wtorek, 15 czerwca 2010

Dali's DilemmaPrzepraszam za chwilowe zawieszenie na blogu. Dni w tygodniu suną w zawrotnym tempie. Mam mnóstwo pracy w pracy, a wieczorami wolną chwilę poświęcam na pisanie tekstów do nowego numeru Archipelagu, uczenie się rosyjskiego czy czytanie o Petersburgu. Jedynie w weekendy udaje mi się trochę odetchnąć, a to oddychanie zwykle wiąże się z byciem na sporą odległość od komputera.

W minioną niedzielę byliśmy na urodzinach starego przyjaciela. 60-te urodziny. 60-tka gości. Wszyscy zostaliśmy ulokowani przy ośmiu stolikach w urokliwym, kilku-wiekowym pubie nad Tamizą. Miejsce każdego wyznaczały umieszczone na obrusach zielone liście z imieniem i nazwiskiem gościa wykaligrafowanym srebrnym tuszem (szalenie mi się ten pomysł podobał). Przyjaciel wprowadził wcześniej mi nieznany reżim rozdzielania par w porządku "kto siedzi z kim przy stole". I tak zamiast przy stoliku w pobliżu Olivera znalazłam się w przeciwnym rogu sali obok człowieka o dość intrygującej profesji. G. przedstawił się jako presenter w Westminister Cathedral. Funkcja ta, jak się wkrótce okazało, obejmuje przede wszystkim organizowanie i przeprowadzanie religijno-politycznych ceremonii w znanej londyńskiej katedrze.

G. z pasją opowiadał o swojej pracy, zwłaszcza o spotkaniach z angielską królową. Wędrowałam z nim zatem w tym gawędziarskim potoku od uroczystości do uroczystości, próbując sobie wyobrazić, jak trudna musiała być sytuacja, w której Elżbieta z orszarkiem pojawiła się w katedrze o minutę za wcześnie, wprowadzając tym wszystkich zebranych w ogromną konsternację (- Jak jej ludzie mogli na coś takiego pozwolić! - pieklił się G. - miała być przy pomniku za jeden jedenasta, a pojawiła się za dwie, więc musieliśmy czekać na wybicie pełnej przez Big Bena w wydłużającej się ciszy!). G. chyba nie zdawał sobie sprawy, że mówi do osoby, która notorycznie się spóźnia, więc trafiał ze swoim wielkim światem w krainę tak odległą, prozaiczną i pozbawioną wzniosłych konwenansów, że aż trudno było mi czymś sensownym odpowiedzieć na tą historię.

Na szczęście temat wkrótce zdryfował na coś bliższego skórze zwykłego mieszkańca. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, jak postrzegane są nasze czasy. G. opowiadał, że niedawno wizytował go 80-cio-paro-letni Anglik, który kilka dekad temu wyemigrował do Australii. G. postanowił pokazać mu zmiany, jakie zaszły w Londynie podczas jego nieobecności, więc zaproponował kolację na Brick Lane. - Kolację tam? - zdziwił się starszy pan - Na ulicy z zakładami krawieckimi Żydów? Zaśmiałam się szczerze, myśląc, że Monica Ali, która sportretowała ten teraz bardzo bangladeski zakątek Londynu, byłaby równie ubawiona. Po subkontynentalnej kolacji starszy pan zabrał się za czytanie gazety i z euforią wykrzykiwał: rany, ale wszystko jest teraz lepsze! O ile lepsze niż w latach 50-tych!.

Ta reakcja mnie zaskoczyła, bo zwykle słyszy się zupełnie przeciwne komentarze o obecnych czasach od osób starszych. Nawet o latach głębokiego komunizmu ludzie potrafią mówić z nostalgią. Czy zatem ocena teraźniejszości to kwestia przystosowania do "nowych" czasów i otwacia na zmiany? Na to wygląda.

Kontynuowaliśmy temat dalej. G. opowiadał tym razem o 108-nych urodzinach znajomej. Zdaniem leciwej, ale wciąż zachowującej dobrą formę staruszki młodzi ludzie nie potrafią się już bawić. "Moja młodość w latach 20-tych" - wspominała podobno z rozżewnieniem - "to były czasy. Myśmy wciąż tańczyli i tańczyli! Teraz młodzi myślą wyłącznie o karierze."

Roaring Twenties

Roztańczone lata 20-ste

Być może w porównaniu do Roaring Twenties jesteśmy jako pokolenie młodych nieco mniej przywiązani do pląsów na parkiecie, ale moim zdaniem do kariery nie ciągnie nas wcale tak mocno, jakby mogło się wydawać. Mam wrażenie, że tak było w latach 90-tych, gdzie nagle pojawiły się nowe technologie, zniknęły granice starego bloku, nastąpił pewnien przełom, którzy został pochwycony przez młodych ludzi. Stąd wielkie, szybkie kariery w tamtych czasach. A teraz? Ani mnie, ani moim znajomym wcale nie spieszy się do pięcia się po żadnych szczeblach. Zresztą nie jesteśmy odosobnieni. Koleżanka, która pracuje w dziale HR wielkiej technologicznej korporacji, twierdzi, że wysokie płace i perspektywa szybkich awansów wcale nie jest dla młodych ludzi kusząca. O wiele bardziej liczy się możliwość podróżowania, elastyczne godziny pracy i sama atrakcyjność stanowiska. Niewiele osób ma ochotę utknąć np. za biurkiem na długie lata, robiąc to samo i systematycznie pnąc się w górę. Ja zdecydowanie nie!

To, co cenię najbardziej w mojej pracy to wartości, z którymi potrafię się identyfikować, nietypowy status instytucji (działalność charytatywna od 500 lat!) i przyjazne podejście do pracownika. W piątki mogę pracować z domu, wieczorami - zająć się tym, co lubię. Pracodawca szanuje życiowe decyzje, więc gdybym zdecydowała się teraz na powiedzmy półroczną podróż dookoła świata, wiem, że mogłabym liczyć na bezpłatny urlop i powrót do pracy w ustalonym terminie. Z czasowymi przenosinami do biura w Nowym Jorku byłby może większy problem, ale gdyby tego wymagały życiowe okoliczności, to wiem, że mogłabym liczyć na pomoc.

Życiowe dylematy

Na życiowym rozdrożu

Moim zdaniem budowana przez lata kariera w jednej firmie przestała być atrakcją i spełnieniem marzeń. Ważniejsze są interesujące doświadczenia i większa swoboda w kształtowaniu swojego życia. Moja przyjaciółka potrafiła odrzucić dwie atrakcyjne oferty pracy w Irlandii, gdzie mieszkała i wyjechać zupełnie w ciemno do Hiszpanii, bo kultura i klimat południa pociągał ją bardziej. I udało się! Przyjaciel podjął pracę w globalnym banku tylko dlatego, że pracodawca dał mu możliwość przeniesienia się na dwa lata do Kalkuty (skąd pochodzi jego rodzina). Takich przykładów rzecz jasna mogłabym wymienić o wiele więcej. Dlatego powiedziałabym, że nie tyle kariera, ale rodzaj życiowej przygody liczy się o wiele bardziej. Ach, co za czasy! - mogę sobie przyjemnie zamruczeć.

Recytująca do gołębi, Camden Town, Londyn

Totalna alternatywa: recytująca do gołębi. Camden Town, Londyn

piątek, 04 czerwca 2010

Decyzja podjęta - jedziemy do Rosji! Chciałam napisać, że po dwóch latach powracamy do Azji, ale nasza wyprawa obejmie jedynie europejską część Rosji. Lecimy przez Sztokholm do Petersburga, "najfantastyczniejszego miasta z najfantastyczniejszą historią wśród wszystkich miast kuli ziemskiej", jak to skromnie ujął Dostojewski (Mickiewicz miał co prawda inne zdanie).

To będzie nasza ostatnia wyprawa w dwójkę albo też pierwsza poważniejsza wycieczka w trójkę, włączając prężącego się brzuchu i dającego coraz mocniej o sobie znać szkraba. Z maluchem odbyłam już kilka europejskich wycieczek (mniej lub bardziej świadomie byliśmy wspólnie we Francji, Hiszpanii i Polsce), ale ta będzie zdecydowanie dłuższa, bardziej ekscytująca (moja pierwsza podróż do Rosji!) i z pewnością wymagająca większego wysiłku.

Zaczęłam się uczyć rosyjskiego alfabetu - chcę móc w miarę swobodnie poruszać się po mieście, zwłaszcza jeżeli Oliver będzie biegał na rozmowy z badaczami Dostojewskiego, którego powieść właśnie tłumaczy. Chcemy przejść się miastem śladami rozgorączkowanego Raskolnikowa. Angielscy wydawcy zadbali o dość szczegółowe mapy jego miejskich tras, więc zadanie mamy ułatwione. Nigdy się właściwie w taką faktowo-fikcyjną zabawę nie bawiłam, może za wyjątkiem paru wycieczek po Warszawie śladami postaci z "Lalki", ale to było chyba już sto lat temu...

Na razie nie planujemy dokładnie, gdzie wyruszymy z Petersburga. Zobaczymy, jak w tym podwójnym stanie dam sobie radę. Może uda nam się dojechać do Moskwy? Przestałam się już mieścić w "normalne" spodnie, ale rosnący brzuchaty domek póki co nie krępuje mi ruchów ani specjalnie nie ciąży, więc myślę, że będziemy mogli trochę rosyjskiej przestrzeni przemierzyć. Wyruszamy już za trzy tygodnie z kawałkiem (przy okazji, jeżeli ktoś ma jakieś rosyjskie zamówienia, proszę o sygnał!)

Na marginesie, ciekawa informacja z Moskwy: jedną ze stacji stołecznego metra udekorowano muralami ilustrującymi powieści Dostojewskiego. Wyglądają m.in. tak:

Stacja Dostojewskiego w Moskwie - murale

Stacja metra imienia Dostojewskiego z ilustracjami jego powieści (zdjęcie podaję za The Times Online)

Stacji jednak nie otwarto ze względu na niezadowolenie i obawy, jakie murale wzbudziły wśród mieszkańców. Stacja Dostojewski w takich obrazach miałaby stać się magnesem dla samobójców. Ciekawe, czy/jak ją przemalują?

Miłego weekendowania! Jedziemy dziś do wiecznego rywala Oksfordu - uroczego Cambridge, więc do usłyszenia w przyszłym tygodniu!

wtorek, 01 czerwca 2010

Bo jak nazwać je inaczej? Bestyjki, straszydła i kapryśne malowidła? Rym częstochowski jest jak najbardziej na miejscu, bo wyławia z nich humor i przekorę, zabawę formą – zabawę w przekraczanie ustalonych granic. A mowa o śledzonych przeze mnie od dłuższego czasu oksfordzkich ozdobnikach szanownych kolegiów uniwersyteckich, kościołów i bibliotek. Tzw. groteski, choć wolę o nich mówić per 'gargulce', przyjmują formy najbardziej wymyślne. Najwięcej naliczyłam kaprysów i grymasów: powykręcanych twarzy czy gęb raczej, którymi chociażby taki Gombrowicz mógłby być absolutnie uraczony. Dla przykładu:

Gargulec, Oksford

Zniesmaczony

Gargulec, Oksford

Rozogniony

Gargulec, Oksford

Zawieszony

Gargulec, Oksford

W stanie ekstazy

Gargulec, Oksford

Słodki wytrzeszcz

Tradycja tych dekoracji jest zacna, starożytna. Średniowieczni murarze przydali jej z kolei karnawałowy rozmach. Na ścianach poważnego uniwersytetu nie szczędzi się samego ciała naukowego:

Gargulec, Oksford

Kartoflany profesor

Gargulec, Oksford

Szczęśliwy poszukiwacz

Gargulec, Oksford

Zagubiony student

Dowcipni rzemieśnicy nie szczędzili ani mieszczan, ani kolegów po fachu. Zachwycająca jest ich fantazja i prześmiewcze nieskępowanie. Oprócz miejskich karykaturek na oksfordzkich budynkach zobaczyć też można sceny romatyczne czy sentymentalne. Tym, którzy będą się wspinali na wieżę Kościoła Św. Marii, polecam odkręcić głowę w lewo w połowie wspinaczki, gdzie śpi jak aniolątko skulony osioł.

Gargulec, Oksford

Wypłoszowaty kobziarz

Gargulec, Oksford

Marni bracia

Gargulec, Oksford

W miłosnym uściku

Zresztą zwierzęta, a raczej bestie to kolejna fantastyczna rodzina, w której ludzkie miesza się ze zwierzęcym, straszne ze śmiesznym a boskie z piekielnym. Ciekawe jest to, że żaden z gargulców nie trafia nigdy do środka instytucji. Żyją tylko na zewnątrz, strasząc i śmiesząc. Oczywiście teorii o tym, dlaczego tak i po co, jest mnóstwo. Jak katarynka przewija się motyw o analfabetyzmie ludzi wieków średnich, do których przemawiać trzeba było obrazami. Tylko to, co widnieje na murach, wcale niekoniecznie wpasowuje się w kościelną politykę, religijne dogmaty czy społeczne normy. Według mnie w tych oksfordzkich gargulcach, podobnie jak w erotycznych rzeźbach indyskich świątyń (o których pisał Logos) objawia się chęć zaklinania świata i fantastyczna siła kreacji. W zdobieniach tkwią ludzkie myśli, lęki i fantazje, które chronią święte czy poważne wnętrze budowli przed tym, co kotłuje się na zewnątrz.

Gargulec, Oksford

Z pazurem

Gargulec, Oksford

Małpio-szczęśliwy

Kiedy zawitacie do Oksfrodu, nie zapomnijcie zadzierać wysoko nosa (głowy). Miasto to lubi. Cieszą się straszydła.

Oksford, High Street

High Street, na uniwersyteckich gzymsach czają się całe stada gargulców

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...