piątek, 31 lipca 2009

Lubię angielski żart, autoironiczny, ostry, nie znający żadnego tabu. Piątkowy program wieczorny (obecnie w zawieszeniu na czas wakacji) Have I got news for you jest moją ulubioną satyrą. Kpi z wydarzeń z mijącego tygodnia, nie darując ani królowej (która np. wysyła wiekowej staruszce co roku tą samą kartkę urodzinową z własną podobizną), politykom (zwłaszcza w czasach wielkie burzy i naporu, czyli skandalu o wydatkach parlamentarzystów) czy samym prowadzącym (w tym głównie Paul Merton jest bezbłędny). Media brytyjskie lubią być ostre. I wcale nie chodzi mi o agresywny styl prasy brukowej, ale o zadziorny czy satyryczny charakter dzienników. W niedzielnym wydaniu The Sunday Times znalazłam taką oto anegdotkę z premierem w roli głównej.

Gordon Brown, satyra

Gordon Brown wizytuje wojska w Afganistanie. Pretekstem wizyty jest tocząca się dyskusja, czy brytyjscy żołnierze mają wystaczającą ilość sprzętu wojskowego. Gordon z powietrza krzyczy: Hej, chłopaki, dla was będzie tylko najlepszy sprzęt! Powodzenia!

Zobaczcie na ten szeroki zad, na chudziutkie nóżki w mokasynkach i to, jak ciało premiera idealnie wpasowuje się w kształt helikoptera. Znakomite!

Swoją drogą biedny Gordon jest pewnie najbardziej nielubianym przez media politykiem. Upadek jego rządu głoszono już kilka razy. Katastrofa nigdy się jednak nie zmaterializowała. Historie z jego udziałem są jednak zwykle utrzymane w bardzo dramatycznej tonacji: to już lecisz Gordon w dół, czy jeszcze nie? Chyba jedynie Tony Blair tuż przed odejściem z funkcji doświadczył jeszcze większej wrogości. Czasami aż trudno oglądać, jak dziennikarze pastwią się nad politykiem. Brytyjskie podejście jest jednak moim zdaniem i tak zdrowsze od polskiego, w którym media muszą się z politykami obchodzić jak z jajkiem. W przeciwnym przypadku czeka je proces, odszkodowanie, obcięcie liczby reklam itp.

czwartek, 30 lipca 2009

Wszyscy, którzy mają zainstalowane w blogach programy statystyczne, wiedzą już dobrze, co to za lista. Dla innych wyjaśniam, że to zestawienie jest wyselekcjonowanym zbiorem haseł, jakie wpisują użytkownicy do wyszukiwarek i lądują na Tyglu (frazy zbiera program Hottracker  i wszystkich blogowiczy, którzy go nie mają, zachęcam do zainstalowania). Hottracker ujawnia bowiem to, czego nikomu pod słońcem się nie śniło. Zachowałam oryginalną pisownię i podobnie, jak Chihiro, E.milia i Chiara zabawiłam się w odpowiedzenie na poszukiwania użytkowników. O to, czemu szukający trafili z tymi zapytaniami akurat do Tygla, proszę nie pytać, bo nie umiem odpowiedzieć. Zatem zacznijmy od wątpliwości natury medycznej...

czym faszerują pacjętów po operacji? - w Brytanii pewnie owsianką. Nie sądzę, żeby pooperacyjnym serwowali full English breakfast (w swej klasycznej postaci: dwie kiełbaski, jajko sadzone, smażone grzyby, smażone pomidory, kawałek kaszanki no i niezbędnie absolutny klasyk, czyli fasolka po bretońsku z puszki. Wszystko na jedynym talerzu).

jak sie calowac w kosciele - najlepiej po kryjomu pod ławką bądź w konfesjonale?

jestem nakrecony jak szwajcarskie mechanizmy - obawiam się, że już nic ci nie pomoże

dlatego żle sen w nocy jaki mężczyzna 63 lat ???
- dlaczego dobrze jawa w dzień taka kobieta 36 lat !!! Myślę, że się rozumiemy. Automatyczne wróżbiarstwo i domowe proroctwa na opak spółka z o.o. Usługi świadczę bezpłatnie.

brytyjka przyjeżdża do indii i zakochuje się w księciu - słaby początek. To już było. Kolonia się skończyła, więc może lepiej coś w stylu polski lekarz jedzie na praktykę do Chin, by przy okazji nauczyć się języka nowej stolicy świata?

jak mezowie traktuja zony w indiach filmy - pewnie tak, jak życzy sobie tego reżyser. Na początek polecam Wielkie miasto (Mahanagar).

jak porozumiec sie w indiach - za pomocą języka? Masz do wyboru około kilka setek...

kiedy pojawiają się myśli - warto krzyknąć Eureka i pracować dalej nad tym, by pojawiały się częściej.

koszulki na wieczór panieński miłośc deszcz - pomysł odradzam, bo w takich koszulkach wygląda się jak małpie stadko. Dla upartych jednak: inspiracje znajdziecie w brytyjskiej tradycji wieczorów panieńskich. Na koszulce obowiązkowo imię panny młodej i data wieczoru +miejsce. Do tego migające różki, szarfa i przypinka „Naughty but nice”. Bezwzględnie wysokie szpile i kłusa kiecka. I wtedy już można ruszać na Maltę, Pragę, Cypr czy Hiszpanię i zalać się w trupa.

pole namiotowe pod londynem - o to proszę spytać Shyję.

pończochy jako podarunek - to było modne w komunizmie, kiedy nikt nie miał i trzeba było przywozić z Zachodu. Teraz kiedy supermarkety sprzedają pończochy, proponuję wybrać coś innego.

bardzo interesujące po włosku - hmm, Pavese, Calvino, a może Dante? No, chyba że wino...

pierwsze pokolenie mało drugie sie wtapia - proponuję jeszcze kieliszek a wszelkie granice pokoleniowe znikną i rzeczywistość nabierze innego, błogiego wymiaru

sex literatura na teraz - to literatura czy sex?

autem przez tunel ;na mase francja anglia - jak na mase, to może lepiej zrobić zrzut z powietrza stylem lądowania aliantów?

co zrobic jesli przy cofaniu uderzylam w przd samochodu - propnuję wyjąć karteczkę i długopis, napisać do właściela, wetknąć mu list za wycieraczkę i poczekać aż zadzwoni.

czy hindusi noszą turbany - może chodzi Ci o Sikhów? Oni jednak nie wyznają hinduizmu.

wyrwać się z cyklu wcieleń - powodzenia!

wyziewy zoladkowe - dziękuję, ale nie u mnie proszę


ps. Muszę przyznać, że najbardziej rozbawiła mnie inna rzecz. Ktoś wpisał do wyszukiwarki następnujące słowa „maratończyk +stroj” i w Tyglu znalazł to.

Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba

Wszyscy, którzy mają zainstalowane w blogach programy statystyczne, wiedzą już dobrze, co to za lista. Dla innych wyjaśniam, że to zestawienie jest wyselekcjonowanym zbiorem haseł, jakie wpisują użytkownicy do wyszukiwarek i lądują na Tyglu (frazy zbiera program Hottracker  i wszystkich blogowiczy, którzy go nie mają, zachęcam do zainstalowania). Hottracker ujawnia bowiem to, czego nikomu pod słońcem się nie śniło. Zachowałam oryginalną pisownię i podobnie, jak Chihiro, E.milia i Chiara zabawiłam się w odpowiedzenie na poszukiwania użytkowników. O to, czemu szukający trafili z tymi zapytaniami akurat do Tygla, proszę nie pytać, bo nie umiem odpowiedzieć. Zatem zacznijmy od wątpliwości natury medycznej...


http://chihiro.blox.pl/2009/07/Porcja-smiechu-ze-statystyk.html#ListaKomentarzy

http://elwiria.blox.pl/2009/07/Szukajcie-a-nie-znajdziecie.html#ListaKomentarzy

http://chiara76.blox.pl/2009/07/czy-limahl-ma-zone.html

czym faszerują pacjętów po operacji? – w Brytanii pewnie owsianką. Nie sądzę, żeby pooperacyjnym serwowali full English breakfast (w swej klasycznej postaci: dwie kiełbaski, jajko sadzone, smażone grzyby, smażone pomidory, kawałek kaszanki no i niezbędnie absolutny klasyk, czyli fasolka po bretońsku z puszki. Wszystko na jedynym talerzu).

jak sie calowac w kosciele – najlepiej po kryjomu pod ławką bądź w konfesjonale?

jestem nakrecony jak szwajcarskie mechanizmy – obawiam się, że już nic ci nie pomoże

dlatego żle sen w nocy jaki mężczyzna 63 lat ??? – dlaczego dobrze jawa w dzień taka kobieta 36 lat !!! Myślę, że się rozumiemy. Automatyczne wróżbiarstwo i domowe proroctwa na poak spółka z o.o. Usługi świadczę bezpłatnie.

brytyjka przyjeżdża do indii i zakochuje się w księciu – słaby początek. To już było. Kolonia się skończyła, więc może lepiej coś w stylu polski lekarz jedzie na praktykę do Chin, by przy okazji nauczyć się języka nowej stolicy świata?

jak mezowie traktuja zony w indiach filmy – pewnie tak, jak życzy sobie tego reżyser. Na początek polecam Wielkie miasto (Mahanagar) http://magamara.blox.pl/2009/07/Indie-Wielkie-miasto-Mahanagar.html

jak porozumiec sie w indiach – za pomocą języka. Masz do wyboru około kilka setek...

kiedy pojawiają się myśli – warto krzyknąć Eureka i pracować dalej nad tym, by pojawiały się częściej.

koszulki na wieczór panieński miłośc deszcz – pomysł odradzam, bo w takich koszulkach wygląda się jak małpie stadko. Dla upartych jednak: inspiracje znajdziecie w brytyjskiej tradycji wieczorów panieńskich. Na koszulce obowiązkowo imię panny młodej i data wieczoru +miejsce. Do tego migające różki, szarfa i przypinka „Naughty but nice”. Bezwzględnie wysokie szpile i kłusa kiecka. I wtedy już można ruszać na Maltę, Pragę, Cypr czy Hiszpanię i zalać się w trupa.

pole namiotowe pod londynem – o to proszę spytać Shyję http://shyja.blog.onet.pl/

pończochy jako podarunek – to było modne w komunizmie, kiedy nikt nie miał i trzeba było przywozić z Zachodu. Teraz kiedy supermarkety sprzedają pończochy, proponuję wybrać coś innego.

bardzo interesujące po włosku – hmm, Pavese, Calvino, a może Dante? No, chyba że wino...

pierwsze pokolenie mało drugie sie wtapia – proponuję jeszcze kieliszek a wszelkie granice pokoleniowe znikną i rzeczywistość nabierze innego, błogiego wymiaru

sex literatura na teraz – to literatura czy sex?

autem przez tunel ;na mase francja anglia – jak na mase, to może lepiej zrobić zrzut z powietrza stylem lądowania aliantów?

co zrobic jesli przy cofaniu uderzylam w przd samochodu – propnuję wyjąć karteczkę i długopis, napisać do właściela, wetknąć mu list za wycieraczkę i poczekać aż zadzwoni.

czy hindusi noszą turbany – może chodzi Ci o Sikhów? Oni jednak nie wyznają hinduismu.

wyrwać się z cyklu wcieleń – powodzenia!

wyziewy zoladkowe – dziękuję, ale nie u mnie proszę


ps. Muszę przyznać, że najbardziej rozbawiła mnie inna rzecz. Ktoś wpisał do wyszukiwarki następnujące słowa „maratończyk +stroj” i w Tyglu znalazł to http://magamara.blox.pl/2009/04/Maratonczyk.html
wtorek, 28 lipca 2009

Pamuk, Stambuł"Stambuł. Wspomnienia i miasto", bo tak brzmi polskie tłumaczenie autobiografii i literackiego przewodnika po byłej stolicy imperium, kosztowało Pamuka rodzinną awanturę i zerwanie stosunków z matką i bratem. Książka powstała w bardzo trudnym dla niego okresie, kiedy rozstawał się z żoną i kiedy umierał mu ojciec. Jak mówi Pamuk w wywiadzie z Joy E. Stocke, pomimo tego że wszystko układało się fatalnie, każdego rana wstawał, brał zimny prysznic, siadał i pisał, skupiając się przede wszystkim na pięknie książki.

Z tej niesamowitej samodyscypliny i bolesnego otwarcia powstała książka, będąca zarówno autobiografią pisarza jak i biografią miasta. Oba tematy są równie ważne, każdy zatopiony (jeżeli nie utopiony) jest w tak samo rozległym morzu melancholii, która nie opuszcza umęczonego umysłu pisarza ani na chwilę. Pamuk chce, byśmy tym wytrychem otwierali wszystkie obrazy i wspomnienia dotyczące miasta. To stanowcze narzucanie wizji może być jednak chwilami męczące. Nie dziwię się więc, że Max Cegielski w swojej wersji Stambułu tak się zżyma na pamukową melancholię.

Czym jest hüzün, czyli tureckie wersja czarnego nastroju i smutnej zadumy? Pamuk przypomina o źródle słowa, które wywodzi się z arabskiego i pojawia się w kilku miescjach w Koranie, oznaczając głęboką, duchową stratę. Pisarza jednak nie satysfakcjonuje ani religijna koncepcja słowa ani filozoficzna, podobna do choroby opisywanej przez Roberta Burtona w "Anatomii melancholii". Według Pamuka hüzün właściwy jest wszystkim mieszkańcom Stambułu, bo reprezentuje poczucie straty, smutek z powodu widoku ruin, na miejscu niegdyś wielkiej potęgi imperium. Miasto oglądamy w biało-czarnych kolorach, jak ze starej fotografii, która uwieczniła coś, co już nie istnieje. Jeden rozdział książki jest poświęcony tej kolorystyce, bo w niej widzimy właśnie obrazy z dzieciństwa pisarza: biało-czarną mgłę zadymionych poranków, deszczowych nocy i dni pełnych śniegu. I w tym miejscu muszę dodać istotną rzecz: książka jest pełna starych zdjęć, które z wielką przyjemnością się ogląda. Fotografie uwieczniające stare, drewiane wille znad Bosforu, rozpadające się chałupy, ciemne wąskie uliczki, stare tramwaje pokazują miasto, którego już nie ma. To metropolia z pamięci Pamuka, z jego dzieciństwa i młodości. I chyba przede wszystkim to miasto z jego melancholijnej wizji, która poddaje się myśleniu o porażce, destrukcji i deprywacji.

Chodząc po Stambule, przemierzamy wybrane części metropolii. To dzielnice, w których mieszkali zamożni. Pamuk na przykładzie własnej rodziny (jego dziadek dorobił się fortuny) przedstawia życie tych, którzy zapatrzeni byli na Zachód. W każdym domu znajdował się pokój gościnny przypominający skansen, wypchany zachodnimi mebalmi i bibelotami. Pokój był wykorzystywany tylko od wielkich okazji, by potem przez większą część roku stać odłogiem. Rodzinne kłótnie czy niepowodzenia biznesowe ojca pisarza sprawiły, że rodzina przenosiła się do mniejszych bądź większych domów w Stambule. Wraz z tymi przeprowadzkami śledzimy dzieciństwo i młodość Pamuka, który jako dorastający chłopak chciał zostać malarzem. Jednak siła perswazja matki i liczne kłótnie sprawiły, że podjął inną decyzję dotyczącą swojej przyszłości.

"Stambuł. Wspomnienia i miasto" to też książka o literackim dojrzewaniu, o narodzinach pisarza. "Ta książka jest o losie, przeznaczeniu" - mówi w pierwszym rozdziale pisarz. Pamuk ujawnia też swoje literackie inspiracje. Po Stambule prowadzą nas jego ulubieni "melancholijni" pisarze: Yahya Kemal Beyatlı, Reşat Ekrem Koçu, Abdülhak Şinas Hisar i Ahmet Rasim.

Książkę Pamuka, którą mogę nazwać podwójną biografią, przeczytałam z ciekawością i ze zdziwieniem. Intrygujące wydało mi pamukowe spojrzenie na dzienniki i zapiski z podróży zachodnich pisarzy i wędrowców. Stambuł oglądamy między innymi z perpektywy Flauberta i jego podróży na wschód z połowy XIX wieku. Byłam jednak zaskoczona, widząc fascynację Pamuka Edwardem Saidem i jego "Orientalizmem", na którym zachodni znawcy Bliskiego Wschodu nie zostawili suchej nitki, argumentując, że Said wszystkich piszących o regionie włożył do jednego wora i zbudował stereotyp europejskiego imperialisty i ignoranta. Pamuk pisze, że Said był genialny. Robert Irvin, że Said kłamał i poprzekręcał znaczenia europejskiej literatury.

"Stambuł. Wspomnienia i miasto" to nietypowa autobiografia, która kończy się, kiedy Pamuk-student decyduje się rzucić architekturę. To też erudycyjna, literacka wędrówka po zakamarkach myśli i inspiracji pisarza. "Kto chce zrozumieć poetę musi jechać do jego kraju" pisał niegdyś Goethe. Kto chce poznać Pamuka, powinien sięgnąć po ten melancholijny zapis.

O innej książce Orhana Pamuka "Śnieg" możecie przeczytać tutaj.


***
Orhan Pamuk, Istanbul: Memories of a City
przekł. na angielski Maureen Freely
wyd. 2003 r.
Po polsku książkę wydało Wydawnictwo Literackie. Przetłumaczyła ją Anna Polat.

poniedziałek, 27 lipca 2009

Od dziś Tygiel występuje w zmienionej szacie graficznej, którą stworzyła niezastąpiona Kate Mac. Serdeczne podziękowania dla Kate! Świetnie się z Tobą pracuje.

I mam nadzieję, że Wam kochani, będzie się do Tygla przyjemniej zaglądało.

niedziela, 26 lipca 2009

Futuryzm, wystawa w Tate Modern

Chcemy wyśpiewywać miłość do niebezpieczeństwa, praktykę energii i zuchwałość.*

To postulowali włoscy futuryści 100 lat temu. Futuryzm ma w sobie niespotykaną werwę, butę i godny do pozazdroszczenia wigor. A właściwie powinnam zapytać, czy wciąż ma? Chodząc po wielkiej wystawie zatytułowanej Futuryzm w Tate Modern w Londynie, zorganizowanej z okazji setnej rocznicy publikacji manifestu futurystycznego, można mieć poważne wątpliwości. Moja niepewność dotyczy jednak nie tyle samej awangardowej ideologii, ale współczesnego sposobu prezentacji ruchu. Cóż, panowie furytyści, choć chcieliście spalić wszystkie muzea i biblioteki, z instytucjami przegraliście! W Tate Modern zamknięto Was w gablotach i salach, więc mówiąc ogólnie, uszło z was powietrze...

Oświadczamy, że wspaniałość świata wzbogaciła się o piękno prędkości.

Energia i prędkość obsesyjnie pojawiały się w różnych formach futurystycznej ekspresji. To, co się poruszało dynamicznie, było momentalnie obiektem artystycznego uwielbienia. Malarze fascynowali się i ludźmi, i maszynami w ruchu (zwłaszcza tymi drugimi, bo one poruszały się szybciej). I choć teraz ani samochód, ani statek parowy, a tym bardziej pociąg, same w sobie nie robią wielkiego wrażenia, to idea prędkości, przekraczania obecnych granic ludzkich możliwości wciąż jest bardzo aktualna. Tego niestety nie widać w przygotowanej przez Tate Modern wystawie. Kuratorzy muzeum skupili się na historyczności prądu artystycznego, ograniczając go głównie do malarstwa. W pierwszych trzech salach muzeum pojawiają się dokładnie te same prace, które wystawiono na pierwszej na świecie futurystycznej wystawie w Paryżu w 1912 roku (ta sama wystawa podróżowała potem do Europie, była m.in. w Londynie, więc teraz symbolicznie zatoczyła koło). To, co szokowało publikę prawie sto lat temu, teraz z oczywistych względów nie budzi większych emocji.

W obrazach w sztywnych ramach (na całe szczęście nie oprawiono je w złote, rzeźbione ramy!) drzemie jednak ogromny, emocjonalny potencjał. Jest tam i siła protestów, którą Carlowi Carrà udało się z wigorem odtworzyć na płótnie zatytułowanym "Śmierć anarchisty Galliego" czy Luigiemu Rusolo w pracy pt. "Rewolta"; jest tam też cały bagaż sprzecznych uczuć targanych ludźmi, który udają się w długie podróże lądowe i morskie czy tych, którzy poruszają się po mieście nocą.

Futuryzm

Wczoraj umarły Czas i Przestrzeń. Żyjemy już w absolucie, stworzyliśmy już bowiem wieczną i wszechobecną prędkość.

Oddanie miasta w ruchu z taką dynamiką, z jaką zrobili to futuryści jest nie lada wyzwaniem. A to dlatego, że wizja futyrystyczna nieodłącznie powiązana jest z optymizmem. Futuryści kochali metropolie i z radością przyjmowali ich rozwój. Na obrazach wystawionych w Tate Modern (swoją drogą zebranych z nastu muzeów świata) widzimy ich miejski zachwyt w sposobie przedstawiania ulic oświetlonych elektrycznymi lampami, ludzi wychodzących nocną porą z teatrów. Na tych bardzo poetyckich płótnach prześledzić można też rozwój futurystycznej techniki, wyjścia od francuskiej wersji neo-impresjonizmu (tzw. dywizjonizmu) i skręcenie w stronę kubistycznego traktowania przedmiotu, przedstawianego z wielu perspektyw w tym samym czasie.

Futuryzm

Chcemy wysławiać wojnę – jedyną higienę świata – militaryzm, patriotyzm, niszczycielski gest anarchistów, piękne idee, które zabijają, oraz głosić pogardę dla kobiety.

Wystawa futurystów w Tate Modern obejmuje 9 sal, z czego właśnie dwie poświęcone są kubizmowi. Wśród awangardystów można zobaczyć też Picassa (jego rzeźbę) i Georges Braque’a (malarstwo). Dalsze sale obejmują futuryzm w Rosji, pomieszany ze sztuką prymitywną, już pozbawiony włoskiej poetyki miejskiej. W kolejnej oglądać można brytyjską wersję futuryzmu - wortycyzm -  z abstrakcyjnym i antywojennym nastawieniem.

Tekst futurystycznego manifestu Marinettiego wydrukowany jest na wielkiej tablicy, ustawionej w kącie. Przyznam szczerze, że w takim formacie czytają go tylko najwytrwalsi. Podobnie jest z manifestem malarzy futurystycznych. Słowa, które niegdyś poruszały umysły, teraz wydrukowane w nieprzyzwoicie zwyczajnej czcionce na nieprzyzwoicie normalnym kartonie, nie komunikują już wiele.

Najsmutniejsza jest jednak środkowa sala, którą mogę spokojnie określić skansenem. W niej prezentowane są w szklanych gablotach okładki futurystycznych magazynów, korespondencja, w tym sławna odpowiedź francuskiej malarki na hasło Marinettiego głoszenia pogardy dla kobiety  (zresztą Marinetti potem odżegnał się od tego postulatu). Niestety futurystyczne skamieliny zrobiły na mnie przygnębiające wrażenie.

Futuryzm

Chcemy zniszczyć muzea, biblioteki, zwalczyć moralizm, feminizm i wszelkie przejawy oportunistycznego i użytkowego tchórzostwa.

Przechadzając się po Tate Modern, miałam chwilami ochotę stanąć na środku i krzyczeć: zniszczyliście futuryzm! Bo tak właśnie się stało. Muzeum świadomie pogrzebało i skatalogowało jak wypchane zwierzę ruch, który według mnie wciąż jest aktualny. Zaskoczyło mnie też ograniczenie wystawy prawie wyłącznie do malarstwa. Nie mogłam oprzeć się porówywaniu tego Futuryzmu z wystawą o modernizmie zorganizowaną trzy lata temu w Victoria and Albert Museum, która była znakomita. Kuratorom V&A udało się oddać wigor, zapał i świeżość awangardowej myśli w całej gamie prezentowanych form: rzeźbie, filmie, malarstwie, prasie, muzyce, architekturze a nawet przedmiotach użytkowych. Nawet jednej dziesiątej takich emocji, jakie potrafiła wywołać wystawa o Modernizmie, w widzu nie wytworzy Futuryzm, nawet jak się go ogląda z audioprzewodnikiem (oferowanym w postaci ipoda). Można na nim posłuchać o biogafiach artystów, ich filozoficznych inspiracjach czy klimacie epoki. Wybrany materiał też mieści się w przyjętej konwencji zapuszkowania futuryzmu. Kiedy słuchałam krótkiego wprowadzenia do muzycznych eksperymentów, na końcu zaprezentowano kawałek nagrania Luigi Rusolo, który był nieprzypadkowo najbardziej łagodnym z możliwych. Brzmiał jak złagodniała Nirvana i opatrzony był ostrzeżeniem, że odbiorcy może się nie podobać ze względu trudność w odbiorze. Na litość boską jaką trudność w odbiorze?!

Futuryzm

O futurystach będę mówić jutro w audycji Maxa Cegielskiego "Nie lubię poniedziałku" w radiu Roxy. Będzie jej można posłuchać między 10 a 11-stą. Chihiro będzie mówiła na temat wystawy Radical Nature, która trwa w londyńskim Barbicanie. Serdecznie zapraszamy!

 

*Tłumaczenie z francuskiego: A. Włoczewska, fragmenty pochodzą z Wikipedii.

** Obrazy pochodzą z książki 'Futurism. Movements in Modern Art' Richarda Humphreysa, wydanej przez Cambridge University Press w 1999 r.


***

Futuryzm w Tate Modern można oglądać do 20 września. Wstęp 12 funtów. Audioprzewodnik 4 funty.

sobota, 25 lipca 2009

Bobby Baker, exhibition LondonKilka tygodni temu wychodząc z wystawy o wiedeńskich artystach i szaleńcach z końca XIX wieku, wstąpiłam do sali obok, gdzie do 2 sierpnia swoje prace prezentuje współczesna, brytyjska malarka i performerka. Bobby Baker jest ucieleśnieniem ideału połączenia sztuki z szaleństwem, którym to zjednoczeniem fascynowała się austriacka bohema sprzed ponad stu lat (zresztą nie tylko oni). To, co roiło się w głowach wyczerpanych duchowo i ideologicznie artystów, miało być spełnieniem artystycznego powołania, dotarciem do poziomów innym niedostępnych, wyjątkowych. Tymczasem oglądając twórczość Baker, widzimy nie zwycięstwo ideału, ale zwykłe cierpienie, które towarzyszy artystce codziennie w zmaganiach z zaburzeniami osobowości i psychozą. Po tym, jak w 1996 roku Bobbie Baker zaczęła się samookaleczać, trafiła do lekarza i na terapię. Od następnego roku zaczęła prowadzić ilustrowany dziennik, zapis własnych nastrojów, zmian w ciele następujących po przyjmowaniu leków, który był też formą terapii - złapania dystansu do trudnej do zniesieni

a rzeczywistości. I ten właśnie obrazkowy zapis, połączny z krótkimi podsumowaniami wydarzeń z życia prywatnego rodziny możemy oglądać w Wellcome Collection w Londynie.

Przechadzając się po obszernej sali, śledzimy w tygodniowych kawałkach emocje Bobby: jej gniew, jej rozpacz i  jej niegasnące poczucie humoru. Baker była wściekła przede wszystkim na samą chorobę, na to, że ta nie pozwalała jej normalnie funkcjonować. Wrzała też, kiedy musiała użerać się z instytucjami i lekarzami, którzy serwowali jej coraz to silniejsze prochy. Kiedy ma się w sobie tyle gniewu, pomaga tylko śmiech - mówi Bobby w wywiadzie, który można odłuchać tutaj - Śmiech zmienia się w istotę bycia. W jej pracach prezentowanych w Wellcome Collection, nie śmiech jednak przeważa. Jak wyjaśniła artystka, ilustracje z większą dozą humoru, nie zostały wybrane przez organizatorów, którzy chcieli chyba bardziej skupić się na bolesnych doświadczeniach przeżywania choroby umysłowej.

Bobby Baker, wystawa w Londynie 2009

To, że Baker puszcza do nas oko, widzimy jednak wyraźnie w krótkim filmiku pokazywanym przed wejściem na wystawę. Zabawne wprowadzenie z dystansem przygotowane przez artystkę, moim zdaniem, sugeruje, żeby nie zatracić się we współczuciu nad chorą. Bobby pomimo przejścia przez długą i frustrującą drogę przez najróżniejsze terapie, psychiatrów, czy ośrodki leczenia, nie przestała walczyć. Wręcz przeciwnie! Podczas lepszych okresów zintensyfikowała działania artystyczne a nawet zdobyła stypendium i zaczęła pracować na uniwersytecie Queen Mary w Londynie. Jeszcze przed chorobą Baker znana była w brytyjskim środowisku jako performerka z zabawnych, zwykle oscylujących w tematach kulinarnych show. Później jej popularność tylko wzrosła. To właśnie Bobby Baker objeżdżała Londyn na przyczepie, krzycząc z megafonu Pull yourself together (Weź się w garść). To była jej próba przezwyciężenia stereotypów dotyczących chorób psychicznych. Będąc chorym, można żyć wśród innych, nie trzeba się zamykać i przede wszystkim można się dobrze bawić, a śmiech jest równie ważną terapią jak każda inna. O ośrodkach dla chorych (Bobby sama zapisała się do dziennego centrum dla ludzi z zaburzeniami osobowości, była też w szpitalach) dużo żartowaliśmy, właśnie z nas samych i tego, czemu nas poddawano – wspomina Bobby.

Baker przeszła wiele. Nie tylko ciągnące się latami leczenie psychiatryczne, ale i raka piersi, śmierć własnej matki. Pomimo to pozostała pełną wigoru osobą, która lubi dzielić się swoimi przeżyciami. Z ciekawością przypatrzyłam się światu, który wymalowała w swoim dzienniku z choroby. I muszę przyznać, że bardzo ją polubiłam za szczerość ekspresji i swoistą butę, z którą podchodzi do powszechnie wyznawanych prawd. Baker otworzyła mi oczy na doświadczenia zupełnie mi obce. To było spotkanie z kobietą z ogromnym bagażem doświadczeń, która buzuje energią i pomysłami i którą można pewnie i beczkę soli zjeść.

Bobby Baker, wystawa w Londynie 2009

***

Wystawa prac Bobby Baker zatytułowana Mental illness and me, 1997-2008 (Choroba psychiczna i ja, 1997-2008) trwa w Wellcome Collection w Londynie do 2 sierpnia. Wstęp wolny.

Polecam też wywiad z artystką w Guardianie i nagranie ze spotkania z Bobby w Wellcome Trust.

czwartek, 23 lipca 2009

Mahanagar zamówiłam z internetowej wypożyczalni DVD razem z pakistańskim filmem Cicha woda, o którym pisałam wcześniej. Mahanagar to zupełnie inny gatunek. Film sławnego, indyjskiego reżysera Satyajita Raya w czarno-białej aranżacji oddaje w subtelny sposób relacje rodzinne biednych przedstawicieli klasy średniej w Kalkucie w latach 50-tych zeszłego wieku. Wymowne spojrzenia bohaterów, gry wzrokowe między mężczyzną a kobietą, z których można więcej wyczytać niż ze słów, sprawiają, że widz jest filmem oczarowany niemalże jak spektaklem.

Mahanagar, Wielkie miasto, kadr filmu

Opowiedziana historia - dramat miejski z czasów tuż po rozdzieleniu Indii i Pakistanu, kiedy to wpływy angielskie wciąż są obecne, głównie w języku - jest wciąż bardzo współczesna. W indyjskim rodzinnym domu mieszka młoda para (Subrata i Arati) z małym synkiem, rodzicami męża i jego nastoletnią siostrą. Jest ciasno, skromnie, ale relacje między domownikami są zaskakująco harmonijne. Jednynym żywicielem rodziny jest Subrata, który zarabia niewiele w jednym z miejskich banków. Kiedy rodzinne finanse podupdają jeszcze bardziej, Arati postanawia poszukać pracy. Teściowie nie mogą uwierzyć w tą, ich zdaniem, radykalną decyzję. Najbardziej jednak szokuje ich poparcie syna dla decyzji żony.

Mahanagar, Wielkie miasto, kadr filmu

Dylematy i napięcia rodzinne śledzimy na twarzach i w gestach bohaterów. Mahanagar to naprawdę świetnie zagrany film. Co więcej sama historia i sposób jej opowiadania - niespieszny, zwarty, bez niepotrzebnych retrospekcji czy nadmiaru muzyki, sprawia widzowi ogromną przyjemność.

Kiedy Arati zaczyna pracę jako przedstawicielka filmy sprzedającej maszyny do szycia, sprawy domowe jeszcze bardziej się komplikują. Teściowie nie odzywają się do syna, którego obwiniają za pogrzebanie rodzinnego honoru. A sam Subrata zaczyna żałować podjętej decyzji, nie tyle ze względu na presję rodziców, co na zmianę, jaka następuje w jego relacjach z żoną. Dramat o zranionej męskości i napadach zazdrości poznajemy w krótkich, świetnie odegranych dialogach. Satyajit Ray doskonale zarysował portrety psychologiczne głównych bohaterów. Rodząca się w Arati niezależność manifestuje się symbolicznie w przyjaźni z dziewczyną z pracy - Edith - pół Hinduską, pół Angielką. To też początek politycznego wątku. Szef Arati nie może znieść Edith za jej próby domagania się sprawiedliwego wynagrodzenia dla wszystkich, a nade wszystko za to, że po części reprezentuje ona naród "panów", który subkontenentem przestał przecież już rządzić. Sytuacja staje się jeszcze bardziej dramatyczna, kiedy Edith straci pracę, a brak finansowego wsparcia przekreśli jej możliwości wyjścia za mąż.

Mahanagar, Wielkie miasto, kadr filmu

Mahanagar podobał mi się z dwóch względów. Zachwyciły mnie subtelnie zarysowane portrety psychologiczne postaci i sam sposób opowiadania historii. Ray wydobył z prostej historii o łamaniu tradycyjnych układów rodzinnych głębię emocji, które rodzą się w momencie, kiedy społeczne role mężczyzny i kobiety się zmieniają. Film wychodzi też poza ramy produkcji o społeczeństwie indyjskim. Dylematy Arati mogą być równie dobrze emocjami młodej matki, która postanawia wrócić do pracy po urlopie macierzyńskim. Z kolei w niepokojach Subrata odnajdziemy grę sprzecznych uczuć mężczyzny, któremu za jego własnym przyzwoleniem uporządkowy świat wali się na głowę.

Scenariusz filmu powstał na podstawie opowiadania Narendranath Mitry pt. "Abataranika".


***
Mahanagar (Wielkie miasto), 1963
Reż. Satyajit Ray

niedziela, 19 lipca 2009

Jeszcze kilka tygodni temu podczas kolacji w All Souls college – kolegium Uniwersytetu Oksfordzkiego rozmawiałam o profesorze z ekonomistą, który zarządza placówką. Wspominał, że Leszek Kołakowski nie pojawia się już w All Souls tak często, że ma problemy ze wzrokiem. Każde z nas jednak omawiało to w kategriach dolegliwości podeszłego wieku, nie przeczuwając, że  ten stan może się nagle pogorszyć.

Wiadomość o śmierci profesora przyszła jak grom w piątek, kiedy podróżowałam na północ na ślub przyjaciół. Smutek i poczucie straty towarzyszyły mi przez całą drogę. Odejście profesora jest trudne do przyjęcia nie tylko dla jego bliskich, ale i dla tych, którzy znali go przez jego twórczość czy oksfordzkie spotkania. Odszedł człowiek o wielkim umyśle, który miał w sobie wiele ciepła, humoru i cierpliwości.

Profesor Kołakowski

Profesor Kołakowski wychodzi ze spotkania ze studentami, All Souls college

Nigdy nie zapomnę spotkań ze studentami, które prowadził profesor Kołakowski w All Souls jeszcze jakiś czas temu. Co tydzień w środy o 14-stej grupka studentów bądź absolwentów najróżniejszych kierunków zbierała się, by porozmawiać na zadany temat. Rozpiętość tematyczna była imponująca: począwszy od historii myśli chrześcijańskiej po subtelności odmian języka jidysz w Europie Środkowo-Wschodniej, prawo europejskie, na teorii informacji skończywszy. Profesor zawsze nas zaskakiwał i niemalże zawstydzał ogromem swojej wiedzy, którą zawsze chętnie się dzielił. Do teraz pamiętam, jak argumentując swoją wypowiedź, potrafił z pamięci recytować długie ustępy św. Tomasza z Akwinu czy innych filozofów. Nie zapomnę też jego celnych point, którymi kończył spotkania. Przede wszystkim jednak na zawsze w pamięci zachowam samą radość obcowania z nim i serdeczność, z jaką nas traktował.

Przez trzy lata mieszkaliśmy w tej samej dzielnicy Oksfordu, co profesor. Nie będzie w tym dużo przesady, jak powiem, że Leszek Kołakowski był pewnie najczęściej odwiedzaną osobą w Summertown. Pielgrzymowali do niego studenci i pracownicy naukowi z różnych uczelni i krajów. Często można było się na niego natknąć, jak przechadzał się Hamilton czy Victoria Road w towarzystwie uśmiechniętych studentek.

Pamiętam też, jak zatłoczona była aula kolegium św. Antoniego, gdzie w listopadzie 2005 roku odbyło się spotkanie z profesorem zatytułowane Marxism, the greatest fantasy of the twentieth century? Debata została zorganizowana w kontekście promocji nowej edycji  książki profesora Main Currents of Marxism. Na sali było kilku entuzjastów marksizmu, z którymi profesor ze spokojem i oddaniem wchodził w polemikę.

Oksford bez profesora nie będzie już ten sam. Zabraknie w nim wielkiego filozofa, człowieka o ciepłym sercu i serdecznym usposobieniu, który chętnie dzielił się z innych swoją mądrością.

Profesor Kołakowski, All Souls College

Studenckie spotkania z profesorem. Trinity Term 2005.

czwartek, 16 lipca 2009

W sobotę Londyn był w mżawce. Dokładnie w takiej, jaką pamiętam z pierwszej wizyty w mieście kilka lat temu. Przyjeżdżający do Londynu zapewne dobrze to kojarzą: szare niebo, rosa w powietrzu, Tamiza w szaroburym kolorze. W architektonicznej mieszance miasta, niskiej zabudowie i wyraźnych kolorach czerwieni czy ciemnego błękitu, które Brytyjczycy tak wielbią stosować na drzwiach, można się łatwo odnaleźć. Wielka metropolia ma jednak familiarny charakter, w który łatwo wsiąknąć.

W sobotę w miasto wsiąkałam samotnie. Poszperałam trochę w sklepach z ciuchami z minionych epok w Notting Hill Gate. Obsesyjnie poszukiwałam czegoś na ślub przyjaciół, na który wybieramy się w ten weekend. Nic nie znalazłam, ale przebranie się na chwilę w barwne kreacje było całkiem niezłą zabawą.

Przenośna kawa nad Tamizą

Przenośny bar z kawą espresso i ciastkami nad Tamizą

Sobota podszyta była leniem, więc nie musiałam sie nigdzie spieszyć. Z Notting Hill metrem do St Paul’s. 20 minut i byłam na miejscu. Przedzieranie się przez włoskie i hiszpańskie wycieczki szkolne przerażone miejską mżawką nie było aż tak trudne. Ci, co przybywają do miasta z ciepłych krajów na krótkie wizyty, zwykle kostnieją, jak nagle nic stąd ni zowąd wiatr przynosi pięciominutowy deszcz. Zbijają się wtedy w zwartą grupę, którą łatwo jest wyminąć. Oprócz dżdżu na południowych Europejczyków czekała jeszcze kolejka, w której musieli stanąć, żeby dostać się do katedry św. Pawła. Sznureczek ludzi oglądałam już zza szyby, przegryzając pizzę w pobliskiej knajpie. Czerwony autobus jadący w stronę City a potem dwa kolejne jadące w przeciwnym kierunku zasłaniały mi widok na zmieniający się co chwilę tłumek przy St. Paul. Jak poznać można było turystę? Przede wszystkim po kolorze stroju. I Włosi i Hiszpanie z daleka wyglądali jak kilka czarno-brązowych plam.

St Paul Cathedral, Londyn

Przyjmująca gołębie. St Paul's Cathedral, Londyn

Podobnie jest w Oksfordzie, gdzie wycieczki i większe grupy turystów zwykle przystają na dość wąskiej Conrmarket Street w swoich ciemnych ubrankach. Wyróżniają się z tłumu właśnie tym, że nie chcą się wyróżniać. Brytyjczycy lubią kolory. Zielone, niebieskie czy czerwone pantofle, kolorowe, koronkowe bluzeczki, czerwone czy żółte płaszcze migają codziennie, jak mijamy się w pośpiechu, idąc do pracy. Na chwilę każdy z nas zwiesi oko na czarnej gromadzie i pewnie pomyśli: ci to przyjechali z Francji? A może z Włoch?

Z St. Paul’s przeszłam wietrznym spacerem na drugą stronę rzeki. Bura Tamiza idealnie komponowała się z kolorem cegły byłej elektrowni, a obecnie największym Muzum Sztuki Współczesnej w mieście - Tate Modern. W Tate można spokojnie spędzić cały boży dzień. Rozciągająca się na siedmiu piętrach, na długaśne setki metrów oferuje stałe bezpłatnie dostępne wystawy na pierwszych poziomach. Na czwartym odbywa się właśnie ekspozycja poświęcona futuryzmowi, którą przyjechałam zobaczyć, a która pozostawiła dość mieszane uczucia. O wystawie napiszę innym razem. Przygotowuję też krótką relację dla radia Roxy na ten temat. Nagranie trzech minut zajmuje mi godziny całe. Robię to w absolutnie spartańskich warunkach. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, będzie ją można usłyszeć w poniedziałek w audycji Maxa Cegielskiego między 10 a 13-stą.

Millenium bridge Tate Modern, Londyn

Millenium Bridge, a w oddali widać pancerz i kominy Tate Modern

Tate Modern, piwnica

Tate Modern, poziom zerowy

Od Tate Modern do Waterloo można się przyjemnie przespacerować, mijając całe rodziny londyńczyków, którzy przyjeżdżają do centrum w weekend z odległych dzielnic metropolii. Co jakiś czas gra muzyka. Uliczni muzycy to nie tylko studenci, których często w lato spotyka się w tunelach metra - ale i emeryci. Zabawny Szkot przygrywający na kobzie ma pewnie z 70 lat. Chłopaki, którzy jeżdżą na deskorolkach niedaleko Elizabeth Hall, mają swój własny magentofon. Ich muzyka ma równie prosty rytm jak ta, którą gra na bębenku mężczyzna z Afryki.

Widok na Tamizę

W kolorze metalowym. Widok na wschodni Londyn

Tamiza

Rzeczna para

Waterloo Bridge, Londyn

Waterloo Bridge w miejskiej mżawce

Wokół Elizabeth Hall było w sobotę dużo zamieszania. Pojawił się samozwańczy targ z używanymi książkami. Sceny, które można było tam podpatrzeć, przypominają te z brytyjskich księgarń: ludzie stoją nad stosikiem i czytają, nie matrwiąc się o zagubiony czas. Brytyjskie księgarnie nie tylko nie mają nic przeciwko wzięciu z półki książki i czytaniu jej przez godziny ze smakiem, ale często oferują wygodne fotele czy chociaż krzesełka, na których można przycupnać. I nikt nie czuje się zobligowany do dokonania zakupu do długich godzinach czytania! Znam kilka osób, które w oksfordzkich księgarniach spędzają wolny czas wieczorami. Co robisz dziś wieczorem? - Czytam w Borders - odpowiada znajomy, namawiając, bym zgodziła się na wspólną sesję czytania między półkami w księgarni. Wolę zacisze domowe, więc ostatecznie czytamy w zupełnie innych miejscach.

Znad książkowych straganów na południowym brzegu Tamizy wystają drzewa obleczone w czerwony materiał w białe kropki. To początek wystawy, która wyszła poza mury Hayward Gallery. Walking in my mind pokazuje proces tworzenia. Dziesięciu artystów zaprasza do wejścia w ich umysły i przypatrzenie się, czym jest dla nich akt kreacji. Wystawa ma świetny tytuł, pewnie wielką kampanię reklamową za sobą i kolejkę czekającą u wejścia, ale sama jej zawartość nie jest już tak ekscytująca. O wystawie napiszę w przyszłym tygodniu.

Wyprzedaż używanych książek, południowy brzeg Tamizy

Kto szuka, nie błądzi. Wyprzedaż używanych książek na południowym brzegu Tamizy

Wystawa Walking in my mind, Londyn

Początki wystawy Walking in my mind. Jak widać po napisach na drzewie, spacerowicze zdążyli wejść z nią w interakcję

Tymczasem kończę spacer po Londynie, którego finał odbył się, rzecz jasna, na powrót w metrze, tym razem w potwornym ścisku i cierpiętniczych westchnieniach spoconych mieszkańców. Jutro znikamy na niedaleką północ, na ślub przyjaciół. To pierwsza angielska ceremonia zaślubin, na której będę. Już samo zaproszenie przypomniało mi, że ta uroczystość będzie rządzić się innymi zasadami. Zaproszenie jest zaadresowane do naszej dwójki w tradycyjny angielski sposób: Pan i Pani a potem imię i nazwisko męża. Żona figuruje tylko w postaci "Mrs", czyli właściwie li tylko dodatek. Podobnie będzie podczas wesela, na którym przemowy wygłoszą tylko mężczyźni: ojciec panny młodej, pan młody i świadek (best man) pana młodego. Cóż, kiedy przychodzi do rytułałów, zasady liberalnego społeczeństwa przestają obowiązywać. Muszę jednak przyznać, że nie mogę doczekać się soboty!

 

Ps. Mała aktualizacja. Relacja z wystawy o futurystach pojawi się w Radiu Roxy w poniedziałek 27 lipca.

piątek, 10 lipca 2009

Peek-a-boo i Be.el przyparły mnie do muru serią książkowych pytań. Dziewczyny, łatwo z wami nie ma! Wijąc się jak piskorz, odpowiadam po kolei:

Którego z bohaterów literackich zaprosiłabyś do swojej rodziny lub kręgu przyjaciół? Proszę o uzasadnienie.


W dekadenckim nastroju będąc, spotkałabym się z bohaterką "Tarota Paryskiego" Gretkowskiej, żeby dołączyć do grona zalegających w knajpach utracjuszy. Lubię klimaty z końca wieku, obojętnie jak wyprute z idei czy zblazowane są, więc myślę, że stanowiłybyśmy zgraną parę. Nie mogłabym się też nie zaprzyjaźnić z bohaterem opowiastki Huelle’ego "Mercedes benz", bo przecież kogo nie lepiej by się słuchało w jego wielowarstwowych narracjach jak nie właśnie gdańskiego kursanta!

Jeśli miałabyś taką możliwość, którego z nieżyjących pisarzy lub poetów obdarzyłabyś drugim życiem, by umożliwić mu/jej napisanie jeszcze kilku książek lub wierszy? Też proszę o uzasadnienie.


Bezwzględnie Schulza i Herberta. Pisarza z Drohobycza za wyjątkową, abolutnie doskonałą prozę. On i Leśmian wydobyli z polszczyzny całą jej znakomitość. Ciekawe, jaka byłaby polska literatura, gdybyśmy mogli czytać powojennego Schulza.  Herberta z kolei  za kolejne eseje o sztuce, zwłaszcza o malarstwie holenderskim.

Gdybym miała eksperymentować z przywracaniem życia dalej, to pewnie z grobu wstałby też Witkacy i po wojnie rozwinął dalej swoje surrealistyczne dramaty. Rozwinął, no właśnie w co?

Kupna jakiej książki odmówiłaś sobie ostatnio? Dlaczego?

"The Inklings of Oxford: C. S. Lewis, J. R. R. Tolkien, and Their Friends autorstwa Poe" i Venemana, bo mam za dużo książek o Oksfordzie nie przeczytanych jeszcze. Nabędę, jak przeczytam obecnie zebrane. Nie kupiłam też serii podróżniczej po Włoszech z lat 20-stych, bo, właśnie, kiedy  mogłabym ją przeczytać?


Chwila przerwy. Mały skeczyk książkowy z Monthy Pytona dla wszystkich czytających, zanim przejdę do pytań Be.el.

Czy zdarzyło Ci się zaczynać lekturę od końca? Najpierw zakończenie, a potem całą książkę od początku?

Chyba nie, nie pamiętam. Obawiam się, że nie psułabym sobie zabawy, czytając miejsce, które ją kończy.

Czy zdarzyło Ci się zaginać rogi w książce?

Tak, z braku innych przyborów przyprawiłam rogi kilku książkom. Jestem beznadziejna w zapamiętywaniu numerów stron. Czy raczej numerów w ogóle.

Mając do wyboru – kolejna para butów, czy kolejna książka – co byś wybrała?

Pewnie zależy od tego, jaka książa i jakie buty. Staram się unikać takich wyborów.


***

A teraz pytanie do wszystkich: w jaką książkę zaopatrzył/a/byś obcokrajowca, który wybierałby się  w podróż po Polsce?

Twarz przeciętnego, brytyjskiego miasta wczesną weekendową nocą nie jest piękna, ale ma za prowokacyjny makijaż. Główna arteria miejska zwana zwykle High Street wypełnia się po brzegi panienkami na wysokich obcasach, pokracznie drepczącymi w kolorowych, kłusych spódniczkach i głębokich dekoltach w stronę pubów, dyskotek i klubów. Plastykowa biżuteria rytmicznie kołysze im się wokół biustów bądź bioder. Cienka garderoba pozostaje niezmienna bez względu na porę roku. Dekolty zimą budzą jednak więcej niepokoju niż pożądania, bynajmniej wśród chłopaków z kontynentu, bo wyspiarze roznegliżowani są w podobny sposób.

Im noc robi się późniejsza, tym mocniejsze staje się odchylenie kroku od jednej strony chodnika do drugiej. Tłumom z butelkami alkoholu w rękach nic nie straszne. W tym momencie rozkręcają się na dobre też budy dostawcze z wszelkiego rodzaju fast-foodami, rozstawione na ulicach. Bawiąca się fala ludzi, wygłodniała po szybkiej konsumpcji alkoholu wylewa się z lokali, by zdobyć hamburgery, frytki bądź kiełbaski z arabsko brzmiących vanów. Ci, którzy przeliczyli swoje siły, zalegają na chodnikach wśród sterty śmieci, narosłej w ciągu paru godzin. Jest dopiero po północy. Twarz przeciętnego brytyjskiego miasta, pozbawiona już makijażu, spokojnie obnaża swoją szpetotę.

Oblicza miejskie w noce piątkowo-sobotnie w walijskim Cardiffie fotografował przez 4 lata Maciej Dakowicz. Wszystkich zainteresowanych odsyłam do jego galerii bądź artykułu o serii zdjęć w Daily Mail (za linka dziękuję Chihiro). Chciałam napisać parę słów o londyńskim Soho w nocy, które ma niemalże tak zaludnione ulice o 3 nad ranem jak Delhi w dzień targowy, ale po tej serii zdjęć, nie ma to większego sensu.

Soho, Londyn, 3 nad ranem

Soho, Londyn, trzecia nad ranem: ulice buzują, riksze zataczają koła, samozwańcze piosenkarki nocy dają koncerty

piątek, 03 lipca 2009

Kiedy myślę, o krajach, które nigdy nie pojawiają się w wiadomościach, to od razu przychodzą mi do głowy stany Azji Centralnej. Czym żyje Tadżykistan? O czym chce zapomnieć Uzbekistan? Słyszeliście o zmianach w Kirgistanie? Moja wiedza jest absolutnie strzępkowa i pewnie mocno zdeaktualizowana. W tych krajach nigdy nie byłam, znam zaledwie jedną osobę w każdym z nich. Ciche i skąpe opowieści tych młodych dziewczyn, poznanych parę lat temu pozwoliły mojej wyobraźni wykreować jedynie blade migawki. Malika kategorycznie mówiła, że w Tadżykistanie piękne są tylko góry (ponad połowa terytorium tego kraju leży powyżej 3000 m. n. p. m.) i że nie chce, by jej muzułmańska rodzina znalazła dla niej kandydata na męża. Gulnura opowiadała o życiu w kirgistańskiej pułapce między pchającymi się na zachód Chinami i napierającą z północy Rosji.  Nie wahała się jednak relacjonować opozycyjnych protestów z 2006 roku dla mediów. Z kolei Savinj z Uzbekistanu wolała wiele nie mówić na temat dyktatorkich rządów prezydenta.

Tanczaca, Tadzykistan

Wszystkie trzy są bardzo piękne. Mówią do siebie po rosyjsku. I każda wolałaby mieszkać poza swoim krajem. A ja chciałabym kiedyś pojechać tam, skąd one pochodzą. Póki co pragnienie dalekiej podróży gasi mała, ale efektowna wystawa fotograficzna prezentowana obecnie w Pitt Rivers Museum w Oksfordzie.

Carolyn Drake jest Amerykanką, która mieszka w Istambule i zawodowo zajmuje się fotografią. Przez dwa lata podróżowała po Azji Centralnej, odkrywając zmiany, jakie Związek Radziecki poczynił w regionie. Stany Azji Centralnej kiedyś były jednym wielkim obszarem, przez który swobodnie przemieszczały się wędrujące ludy. Dopiero rosyjska ekspansja włączyła je w sztywne reguły sowieckiego związku: dostali swoją narodową etykietkę, kraj w nowych granicach, których już nie można było przekraczać podczas wędrówek i zakaz religijnych praktyk.  W Tadżykistanie Drake podróżowała głównie po południowej części kraju, dokumentując biedę brzydkich miast, wybudowanych przez Sowietów na suchej ziemi, przerytej przez betonowe kanały irygacyjne mające zmienić to pustkowie w masową plantację bawełny. Tadżycy pracowali tam w skolektywizowanych gospodarstwach rolnych. Teraz bawią się tam dzieci.

Dzieci, Tadzykistan


Drake dokumentuje przede wszystkim ludzi. Ze zdjęć wyglądają twarze tańczących na weselu, panny młodej w tradycyjnym stroju, znudzonych dzieci czy zamyślonych starców. Na tej miniwystawie dalekie, zapomniane kraje przemawiają za pomocą scen posiłków ich mieszkańców, zwykle skromnych i jedzonych w skupieniu na dywanie rozłożonym na podłodze. Są tam też migawki z zapyziałych prowincjonalnych sklepików i rozklekotanych kuchennych pomieszczeń.

Zabrakło mi na wystawie dokumentu o krajobrazie regionu. Mieszkańcy zwykle portretowani są wewnątrz pomieszczeń. Nie widzimy tego, na co oni patrzą co dnia, wychodząc z domu. Szkoda. Ale może to kiedyś odkryję osobiście?

Spiaca, Tadzykistan


***
Wystawa Carolyn Drake Photographs of Central Asia trwa do 15 listopada w Pitt Rivers Museum w Oksfordzie. Wstęp wolny.

środa, 01 lipca 2009

To rzeczywiście cichy, rozwijający się w niespiesznym tempie film o dramatycznej historii rodzinnej, rozgrywającej się w pakistańskiej wiosce w latach 70-tych. Oglądając go, wyczekujesz punkt ukulminacyjnyego, a on niezapowiedziany żadnym wielkim dialogiem ani efektownym motywem muzycznym przychodzi z dużym zaskoczeniem. Wolny rozwój akcji pozwala na doskonałe oddanie rytmu życia wsi, które wydawałoby się na początku, jest idyllą.

Silent Waters, kard z filmu

Wdowa żyje z dorastającym synem pod jednym dachem. Odwiedzają ją przyjaciółki, podczas gdy syn potajemnie spotyka się z córką jednej z nich na miłosnych schadzkach. Niczym kochanek z sielanek gra dla niej na flecie wśród malowniczych ruin. Mężczyzni prowadzą na wsi sklepiki na ulicy ciągnącej się w stronę meczetu. Ich towarzyskie życie skupia się wokół zakładu fryzjerskiego, gdzie poddają się różnym zabiegom upiększającym i żartują z narodowej polityki, a dokładnie z  przejęcia władzy w kraju przez despotycznego generała Zia-ul-Haq, który wkrótce wprowadzi stan wyjątkowy i ostre reguły życia społecznego (m.in. całkowitą prohibicję, dożywocie za obrazę Koranu).

Silent Waters, kard z filmu

Wdowa chce wyswatać syna z jego wybranką. Sielankowy finał jednak nigdy nie nastąpi, bo do wioski przyjadą podczas wesela najbogatszego człowieka w okolicy skrajni religijni najemnicy, których zadaniem jest zwerbowanie mężczyzn do muzułmańkiej bojówki. Scena nocy weselnej jest piękna, nieco bollywodzka i zarazem znamienna dla mieszkańców wioski. Kiedy panna młoda pod czerwonym welonem w ciszy przeżywa wielkie emocje, kobiety prowokują mężczyzn do tańca. Cała społeczność wykonuje wspólny taniec - symbol traconego szczęślcia i pogody życia, by następnego dnia zderzyć się z agresywną ideologią dwóch fundamentalistów.

Silent Waters, kard z filmu

Film wielką politykę ma jednak głównie w tle. Chociaż syn wdowy (Salim) przyłączy się do ekstremistów, czując, że w ten sposób wyzwoli sie z wiejskich nizin i ciężkiej pracy na polu bądź w sklepie, to nie losy ruchu, do którego się przyłącza śledzi widz, ale historię rodzinną i wcześniejszą tragedię matki.  Jej dramat dotyczy wydarzeń z 1947 roku a dokładnie krwawego rodzielenia jednego kraju na Indie i Pakistan. Wtedy muzułmanie, hindusi i sikhowie wyżynali się na wzajem, zajmując nowo im przypisane miejsca zamieszkania.

Silent waters, kard z filmu

Religia Sikhów to ciekawy kompromis między islamem na hinduizmem. Sikhowie, podobnie jak muzułmanie, nie przedstawiają żadnych wizerunków Boga. Podobnie jak Hindusi wierzą jednak w reinkarnację, możliwość łączności z Bogiem poprzez medytację, a ich świątynie potrafią być równie kolorowe i błyszczące, jak hinduskie. Mężczyźni noszą turbany i długie brody.

Pierwszy raz spotkałam Sikhów na lotnisku w Delhi, gdzie niezadowoleni z obsługi urządzili małą demonstrację przy punkcie z informacją dla podróżnych. Chociaż grupka około 30 mężczyzn w turbanach głośno skandowała hasła wyrażające dezaprobatę, ich minirewolucja nie miała w sobie nic z grozy czy agresji. Potem byliśmy na sikhijskim nabożeństwie w ich największej świątyni w stolicy Indii, co dla mnie było dość głębokim przeżyciem. Po obmyciu nóg, nałożeniu chusty na głowy, weszliśmy do ogromnej światyni, gdzie na środku sikhijski kapłan w rytm niekończącej się muzycznej recytacji nakładał warstwy kolorowego jedwabiu na leżącą na podwyższeniu świętą księgę Guru Granth Sahib, wykonując przy tym miarowe ruchy wachlarzem z lewej strony na prawą. Było w tym wiele spokoju, harmonii i głębokiego zamyślenia.

Sikhijską świętą księgę i modlitewny wachlarz zobaczycie w filmie, jak i samą historię ucieczki Sikhów z wioski w Pendżabie przed agresją muzułmanów. Druga odsłona dramatu nastąpi trzy dekady później, kiedy muzułmańscy mieszkańcy wioski odkryją, że jedna osoba wśród nich należy do Sikhów (tym samym jest w ich przekonaniu niewierząca). Nie będę jednak zdradzać, jak zakończy się los odszczepieńca.

Silent waters, kard z filmu

Finał filmu niestety nie jest tak dobrze zbudowany jak początek. Sabiha Sumar, reżyserka i aktywistka społeczna  nie utrzymała  misternie i delikatnie zbudowanego napięcie i siły historii.

"Cichą wodę" warto jednak obejrzeć z wielu powodów. Film oferuje piękne kadry i świetną grę aktorską, zwłaszacza jeżeli chodzi o główną bohaterkę. Kiron Kher wystąpiła po mistrzowsku. Zresztą aktorka zagraća rolę wdowy za darmo. Jak wyjaśnia w wywiadzie, skusił ją scenariusz, pakistański plener i przede wszystkim to, że film porusza ważny temat sytuacji kobiet w kraju, gdzie religia staje się wykładnią prawa. To poruszający i mądry film.

Poniżej możecie zobaczyć fragment "Cichej wody" z angielskimi napisami.

 

***

Khamosh Pani: Silent Waters ("Cicha woda" w polskim tłumaczeniu)

reż. Sabiha Sumar, 2003

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...