niedziela, 30 maja 2010

Życie jak w Madrycie, jak w Madrycie życie - mruczę sobie już drugi weekend. Upał pieści mi skórę w południe, później już łagodnie kładzie do snu. A w mieście łodzie idą w ruch od samego rana, życie z ulic przenosi się nad brzegi rzek, bo jedynie woda potrafi jeszcze trochę ostudzić tą słoneczną gorączkę. Bujam się z przyjaciółmi na rzece. Woda pode mną, woda w mojej ręce. Oprócz wody nic mi więcej nie potrzeba. Spełnienie osiągnięte z braku większych potrzeb.

Obok nas na długich łódkach płyną ci z wyszukanymi potrzebami. Mijają nas małe uczty - nie byłabym sobą, gdybym ich nie podejrzała - zakąsane oliwki, kieliszki białego wina, figi z serkiem mascarpone w szynce parmeńskiej, bąblane Proseco. Płyniemy pod mostem, a most, słońce i smaki mają włoskie ba! weneckie kształty. Tradycją oksfordzką na długich łodziach powinny być w maju li tylko truskawki i szampan, ale ten olśniewający upał rozpala wyobraźnię.

Lato, Oksford na łodziach

Sen dnia letniego, czyli oksfordzki punting

Mężczyzna, co zacumował łódź w cienistym brzegu, kłania się swoim paniom w pas i napełnia im kieliszki musującym winem, mrużąc przy tym szelmowskie oko. Mruży je do nich, do mnie, czy do tego, co było? Bo jeszcze osiemdziesiąt lat temu do tej części miasta, zwanej Mezopotamią, bo rozdzielonej dwoma odnogami rzeki, przypływano grupami, by ciała wystawić do słońca w całej ich nieskrępowanej niczym okazałości. Poza zatoce nudystów nie ma już śladu. Pamiętał ją z pewnością ze swoich oksfordzkich lat jeszcze Tolkien. Dziś jest tylko upalną fatamorganą.

Oksfordzka Wenecja

Wodne uciechy, Oksford, rzeka Cherwell

Bujamy się na łodzi: dwie osoby w jednym ciele. Jeszcze do niedawna o istnieniu tej drugiej, nowej, maleńkiej musiałam sobie przypominać, bo nie dawała znaku życia. Od kilku dni czuję jej motyle ruchy, delikatne, ale wyraźne. Bujamy się więc razem. Ona w moich wodach, a ja w rzecznych, w miejskich. Czy to ten sam błogi stan? Nocą wtulamy się w Olivera, nad ranem słuchamy tysiąca ptasich głosów buszujących w ogrodzie. Kiedy mówię do ciebie, wyobrażam sobie, że słyszysz. Ciekawe, jaka jesteś kruszynko?

Lato, Oksford na łodziach, punting

Bez wina czy truskawek, ale w obowiązkowym oksfordzkim kapelindrze

piątek, 28 maja 2010

Tak właśnie określiłabym wieczorne spotkanie ze znanymi twórcami ze Starego Kontynentu, które odbyło się w ramach European Literature Night w londyńskiej British Library. W ciągu prawie trzech godzin (bez przerwy) miałam okazję posłuchać sześciu pisarzy: z Polski, Litwy, Bułgarii, Włoch, Holandii, Austrii i Czech. W tym roku, co ciekawe, zabrakło reprezentantów Wielkiej Brytanii i Francji. Każdy z twórców osobiście bądź przez swojego tłumacza czytał fragment własnej prozy, co według mnie świetnie uzupełniało wieczór, tym bardziej, że celem spotkania jest też sama promocja tłumaczeń z obcych języków na angielski. Niestety UK jest krajem, który ma jeden z najmniejszych rynków tłumaczeń - ze wszystkich wydawanych książek przekłady stanowią jedynie marne 3%.

European Literature Night, Londyn, 2010Dla mnie tego typu spotkania są fantastyczną okazją do poznania autorów spoza anglojęzycznego świata (w tym właśnie możliwością zapoznania się z nowymi autorami z Polski). Sama forma wieczoru, podobnie jak w zeszłym roku, pozostawiała niestety sporo do życzenia. Spotkanie prowadziła ponownie dziennikarka BBC Rosie Goldsmith, która owszem jest otwarta, przyjacielska i wesoła, ale niestety wciąż nie znalazła odpowiedniej formuły i tonu dla tego typu rozmów. W zeszłym roku wszystkich pisarzy pytała o przemiany związane z upadkiem komunizmu, pozwalając sobie często na bardzo stereotypowe i głupie uwagi. W tym roku tematem przewodnim był sam sposób tworzenia prozy i poziom czytelnictwa w danym kraju. Tematyka podobała mi się bardziej i pozwalała na bardziej intymne rozmowy z pisarzami. Niestety prowadząca co jakiś czas zapominała z kim rozmawia i do kogo wieczór adresuje (na sali zgromadzili się przecież ludzie, który literaturą się interesują i na niej się znają), więc od czasu do czasu dochodziło do zgrzytów, kiedy Rosie z głębin powracała na płaską powierzchnię i bombardowała pytaniami o rzeczy zupełnie banalne. Szkoda.

Nie mniej jednak wieczór był całkiem udany. Po spotkaniu można było porozmawiać z autorami w kuluarach, dowiedzieć się, nad czym pracują i jak to robią. Poniżej przedstawiam krótką relację z prezentacji sześciu bardzo znanych w swoich krajach twórców.

Polska: Jacek Dehnel

Jacek    Dehnel czytający Lalę, Londyn, European Literature Night

Pojawił się nieco jak postać z innej epoki, w eleganckim garniturze z zegarkiem kieszonkowym na dewizce. Przyznam szczerze, że zaskoczył mnie widok młodego chłopaka w tak staroświeckim stroju, którzy czuł się w nim jak ryba w wodzie. O Jacku Dehnelu niewiele słyszałam (może powinnam częściej przyjeżdzać do Polski). Po tym spotkaniu mogę jednak śmiało powiedzieć, że jest on doskonałym performerem, który z niezwykłą konsekwencją i finezją potrafi kreować swój wizerunek. Jacek Dehnel zdecydowanie wypadł najlepiej z wszystkich pisarzy, zupełnie oczarowując widownię swoją osobą!

Podczas rozmowy opowiadał o tym, że pisanie jest dla niego pracą zawodową. Pracuje zwykle od wieczora do później nocy czy wczesnego ranka. Nie potrafi pisać rano, więc jak sam przyznał, w żadnym biurze by się nie sprawdził (podejrzewam też, że niekoniecznie miały ochotę na taki sprawdzian).

Prowadząca spytała pisarza, czy w Polsce czyta się... Harrego Pottera. Dehnel wyjaśnił, że w Polsce mało się czyta, a ludzi zainteresowanych literaturą jest niewielu, zresztą tak jak w każdym innym kraju.

Dobrą wiadomością jest to, że jego "Lala" tłumaczona jest na angielski przez Antonię Lloyd-Jones - świetną tłumaczkę, która przełożyła m.in. książki Pawła Huelle. Dodatkowo ku mojej radości udało mi się w Oksfordzie namierzyć "Lalę" w oryginale (oraz inne książki). Jacek Dehnel mnie zaintrygował, więc chętnie sięgnę po jego prozę.

Litwa: Giedra Radvilavičiūtė

Giedra   Radvilaviciute, Litwa, European Literature Night

Rosie Goldsmith, Giedra Radvilaviciute i jej tłumacz

To pisarka, eseistka i nauczycielka. Giedra ma 50 lat. Na spotkaniu pojawiła się ze swoim tłumaczem. Wyjaśniała, że esej jest na Litwie szalenie popularnym gatunkiem literackim. Sama nazwała go centaurem, skrzyżowaniem fikcji i fanatzji.

Na spotkaniu tłumacz przeczytał fragment jej eseju o tym, co czyni tekst literacki ważnym (esej pochodził ze zbiorku The Allure of the Text in Best European Fiction, 2010, ed. Aleksandar Hemon). Mówiła o prozie, która zostaje w pamięci ze względu na niezwykłe podobieństwa, metafory, jakie są wspólne wyobraźni czytelników. Przypominała teksty, których siła tkwi w tym, że czytelnicy mogą się z nimi utożsamiać lub te, jakie wabią właśnie dziwnością, ekscentrycznym ujęciem.

Nie wiem dokładnie, jak jest w Polsce, ale w Wielkiej Brytanii, tłumaczenia współczesnej prozy z języków wschodnich krajów bałtyckich zdarzają się bardzo rzadko. Tym bardziej cieszył mnie fakt, że w tym roku w Londynie pojawiła się literacka reprezentantka Litwy. Mam nadzieję, że to pociagnie za sobą przekłady nie tylko eseistyczne, ale i powieści młodego pokolenia.

Bułgaria: Georgi Gospodinov

Georgi  Gospodinov, Bułgaria, European Literature Night

Podobno najczęściej tłumaczony na obce języki bułgarski pisarz, poeta, dramaturg i dziennikarz. Gospodinov zaczął literacką karierę od pisania poezji. Potem ruszył w świat prozę, ale utrzymuje się jednak głównie z dziennikarstwa. Ma jowialne usposobienie i lubi żartować z siebie.

Na spotkaniu wyjaśnił, że dużo książek Bułgarów pisanych jest poza granicami kraju. Co ciekawe, nie ma podobno konfliktu między emigrantami a piszącymi w kraju (to była dla mnie zaskakująca wiadomość, zwłaszcza w kontekście długiej tradycji sporów wśród polskich literatów).

O ile w Polsce literatura i film chętnie podejmuje temat rzeczywistości minionego systemu, o tyle według Gospodinova, Bułgarzy wstydzą się opowiadać historie związane z czasami komunizmu. Dlatego on postanowił zachęcić ludzi do opowiadania przeżyć z tamtego okresu, zbierając je w ciekawą kolekcję (jak sam przynał - w ramach terapii).

Na spotkaniu tłumaczka Gospodinova czytała fragment książki "Natural Novel", w której znajduje się m.in. naturalna historia toalet. W powieści Gospodinov bawi się językiem (próbuje nawet opowiedzieć jedną historię wyłącznie czasownikami). Jestem bardzo ciekawa jego pisarstwa, więc z chęcią poszukam jego powieści.

Czechy: Miloš Urban

Milos Urban, European Literature Night, Londyn

Jest dość cichym i nieśmiałym doktorem filologii angielskiej, pisarzem, tłumaczem i redaktorem w wydawnictwie. Jego gotycka powieść"Klątwa Siedmiu Kościołów" po angielsku przetłumaczona jako "Seven Churches" jest zdecydowanym bestsellerem w Czechach i Hiszpanii. Urban wyznał, że chciał napisać o Pradze, o miejscach nie znanych turystom licznie odwiedzającym miasto. Mówił, że pisząc książkę w angielskiej tradycji mrocznych, XIX-wiecznych powieści, zależało mu na tym, by stworzyć fikcyjne miejsce w prawdziwej lokalizacji.

Miloš Urban kiedyś pisał jedną powieść rocznie. "Teraz już tak nie robię" - powiedział - "Nie jestem już taki młody i to nie jest zdrowe, żeby tyle pisać".

Włochy: Paolo Giordano

Paolo  Giordano, Włochy, European Literature Night

Jak był młody nienawidził pisać. Umieszczał słowa na kartce tylko wtedy, kiedy absolutnie musiał. O tym, jak powstała jego powieść i czego dotyczy, pisałam już wcześniej w notce "Paolo Giordano i Samotność liczb pierwszych".

Giordano przyznał, że każdy pisarz powinien powiedzieć coś na temat czasów, w których żyje. On chce się z tym zmierzyć ponownie, pracując nad drugą powieścią.

Austria: Julya Rabinowich

European  Literature Night, Londyn, 2010

Wyjechała z Rosji w wieku 7 lat, a dokładnie wywieźli ją stamtąd rodzice (ojciec należał do podziemnego stowarzyszenia malarzy i bał się o życie swoje i rodziny, więc obrał kurs na Wiedeń). Rodzice powiedzieli Julii, że jadą na wakacje do Litwy. Dopiero na lotnisku w austriackiej stolicy dowiedziała się prawdy.

Kiedy miała 28 lat, zauważyła, że nie pożegnała się z Rosją, z przyjaciółmi, z bliskimi. Zaczęła pisać. Poczuła, że pożegnaniem będzie jej książka. Nie lubi, kiedy klasyfikuje się ją jako rosyjską Żydówkę w Austrii. Czuje się teraz Austriaczką. Po angielsku mówi z niezwykłym niemieckim akcentem. Wydała mi się dość nieśmiałą, ale urzekającą osobą, trochę przypominała małą dziewczynkę w pięknie wystylizowanym kobiecym stroju.

Rabinowich jest też malarką. Przyznała, że w pisarstwie i malarstwie szuka i buduje sploty wielu warstw.

Jej książka-pożegnanie, zatytułowana po niemiecku "Spaltkopf" ukaże się po angielsku dopiero w przyszłym roku (jako "Split Head") i bardzo chciałabym ją przeczytać (może po polsku dostanę powieść wcześniej?)

Holandia: Otto de Kat

Holandia,   European Literature Night, 2010

Był najstarszym prezentowanym pisarzem (64 lata). Otto de Kat (to zresztą tylko pseudonim tego melancholojnego Holendra) początkowo pracował jako krytyk literacki, potem został wydawcą (firmę sprzedał 7 lat temu). Wydawał głównie non-fiction, bo jak się sam wyraził nie potrafiłby pracować z wielkimi pisarzami z wielkim ego.

Po angielsku znana jest już jego powieść "Man on the Move". W przyszłym roku ukaże się na rynku "Julia". Fragment prozy, który czytał, specjalnie mnie nie urzekł, ale może to była wina już gęstniejącej w trzeciej godzinie spotkania atmosfery.

Wystąpienie Otto de Kat zakończyło tegoroczną edycję Europejskiej Nocy Literatury (o ile dobrze pamiętam podobne wieczory odbywały się w 15 innych stolicach krajów europejskich - czy był ktoś w Warszawie?). Na mojej książkowej liście pojawiło się kilka zupełnie nowych pozycji, które zdecydowanie chciałabym przeczytać w tym roku i które, jak się okazuje, są do zdobycia w większości w Oksfordzie. Liczę też na to, że przyszłoroczny maraton będzie miał już bardziej wytrawną formę.

Na koniec mała zgadywanka (co rozstrzygnięcia za rok): jak myślicie, kto będzie reprezentował Polskę w 2011? Albo może powinnam pytanie zadać w ten sposób: kto powinien ją literacko reprezentować?

***

Zainteresowanych zeszłoroczną relacją odsyłam do European Literature Night 2009 - części I i części II.

wtorek, 25 maja 2010

O piątej popołudniu wszystko zamiera. O piątej po południu umiera byk z wiersza F. G. Lorki, a ten poemat posłużył nie tylko jako tytuł, ale i jako klucz do filmu o współczesnym Afganistanie tej niezwykle młodej i utalentowanej irańskiej reżyserki - Samiry Makhmalbaf.

"At Five in the Afternoon" to film w swej wymowie polityczny, ale jego wizualna strona jest tak fantastyczna, że staje się, moim zdaniem, bezwzględnie jego nadrzędną częścią. Choć od dnia, kiedy obejrzałam tą produkcję w domowym zaciszu (w kinie dopiero zrobiłby wrażenie!) minęło już trochę czasu, wciąż świetnie pamiętam spektakularne sceny afgańskiej szkoły religijnej dla dziewcząt czy rodzinnej wędrówki przez totalne pustkowia. Samira Makhmalbaf znakomicie bawi się plastyką obrazu. Buduje sceny z artystycznym wdziękiem, więc "At Five in the Afternoon" nie tylko poruszył mnie tematem, ale zupełnie oczarował samym sposobem realizacji, choć przyznaję, w samej akcji jest kilka niedociągnięć, ale o tym za chwilę.

Film opowiada historię Nogreh, młodej i pełnej marzeń Afganki żyjącej z konserwatywnym i starzejącym się ojcem oraz bratową z dzieckiem. Ich życie to ciągły ruch, desperackie poszukiwanie nowego domu w kraju, w którym obalono reżim talibów i do którego napływają z Iranu i Pakistanu setki powracających Afgańczyków. Ojciec wysyła Nogreh do szkoły religijnej, gdzie dziewczęta uczone są śpiewnej recytacji Koranu, a dokładnie nakazów związanych z ich obyczajowością (powinny zakrywać twarze i całe ciało) i ich roli społecznej (powinny słuchać mężczyzn, którzy są ich "opiekunami"). Nogreh jednak po cichu ze szkoły ucieka, wydostaje się na drugą część zrujnowanego miasta już z odsłoniętą twarzą i tam uczęszcza na zajęcia w szkole świeckiej. Z tych lekcji wychodzi z przekonaniem, a raczej z marzeniem zostania prezydentem kraju.

Obrazy lekcji z obu szkół, w których pojawiają się albo kompletnie zakryte błękitnymi szatami dziewczęce ciała albo rzędy ciemnych głów w białych sukienkach są niezwykle efektowne. Błękit podkreśla związek miejsca z Koranem, biel - jego neutralność.

 

Szkoła religina (u góry), szkoła świecka (na dole)

Edukacja Nogreh nie może jednak zostać ukończona. Jej ojciec, wycofany, słaby, ale wciąż święcie wierzący w rządy talibów potrafi żyć tylko w takim miejscu, które spełnia jego religijne (i tutaj muszę dodać ekstremalne standardy). Dlatego rodzina przemieszcza się z ruin domów do porzuconego samolotu (ojcu przeszkadza to, że sąsiad słucha muzyki - w jego przekonaniu to grzech, więc ruszają dalej), stamtąd do ruin pałacu na pustkowiu a potem już w sam środek półpustyni. Niemożliwość pozostania w jednym miejscu to niemożliwość pójścia na żaden kompromis. Makhmalbaf pokazuje talibów, ale nie tych, których znamy z krwawych, konserwatywnych reform. Pokazuje przeciętnego, starzejącego się Afgańczyka, który nie walczy i narzuca swoich poglądów, ale ucieka przed zmianami. Jednak zarówno walka jak i ucieczka prowadzą do śmierci.

 

"At Five in the Afternoon" to film drogi. Ta wędrówka nie przynosi jednak żadnej przemiany wewnętrznej, to ucieczka w siebie, unicestwienie. Jej konsekwencje są tragiczne nie tylko dla ojca, ale i dla całej jego rodziny.

Samira Makhmalbaf znakomicie wyreżyserowała tą wędrówkę, której poszczególne etapy oddają bezradność bohaterów, współgrającą z pustym, wypalonym krajobrazem. Nocą wędrującym towarzyszy psychodelizująca muzyka. Efekt - znakomity!

 

W tym przemieszczaniu się znalazłam jednak kilka zgrzytów. Niektóre sceny pojawiają się nieco za szybko - tak jakby brakowało pomiędzy nimi łącznika. Samira Makhmalbaf wyjaśniła, że zrealizowanie tego filmu w Afganistanie było wielkim wyzwaniem, bo ludzie bali się w nim zagrać. Choć Iranka reżyserowała go już w kraju po amerykańskiej inwazji i upadku dyktatury talibów, to wciąż wśród mieszkańców panował strach i niechęć do sztuk wizualnych. Być może dlatego akcja jest chwilami nieco porwana.

"At Five in the Afternoon" to wzruszający i estetycznie zachwycający film. Makhmalbaf mówiła w wywiadzie, że nakręciła go z miłości do Afgańczyków i zdecydowanie te emocje i wrażliwość widać na ekranie. Gorąco polecam tym, którzy lubią niespieszne, skupione na wolnym i czułym budowaniu postaci kino. "At Five in the Afternoon" ma mnóstwo lirycznych momentów, w których obraz, dźwięk i ruch potrafią naprawdę mocno poruszyć serce.

***

At Five in the Afternoon (oryg. perski tytuł: Panj é asr)
Reż. Samira Makhmalbaf
Iran 2003

wtorek, 18 maja 2010

Przede mną siedziała jasna czupryna. Dopiero, jak wszedł na podium auli londyńskiej British Library, zobaczyłam zielone trampki, wytarte jeansy a w nich niemalże nastoletnią posturę sympatycznego Paola Giordano. "La solitudine dei numeri primi", wydaną niedawno po polsku jako "Samotność liczb pierwszych", trzymał pod pachą i właśnie z jej powodu przyjechał do Londynu na European Literature Night. Przyjechał, rzecz jasna, jako gwiazda wielkiego debiutu, choć jak sam przyznał, błyszczenie w ten sposób jest nudnym zajęciem. Podobało mu się objeżdżanie świata z książką przez pierwsze pół roku wielkiego sukcesu, teraz czuje się zmęczony: te same pytania, podobne wieczory, błyskawiczne podróże w nowe miejsca (Londynu nawet nie miał kiedy obejrzeć - przyleciał tego samego dnia co spotkanie, wyjeżdżał następnego o poranku).

Paolo - fizyk z wykształcenia, zresztą nietuzinkowy, bo najlepszy na roku - porzucił uczelnię trzy miesiące temu po skończeniu doktoratu. Chce pisać, ale nie może, co, myślę sobie, przy takim objazdowym trybie życia i ogromnej presji jest przecież zrozumiałe. Po występie rozmawiamy w kuluarach. Jest sympatyczny, rozmowny i otwarty. Pytam, czy nie miałby ochoty wyjechać z Włoch, zmienić środowisko i stać się nikim. Zgadza się. Mówi, że to rozważa. Kiedy pytam o Londyn jako potencjalne miejsce przeprowadzki, oko mu błyszczy. W Londynie, w tym ogromnym mieście szalonej siły i błogiej anonimowości, można, myślę, odnaleźć upragniony spokój i inspirację.

Paolo Giordano, Londyn 2010

Paolo Giordano w British Library, Londyn 2010

Paolo Giordano zaczął pisać, bo znudził się fizyką, która pozbawiała go świata wieloznaczności, niedopowiedzeń. To, co stworzył, jest zaskakująco precyzyjnie skomponowane i dojrzałe. "Samotność liczb pierwszych" jest powieścią, której fabuła, gdybym ją tutaj streściła, wydałaby się niezwykle banalna, a której świat zimny, dysfunkcyjny i dostatni potrafi, moim zdaniem, razić jak kłucia nożem.

Chociaż nie nóż, ale właśnie skalpel byłby właściwszym określeniem. To właśnie za jego pomocą Giordano rozcina ludzkie więzy, tworząc obraz jednostek, które potrafią być wyłącznie samotne, wyłącznie dla siebie, zamknięte w traumach z czasów dzieciństwa. Tacy są właśnie główni bohaterowie: Alice, jedynaczka despotycznego ojca, który szykując córkę do sukcesów w narciarstwie, staje się przyczyną jej poważnego wypadku i kalectwa; Mattia – który wstydząc się upośledzonej siostry, zostawia ją samotnie w parku i bezpowrotnie traci. Oboje reagują na zmory z przeszłości samookaleczaniem: Alice jest anorektyczką (w ten sposób mści się na ojcu) a Mattia rani swoje ręce, tnąc się szkłem.

Rozcinanie to zresztą szeroka metafora dla tej książki. Relacje między równieśnikami czy relacje małżeńskie Giordano tnie z upodobaniem. Podobnie jest z fabułą, która rozkawałkowana na cząstki w postaci fragmentarycznych rozdziałów, podkreśla rozbity charakter świata. To, co zdecydowanie uważam ze sukces w tej prozie, to przede wszystkim spójność formy i treści, niebywałą precyzję i konsekwencję autora. Gdyby nie to, z powieści mógłaby wyjść sentymentalna i karkołomna konstrukacja w stylu "Samotności w sieci". Giordano jest jednak o wiele sprawniejszym stylistą: szybkim, czasownikowym, niczym reporter relacjonujący wydarzenia z miejsca katastrofy:

Zapanowało długie milczenie. Alice miętosiła w palcach brzeg serwetki. Matka, wciąż głodna po swojej kolacji, pogryzała chleb i błądziła wzrokiem po jadalni. Ojciec udawał, że je ze smakiem. Przeżuwał, wykonując szczęką koliste ruchy, a przy każdym nowym kęsie mrużył oczy z przyjemności.

Alice postanowiła zadać mocniejszy cios. Czuła, że naprawdę go nienawidzi, a patrząc jak je, miała wrażenie, że sztywnieje jej także zdrowa noga.
str. 47

Młody Włoch z precyzją realizuje koncept bliźniaczych, samotnych jednostek. Jak łatwo zgadnąć, to oni są tytułowymi pierwszymi liczbami (bliźniaczymi, bo położonymi w szeregu blisko siebie, ale nigdy nie mogącymi się spotkać jak 11 i 13). Alice i Mattia, tylko pozornie zbliżają się w zarysowanym (wyciętnym skalpelem) miłosnym wątku. Oni nigdy nie mogliby być razem. Są podobni, podobnie okaleczeni i podobnie skupieni na sobie, ale parą być nie mogą, bo ta dwójka to bliźnięta, brat i siostra, jedno jest sobowtórem drugiego. Giordano ciekawie odwraca jeden ze znanych motywów romantyzmu – kontrowersyjny związek rodzeństwa, przerabiając miłość na samotność.

Choć o książce mówi się, że jest wyznaniem młodego pokolenia dostatniego, ale nieszczęśliwego, zagubionych egotyków Europy Zachodniej trudno mi traktować ją jako powieść pokoleniową. Ani autor nie ma takich ambicji, ani nie spełnia ich książka. "Samotność liczb pierwszych" to dobry, ale nie genialny debiut. Nie ma siły "Skowytu" Grinsberga, ani stylistycznej innowacji "Cierpień młodego Wertera". Z pewnością jednak wpisuje się w szerszy kontekst książek młodych autorów, którzy kreują wizję zimnego, świata pełnego pustki, żeby wspomnieć chociażby "Czas czerwonych gór" Petry Hulovej czy "Wojnę polsko-ruską" Masłowskiej (swoją drogą to też przecież bardzo głośne debiuty bardzo młodych pisarek).

 

***

Samotność liczb pierwszych, Paolo Giordano

Książkę dostałam od Zosik w ramach akcji łańcuszkowej wydawnictwa W.A.B (dziękuję uprzejmie). Zgodnie z zasadą zabawy, powieść przesyłam dalej (wzbogacona o autograf). Kto ma ochotę na ostre cięcia chłodnym skalpelem po współczesnej rzeczywistości, proszę o sygnał. Książkę już pakuję!

 

Paolo Giordano, "Samotność liczb pierwszych"
oryg. "La solitudine dei numeri primi"
przeł. Alina Pawłowska-Zampino,
W.A.B., Warszawa 2010

niedziela, 16 maja 2010

Zdarza się, że dotarcie do upragnionego celu  podróży, wywołuje przede wszystkim dezorientację zamiast spodziewanej ulgi. Tak było z naszym przylotem do Warszawy. Powietrze było niespodziewanie duszne, a miasto gasło w pomarańczowej łunie upału jak pustynna oaza o zachodzie słońca. Ciało moje, Olivera ciało poddały się tej pułapce letagru. Żadne z nas nie pamięta, jak wydostaliśmy się z hali przylotów.  Wylądowaliśmy, ale wciąż błąkaliśmy się w przestworzach. Dopiero natrętne "Mister, mister! taxi, taxi!", które brzęczało nad uchem Olivera bardziej niż nad moim zaczęło powoli sprowadzać mnie na ziemię. Zanim się obejrzeliśmy dwóch mężczyzn z wąsami zaczęło bić się o nasze dwa słupy soli. Indie - pomyślałam z trudem - niemożliwe, ale musieliśmy wylądować na subkontynencie. Już miałam się poddać myśli bycia na nowo pasażerką autorikszy na indyjskiej ulicy, gdzie żądzi jedna zasada: byle się nie zatrzymywać;  kiedy coś znaczącego  wytrąciło mnie z tej dziwacznej myśli. "Mister, taxi, taxi... taksóweczka, kurwa!" - pan o okrągłej twarzy nie dawał za wygraną, choć ostatnie słowa kierował już raczej do siebie. Nie zdawał sobie też sprawy, że angielska, rzucająca się w oczy postura Olivera kryła w sobie niespodziankę: świetną znajomość języka polskiego.  Indyjskim sposobem dobiliśmy targu i pół godziny później wciąż ze zdumieniem w oczach byliśmy już w centrum, ale nie w Maya Hotel, Mandir Palace czy Bombay Guest House. Byliśmy w chłodnym pokoju, sieciowego hotelu na jednej z warszawskich, szerokich alei.

Warszawa centrum

Warszawa pnie się w górę

Warszawska majówka

Warszawska majówka

Warszawy nie widziałam przez ładnych parę lat i bałam się tego powrotu. Bałam się, że powrócą stare koszmarki: dyskomfort olbrzymich kontrastów, smutek, jaki za każdym razem budziło we mnie odkrywanie miejsc architektonicznie po wojnie dobitych komunistycznym stylem czy przerażenie koniecznością przejścia podziemnym przejściem bądź ulicą pełną spalin. Tylko mieszkańców miasta mogłam wziąć za pewnik w poszukiwaniu pozytywnych doświadczeń: w tym mieście spotkałam bardzo dobrych przyjaciół, z tego miasta wyniosłam przekonanie, że w tym trudnym do życia miejscu ludzie, żeby nie zwariować, muszą oferować coś zupełnie przeciwnego.

Najlepsza rzecz - warszawski tramwaj

Nie ma jak tramwajem

Łazienki, Warszawa

W Łazienkach

Warszawa w ten majowy weekend była jednak w dużej mierze pusta i otwarta. Przeszliśmy się przez plac Grzybowski w stronę Nowego Światu, napotykając może dwie - trzy zbłąkane dusze. Poza tym pustki. Nie uszliśmy daleko, gdy miasto pokazało jedną ze swoich typowych cech: niezwyklą zdolność do konserwacji tego, co zwykle w szybko rozwijających się aglomeracjach znika nagle bez śladu. Przed nami, a byliśmy właśnie w środmieściu, ukazał się sklep z rzeczmi gospodarstwa domowego, dokładnie taki, jak pamiętam z bardzo wczesnych lat dziecięcych, lat rozpadającej się socjalistycznej rzeczywistości. Na witrynie piętrzyły się różnego rodzaju przyrządy do sprzątania i przetykania (nieśmiertelny, gumowy dżinks!), wszystko wyłożone na leżącej tam od lat 80-tych ceracie w kratkę. Jakim cudem to przetrwało?! To znalezisko było tak silnym powrotem do przeszłości, że nagle poczułam w nozdrzach ten stary zapach sklepów z chemią domową, a każdy pachniał przecież tak samo, czy obezwładniającą woń świeżo zmytej jakimś świństwem klatki schodowej, przed którą uciekałam, zatykając nos i dając susy co dwa, trzy schody, żeby jak najszybciej dostać się do domu, na czwarte piętro bloku.

Obok sklepu wyjętego bez zadraśnięcia z lat 80-tych mieści się restauracja, która również przebyła tą samą niepojętą podróż w czasie. Pamiętacie, jak wyglądały wtedy takie miejsca? Firanki w oknach, na parapetach wijący się, wyblakły od słońca materiał a na nim ułożona kompozycja ze sztucznych kwiatów - ułożona najlepiej, jak można, ale wciąż wyglądająca żałośnie.  W środku takiej restauracji mnóstwo stolików z tym samym nakryciem: dwukolorowe obrusy z taniego materiału a na nich wazonik ze sztucznym kwiatkiem. Wystarczy przypomnieć smak cierpkiej zupy pomidorowej, podawanej z ryżem i mnóstwem natki pietruszki leżącej bez ruchu na powierzchni, zupy tak doskonale pasującej do tego typu lokali...

Blokowisko w szklaku

Cień przeszłości w miejskim lustrze

Zaskoczyło mnie to znalezisko. Tym bardziej, że na pierwszy rzut oka, po przejściu centrum miasta, w które wbijane są jak bale coraz to nowsze wieżowce-szklaki, wydawało mi się, że teraz Warszawa marzy o czymś zupełnie innym. Warszawski sen to sen nowojorski, a dokładnie czułe pragnienie zbudowania drugiego Dolnego Manhattanu. Kilka lat temu, przed wyjazdem z Polski, w mieście było co najmniej o dwie trzecie mniej szklanych wysokościowców. Te, które były wtedy wyglądały zupełnie nie na swoim miejscu, odszczepione i samotne. Teraz mają już swoich kompanów, szkoda tylko, że o tak nudnych, powtarzalnych kształtach.

Okolice dworca centralnego

Okolice dworca centralnego

Szklana sarmacja, Warszawa

Szklana Sarmacja

Wygląda mi na to, że miasto ma teraz mniej chaotyczny, ale i bardzo przewidywalny plan zabudowy centrum - zabudowa będzie w oczach planujących nowoczesna, bo drapiąca w chmury ostrzem lśniącego szkła. Mój przyjaciel twierdzi, że Warszawa, nie mając własnego charakteru, potrafi przyjąć każdy architektoniczny styl i każdy jej pasuje. Współczesna historia zabudowy miasta zdaje się to potwierdzać, ale chaos styli, wysokości i materiałów na dłuższą metę jest chyba nie do wytrzymania. Zatem jeżeli już Warszawa ma się po manhatańsku rozwijać, czy mogłaby robić to w bardziej finezyjny sposób a nie tylko za pomocą szklanych, wieżowcowych bali czy karykaturalnych imitacji?

Warszawski Flatiron

Warszawski Flatiron

Warszawa oczywiście nigdy drugim Nowym Jorkiem nie będzie. To zresztą wcale nie jest źle życząca przepowiednia, wręcz przeciwnie - raczej troska o tożsamość stolicy. Zresztą w warszawski sen tych, co planują rozwój miasta, wkrada się przecież niedająca się okiełznać betonem i szkłem natura miasta. Warszawa nie tylko nie lubi się rozstawać z przeszłością, stąd sklepy z chemią domową i restauracje z lat 80-tych (swoją drogą za chwilę staną się absolutnie bezcenną pamiątką, bo przecież zanikają nie tylko w mniejszych miastach, ale i na głębokiej prowincji, pożarte przez tłuste pizzerie), ale lubi też trzymać swój familiarny fason, oferując coś z głębokich przedmieści w samym centrum miasta.

Kiedy pierwszy raz byłam w Warszawie, czułam się bardzo rozczarowana. Przyjechałam z było, nie było niewielkiego Trójmiasta do stolicy tego przecież niemałego kraju, więc moje oczekiwania i wyobrażenia miały odpowiednią skalę. Tymczasem miasto nie miało w sobie nic z wyczekiwanego splendoru. Poraziło mnie raczej tym, że na każdym kroku świeciło kątem zwykłej prowincji  - w środku odbudowanych po wojnie ulic, zaraz za rogiem znanej instytucji czy często wspominanych w mediach skwerów zwykle czaił się trój czy czwór-ramienny zestaw czertopiętrowych bloczków, w środku trzepak, śmietnik i ławeczka.  Obrazek osiedlowy był mi oczywiście dobrze znany, spodziewałabym się go jednak oglądać na przedmieściach, a nie w centrum.

Alkohol zagładą Polaków, Stawki, Warszawa

Alkohol to zagłada Polaków, Stawki, Warszawa

Nocna kwiaciarnia, przy Hali Mirowskiej

Nocna kwiaciarnia, okolice Hali Mirowskiej

Wielki Teatr

Wielki Teatr

To przemieszanie perferii z centrum nie zniknie i skutecznie oprze się wielkim snom o mieście. Warszawa zostanie Warszawą konserwującą kawałki przypadkowej przeszłości. Warszawa podobnie zresztą jak indyjskie Delhi jest miastem, które przy pierwszym doświadczeniu odrzuca brakiem charaketru i chaosem, a której skomplikowane warstwy warto cierpliwie rozkrajać.

piątek, 14 maja 2010

Wejście do labiryntu korytarzy londyńskiego metra zawsze wzbudza we mnie lekkie przerażenie. Im głębiej w ziemię trzeba zjechać, tym gorzej się czuję. Podziemia London tube są iście piekielne, duszne i gorące, zupełnie przeciwnie do tylko lekko zakopanego w ziemi metra Nowego Jorku, a człowiek tam, w londyńskich bebechach, kurczy się do roli kanałowego szczura.  Trudno jednak przemierzać znaczące dystanse brytyjskiej stolicy bez konieczności zakopania się we wnętrzu ziemi. Kiedy wczoraj z pewnym oporem stałam się częścią ludzkiej fali podążającej w stronę kolejki na Jubilee line, przeklinałam każdą chwilę, aż do momentu, kiedy znalazłam się w pociągu. W mojej części wagonu było 14 siedzeń. Wszystkie zajęte. Szybko policzyłam: sześć osób czytało powieści, w tym najnowszego McEwana "Solar", trzy czytały gazetę, a ostatnia sprawdzała coś w rozdziale o Baker Street w swoim włoskim przewodniku. Z wszystkich zebranych ponad dwie trzecie było czytających! Znacie lepszy wynik z przypadkowo podejrzanej miejskiej scenki?

Tą krótką anegdotką chciałam powiedzieć też tyle, że wróciłam z powrotem do domu w Oksfordzie i, mam nadzieję, do bardziej regularnej pisaniny. Na koniec scenka wpisująca się w temat z metra z wczorajszego spaceru po Regent’s Park, który, nie przesadzam, jest teraz naprawdę urzekający.

Czytający, Regent's Park, Londyn

Z książką do grobowej deski, Regent's Park, Londyn

poniedziałek, 10 maja 2010

Magazyn ArchipelagPomysł  narodził się w głowach i słowach grupy osób, która nigdy się nie spotkała. Wirtualna redakcja rozsiana na różnych kontynentach, krajach i strefach czasowych miała jednak tyle zapału w sobie, by miesiącami pracować nad pismem poświęconym książkom, które właśnie w zeszłym tygodniu ukazało się w internecie na stronie Archipelag-magazyn.pl. Pasje, rzecz jasna, nie uznają geograficznych granic, z zwłaszcza taka szlachetna jak ta książkowa.

Do rozproszonej, ale jakże aktywnej grupy Archipelagu dołączyłam dopiero w połowie całego procesu tworzenia, za namową osoby, bez której projekt nie ujrzałby światła dziennego - Chihiro. Podziwiam jej pomysłowość i zapał, bo dokonała niemalże niemożliwego - cierpliwie wychwytywała te redakcyjne wysepki z morza czasowej ciszy czy zawieszenia, by połączyć je w rój bukinistycznego pisma o szerokich horyzontach.

Bardzo lubię słowo bukinista, które pewnie w polskim niekoniecznie jeszcze powszechnie funkcjonuje, a którym zwykło się nazywać paryskich sprzedawców książek znad Sekwany, znanych nie tylko z ciekawych czy unikatowych zbiorów, ale i niezwykłych opowieści o książkach i ich autorach, potrafiących wyłowić niemalże spod ziemi tomy, o których nam się wcześniej nie śniło.

Archipelag chce do tej tradycji znawców i miłośników książek nawiązać, mając nadzieję, że transgraniczny charakter pisma przybliży polskim czytelnikom i wydawcom te powieści, które są ważne na zagranicznych rynkach a które nie trafiły jeszcze do księgarni w kraju nad Wisłą; i odwrotnie: przedstawi te tytuły, które pokazują wyżyny polskiej literatury, zwłaszcza współczesnej, a których przekładów wciąż brakuje w obcych językach. Dla mnie samej będzie to ciekawa i istotna lektura, bo o ile dobrze orientuję się w brytyjskim rynku książkowym, który ma zresztą dość kosmopolityczny charakter, o tyle zmiany w polskiej literaturze są mi niestety coraz bardziej odległe.

W pierwszym numerze Archipelagu pojawiły się zatem międzynarodowe sławy: panie Anita i Kiran Desai, Orhan Pamuk, grupa literacka Bloomsbury, ale i znani pisarze z Polski: Max Cegielski ze swoją podróżą pociągiem do Turcji, czy założyciele wydawnictwa Karakter. Archipelag zmobilizował mnie też do nadrobienia zaległości - w numerze znajdziecie dawno już obiecaną recenzję powieści Hilary Mantel "Wolf Hall". Życzę miłej lektury i jestem ciekawa Waszych wrażeń!

Pismo można pobrać w formacie PDF ze strony Archipelag-magazyn.pl.

piątek, 07 maja 2010

Wyjechać to zawsze trochę umrzeć, powtarzaliśmy, patrząc na ludzi, którzy mieli zostać na peronach i żegnali się z pasażerami, wyglądającymi przez oświetlone okna. (Antonio Tabucchi, "Robi się coraz później", 2001, tłum. J. Ugniewska).

Zawsze uwielbiałam podróżować pociągami. Tej całej podróży nie sposób było odbyć, tłukąc się przyjemnie po torach w jeden dzień. Dlatego z Londynu przeprawiliśmy się do Warszawy ponad chmurami, których w przestworzach były całe stada w zeszłym tygodniu. Polską stolicę widziałam po latach przerwy w zupełnie nowych okolicznościach – w pierwszy majowy weekend, kiedy była niemalże pusta, kiedy była miastem na urlopie. Mój urlop wplótł się doskonale w miejskie wakacje, więc niegdyś zapamiętane z czasów pracy w Warszawie męki mieszkańca tego miasta wydały się jedynie dalekim i obcym wspomnieniem. Dziwi mnie to, że Warszawa nie jest miejscem, które odwiedza się w weekend, jedynie w tygodniu w morderczym tempie biznesowych spotkań. Tymczasem tzw. city break w Warszawie potrafi być niezwykłą okazję do pogrzebania w tym wielowarstwowym miejscu.

Dopiero z Warszawy do Trójmiasta pojechaliśmy pociągiem. Znajomy stukot kół na torach wprawił mnie w przyjemny trans. Tą trasę pokonałam w życiu już kilkadziesiąt razy.

Wyjechać to jednak trochę się odrodzić – myślałam, siedząc w pustawym przedziale i wyglądając na ten swojski, monotonny krajobraz spóźniającej się wiosny – odrodzić, ale do poprzedniego wcielenia, wrócić na nowo do tego, co było kiedyś i wydawało się, że bezpowrotnie minęło.

Miejskie podróże, Warszawa nocą

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...