niedziela, 31 maja 2009

London European Literature Night 2009Powracam z częścią drugą relacji ze spotkania po przerwie, znacznie dłuższej niż planowałam (dla zainteresowanych pierwsze zapiski z wieczoru znaleźć można tutaj).

Węgry/Wielka Brytania: Tibor Fischer
W drugiej połowie wieczoru European Literature Night zaprezentował się Tibor Fischer, który co prawa jest dzieckiem węgierskich emigrantów, ale pisze, mieszka i szkoły pokończył w Wielkiej Brytanii, więc przylepienie mu łatki "pisarz węgierski" było zdecydowanie nadgorliwością prowadzących.

Fischer został nominowany do nagrody Bookera za "Under the frog" (w polskim tłumaczeniu "Pod żabą"). Wysoki, o donośnym głosie i dużej dozie pewności siebie tworzył znaczący kontrast ze szczupłą, malutką dziennikarką muzyczną Jessicą Duchen, która go przedstawiała i mówiąc szczerze, niewiele miała na jego temat do powiedzenia. Fischer wyjaśnił, że do Węgier pojechał dopiero jako dorosły mężczyzna jako korespondent brytyjskiej prasy. Teraz też wolałby tam mieszkać, bo "alkohol tańszy, pogoda lepsza i mógłby sobie pozwolić na większe mieszkanie"...  Jeżeli nawet się zgrywał, to było to mało zabawne.

Pisarz  przeczytał fragment swojej ciemnej i cynicznej książki "Good to be God" - historii mężczyzny, byłego przedstawiciela handlowego, który po utracie pracy wyjeżdża do USA i tam tworzy kościół, sprzedaje zbawienia, a potem sam aspiruje do roli boga. Ta chwytliwa fabuła oddana była (sądząc po przeczytanym fragmencie) prostym, bardzo mało efektownym językiem. Nie będę się spieszyć, żeby po to sięgnąć.

Tibor Fischer


Włochy: Simonetta Agnello Hornby
Hornby jest z zawodu i długiego doświadczenia panią prawnik, zajmującą się głównie sprawami dzieci. Od ponad 30-stu lat mieszka w Londynie i zanim napisała "La Mennulara" (po polsku "Zbieraczka migdałów") nigdy wcześniej nie myślała o pisaniu powieści. Fabuła tej książki podobno (tak twierdzi autorka) pojawiła się w jej głowie podczas podróży z Sycylii do Londynu na jednym z lotnisk, gdzie Hornby zmagała się z nudą oczekiwania na spóźniony samolot.

Horbny jest energetyczną kobietą, mówi szybko, głos ma zachrypnięty. Czasami tak szybko, że sens opowieści gubi się w zlepiających się słowach. Przedstawiający ją dziennikarz Enrico Franceschini, korespondent dziennika La Repubblica, porównywał ją do wielkich pisarzy sycylijskich: Lampedusy, Sciasci. Ona sama w tym czasie przewracała oczami. Może to jednak nie komplementy, ale szerszy wątek Franceschiniego tak ją zadziwił (mnie zdecydownie zszokował), otóż, dziennikarz wysnuł tezę, że Włochy nie mają dobrej literatury, nie mają długiej tradycji literackiej (!!!), a specjalizują się głównie w muzyce i malarstwie.  Nie wiem, gdzie zacząć, żeby powyjmować tych genialnych pisarzy i poetów, którzy z Włoch pochodzą, żeby uznać tezę dziennikarza za prawdziwą.

Wydaje mi się, że założenie było tak szokujące i absurdalne, że właśnie dlatego nikt z prowadzących nie podjął z nim polemiki. Koniec konców Hornby przeczytała fragment "Zbieraczki  migdałów" - opis dramatycznej podróży przez wyspę. Przeczytała to rzecz jasna, szalenie szybko. "Zbieraczka" to opowieść o korupcji, miłości i intrydze. Z przeczytanego fragmentu brzmiała zachęcająco.

Widziałam, że w polskim przekładzie są już trzy książki Hornby: "Sycylijska markiza", "Zbieraczka migdałów", "Nikomu ani słowa".

Simonetta Agnello Hornby

 

I wreszcie na koniec, last but not least, pojawił się Paweł Huelle, wspólnie ze swoją tłumaczką Antonią Lloyd-Jones.

Polska: Paweł Huelle
Bardzo się ucieszyłam, kiedy dowiedziałam się, że Polskę na European Literature Night reprezentować będzie właśnie autor "Ostatniej wieczerzy" (niedawno zresztą wydanej po angielsku). Szalenie lubię jego prozę jak i spotkania z nim. Jedno z najlepszych literackich wieczorów, na jakich byłam, to właśnie ten poświęcony promocji "Castorpa", który odbył się kilka lat temu w Sopocie z udziałem Anotniego Libery, pianistki i śpiewaka operowego (prawdziwa uczta dla zmysłów). Ale do rzeczy.

Huelle przytoczył kilka anegdotek, między innymi taką o spotkaniu z Gunterem Grassem. Panowie wspólnie oglądali kolekcję starych map Gdańska, należącą do Huellego. Grass zatrzymał wzrok na jednej z nich i skomentował, że pomimo tego, iż obaj piszą o tym samym mieście, to nie zabierają sobie przestrzeni, bo jeden opisuje Wrzeszcz Górny, a drugi Wrzeszcz Dolny (dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że Wrzeszcz jest  jedną z dzielnic miasta a pisarze podzielili sferę literackich wpływów w obrębie jednej jego cząstki).

Podczas przerwy udało mi się z nim zamienić słów parę, między innymi o jego podróży do Egiptu, gdzie wybrał się w związku z publikacją zbioru tekstów pisarzy z Europy Środkowo-Wschodniej. Huelle jest ujmujący i towarzyski (przez całe spoktanie towarzyszyła mu spora grupka znajomych). I rzecz naturalna, świetnie opowiada. To zresztą chciała oddać jego tłumaczka, czytając podczas wieczoru fragment z książki „Mercedez Benz” (pamiętacie ten fragment, kiedy bohater jedzie samochodem z instruktorką, snując historie rodzinne, samochód mu staje na przejeździe tramwajowym, kierowcy zaczynają się wściekać, a pani instruktor ze stoickim spokojem komplementuje jego opowieści: "ależ potrafi pan opowiadać!). Jeżeli jesteśmy już przy komplementach, to takowe zdecydowanie należą się też Antonii Llyod-Jones za jej świetne tłumaczenia książek Huellego na angielski, za co zresztą podczas wieczoru Polish Cultural Institute przyznał jej nagrodę. I tym miłym akcentem zakończył się długi wieczór Europejskiej Nocy Literatury.

Paweł Huelle w Londynie

 

Teraz pisząc tą notkę i widząc, jak wiele książek europejskich autorów zostało przetłumaczonych już na polski nachodzi mnie dodatkowa refleksja: polski rynek literatury zagranicznej jest imponujący! Jedna rzecz mnie zastanawia, skoro rocznie przeciętny Polak czyta jakąś skandalicznie małą liczbę książek, to cały wysiłek tłumaczy musi mieć cel iście elitarny. Chyba, że nie jest aż tak źle, jak każdy myśli. Hm, właśnie, ile i co czyta Polak?

piątek, 29 maja 2009

Orhan Pamuk, SnowCo się dzieje, kiedy Ka, poeta – emigrant pojawia się w prowincjonalnym mieście Kars na wschodzie Turcji, by zbadać przyczynę serii samobójstw wśród młodych dziewcząt i napisać doniesienie z lokalnych wyborów?  Ano, rozpoczyna się teatr. Miejsce zostaje kompletnie odcięte od świata przez zwały padającego śniegu a kontrolę nad miastem w formie krwawego przewrotu z udziałem armii przejmuje stary aktor podczas przedstawienia na deskach teatru narodowego. Wydarzenia następnych trzech dni opisywane są z dziennym wyprzedzeniem w lokalnej gazecie, a mieszkańcy wiedzeni przez los odgrywają je wiernie następnego dnia. Trzy dni i noce pełne są brutalnej walki: kule dziurawią ciała, policja maltretuje studentów szkoły religijnej, islamiści są torturowani a ich główny prześladowca, zwolennik republiki, ginie od kilku wystrzałów ostatniego wieczoru na deskach teatru.

Teatralność "Śniegu" Pamuka zrobiła na mnie największe wrażenie. Dzięki niej książka odchodzi od schematu powieści politycznej i staje się uniwersalnym traktatem o rewolucji, polityce, Bogu i miłości, ale o tym wątku dopiero za chwilę.

Teatralność "Śniegu" realizuje się na kilku poziomach. Ka, człowiek z zewnątrz, przechadza się po mieście, a jego przechadzka wikła go w różnego rodzaju dyskusje, które przypominają dialogi odgrywane na scenie. Każda racja jest dramatycznie manifestowana. Do każdego gestu dodawane jest polityczne znaczenie. Noszenie przez kobiety chusty to wyraz religijności, noszenie głowy odkrytej to oznaka europeizacji, pogardy dla prowicjonalności kraju - od tego można zacząć, ale to tylko uproszczenie, bo chusta to o wiele bardziej złożony problem.  Nakaz państwa do przychodzenia do szkoły w odkrytych głowach i jego realizacja to przykład państwowej dyktatury, zdjęcie chusty na deskach teatru to zarówno modernistyczna farsa jak i zemsta zranionej kochanki. Wymieniać można by długo, bo Pamuk pokazuje, jak zmienia się punkt widzenia w zależności o politycznych i społecznych układów. Bohaterowie to gadające marionetki, zatopione w żarliwości swoich przekonań. Zetknięcie z Ka - obcym, który wątpi, nie zmienia ich poglądów, bo one są im przypisane jak rola do aktora.

W tym sensie rewolucja to również spektakl - nie bez przyczyny zaczyna się właśnie na deskach teatru. Choć krwawa jest w skutkach, wciąż jest nieprawdziwa. Poszczególne akty przewrotu rozpisane są w lokalnym dzienniku. Zaznaczyć też trzeba, że to przedstawienie ma kilku reżyserów.

Dodatkowo sama struktura powieści wpisuje się w schemat teatralnego programu: każdy rozdział ma tytuł i podtytuł, podsumowujący to, co ma się zdarzyć. Zatem Kars,to nie miasto a Turcja to nie kraj a teatr, taki, na jaki stać mieszkańców, lepszego być nie może. Odgrywane polityczne role: komunisty, ateisty, ortodoksyjnego wyznawcy, religijnej Turczynki, terrorysty giną gdzieś jednak na scenie, przeklinając szarą masę, nazywaną Zachodem, która budzi narodowe kompleksy. Dramat prawdziwy to miłosna historia połączona z pisaniem poezji.

Ka zauroczony jest podwójnie: piękną Ipek i śniegiem, w którego doskonałych płatkach odnajduje własną religijność, spotyka natchnienie, duchowe poruszenie i zaczyna tworzyć. Fragmenty opisujące twórcze porywy Ka są najbardziej ujmujące. Poezja przychodzi do niego, staje się mu. Ka jest w natchnionym stanie, gotowy, by przyjąć szczęście. Ipek mu do tego potrzeba, ale ona to pragnienie pokieruje w zupełnie inną stronę.

Książka Pamuka to dwie historie: trzy dni Ka w Karsie i odkrywanie życia Ka przez jego przyjaciela, Orhana (alter ego autora) kilka lat po wyjeździe Ka z Karsu. Według mnie ten drugi wątek jest mniej udany. W pierwszej części książki tworzy duży dystans między opowiadającym (narratorem) a bohaterem (Ka). Na końcu powieści w postmodernistycznym stylu wątpi w prawdziwość bohaterów i możliwość autora w oddaniu historii.

Do "Śniegu" zrobiłam dwie przymiarki. Za pierwszym razem powieść mnie zniechęciła właśnie swoją konstrukcją i politycznym bałaganem. Styl wydał mi się mało atrakcyjny - prosty, utrzymany w tradycji wielkiego realizmu.  Cieszę się, że sięgnęłam po książkę po raz drugi. Pamuku, przekonałeś mnie.

 

***
Orhan Pamuk "Snow"
tłum. Maureen Freely
wyd. Faber and Faber, 2004

wtorek, 26 maja 2009
Ruth Padel wybrana 9 dni temu na prestiżową pozycję Profesora od Poezji na Uniwersytecie w Oksfordzie, zrezygnowała wczoraj wieczorem ze stanowiska. To rezultat drugiego skandalu, który wybuchł w niedzielę.

O wcześniejszych kontrowersjach wokół kampanii wyborczej pisałam wcześniej tutaj. Jak pamiętacie, dwa tygodnie temu jeden z kandydatów Derek Walcott wycofał się z wyborów po tym, jak rozpętała się wokół niego brudna kampania przypominająca o jego dwóch sprawach o molestowanie z lat 90-tych wytoczonych przez studentki amerykańskich uniwersytetów. Niedzielny The Sunday Times podał, że to właśnie Ruth Padel, zwyciężczyni wyborów, stała za oczerniającą kampanią. To ona wysłała maile do prasy, wskazując na przeszłość Walcotta. Maile odsyłały do akt sprawy i  sugerowały dodatkowo, że amerykański prezydent wykluczył Walcotta z listy osób, które uczestniczyły w jego inauguracji ze względu na przeszłość poety. Potem w maju przyjaciel Padel John Walsh opublikował w The Independent artykuł o Walcocie w kontekście jego spraw o molestowanie.

Po tych rewelacjach spora grupa potężnych zwolenników Padel odżegnała się od niej. Zaczęły się nawołania do tego, by ustąpiła za stanowiska. Padel podjęła tą decyzję wczoraj wieczorem.

Hmm, kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie. Media nie lubią, jak się nimi manipuluje.

Oksford jest bez profesora od poezji i na razie nie wiadomo, co będzi dalej. Pewnie ponowne wybory – tylko kto do nich stanie? Potencjalnych kandydatów na pewno wystraszy poziom poprzedniej kampanii – mnie osobiście zaszokował. Dlaczego ona to zrobiła? Z naiwności? Z desperacji?
Oksford, średniowieczne wieże
Średniowieczne wierzchołki murów stoją niewzruszone (All Soul's College, Oksford)
poniedziałek, 25 maja 2009
Trzy dni obłędnego lata pozwoliły kompletnie odpłynąć w inną rzeczywistość wyznaczaną przez śniadania w ogrodzie, ognisty pazur słońca w południe i geograficzne pomieszanie: czy to rzeczywiście wciąż Oksford, Wielka Wyspa?

Dni zaczynały się wcześnie, moje później niż słońca i całej armii pszczół i bąków przeczesujących każdy jeden kwiat w ogrodzie. Nigdy niezaspokojone w porze mojego śniadania zmieniały powietrze w gęsty, jednostajny szum pracy w skupieniu. Gołąb zazdrośnie łypał na stół, gdzie swoje ostatnie cząstki wilgoci oddawała słońcu jasna bagietka.

Cały ruch zmierzał poza miasto. W leniwe przedpołudnie drogi skąpane w słońcu prowadziły na wieś. Spakowaliśmy kosz piknikowy, torbę z książkami, koc i znikliśmy na południu od miasta.
Rododendrony
Harcourt Arboretum to położony na wsi ogród botaniczny, należący do oksfordzkiego uniwersytetu. Miejsce bliskie i rozkoszne. Kiedyś świętowaliśmy tu nasze drugie wesele, wylegując się na trawie, wśród niezliczonej ilości jedzenia, otoczeni rozweseloną grupką przyjaciół i rodziny. Zazdrościły nam pawie, które wiedzione zapachem przysmaków, całkowicie straciły swój królewski majestat i niczym wiejskie kurczaki robiły podchody w stronę talerzy.

Pawi nie zabrakło i tym razem. Najpierw ceremonialnie przechadzały się z dystansem do nowoprzybyłych. Orszak stąpał jednak niemiarowo, pawi krok był niespokojny. Potem pojawiały się pojedynczo. Najpierw pawica w nadziei na smakowity kąsek. Potem paw, który pomimo porywu nagłej chciwości, nie potrafił przemóc się i wykonać chwyt wiejskiego koguta.
Pawie w rododendronach
Prawdziwa uczta dla zmysłów dopiero jednak miała nastąpić. Dziesiątki rododendronów w słońcu wprawiały w pomieszanie: delikatno-różowe, ognisto cytrynowe i pomarańczowe, fiolety, purpury, błękitnawa biel. W tej scenografii pojawił się on – największy z pawi odgrywając scenę życiowego oburzenia. Rozczapierzył ogon, w którym zamieniły się kolory błękitu, turkusu i złota. Zrobił pauzę, zebrał pierwsze oklaski. W akcie drugim wypiął się perfekcyjnie złożonym z brązów zadem.
Paw

Potem straciłam zainteresowanie. Spektakl przeniósł się na strony książki. Wczoraj skończyłam "Śnieg" Pamuka.

Po wczorajszej wizycie w raju pozostało tylko delikatnie o sobie przypominające zaczerwienienie skóry. Tam byłam, kiedy mnie nie było. Teraz w rzeczywistości skapującego po oknie deszczu czuję to doskonale, że jestem w powrotem.
poniedziałek, 18 maja 2009
London European Literature Night 2009Spotkania z pisarzami to często trudne wieczory, zwłaszcza gdy odbywają się przed obcą bądź obco-języczną publicznością. Pamiętam, jak kilka lat temu w Sopocie Andrzej Stasiuk zmiażdżył swoją osobą rozmówcę – egzaltowanego redaktora pisma literackiego. Oglądanie tego było bolesne. European Literature Night może nie był wieczorem tyle bolesnym w odbiorze, co pozostawiającym głębokie poczucie niedosytu czy frustrację samą formą spotkania.

W ciągu niecałych trzech godzin dziennikarka BBC Rosie Goldsmith zaprezentowała aż sześciu pisarzy i równie dużą liczbę osób, których zadaniem było przygotowanie wprowadzenia do twórczości zaproszonych gości. Wprowadzający byli z niezrozumiałych dla mnie powodów nazywani mecenasami, choć z pisarzami nie mieli nic wspólnego, często byli od nich młodsi, nie śledzili a już na pewno nie sponsorowali ich artystycznej kariery.

Sama forma wieczoru dodatkowo się rozlazła, bo włożono do niej i wątek polityczny: 20-lecie updaku komunizmu i czeskie przewodnictwo w Unii Europejskiej. Sama prowadząca literaturą nie była specjalnie zainteresowana i jej pytania oscylowały wokół bieżących wydarzeń i politycznej przeszłości, włączając w to niepotrzebnie postacie dwóch unijnych błaznów Berlusconiego i Sarkozy.
Teraz kilka słów o pisarzach. W kolejności, w jakiej wystąpili.

Czechy - Petra Hůlová
Młodziutka Czeszka z bogatym już dorobkiem (5 powieści i liczne nagrody literackie). Jej pierwsza książka zatytułowana "Czas czerwonych gór" (taki jest polski tytuł, czeski brzmi dosłownie "Pamięci mojej babci". Książka wkrótce ukaże się w Wielkiej Brytanii pt. "All This Belongs to Me" wydana przez amerykańskiego wydawcę), przyniosła jej nagrodę Magnesia Litera. Hůlová studiowała kulturoznawstwo (nie skończyła) a potem mongolistykę – w ramach tych studiów spędziła rok w Mongolii. Historia opowiedziana w "Czasie czerwonych gór" przez pięć kobiet osadzona jest w realiach Azji Centralnej. Jak wyjaśniła Hůlová, recenzenci często zarzucają jej, że pisze o odległych krajach a nie o Czechach albo dopatrują się w obrazie Mongolii paraboli państwa czeskiego. W swoim literackim zamierzeniu temat, który interesował ją najbardziej, to nie polityka, ale rozbita rodzina. Interesował ją podwójnie, bo to jej osobiste doświadczenie.
Pisarka Petra Hůlová, Irena Murray-Zantovska i prezenterka BBC Rosie Goldsmith
O twórczości Hůlovej opowiadała Irena Murray-Zantovska, historyk architektury, kurator wystaw. Zantorska wyemigrowała z Czech w '68 roku. Mówiła więc o pokoleniowej różnicy, zmieniających się czasach i pisarskiej dojrzałości Hůlovej. Zantorska przeczytała na koniec fragment z "Czasu czerwonych gór". Panie rzeczywiście ciekawie się dopełniały. Hůlová, choć trochę zagubiona, zainteresowała publiczość swoją wrażliwością, stylem i tematyką.

Chętnie sięgnę po tą książkę.

Francja - Gilles Pétel
Jest nauczycielem, w tej chwili pracuje w szkole francuskiej w Londynie. Wcześniej uczył w Turcji, w Niemczech. Ma na swoim koncie cztery powieści. Niestety żadna nie wyszła jeszcze w przekładzie angieskim, nie udało mi się też nic znaleźć po polsku. Petel przeczytał dwie strony książki „La Déposition” w oryginale, z czego udało wyłowić mi się zaledwie kilka słów. Fabuła koncentruje się na namiętnym związku między 19-letnim chłopakiem a 40-letnim psychiatrą – czytam w załączonej ulotce.
Paul Fournel, Gilles Petel, Francja
Pétela przedstawił Paul Fournel, pisarz, attaché we francuskiej ambasadzie w Londynie. Z wysokiego piedestału własnej megalomanii przemawiał o wyższości kultury francuskiej nad angielską, próbując upokorzyć prowadzącą, będącą, rzecz jasna, reprezentantką tej niższej cywilizacji. Rozmowa toczyła się topornie. Temat z literatury ześliznął się na kwestie tłumaczenia (a to pięta achillesowa Wielkiej Brytanii). Fournel długimi sylabami wygłosił wyniki ostatnich bada statystycznych: we Francji tłumaczona literatura stanowi SIE-DEM-DZIE-SIĄT PRO-CENT podczas gdy w Anglii jest to jedynie DWA PRO-CENT. Statystyki rzeczywiście są szokujące, ale przecież wieczór nie poświęcony był walce z zacofaniem rynku tłumaczeń.
Szkoda, że rozmowa potoczyła się w ten sposób. Zmarnowana okazja dla pisarza.

Rumunia - Mircea Cărtărescu

Debiutował jako poeta, wydał kilka zbiorków i przeniósł się w obręb prozy, bo jak powiedział, poezja zaczęła go ograniczać. Pracował w szkole, obecnie wykłada na uniwersytecie w Bukareszcie. Wydał 20 książek, zdobył wiele nagród, a jego publikacje przetłumaczono na kilkanaście języków.

Zamiast wprowadzenia do twórczości pisarza pojawił się wywiad z aktorką Anamarią Marincą, która po świetnej roli w rumuńskim filmie "4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni" zaczęła występować na deskach brytyjskich teatrów. Marinca przeczytała całe, kilkunastostronicowe opowiadanie Cărtărescu, pochodzące z kolekcji 20 opowiadań o relacjach damsko-męskich, które publikowane były w rumuńskim wydaniu magazynu „Elle”. Pierwsze wydanie kolekcji sprzedano w nakładzie 150 tys. egzemplarzy. W przyszłym roku Cărtărescu wydaje kolejną powieść – zatytułowaną "Nostalgia".

Opowiadanie przeczytane przez Marincę - relacja z poetyckiego spotkania w Irlandii, satyryczne ujęcie zwyczajów na zielonej wyspie – wydało mi się mało oryginalne, ale może to po prostu organiczenia formy i miejsca, w którym po raz pierwszy zostało opublikowane.
European Literature Night, Rumunia
Opowiadania istnieją w przekładzie polskim jako "Dlaczego kochamy kobiety". Dodatkowo po polsku dostępna jest powieść z 1994 roku "Travesti".

I tutaj zapraszam na przerwę. Po przerwie kilka słów o Tiborze Fischerze, Simoneccie Agnello Hornby i Pawle Huelle, z którym udało mi się dodatkowo zamienić słów parę.
Item 10 of 1479 - Search terms: Northwestern University Press
‹ Back Results list « Previous Next »

All This Belongs to Me

sobota, 16 maja 2009
Spośród setki oksfordzkich bibliotek, które w swoich naziemnych i podziemnych przestworzach przechowują sumiennie około jedenastu milionów książek, budynek Bodleian Library wyznacza serce dzisiejszego miasta. W żyłach jej podziemnych korytarzy spoczywają starożytne i średniowieczne manuskrypty, arabskie traktaty, indyjska poezja, Biblia Gutenberga, rzadkie mapy, ilustracje Tolkiena do "Hobbita" i każda książka wydana w Wielkiej Brytanii i Irlandii, bo do Bodleian należy przywilej otrzymywania każdego egzemplarza bezpłatnie.

Na drugim piętrze biblioteki kryje się najstarsza część - Duke Humfrey’s library (zdjęcie można zobaczyć tutaj - poprzedzielana starymi regałami z jeszcze starszymi książkami. Bogato zdobiony sufit przypomina o jej 400-letniej historii.
Bodeialan Library
Klasycyzująca fasada Bodleian Library od strony Broad Street.
 
Zamówiliśmy parę książek do obejrzenia w Bodleian – pierwsze wydanie sonetów Szekspira, XVII-wieczne wydanie Opowieści kanterberyjskich Chaucera i uwaga, pierwsze wydanie z 1832 roku Ksiąg narodu i pielgrzymstwa polskiego Mickiewicza, bo Bodleian ma też spore zbiory polskie. Każda książka przyszła w swoim własnym pudełku, skrzętnie zawinięta sznureczkiem. Usadowiliśmy się przy biurku, będącym niejako przedłużeniem jednego ze starych regałów z jeszcze starszymi książkami. Wydobycie książki zajęło chwilę. Sonety Szekspira odłączyły się od skórzanej okładki. Malutkie wydanie z lekko koślawymi linijkami. "Księgi" były jeszcze mniejsze, wydanie ewidentnie kieszonkowe, pełne kurzu, który po otwarciu książki rozwiał się po biurku. "Opowieści" były pięknie wydane, z szerokimi linijkami, doskonale rozmieszczonym tekstem, idealnym do długiego czytania.

Wiedziona diabelską ciekawością, nie mogłam przestać przyglądać się opasłym tomiskom, które siedziały przede mną na regale, na wyciągnięcie ręki. I nawet wyraźnie widoczny napis "Proszę nie dotykać książek" nie mógł mnie powstrzymać. Sięgnęłam po ciężki wolumin. Był skrzętnie opakowany w pancerzyk z tekturki, zapinany na dwa guziki. Wydobyty z pancerzyka ujawnił w oparach kurzu XVI-wieczną datę publikacji, nieco rozmazany łaciński druk i gruby, cierpki papier. Przewertowałam kilkanaście stron, zanim kurz wbił mi się mocno w nozdrza i zakręciło mi się głowie. Włożyłam nabożnie książkę w pancerzyk i kiedy zaspokojona ciekawość już wciskała księgę z powrotem na półkę, wstrząsnął mną nieprzyjemny, urywany sygnał. Alarm... Po chwili zjawiła się bibliotekarka. Purpurowy rumieniec na twarzy zdradził mnie z daleka. – Co za wspaniały system – pomyślałam, jak udało mi się ujść cało z cichej awantury z bibliotekarką – Bodleian jest prawdziwą dobrodziejką i pionierką w edukacji. Pozwoliła mi zakosztować i dopiero, kiedy naiwnie oddawałam owoc z powrotem, wysmagała mnie za ciekawość i butę. Jestem wdzięczna.
Biblioteka od strony dziedzińca
A to już gotycka Bodeialan od strony wewnętrznego dziedzińca

Post scriptum: części z zamówionych książek nie udało nam się zobaczyć, bo panoszący się absurd BHP nie pozwala na używanie drabin w bibliotekach (bo są NIEBEZPIECZNE!), więc książki z górnych półek i z balkonu leżą nietkniętne, niedosięgalne. Pisała o tym lokalna i krajowa prasa, bez skutku na razie. Zainteresowanym polecam ten artykulik, w którym jest zdjęcie najstarszej części biblioteki.
środa, 13 maja 2009
To wszystko, rzecz naturalna, oznacza skandal. Taka atmosfera towarzyszy mającej się ku finałowi kampanii przedwyborczej dwójki poetów, którzy ubiegają się o najbardziej prestiżową w Oksfordzie pozycję – Profesora od Poezji (Poetry Professor). To jedyne stanowisko na uczelni, które obsadzane jest za pośrednictwem wyborów, a nie zwykłego procesu rekrutacyjnego.

W tym roku o pięcioletnią pozycję Profersora od Poezji ubiegają się dwaj potężni kandydaci: pochodzący z Wysp Karaibskich 79-letni noblista Derek Walcott i Ruth Padel , pisarka, poetka, szefowa UK Poetry Society. Kampania jest zażarta. Wszystkie chwyty dozwolone. W zeszłym tygodniu pojawiły się anonimy przedstawiające Walcotta jako perwersa, który ma na koncie dwie sprawy z molesowania amerykańskich studentek. Uczelnia jest podzielona, dzieli się i miasto, bo kampania przeniosła się daleko poza budynki uniwersyteckie.

U mnie w pracy muszą czaić się zwolennicy Padel, bo w tym tygodniu na tablicach ogłoszeniowych pojawiły się ulotki nawołujące do głosowania na pisarkę. Trudno powiedzieć, ile osób, do których kierowane było ogłoszenie, będzie mogło głosować, bo żeby wziąć udział w wyborach trzeba być albo absolwentem Uniwersytetu albo jego pracownikiem naukowym. Prasa szacuje, że uprawnionych do głosowania jest ok. 135 tysięcy osób, z czego 16 maja do Examination School oddać swój głos przyjdzie pewnie jedynie parę tysięcy.

Jeżeli wygra Padel, to jej wygrana będzie politycznym zwycięstwem, znaczącą zmianą w tym 300-letnim stanowisku. Od 1708 roku żadna kobieta nie objęła funkcji Profesora od Poezji.
Sama pozycja to przede wszystkim kwestia prestiżu i wpływów. W swojej historii profesurę dostali Matthew Arnold, WH Auden, Robert Graves czy Seamus Heaney. Pensja jest symboliczna – jedyne 5 427 funtów rocznie (dla porównania najniższa roczna pensja w Brytanii to ponad 16 tysięcy funtów). Obowiązki też niewielkie: profesor zobligowany jest do wygłoszenia jednego wykładu w każdym trymestrze. Za to sfera wypływów jest ogromna i tutaj można sobie pofantazjować.
Przy tej aferze i gorącej kampanii jedno pytanie ciśnie mi się na usta: czy poezja potrzebuje szanownego profesora?
Oksfordzka mgła
16 maja z oksfordzkiej mgły wyłoni się nowy profesor od poezji.
***
Z ostatniej chwili (15/05/2009):

Derek Walcott wycofał swoją kandydaturę po tym, jak obrzucono go błotem. Jego miejsce zajął indyjski poeta i krytyk Arvind Krishna Mehrotra. Czy ta zmiana zaprowadzi Padel prosto na stanowisko profesora od poezji? Dużo na to wskazuje. Sprawa przesądzona zostanie już jutro. Głosowanie trwać będzie od 10 do 16stej.
 
 
***
Z chwili tej prawdziwie ostatniej (16/05/2009):
 
A jednak zaprowadziła! Padel dostała ponad połowę głosów więcej od Mehrotra i dziś nominowana została na uniwersyteckiego guru od poezji. Po rezygnacji Walcotta wynik wyborów był właściwie do przewidzenia. Zaskakująco niska była sama frekwencja głosujących - do Examination School przyszło jedynie niewiele ponad 400 osób.
Misją Padel będzie, jak to sama określiła, połączenie poezji z ... nauką (science). Dziwne? Dla mnie przerażające, trudne do wyobrażenia, nie tyle karkołomne, co głupie. W samej poezji tyle jest do eksporowania, że łączenie jej z odległą dziedziną to odchodzenie od esencji w stronę rozmytej papki. Ot, tyle mojego komentarza. Przy okazji: Padel jest członkiem Royal Society of Literature i Zoological Society of London.
poniedziałek, 11 maja 2009

W weekend zmieniały się miejsca, rozwijały rozmowy i bal trwał. Milena z Beatą balowały już od piątkowego poranku z okazji wspólnego spotkania po miesiącach, ja dotarłam dopiero wieczorem. Mieszkamy w trzech różnych miastach na dwóch Wyspach, więc na wspólne wyjście do knajpy trzeba umówić się z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. – „Kaplica” – jak mawia Milena, ja potwierdzam, że to dół, a jakiego Beata określenia używa, to w tej chwili nie pamiętam.

Piątkowy wieczór był wyjątkowy smakowity. Ciepły, wolny od tygodniowej harówki, w półsłońcu i półcieniu. Na południowym brzegu Tamizy londyńczycy i turyści przechadzali się leniwie. Tate Modern, błogosławiona fabryka nowoczesnych wytworów, otwarta jest w weekendy do 22-giej.

Londyn w piątkowy wieczór

Pojawiłyśmy się późno, więc nie starczyło już czasu na obejrzenie wystawy Rodchenki i Popovej zresztą nie wiem, czy miałybyśmy ochotę na rosyjski konstruktywizm. Przeszłyśmy się jedynie długimi korytarzami stałej wystawy z Picassem, Miró i młodymi orłami corocznej Turner Prize (które jakie są, każdy widzi). Ostatecznie wylądowałyśmy na 7 piętrze przy barze z panoramą miasta. Po prawej City, po lewej West End, przed nami St Paul’s Cathedral. Było ciemno, miasto wydało się niemożliwie atrakcyjne, więc pierwszy toast oddany był miastu. Potem za spotkanie, za to i tamto, wszystko w tonie...

...och życie kocham cię kocham cię
kocham cię nad życie...


Potem już u Beaty zaczęłyśmy odświeżać muzyczne szlagiery lat bardziej młodzieńczych, wygrzebując je z przepastnych głębin YouTube. I, Boże wybacz, zaczęłyśmy też śpiewać. Zaczęło się niewinne od poszukiwań starszych kawałków Moloko i nieśmiertelnej Roisin. Potem ruszyłyśmy w odleglejsze sfery: pierwsze wzloty Steczkowskiej, boski Kazik, dawne Hey, Przemyk, Fog, Geppert...

W każdą pogodę
potrafią dostrzec oczy moje młode
niebezpieczną twą urodę...

Nie skłamię, jeżeli powiem, że prześpiewałyśmy każde nagranie. Za bohaterów lat bardziej młodzieńczych wzniosłyśmy odpowiednie toasty. O piątej nad ranem eksploracje muzyczne wciąż trwały, choć gardło zaczęło szwankować. Zatrzymałyśmy się jedynie chwilkę nad upadkiem Steczkowskiej i nieobecnością Bartosiewicz. Potem to już była szósta i to perspektywa zdążenia na pociąg do Leicester tego samego dnia o 10-tej przywróciła zdrowy rozsądek. Poszłyśmy spać. Sąsiedzi musieli odetchnąć.

...Kocham cię życie
Kiedy sen kończy się kończy się
kończy się o świcie...


Milenie i Beacie dedykuję tą powtórkę z rozrywki – bez Was, dziewczyny świat miałby smak zwykły. I żeby tę noc upamiętnić, popełniam tę notkę, jednocześnie przyrzekając, że o przyjaciołach więcej pisać nie będę.

 

 

Droga do Leicester po trzech godzinach snu wydała się zaskakująco szybka. Sobotę spędziliśmy tam z parą przyjaciół u rodziców jednego z nich. Nocne rozmowy w wykonaniu Anglików, drodzy rodacy, są jeszcze dłuższe. Mój delikatny stan niewyspania dał się we znaki. Jednak dopiero niedziela ujawniła całą okrutność ludzkiej słabości. Na wieczór zaprosiliśmy sąsiadów mieszkających po obu stronach na wieczorek zapoznawczy, więc trzeba było zebrać się w sobie, okropnie zmobilizować, żeby coś przyrządzić...

Choć barwy ściemniasz
Choć tej wędrówki mi nie uprzyjemniasz
Choć się marnie odwzajemniasz...


Rozmowa się średnio kleiła. Za dużo nieznających się osób. Nasi sąsiedzi po prawej pochodzą z Indii i nie mówią zbyt dobrze po angielsku, więc wątek rwał się na powtórzeniach czy odszyfrowaniu znaczenia. Cieszę się, że zorganizowaliśmy spotkanie. Wychodzę z założenia, że sąsiada znać trzeba. Zresztą następnym razem powinno pójść już łatwiej.

Zatem dziś mamy już po balu. W poniedziałek zrobię na spokojnie jedynie za słup ogłoszeniowy. W środę w British Library odbywa się European literature night, podczas którego następujący pisarze będą opowiadać o swojej twórczości:

 

European Literature Night

 

Bardzo się cieszę, że będzie Paweł Huelle. Koniec. Kropka.

piątek, 08 maja 2009

Jakiś czas temu Chihiro wyróżniła mnie nagrodą Kreative Bloggera. Trochę czasu minęło, zanim się w tym połapałam (Chihiro, wybacz moje nierozgarnięcie i raz jeszcze serdeczne dzięki za wyróżnienie). Choć nie przepadam za konkursami, ten jest jednak świetną okazją do polecenia kilku blogów, które albo niedawno powstały, albo zostały przeze mnie niedawno odkryte.

Kreative Blogger
Zasady przyznawania wyróżnienia Kreativ Blogger:
Po otrzymaniu nagrody na swoim blogu umieszczamy logo Kreativ Blogger oraz informujemy, kto przyznał wyróżnienie. Nominujemy 7 blogów lub więcej do nagrody i podajemy link do każdego z nich. Informujemy wyróżnionego o nominacji w komentarzach na jego blogu.


Tym samym chciałabym wyróżnić:

October za  Terapię ochronną pełną osobistych spotkań z książką

Nehę za Za horyzontem z opisem Indii od środka

Wiewiórka za Wiewiórkę i jej spotkanie z przyrodą

La Polaquitę za Daleko stąd z bliskimi emocjami i dalekimi podróżami

Latifę za Arabię Saudyjską za podejmowanie ważnych tematów

 

***

Przy okazji trafiła się inna łańcuszkowa zabawa – Lemoniadowa Nagroda, która przyszła od Hangai, autora Naturalnej Sprawy. Hangai, serdecznie dziękuję za wyróżnienie.

Lemonade Award
 
Po otrzymaniu nagrody należy:
-umieścić logo nagrody w swoim blogu,
- wyrożnić 10 innych autorow blogow,
- powiadomić ich o tym, że zostali wyrożnieni poprzez wpisanie komentarzy w ich blogach.
 
Lemoniadę przekazuję dalej wszystkim blogom, które mam w zakładce i z ciekawością czytam. Zdrówko, miłego weekendu a na koniec w tej atmosferze nagród, fanfar i radosnego wznoszenia toastów fragment z dawnego szlagieru divy Maryli dla wszystkich:


Niech żyje bal!
Bo to życie to bal jest nad bale!
Niech żyje bal!
Drugi raz nie zaproszą nas wcale!
...

czwartek, 07 maja 2009
Scena z TatarakuNajnowszy film Andrzeja Wajdy jest podwójnym dramatem: historią starszej kobiety przesiąkniętej nieuchronnością śmierci, bohaterki opowiadania „Tatarak” Iwaszkiewicza, i samej Krystyny Jandy, odgrywającej zarówno tę postać jak i osobisty dramat utraty męża. Ta podwójna warstwa nadaje filmowi bolesny, żałobny charakter. Jednocześnie stawia ciekawe pytanie o granice aktorstwa.

Pamiętam jak kilka lat temu Wajda podczas spotkania na Uniwersytecie Gdańskim mówił, że brakuje mu mocnych scenariuszy. Właściwie nawet apelował o podsunięcie mu ważnego tematu. Wydawało mi się wtedy, że Wajda już nie odnajdzie się we współczesnym filmie. Tymczasem od tamtej pory powstało parę dużych filmów, włączając „Katyń” z 2007 roku. Tegoroczna produkcja powraca niejako do wczesnej twórczości filmowej Wajdy i jego zainteresowania ekranizacją prozy, w tym opowiadań Iwaszkiewicza.

„Tatarak” jest filmem o śmieci. Marta, kobieta po 50-tce, mieszkająca z mężem lekarzem na prowincji cierpi na samotność i na nieuleczalną chorobę, o której akurat nie wie, bo mąż nie ma serca jej o tym powiedzieć. Marta straciła synów podczas wojny. Samotna, zagubiona, pełna bólu być może przeczuwa nadchodzącą śmierć i może to rodzi w niej fascynację młodym, tryskającym życiem chłopakiem. Marta pożera jego młodość wzrokiem podczas wspólnych spacerów i kąpieli. Ich spotkania odbywają się w nastrojowej przestrzeni rzeki – piękne zdjęcia rozlewającej się Wisły przypominają mi malownicze opisy rzeki z „Czerwonych tarczy” Iwaszkiewicza. Podobieństwo jest naturalnie zamierzone. Szeroka, wolna Wisła ma w sobie melancholię i rozpacz bohaterki. Jest też miejscem śmieci – w rzece tonie obiekt fascynacji Marty podczas zrywania dla niej tataraku.
 
 
Opowiadana historia jest poprzerywana monologami Krystyny Jandy, opowiadającej o umieraniu i samej śmierci męża – Edwarda Kłosińskiego. Teatralna sceneria małego pokoju, w której Janda relacjonuje przebieg choroby męża, jest ciężka od cierpienia. Aktorka opowiada o momencie, kiedy dowiedziała się o zdiagnozowaniu nowotworu u męża, o nieopuszczającej jej do końca nadziei, o opiece nad chorym, którego w ostatniej chwili życia karmiła wodą. Jednocześnie mówi o pracy nad „Tatarakiem”, bo właśnie w tym czasie przygotowywała go z Wajdą .

Jest w filmie taka dramatyczna scena, w której Marta rzuca się na ratunek tonącemu chłopakowi. Zanurza się w wodzie, wypływa i biegnie co sił do brzegu a potem znad rzeki na ulicę. Słychać nawoływania ekipy filmowej, która nie wie, co stało się z Jandą, dlaczego nagle zniknęła z planu, przestała grać Martę. Aktorka łapie stopa i pędzi nim do domu, do umierającego męża. Fikcja miesza się tu z rzeczywistością. Janda gra nie Martę ale samą siebie. Podobnie jest w monologach, które zresztą dla siebie napisała.

W finalnej scenie Janda mówi, że Edward umarł po 15-stej, że dla niej umarł w tym czasie, żeby ona mogła wieczorem pójść do teatru i zagrać sztukę. Sama nie rozumie, jak mogła tamtego wieczoru grać w teatrze. To ekstermalna aktorka. I jej pytanie można rozszerzyć o głębszą refleksję: gdzie jest właściwie granica sztuki? Czy przeżywać to znaczy właśnie grać? I czy przeżywać granie to zabić prawdziwe emocje, pogodzić się ze śmiecią?
„Tatarak” jest bolesnym zapisem, mocnym obrazem. Na długo pozostanie mi w pamięci rozmowa Jandy z samą sobą o aktorstwie. Trudno mi chwilami uwierzyć, że ona była w stanie ten film nakręcić.
 
***
Więcej o filmie stronie "Tatarak" Andrzeja Wajdy
wtorek, 05 maja 2009

Na długi weekend pojechaliśmy do Polski. Dawno nie byłam w rodzinnym Trójmieście, więc wyjazd oprócz okoliczności – celebracje 60-tych urodzin taty – był sam w sobie ekscytującym wydarzeniem. Powrót po miesiącach nie ma w sobie niepokoju powrotu po latach, ale ma niepewność rozpoznania i znalezienia się w bliskim miejscu, w którego życiu przestało się uczestniczyć.

Na lotnisku kobieta z obsługi (chyba Polka, ale wychowana wśród społeczności afroamerykańskiej w Londynie, sądząc po sposobie wymowy) oznajmiła, że samolot jest opóźniony. Po odprawie leniwie zasiedliśmy przy stoliku jednego z głośnych i plasitkowych barów.

Godzina pierwsza: rozpoznanie

Zamówiliśmy herbatę i dwa pączki. Kobieta nabiła na kasie: „Kredit Krunch combo”. Nie tylko nazwa, ale i sama pisownia nas zaintrygowała. Zapytaliśmy sprzedawczynię o szczegóły. „To nowość” – odrzekła uśmiechnięta – „W czasach kryzysu finansowego dwa pączki sprzedajemy z herbatą taniej”. Trudno mi przenikąć tę błyskotliwość człowieka od marketingu, który na zimno przekalkulował bilans strat i zysków sprzedaży maślanych bułeczek, przemielił to w głowie, dodał elektryzujące słowo „kryzys” i wyksztusił tę drętwą ofertę. Zresztą nie on jeden myśli podobnie. W Anglii „kryzysowych”, głupio brzmiących haseł jest coraz więcej.

Siedzimy i czytamy. Nadrabiam lekturę Times Literary Supplement (TLS) Wokół głośno, plastikowo, ale to jakoś umyka w tle. Kryzysowy pączek obrazuje w pełni kryzys branży cukierniczej w Wielkiej Brytanii. Jest totalnie pozbawiony smaku. Za to TLS ma dużo do zaoferowania, więc spóźnienie samolotu właściwie nie ma dla mnie znaczenia.

Godzina druga: wyostrzenie zmysłów

Robi się głośniej, głównie przy barze. Podnoszę głowę znad gazetki i widzę dwie drużyny. Pierwsza damska ma na sobie szare koszulki z informacją „Wieczór panieński Fi”. Tylko koszulki mają identyczne. Reszta to pokaźny zbiorek różnorodnych gadżetów: diademy, kwieciste spinki, szpilki, branzolety. Dziewczyny w przygotowaniu do ostatniej nocy Fi pęcznieją od drinków. Ciała dodatkowo im się prężą – obok imprezuje przecież druga drużyna, męska. Ci są białokoszulkowcami z napisem „Wieczór kawalerski Matta”. Naznaczeni tym wydarzeniem piją niespokojnie. Jak wskazuje informacja na koszulce, finał popijawy wydarzy się na Majorce – o ile tylko dolecą. Ich samolot też się spóźnia.

Jest już ciemno, lotnisko jest przeładowane, plastiki zaczynają męczyć ciała. Nasz lot zwiększa opoźnienie. Już chciałabym być na miejscu, a nie męczyć się w tym barze. Próbuję czytać dalej, ale światła na lotnisku jest coraz mniej. Robi się głośniej. Jest duszno.

Godzina trzecia: wypełnienie

Okazuje się, że samolot wylądował, ale jest uszkodzony. Na lotnisku zostali już tylko podróżujący do Gdańska. Widzę chłopaka z butelką Campari przechadzającego się po holu. Nie wiem, czy to wiadomość o powiększającym się spóźnieniu czy to raczej perspektywa lotu w niepewnej maszynie zbliża jego usta do butelczyny tak często i namiętnie, że po 15 minutach chłopak sam lekko odrywa się od ziemi. Piją i inni. Agresywnie i nieszczęśliwie. Obsługa nie wytrzymuje: pękają angielskie grzeczności i babka już tylko warczy w mikrofon, ogłaszając dalsze opóźnienie i konwencjonalne przeprosiny za spowodowane niedogodności.

Jest już naprawdę późno. W pewnym momencie wsiadamy do samolotu. Zmęczenie zaciera zdrowy rozsądek, bo czy na pewno powinniśmy zgodzić się na lot tym samolotem? O trzeciej nad ranem koła samolotu uderzają w płytę lotniska. Budzi się chłopak od Campari, jeszcze dwie godziny kompletnie zamroczony. Budzi się cała reszta, chyba z niedowierzaniem. I nagle sypią się oklaski. Brawa dla pilota za nocny lot? Czy dla maszyny, że się nie rozsypała? A może dla nas za odwagę?

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...