wtorek, 24 lipca 2012

Jej przeprowadzka to: 4,9 tys. kilometrów na wschód od Warszawy i 3 strefy czasowe. Nie w liczbach jednak można mierzyć wielkość i ciężar zmiany miejsca, na którą zdecydowała się Asia Kusy. Jej przenosiny do kraju kulturowo, obyczajowo, religijnie i językowo zupełnie odmiennego wymagały z pewnością nieprzeciętnej odwagi a przyzwyczajenie się do mieszkania w nowym domu - sporego wysiłku. Podziwiam Asię za to, jak świetnie sobie z tym poradziła i cieszę się, że mając teraz własną rodzinę w Karaczi i miliony obowiązków, jest ona wciąż w stanie pisać swój świetny blog "Zwyczajne pakistańskie życie" (jak dla mnie wcale nie takie zwyczajne, jak tytuł pozornie wskazuje!). Dziś zapraszam na fascynującą opowieść Asi Kusy o przenosinach z Warszawy do Karaczi.

Jak to się stało, że znalazłaś w Karaczi? Dlaczego akurat tam?

W Karaczi mieszka mój mąż i większa część jego rodziny. Decyzja o przeprowadzce nie była dla mnie łatwa. Najpierw pojechałam "na rekonesans" - w gości, przekonać się, czy poradzę sobie fizycznie i psychicznie w tak nowych warunkach.

Karaczi, Pakistan, zdjęcie Asi Kusy

2 listopada, Zaduszki, Gora Qabristan (dosłownie, Biały Cmentarz, chrześcijański cmentarz w Karaczi) -  dziewczyny w burkach nie są chrześcijankami, odwiedzały cmentarz razem z rodziną albo znajomymi.

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Nigdy nie zapomnę pierwszej podróży do Karaczi. To była też moja pierwsza podróż do Azji. Leciałam sama, nie turystycznie, nie naukowo, ale z perspektywą zamieszkania. Zdumiało mnie, jak bardzo taka perspektywa się różni od tych, z którymi podróżowałam wcześniej.

"Orient" zaczął się już podczas oczekiwania na samolot do Karaczi w Stambule. Nagle zaczęłam się czuć inna. Biała. W dżinsach (tak trafiłam, teraz już coraz więcej dziewczyn nosi dżinsy). Wszyscy na mnie patrzyli. Nie wiedziałam, że tu panuje niepisana zasada podziału płci. W poczekalni usiadłam tam, gdzie siadali mężczyźni. Nikt mi nie zwrócił uwagi, ale spojrzenia wystarczyły, żeby się zorientować, że coś jest nie tak. 

W samolocie spotkałam Włocha, który leciał do Karaczi na 4 dni, bywał tu już wcześniej i mówił, że już by chciał wracać. Powtarzał: "To zupełnie inny świat! Przemyśl milion razy, zanim się zdecydujesz!!!" 

Pamiętam wrażenie, jakie zrobiło na mnie powietrze Karaczi: duszne, parne, wilgotne i przesiąknięte dziwnym zapachem. Niezbyt miłym.

Gdy jechaliśmy z lotniska do domu, miasto wydało mi się potwornie brzydkie, brudne, pełne jakichś baraków i niedokończonych budowli. I palm. Te palmy, które kojarzyły mi się wcześniej z wakacjami, piaszczystą plażą, niebieskim morzem i folderkową egzotyką, dodawały temu krajobrazowi ironii.

Dotarliśmy na miejsce i drzwi otworzyła nam kobieta w sari, złotych bransoletkach na ramionach, w uszach miała ciężkie kolczyki, w nosie diamencik - i podała mi szklankę soku z mango. To była moja teściowa. A potem wyszedł teść, w koszuli i lungi (długiej spódnicy). I dzieci. Dziewczynka nałożyła mi na głowę dupattę.

Byłam pewna, że tu nie przetrwam. Różnic jest za dużo, wydawało mi się, że w pewnym momencie pęknę, nie będę w stanie ich wchłonąć. Nic tu nie było "moje". W ciągu dnia przekonałam się, że jest bardzo gorąco i wilgotno, że nie ma mowy o odzieżowych kompromisach i muszę założyć piżamę :-) (czyli szalwar kamiz), że wszyscy spodziewają się, że będę nosiła dupattę - to była dla mnie duża trudność. Że miasto jest głośne, ruch uliczny - niepodobny do niczego w Europie. I jest niewyobrażalnie brudno, ulice są pełne śmieci, kurzu i smrodu, domy - karaluchów i mrówek. Wiatraki szumią, generatory warczą. Nie można zostawić na stole kartki, bo sfrunie. Bardzo raziły mnie też gęste kraty w oknach i na balkonach. Jedzenie było za ostre i za tłuste, niektóre smaki dziwaczne, kawa za słaba. Miałam też głowę pełną rad lekarza medycyny tropikalnej z Warszawy - że jogurt, warzywa, owoce, woda, lody i w ogóle jedzenie może być pełne jakichś złowrogich mikrobów, a komary przenoszą malarię i dengi. I najlepiej byłoby wszystko odkażać jodyną.

Nie umiałam jeść palcami. Raziło mnie wiele obyczajów. Denerwowało, że nawet w domu panuje ostry dress code. Przerażało, że podczas meczów krykieta kobice strzelają w niebo z kałasznikowów i pistoletów (i tak wyrażają swoją radość).

Z drugiej strony, był to fascynujący, kolorowy, malowniczy świat. Oszałamiający. Czułam się szczęśliwa, że mam okazję tego wszystkiego doświadczyć, zobaczyć, wejść tak blisko w zupełnie inną rzeczywistość. Ale - właśnie. Podróż do Pakistanu to wspaniałe doświadczenie i cudowna przygoda, ale codzienność składa się nie tylko z tego.

Po powrocie do Polski nie byłam pewna, czy temu podołam. Długo się wahałam.

Karaczi, Pakistan, zdjęcie Asi Kusy

Pod moim domem

Karaczi, Pakistan, zdjęcie Asi Kusy

Też pod moim domem

Jak Ci się teraz mieszka w Karaczi w ogóle? Jak traktujesz miasto/kraj?

Miasto jest fascynujące i niezwykłe. Teraz bardzo je lubię. Ma olbrzymią energię. Warto pamiętać, że w 1944 roku mieszkało tu prawie 400 tys. ludzi, a teraz - ponad 18 milionów! Pod pokładami brzydoty i kurzu można znaleźć prawdziwe perły. Mój mąż mówi, że w Karaczi co 4 kilometry wchodzisz do innego świata. Nigdy tych kilometrów nie liczyłam, ale różnorodność i bogactwo stylów życia wciąż mnie zdumiewa.

Ludzie często wykonują tu różne prace na ulicach. Na przykład, gotują i pieką, szyją, coś naprawiają. Można patrzeć godzinami. Karaczi przypomina mi palimpsest. Uwielbiam szukać śladów starego Karaczi, jeździć po różnych dzielnicach zamieszkanych przez mniejszości, tzw. koloniach albo basti - chrześcijańskich, hinduskich, bohri, szukać pamiątek żydowskich czy zoroastriańskich. Mam wielkie szczęście, że mogę uczestniczyć w życiu bardzo różnych środowisk. Czuję się tu bardzo "etnograficznie", na skrzyżowaniu wielu dróg.

Mieszkam w dzielnicy oddalonej od centrum, gdzie rzadko spotyka się cudzoziemca. Czasem życie tu jest uciążliwe. Mamy problemy z wywozem śmieci. Kilka godzin dziennie nie ma prądu. Zdarzają się strzelaniny, palenie autobusów i sklepów. Często miasto "strajkuje" z różnych powodów, zamknięte są sklepy, stacje benzynowe, urzędy. Spotykam też na co dzień sytuacje, z którymi nie zetknęłam się nigdy w Europie. Trudno mi poradzić sobie psychicznie z ogromem ludzkiej nędzy. Ale nie chciałabym stąd wyjeżdżać. Gdy po jakimś wyjeździe wracam do Karaczi, to czuję, że jestem w domu - coraz bardziej - i bardzo się cieszę.

Karaczi, Pakistan, zdjęcie Asi Kusy

Mój synek Michał podpełzł do rodziny afgańskiej, która jadła obiad w pewne sobotnie popołudnie w parku Pakistańskich Sił Powietrznych (Air Force Park). Zaprosili nas potem na mantu i kabuli pulao :) 

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Zdziwienia... z tych "pierwszych" zdziwień:

  • że pytania o religię, liczbę dzieci, poród, relacje małżeńskie, należą do pytań zadawanych nieznajomym
  • że islam i muzułmanie są tak różnorodni 
  • że można tu kupić nie tylko alkohol, ale płyty z muzyką Izraela 
  • że tylu ludzi zna tutaj Lecha Wałęsę, poznałam wielu, którzy kiedyś zapuszczali wąsy, żeby wyglądać tak jak on! 
  • że z zasłoniętą twarzą czuję się na ulicy swobodniej niż, gdy się nie przykrywam

Wciąż coś mnie tu dziwi.

Odkrycia...

  • Azja Południowa, Pakistan, Sindh i Karaczi ;) zanim tu przyjechałam, nigdy specjalnie mnie te strony nie pociągały i nie wiedziałam o tym rejonie praktycznie nic, oprócz "etykietek", które mu się stereotypowo przykleja (dziki, kolorowy, pełen kontrastów, brudny,  niebezpieczny, itd.)
  • że Pakistan znany jest na Zachodzie głównie z rejonów północnych, z kultury Pendżabu, trochę - Paszto i Kaszmiru, a "nasza" prowincja Sindh znacznie się od nich różni. Odkrywam też powoli świat przybyszów z dawnych Indii  - mohajir: biharis, dilliwallay, hyderabadi, luknawis, Goańczyków.
  • uliczna kuchnia Karaczi: gola ganda (kruszony lód z syropami), bun kabab (bułka z kotletem, ale całkiem inna niż hamburger!), lody peszawari, dudh ki bottal (parowane mleko przyprawione migdałami i kardamonem, podawane w szklanych butelkach po coli, ze słomką), czhole czaaty, wspaniałe parathy, kababy chapli, sajji (sadźi) - koza pieczona na ogniu i wspaniałe ryby, szczególnie pomfret i muszka.
  • rozmaitość pięknych ciuchów
  • zróżnicowanie chrześcijaństwa
  • pisarze - Attiya Dawood, Saadat Hasan Manto (nie związany z Karaczi, ale tu się o nim dowiedziałam)


Rozczarowania...

  • że chociaż mieszkam tu już dość długo, wciąż nie mogę się swobodnie samodzielnie poruszać po Karaczi. Naprawdę nie da się tutaj włóczyć samotnie po mieście, chyba, że po niektórych osiedlach.

Karaczi, Pakistan, zdjęcie Asi Kusy

Plaża (Seaside), jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc Karaczi, właściwie każdy, kto tu przyjeżdża, jedzie w końcu na plażę, często też wsiada na ozdobionego wielbłąda albo na konia i zaznaje egzotyki ;) Karachiwale też bardzo to miejsce lubią. Wieczorami w weekendy przyjeżdżają tu tłumy z całego miasta. Bardzo podobała mi się ta para, szli, trzymali się za ręce, byli tacy w siebie wpatrzeni :) To było niedzielne grudniowe przedpołudnie, plaża jeszcze prawie pusta. Pani podwijała spodnie, potem coś im upadło, może pierścionek albo klucz? i razem tego szukali. 



I na koniec  jeżeli są jakieś książki o Karaczi które zrobiły na Tobie duże wrażenie (fiction/non-fiction), mogłabyś je polecić czytelnikom?

Zdecydowanie odkrycie ostatnich dni: "Karachiwala. The Subcontinent within a city." Rumany Husain i "Look on the City from here, Karachi writings." - zbiór opowiadań i poezji o Karaczi (pod redakcją Asifa Farrukhiego).

Duże wrażenie przed przyjazdem do Karaczi zrobił na mnie tekst Tiziana Terzaniego ze zbioru "W Azji".  Zdecydowanie nie zachęcał do przyjazdu tutaj, raczej budził grozę. Terzani pisze o czterech wojnach, które wstrząsają co jakiś czas życiem miasta. "Karaczi jest miastem strachu - miastem, w którym trudno sobie wyobrazić życie bez lęku" - napisał. Ale to tylko część prawdy o tutejszej rzeczywistości.

O Karaczi sporo pisze Kamila Shamsie ("Kartografia", "Sól i Szafran").

 

(Fotografie i ich opisy: Asia Kusy)


***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie

poniedziałek, 16 lipca 2012

Kamila SławińskaZaczęło się od bloga, który prowadzi pod pseudonimem Big Apple. "Nowojorskie gadanie" jest tak rewelacyjnym zapisem odkrywania Miasta, które nie śpi, że po prostu musiała z tego powstać książka. I chwała Panu, że powstała! "Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny" był moją lekturą obowiązkową przed wyjazdem do Stolicy Świata i dziękuję Kamili za to, że chodząc po szerokich płytach nowojorskich chodników i wpadając w absolutną euforię, mogłam być pewna, że nie zwariowałam a takie skrajne stany emocji w mieście są absolutnie normalne.

Dziś o swojej wielkiej przeprowadzce opowiada dobrze Wam znana Kamila Sławińska. Zapraszam!

Jak to się stało, że znalazłaś w Nowym Jorku?

Historia jest dość nieprawdopodobna, jak wiele historii prawdziwych. W 1998 roku, kiedy jeszcze internet był młody, w większości niekomercyjny i nikt nie słyszał jeszcze o serwisach społecznościowych, uczestniczyłam w dyskusjach na usenetowej grupie poświęconej filmowi. Tam wdałam się najpierw w sprzeczkę, a potem długą, zabawną i zajmującą rozmowę z pewnym osobnikiem. Półtora roku i cztery tysiące wymienionych listów, później spotkaliśmy się na lotnisku JFK - bo tak się złożyło, ze mój korespondent okazał się mieszkać w Nowym Jorku, a ja bardzo szybko odkryłam, że przez całe życie nie spotkałam osoby, z którą rozumiałabym się tak dobrze. Przyjechałam do niego, nie do miasta i nie do Ameryki: miałam jedną walizkę, wizę turystyczną, bilet w dwie strony i zerowe pojęcie o tym, w co się pakuję. Do momentu tego pierwszego spotkania nie wiedziałam nawet, jak ten mój zamorski książę z bajki wygląda, bo nigdy nie przyszło mi do głowy poprosić go o zdjęcie: uzgodniłam zresztą z samą sobą, że nawet, jeśli ma dwie głowy, będę kochała je obie.  Okazało się, że ma jedną głowę, całkiem niczego sobie, i najpiękniejszy uśmiech na całym lotnisku. Od dwunastu lat jesteśmy małżeństwem.

Kamila Sławińska Nowy Jork przewodnik niepraktycnzy

Kamila Sławińska, Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Oczywiście, że pamiętam! To była bardzo ważna i niezapomniana życiowa lekcja, choć dopiero z perspektywy tylu lat jestem w stanie to docenić. Byłam zachwycona moim przyszłym mężem, zakochana w nim po uszy - ale przerażona całą resztą. Jak wiele osób, które nigdy wcześniej nie mieszkały w innym kraju, byłam w porażającym szoku kulturowym: wszystko było onieśmielające, inne, obce. Zaczynając od architektury, wielokulturowości i ulicznych obyczajów, a kończąc na jedzeniu, które wszędzie smakowało jak kreda. Uzbrojona w jakże żałosne z mojego dzisiejszego punktu widzenia przeświadczenie, że jako Europejka reprezentuję daleko doskonalszą od amerykańskiej kulturę, miotałam się przez kilka miesięcy we frustracji i złości, szarpiąc się między nieuzasadnionym poczuciem wyższości a poczuciem krzywdy, że nie dostaję z miejsca i na srebrnej tacy wszystkiego, co - jak byłam przekonana - po prostu mi się należy. Nawet samo miasto bardziej mnie przytłaczało niż fascynowało; zresztą Nowy Jork potrafi być najokrutniejszym miejscem na świecie, kiedy się nie ma pieniędzy. Pierwsze tygodnie to był zimny listopad, niezrozumiałe nowe święta, proszenie ludzi o powtarzanie po pięć razy zdań w języku, który jak mi się wydawało znałam. Minęły długie miesiące, zanim zaczęłam dostrzegać różne, magiczne drobiazgi, które dzisiaj są dla mnie esencją życia tutaj. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, ale może właśnie dlatego, że narodziła się w bólach i zahartowała w ogniu wielu walk, rozczarowań i upokorzeń, trwa do dzisiaj.

Kamila Sławińska Nowy Jork przewodnik niepraktycnzy

Jak Ci się teraz tam mieszka? Jak traktujesz Nowy Jork i Stany Zjednoczone?

Teraz nie wyobrażam sobie, że mogłabym mieszkać gdzie indziej. To miasto - z jego niezmierną różnorodnością i niespożytą energią - uczyniło tym, kim dzisiaj jestem i nauczyło mnie rzeczy, które uważam za najważniejsze. Szacunku do profesjonalizmu, do pracy i czasu bliźnich. Respektu i pokory w kontaktach z innymi ludźmi, skądkolwiek i kimkolwiek by nie byli, i umiejętności nieustannego uczenia się od nich. Wiary w to, że pasją i pracą można wiele osiągnąć, bez względu na to, skąd człowiek przychodzi i w jakim momencie życia ową pasję odnajduje. Nowy Jork ma tę magiczną właściwość, że przy odrobinie uważności każdego dnia można w nim napotkać coś absolutnie nowego, niezwykłego, nieoczekiwanego - coś, co nawet w najcięższych chwilach odbuduje przekonanie, że tutaj wszystko jest możliwe. Czasem jest to drobiazg - paru nastolatków tańczących breakdance w wagonie metra - a czasem coś wielkiego, jak niesamowita atmosfera solidarności i wzajemnej pomocy po zamachach 11 września. Nieprawdopodobna ludzka różnorodność, jaką się tu napotyka, daje człowiekowi wiele do myślenia na temat tego, jak niesamowicie twórczym i nieprzewidywalnym gatunkiem jesteśmy - a przy tym jak zgodnie potrafimy żyć z innymi, jeśli tylko zamiast różnić chcemy widzieć wspólnotę dążeń i potrzeb. Nie znam drugiego miejsca, w którym czułabym się równie u siebie jak tutaj; zabrzmi to może dziwnie, ale częściej zdarza mi się czuć cudzoziemką w dzisiejszej Polsce niż w Nowym Jorku. Wiele z tego poczucia ma pewnie związek z różnymi drobiazgami, które oswaja się w miarę bytowania gdzieś dłużej: w Big Apple mam więcej ulubionych knajp i lepiej rozumiem obyczajowość życia codziennego niż w Warszawie, w której przecież się wychowałam. Jest jednak w tym również coś więcej - wydaje mi się, że przez te prawie piętnaście lat, które ja spędziłam w Ameryce, życie w Polsce na wielu frontach uległo tak dramatycznym przemianom, że nie potrafię - a czasami świadomie nie chcę - za nimi nadążać. A może tylko tak mi się wydaje, bo się po prostu starzeję…

Co do kraju, którego Nowy Jork (przynajmniej nominalnie) jest częścią, to nadal twierdzę, że niewiele o nim wiem - poza tym, że przy takiej skali wszystkie uogólnienia dotyczące Ameryki jako całości, jakkolwiek w wielu sytuacjach niezbędne, są po prostu niemądre. Pod wieloma względami Nowy Jork to nie jest Ameryka - i sami Amerykanie często pierwsi to mówią. Nawet jednak z nowojorskiej perspektywy widać, że Stany Zjednoczone roku 2012 to kraj bardzo inny niż ten, do którego przyjechałam. Łatwo byłoby krytykować, co zmieniło się na gorsze; ja jednak wolę widzieć, co pozostało takie samo. Na przykład wzajemny szacunek ludzi do siebie, umiejętność organizowania się we wspólnej sprawie, wiara w to, że wiele rzeczy można naprawić czy ulepszyć. Z drugiej story jednak zauważyłam dziwaczną prawidłowość: jednakowo często zdarza mi się bronić europejskich idei i porządków przed zacietrzewionymi Jankesami, jak perorować w obronie amerykańskich, jeśli atakują je Europejczycy o mentalności starokontynentowych fanatyków.

Jedno jest pewne - gdyby jakimś cudem ktoś nagle dał mi władze nad światem, moim pierwszym edyktem jako globalnego dyktatora byłoby, że każdy człowiek powinien spędzić choćby pół roku mieszkając w innym kraju - im bardziej odległym i kulturowo rożnym, tym lepiej. Emigracja oczywiście nie jest dla każdego - i tylko ci, co jej naprawdę doświadczyli, zdają sobie sprawę, z jak wielką ilością trudnych wyborów się ona wiąże. Jednak w dzisiejszym, ruchliwym i zmiennym świecie warto jest choćby przez chwilę widzieć siebie i własne poglądy z perspektywy Innego. Nawet pozostanie tam, gdzie się jest, bywa wtedy bardzo odmiennym doświadczeniem.

Kamila Sławińska Nowy Jork przewodnik niepraktycnzy

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Och, mnóstwo było wszystkich tych rzeczy. Z kulturalnych wpadek szczególnie pamiętam wyprawę w interesach do drukarni, prowadzonej przez ultraortodoksyjnych Żydów. Przedstawiając się na spotkaniu, praktycznie wymusiłam na właścicielu podanie mi ręki, kompletnie nieświadoma, na jakie emocjonalne katusze go w ten sposób skazuję. Ze zdziwień - nie zapomnę entuzjazmu moich koreańskich kolegów, po raz pierwszy w życiu częstowanych bigosem na mojej polskiej Wigilii: zgodnie oświadczyli, że danie pachnie zupełnie jak kimchi. Z odkryć - nie przestaje mnie zadziwiać, jak brzmi najczęściej słyszany komentarz w reakcji na informację, że jestem Polką (a mianowicie, ze mój interlokutor ma w rodzinie lub wśród bliskich znajomych kogoś, kto się z Polką ożenił). Albo, z zupełnie innej beczki - to, do jak wielu cudownych imprez kulturalnych i naukowych na światowym poziomie,  można mieć dostęp w Nowym Jorku, nie wydając na to ani grosza.

O rozczarowaniach nie będę mówić, bo przy omawianiu ich łatwo zacząć narzekać - a tego nienawidzę. Ale skoro już o to pytasz, dla zachowania balansu wymienię jedno, bynajmniej nie największe ani nie najboleśniejsze, ale może na tym froncie coś mogę zrobić. Gigantycznym rozczarowaniem jest dla mnie, jak niewielu z milionów turystów odwiedzających Nowy Jork wybiera się gdziekolwiek poza Manhattan. Prawdziwe nowojorskie życie jest w zewnętrznych dzielnicach, a najlepsze jedzenie, reprezentujące kuchnie z całego świata - na Queensie!

I na koniec jakie książki o Nowym Yorku, które zrobiły na Tobie duże wrażenie (fiction/non-fiction), mogłabyś polecić czytelnikom?

Pamiętam, jak ogromnym przeżyciem była dal mnie lektura "The Colossus of New York" - przepięknej, choć malutkiej książki Colsona Whiteheada. Do dziś zresztą chętnie do niej wracam i do dziś jestem pod jej głębokim wrażeniem. To kolekcja impresji, w zasadzie poematów prozą, która jest dla mnie kwintesencją doświadczenia bycia nowojorczykiem. Każdy z tych małych i przepięknie napisanych esejów trafia w samo sedno, pamięta się je latami i wspomina z wielkim wzruszeniem. Jednym z moich największych marzeń byłoby móc przetłumaczyć tę niezwykłą książkę na polski. Ech, może kiedyś...

Kamili życzę, aby to marzenie spełniło się jak najszybciej, a Wam z kolei polecam tę lekturę:

Kamila Sławińska Nowy Jork przewodnik niepraktycnzy

 

Na koniec: tych, którzy chcieliby oko zawiesić na świetnych zdjęciach z Nowego Jorku, odsyłam do polecanej przez Kamilę galerii na Facebooku. Poniżej w ramach zachęty jedna z fotografii:

Nowy Jork

 

***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie

czwartek, 12 lipca 2012

Gosia Kruczek czara Rozcinam pomarańczeJest jedną z najdłużej piszących autorek bloga, jaką znam. Od siedmiu lat w Paryżu komponuje  swoje zapiski, które często są bardzo poetyckie, stąd przez niektórych nazywana jest też poetessą. Zawsze wyraziście oddaje subtelności własnych myśli i uroki francuskiej stolicy. Jest znakomitą portrecistką Paryża i życia w ogóle (zobaczcie sami na załączonych zdjęciach). Dziś w ramach drugiego odcinka tyglowej serii "Przeprowadzka" przedstawiam Wam Gosię Kruczek aka Czarę, autorkę znakomitego bloga Rozcinam pomarańcze, którym się zaczytuję.


Jak to się stało, że znalazłaś w Paryżu? Dlaczego akurat tam?

To było w 2005 roku. W starej i potężnej bibliotece swojej babci mój przyjaciel wyszperał kiedyś dawny, zupełnie staromodny podręcznik do nauki francuskiego. Podarował mi go. Był stary, miał okładkę z materiału, a na niej napis "Un jour j'irai à Paris" (Pewnego dnia pojadę do Paryża). Akurat w tym czasie złożyłam podanie o wyjazd stypendialny do Francji do Montpellier. We Francji chciałam poznać coś nowego, ale przede wszystkim szlifować język, który stał się moją prawdziwą pasją. Parę dni później pojawiło się ogłoszenie o miejscach stypendystów na jednej z paryskiej uczelni. Nie wahałam się ani chwili. Pół roku później byłam już w Paryżu.

Paryż Czary

Paryż Czary

 Jakie były Twoje wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Oczywiście, że pamiętam. To był czas najbardziej intensywny, jakby wszystko się we mnie otworzyło. Chyba nigdy nie chłonie się tyle, co właśnie podczas pierwszych tygodni pobytu w nowym miejscu. Każdy dzień to były nowe odkrycia, ogromne ilości wrażeń. Przede wszystkim od razu poczułam się jak u siebie, Paryż to jest miasto bardzo łatwe od ogarnięcia, do poruszania się, do flanowania po prostu. Nie zwiedzałam za dużo, z wierszami Préverta wałęsałam się po paryskich mostach i wdychałam zapach pieczonych  kasztanów. Wszystko wydawało mi się takie, jak powinno być...  Swoją drogą, może tak powinni też robić turyści:  schować swoje przewodniki na dnie walizki, nie pędzić na słynną wieżę, tylko spacerować i chłonąć?

Innym wciąż barwnym i żywym wspomnieniem, które mam z tamtych pierwszych chwil, to wrażenie, jakie wywarli na mnie mieszkańcy tego miasta. Nie zdawałam sobie sprawy, że są oni tak różni, tak kosmopolityczni, że to miasto to prawdziwy kulturowy tygiel, pełen braw i smaków. Ten wieloetniczny patchwork zafascynował mnie absolutnie, nie znałam tego z książek czy piosenek. Nie mogłam się napatrzeć na tę prawdziwą mozaikę twarzy, ras i kolorów, mogłam godzinami kontemplować ludzi, na przykład w metrze, co zresztą doprowadzało do wielu czasem zabawnych sytuacji, tu ludzie raczej unikają cudzego wzroku.

To był naprawdę piękny czas, byłam wtedy bardzo otwarta na wszystko, na nowe miasto, na innych ludzi i na siebie samą.

Paryż Czary

Paryż Czary

Paryż Czary

 

Jak Ci się teraz mieszka w Paryżu w ogóle? Jak traktujesz teraz miasto?

Przenosząc się tu na stałe, bałam się, że to uczucie fascynacji miastem zniknie, zatrze się i zgubi w codzienności. Na razie jednak tak się nie stało. Chociaż mogę się cieszyć nim na co dzień, mój apetyt nie tylko nie znika, ale rośnie. Przede mną wciąż jeszcze mnóstwo odkryć, bardzo dużo czytam o historii Paryża, ale równie ciekawa i bogata jest teraźniejszość, intensywne życie artystyczne, przyprawiająca o zawrót głowy oferta kulturalna. Czasem to jest wyczerpujące, czasem czuję się, jakbym sama właśnie gotowała się do białości w tym tyglu. Ale to jest niesamowite źródło inspiracji.

Z drugiej strony mam teraz świadomość ciemniejszych stron miasta. Drożyzny, problemów mieszkaniowych, dużego zagęszczenia, jak w każdym wielkim mieście, no i biedy uosabianej tu pod postacią niemal legendarnego kloszarda.



Paryż Czary

Paryż Czary

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Moje pierwsze wpadki były najczęściej związane z jedzeniem. Na wieczorne spotkanie z Francuzami szłam najedzona, nie myśląc o tym, że tu właśnie je się dopiero wieczorami i spotyka wokół stołu. To było też źródło nieporozumień z moim tubylczym chłopakiem, który nie rozumiał, że ja mogę jeść co dwie godziny, podczas gdy jemu wystarczały dwa porządne posiłki. Albo znajomemu muzułmaninowi podawałam kanapki z szynką, nie zastanawiając się, z jakiego mięsa ta szynka jest...  

Pozytywnie zaskoczyła mnie towarzyskość i rodzinność Francuzów. I fakt, że wbrew obiegowym opiniom mówią po angielsku, na pewno nie gorzej niż Polacy. Kultowym słowem (przynajmniej wśród ludzi o niezłym wykształceniu) jest tu "culture générale", co można byłoby tu przetłumaczyć jako wiedza ogólna. Raz widziałam policjanta czekającego przed izbą przyjęć na jednego ze swoich "podopiecznych", który pochłonięty lekturą "Wiedzy ogólnej" ze słynnej serii...  "dla idiotów". W Paryżu podoba mi się też widoczny na każdym rogu głód sztuki. Chodzenie do galerii i na wystawy jest tutaj jednym ze sposobów na spędzanie czasu, nieważne że trzeba odstać najczęściej dwie godziny w kolejce.

 

Paryż Czary
Paryż CzaryCo  mnie nie przestaje zadziwiać to to, że Francuzi poznając kogoś muszą sobie zrobić mentalną "fiszkę" na jego temat – skąd pochodzi, ale przede wszystkim "co robi w życiu". Właściwie jest to pierwsze pytanie w rozmowie, wydaje mi się, że u nas pojawia się ono na znacznie dalszym miejscu. 

To, co mi się nie podoba, to skomplikowane podejście do wolności.  Konkurencja jest tu postrzegana jako zamach na wolność, nie jej wzmacnianie. Podam przykład paryskich taksówek, ich liczba jest ściśle limitowana, dostęp do tego zawodu mocno utrudniony, mimo że tych taksówek po prostu jest za mało. Nie podoba mi się to, że w knajpach trzeba czekać aż kelner wybierze nam stolik, to, że wszędzie są jakieś taśmy, które wyznaczają miejsce, gdzie trzeba się ustawić, czekać, ćwiczyć cierpliwość...

Paryż Czary

I na koniec jakie książki o Paryżu bądź Francji poleciłabyś czytelnikom?

Pamiętam, że w liceum zaczytywałam się "Grą w klasy" Cortazara i duże wrażenie zrobił wtedy też na mnie "Łuk Triumfalny".  Później zaczęłam odkrywać literaturę XIX-wieczną. Do tej pory jednym z moich ulubionych pisarzy z tamtej epoki jest Zola, który w swojej serii Rougon-Macquartów sportretował ówczesny Paryż i jego mieszkańców w niezwykle sugestywny sposób. Bardzo lubię też "Ruchome święto" Hemingwaya, który w barwny sposób przedstawia życie amerykańskiej kolonii literackiej.  Z innych książek poświęconych tej epoce, ostatnio przeczytałam "Montparnoss" George'a-Michela Michel, a jeśli chodzi o non-fiction, to polecam "Kobiety z Lewego Brzegu" Shari Benstock, która przybliża miasto (i twórczość) przez pryzmat kobiet-artystek takich jak choćby Gertruda Stein, Anaïs Nin, Colette, Edith Wharton...  Z naszego polskiego ogródka, mam dwie ulubione książki o Paryżu:  "Requiem dla moich ulic", w którym Krzysztof Rutkowski w niezwykle plastyczny sposób wskrzesza dawne, często nieistniejące już miasto i "Paryż za dwa Ludwiki" Ludwika Stommy i Ludwika Lewina, pełen spacerów po szlaku "Paryża cieni i smaków", pysznych anegdotek i zabawnych historyjek o dawnych, legendarnych bądź nie, mieszkańcach miasta. Muszę też dodać "Szkice Piórkiem" Andrzeja Bobkowskiego, dzienniki, których część akcji rozgrywa się w wojennym Paryżu... Lista krótka i otwarta.

Czara Gosia Kruczek z Rozcinam pomarańcze

Gosia aka Czara

 

***

Poprzednie wpisy z serii PRZEPROWADZKA

Przeprowadzka Magamary: Oksford

wtorek, 10 lipca 2012

Od zeszłego tygodnia jesteśmy już w czwórkę! Operacja udała się najlepiej, jak mogła. Miałam naprawdę znakomitego anestezjologa, który nie tylko znał się na rzeczy, ale przez całą operację opowiadał nam różne historie, dzięki czemu nie musieliśmy myśleć o tym, co ze mną robią :) Mała Natalie urodziła się w miniony poniedziałek w porze lunchu w historycznym miasteczku Warwick, ku przeogromnej radości całej naszej trójki. Jest maleńka, rozkoszna i naprawdę nie mogę od niej oderwać oczu. Dziewczyny się poznały. Płacz Natalie rozbawia Isabel, jej ciepłe ciałko wydaje się bardzo frapujące. Mamy się dobrze i dziękujemy Wam wszystkim za serdeczne życzenia i za to, że mocno trzymaliście za nas kciuki!

Natalie i Ania



niedziela, 01 lipca 2012

Oxford, Turl Street, centrum miasta, fot Milena WernerTyle się mówi o emigracji zarobkowej, a o ile wdzięczniejszym i bardziej intrygującym tematem jest emigracja uczuciowa :) Bo w końcu tyle tysięcy ludzi musi pakować swoje walizki, mówić adieu rodzinnemu miejscu i ruszać w nowe, by dołączyć do swojej drugiej (bądź jak kurtuazyjnie mówią Anglicy - lepszej) połówki. Tak zrobiłam ja, osiem lat temu. Waliza nie była wcale duża, w końcu podróż lotnicza z Gdańska na południe Anglii to jedynie 2 godziny, więc choć teoretycznie po coś niezbędnego zawsze można szybko pojechać, a poza tym naprawdę nie wiedzieliśmy, gdzie będziemy mieszkać za kilka miesięcy. Oliver kończył wtedy pisanie doktoratu w Oksfordzie, a ja miałam pracę, którą mogłam wykonywać z każdego miejsca na świecie pod warunkiem, że miało ono dostęp do internetu. Niby świetny układ, duże pole manewru, ale przyznam szczerze, że to też zawieszenie (bo nie wiadomo, co dalej), więc trudniej w takich warunkach jest znaleźć swoje miejsce w nowym kraju, a dodatkowo Oksford jest jednym z trudniejszych miast do oswojenia. Oksford jest zamknięty, niewielki, wykluczający (zobaczcie chociażby liczbę murów odgradzających różne obiekty w centrum miasta - wyjdą z tego kilometry) - niewidoczny, prężny świat uniwersytetu jest zupełnie oddzielony od miasta, więc to, co musisz zrobić, osiedlając się tutaj, to w jakiś sposób stać się częścią tego lokalnego wszechświata. Mając jednak pracę, którą wykonywałam z domu, trudno było w jakikolwiek sposób zbliżyć się do uczelni, a nawet nadgryść samo miasto i jego mieszkańców. Początki mieszkania w Oksfordzie były trudne.

Oksford, centrum

Broad Street, centrum miasta

Oksford, St Giles

The Eagle and Child, jeden z najbardziej znanych pubów w mieście (sławę zawdzięcza temu, że przesiadywał tu Tolkien z CS Lewisem)

Wydawało mi się, że rozwiązaniem byłoby znalezienie pracy na pół etatu, żeby się stać częścią miasta. Zaczęłam szukać i byłam przekonana, że szybko coś znajdę. Tymczasem okazało się, że wierne oddanie swojego życia w formie zgrabnego CV tylko utrudniało poszukiwania. Stosik grzecznie napisanych listów z odmową rósł szybko, a wraz z nim moja frustracja. Dopiero kiedy miły Anglik we włoskiej knajpie (był dla mnie tak miły, że byłam przekonana, że mnie zatrudni. Nic bardziej mylnego!) powiedział, że nie rozumie, dlaczego chciałabym tam pracować, dotarło do mnie, że upychając wszystko, co możliwe do CV, po prostu zabijałam każdą możliwą szansę na drobną pracę, przedstawiając się jako "przekwalifikowana, co nie zagrzeje tu długo miejsca". Usadowiłam się więc pod skrzydłami jednej z oksfordzkich agencji pracy i z radością przyjmowałam nawet najbardziej pokręcone, drobne zlecenia, mając okazję poznać najróżniejsze zakamarki miasta i co najważniejsze jego mieszkańców (wreszcie!). Jedną z fajniejszych rzeczy było poddanie się testom jungowskim w ramach sesji szkoleniowej dla psychologów (płacili całkiem nieźle: 6 funtów za godzinę w 2004 roku za to, że mogli ze mną porozmawiać - cudownie!). Wreszcie dostałam ofertę uczenia polskiego na uniwersytecie i choć ta praca była marnie płatna (na Uniwersytecie Oksfordzkim było wtedy aż trzech studentów polskiego, więc miałam zaledwie kilka godzin w tygodniu, poza tym, bądźmy szczerzy, uczelnia naprawdę nie rozpieszcza lektorów), byłam szcześliwa. Uczenie tutaj jest zupełnie inne, bo większość zajęć odbywa się w systemie jeden na jeden i przygotowanie się na godzinną lekcję z tylko i wyłącznie jednym studentem, to jednak zupełnie inny wysiłek niż seminarium z kilkunastoma. Nie było łatwo, ale było ciekawie.

Oksford, Trinity College, Hall

Studencka stołówka - Hall w Trinity College w Oksfordzie, fot. Milena Werner

Oksford, Taylorian Library

Biblioteka uniwersytecka, Taylorian Institute w Oksfordzie

Oksford wtedy nagle się otworzył. Minęło kilka miesięcy, Oliver dalej pracował nad doktoratem, a ja moją stałą, zdalną pracę zamieniłam na kawałkoetatową, wydłużając jednocześnie liczbę godzin prac "oksfordzkich". Razem z Oliverem chodziliśmy na wykłady, na łódkę, kino w college'owym barze. Poczułam się nieco, jakbym znowu stała się trochę studentką z błogim poczuciem beztroski. Miasto mi się w końcu spodobało. Oksford jest trudnym miejscem do ukochania, wymaga naprawdę sporego wysiłku, determinacji i czasu. Jak uda ci się przebić, to miasto staje się małym, prywatnym rajem, bo wtedy przez uczelnie ma się dostęp do nieprawdopodobnych bibliotek-domowo-wyglądających-czytelni, muzeów, wykładów, imprez. Oksford bez dostępu do uczelni potrafi trącić prowincją.

Oxford, fot Milena Werner

Jedna z piękniejszych, średniowiecznych alejek w mieście, fot. Milena Werner

Oksfordzki gargulec

Miejski straszak :)

Razem z ludźmi z college'u zaczęliśmy jeździć po kraju. Późną jesienią pojechaliśmy w Góry Czarne (walijskie Black Mountains), zimą do Dartmoore, latem kręciliśmy się po Vale of White Horse. Zaczęłam odkrywać, że w Wielkiej Brytanii sportem narodowym jest spacerowanie (walking) po górach, wzgórzach, polach, wrzosowiskach, łąkach, które uprawia się w odpowiednim obuwiu, sztormiaku, z plecakiem (najlepiej z piersiówką z whisky) i niezbędą mapą. Zaczęłam oswajać się z nieprzyjemnym podziałem na dwa krany w łazience (z jednego leci zimna a z drugiego ciepła woda, więc nie sposób umyć rąk w takiej, która byłaby odpowiednim kompromisem temperatur). Dostrzegłam, że choć w budynku, w którym mieszkaliśmy, było 11 mieszkań, to sąsiadów spotykało się raz na miesiąc. Zaakceptowałam piwo bez gazu (w wersji ale i bitter), wykładzinę w łazience (kremowa) i na wspólnym korytarzu w budynku (biała; ktoś przychodził raz na miesiąc i ją czyścił). Nie mogłam znieść cen biletów na autobusy miejskie (gdzie za przejechanie 4 km płaciło się prawie 2 funty), więc oksfordzkim zwyczajem nabyłam sobie rower. Przyzwyczaiłam się do dziwacznej mowy kierowców autobusowych, kawy na wynos, mówienia "przepraszam", kiedy zostało się przez kogoś przypadkowo dokniętym... Mogłabym długo wymieniać.

Oksford zimą

Oksfordzka zima na Walton Street

Wreszcie z czasem też odpuściłam. Na początku mieszkania w Oksfordzie strasznie byłam czuła na "sprawy polskie" - bolało mnie, jak ludzie myśleli i mówili o moim rodzinnym kraju jedynie w kategoriach stereotypów (walczący naród, Solidarność, bieda, picie wódki do obiadu - to ostatnie usłyszałam od starszej babki, która wykłada na Cambridge i zupełnie zaniemówiłam. Znajomi Polacy byli indagowani o to, czy w kraju nad Wisłą używa się pralek etc etc.). Czułam się urażona głupimi pytaniami. Zupełnie niepotrzebnie. Powinnam je po prostu wyśmiać bądź nazmyślać niemądremu rozmówcy inne wspaniałości. Dodatkowo dziwiło mnie to, że ktokolwiek z angielskiego środowiska dowiadywał się o kimś polskiego pochodzenia mieszkającym w Oksfordzie, momentalnie chciał mnie z tą osobą skontaktować tak, jakby Polacy za granicą musieli wyłącznie przynależeć do innych Polaków. Zajęło mi to trochę czasu, ale w końcu tego typu sprawy przestały mnie zupełnie poruszać. Odpuściłam zupełnie i znacznie mi z tym lepiej.

Zresztą mieszkając poza miejscem, gdzie się wychowałam, przeżyłam pewnego rodzaju uwolnienie, które z pewnością jest uczuciem dość uniwersalnym, jakiego doświadczają obcokrajowcy zamieszkujący w nowym miejscu. To wyswobodzenie od znanych schematów myślowych (kiedy pracowałam w Warszawie często się ludzi klasyfikowało: to taka a taka frakcja polityczna, z takiej a takiej rodziny etc. To było baaaardzo męczące), od narodowych stereotypów, od przewidywalnych reakcji i wypowiedzi. To było bardzo odświeżające. W Wielkiej Brytanii panuje większa wiara w instytucje, w możliwość kształtowania rzeczywistości (w imię zasady, że jak ci się coś nie podoba, to daj znać i zaproponuj, jak można to zmienić, zrób coś z tym sam), co szalenie mi się podoba. To chyba najbardziej mnie zmieniło w ciągu ostatnich kilku lat.

Oksford, Trinity College

Studenci w Trinity College

Oksford czytający student

Czytający przy Ashmolean Museum

Oksford traktuję teraz jak moje własne miejsce, a Wielką Brytanię jak moją wybraną ojczyznę. Uwielbiam Oksford, bo jest mały, a wiele się w nim dzieje (na niewielkiej przestrzeni potrafi spotkać się cała galaktyka wielkich umysłów). Bo dba o siebie. Bo potrafił z wdziękiem zakonserwować tradycje, parki, uczelniane zwyczaje itp. Bo dzięki temu miejscu ma się dostęp do tylu różnych kultur i społeczności, które mieszkają tuż za rogiem. W ten sposób zresztą dotarłam do Indii - dzięki znajomym i przyjaciołom, dzięki rodzinnym doświadczeniom Olivera (jego dziadek był budowniczym, który projektował mosty w Azji Południowej) i wreszcie dzięki niesamowitej liczbie powieści z subkontynentu, które wydaje się tutaj.

Czasem myślę, że chciałabym zmienić miejsce, zamieszkać i poznać nowe, ale z drugiej strony momentalnie czuję żal, że mogłabym coś niesamowicie ważnego stracić w Oksfordzie.

Zamieszaknie w nowym miejscu to duża próba siebie, własnej zdolności do zmierzenia się z nowym i znajdywania kompromisów. Każda przeprowadzka naraża cię na wystawienie swoich czułych punktów na działanie nowego, nieznanego klimatu. Zupełnie naturalną rzeczą przy zmianie lokalizacji jest popełnienie szeregu spektakularnych wpadek kulturalno-obyczajowych. Do moich najbardziej oszałamiających, które przychodzą mi teraz na myśl, należą: przyjście na imprezę domową wcześniej niż ustalili to domownicy (to jeden z najstraszniejszych grzechów głównych w Anglii; wpędzasz tym ludzi w totalny popłoch), zaparzenie popołudniowej herbaty w zimnym dzbanku (babcia Olivera była zbulwersowana. Dzbanek wszak się wcześniej ogrzewa wrzątkiem. Niewybaczalny błąd!), totalna ignorancja na temat istnienia clotted cream (gęstej śmietany, zbliżającej się konsystencją do masła, którą podaje się do scons, ciach serwowanych z herbatą), wysłanie do Olivera smsa z informacją, że spotkamy się z jego rodziną na lunchu w Old Parsnip (Starej Pietruszce) Hotel zamiast Old Parsonage Hotel (a wydawało mi się, że dobrze usłyszałam nazwę...)

Oksford, czytający przy bibliotece

Na dziedzicu głównej biblioteki uniwersyteckiej

Oksford

Prywatny skwer z widokiem

Pewnie się nie zorientowaliście, ale w tej długiej notce odpowiedziałam na cztery pytania: Jak to się stało, że znalazłam się w Oksfordzie? Jakie były moje pierwsze wrażenia po przeprowadzce? Jak mi się teraz tutaj mieszka? I jakie były moje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki i rozczarowania? Na koniec dodam listę książek, którą poleciłabym każdemu, kto chce dowiedzieć się czegoś więcej o Oksfordzie czy Wyspach Brytyjskich i w ten sposób rozpocznę nową serię wpisów w Tyglu. W najbliższych tygodniach będę przedstawiać Wam przyjaciół, znajomych, ulubionych blogerów, którzy mieszkają w różnych zakątkach świata, piszą o nich i chcieli się podzielić swoimi wrażeniami z nowych ojczyzn. Zapraszam do śledzenia serii Przeprowadzka.

Polecana lista lektur:

  • A. S. Byatt "The Game" - powieść o dwóch siostrach, z których jedna jest ekscentrycznym pracownikiem naukowym Oksfordu. Świetny dramat rodzinny o pokręconych związkach (rodzina jest kwakrami), napiętych relacjach siostrzanych i potrzebie bycia zostawionym w spokoju. Bardzo polecam.
  • Javier Marias "All Souls" (oryg. "Todas las almas") - Marias przez dwa lata pracował na oksfordzkiej uczelni i swoje doświadczenia ujął w formie fabularnej, ujawniając przy okazji szczegóły romansu z zamężną koleżanką z pracy. Książka wzbudziła wiele kontrowersji w mieście.
  • Jan Morris "Oxford" - historia miasta, uczelni, zwyczajów, oksfordzkich kuriozów, wszystko skrzętnie przedstawione.
  • Evelyn Waugh "Brideshead Revisited" - Oksford czasów przedwojennych, z arystokratycznymi i ekscentrycznymi studentami, czas wielkiego zblazowania i wielkiego romansu.

 

Nieoksfordzkie:

  • E. McEwan "On Chesil Beach" - świetna powieść o angielskiej, młodej parze osadzona w czasach obyczajowej skrytości. Znakomicie napisana.
  • K. Ishiguro "The Remains of the Day’ - melancholijny powrót do czasów wielkich majordomusów i nieprawdopodobnych posesji. Na pozór wszystko wpasowuje się w oczekiwania na wskroś angielskiej historii (chłód emocjonalny, obowiązkowość, hierarchia), ale nie dajcie się zwieść, bo ta powieść jest też bardzo japońska.
  • Książki Juliana Barnesa - ktokolwiek chce się zmierzyć z angielskimi kompleksami, powinien koniecznie czytać Barnesa!
  • A. Hollinghurst "The Stranger’s Child" - wgląd w londyńskie środowisko gejowskie. Do tego bardzo stateczna powieść.


Wreszcie trochę non-fiction:

  • B. Bryson "Notes from a Small Island" - szybka wyprawa przez Wyspy środkami komunikacji miejskiej. Bryson prędko zaspokaja swój apetyt, więc nie spodziewajcie się wielu szczegółów. Ciekawe są jednak uwagi społeczno-kulturalne
  • J. Baggini "Welcome to Everytown. A Journey into an English Mind" - tytuł mówi sam za siebie.


Ania w Oksfordzie
(Tymczasem pozdrawiam serdecznie i znikam na chwilę, bo jutro oczekują mnie w szpitalu i jeżeli wszystko dobrze pójdzie, pod koniec tygodnia będę w domu z drugą córeczką).

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...