wtorek, 27 kwietnia 2010

Geoffrey Hill, zdjęcie poety z Guradian.co.ukW zeszłym roku zakończyło się fiaskiem, w tym roku powinno obejść się bez skandalu. Wybory na jedną z najbardziej prestiżowych pozycji na Oksfordzkim Uniwersytecie właśnie się rozpoczęły – lista kandydatów ubiegających się na stanowisko Profesora od Poezji została wreszcie ogołoszona.

W tym roku o tą 300-letnią pozycję rywalizują trzy osoby, przyznam szczerze mało bądź w ogóle mi nieznane (czas nadrobić zaległości!): Geoffrey Hill, znany angielski poeta i profesor literatury angielskiej, Paula Claire, zwolenniczka poezji mówionej (jej wierszy możecie posłuchać/bądź poczytać tutaj) oraz Sean Haldane, neuropsycholog z wykształcenia i zawodu, którego tomiki cieszą się na rynku dużym powodzeniem.

Podejrzewam, że wygra Geoffrey Hill. Oksford woli wybierać znane nazwiska, zwłaszcza na swoje prestiżowe pozycje. A poza tym już od początku pan Hill zdecydowanie prowadzi w liczbie zwolenników. Głosować mogą obecni i byli członkowie Uniwersytetu między 21 maja a 16 czerwca. Dwa dni później poznamy zwycięzcę.

A Wy mielibyście swojego faworyta?

Mam nadzieję, że w tym roku wybory obędą się bez gorących epizodów i medialnych potyczek. W 2009 r. ubiegająca się o pozycję poetka Ruth Padel rozpętała wściekłą kampanię przeciwko rywalowi Derkowi Walcottowi, wywlekając na światło dzienne jego dwie sprawy o molestowanie seksualne studentek sprzed 20 lat. Walcott z wyborów się wycofał, a Padel po tym jak media ujawniły, że ona była ich "donosicielem", z pozycji zrezygnowała.

Wybory wyborami, a w samym Oksfordzie cudnie. Rozpoczyna się okres studenckich bali, więc wieczorami z drodze do domu wśród kwitnących magnolii, kasztanowców, bzów i tysiąca innych krzewów skaczą przez chodniki pięknne panny w szpileczkach i kolorowych sukienusiach, asystowane przez smukłych paniczów we frakach. Zbliża się maj, mili Państwo!

(czas na zdjęcia)

Oksfordzka wiosna

Wiosna w mieście: odsłona pierwsza

W drodze na bal, Oksford, kwiecień

W drodze na bal

W kolejce na bal, Oksford

W kolejce na bal

Wiosenny ślub w ogrodzie botanicznym, Oksford

Wiosenny ślub w ogrodzie botanicznym (wiosna 2009)

Wiosenna eksplozja, Wielka Brytania

Wiosenna ekspolozja

niedziela, 25 kwietnia 2010

Polska! Year, polska kultura na WyspachPodobno, tak bynajmniej twierdzi jedna z dziennikarek "Guardiana", przeciętnemu Brytyjczykowi Polska do niedawna kojarzyła się z wódką, śledziem i bigosem. Te, jakże plastyczne skojrzenia, utwierdzali nie tylko sami Polacy, maniacko poszukując w sklepach kiszonej kapusty i narzekając na brak polskiego alkoholu, ale chociażby tanie linie lotniczne i wszelkiego rodzaju reklamy zachęcające do odwiedzenia kraju w środku Europy – tanio, wyskokowo i egzotycznie (nikt przecież w zwykłym kraju nie marynowałby ryby w occie!).

Z moich prywatnych obserwacji poczynionych w ostatnich sześciu latach wynika coś jednak zgoła innego. Polska, moim zdaniem, stereotypowo kojarzy się przede wszystkim z krajem katolickim i raczej zamkniętym (przez co może przechodząc potem na kulinarne tematy te polskie, stołowe specjały wydają się bardziej egzotyczne niż rzeczywiście są).

Tak przynajmniej sprawa przedstawiała się bądź przedstawiać powinna do zeszłego roku, bo wtedy ruszył olbrzymi program kulturalny zatytułowany "Polska! Year", mający przybliżyć zwykłemu Brytyjczykowi osiągnięcia polskiej kultury i wypłukać stereotypowe wyobrażenia, zastępując je czymś świeżym. 200 wydarzeń kulturalnych: wystawy, pokazy, projekcje, spotkania, festiwale odbywały się od wiosny zeszłego roku i trwają do maja br. Projekt był moim zdaniem bardzo udany (gratulacje dla Instytutu Adama Mickiewicza, który pomysł niemalże z misyjnym zacięciem zrealizował). O kilku wydarzeniach opowiem jutro (26 kwietnia) i w następny poniedziałek (3 maja) w audycji Maxa Cegielskiego "Nie lubię poniedziałku" w Radiu Roxy (19-21.00). Serdecznie zapraszam!

Więcej o samym programie na stronie Polska! Year

piątek, 23 kwietnia 2010

Od czasu do czasu wpadam w sieci na dość gorącą dyskusję między Polakami mieszkającymi w kraju a tymi zagranicą odnośnie czegoś dogłębnie polskiego. I wtedy ku mojemu nieustającemu zdumieniu pojawia się zarzut, że ten, co mieszka poza Polską to zbieg, który po ucieczce z ojczyzny, automatycznie odebrał sobie prawo do posiadania jakiegokolwiek zdania w sprawie. Intryguje mnie to przeświadczenie o ucieczce, bo ono jest, moim zdaniem, reliktem minionej epoki, który jest wciąż mocno zakorzeniony w wyobraźni. Nie znam osoby, która wyjeżdzając z Polski w ostatnich 20 latach, traktowała ten krok jako eksodus. Bo niby dlaczego by miała? Polska jest wolnym krajem, granice, zwłaszcza między krajami unijnymi są szeroko otwarte, więc już lepiej do sytuacji pasuje proste słowo - przeprowadzka.

Sporo moich przyjaciół z czasów liceum czy studiów przeprowadziło się do innych krajów, głównie europejskich. Pociągała ich taka możliwość, perspektywa stworzenia się na nowo w obcym miejscu, poznania innych kultur i obyczajów. Nikt jednak przed skrępowanym systemem krajem nie uciekał.

Prawdziwą uciekinierką jest dopiero Fariba Tabrizi (odgrywana przez Jasmin Tabatabai), Iranka, bohaterka niemieckiego filmu "Fremde Haut", po angielsku dostępnego jako "Unveiled", czyli "Odsłonięta". Fariba ucieka z własnego kraju po tym, jak policja religijna odkrywa, że jest lesbijką. Ukochana Fariby Shirin wyrzeka się wcześniejszego życia i przysięgając na Koran obiecuje prowadzić się "moralnie". Dla Tabrizi nie zostaje nic innego niż zbiec jak najdalej. Trafia do Niemiec, do obozu dla uchodźców, gdzie szybko dowiaduje się, że jej aplikacja z prośbą o pozostanie w tym kraju została odrzucona.

Film Maccarone traktuje o dramatycznej ucieczce, czymś, co dla Polaków w kontekście politycznym jest już zamkniętą przeszłością. Myślę jednak, że z takim bagażem historycznym, możemy sobie łatwo wyobrazić, jak morderczy jest to wysiłek starać się pozostać za wszelką cenę w kraju, w którym jest się nielegalnie, a każdy kontakt z mieszkańcami potrafi budzić strach przed przymusowym powrotem do miejsca, skąd się uciekło.

Losy Fariby są skomplikowane: po tym, jak jej kolega Irańczyk popełnia w obodzie samobójstwo, ona zabiera jego paszport i ubrania i pod podwójnie zmienioną tożsamością (jako mężczyzna) trafia do prowincjonalnego miasteczka, gdzie zostaje zatrudniona w fabryce kapusty kiszonej.

Film dobrze ukazuje alienację człowieka, strach związany z tym, że jest w kraju nielegalnie i wreszcie sam depresyjny charakter miejsca, w którym się wylądowało. To miała być ta upragniona wolność? Dlaczego nie mogę żyć godnie tam, gdzie ludzie nie muszą ukrywać swoich preferencji seksualnych?

Fariba wreszcie wdaje się w związek z Niemką – matką żyjącą na socjalu. I ten wątek wydał mi się najmniej przekonujący. Pojawia się gwałtownie na końcu, zbyt natarczywie i sztucznie. W związku z kobietą Faribie nie będzie dane żyć ani w ogarniętym religijnym ferworem Iranie, ani w wolnych Niemczech.

Choć film dotyka ważnych współczesnych problemów przymusowej emigracji, marzeń o wolności i koszmarków europejskiej prowincji, pozostawił mnie niestety po obejrzeniu nieprzyjemnie zimną. W tym filmie czegoś brakuje: myśli skrytej Fariby? mniej oczywistego zakończenia? większego dramatu ucieczki?

***
"Unveiled" (oryg. Fremde Haut, 2005)
Reż. Angelina Maccarone

środa, 21 kwietnia 2010

Orhan Pamuk Na spotkaniu z Orhanem Pamukiem promującym angielskie wydanie najnowszej powieści "Muzeum Niewinności" byłam w Londynie w styczniu. Pisarz opowiadał wtedy między innymi o tym, jak mocno identyfikuje się ze swoimi bohaterami, o czym pisałam w notce "Panie Pamul, czy jest Pan Kemalem?". Tymczasem mamy kwiecień i polską edycję powieści w tłumaczeniu Anny Akbike Sulimowicz (książka wydana została przez Wydanictwo Literackie). W tym samym czasie ukazała się też moja recenzja tej powieści. Zmieniam się pewnie w tej chwili trochę w gadający słup ogłoszeniowy...  Zapraszam serdecznie ponownie do "Dwutygodnika"  - tym razem do numeru 28-ego na moje "Pamukowe fiksacje"!

Ps. Zapomniałam dodać, że jeżeli ktoś ma ochotę na lekturę tej powieści, to chętnie służę własnym egzemplarzem angielskiego wydania.


***
Orhan Pamuk "The Museum of Innocence"
Wyd. Faber & Faber, 2009
Ang. tłum. Maureen Freely

Pamuk książkę zadedykował córce, a przed publikacją powieść uważnie czytała indyjsko-amerykańska pisarka Kiran Desai, jego obecna partnerka życiowa.

Polskie wydanie "Muzeum Niewinności"
Wyd. Wydawnictwo Literackie, 2010
Pol. tłum. Anna Akbike Sulimowicz

niedziela, 18 kwietnia 2010

Dwutygodnik numer 27Choć to było kilka lat temu, wciąż doskonale pamiętam niezwykłe podeskcytowanie, z jakim kartkowałam gdańskie pismo kulturalne, w którym ukazał się mój pierwszy artykuł. Zaraz po tym, jak przeczytałam wydruk mina mi nieco zrzedła i psioczyłam na siebie, że mogłam napisać go lepiej (przecież miałam tyle czasu, taki pomysł i wielki temat!). Pisanie szło mi zawsze mozolnie. Słowa nie odpowiadały myślom, myśli wymykały się w słowach z wcześniej obranego kursu, godziny mijały, a ja potrafiłam wciąż drętwo ślęczeć nad wstępem, dopóki nie był odpowiednio dopracowany.

Podwójne studia filiologiczne dały mi jednak niezłą szkołę. Teraz piszę zdecydowanie szybciej i sprawniej niż kiedyś, z rzadszymi momentami kompletnej zmiany w martwe drewno przed pustym ekranem.

Od bardzo niedawna piszę nie tylko dla "Tygla". W piątek ukazał się mój pierwszy artykuł w piśmie, które bardzo cenię. Widząc własny tekst w "Dwutygodniku", poczułam na nowo ten dziewiczy stan ekscytacji początkującego autora. Euforia! Z nieukrywaną radością zapraszam zatem do "Dwutygodnika", dla którego podsumowałam dwie brytyjskie wystawy Mirosława Bałki.

wtorek, 13 kwietnia 2010

Paweł Althamer, Common TaskPrzed otwarciem wielkiego, czarnego pudła w Tate Modern (o którym pisałam tutaj), Mirosław Bałka zapytany został przez polską dziennikarkę, czy to, co przygotował dla brytyjskiego muzeum, to "coś wesołego". Zdębiałam, czytając. Mogę sobie wyobrazić, że podobie musiał zareagować w pierwszym momencie sam Bałka. Potem dodał w wywiadzie już na chłodno, że on nie jest z departamentu sztuki wesołej, co było, moim zdaniem, znakomtą pointą.

W tym roku oksfordzkie Muzeum Sztuki Współczesnej gościło wydział artystycznej wesołości. Tak się niefortunnie stało, że wspólnie z Bałką. Przez kilka miesięcy na górnym piętrze muzeum można było oglądać porażające, nieme filmy Bałki z terenów obozu koncentracyjnego, którymi artysta tropił zacierające się ślady historii. Na dole z kolei pojawił się - chyba nie pomylę się, określając go rodzajem performance - projekt "Common Task" ("Wspólne zadanie") Pawła Althamera. Projekt zrobiony "na śmiesznie", choć mi do śmiechu wcale nie było, oglądając prezentowany film.

Pewnie wielu z Was widziało bądź przynajmniej słyszało o akcji Althamera, którą zorganizował na warszawskim Bródnie, dobierając kilku mieszkańców dzielnicy i wspólnie wyruszając w złotych skafandrach kosmitów do Mali, by tam przy malowaniu znaków na skałach powrócić do korzeni ludzkiej aktywności twórczej. Prezentowany w Oksfordzie film był zapisem tej właśnie podróży.

Z filmami artystów bywa różnie. Bez większej bądź żadnej edycji potrafią być niezwykle autentyczne i wyzwalające silne emocje, ale i nużące, głupie i pozbawione sensu. Film "Common Task" z kolei kompletnie wprawił mnie w kompletne zażenowanie.

Film zaczyna się od krótkich wywiadów z mężczyznami, którzy wspólnie z Althamerem przebiorą się za kosmitów i wyjadą do Afryki. Jeden z nich wyraża nadzieję, że go na "czarnym kontynencie" nie zjedzą... To jednak dopiero początek. W Mali już jako grupka złotych kosmitów uczestniczy akcji przemierzają miejski rynek. Oczywiście zwracają sobą uwagę mieszkańców. Jeden z Polaków w pewnym momencie mówi do młodego Malijczyka swoją łamaną angielszczyzną coś w stylu "Jeżeli idziesz z nami, to poznasz coś pięknego". Chłopak słusznie wytrzesza oczy, na co mężczyzna atakuje go pytaniami "You understand? Do you understand????", robiąc z siebie nic więcej jak ucieleśnienie ludzkiej głupoty. Po tym przykładzie błazenady mam ochotę wyjść.

Paweł  Althamer, Common  Task

"Common Task" Pawła Althamera

Z wychodzeniem z filmów mam jednak pewnien problem. Coś zawsze trzyma mnie w krześle i każe naiwnie wierzyć, że po obejrzeniu zakończenia całość objawi się w zupełnie innym świetle, a z film okaże się ostatecznie warty spędzonego czasu.

Zostałam, ale to była zła decyzja. Im dalej, tym bardziej żenujący "Common Task" się staje. Podczas spotkania z wiejskim artystą zajmującym się rzeźbieniem w drewnie, polscy kosmici (wciąż w złotych skafandrach) demonstrują mu przed oczami spray ze złotą farbą. Ten, co trzyma butelkę w ręce, rzecze do Malajczyka swoim ograniczonym angielskim "To jest spray, widzisz? To spray, spray, nie?", po czyjm gryzda jedną z rzeźb na złoto.

Wspomniane fragmenty są irytujące. Całość po prostu głupia. Wychodząc z Muzeum, nie mogłam odpędzić się od myśli, że lepiej byłoby, gdyby panowie po prostu zostali w domu. Albo może to ja powinnam?

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

BBC radio 3

Od czasu do czasu umieszczam w "Tyglu" zaproszenia do audycji Maxa Cegielskiego "Nie lubię  poniedziałku", dla której przygotowuję relacje kulturalne głównie z Wielkiej Brytanii. Na kolejną, nad jaką właśnie pracuję, trzeba będzie jeszcze chwilę poczekać. Dziś chciałam napisać jednak o innej stacji radiowej i wystąpieniu zdecydowanie nie własnym, ale męża. Dziś wieczorem w progranie Night Waves (21.15 - 22.00, czasu brytyjskiego – w Polsce będzie godzina później) w BBC Radio 3 Oliver będzie mówił o trendach we współczesnej literaturze rosyjskiej, a dokładnie o niedawno wydanych powieściach poruszających motyw antyutopii. Powieści, co ciekawe i rzadkie w Wielkiej Brytanii, zostały przetłumaczone już na angielski, więc jest duża szansa, że istnieją od jakiegoś czasu też na polskim rynku. Szczegółów nie będę zdradzać. Zainteresowanych serdecznie zapraszam – BBC Radio 3 posłuchać można na częstotliwości FM: 90.2 MHz - 92.6 MHz. Program dostępny będzie też na żywo w internecie na stronie BBC Radio 3.

niedziela, 11 kwietnia 2010

Polska emigracja w żałobieBBC karmi mnie od wczoraj regularnie wiadomościami z Polski. Widziałam tłumy na Krakowskim Przedmieściu, narodowe pogrążenie w żałobie, morze zniczy, ludzi płaczących przed kamerą reportera. Wydaje mi się, że wszystko to rozumiem, a ta niezwykla solidarność w cierpnieniu, która przychodzi w porcjach z ekranu, jest szczera i poruszająca, choć jednak tutaj na Wyspach wydaje się nieco odległa.

O ile relacje z Polski wprowadzają mnie w stan bolesnego transu, o tyle dzisiejsze reakcje niektórych Polaków w Londynie zupełnie wytrąciły mnie z równowagi. Późniejszym popołudniem poszłyśmy z moją włoską teściową do polskiej ambasady złożyć kondolencje. Na Portland Place długa kolejka, mnóstwo kwiatów i zniczy przed wejściem. Przed nami stało dwóch mężczyzn modnie ubranych i piękna kobieta w okolicach 40-stki. Przez całe pół godziny stania w ogonku, rozprawiali o tym, czy to możliwe, że Rosja w ramach sabotażu spowodowała katastrofę. Mężczyzna numer 1 optował gorąco za tym scenariuszem, podczas gdy mężczyzna numer 2 zastanawiał się jednak, czy taka akcja  byłaby w dzisiejszych czasach możliwa do przeprowadzenia ("Wiesz, to gruba sprawa, nie wiem, czy to by się udało..."). Na Boga, skąd ta skłonność do teorii spiskowych?!  Nie ma na to żadnych dowodów, żadnych powodów, poza tym jak można mieć tak skażoną wyobraźnię? Wbiło mnie w ziemię. Tym bardziej, że ci ludzie nie mieli doświadczeń wojennych w swoich życiorysach, byli późniejszym pokoleniem, wolnym od tych tamtych dramatów...

Polska ambasada w Londynie przyjmuje kondolencje

Kolejka do księgi kondolencyjnej. Londyn

Potem trafiła się dziewczyna, totalnie załamana. Powtarzała, że w tej sytuacji, kiedy cała polska elita znikęła z powierzchni ziemi, ona czuje moralny obowiązek powrotu do kraju. Zdębiałam. Mój racjonalnie wychłodzony podczas stania na zimnej ulicy umysł szybko dokonał kalkulacji: w katastrofie zginęło 96 osób, w kraju jest ok 38 milionów ludzi, spory procent z nich to wyedukowani młodzi i starsi Polacy, więc... Chciałam ją objąć i powiedzieć: słuchaj, pewnie nie ma potrzeby, wiesz, w tej katastrofie nie zginął cały naród... Ale nic nie powiedziałam. Uśmiechnęłam się do mojej teściowej i po zabraniu wyłożonego w ambasadzie specjalnego numeru gazety "Nowy Czas" zaczęłyśmy wspólnie czytać po polsku doniesienie o smoleńskiej tragedii.

Pamięci Kaczyńskich, kwiaty przed polską ambasadą w  Londynie

Pamięci tych, którzy w sobotę tragicznie odeszli.

Po wyjściu z ambasady rozmawiałyśmy krótko o reakcji Polaków po tym, jak przetłumaczyłam jej usłyszane w kolejce rozmowy a ona to, co rano wyczytała w gazetach. A potem, potem rozjechałyśmy się do swoich domów – ona na południe Londynu, a ja do Oksfordu.

W autobusie po głowie chodziły mi słowa innego Polaka, przypomniane przez teściową po jej porannym przeglądnięciu prasy. Młody chłopak powiedział dla BBC, że Polska umiera i odradza się jak feniks, znika i pojawia się ponownie, więc po tej narodowej katastrofie powstanie na nowo. Oczywiście, że żałoba się skończy, ale żałoba po tragicznej katastrofie, której, jeżeli wierzyć doniesieniom dziennikarzy z "The Sunday Times", można było unikąć, a nie żadne odrodzenie się całego kraju zamienionego w proch. Skala jest inna, inne są okoliczności, a tu wciąż straszy język Konradów. I on właśnie, moim zdaniem, odbiera sobotnim wydarzeniom ich humanistyczy aspekt, zmieniając je zwyczajowo w wydumane słowa o męczeńskim narodzie. A zginęli przecież ludzie, nie marionetki bezdusznej historii... Nie sądzicie?

Jeszcze Polska nie zginęła na londyńskiej ulicy

Jeszcze Polska nie zginęła. Londyn, Portland Place

sobota, 10 kwietnia 2010

Dowiedziałam się z BBC. Rano, jeszcze w piżamie sprawdzałam coś na szybko w internecie i z przyzwyczajenia zajrzałam na stronę BBC. Nie uwierzyłam w to, co przeczytałam. Niedowiarek nie przyjmuje, sprawdza dalej. Strona Rzeczpospolitej otwierała się długimi minutami... W międzyczasie załadowała się Gazeta Wyborcza a tam na pasku krótka depesza z ostatniej chwili o tym, że samolot prezydencki rozbił się w Smoleńsku. Rozbił się? Ale jak to się rozbił?

Kiedy polskie media pisały jeszcze łagodnie, że rosyjskie służby lotnicze twierdzą, że nikt nie przeżył w tej niemożliwej katastrofie, dając niedowiarkowi pożywkę dla sceptycznych myśli, BBC, choć zwykle konserwatywne w tego typu sytuacjach, cięło świadomość ostrym nożem: polski prezydent nie żyje.

Lech Kaczyński nie był już moim prezydentem. Z Polski wyjechałam sześć lat temu. O nim słyszałam jedynie w różnych, nierzadko satyrycznych relacjach, jakie pojawiały się w brytyjskich mediach. To jednak nie ma znaczenia. Bo kim by nie był na społecznej drabince, podobnie zresztą jak cała załoga tego nieszczęsnego samolotu, był zwyczajnie człowiekiem, który nagle odszedł. A świadomość bliskości tej śmierci - przecież do samolotu wsiadamy teraz tak jak do autobusu – i kruchości ludzkiego życia – nikt przecież nie może wierzyć w to, że kimkolwiek by nie był, żyje w specjalnej ochronce - sprawia, że jestem przerażona.

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...