niedziela, 28 czerwca 2009

Morze nocą rozbija się o betonowy brzeg ogrodu, by rankiem wycofane istnieć tylko na horyzoncie jak ciepłoniebieski pasek. Glony, które jeszcze o północy falowały rytmicznie zielonkawym kolorem, rano smażą się na brązowo w słońcu. Piątkowa noc jest wyjątkowo cicha. Gwiezdny wachlarzyk widzę tylko przez kilka sekund, zanim padam skonana na łóżko. Niebieskiemu sklepieniu w górze i na dole dobranoc mówię już przez sen.

Dwa dni w nadmorskiej wsi na południu Anglii. Przypływy i odpływy. Zabawy z morzem, które zakrywa błękitnawą wodą przesmyki plaży i kamieni z regularnym pulsem, mocząc nogawki upartych spacerowiczów. Szum, który pozwala śnić i marzyć na jawie. Może pozostanie w uszach na cały tydzień.

Morze, Middleton-on-sea, południowa Anglia

piątek, 26 czerwca 2009

Porannym centrum wydarzeń w mieście od paru tygodni przestał być rynek, gdzie zjeżdżają się bladym świtem piekarze, rzeźnicy i sprzedawcy warzyw. Tłumy zbierają się gdzie indziej. Z południowej, północnej i wschodniej części miasta po ośmej schodzą się grupki młodych w białych koszulach i powiewających czarnych płaszczach. Zmierzają do wspólnego celu do Examination Schools na oksfordzkiej High Street, gdzie odbywają się końcowe egzaminy, których wynik zadecyduje o przyszłości wielu studentów. Dla undergratudates, czyli studentów pierwszego stopnia wyższej edukacji, sesja jest pierwszą i jedyną w ciągu zwykle trzech lat studiów serią egzaminów. Otrzymanie dyplomu z wyróżnieniem zapewnia wiele, m.in. start w londyńskim City, intratną pozycję w firmie prawniczej czy wielkiej korporacji. Może nie wszystkich to interesuje, ale presja jest jednak duża.

 

Studenci w drodze do Examination Schools

Ostatnie powtórki w drodze na egzamin

Dlatego każdy jeden student czy studentka wiernie przestrzega zasady zaopatrzenia się w coś, co przynosić ma szczęście, a w Oksfordzie tym drobnym symbolem jest wpinany do klapy świeży goździk. Po kolorze kwiatka można poznać, na jakim etapie zdawania jest student. Białe goździki wpinane są na pierwszy egzamin. W środku sesji nosi się różowy, by w końcu na ostatni egzamin zmienić go na czerwonego. Podobno kiedyś przypinało się do klapy wyłącznie białego goździka, który potem po pierwszym egzaminie zanurzało się w czerwonym atramencie, by kwiat w ten sposób powoli sam zmienił swoją barwę.

Rytułał z goździkami z powodzeniem podtrzymują lokalne kwiaciarnie, oferując studentom nawet codzienną dostawę kwiatów do ich college’y. Lokalne sklepy nie są gorsze, oferując specjalnie przygotowane trzykolorowe wiązanki. Goździk jest niezbędny. Wczoraj widziałam studenta, maszerującego z powrotem w górę ulicy w poszukwaniu zagubionego kwiata koloru różowego. Bez tego lepiej w sali egzaminacyjnej się nie zjawiać. Jeszcze przyniesie pecha i praca w stolicy przejdzie bokiem.

Snuję się rano między grupkami studentów, próbując wyczytać myśli z ich twarzy. Ci, co idą samotnie, zwykle mają w ręku kartkę z notatkami, do której spoglądają od czasu do czasu. Młode Angielki, maszerujące dziarsko w małej grupie, żartują i prześcigają się w tym, która bardziej noc zarwała. Wyglądają jak licealistki z rozwianym włosem i zaróżowionymi jeszcze od snu policzkami. Wreszcie pojawiają się całe szeregi młodych chłopaków, próbujących dodać sobie animuszu opowieściami o imprezach. Po dłuższej przerwie zjawia się dwójka studentów z Dalekiego Wschodu. Wyglądają na kompletnie zagubionych. Czy wyuczona w ich kraju ambicja i strach przed nieosiągnięciem najwyższych ocen - porażka, która potem plamiłaby honor całej rodziny - wprawia ich w taki stan? Tuż przed dziewiątą zajawiają się dodatkowo dwie dziewczyny na rowerze. Czarny uniwersytecki płaszcz z dwoma skrzydłami powiewa na wietrze tuż przed zatrzymaniem roweru. Druga przezornie zapakowała w torbę obowiązkowe odzienie i zakłada je tuż przed wejściem do sali z egzaminami.

Studenci w drodze na egzamin, Oksford

Po lewej: czerwono-goździkowcy zmierzają na ostatni egzamin. Po prawej: grupa różowych w środku miasta

Kiedy kieruję się na północ centrum w stronę pracy, od kilku dni spotykam niemalże sunącego nad ziemią pracownika uniwersytetu. Będący w ogromnym pośpiechu (spóźniający się egzaminator?) mężczyzna wspomaga szybki krok rękoma, przez co jego czerowo-fioletowy uniwersytecki płaszcz nabiera powietrza i pompuje się do rozmiarów monstrualnego, egzotycznego żuka. Jest nietypowy. Nieogolona broda. Okulary przeciwsłoneczne. Przypomina mafioza. Egzaminacyjny szefunio.

Jak tylko znika z zasięgu moich oczu, przychodzą mi do głowy wspomnienia z egzaminacyjnych sesji. Już nie potrafię odtworzyć tamtego zdenerwowania, szybciej bijącego serca przy błyskiwicznym zaglądaniu do notatek w drodze na egzamin. Nocne ślęczenie nad książkami pamiętam jak przez mgłę. Żaden nawet najtrudniejszy egzamin z angielskiej fonetyki czy najnudniejszy i najcięższy do zdania z pedagogiki, niemożliwy do przygotowania się egzamin z polskiej współczesnej literatury, nic z tych kilkudziesięciu, przez które musiałam przejść w życiu, nie śni mi się po nocach.

A Wam?

środa, 24 czerwca 2009

Po drugiej stronie stołówki znajduje się bar z finezyjną maszyną do espresso i niekończącymi się torebkami z Earl Greyem. Kolejka tworzy się chwilę po tym, jak kończy się przerwa obiadowa. Bar prowadzi symaptyczna Polka. Ela ma uśmiech dla każdego.

Około 3-4 po południu myśli w niektórych wydziałach zaczynają natrętnie krążyć wokół a nice cup of tea (filiżanki dobrej herbaty), która niezmiennie składa się z torebki herbaty parzonej w tekturowym kubku z dodatkiem mleka. Po tej fali popołudniowego wylewu angielskich zwyczajów przy barze robi się spokojniej, więc Ela zaczyna sprzątanie.

Do baru przychodzę tuż przed piątą po coś zimnego. Rozmawiamy z zawsze uśmiechniętą Elą po polsku do momentu, kiedy zjawiają się dwie Angielki po 50-tce. Pojawiają się w dobrym nastroju. Dopiero krótkie spojrzenie na wiszący w rogu zegar zwala je z nóg. Jest za pięć piąta. Bar za chwilę zostanie zamknięty. Przerażona odkryciem ikobieta zaczyna swój rwany monolog:

- Och, nie, ty zaraz kończysz pracę - mówi do Eli - Spóźniłyśmy się... Ale z nas gapy... Przepraszam... Za późno już przyszłyśmy. Ty o piątej zamykasz bar... Przepra...

Patrzymy na siebie z Elą z niedowierzaniem. Po czym Ela, posyłając uśmiech (czy może tym razem ona się już śmieje na całego z tej małej farsy?), mówi z wielkim spokojem, że chętnie zrobi jeszcze herbatę, bo przecież z pracy jeszcze nie wyszła.

Obie panie zamierają na krótką chwilę z niedowierzania i  z czystej wdzięczności. Smak herbaty z mlekiem pewnie przy biurku okraszonej butter cookie (angielskie, tłuste ciasteczko jest nie do pobicia nawet przez najsłodszy włoski łakoć) materializuje się. I w tym momencie panie zadziwiają mnie najbardziej, bo nagle wybuchają spazmatycznym, konwulsyjnym śmiechem. Przez głośne ha ha ha przedostają się słowa podziękowania. Thank you, oh, thank you brzmi jak uniżone podziękowanie chłopa, któremu pan darował wielką połać ziemi. I po trosze tak było, bo uśmiechnięta Ela zrobiła coś, na co inna uśmiechnięta Mary by sobie nie pozwoliła: złamała mocno zakodowaną w angielskiej świadomości zasadę nieobsługiwania już nikogo w momencie zamykania baru. Dla Polki nie był to żaden kłopot, dla Angielek było to nieoczekiwane nagięcie trwadych reguł. To oddanie społecznym zasadom nie przestaje mnie zadziwiać.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Przy okazji opisanej wcześniej wystawy poświęconej, powiedzmy w skrócie, wiedeńskiej fascynacji szaleństwem, przypomniał mi się pewien krótki epizod sprzed paru lat, związany z byciem w osobliwym miejscu i wykonywaniem najgłupszego zajęcia na świecie. Ale po kolei.

Kiedy zmieniałam pracę, trafiła mi się przerwa między tym, kiedy poprzednia już się skończyła a nowa jeszcze nie zaczęła. To było tuż przed świętami Bożego Narodzenia, których wyczekiwałam, ale jeszcze bardziej niecierpliwiłam się na chwilę, kiedy się skończą, bo wtedy, na początku następnego roku rozpoczynała się przygoda z Londynem. Żeby przeczekać ten moment zawieszenia, zapisałam się do miejscowej agencji pracy, specjalizującej się w wyszukiwaniu drobnych robótek na krótkie okresy czasu. Tym właśnie sposobem trafiłam na dwa tygodnie do... szpitala psychiatrycznego w Oksfordzie, a dokładnie do działu personalnego.

Pierwsze zdziwienie tym, że przypisano mnie do tego działu, pomimo braku głębszej wiedzy na temat brytyjskiego prawa pracy, minęło szybko, jak tylko doświadczyłam smaku pierwszych zadań. Muszę jednak przyznać, że zajęcia były właściwie sprawą drugorzędną. Na pracę zdecydowałam się ze wzgledu na samo miejsce, które rozpalało wyobraźnię i pierwszą podróż autobusem o koszmarnie wczesnej (bynajmniej jak na mnie) godzinie, przez ciemność uparcie trwającej nocy i oszronione miasto, odbyłam, fanatzjując na temat wyglądu szpitala. Moje wyobrażenia były, rzecz jasna, spaczone zapamiętanym jeszcze z Polski obrazem szpitala w ogóle. Spodziewałam się szaroburego, przygnębiającego bloku, w połowie bądź w całości okratowanego. Tymczasem dojeżdżając rozklekotanym autobusem do dzielnicy Littlemore, gdzie psychiatryk się mieści, zostałam zaskoczona po raz pierwszy. Szpital jak nie-szpital. Oddziały podzielone były na małe, głównie parterowe domki, rozłożone na dużym, poprzeplatanym kwadratami z trawnikiem i drzewami terenie. Jeden zajmowali bulemicy, inny - kobiety, zdaje się, z dziećmi. Następny, na samym skraju, zupełnie w głębi, otoczony wysokim płotem przeznaczony był dla tych, których uznano za niebezpiecznych, obłąkanych przestępców.

Charakter tego szpitalnego osiedla przypomina mi ten, który pokazano na londyńskiej wystawie Madness and Modernity. Wiedeńczycy sprzed 100 lat, doszli do wniosku, że instytuacja sama w sobie musi mieć walory lecznicze, żeby przeprowadzane w niej terapie odniosły zamierzony skutek. Skąd zamiast zbiorczej bryły zaproponowano układ rekreacyjnego miasteczka. W Littlemore niewiele jest z rekreacji, nie mniej jednak niska zabudowa w ogóle nie budzi skojarzeń z instytucją, a raczej przypominała mi wtedy zwykłe osiedle.

Dział personalny miał swój osobny domek jednopiętrowy. Szpitale publiczne prowadzone są przez medyczne trusty. W tamtym momencie doszło do połączenia dwóch trustów, które dodatkowo zmieniły lokalizację, w efekcie czego połowa pracowników przestała przychodzić do pracy, bo za daleko było im dojeżdżać. Możecie sobie wyobrazić, jaki to musiał być chaos, gdy z dwóch rzeczy zrobiobno jedną, którą przy okazji postawiono w innym miejscu. Na dodatek spodziewano się w tym czasie kontroli, więc dział personalny w wielkiej trwodze sprawdzał, czy każdy z zatrudnionych pracowników medycznego personelu ma w swojej teczce właściwy komplet dokumentów. A wymaganych papierów do bycia przyjętym do pracy w szpitalu było sporo, począwszy od zaświadczenia o niekaralności, przez opinię od speca od medycyny pracy, na wizie dla obcokrajowców skończywszy. I to dopiero otworzyło mi oczy na to, jak wiele stanowisk pielęgniarek obsadzanych jest przez mieszkańców Afryki i Filipin. Z doktorami, rzecz jaasna, sprawa wyglądała inaczej.

Trust w swojej panicznej reakcji na przeprowadzoną brutalną operację połączenia, zatrudnił za dużo osób do sprawdzania teczek. Wyznaczone nam zadanie szybko zostało skończone, tym bardziej, że z reguly ludzie z dorywczej pracowali o wiele efektywniej niż ludzie ze stałej. Fatalną atmosferę działu bezradna kierowiczka starała sie desperacko ratować poniedziałkowymi zebraniami, na których miały być prezentowane osiągnięcia działu. Żadnych powodów do dumy nie było, więc poziom prezentacji zniżał sie do przedszkolnego wręczania metali z kartofla za przyjście do pracy.

Po sprawdzaniu teczek odesłano mnie do ustawania akt w alfabetycznym porządku w wielkich metalowych skrzyniach. Cóż, z alfabetem musiały być tam spore problemy, bo w tym najnudniejszym na świecie zajęciu, było sporo do zrobienia. I wtedy to właśnie historycznie odnotowałam największą liczbę ziewnięć wykonanych jednego dnia. Choć minęło już parę lat, rekordu nigdy nie udało mi się pobić i nie wiem, czy kiedykolwiek mi sie uda.

Przy tym alfabetycznym odmóżdżaniu można było jednak wykonać mały skok w bok i otworzyć piętrzące się w metalowych skrzyniach akta. To doprowadziło mnie do kolejnego odkrycia tajemnicy medycznego światka: zwolnień chorobowych. W języku angielskim jest takie istotne w dzisiejszej kulturze pracy określenie to pull a sicky czy to call a sicky, które oznacza zazwyczaj wykonanie porannego telefonu do pracodawcy z informacją, że się nie przyjdzie do pracy z powodu choroby, a choroba oczywiście jest udawana. W instytucjach publicznych jest to powszechne zjawisko, a nieporadny system polega w walce z leniem. W psychiatrycznym szpitalu udawane choroby dotyczyły jednak tyle pojedynczych dni, ale całych tygodni i miesięcy. Na enigmatycznych brzmiących zwolnieniach typu "z powodu stresu" bądź "z powodu przepracowania" portierzy, sprzątaczki i pielęgniarki spędzali w domu dobre pół roku, wciąż otrzymując pensje. Dopiero przyłapywani notorycznie w pubach bądź na zakupach pojawiali się przed ciągnącymi się miesiącami sprawami przed trybunałem pracy.

Odkrycia były chwilą rozrywki w nudzie 8-godzinnego dnia pracy. Najbardziej wyczekiwałam jednak przerw, zwłaszcza obiadowej, podczas której można było przejść się po szpitalnym osiedlu. I te spacery pamiętam najlepiej. Zadziwiła mnie cisza panująca w okolicy. Nie słyszałam żadnych krzyków. Nie byłam świadkiem żadnych napadów agresji. Pacjenci snuli się sporadycznie w południe między domkami. Wyglądali jak naćpani, co uznałam za efekt współczensego podejścia do chorych psychicznie, których faszeruje się ogromną iloscią prochów. Musieli mnie brać za jedną z lekarek czy pielęgniarek, bo każdy bez wyjątku, witał mnie zwyczajnym „dzień dobry”.

Szpital jest ogrodzony, ale bez przesady. Mieści się przy ulicy, ma kilka bram w niewysokim płocie, szeroko otwartych każdego dnia. Właściwie to można powiedzieć, że jest łatwo dostępny zarówno dla wchodzacych jak i wychodzących. Zaskoczyło mnie to, że pacjenci mogą swobodnie wyruszać na osobiście wytyczone eskapady. Może jednak wędrówki po okolicy są możliwe jedynie w teorii? Przechadzając się po dalszych częściach Littlemore, dzielnicy, która ma klimat małej, średniowiecznej wioski, nigdy nie spotkałam nikogo, kto mógłby wyglądać jak pacjent szpitala, czyli de facto byłby nafaszerowany prochami. Jedynie tuż przy bramie, gdzie mieścił się przystanek autobusu, wieczorami, jak na powrót zapadała gęsta ciemność, robiło się gęściej i głośniej. Pacjenci przysiadywali sobie na ławeczce. Wydawali z siebie dźwięki przypominające egzotyczne ptaki. Mówili do siebie. Człowiek o ogromnej głowie wieczorami wychodził na spacer jedną bramą, przechodził przez przystanek i dalej wracał „do siebie” przez drugą bramę. Potem ginął w ciemnościach osiedla, kiedy mój rozklekotany autobus odjeżdzał z powrotem do centrum miasta, gdzie samo wspomnienie o szpitalu wydawało się tak kuriozalne, że aż niemożliwe.

Do dziś zastanawiam się nad sensem tej prochowej terapii. Czy ona rzeczywiście ma znieczulić tak mocno, by obezwładnić schorowany umysł i uniemożliwić nawroty czy ataki? A potem w półformie i ćwierćświadomości przywrócić chorego do pozornego bycia na powrót częścią społeczeństwa? A może to bardziej perfidny zabieg współczesnych doktorów, który ubezwładniając pacjentów, mają po prostu spokój?

Dwa tygodnie w Littlemore były chyba najkrótszą i najdziwniejszą pracą dorywczą, jaką kiedykolwiek dostałam. A Wy pamiętacie swoje pierwsze doświadczenia pracownicze czy sezonowe prace?

piątek, 19 czerwca 2009

Madness and Modernity, Londyn

 

1.Pacjenci Salpêtrière, doktor Charcot i Egon Schiele

Francuski doktor Charcot, nauczyciel Freuda wierzył, że choroby psychiczne rodzą się w ciele. Z pasją fotografował zdeformowane ciała swoich pacjentów i publikował je w periodyku dla neurologów Nouvelle Iconographie de la Salpêtrière. Zdjęcia pokazywały nagich, powykręcanych mężczyzn patrzących się nieobecnymi oczami w stronę robiącego zdjęcie. Eksponowały deformacje i zwyrodnienia. Były nowością, bo niewielu przed doktorem Charcot trudniło się podobnym zajęciem. Fotografiami interesował się nie tylko światek medyczny z końca XIX wieku. Mijające stulecie, modernizm, wyczerpanie psychiczne rodziły społeczne stany podrażnienia i neurotycznych wybuchów, więc zdjęcia obłąkanych pacjentów szpitala psychiatrycznego przemawiały również do wyobraźni artystów, którzy widzieli w nich znak swoich czasów. I temu właśnie połączeniu psychiatrii i sztuki poświęcona jest londyńska wystawa Madness and Modernity, na którą wybrałam się z ogromnym zaciekawieniem.

Egon Schiele zdjęcia doktora Charcot analizował z obsesją. Co więcej, zaczął się z bohaterami fotografii utożsamiać.  By wyglądać tak jak oni, przeszedł skrajne odchudzanie. Kiedy ciało nabrało kościstych czy wręcz anorektycznych kształtów, rozpoczął malowanie autoportretów. Przedstawiał się nago z grymasem na twarzy, powyginanymi rękoma, wielką głową i jeszcze większą czupryną. Klęczał, wykrzywiał się i masturbował. Nic więc dziwnego, że wśród mu współczesnych, jego prace uważano za szokujące czy wręcz świadczące o obłąkaniu artysty. Zresztą patrząc na nie teraz z perspektywy stu lat, odczucia są do pewnego stopnia zbliżone. Schiele budzi we mnie niepokój. Jego grymasy wciąż straszą i trudno wobec nich przejść swobodnie. Na wystawie pokazywane są niestety tylko reprodukcje.

Skrajność Schielego wynikała co najmniej z dwóch rzeczy. Schiele czuł ogromną potrzebę wybicia się z kręgu austriackich malarzy, znanych eksperymentatorów takich jak Klimt, Kokoschka czy Oppenheimer. Ich obrazy były nowatorskie, kontrowersyjne. Schiele musiał więc zrobić krok dalej, co pchnęło go w stronę ekstremum i całkowitego obnażenia. Być może malarz, tak jak jego ojciec naznaczony był syfilisem (Egon w wieku 15 lat widział, jak jego ojciec umierał na kiłę).

W swoim krótkim życiu Schiele doświadczył wielu burzliwych romansów, aresztowanie i uwięzienie za malowanie pornografii. Londyńska wystawa pokazuje jedynie te prace Schielego, które wiążą się z jego fascynacją szaleństwem. Przechodząc po tej niewielkiej przestrzeni, przypominałam sobie jego inne prace, które kilka lat temu widziałam w muzeum sztuki w małym miasteczku - w Českim Krumlovie w Czechach, gdzie Schiele przez pewien czas mieszkał ze swoją 17-letnią kochanką. Wszystkim zaciekawionym polecam odwiedzenie tego muzeum, bo tam zobaczycie, jak malarz przedstawiał kobiety.

Pacjent szpiatala psychiatrycznego, doktor Charcot, Egon Schiele

Od lewej: pacjent szpiatala psychiatrycznego Salpêtrière | doktor Charcot | autoportrent Egona Schiele.

Fotografie pochodzą z "Madness and Modernity. Mental Illness and the Visual Arts in Vienna 1900, ed. G. Blackshaw, L. Topp. Składanka własna

 

2. Cierpiący Wiedeńczycy, Freud, Kokoschka i Oppenheimer

Powróćmy jednak do pacjentów doktora Charcot. Przebywali zamknięci w murach szpitala psychiatrycznego, tradycyjnej bryle architektonicznej w środku miasta. Wraz z końcem stulecia podejście do instytucji dla obłąkanych zaczęło się jednak zmieniać, bo nagle odkryto, że cywilizacja i wielkomiejskie życie ma wpływ na zdrowie psychiczne mieszkańców i tym samym leczenie wszelkiego rodzaju nerwic, depresji, histerii i hipochondrii odbywać powinno się w zgodzie z naturą, na obrzeżach metropolii. Wreszcie nadpobudliwość i ekscentryzm stały się modne. I wielu rozdygotanych Wiedeńczyków z końca XIX wieku poczuło, że powinni się zacząć leczyć. A miejsc dla zamożnych pacjentów nie brakowało. Zanim powiem słówko o instytucjach, muszę wspomnieć o człowieku, który przyciągał tłumy do swojego gabinetu w Berggasse. Freud był uczniem Charcot, ale w swojej praktyce odżegnywał się od propagowanych przez nauczyciela poglądów, jakoby to choroba psychiczna rodziła się z patologii ciała. Dla Freuda nerwice powstawały z traumy żyjącej w pamięci i wspomnieniach. Swoją pracę porównywał do pracy archeologa, do wydobwania czegoś cennego z głębi . Nad kozetką, wyłożoną wschodnim dywanem powiesił w gabinecie reprodukcję z rzeźbami staroegipskimi, przypominającą  o jego misji. Dodatkowo namiętnie kolekcjonował statuetki z czasów antycznych. Jego klientela była przede wszystkim zamożna a on miał dla nich czas w swoim prywatnym gabinecie.

Zamożnych obsługiwali też znani wiedeńscy malarze z przełomu wieków. I Kokoschka, i Oppenheimer potrafili zarówno swoich patronów jak i krytyków wprawić w niemałą konsternację. Londyńska wystawa pokazuje, jak obaj rozwinęli technikę portretu psychologicznego. Między sobą Kokoschka z Oppenheimerem kłócili się o to, kto był pierwszy. Rywalizacja była ogromna. A porterty psychologiczne znanych mieszkańców Wiednia straszyły powykrzywianymi rękoma i niepokojącą poświatą wokół głowy. Krytycy widzieli w nich przedstawienia gnijących od środka ciał. Dla mnie są ciekawą próbą przełamania klasycznej, statycznej techniki tworzenia portertów. Widzę w nich też próbę zajrzenia w stan emocji portretowanego a wreszcie i rozdygotaną atmosferę Wiednia z końca wieku. Oglądając je, nie mogę się oprzeć porównaniu z portretami Witkacego, kreślonymi nerwową kreską, znaczącą tajemniczą poświatę. O proroczych właściwościach portretów pisała kiedyś Joanna Siedlecka w swoim świetnej reprterskiej książce "Mahatma Witkac".

Pacjent szpitala psychiatrycznego, Zygmunt Freud, portret Oskara Kokoschki

Od lewej: portret pacjenta szpitala psychiatrycznego we Wiedniu | portret Z. Freuda namalowany przez Oppenheimera (zadziwiająco klasyczny w swojej formie) | portret psychologiczny L. Janikowskiego pędzla Kokoschki. Fotografie pochodzą z "Madness and Modernity. Mental Illness and the Visual Arts in Vienna 1900, ed. G. Blackshaw, L. Topp. Składanka własna


3. Frau St i Rädler, ówcześni psychiatrzy, Otto Wagner

Szalony Witkac? Czy na takiego się kreował, kiedy w różnego koloru skarpetkach maszerował po Zakopanem, przekrzywiając twarz w stronę przechodniów? Moim zdaniem jego życie i twórczość komponowały się ze świadomie obraną strategią nie szalonego, ale dandysa.  I z tej perspektywy wolę na niego patrzeć.

Ciekawe, że pomimo długiej już historii fascynacji szaleństwem, to prace artystów, którzy uwielbiają ten temat a nie wytwory samych obłąkanych, są przedmiotem publicznej prezentacji i dyskusji. Wydawałoby się, że o twórczych szaleńcach historia sztuki powinna mieć spory rozdział. Co zatem tworzą schizofernicy, psychopaci, fetyszyści, bulemicy? Londyńska wystawa pokazuje prace dwóch pacjentów z wiedeńskich szpitali.  Frau St. cierpiała na to, co dziś nazywamy schizofrenią. W samotności psychiatrycznej placówki wycinała z gazet i kartek fragmenty, tworząc z nich długie collage'e. Josef Rädler cierpiał na to samo. Kiedy mógł, malował. Głównie sceny ze szpitala, innych pacjentów, autoportrety. Sam nazywał się śmiejącym się filozofem. Śmiał się zapewne w duchu, bo na autoportretach nawet uśmiechu brakuje. Malować mu pozwalano, bo wtedy nie sprawiał problemów. Obrazki zdobił kwietnymi motywami i często tekstem. Część z długich napisów została z niemieckiego przetłumaczona na angielski. Reszta, jak wspominał kurator wystawy, pozostała w oryginale, bo nie bardzo wiadomo, jak strumienie świadomości Rädlera przełożyć.

Artystyczna ekspresja Frau St. i Rädlera nie była doceniona ani w żaden sposób wykorzystana przez lekarzy (de facto obrazki mężczyzny znalazła jedna z pielęgniarek szpitala psychiatrycznego na śmietniku). Psychiatrzy dalecy byli jeszcze od wprowadzania terapii przez sztukę. Trzeba jednak przyznać, że interesowali się swego rodzaju reprezentacją, w dużej mierze jednak dotyczyła ona chorób. Na wystawie Madness and Modernity przedstawione są odlewy głów pacjentów wykonane przez lekarzy. Są też portrety pacjentów wykonane na ich zamówienie. Psychiatrzy zlecali też wykonanie rzeźb, zwykle kobiet, łączących w sobie demoniczną stronę chorób z łagodnymi kształtami. Co więcej, przy budowie nowoczesnych w tamtym czasie miejsc dla umysłowo chorych nawiązywała się między architektami a lekarzami ciekawa współpraca. W tym duchu powstała ogromna placówka na obrzeżach Wiednia- Szpital Steinhof w nowatorskim kształcie. Zamiast jednej bryły rozległy teren pokryty został kilkudziesięcioma pawilonami, otoczonymi ogrodami. Projekt przygotował jeden z najwybitniejszych architektów epoki - Otto Wagner. Jego największym osiągnięciem był zdecydowanie kościół: secesyjna, perfekcyjnie wykonana świątynia mieszcząca się tuż za pawilonami. Przemyślana w każdym detalu tak, że nawet zakrystia mogła być wykorzystywana do nagłego udzielania pomocy chorym. Wagner zajął się każdym szczegółem. Zaprojektował krzesła, pokoje, sprzęt do ćwiczeń a nawet tapety. Te nowe przestrzenie lekarze wypełnili modnymi wtedy urządzeniami, m.in. klatką elektryczną, w której pacjentów poddawano terapii elektrowstrząsowej, zwłaszcza kobiety cierpiące na histerię.

Pacjent szpitala psychiatrycznego, reklama sanatorium, rzeźba secesyjna

Od lewej: portret jednego z pacjentów namalowany przez Rädlera | reklama nowoczesnego szpitala-sanatorium Steinhof we Wiedniu | rzeźba secesyjna, wykonana specjalnie w ramach artystycznych dekoracji szpitala.

Fotografie pochodzą z "Madness and Modernity. Mental Illness and the Visual Arts in Vienna 1900, ed. G. Blackshaw, L. Topp. Składanka własna


Wystawa Madness and Modernity pokazuje w szerokiej perspektywie atmosferę Wiednia z końca XIX wieku, miasta, które było wtedy centrum osiągnięć psychiatrii i twórczości wybitnych secesjonistów i ekspresjonistów. Wystawa jest mała, ale w wielki sposób pokazuje, jak inspirowały się nawzajem sztuki piękne i medycyna. Obejrzałam ją  w skupieniu. Wiele pytań i wątpliwości pojawiło mi się w głowie. O nich jednak innym razem.

***
Madness and Modernity. Mental Illness and the Visual Arts in Vienna 1900.
Wellcome Collection, Londyn. Otwarta do 26 czerwca. Wstęp wolny.

środa, 17 czerwca 2009

Od kilku dni po pracy spokojnym krokiem podążam w stronę Instytutu Języków Germańskich i Romańskich (Taylorian Institute), żeby zaszyć się w ciszy czytelni na drugim piętrze. Raz siadam przy starym, drewnianym biurku między półkami piętrzącymi się na 4-5-metrowym regale, biurku przy oknie z widokiem na jedną z głównych ulic Oksfordu. Jestem wysoko nad skrzyżowaniem. Samochody suną do i z centrum. Stojące po drugiej stronie ulicu kolegium Św. Jana, czyli jeden z uniwersyteckich college’y, zatapia się lekko w ziemie od czasów średniowiecza. Od dwóch lat dodatkowo nosi na swojej przedniej fasadzie umarłą, rozcapierzoną latorośl. W tym stuleciu nikt jej pewnie nie usunie – mamroczę do siebie.

Innym razem siadam po drugiej stronie, też przy oknie, skąd widać Ashmolean Museum i ciągle pusty placyk przed nim. Museum jest w trakcie rozszerzania się i w zwyż i w szerz, więc placyk poświeci pustką aż do końca roku, do momentu otwarcia przemienionej instytucji z powrotem dla publiczności. Obecny budynek mieści w sobie między innymi kolekcję dziwactw, którą zebrał XVI-wieczny królewski ogrodnik podczas swoich podróży przez świat, kiedy to szukał dla monarchy najpięknieszych roślin kontynentów. Z tego powstało pierwsze na świecie muzeum. Muszę jednak oderwać wzrok od budynku, żeby myśli przestały krążyć wokół tych wszystkich kuriozów, które przychodziłam niedgyś oglądać w Ashmolean.

Za mną jest to, czego nie widać, czyli wielki Randolph Hotel, zbudowany w gotyzującym stylu, do którego trafiają gwiazdy odwiedzające co jakiś czas małe miasteczko Oksford. Jak opowiadają Słowaczki, pracujące w hotelu jako pokojówki, kiedyś zatrzymał się tam Michael Jackson i nie pozwolił, by żadna osoba z obsługi patrzyła się na jego twarz. Dziewczyny za każdym razem relacjonują opowieść o tym, jak to musiały wgapiać się w podłogę, ilekroć zjawiły się przy wielkim gwiazdorze, z nieukrywaną złością. Nie było nikogo innego, na kogo mogłyby się patrzeć. Jeżeli im wierzyć, gwiazda pop-upu zarezerwowała dla siebie cały, ponad 200-pokojowy hotel.

Myśli wracają do wnętrza Instytutu. Jest cicho. Ostatni studenci doczytują literaturę, znajomość której musi być niezbędna na egzaminacyjne zmagania. Ktoś z wigorem klepie w klawiaturę. Och, jak bardzo bym chciała, zeby mój długopis przesuwał się po kartce równie szybko jak ręce brodatego mężczyzny po klawiaturze! Tymczasem włoskie wyrazy wchodzą na papier w prawdziwie mozolnym trudzie. Piszę zaległy esej, kurs zaraz się kończy, trzeba się pospieszyć. Słowa jednak tego nie rozumieją. Pojawiają się z opóźnieniem, właśnie wtedy, kiedy myśl już ucieka i nie ma czego zapisać. Tyle mam do powiedzenia o współczesnych Włoszech, tak mało jednak umiem oddać na papierze.

Na dole na parterze siedzi portier. Młody chłopak, chyba obcokrajowiec. Nie wiem, bo nigdy oprócz zwykłego dzień dobry i dowidzenia nie zamieniliśmy ze sobą wielu słów. Ilekorć przechodzę koło jego kanciapy na dole przypomina mi się ta niezwykła postać z książki Mariasa All Souls - 90-cio czy 100-letni portier, który co dzień wędrował w czasie do lat 20-tych, kiedy był jeszcze młody, do lat wojny, do śmierci żony w latach 60-tych. Tego pana oczywiście już nie ma. A moje myśli galopują dalej. Czy ja kiedykolwiek skończę ten esej?

piątek, 12 czerwca 2009

Javier Marias All SoulsCzy potraficie zgadnąć, co to za miasto: zakonserwowane jak w syropie, nieżyczliwe, miejsce, w którym istotniejsze jest by być niż cokolwiek zrobić? To miasto wielbiące pieniądze i plotki, pełne samotnych kawalerów z ogromnym poczuciem ważności, brzydkich sekretów, podsłuchujących i podsłuchiwanych. Jego mieszkańcy nie potrafią mówić otwarcie ani patrzeć się wprost na innych. Robią to dyskretnie, skrycie, kiedy inni nie widzą.

Nawet jeżeli jeszcze nie wiecie, o czym mowa, skończę na tym wyliczankę i podam odpowiedź. Chodzi o Oksford, a dokładnie Oksford widziany oczami Javiera Maríasa w "All Souls" (oryg. "Todas las Almas"), z perspektywy dwuletniego pobytu bohatera na oksfordzkiej uczelni. Jak się sami przekonacie, pobyt ten był bardzo samotny.

Oksford Maríasa to przestrzeń uczelni z lat 80-tych, obraz przesadzony, wyostrzający jej dziwactwa niemalże do karykaturalnych wymiarów. Świetnie tworzy oksfordzkie mity: wyniosłych nauczycieli akademickich, oczywiście głównie mężczyzn (po angielsku nazywani się "dons", słowo to używane jest głównie w Oksfordzie i w Cambridge. Ciekawe jest to, że w amerykańskim angielskim słowem "don" określa się mafijnego bossa) prowadzących podwójne życie, samotnych, zagubionych graczy wewnętrzej polityki uczelni czy osławionych kolacji w college'ach. Jest to wspaniałe miejsce do nieudanego romansu czy bezcelowych spacerów przez miasto, ale o tym za chwilę.

Powieść jest realistyczna i Maríasowi udało się trafnie określić uczucie, które towarzyszy nowoprzybyłym do Oksfordu - poczucie nieżyczliwości miasta. Przeżyłam do na własnej skórze, więc napiszę słów kilka na ten temat, zanim przejdę do samej książki. Życie miasta to w dużej mierze życie samej uczelni, a ta lubi chronić swoje prawo wyłączności. Większą część centrum zajmują uniwersyteckie college'e, a wstępu do nich bronią portierzy i małe, ale grube drewiane bramy. To, co dzieje się za murami uczelni, pozostaje niedostępne dla nowoprzybyłych. Pamiętam to głębokie uczucie wykluczenia, które towarzyszyło mi przez pierwsze tygodnie. Oksford nie jest miastem, przez które można swobodnie przechodzić, chłonąc jego rytm. Uczelnia wyznacza godziny odwiedzin college’y i sam zakres wizyty, ograniczający się zwykle do przedniego dziedzińca i części ogrodów. Oksford ma zupełnie inny charakter niż Cambridge, gdzie nowoprzybyli mogą swobodnie poruszać się przez ogromne posesje college'y i ich malownicze parki. Oksford kojarzy się z murem i zamknięciem, przez co pewnie tym lepiej podchodzi pod scenografię dla powieści kryminalnych, których o mieście napisano całe mnóstwo.

Nieżyczliwość miasta bardzo mnie bolała. Nie wiedziałam, jak je podejść i oswoić. Niewiele się zmieniło, jak zaczęłam w niewielkim zakresie godzin uczyć na uczelni przez pewien czas. Byłam właściwie kompletnie zdana na siebie. Co prawda większość bram do college’y i bibliotek się otworzyła, ale poczucie osamotnienia zostało. Nikt mi nie towarzyszył, nikt się nikim nie interesował. I to poczucie świetnie ujął Marías, którego bohater zjawia się w Oksfordzie na dwa lata jako visiting professor. Jego odkrywanie uczelni to pasmo samotnych i bolesnych doświadczeń, opisanych często z humorem, jak sławetna kolacja w college'u All Souls.

I tutaj słówko wyjaśnienia. Uniwersytet Oksfordzki składa się z 38 college'y, które są autonomicznymi jednostkami, mają własnych nauczycieli, studentów, którym oferują zakwaterowanie w budynku college'u bądź w innych miejscach, będących własnością uczelni. All Souls jest jednym z najbardziej kuriozalnych - nie ma w nim studentów pierwszego stopnia (tzw. undergraduates), nie można tam aplikować, college sam wybiera sobie pracowników, zwykle spośród najwybitniejszych głów (na marginesie profesor Kołakowski jest członkiem All Souls). Bohater Maríasa trafia na kolację do tego college'u, gdzie obowiązuje osobliwa etykieta. Podczas jedzenia trzeba zabawiać siedzących obok rozmową, dyskutując przez siedem minut z tym, kto siedzi po twojej lewej stronie i pięć minut z tym po prawej. I tak w kółko. To jedna z najbardziej udanych scen w książce. Z własnego doświadczenia mogę dodać, że rytułał nie jest kontynuowany. Podczas kolacji w All Souls nie musiałam odwracać głowy raz w jedną raz w drugą stronę, chociaż tak jak w powieści Maríasa siedzący przy stole byli w większości mężczyznami. A dokładnie rzecz biorąc, byłam jedyną kobietą i było to dość dziwne uczucie. Rozmowa też nie była najłatwiejsza. Siedziałam obok wielkiego statystka, który badał migracje ludzi w Londynie (od niego dowiedziałam się właśnie, że Polacy w brytyjskiej stolicy osiedlają się w dzielnicach wcześniej należących do Pakistańczyków i Australijczyków, wypierając tą ludność do dalszych dzielnic), kardiologa, który przeprowadza operacje przez internet, byłego wojskowego, który pisał historię wojennych przemarszy, nie pamiętam już gdzie i kiedy) i ciekawego humanisty z Kazahstanu, który niestety nie mówił po angielsku a ja po rosyjsku, więc nie mogliśmy sobie porozmawiać.

All Souls College, Oksford

All Souls College, Oksford

Zrobiła się z tego długa dygresja. Wróćmy do książki. "All Souls" to powieść pełna samotności i zagubienia. Główny bohater próbuje sobie jakoś wypełnić czas w Oksfordzie, w którym nie ma za wiele do zrobienia, bo uczelnia wiele od niego nie wymaga. Wypełniaczem czasu są spacery po mieście, czytanie prasy w Taylorian Institute (znanej bibliotece, głównie dla tych, którzy studiują języki germańskie i romańskie. Bardzo lubię to miejsce, ale o nim innym razem), sporadycze zajęcia ze studentami, wyjazdy weekendowe do Londynu i przelotne miłości. Powieść nie ma główego wątku, któremu podporządkowana jest fabuła. To raczej zbiór obrazów z dwóch lat samotności, pomimo tego, że książka zaczyna się i kończy się historią romansu z panią profesor.

Fascynujący jest bogaty język Maríasa. Drażni mnie jednak jego manieryzm, umiłowanie do powtórzeń tych samych myśli i zwrotów, obsesja umieszczania zdań w nawiadach. "All Souls" to krótka powieść, więc tego typu zabiegi wydały mi się w niej męczące. Powieść nie jest może artystyczną wyżyną, ale polecam ją, zwłaszcza tym, którzy mają ochotę na oksfordzkie dziwactwa zakonserwowane w hiszpańskiej prozie.


***

Javier Marías
"All Souls" (oryg. Todas las almas, 1989)
tłum. Margaret Jull Costa
Książka została przetłumaczona na polski jako "Wszystkie dusze"

wtorek, 09 czerwca 2009

Właśnie rozpoczął się przedostatni tydzień ostatniego trymestru na uniwersytecie, zwanego Trinity Term, bo jego koniec zbiega się z niedzielą Trójcy Przenajświętszej (czyli Trinity Sunday), przypadającą osiem tygodni po Wielkanocy. Lubię ten moment, bo pełen jest wigoru. Studenci w tradycyjnych uniwersyteckich wdziankach (czarna toga z falującymi dwoma skrzydłami, goździk przypięty do klapy, mężczyźni dodatkowo z muszką, kobiety z czarną wstążką wokół kołnierzyka białej koszuli) przemierzają miasto w stronę Examination School, gdzie zdają ostatnie egzaminy. Część sunie na rowerach, czarne skrzydła powiewają na wietrze, który jak na czerwiec jest wciąż nieprzyjemnie zimny. Na wąskich, krętych uliczkach Oksfordu, wypchanych brukiem słychać też stukot czarnych butów uniwersyteckich profesorów. Zmierzają w to samo miejsce. Wiatr fikuśnie rozwiewa im frędzlowate zakończenie uniwersyteckiej czapki.

Studenci unierwersytetu w Oksfordzie

Studenci Oksfordzkiego Uniwersytetu w tradycyjnych strojach

Ruch wokół egzaminów potęgowany jest przez tych szczęśliwców, którzy stres mają już za sobą i w przekolorowych strojach oblewają zakończenie roku w okolicznych pubach. Powoli zaczynają pojawiać się też zakończeniowe bale. Panny w pięknych długich sukniach, subtelnie odkrywających młodzieńcze ciała wędrują w asyście młodzieńców przez miasto, zimne, mokre na całonocny bal w college’ach. Miasto bez pytania zmienia się w teatr.

Tyły college'u St John, w oczekiwaniu na bal

W oczekiwaniu na letni bal...

Siódmy tydzień ostatniego semestru to też  czas ostatnich wykładów, spotkań, seminariów. Wszystko upchane, byle tylko zmieściło się w rygorach ośmiu semestralnych tygodni.  Wczoraj odbył się ciekawy wykład o miejscu, które zniknęło już dawno z pierwszych stron gazet, nad którym telewizyjny spiker tylko ziewnąć może, a którego dramat ciągnie się po cichu dalej. I to interesuje mnie najbardziej. Dramat niewidziany przez innych. Nikogo nie dotyczący poza tymi, którzy w nim uczestniczą. W mieście L’Aquila we Włoszech ludzie od dwóch miesięcy mieszkają w namiotach. 70-tysięczne miasto rozerwane i rozstrzępione przez trzęsienie ziemi żyje prowizorycznie poza miejskimi granicami. Statyczny obraz zniszczenia jest nie mniej uderzający od fotografii przybitych mieszkańców namiotów. Zdjęcia przywiózł z L’Aquili i o miejscu opowiadał Andrew Hopkins, jeden z profesorów tamtejszego uniwersytetu podczas wczorajszego spotkania w Taylorian Institute w Oksfordzie. Większość z jego studentów wyjechała do domów. Zostali tylko ci z ostatniego roku, w namiotach zdający egzaminy na uniwersytecie, który de facto się rozleciał. Ich wydział zmienił się w kupkę gruzu, z którego wystają tylko wyszczerbione pozostałości po ścianach. Biblioteki też nie ma. Książki zagrzebały powalone mury.

L'Aquila po trzęsieniu ziemi

L'Aquila po trzęsieniu ziemi - zdjęcie z Wikipedii

L’Aquilę zdjęto z międzynarodowych afiszów pod tytułem tragedia, pomimo że ten dramat wciąż trwa. Katorga życia w namiocie, kilka kilometrów od własnego domu, do którego nie można wrócić, tylko się powiększa. Dni stają się coraz gorętsze, noce są zimne. Zakupy przywożą ludzie z Protezione Civile. To oni gotują dla mieszkańców. Dla ubezwłasnowolnionych.

Całe miasto stoi opustoszone, pilnowane przez wojsko. Miasto widmo. L’Aquila mieści się w najbardziej sejsmicznym punkcie Włoch. Czy warto ją odbudować? Czy mieszkańcy odejdą w inne miejsca? Czy z pamięci będą mogli wymazać poranne zakupy na piazza catedrale, spacer wąskimi uliczkami do biura lokalnych władz, gwar studentów kręcących się po mieście?

poniedziałek, 08 czerwca 2009

Sprawy związane z polityką zwykle mało mnie obchodzą. Wyniki zeszłotygodniowych wyborów wprawiły mnie jednak w niemałą konsternację. Ku mojemu zdumieniu wygrała bowiem Partia Konserwatywna i jest to dla mnie dziwne z dwóch powodów. Pierwszy powód związany jest z nastrojami społecznymi po ciągnącym się od kilku tygodniu skandalu  wokół wydatków posłów, którzy pieniądze podatników marnowali w najbardziej przemyślny sposób (począwszy od zakupów drugich domów po oczyszczanie fosy wokół własnej posesji). W skandal zamieszani są zarówno posłowie rządzącej partii (Partii Pracy) jak i konserwatyści. Tym samym wydawałoby się, że opinia społeczna swoje oburzenie będzie demonstrować po równo dla każdego. Tymczasem z jakiegoś nieznanego mi zupełnie powodu tak się nie stało. Partia Pracy dostała kopa, a konswerwatystom się upiekło.

Drugi powód związany jest z historią partii rządzących w Wielkiej Brytanii. Od wielu wielu wielu lat rządzą na przemian laburzyści bądź konswerwatyści. Wydawałoby się, zwłaszcza w obliczu obecnego skandalu, że Brytyjczycy będą mieli ochotę na dużą zmianę, że wysuną do pierwszego szeregu mniejszą partię - alternatywną do dwóch dużych- Liberalnych Demokratów. Tymczasem wcale tak się nie stało. Zabrakło odwagi? A może nikt nie ma jednak ochoty nic zmieniać? Od stulecia polityczna huśtawka bujała się od laburzystów do konserwatystów. Czy tak naprawdę zostanie?

piątek, 05 czerwca 2009

Ilekroć sięgam pamięcią do poniedziałkowego popołudnia, tyle razy napotykam na czarną a właściwie szarawą dziurę w pamięci. Próbuję ułożyć to w logiczną całość, dodać te obrazy, których mi brakuje, ale wciąż nie potrafię. Pamiętam tylko tyle: jechałam rowerem pod górę do domu, kątem oka zapamiętałam czarny samochód, który stał na przeciwnym pasie, chcąc przejechać na drugą stronę i dostać się do uliczki, tej właśnie, którą ja mijałam. Potem jest taki moment, kiedy jestem w powietrzu: błyskawiczny, oderwany, ja nad kierownicą. Później nie ma już nic, do momentu, jak zbiega się tłumek - ludzie pojawiający się z nikąd, z troską zbierający mnie z ulicy. Umiem wyobrazić sobie siebie na tej ulicy, ciało powykręcane, rzucone  na ziemię jak kleks na papier. Później już wszystko odbywa się na nogach. Jestem w euforii, widzę świat z normalnej wysokości  i chcę wsiadać na rower, żeby jechać do domu. Niedorzeczność tego, co mówię odnajduję w oczach zebranych. W międzyczasie pojawia się sprawczyni wypadku, we łzach, rozdygotana, powtarzająca, że mnie nie widziała. Serdeczny tłumek rozdziela się: część uspokaja kobietę, druga część próbuje przemówić do mojego rozsądku (rozsądku, czy raczej zmysłów, do których nic nie dotarło). Sympatyczny dresiarz  powtarza: "take care, love" ("dbaj o siebie, moja droga"). Przemiły Irlandczyk zabiera mnie z ulicy, przynosi lód od kolegi z pubu, żeby zrobić okład.  Jest przekonany, że coś musi mnie boleć, ale ja nie czuję bólu, tylko głębokie pomieszanie. "You Polish are tough" - sympatycznie się uśmiecha ("Wy Polacy jesteście twardzi"). Uśmiecham się do niego, ale nie rozumiem, co do mnie mówi.

Od poniedziałku zmagam się z pamięcią i wyobraźnią (której zwykle mi nie brakuje). I niewiele potrafię osiągnąć. Powinnam się cieszyć, że przykre obrazy nie nawiedzają mnie w nocy i że oprócz słuczonej nogi i zwichniętej kostki nic mi właściwie nie dolega. Tymczasem siła silniejsza od nocnej, twórczej pracy umysłu przychodzi co ranka i zaczyna ten sam sprawdzian od nowa: ulica wijąca się w górę wzgórza, samochód po lewej czekający, żeby przejechać na drugą stronę, czarny, potem ja w powietrzu...

wtorek, 02 czerwca 2009

... to znaczy, że sprawa musi być poważna. A cóż może być poważniejszego dla każdej z politycznych partii, jak nie zbliżające się wybory. W Wielkiej Brytanii to wybory podwójne:  do samorządów i do Parlamentu Europejskiego. Nigdy wcześniej nie dostałam tylu agitacyjnych listów niż właśnie przed 4 czerwca br. Co więcej, nigdy wcześniej żaden z polityków nie złożył mi domowej wizyty. W maju przyszło aż dwóch.

Pierwszy młody chłopak z partii Liberalno-Demokratycznej z przerażeniem zadzwonił do drzwi. Niepokój ostro wymalował mu się w oczach, którymi śledził każdą subtelną zmianę w mojej reakcji na to, co opowiadał o swojej trosce o dzielnicę. Słowa wyrzucał z siebie, jakby go dławiły w gardle. Zjadała go wrodzona nieśmiałość i pewnie wcześniejsze doświadczenia (założę się, że wiele osób zamknęło mu drzwi przed nosem). Kiedy sytuacja osiągnęła najwyższy poziom zażenowania, pożegnaliśmy się grzecznie. Zrobiło mi się go szkoda: chłopak musi przechodzić piekło.

Po dwóch tygodniach przyszła jego starsza koleżanka partyjna, jak się okazało, bardzo wprawiona w domowych wizytach. Zjawiła się niezapowiedzianie jednej wietrznej soboty. Rozmowę zaczęła od przeprosin za to, że wiatr rozwiał jej włosy. Zdębiałam. Pierwsze przeprosiny wydały mi się nawet zabawne, drugie za to wzbudziły mój niepokój. Przy czwartym "I do apologise" ("naprawdę przepraszam")  byłam już zalarmowana, zastanawiając się, dokąd ta rozmowa nas zaprowadzi i czy pani przypadkiem nie potrzebuje pomocy jakiegoś specjalisty od neuroz.  W końcu przeszłyśmy do konkretów:  panią polityk interesowało moje zdanie na temat bałaganu, który rzekomo tworzy największy rywal liberalnych demokratów w Oksfordzie - Partia Pracy. Innymi słowy chodziło o rozmowę o wspólnym wrogu, raczej niż o programie reprezentowanej partii. I taki niestety charakter ma cała kampania polityczna największych partii w Wielkiej Brytanii. Ulotki konserwatystów, Partii Pracy i Demokratów zachęcają przede wszystkim do negatywnego głosowania: "głosujmy przeciw takiemu i takiemu ugrupowaniu" zamiast "głosujcie na nas, bo by zmienimy to i tamto." Program polityczny przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Liczy się tylko społeczna czy polityczna zemsta. A w obecnym klimacie ciągnącego się od trzech tygodni skandalu wokół wydatków parlamentarzystów (którzy otrzymywali zwroty kosztów za kredyty na drugie domy, mieszkania dla dzieci, nawozy do ogrodów, nowe toalety w prywatnych posiadłościach itp. Wszystko finansowane z podatków mieszkańców), złość społeczeństwa nie jest żartem.

Na ulotce Partii Pracy dominują z kolei Konsweratyści

Ulotka wyborcza Partii Pracy zaczyna się od krytyki przywódcy rywalizującej Partii Konserwatywnej

I tutaj powracamy do listu od Gordona Browna, który swoją partię przedstawia w opozycji  - opozycji do największego wroga ma się rozumieć, czyli konserwatystów. "My staniemy za tobą i twoją rodziną - nie odejdziemy, jak zrobili to konserwatyści podczas recezji w latach 90-tych" - zapewnia premier. Stanie murem kontra porzucanie, wspieranie a pozostawienie na łasce – treść listu zbudowana jest wokół prostych kontrastów. Wybór jest więc już dokonany za wyborcę. On tylko powinien pójść do urny i skreślić, gdzie trzeba.

Jeszcze niżej w kategorii wyborczego stylu plasuje się Partia Konserwatywna, która w swojej ulotce wykorzystuje tytuły artykułów z prasy brukowej, żeby zdyskredytować partię rządzącą. Jaki jest powód, żeby głosować na konserwatystów? Otóż "To vote for change - if you’re sick of Gordon Brown’s hopeless government" ("Głosuj za zmianą - jeżeli masz dość beznajdziejnych rządów Gordona Browna"). Innymi słowy, głosuj na nas, żeby dokopać rywalom.

Na plakacie Konserwatystów więcej jest o Partii Pracy niż o nich samych

Na plakacie Konserwatystów więcej jest o ich rywalu - Partii Pracy niż o nich samych

Nie wiem, czy trzy największe partie zdają sobie sprawę z krótkowzroczności tej polityki. Naturalną reakcją na negatywizm jest przecież szukanie alternatywy. Tym samym mam silne przeczucie, że tegoroczne wybory będą dużym sukcesem małych partii (np. Zielonych, którzy przesłali ulotkę z konstruktywną informacją o swoich dotychczasowych osiągnięciach i ku którym moje zielone serce się zbliża...).

A jak wygląda kampania wyborcza u Was?

Dom mieszkańców popierających partię Liberalno-Demokratyczną

Oksford, mieszkańcy manifestują swoje polityczne sympatie, umieszczając pomarańczowy znak Liberalnych Demokratów przed domem

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...