piątek, 27 kwietnia 2012

Światowa Noc Książki, Londyn 2012Drugą edycję Światowej Nocy Książki mamy już za sobą i uznaję ją za udaną. Większość książek rozdałam w Londynie bądź wysłałam (wszyscy, którzy zgłosili się wcześniej po "Notes from a Small Island", powinni spodziewać się egzemplarza w najbliższych dniach). Zauważyłam, że najchętniej przyjmują książki ludzie starsi (do końca nie wiem, czy to zasługa samej publikacji czy raczej chęć rozmowy z rozdającym) i młode dziewczyny. Kilka kopii trafiło do osób, które zbyt dobrze nie znają angielskiego, m.in. do wizytującego Londyn mnicha tybetańskiego napotkanego w metrze. Dwie osoby odmówiły przyjęcia "Notes" - co ciekawe, każda z nich siedziała w kawiarni i wyglądała na niesamowicie znudzoną, więc wydawało mi się, że książka mogłaby je uszczęśliwić (zdecydowanie zbyt pochopna konkluzja!).

Książki dodatkowo rozdawała mieszcząca się w Southbank Centre księgarnia Foyles (o jej głównej siedzibie pisałam wcześniej tutaj). Można było zdobyć kopię "Remains of the Day" Ishiguro, co było znakomitym zbiegiem okoliczności, bo ja niedawno wysyłałam swój egzemplarz przyjaciółce, więc nie muszę już ściągać następnej kopii z internetu.

Światowa Noc Książki, Londyn 2012

Specjalna wystawka z książkami z listy Światowej Nocy w księgarni Foyles

Głównym wydarzeniem tegorocznej Nocy Książki było spotkanie w Southbank Centre z ponad dwudziestką autorów. Każdy z nich czytał albo własną prozę albo fragment ulubionej książki. Część z występujących zdradziło naprawdę niebywałe talenty aktorskie (m.in. poeta Lemn Sissay, który czytał sonety Szekspira, Andrea Levy, wcielająca się w rolę swoich bohaterów z Karaib, Owen Teatle naśladujący akcent z Newcastle i Manchesteru). Pomysł z czytaniem jest sam w sobie ciekawy, zwłaszcza jeżeli można posłuchać ulubionych autorów, ale przy ponad dwudziestce prezentujących wydał mi się nieco monotonną formułą na długi wieczór. Myślę, że lepiej byłoby poprzeplatać spotkanie wywiadami, rozmową z rozdającymi książki, może nawet scenkami z samej akcji, tym bardziej, że w tym roku inicjatywa nabrała międzynarodowego charakteru (podobne akcje odbyły się w Niemczech, USA i Irlandii), więc można było pokusić się o krótkie transmisje z ulicy.

Margaret Artwood podczas Światowej Nocy Książki

Margaret Atwood życząca udanej Nocy Książki podczas transmisji 23 kwietnia 2012

Elif Safak podczas Światowej Nocy Książki, LondynElif Safak czytała ze swojej najnowszej powieści "Honour"

Przed spotkaniem natknęłam się na dziennikarkę BBC Rosie Goldsmith, która prowadzi co roku majową imprezę European Literature Night. Rozmawiałyśmy przez jakiś czas o samej akcji i doszłyśmy do wniosku, że wśród 25 książek, jakie mają do wyboru wolontariusze Światowej Nocy Książki, powinno pojawić się więcej tłumaczonej prozy. Być może Rosie coś zdziała w tym kierunku do przyszłego roku. Trzymam kciuki!

Andrea Levy podczas Światowej Nocy Książki, Londyn 2012

Andrea Levy była najbardziej wyczekiwaną i oklaskiwaną autorką Światowej Nocy Książki w Londynie

Po oficjalnej części spotkania rozpoczęło się Nocne after party z udziałem The Hip Hop Shakespeare Company. Organizatorzy zafundowali drinki. Miało być głośno, radośnie i wciąż literacko, ale liczba uczestników zdecydowanie się przerzedziła i miałam wrażenie, że z imprezy uszło już sporo powietrza. W tym roku po oficjalnej części nie doszło do rozdawania książek (wszak byliśmy zadaszeni i w Southbanku, gdzie bez biletu nie można było się dostać), a to była wielka szkoda, bo przecież cała noc zorganizowana została po to, by książkami się dzielić. Po tej części zaplanowane było nocne czytanie Szekspira przy świecach, ale do tego momentu już nie dotrwałam, bo rozpoczęłam moją podróż z powrotem do Oksfordu.

Światowa Noc Książki, Londyn 2012

Światowa Noc Książki w Southbank Centre

Światowa Noc Książki, Londyn 2012

Książkowe after party

Druga edycja Nocy była zdecydowanie lepiej zorganizowana i skoordynowana. Okazała się też już mniej kontrowersyjna (w zeszłym roku wierzono, że rozdanie miliona darmowych książek uderzy w rynek wydawniczy - tymczasem stała się rzecz odwrotna: tytuły z listy rozdawanych świetnie zaczęły się sprzedawać w tradycyjnych księgarniach), dlatego w tym roku ukazało się znacznie mniej notek prasowych poświęconych wydarzeniu. A szkoda. Tym bardziej że warto było napisać chociażby o zwiększającej się skali Światowej Nocy - w tym roku aż 78 tys. ludzi rozdawało 2,5 miliona specjalnie na tą okazję wydrukowanych książek! Imponujące, prawda? A sam założyciel akcji, Jamie Byng, dzień wcześniej wziął udział w londyńskim maratonie, pokonując 42 km, by pomóc w zbieraniu pieniędzy na dalsze poszerzanie akcji.

Więcej zdjęć ze Światowej Nocy Książki z Londynu i z Barcelony, gdzie świętuje się w wielkim stylu z czerwonymi różami ukaże się w najnowszym numerze "Archipelagu". Zapraszam!

Ps. Książki rozdaje wciąż Invitada - kto zainteresowany, to odsyłam do jej bloga.

środa, 25 kwietnia 2012

Autorzy-wydawcyOd czasu do czasu dostaję emaile od autorów, którzy wydali swoje książki w internecie bądź też piszą serialowe kawałki na Facebooku z udziałem innych użytkowników. Nigdy jednak wiadomość nie brzmiała na tyle ciekawe, żebym się takim pomysłem zainteresowała bliżej. Podejrzewam, że byłoby inaczej, gdyby to jeden z moich przyjaciół czy znajomych był autorem. I wcale nie zdziwiłabym się, gdyby tak się wkrótce stało, bo autowydawanie i autowydane książki są coraz popularniejsze.

Jakiś czas temu BML Books przebadało ten rynek wydawniczy w Wielkiej Brytanii i wyniki badania są dość zaskakujące. Okazuje się, że przez okres ponad pół roku aż 26% przychodów Amazona ze sprzedaży prozy w formie e-booków pochodziła właśnie od autorów 'samowydanych' i wydań własnych internetowego sklepu. To stanowiło ponad jedną dziesiątą ilości sprzedanych e-booków. Imponujące prawda? Prawdziwą rewelacją dla mnie jest jednak to, że samowydany autor potrafił sprzedać aż 250 tys. elektronicznych egzemplarzy swojej książki. Mowa o Kerrym Wilkinsonie, autorze kryminału "Locked in", najpopularniejszym pisarzu-samozwańcu w historii sklepu. Zaczynał od niewielkiej sumy - 98 pensów za kopię. Teraz jego kryminały nabywa się za więcej, a sam Wilkinson dostaje 35% ze sprzedaży książek, które sprzedawane są za mniej niż 1,49 funta i 70% - za wszystkie sprzedawane powyżej. Nieźle, prawda? Wystarczy szybko przekalkulować. Jeżeli na początku swojej samowydawniczej kariery tantiemy Wilkinsona wynosiły co najmniej 35% (a podejrzewam, że mogły być nawet wyższe), to autor zarobił nie mniej ni więcej niż całe 85 tys. funtów! I to bez trudów przebijania się przez wydawnictwa, bez potrzeby przeredagowania fragmentów, bez kłótni w sprawie okładki.

Ciekawe jest to, że właściwie żaden z samowydanych autorów, który odniósł sukces, nie pozostał wierny temu sposobowi wydawania. Zarówno Wilkinson jak i Mark Edwards, i Louise Voss (dwaj ostatni sprzedali 42 tys. egzemplarzy swojej książki "Catch Your Death") podpisali umowy z tradycyjnymi wydawcami i teraz wychodzą nie tylko w formie elektroniczej ale i w papierze. Edwards jest zdania, że papierowe wydanie wciąż ma większy prestiż i zdecydowanie zwiększa renomę pisarza. Jestem ciekawa, kiedy to się zmieni. A może nie zmieni się wcale, nawet wtedy, gdy większość książek będzie wydawana i czytana w postaci elektronicznej? Może za, powiedzmy, dekadę wciąż największym marzeniem autora będzie (wtedy) ekskluzywne wydanie, na które pozwolą sobie głównie kolekcjonerzy bądź  ci, którzy traktują książkę jako jeden z najlepszych prezentów?

Trudno mi sobie wyobrazić, że będę kupowała wyłącznie elektroniczne książki w przyszłości. Wciąż chciałabym mieć na półkach publikacje papierowe, zwłaszcza te, które są ładnie wydane (pamiętacie na przykład wydania Słowa/Obrazu/Terytoriów w twardej, granatowej okładce z ręcznie doklejanymi zdjęciami? Albo przepiękne wydania Folio? Nie wyobrażam sobie regałów bez nich). Zresztą nawet zwykłe wydania w miękkiej okładce nie znikną z naszego domu, bo za bardzo je lubię.

Oczywiście wydania elektroniczne mają tą przewagę, że można ich nosić tysiące ze sobą bez męczącego obładowywania torby. Książki w twardej okładce często nie zabiorę ze sobą do autobusu, bo jest za ciężka i wolą ją wieczorami poczytać w domu. Tak zrobiłam m.in. z wielką biografią Dickensa, którą podarował mi na urodziny Oliver. 500 stron, sporo zdjęć, znakomite wydanie, ale nie najlepszy pakunek na noszenie przy sobie przez cały .

Przyznam szczerze, że nie kupiłam jeszcze żadnej samowydanej książki. Z tego, co widziałam, to w tym sektorze wciąż dominują kryminały, powieści sensacyjne i rzecz jasna erotyki. Dlatego nie dziwią mnie ich niskie ceny. Swoją drogą wydawcy niepokoją się, że samowydane e-booki psują ceny innych elektronicznych książek. Z drugiej strony badanie BML dowodzi, że właściwie jest odwrotnie: opublikowane własnym sumptem książki są sprzedawane po wyższych cenach niż kiedyś. To, co z pewnością się dzieje i dziać nie przestanie w najbliższych latach, to obniżka papierowych wydań ze względu na rosnącą popularność elektronicznych publikacji. BML szacuje, że średnia cena e-booka to 3,39 funtów, wydania w miękiej okłace - 4,96 funtów a w twardej - 7,08 funtów. Te ceny wydają mi się zaskakująco niskie. Żadna z e-książek, którą kupiłam (pomijam ściągnią za darmo literaturę klasyczną), nie była tańsza niż 9 funtów, a zwykłe paper-backi w każdej księgarni kosztują średnio ok. 7 funtów. Czyżbym zatem coś przegapiła?

Czytałam w jednym z wydań Booksellera, że wydawcy sceptycznie podchodzą do popularności samowydanych e-booków, twierdząc, że owszem ludzie je kupują, ale wcale ich nie czytają. Dość dziwne stwierdzenie. Czy przypadkiem taki los nie dzielą przede wszystkich piękne wydania w twardej okładce, które często trafiają na półkę z pominięciem czytania?

Jestem ciekawa, jak rozwinie się rynek autowydań. Wygląda na to, że informacji o nich będę dostawać coraz więcej. Mój teść przygotowuje od ponad roku własną publikację, która zapowiada się naprawdę pięknie (projekt oparty jest na jego znakomitych fotografiach i wyjdzie w formie wydania w twardej okładce) i czekam na jego finalną wersję z niecierpliwością. Może sama skuszę się na coś podobnego? A co Wy myślicie?

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Dziś Światowy Dzień Książki, który od dwóch lat w Wielkiej Brytanii funkcjonuje jako Światowa Noc Książki (World Book Night). Z tej okazji wyruszam wkrótce do Londynu z pakunkiem książek, które będę rozdawać w pobliżu Southbank Centre. Może kogoś z Was tam spotkam? Relację z wydarzenia najpewniej będziecie mogli zobaczyć w najnowszym (pojawi się już wkrótce) numerze naszego magazynu o książkach "Archipelag".

Tymczasem wszystkim życzę miłego wieczoru z książką, jeżeli takowy planujecie i wielu, wielu przyjemności wynikających z czytania. Poniżej załączam świetną kartkę okolicznościową zaprojektowaną przez Sylwię Pragłowską. 

Zapraszam też na stronę Facebookową "Tygla", gdzie od jakiegoś czasu rozrasta się amatorska galeria zdjęć czytających. Może macie fotografię, którą chcielibyście dodać?

Przyjemności z czytania! Światowy Dzień Książki 23 kwietnia 2012

Światowy Dzień Książki 2012

6 rue du Pot de Fer, gdzie mieszkał George OrwellAdres, pod którym mieszkał Orwell podczas swojego pobytu w Paryżu, okazał się badzo prosty do odnalezienia, nawet z tak niedoskonałym narzędziem jak wydruk pomniejszonej mapki Google (na lepsze przygotowania zabrakło czasu, wyjeżdżaliśmy w pośpiechu). Rue du Pot de Fer mieści się w łacińskiej dzielnicy i teraz załadowane jest całkiem pokaźną liczbą kafejek serwujących najróżniejsze jadło: od tradycyjnej kuchni francuskiej po azjatyckie bary szybkiej obsługi. Za czasów Orwella też było tam głośno. Kłótnie, nawoływania, pijackie przyśpiewki. Orwellowi nawet przytrafiło się być niemym, a dokładnie zaspanym świadkiem morderstwa, którego trójka mężczyzn dokonała pod jego oknem w środku nocy.

Dom - kwatera pod numerem 6 - był ponad 90 lat temu bardzo nędznym, ale za to tanim hotelem prowadzonym przez małżeństwo skrupulatnie sprawdzające, czy przypadkiem goście nie upłynniają się z miejsca przed zapłaceniem rachunku. Całe pomieszczenie nawiedzały hordy robali. Orwell pozbywał się ich z pokoju przez palenie smrodliwych rzeczy - wtedy owady przechodziły szybko do sąsiadów, ale nie na długo, bo sąsiedzi traktowali je dokładnie tym samym specyfikiem.

Dzisiaj lokal z zewnątrz wygląda dużo schludniej, choć wciąż bardzo skromnie. Na budynku nie ma żadnej tabliczki upamiętniającej paryskie czasy Orwella. Właściwie mnie to nie dziwi. Orwell nie był tak popularny jak Hemingway, w mieście przebywał właściwie in cognito i do tego nie trudnił się wtedy pisaniem (choć swoje doświadczenie na zmywaku spisał później, właśnie w "Down and Out in Paris and London", oferując kawał niezwykle dobrej reportersko-dziennikarskiej roboty). Swoją drogą Hemingway mieszkał nieopodał "kamienicy Orwella" - na ulicy za rogiem. W tym samym budynku żył też poeta Verlaine (dokładny adres to 39 rue Descartes) - dziś mieści się tam restauracja, zdecydowanie nastawiona na zarobek z przeszłości budynku.

rue du Pot de Fer, gdzie mieszkał George Orwell

rue du Pot de Fer, gdzie mieszkał George Orwell

Paryska rue du Pot de Fer, gdzie mieszkał George Orwell

Jedno z okien w budynku przy 6 rue du Pot de Fer, gdzie mieszkał George Orwell

Jedno z okien w budynku przy 6 rue du Pot de Fer

My wylądowaliśmy w innej restauracji, w której czterdziestoparoletni kelner z mieszanką dobrze odgrywanej sympatii (w przypadku serwowania włoskich pań po 70-tce nawet przy odrobinie kokieterii - nazywał je wszak "ragazze belle" - pieknymi dziewczynami) i zmęczenia rytuną pracy lawirował między stolikami, kłócił się z koleżanką i zdecydowanie nie pozwolił mi zajrzeć przez szparę do kuchni - to była moja nowa obsesja po przeczytaniu "Down and Out", bo tam Orwell obnaża najstraszniejsze sekrety przygotowania jedzenia w restauracji. Kto się nie boi, niech czyta (fragment dotyczy restauracji w ekskluzywnym hotelu w latach 20. XX wieku):

W kuchni brud był znacznie gorszy. To, że kucharz pluje do zupy, jeżeli nie jest posiłkiem, który sam zamierza spożyć, to wcale nie utarte powiedzenie, ale codzienny fakt. On jest artystą, a jego sztuką nie jest czystość. Do pewnego stopnia on jest brudny, dlatego, że jako artysta wie, że jedzenie, żeby wyglądało pięknie, musi doświadczyć brudnego traktowania. Kiedy dla przykładu przynosi się steka do szefa kuchni, żeby ten sprawdził, czy danie można już podać, on nie bada go przy pomocy widelca. Bierze mięso w paluchy, rzuca na dół, przesuwa po nim swoim kciukiem, liże, jeszcze raz przerzuca i znowu liże, potem oddala się lekko i kontempluje ten kawał mięsa jak artysta oceniający obraz, a następnie wdusza go z powrotem w talerz swoimi grubymi, różowymi paluchami, które tego poranka oblizał już pewnie ze sto razy.*

To dopiero początek podróży steka na stół konsumenta. Po kucharzu daniem zajmie się kelner (jego paluchy są tłuste i brudne), ale może tego Wam już oszczędzę. Śmiałych odsyłam do książki (George Orwell "Down and Out in Paris and London", wyd. Penguin, s. 71, tłumaczenie własne).

***

Zainteresowanym literackim detektywizmem polecam też Ostatnie lokum Oscara Wilde'a w Paryżu.

piątek, 20 kwietnia 2012

Kiedy w latach 20. minionego wieku George Orwell wyjechał do Paryża, zamieszkał przy 6 Rue du Pot de Fer w łacińskiej dzielnicy. Pewnej nocy go okradziono i został jedynie z drobnymi w kieszeni bez żadnego źródła dochodu.

"Pieniądze szybko się ulatniały - osiem franków, cztery franki, jeden frank, dwadzieścia pięć centymów. A dwadzieścia pięć centymów na nic się nie zda, bo za nie można kupić tylko gazetę. Przez kilka dni żyliśmy o suchym chlebie, potem przez dwa i pół dnia nie jadłem absolutnie nic. To było całkiem szpetne doświadczenie. Są ludzie, którzy postują przez trzy tygodnie bądź dłużej i oni są zdania, że głodówka zaczyna być przyjemna po czwartym dniu niejedzenia. Mnie trudno powiedzieć, bo zatrzymałem się na dniu trzecim."*

Pierwszego dnia Orwell próbował wyłowić rybę z Sekwany (bezskutecznie). Drugiego - chciał oddać swój płaszcz do komisu, ale komis był za daleko, więc Orwell spędził cały dzień w łóżku, czytając "Wspomnienia Sherlocka Holmesa". Trzeciego postanowił coś zrobić - pożyczyć dwa franki od Borysa.

To początek całkiem niebywałych perypedii na granicy głodu, które zaprowadziły pisarza do podziemi jednego z luksusowych hoteli w Paryżu, gdzie pracował na zmywaku (istne pieklo), a potem do parszywego hoteliku prowadzonego przez Rosjanina, gdzie pracą wciąż był zmywak (dalszy ciąg piekła, tylko bez gwiazdek). Dlaczego o tym piszę? Bo w Paryżu będę niedaleko miejsca, gdzie mieszkał i pracował Orwell, kiedy został trampem. Chcę koniecznie zobaczyć, jak teraz wygląda jego dzielnica, którą tak żywo sportretował w "Down and Out in Paris and London". Książkę bardzo polecam – to świetny zapis paryskiego życia klas biednych. Na relację z literackiego, detektywistycznego śledztwa musicie chwilkę zaczekać. Tymczasem À bientôt!

George Orwell, Down and Out in Paris and London

*Cytat pochodzi z "Down and Out in Paris and London" George'a Orwella, wyd. Penguin, limitowana seria (kopię nabyłam w jednym z antykwariatów w Hay on Wye po naprawdę przystępnej cenie jak na to wydanie). Tłumaczenie cytatu własne.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Zygmunt MiłoszewskiTo dość wczesna zajawka, ale warto, żeby każdy wybierający się do Oksfordu w maju wpisał sobie ten wieczór do kalendarza. Panie i Panowie, 17 maja gościć będziemy polską gwiazdę historii kryminalnej -  Zygmunta Miłoszewskiego - w księgarni Albion Beatnik Bookshop (to samo miejsce, gdzie miesiąc temu pojawił się Tadeusz Dąbrowski, dokładny adres: 34 Walton Street). Wszystko wciąż dogrywam, ale wygląda na to, że wieczór rozpocznie się o 18-stej, a przy historiach z dreszczykiem będziemy mogli poraczyć się winkiem. Zygmuntowi Miłoszewskiemu będzie towarzyszyć jego angielska tłumaczka - Antonia Lloyd Jones. Mam nadzieję, że Antonia i tym razem będzie czytać fragmenty swoich przykładów, bo słuchanie jej to naprawdę wielka przyjemność.

Niedawno przeczytałam, a właściwie pożarłam jednej nocy "Uwikładnie" Miłoszewskiego, które pewnie większości z Was jest dobrze znane, bo odniosło w Polsce wielki sukces i już doczekało się ekranizacji. Kryminał jest naprawde niezły. Podoba mi się warszawskie tło akcji (kto kiedykolwiek pracował w Warszawie, ten z chęcią powróci do barwnych obrazów skrajnych kontrastów stolicy - dla mnie to była sympatyczna wycieczka w przeszłość, tym właściwie sympatyczniejsza, że nie musiałam jej odbywać w rzeczywistości).

Muszę wreszcie wyznać, że historie kryminalne czytam bardzo rzadko i być może dlatego, kiedy nagle przyjdzie mi z jedną obcować, czuję się całkowicie pozbawiona kontroli nad tym, co się dzieje dookoła i muszę doczytać ją szybko do końca. Kryminały są jak na mój gust zbyt zaborcze. A Wy je podczytujecie?

Zdjęcie autora pochodzi z jego strony internetowej.

Do zobaczenia w maju!

środa, 18 kwietnia 2012

Trishna reż. Michael WinterbottomNie sądzicie, że najbardziej poruszającymi historiami są te znane, zasłyszane dawno, daleko, w do końca niedających się odtworzyć okolicznościach, które można w nieskończoność powtarzać i powtarzać? Brytyjski reżyser Michael Winterbottom zdaje się moją śmiałą tezę potwierdzać swoim najnowszym, już dwudziestym filmem zatytułowanym "Trishna", w którym miłosna historia jak z Kopciuszka nabiera rumieńców, by zapłonąć krwawą nocą i zgasić się, jak zapałka w innej, znanej, dziewczęcej bajce.

Rzecz dzieje się Radżastanie, jednym z najbiedniejszych i najbardziej konserwatywnych stanów Indii. Trishna (grana przez zjawiskową Freidę Pinto) jest najstarszą i najpiękniejszą z pokaźnej gromady dzieci, utrzymywanych przez ojca pracującego przy zbiorach i sprzedaży warzyw. Na jej głowie jest nie tylko opieka nad rodzeństwem, ale i pomoc ojcu przy ciężkiej, fizycznej pracy. Trishna zastępuje mu brakującego syna. Wolnymi wieczorami dorabia sobie przy organizowanych dla turystów w pobliskim mieście wieczorach tańca tradycyjnego. Na jednym z nich poznaje Jaya Singha (w tej roli Riz Ahmed), bogatego Brytyjczyka pochodzenia indyjskiego. Jay nie może oderwać od Trishny oczu. Nie może też wyrwać jej z rodzinnego gniazda. W radżastańskiej wiosce relacje mężczyzn z kobietami reguluje przecież bardzo sztywna etykieta. Pomaga mu jednak los. Kiedy ojciec Trishny ulega wypadkowi, zasypiając za kierownicą (to nie tylko sprawa zmęczenia, ale i ilości spożywanego wieczorami alkoholu) Jay oferuje dziewczynie pracę w hotelu na północy stanu z wysoką pensją, która pomoże rodzinie wygrzebać się z długów. Bajkowe, prawda? Na miejscu Jay zrobi wszystko, by Trishnę uwieść. Po kilku miesiącach dziewczyna nagle wróci do domu w ciąży, a rodzina pomoże jej dziecka się pozbyć. O sprawie nie będzie się w żadnych okolicznościach w domu rozmawiać. Trishna cicho i boleśnie poprosi wtedy matkę, by ta nie wysyłała jej już nigdzie daleko do pracy. Matka zimno odpowie, że decyzją ojca Trishna wyjedzie do miasta pomagać wujostwu, a tam ponownie pojawi się Jay i historia znów zacznie przypominać bal Kopciuszka w zamku księcia. Do czasu.

Trishna reż. Michael Winterbottom

Trishna reż. Michael Winterbottom
Michael Winterbottom znakomicie prowadzi historię kochanków, zmieniając jej bieg, jak tylko zacznie ona wchodzić na dobrze znane, bajkowe tory. Fabularne zakręty współgrają ze zmianą lokalizacji (akcja dzieje się w kilku radżastańskich miejscach i w Mumbaju), a reżyserowi udaje się uniknąć długich, powłóczystych ujęć, idealizujących Indie. Film prowadzony jest niemalże z dokumentalnej perspektywy, co dodaje dramatyzmu historii Trishny, dziewczyny, której co prawda udaje się znaleźć księcia, ale której życie z nim stanie się co najmniej koszmarem...

Trishna reż. Michael Winterbottom

Trishna reż. Michael Winterbottom

Bardzo podoba mi się to, jak Winterbottom gra z konwencjami, jak każe być widzowi czujnym. Zdecydowaną zaletą tego obrazu jest też wszędobylska obecność ponurej refleksji nad przypadkowością losu, która tak silnie obecna jest w indyjskiej literaturze (chociażby u Mistry’ego, Rushdiego, pań Desai). Trishna zresztą tragiczny los nosi w swoim imieniu, w którym Kriszna, bóg miłości współbrzmi z tears - łzami - wielkim rozdzierającym smutkiem antykopciuszkowego finału.

Musicie koniecznie ten film zobaczyć.
 

***
Trishna
reż. Michael Winterbottom
Wielka Brytania, 2011

wtorek, 17 kwietnia 2012

Od kilku lat angielski - mowa oryginalnie nieojczysta, ale czule zaadoptowana - jest moim pierwszym językiem, który jest ze mną nie tylko w domu i w pracy, ale też śmiało wkrada się do snów i na chybcika sklecanych wpisów w dzienniku Beli. Angielski potrafi zachwycać uproszczoną fleksją czy jasnym porządkiem słów w zdaniu, a ja najbardziej lubię go za idiomy, zwłaszcza te inspirowane słowami ze słownika kulinarnego, bo są po prostu genialnie obrazowe. Poniżej krótka lista moich ulubionych oraz tych, które są dość często spotykane w mowie potocznej.

have a finger in too many pies (dosłownie trzymać palucha w zbyt dużej ilości dań, a dokładnie albo w zbyt dużej liczbie nadziewanych placków - to na słodko  - albo zapiekanych paszteto-podobnych wyrobach - to na słono; wszystko zależy do tego, jakie "pie" ma się na myśli) - oznacza bycie zanagażowanym w zbyt wiele spraw, zwłaszcza jeżeli chce się mieć nad nimi kontrolę. Zazwyczaj to recipe for a disaster - czyli doskonały sposób na wpadnięcie w tarapaty (dosłownie przepis na nieszczęście).

big cheese (wielki ser) - jeden z najzabawniejszych określeń na szefa, ważną osobę, postać pełniącą istotną funkcję etc etc, jakie spotkałam. Ciekawe, czy wiąże się z wagą sera (zarówno przed jak i po konsumpcji, kiedy zalega w żołądku) czy może... potęgą zapachu?

cheesy - jeżeli jesteśmy już przy serach, to muszę koniecznie napisać o dość trudnym do przełożenia wyrażeniu dosłownie brzmiącym "serowy", który odnosi się zarówno do rzeczy jak i do czynności. Pod jego skórką kryje się wszystko, co tanie, nieprzyjemne, nieautentyczne i też budzące zażenowanie, zbyt sentymentalne, jednym słowem pachnące czymś nieprzyjemnym. Jedna z moich studentek nie mogła przebrnąć kiedyś przez Liryki Lozańskie Mickiewicza i wielkiemu mistrzowi dostało się niestety serowym epitetem.

be cheesed off - ciągle jesteśmy przy serach, tym razem już na poziomie zaserowania czyli rozdrażenia, frustracji czy zażenowania.

full of beans (być pełnym albo fasoli, albo po prostu ziarenek) - czyli pełnym energii. Może zatem chodzi o ziarenka kawy?

proof is in the pudding (deser to dowiedzie) - bardzo zręczny sposób określenia tego, że dopiero zakończoną czynność będzie można dobrze ocenić bądź też, że ostatnia rzecz może zaważyć o wyniku przedsięwzięcia. Zdecydowanie jeden z moich idiomowych faworytów!

in the pudding club - wciąż pozostajemy przy deserze, a dokładnie deserowym klubie, który oznacza nic innego jak bycie w ciąży.

bread and butter (chleb i masło) - czyli czynność, która gwarantuje stały, często minimalny dochód.

butter someone up (namaślić kogoś) - czyli pochlebiać, prawić komplementy w nadziei na osiągnięcie dodatkowego celu.

beefy (wołowinowy) - odnosi się do mięśnika, osoby o dużej posturze i poważnej muskulaturze. Z wołowynowym zwykle się nie zadziera.

silly sausage (głupia kiełbaska) - pobłażliwe określenie dla mało rozgarniętej osoby.

add more meat (dodać więcej mięcha) - czyli dorzucić faktów, konkretów do sprawy.

cut the mustard (rozciąć musztardę - najpewniej chodzi albo o gorczycę-roślinę, albo o sam fakt trudności w przecinaniu jej małych ziarenek) - spełnić oczekiwania, zrobić coś albo mieć coś wykonane na odpowiednim poziomie. Jedno z ulubionych powiedzonek Alana Sugera, prowadzącego brytyjski program The Apprentice.

sandwich news (kanapkowe wieści) - niestety wieści mieszane: trochę dobrych, trochę złych w jednym.

have a lot on my plate (mieć dużo na swoim talerzu) - mieć wiele spraw na głowie.

my cup of tea (moja filiżanka herbaty) - coś, co jest ci bliskie, co lubisz, ulubione zajęcie.

gut feeling (żołądkowe przeczucie) - intuicja, przeczucie, że coś jest właściwie/niewłaściwe.

Na tym dzisiaj kończę, bo na moim talerzu wciąż pełno rzeczy do zrobienia, ale mam nadzieję, że bez względu czy jesteś pełnym ziarenek, namaślonym, w klubie deserowym, zaserowanym czy też wielkim serem, to idiomy też twoja filiżanką herbaty!

Food for thought

Food for thought (pożywka dla myśli) to kolejny z kulinarnych idiomów i nazwa baru w Covent Garden w Londynie.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

W zeszłym tygodniu odebrałam pudło z 24 egzemplarzami "Notes from the Small Island" Brysona, które rozdam (i jak obiecałam - roześlę) już za tydzień w Wielką Noc Książki. Pudło czekało na mnie w lokalnej, mieszczącej się w parku bibliotece, więc odebranie go wiązało się z brawurowym wjazdem samochodem na jedną ze ścieżek tuż pod budynek przy karcącym wzroku kilku przechodniów. To znakomite uczucie móc wjechać, gdzie zwykle koło samochodu nie sięga, a przechodniów udało mi się szybko udobruchać widokiem zaawansowanej ciąży i sporego kartonu wynoszonego triumfalnie z biblioteki. Miło było mi zobaczyć, że na miejscu są i inne pudła do obebrania, co oznacza, że jest nas - dawców książek - więcej na dzielnicy!
Światowa Noc Książki 2012Czekam teraz na listę kodów, które trzeba będzie wpisać do każdego egzemplarza książki, żeby móc w ten sposób śledzić jego losy. W międzyczasie chcę Was zainteresować powiększającą się każdego dnia listą wydarzeń organizowanych z okazji Światowego Dnia Książki. Belfast zaczyna świętowanie dwa dni wcześniej, Londyn na razie oferuje dwie pięć oficjalnych imprez. Największe wydarzenie odbędzie się w Southbank Centre (bilety niestety od kilku dni już wysprzedane, ale z pewnością będzie można wejść za darmo na dwa towarzyszące głównemu wydarzeniu spotkania: World Book Night After Party [zaczyna się w Queen Elizabeth Hall o 21:30, będzie muzyka i zabawa] i World Book Night Readings by Candlelight na Riverside Terrace o 22:30, gdzie czytane będą sonety Szekspira w jego kolejną rocznicę urodzin]).

W Oksfordzie na razie oficjalnych wydarzeń brak. Zastanawiam się nad zorganizowaniem domówki w stylu "Poczytaj Beli na dobranoc", tylko kochane dziecię chodzi teraz dość wcześnie spać. Są jacyś chętni? :-)

Książki do rozdania podczas Wielkiej Nocy Książki 2012, Wielka Brytania

 Poza tym zachęcam do powychodzenia na ulice w Wielką Noc Książki, gdzie rozdawane będą powyższe publikacje.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Best Exotic Marigold HotelW niezależnym kinie w Oksfordzie pojawiło się ostatnio kilka filmów, których akcja rozgrywa się w Indiach. Zdecydowanie najlepszym z nich była ostatnia produkcja Michaela Winterbottoma zatytułowana "Trishna", ale o tym filmie opowiem następnym razem (zdecydowanie polecam rozejrzeć się za nim, jest naprawdę poruszający). Dziś krótka notka o czymś, co do złudzenia przypominało mi "Love Actually" (po polsku dystrybuowanym jako "To właśnie miłość"). Nie tylko obsada jest zadziwiająco podobna (z Billem Nighy na czele), ale i humor, miłosne perypetie oraz angielska autoironia są tak zbliżone, że czasami miałam wrażenie, że, patrząc na "Best Exotic Marigold Hotel" oglądam drugą część "Love Actually", z tą tylko różnicą, że bohaterowie są już w leciwym kwiecie wieku, czyli na emeryturze. Oczywiście sceneria jest inna - wszyscy emeryci wyjeżdżają do Indii, a dokładnie do stolicy stanu Radżastan - Jaipuru, gdzie lądują w rozpadającym się (i tytułowym) hotelu "Best Exotic", prowadzonym przez młodzieńca, którego odgrywa aktor znany z wielkiego hitu kasowego "Slumdog Millionaire".

Best Exotic Marigold Hotel

Best Exotic Marigold Hotel

Mamy zatem dwie wdowy: jedną polującą na bogatego męża (Celia Imrie) a drugą próbującą nie tyle pogodzić się ze stratą męża, co z tym, że miał on przed nią wiele tajemnic (w tej roli niepokonana Judi Dench). Obok kręci się szprycujący się Viagrą emeryt (Roland Pickup). Wokół pełno jest też krzyków zupełnie niedobranej pary: pani dbającej o pozory i pana o nieprawdopodobnej cierpliwości. Jest wreszcie też emerytowany sędzia - gej, który do Indii odbywa podróż co najmniej sentymentalną, próbując odnaleźć kochanka z dzieciństwa.

Jest głośno i egoztycznie, choć egzotyka jest przede wszystkim brytyjska, bo film zapewnia całkiem imponujący zestaw wyspiarskich postaw i zwyczai, zwłaszcza w kontekście obcowania z nowością. Mamy babcię rasistkę, która o Wyspach myśli wciąż w kategoriach kolonialnej przeszłości, jest emerytka o wielkiej otwartości umysłu, która zatrudnia się w indyjskiej firmie, są wreszcie ci, którzy, owszem, wychodzą na zewnątrz hotelu, ale interesują ich tylko ekspackie kawiarnie i kluby. Jest też pani, która za nic w świecie "w Indie" wyjść nie chce.

Best Exotic Marigold Hotel

Best Exotic Marigold Hotel

Film jest pełen ironii, dobrze sprawdzonego z "Love Actually" autodystansu, ale brakuje mu świeżości i niestety żart często trąci odgrzewanym kotletem. Ten, kto zna dobrze angielskie komedie, będzie miał wrażenie przeżywania wielokrotnego deja vu. Czy warto się wybrać? Czasami obejrzenie czegoś, co jest dobrze znane, potrafi mieć nawet kojący efekt. W końcu nieczęsto można spotkać dwa, a właściwie trzy happy endy w zakończeniu i zobaczyć, jak niemalże każdy z bohaterów przechodzi przemianę wewnętrzną. Czysta egzotyka, czyż nie?

 

***
The Best Exotic Marigold Hotel
reż. John Madden
produkcja brytyjsko-indyjska, 2011

środa, 11 kwietnia 2012

Księgarnia Backfold Books w walijskim miasteczku książek Hay on Wye ma specjalnie wydzielone półki z publikacjami, które posiadają autografy. Stoi William Golding, obok Julian Barnes. Z ciekawości zaglądam do obu książek. Pierwsza - z finezyjnym podpisem. Cena: powyżej 50 funtów. Druga z prostą parafką (trudno mi sobie wyobrazić, żeby Barnes smarował dekoracyjne zawijasy przy swoim nazwisku). Cena: 5 funtów. Hmm, bardzo mało, jak na status pisarza, nie wspominając o zeszłorocznym wyróżnieniu nagrodą Bookera.

- Co dyktuje cenę? - pytam sprzedawcy.

- Pisarze - odpowiada - Jedni, jak się podpiszą, to zwiększają cenę książki, inni - prost przeciwnie.

Czy stało się coś, o czym nie wiem, panie Barnes?

Autograf Juliana Barnesa

wtorek, 10 kwietnia 2012

"We read to know we are not alone."
C. S. Lewis

Oksfordzki Festiwal Literacki

Oksfordzki Festiwal Literacki

Oksfordzki Festiwal Literacki

Czytająca, Oksfordzki Festiwal Literacki

Czytający, Oksfordzki Festiwal Literacki

Czytający, Oksfordzki Festiwal Literacki

Czytający, Oksfordzki Festiwal Literacki

Czytający, Oksfordzki Festiwal Literacki

Czytający, Oksfordzki Festiwal Literacki

Czytający, Oksfordzki Festiwal Literacki

Czytająca, Oksfordzki Festiwal Literacki

Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że równie dużo działo się poza miejscami spotkań literackich w Christ Church college. A może nawet więcej?

Przy okazji, jaki jest Wasz ulubiony aforyzm związany z czytaniem?

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...