poniedziałek, 30 maja 2011

My Dog Tulip"Anglicy nie potrafią kochać siebie nawzajem, dlatego posiadają psy" - napisał J.R. Ackerley, dziennikarz BBC, przyjaciel V. Woolf, po czym sam nabył owczarka niemieckiego. Z psem spędził w swoim londyńskim mieszkaniu 15 lat i ten czas unieśmiertelnił w dzienniku, który w zeszłym roku przeniosła na ekran para Amerykanów Paul i Sandra Fierlinger w, nie ukrywam, nieprawdopodobnie dobrej animacji.

Ackerley i jego pies (tytułowa Tulip) to historia burzliwego związku. Jego emocje tańcują na ekranie ostrym ruchem kreski. Narracja jest szybka, obraz jeszcze bardziej dynamiczny - cóż się dziwić, do przygotowania filmu wykonano ok. 60 tys. skeczy. Wzrok mi pląsał, oczy się śmiały, kiedy oglądałam z werwą naszkicowane perypetie psa i jego pana. Tulip zdobywająca kanapę, Tulip zwycięzka w sypialni, Tulip melancholijna sam na sam w domu - a nad nią czuwający bliżej lub dalej właściciel, który za wszelką cenę chce zrozumieć, jak to jest być psem.

My Dog Tulip



My Dog Tulip

Anglicy obdarzają zwierzęta niezwykłym przywiązaniem i zrozumieniem. Na Wyspach psów nie trzyma się przed domami na łańcuchach, ale w domach jako pełnoprawnych członków rodziny. Psa nie zostawia się na cały dzień samego w domu, ale organizuje conajmniej jeden długi spacer za pośrednictwem Dog Walking Service  (Usług Wyprowadzania Psów na Spacer). Tych usług, które obecnie są niezwykle popularne (na naszej dzielnicy szczekającego radośnie vana widzę regularnie), nie było jeszcze za czasów Ackerley'a, więc on w roli "wyprowadzacza psa na spacer" próbował zatrudnić niepracującą siostrę. Pies, pan i siostra pana to jednak o jedną osobę za dużo, bo jak udowadnia Ackerley zwierzęta też nie lubią trójkątów miłosnych. Relacja zwierzęcia z człowiekiem wciąż się zmienia, a właściciel pragnie zrobić wszystko, by psie życie było jak najmniej pieskie. I jak szybko można się przekonać, według Ackerley'a radością życia Tulip może być nie tylko swoboda do okazyjnych wymiocin na cmentarzu, mniej okazyjnych odchodów przed sklepem znajomych, ale i fizyczne spotkanie z drugim psem. Film kręci się wokół naturalistycznych ujęć i oczywiście nic nie byłoby w tym złego, gdyby nie to, że są ciągłymi powtórzeniami  pozbawionymi humoru, które zaczęły mnie po prostu nudzić.

My Dog Tulip

Ackerley chciał pokazać antyromantyczny obraz związku człowieka z psem. Czułostki odstawił na bok, skupił się na biologii. Obsesja właściciela związana ze znalezieniem dla Tulip partnera owocuje całą masą scen kopulujących zwierząt.  Można ziewać do woli, można się złościć, można i oczywiście wyjść. "My Dog Tulip" miał być bardzo angielską historią, tylko, i tutaj jest pies pogrzebany, zabrakło w jej wyspiarskiej ironii i ciętego humoru. Szkoda, bo genialnie animowane szkice, obrazki i obrazy zasługują na lepszy scenariusz.

***
"My Dog Tulip"
Reż. Paul i Sandra Fierlinger, 2010 (w kinach w Wielkiej Brytanii od maja 2011)

niedziela, 29 maja 2011

Tam się raczej nie jeździ. Tam się mieszka. Południowo-zachodni Londyn to dziesiątki małych dzielnic, zwykle samowystarczalnych, połamanych etnicznie i religijnie. Są biedniejsze od ich północnych sióstr, mają gorszą reputację. Ale życie w nich kwitnie, choć ono potrafi mieć dość ospały charakter. Zapraszam na krótką wyprawę po innej stronie stolicy.

Południowy Londyn,

Kawiarnia internetowa, bank i spożywczak w jednym oraz jej stali bywalce, okolice Norwood

Południowy Londyn, sklep z miotłami

Sklep z miotłami, wiszący asortyment można dotknąć przed dokonaniem zakupu, dzielnica West Norwood

Południowy Londyn,

Mężczyźni w drodze do meczetu, piątkowe popołudnie, Norbury

 

Południowy Londyn, stylowy pogrzeb

Staroświecki karawan pogrzebowy, okolice Croydon

Południowy Londyn, Purley

Przed myjnią, Purley

Południowy Londyn,

Peruki wciąż bardzo popularne. Jeden z dziesiątek sklepów w okolicach Brixton

Południowy LondynKolorytu dodają niekończące się remonty, Kennington

Południowy Londyn,

Kafejki internetowe wciąż gęsto zaludniają południe Londynu. Nie brakuje też londyńczyków w klapkach przy temperaturze w okolicach 15 stopni.

czwartek, 26 maja 2011

Literatki.com W tym roku wyjątkowo na relację z londyńskiej spotkania European Literature Night nie zapraszam do "Tygla", ale do portalu Literatki, z którym rozpoczęłam współpracę. Portal prowadzony jest przez przesympatycznego Krzysztofa Cieślika i specjalizuje się w publikacji recenzji najnowszej prozy światowej wydanej po polsku. Większość recenzentów to doktoranci Uniwersytetu Warszawskiego. Z istnienia Literatek do niedawna w ogóle nie zawałam sobie sprawy. Teraz cieszę się bardzo, że mogę dzięki niemu nie tylko być na bieżąco z tym, co jest wydawane w Polsce, ale dodatkowo dołączyć do zacnego grona autorów. Podsumowanie European Literature Night znajdziecie tu.

Ponieważ w artykule nie omawiam dokładnie poszczególnych autorów, pokuszę się w "Tyglu" o krótką opowieść o dwóch pisarzach, którzy zrobili na mnie największe wrażenie: o Włochu Diego Maranim i o Austriaczce koreańskiego pochodzenia Annie Kim.

52-letni Marani ma na swoim koncie już 6 książek, co jest imponujące, bo on za dnia pracuje jako urzędnik Unii Europejskiej, a dopiero wieczorami zamienia się w pisarza i felietonistę. Ma błyskotliwe poczucie humoru i sporo przemyśleń na temat europejskiej tożsamości, która jego zdaniem powinna być definowana za pomocą wspólnych wartości a nie przez cechy stricte narodowe (co uważam za bardzo trafne). Marani zna kilka, jeżeli już nie kilkanaście, języków. Uważa, że każdy mieszkaniec Europy powinien nauczyć się przynajmniej trzech: jednego z grupy słowiańskiej, jednego z germańskiej i jednego z romańskiej, żeby w ten sposób móc lepiej zrozumieć kulturalną mieszankę Europy (pomysł bardzo popieram!). Marani lubi bawić się językami, co tydzień pisze felietony dla szwajcarskiej gazety w Europanto – wymyślonej przez siebie mowie, która miesza słowa z całego dorodziejstwa leksykalnego Europy. Na spotkaniu zademonstrował swój "wynalazek", co było niezwykle zabawne (wybaczcie, ale nawet przy mojej znajomości trzech języków z głównych grup nie jestem w stanie imitować Europanto). Marani podkreślał, że każdy z poznanych języków zmienił go i z każdym miał niemałe przygody. Angielskiego uczył się jeszcze we Włoszech a kiedy przyjechał do Anglii, chciał jak najszybciej wypróbować cały zasób grzecznych zwrotów, którymi wypchał sobie po brzegi głowę. W pociągu do Londynu zapytał siedzącego na przeciwko mężczyznę: "Would you open the window, if I mind?" ("czy mógłby pan otworzyć okno, jeżeli mam coś przeciwko?") Nie trudno zgadnąć, jak pytanie powinno wyglądać. Zadziwiające było jednak to, że mężczyzna z przedziału... uciekł.

Diego Marani, European Literature Night

Diego Marani

Podczas spotkania Marani czytał fragment książki zatytułowanej "Nuova grammatica finlandese" ("Nowa gramatyka fińska"), która opowiada historię rannego męzczyzny odnalezionego podczas wojny w Helsinkach. Opiekujący się nim lekarz bierze pacjenta za Fina, choć ten nigdy wcześniej z fińskim nie miał do czynienia. Mężczyzna jest zatem niejako zmuszony do nauczenia się fińskiego podczas rekonwalescencji, a ta nauka nie jest tyle procesem poznania nowej mowy, co poznaniem języka na nowo, bo doznane podczas wojny obrażenia spowodowały, że bohater stracił zdolność komunikacji. Książka zapowiada się bardzo ciekawie.Dostałam już jej egzemplarz z Amazona, więc pewnie wkrótce pojawi się w "Tyglu" jej recenzja. Polecam rozglądać się za Maranim! Może za jakiś czas ukaże się po polsku.

Drugą pisarką, która zrobiła na mnie duże wrażenie, jest młoda Anna Kim. Jej ojciec, profesor sztuk pięknych przeniósł się z Korei do Europy, kiedy ona miała dwa lata, więc wychowała się przede wszystkim w kulturze starokontynentalnej. Pisarzy korańskich nie zna, za to świetnie orientuje się w europejskiej twórczości i z nią się identyfikuje. Po angielsku ukazała się właśnie jej pierwsza powieść "Frozen time" ("Zamarznięty czas"), która opowiada historię albańskiego mieszkańca Kosowa poszukującego porwanej podczas wojny żony. Akcja dzieje się we Wiedniu, dokąd wyemigrował bohater. Tytułowy "Zamarzięty czas" odnosi się do stanu, w jaki wpada człowiek, którego bliska osoba zagnięła. Czas zatrzymuje się na momencie porwania i po nim nie sposób żyć dalej. Powieść jest medytacją na temat tożsamości i straty. To podobno niezwykle przejmująca i smutna opowieść. Kim oparła ją na prawdziwej historii mieszkańca Bośni, którego poznała w Austrii. Jestem bardzo ciekawa tej książki, więc muszę ją czym prędzej zamówić. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, to w jesiennym numerze Archieplagu ukaże się mój wywiad z pisarką. Może znajdzie się i polski wydawca na "Zamarzięty czas"? Kto wie.

Anna Kim, European Literature NightAnna Kim

Mówiąc o nowych wydaniach: jest też dobra wiadomość dla polskiego pisarza. Jak dowiedziałam się w kuluarach po spotkaniu, w przyszłym roku ukaże się pierwszy angielski przekład prozy Jacka Dehnela - w Wielkiej Brytanii opublikowany zostanie jego "Saturn". Gratuluję Jackowi! To świetna wiadomość.

 ***

Przy okazji, które książki współczesnych polskich autorów powinny być Waszym zdaniem koniecznie przetłumaczone na języki obce?

wtorek, 24 maja 2011

AnglikŻeby angielskiego osobnika* rozpoznać, trzeba go najpierw namierzyć. Wbrew dramatycznym zapewnieniom lokalnej prasy o wymieraniu Anglików pod wpływej nieustających fal drapieżnej emigracji, wciąż jest ich na Wyspach całkiem sporo. Moja druga połowa, czy mówiąc z angielska lepsza połowa (better half), jest tego chodzącym dowodem. Wydawać by się mogło, że o Anglikach wiemy niebywale dużo i potrafimy ich łatwo zidentyfikować po dżentelmeńskich manierach, stosownym dystansie do świata, nieśmiertelnych kurtkach Barbour czy dobrych na każdą złą pogodę Wellington boots. To oczywiście stereotypy i jak na stereotypy przystało, zawierają sporo prawdy, ale nie lubią się zmieniać. Żeby rozszyfrować współczesnego Anglika, trzeba iść z duchem czasu i mieć oczy szeroko otwarte. Mam nadzieję, że ten krótki poradnik praktyczny ułatwi wykonanie tego jedynie pozornie łatwego zadania.

Zacznijmy od zmierzenia się z mitami o sportach narodowych. Co momentalnie podpowiada wyobraźnia? Anglicy oczywiście grają w tenisa, krykieta i golfa. Jeżeli jednak przyjrzeć się sprawie bliżej, to okaże się, że angielskich championów tenisa wcale nie jest tak dużo, a w krykieta zdecydowanie lepsi są mieszkańcy Antypodów. Czujny obserwator codziennego życia Anglików łatwo wytropi obecne sporty narodowe: bieg po niedzielną gazetę (niedziela bez czytania prasy to nie niedziela), maraton czytania w parku (bez względu na pogodę – do sprawy pogody zresztą jeszcze wrócimy), ekwilibrystyka związana z dostaniem się na miejsce, skąd rozpościera się widok zapierający dech w piersiach (to podstawa każdego spaceru, nic więc dziwnego, że cały kraj przeryty jest szlakami dla spacerujących tzw. public footpaths; na marginesie spieszę dodać, że publiczne ścieżki wieść mogą zarówno przez należące do państwa wzgórza i lasy jak i posiadłości arystokratów czy wreszcie pola rolników – nikt nie ma nic przeciwko temu, bo uprawianie podziwu dla krajobrazów Wysp jest powszechnie uważane za szlachetną konkurencję sportową). Sportów narodowych jest zresztą o wiele więcej. Jako że Anglicy lubią się ścigać a do tego mają bujną wyobraźnię, w południowej części Wysp organizuje się m.in. zawody zaklinania robaków (worm charming), polegające na znalezieniu najskuteczniejszych sposobów na zmuszenie robaka do wyjścia na powierzchnię (ciekawscy pomysłowości uczestników lokalnych mistrzostw powinni sami udać się do hrabstwa Cheshire czy do Dartmoore – worm charming może nie jest sportem bardzo spektakularnym, ale za to ma niezwykle towarzyską publiczość).

Zróbmy kolejny sprawdzian: jakie są typowe rytuały codzienne Anglików? Zdecydowanie nie herbatka o piątej po południu, bo o tej porze zwykle kończy się pracę i rusza do domu. Jeżeli mówimy już o herbacie, to takowa bezwzględnie rano przed śniadaniem. I koniecznie z mlekiem – w kwestii zabielania napoju wciąż nic się nie zmieniło. Potem może być kawa, tost z dżemem, jajecznica albo nawet full English breakfast ze smażonymi kiełbaskami, pieczarkami i pomidorami (kaszankę widzi się już coraz rzadziej, przynajmniej na południu Wysp). Tyle rano. Wieczorem przy okazji ważniejszej kolacji, przed jedzeniem serwuje się sherry, a po – port. Nigdy w odwrotnej kolejności. Inaczej nie sposób dotrwać nawet do pierwszego dania. Jeżeli kolacja odbywa się w znanej instytucji, jak na przykład w oksfordzkim college’u, to na port czy słodkości przechodzi się z głównej sali do mniejszego, zwykle ciemnego pomieszczenia, pamiętając o jednej zasadzie, by zabrać ze sobą serwetkę, ale nie towarzysza kolacji ("take your napkin, not your neigbour"), czyli nie siedzieć przy tej samej osobie (inaczej popełnia się grzech śmiertelny). O tym, jak rozmawia się podczas przyjęć i kolacji, pisałam wcześniej tu).

Zmierzmy się wreszcie z angielskim porankiem: bez względu na pogodę, nastrój, pośpiech czy jego brak na przystanku autobusowym ustawi się ogonek, który jak magnes przyciągać będzie nowo pojawiających się podróżnych. Nawet lejący jak z cebra deszcz nie zakłóci porządku kolejki tym, co nie mieszczą się pod daszkiem. Kolejka jest świętością,jej się należy poddać. Zawsze wydawało mi się, że w sytuacji, w której nagle podjadą dwa autobusy zmierzające w tym samym kierunku, ale należące do konkurujących ze sobą firm, dojdzie do chaotycznego podziału, który odbierze ogonkowi jego świętobliwy charakter. Nic bardziej mylnego! Kolejka, owszem rozdziela się, ale pole przyciągania tych, co byli przed tobą pierwsi jest silniejsze od jakiejkolwiek pokusy przedostania się na przód. Czyż to nie jest cudowne?

W autobusie Anglików można łatwo rozpoznać: kierowca otrzymuje od nich nie tylko rytualne "dzień dobry", kiedy wchodzą do środka, ale i "dziękuję, do widzenia" na pożegnanie. Każdy podróżujący zachowuje niezbędny dystans wobec siedzącego obok pasażera i jeżeli zdarzy się, że przy nagłych wybojach Anglik niechcący otrze się o róg naszego buta (nie mówiąc już o dotknięciu ramienia czy nie daj Boże wpadnięciu na kogoś całym ciałem), usłyszymy nie jedno "przepraszam." (mała uwaga: reguła nie obowiązuje w londyńskim metrze w godzinach szczytu). "Przepraszam" jest pewnie zresztą najczęściej wypowiadanym w ciągu dnia słowem.

Po pracy, trzymając się tych samych zasad, wraca się do domu. Chyba że jest piątek - wtedy obowiązkowo wychodzi się na drinka, tradycyjnie do pubu, choć od jakiegoś czasu Anglicy nie wzgardzą również klubem i kontynentalną knajpą. W weekendy za to jest czas na pielęgnację trawy w ogródku (kto nie dba o własny trawnik, ten grzeszy), pomoc organizacji charytatywnej (w Anglii są ich tysiące, a angielski zryw do działania utrzymuje je w bardzo dobrej kondycji), czy wreszcie pokonanie kilkudziesięciu mil w jedną stronę, by spotkać się z rodziną bądź przyjaciółmi na niedzielnym obiedzie (tradycyjnie Sunday roast, czyli kilka plastrów z wielkiego udźca z pieczonymi warzywami i niezbyt gęstym sosem). Niedziela oznacza wyżerkę, w ciągu tygodnia na lunch pochłania się przede wszystkim skromne kanapki w asyście paczki chipsów (o zwyczaju jedzenia lunchu na cmentarzach pisałam wcześniej tu).

Są wreszcie przedmioty, po których łatwo rozpoznać, że ma się do czynienia z Anglikami: nieprawdopodobne kapelusze ślubne, kalosze na spacer z psem, klapki w centrum miasta w ciepły dzień (choć średnio wysoka temperatura wcale nie jest niezbędna, zwłaszcza im wyżej na Wyspach się mieszka) i absolutnie niezbędne diary, które nie jest wcale pamiętnikiem, ale rocznym planerem, gdzie daty spotkań, wyjazdów i imprez notowane są z co najmniej kilku miesięcznym wyprzedzeniem. Żebym nie była gołosłowna: w zeszłą niedzielę ustaliliśmy z naszymi przyjaciółmi z Cambridge, że wspólny tygodniowy wypad możemy zorganizować sobie w... kwietniu 2012. Czas zablokować odpowiednie daty w kalendarzu, żeby nie było za późno!

W Anglii się planuje, planuje, rezerwuje i planuje. Pogoda, choć często w kratkę, żadnych planów nie jest w stanie pokrzyżować. Wietrzne i zimne pikniki, koncerty w deszczu, spacery w ulewie - można by mnożyć. Dla chcącego nic strasznego. I wbrew pozorom o pogodzie wcale tak często się nie dyskutuje (jak na przykład... w Polsce). Wyjątkiem potwierdzającym regułę może być jedynie mój sąsiad, dla którego pogoda jest fascynującym tematem na każdą dyskusję trwającą od 5 do co najmniej 30 minut...

Na koniec trzy zagadki:

- kto powinien otworzyć zaadresowany po angielsku w ten sposób list: Mr & Mrs Oliver Ready? Pani czy Pan?

- co może robić nasz sąsiad późnym, wietrznym i zimnym wieczorem, świecąc w chaotycznym sposób latarką na podmokłej łące?

- co oznacza rządek xxxxxxx na końcu emaila albo smsa? czy odbiorca powinien się cieszyć, kiedy taki rządek zobaczy w otrzymanej wiadomości?

Odpowiedzi:

1. List otworzyć może zarówno Mrs jak i Mr, bo list nadany jest do ich obojga, choć imię pani nigdy się na nim nie pojawi. Ot, tradycja :)

2. Sąsiad wyprowadza nocą psa. Latarka mu niezbędna, żeby mógł namierzyć moment, kiedy pies kucnie za potrzebą, a potem tą nieprzyjemną potrzebę załadować w torebkę :) to już nie sport narodowy, ale narodowy obowiązek :)

3. Xxx to całusy. Buziaki wysyła się zarówno do ukochanego, członków rodziny, bliskich znajomych i przyjaciół a nawet okazjonalnie kilka xxx można dostać od osób z pracy, które w tenże sposób pragną się spoufalić.


*celowo mówię o Anglikach a nie Brytyjczykach w ogóle, bo skupiam się na cechach mieszkańców południowej części Wyspy. Szkoci, Walijczycy czy wreszcie Północni Irlandczycy zasługują na osobne "poradniki". Stąd mam pomysł, żeby zaprosić innych autorów blogów do stworzenia podobnych instrukarzy. Zapraszam Holly do ujawnienia zakamarków duszy Szwajcarów, Czarę do zdradzenia francuskich sekretów, AsięJa do opowieści indyjskich, Asię Kusy - do pakistańskich, Latającą Pyzę – do włoskich i last but not least Invitadę o obnażenie tajemnic szkockiej obyczajowości.

***

Zapraszam na dalsze, narodowe opowiastki:

Invitada "Prawdziwym Szotem być"

środa, 11 maja 2011

European Literature Night 2011Celebracje wieczoru literatury europejskiej rozpoczną się w Londynie już dziś w British Library. Na to specjalne spotkanie przyjedzie do brytyjskiej metropolii sześciu pisarzy. Bardzo ucieszyło mnie to, że po raz kolejny mowa będzie o polskiej literaturze - w tym roku dla odmiany o poezji, bo Polskę reprezentuje Bożena Umińska-Keff. Rozmowa będzie dotyczyć jej poematu? tragedii? (trudno mi sklasyfikować) zatytułowanej "Utwór o Matce i Ojczyźnie", który w przyszłym roku ukaże się po angielsku w tłumaczeniu Alissy Valles i Benjamina Paloffa.

Utwór wyłowiłam z czeluści uniwersyteckiej biblioteki w Oksfordzie i  przeczytałam w dwa popołudnia w miniony weekend. Nie poraził mnie ani tematycznie ani stylistycznie. To dramat córko-matczyny. Lamentują w nim: Meter - Żydówka ze Lwowa, która przeżyła Holokaust i która swoim przeżyciem próbuje zgnieść istnienie córki i Usia marząca o buncie wobec matki. W "Utworze" wysokie miesza się z niskim, patetyczne z wulgarnym, klasyczne z popkulturowym, więc pełno w nim zgrzytów, starć i napięć. Przyznam szczerze, że połączenie greckiej tragedii z Larą Croft, biblijnego lamentu znad brzegu Babilonu z piosenkami Beatlesów artystycznie jedynie chrzęściło mi w zębach. Stylistyczny eksperyment nie ma, moim zdaniem, ani siły językowej akrobatyki Masłowskiej, ani pomysłowości Witkowskiego. Największe wrażenie zrobiło właściwie na mnie tylko zakończenie zatytułowane "Pieśń z przychodni lekarskej", które prostym, precyzyjnym cięciem rozkraja na kawałki pokłady polskiego antysemityzmu. Tyle o moich pierwszych wrażeniach. Teraz czas przedstawić pozostałych gości dzisiejszego wieczoru:


Emil Hakl ur. 1958 (Czechy) - pisarz, poeta i prozaik. W Polsce ukazała się jego nowela z "O rodzicach i dzieciach". W Wielkiej Brytanii w tym roku pojawi się "On Flying Objects" - zbiór opowiadań, których charakter nasuwa podobno skojarzenia z prozą Hrabala.

Nora Ikstena ur. 1969 (Łotwa) - autorka biografii o przedwojennej pisarce i działaczce Annie Rumane-Keninie. Ma na swoim koncie dwa zbiory opowiadań i trzy powieści. Po polsku znalazłam fragment jej wspomnień o 1989 roku: dostępny tutaj.

Anna Kim ur. 1977 (Austria) - urodzona w Korei Południowej austriacka pisarka. Pomimo młodego wieku opublikowała już kilka opowiadań, dwie powieści, zbiór esejów i zbiorek poezji.

Diego Marani ur. 1959 (Włochy) - powieściopisarz, tłumacz i felietonista, autor języka Europanto. Jeszcze nie czytałam jego "Nuova grammatica finlandese", która została nagrodzona prestiżową włoską nagrodą literacką Premio Grinzane Cavour, ale już zamówiłam sobie egzemplarz w Amazonie.

Peter Terrin ur. 1968 (Belgia) - porówywany z Kafką i Camus, pisarz flamandzki. W przyszłym roku ukaże się po angielsku jego ostatnia powieść "The Guard".


Jestem ciekawa, czy czytaliście teksty któregokolwiek z dzisiejszych, londyńskich gości.

Ps. Jak głoszą organizatorzy literackiej nocy, spotkania z pisarzami mają odbywać się w kilkunastu stolicach na kontynencie. Czy wiecie, co dzieje się u Was?

wtorek, 10 maja 2011

Saplings in the jungleW tym roku motywem przewodnim Londyńskich Targów Książki, które odbyły się w kwietniu, była współczesna proza rosyjska, więc Oliver był mocno zaangażowany w ich przygotowanie. Literacka impreza była ogromna: w stolicy pojawiło się ok. pięćdziesięciu pisarzy, który pokazali, jak bogata, żywa i skomplikowana jest obecna scena literacka w Rosji. "Teraz mamy do czynienia z prawdziwą dżunglą" - skomentował jeden z krytyków, wskazując, że "każdy z pisarzy musi próbować piąć się wyżej i wyżej, rosnąc z nienaturalną siłą, żeby móc się przebić."

Oliver napisał bardzo ciekawe podsumowanie tego, co dzieje się obecnie w literackiej Rosji. Artykuł ukazał się w najnowszym numerze tygodnika Times Literary Supplement pt. "Saplings in the jungle" ("Młode drzewka w dżungli"), więc serdecznie zapraszam do lektury (niestety tekst nie jest dostępny na stronie internetowej pisma). Trudno mi też streścić całe dwie strony podsumowania. Chciałabym tylko wspomnieć tutaj o jednej rzeczy:

W Rosji publikuje się obecnie niebotyczną liczbę książek. Jak pisze Oliver, we współczesnej literaturze brakuje jednak twórczych gigantów na miarę Sołżenicyna czy takich artystycznych geniuszy jak Josif Brodski czy Wieniedikt Jerofiejew. Nie dziwi mnie więc to, że brytyjscy wydawcy są dość zagubieni w swoich poszukiwaniach "nowych powieści z Rosji". Sprawy nie ułatwia im też to, że sami Rosjanie nie za bardzo wiedzą, co warto czytać a co nie. Rola krytyka, który wcześniej dyktował literackie smaki, w dużej mierze się wypaliła. Oficjalny krytyk prasowy nie dyktuje już składu współczesnego kanonu literatury. Hmm, przypomina mi to nieco sytuację z Polski. Zresztą o upadku roli krytyka pisał jakiś czas temu Read Eat Slip w notce "Trup wiecznie żywy". Sama rzadko kieruję się opiniami recenzentów z czołowych, polskich tygodników (za wyjątkiem Tygodnika Powszechnego, który bardzo cenię i który oferuje świetne omówienia książek). Wydają mi się albo zbyt powierzchowne (niestety w pismach coraz mniej miejsca poświęca się recenzjom) albo nieco przestarzałe. Wolę na bieżąco poczytać blogi, które lubię i przejrzeć strony internetowe ulubionych wydawnictw a potem na tej podstawie zadecydować o kupnie nowej książki. A czym Wy się kierujecie w swoich czytelniczych decyzjach? Czy macie swoich ulubionych krytyków literackich?

poniedziałek, 02 maja 2011

Rozbawił mnie widok sobotnich dzienników. Każdy z wyjątkiem The Times - zobaczcie zresztą poniżej sami - miał na okładce dokładnie ten sam moment balkonowego pocałunku księcia Williama i jego żony księżnej Cambridge. Spodziewałam się przynajmniej kilku ujęć z przystrojonej na zielono Westminister Abbey, może chwilę składania sobie przysięgi czy Catherine zmierzającą do ołtarza w swojej nieprawdopodobnie eleganckiej sukni. Tymczasem to, co będziemy pamiętać, to przede wszystkim dwukrotny pocałunek. Rozczulające? Z pewnością. Myślę, że to też świadomy zabieg kreowania nowego wizerunku rodziny królewskiej - bardziej przemawiającego do przeciętnego Brytyjczyka, sugerującego, że królewskie wcale nie różni się wiele od nieartystokratycznego. Czy zatem będziemy kochać ich jeszcze mocniej niż księżną Dianę?

Królewski pocałunek 2011

Królewski pocałunek Williama i Kate 2011

Brytyjskie dzienniki o królewskim ślubie - na okładkach bezsprzecznie domininuje pocałunek pary młodej

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...