w innych miastach do kin przyjdzie więcej osób. W Oksfordzie wiało pustkami.
***
Filmy w ramach Festiwalu można zobaczyć w kilku miastach w Wielkiej Brytanii: między innymi w Glasgow i Shieffield. Więcej na stronie Festiwalu
poniedziałek, 06 kwietnia 2009
Wioski na południowym wybrzeżu Anglii tworzą zwartą linię. Wejście na plażę nie uwalnia od zabudowań – spacerując wzdłuż morza ma się po jednej stronie szpaltę domów z wielkimi oknami, usytuowanych na skraju wybrzeża. Im większy jest odpływ, tym większa przestrzeń między morzem a domami. Od ludzkich zabudowań nie sposób jednak uciec, więc trudno oddać się całkowicie we władanie naturze.
Morze Północne, południowe wybrzeże Anglii
Plaża w Middleton-on-Sea. Odpływ
 
Weekend spędziliśmy na jednej z angielskich wsi na wybrzeżu. Tamtejsze wioski zamieszkane są przez dwie społeczności: „całorocznych” i „sezonowych". Ci drudzy to często mieszkańcy Londynu, którzy mają na wsi swoje drugie domy, więc przyjeżdzają do nich tylko na urlop czy sporadyczny weekend. Dbałość o dom, ogród, ulicę jest tutaj wartością wielce cenioną. Stare chaty ze słomianymi dachami to niepozornie wyglądające wiejskie wille z perfekcyjnie zadbanymi trawnikami (wyjątkowo piękne właśnie wiosną).
Angielska wiejska chata

 Perfekcyjnie utrzymana

Ten dziwny układ nie psuje jednak wrażenia sielskości. Ludzie wesoło spacerują nad morzem z psami i każdy przechodzący obok może liczyć na przyjacielskie pozdrowienie bądź sympatyczną pogawędkę o pogodzie. Wioskowe sklepy od lat nie zmieniają swojego charakteru: stylizowany na średniowieczny sklepik rzeźnika, mała poczta, spożywczy, kiosk, kwiaciarnia i oczywiście fryzjer dla psów. Przy drodze przecinającej wioskę na pół dominują dwa znaki drogowe: uwaga na kaczki i uwaga na starszych ludzi przechodzących przez ulicę.

Żeby uciec na totalnie otwartą przestrzeń trzeba wybrać się z dala od morza, na wzgórza. Na stokach South Downs pasą się owce, monotonnie becząc na fikające koziołki. Trwa jest tak zielona, że aż razi w oczy. W krzakach pokrzykują głupiutkie bażanty.
 Owieczki
Nowonarodzone owce wyglądają niewinnie i jednocześnie ciut demonicznie
 
Miniony tydzień w pracy staje się odległy i nierealny. Mogę spokojnie poczytać. Zabrałam ze sobą „La luna e il faló” Cesare Pavese (na polski książka tłumaczona jako „Księżyc i ogniska”) z niepewnością, czy uda mi się to przeczytać w oryginale. W zeszłym roku dosłownie żyły sobie wypróbowałam, próbując przeczytać „Le citta invisibile” Calvino i ostatecznie poddałam się, kończąc czytanie w tłumaczeniu. Calvino strukturalnie i leksykalnie był dla mnie szalenie trudny. Nawet żmudna praca ze słownikiem nie dała oczekiwanych rezultatów. Jest wyraźna granica między tym, kiedy czytanie w oryginalne wspomagane zaglądaniem do słownika ma sens i pomimo ciężkiej pracy sprawia przyjemność a tym, kiedy staje się torturą. Calvino był właśnie tym drugim.

Z Pavese na szczęście jest inaczej. Po kilkunastu minutach miałam za sobą pierwszy rozdział, wielki uśmiech na twarzy i niesamowitą satysfakcję, że potrafię! Moment, w którym z wyrazów czytanych w oryginalne nagle zaczyna wyłaniać się ich znaczenie a potem sens całych zdań ma w sobie coś z objawienia. Chciałabym poczuć kiedyś dokładnie to samo, czytając francuską książkę.


***
Z ostatniej chwili: Max Cegielski będzie prowadził pierwszą audycję w radiu Roxy. W programie pojawi się długa rozmowa z Grzegorzem Jarzyną. A tuż przed 13stą będzie mój radiowy debiut w tymże programie – krótka relacja z wystawy Picassa, o której pisalam wcześniej. Nie uda mi się tego odsłuchać, więc jeżeli ktokolwiek będzie miał okazję, to będę wdzięczna za informacje.
piątek, 03 kwietnia 2009
Powiało wiosną. Rytualna przerwa na lunch (w Anglii między 12-stą a 13-stą bądź godzinę później) wydarza się teraz głównie na zewnątrz. Kafejki wystawiły już stoliki na ulicach a sklepiki sprzedające lunczowe kanapki (bagietka z farszem to obiadowa potrawa numer jeden) przystoiły się w zielone kolory. Tych, którzy pierwszy raz odwiedzają Londyn, zwykle urzeka widok pracowników okoliczych biurowców siedzących w południe w garniturach bądź garsonkach w parku na trawie i jedzących kanapki: leniwie i trochę niedorzecznie. Często w towarzystwie egzemplarza codziennej gazety.

W Oksfordzie brakuje (na całe szczęście) tej oficjalności stolicy, jeżeli chodzi o ubór pracowników. Oksford nie ma przepychu metropolii ani zadęcia światowych finansistów. Oksford jest raczej ekscentryczny, kameralny, sam dla siebie. Tutaj brak grasonek a kanapkę można zjeść na przykład w otoczeniu tych, którzy już nie istnieją. Taką możliwość oferują dwa średniowieczne cmentarze w środku miasta. Zobaczcie poniżej.
 
Obiad na cmentarzu
 
Oksfordzki lunch na cmentarnej trawie
Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...