sobota, 22 sierpnia 2009

W pośpiechu już urlopowym krótka informacja: w ostatni poniedziałek sierpnia (31-szego) wystąpimy razem z Chihiro z muzyczną relacją w radiu Roxy w audycji Maxa Cegielskiego Nie lubię poniedziałku. Audycja  trwa od 10 do 13-stej. Nie wiem dokładnie, o której nasze nagranie uleci w eter i przed moim wyjazdem już się nie dowiedziałam, bo Max jest w tej chwili na urlopie.

Chihiro będzie mówiła o najnowszym zbiorze opowiadań  Kazuo Ishiguro "Nocturnes: Five Stories of Music and Nightfall" , który traktuje o utalentowanych, niespełnionych muzykach, grających w restauracjach a marzących o wielkich salach koncertowych. Ja z kolei opowiem o myzkach grających na największym na świecie festiwalu muzyki klasycznej i nie tylko, czyli na londyńskim BBC Proms. To fantastyczne wydarzenie muzyczne oferuje w tym roku aż 100 koncertów. Udało mi się zobaczyć już kilka. Może po powrocie z urlopu wybierzemy się na kolejne muzyczne wieczory, bo BBC Proms trwa aż do 14 września.

BBC Proms

sala koncertowa Royal Albert Hall, Londyn

Audycji nie będę mogła posłuchać na żywo, bo w tym czasie będę pewnie leżeć do góry brzuchem na polskiej prowincji bez dostępu do żadnej technologii. Jeżeli ktoś będzie miał ochotę, to mogę przesłać nagranie po powrocie na początku września.

Tymczasem do usłyszenia 3 września!

piątek, 21 sierpnia 2009

Ta melodia z piosenki T.Love nie schodzi mi z ust od wczoraj, kiedy dowiedziałam się, że dostałam amerykańską wizę! Obyło się bez większych dramatów, choć skóra mi cierpła, jak tylko pomysłałam sobie o spotkaniu z biurokracją, zwłaszcza po ubiegłorocznym koszmarze z ambasadą indyjską.

Załatwienie amerykańskiej wizy okazało się jednak prawdziwym i szybkim piece of cake w porównaniu z tym, jak operuje indyjska placówka. Sama procedura i wniosek zaskoczył mnie tylko parę razy. Sam formularz, który wypełnia się online, jest prosty. Tylko końcowe pytania wyprowadzają trochę z równowagi: trzeba w nich wymienić wszystkich członków najbliższej rodziny i zapewnić, że nie mają powiązań z USA, że samemu nie zajmowało się prosytucją, przestępstwami i że nie ma się za sobą historii chorób psychicznych. Całe to przesłuchanie, bynajmniej w moim przypadku, wprawiło mnie w stan bycia podejrzanym w jakiejś nieprzyjemnej sprawie. Potem musiałam umówić się na spotkanie, dzwoniąc pod numer, za który płaci się u standardowego operatora 1,20 funta (5,5 zł) za głupią minutę! A rozmowa trwa jakieś 15 minut... Później już tylko czekałam w jednej kolejce, gdzie dokumenty sprawdzono mi dwa razy, potem prześwietlono mnie i torebkę podręczną (w której nie mógł znaleźć się ani telefon komórkowy, ani aparat czy pamięć przenośna). Jak w końcu znalazłam się w ambasadzie, stałam się numerem 181, który czekał w jednej kolejce, by złożyć dokumenty i odciski palców (krótko, bo jedynie 10 minut), a potem w drugiej kolejce ponad 2 godziny, by odpowiedzieć na cztery pytania, znowu złożyć odciski palców i po dosłownie dwóch minutach uslyszeć, że wniosek został rozpatrzony pomyślnie! Na koniec amasada, w której już robiło się duszno od czekających, pokierowała mnie do stoiska, gdzie trzeba było oddać wniosek o dostarczenie paszportu kurierem (następne 14 funtów). I po sprawie.

Do Nowego Jorku, Bostonu i małej Providence jedziemy w listopadzie. Już zakupiłam książkę Kamili Sławińskiej o Wielkim Jabłku. Mam też sporo literatury amerykańskiej do nadronienia. Chętnie skorzystam z Waszych polecanek. Cieszę się... jak dziecko!

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Czas Czerwonych Gor

"Chciałam napisać prostą, szorstką historię o tym, co życie dla mnie znaczy" - powiedziała Petra Hůlová w wywiadzie dla czeskiego radia po publikacji Czasu Czerwonych Gór (w oryginale Paměť mojí babičce) Z pisania tej historii wyszła jej, w moim przekonaniu, znakomita, debuitancka powieść.

Historia opowiedziana przez Hůlovą to osadzona w Mongolii saga rodzinna o poszukiwaniu własnej tożsamości, gorzkich relacjach i pustce, która wieje zarówno w świecie bohaterek jak i na mongolskim stepie. Hůlová snuje opowieść o czterech pokoleniach kobiet, próbujących odnaleźć sens i spełnienie w świecie, który nie oferuje im wielu możliwości. Życie w osadzie w mongolskich górach jest twarde i podporządkowane rytuałom natury. Mężczyźni wypasają w górach zwierzęta. Kobiety dbają o ger (czyli mongolski namiot koczowników), rodzą dzieci, gotują tłuste strawy z kluskami. Latem życie dzienne przenosi się na górskie stoki, zimą zamknięte jest wyłącznie w obrębie namiotu, z którego wyjść nie sposób, bo zmierzenie się z szalejącą śnieżycą i zimnem oznacza pewną śmierć. Czas Czerwonych Gór to jednak nie dokument o mongolskich obyczajach, ale opowieść o rodzinnych relacjach, pełnych napięć, kłótni i często źle skrywanych tajemnic.

Pierwszą narratorką jest Dzaja, jedna z czwórki siostr, erlic - czyli po mongolsku dziecko nieślubne. Jej biologiczny ojciec był Rosjaninem, mężczyzną życia matki, która jednak ostatecznie wolała pozostać przy mongolskim mężu niż uciec wraz z kochankiem w nieznane. Rysy Dzai, łączące dwie nacje, łatwo zdradzają jej pochodzenie. Każde dziecko jest jak miękki tłumoczek - mówi jej najmłodsza siostra, Ojuna - w czwartym rozdziale, którego jest narratorką - Złym i nieczystym ludziom rodzą się takie same miękkie, zsiniałe tłumoczki, jak tym porządnym, i każdy tłumoczek trzepocze się w takim samym ptasinym żywiołowym dygocie. Ja nigdy nie powiedziałam, że Dzaja jest brudnym erlicem, chociaż niektórzy tak myślą, a są to ludzie szanowani w samonowym centrum. Dzaja wie, że nie przynależy do społeczności i to po części pcha ją do miasta, do Ułan Batoru, gdzie chce sama kierować własnym życiem. Jej losy w stolicy to jednak pasmo dalszych porażek. Zamiast prowadzenia własnego baru z kluskami przy boku męża, Dzaja ląduje razem z drugą siostrą, również erlicem, w burdelu. Pewnej nocy z płatnej miłości narodzi się jej córka Dolgorma.

Świat bohaterek Czasu Czerwonych Gór jest okrutny. Każda z nich niemo doświadcza bólu. Są przedmiotem rodzinnych awantur, ofiarami gwałtów, nieszczęśliwych miłości. Wszystko przyjmują jako część ich świata. Czasami mam wrażenie, że oprócz mnie na świecie nie ma żadnej żywej istoty. Zwłaszcza kiedy jestem długo zamknięta, a dni są szare i prawie wcale nie różnią się od nocy - mówi w otwarciu piątego rozdziału Nara, kolejna z narratorek. Samotność i smutek są nieodzowną częścią życia w mieście i życia w górach. Doświadczają jej też mężczyźni, którzy starają się alkoholem zabić niepowodzenia. Życie nawet w wielodzietnej rodzinie, a taką jest właśnie rodzina Dzai, to życie w osamotnieniu, bo komunikacja między jej członkami jest często niemalże niemożliwa. Każda z bohaterek jest pełna pretensji i wyobrażeń o tym, co myśli o niej inna z sióstr bądź matka.

Powieść jest napisana świeżym, mówionym językiem w formie gawędy. Historie rodzinne snute z perspektywy pięciu pierwszoosobowych narratorek przedstawiają różne wersje tych samych wydarzeń. Prawda obiektywna nie jest istotna. Liczą się emocje i uprzedzenia, które matki, córki i siostry żywią do siebie, bo one kształtują światopogląd bohaterek.

Hůlovą widziałam podczas londyńskiego wieczoru literackiego European Literature Night parę miesięcy temu.  Powiedziała wtedy, że realia mongolskie powieści są drugorzędne, bo najistotniejsze dla niej było przekazanie bliskich jej doświadczeń rozpadającej się rodziny. I to w moim przekonaniu świetnie jej sie udało osiągnąć.

Książka, choć napisana kolokwialnie i to z dużą ilością mongolskich słów z życia codzinnego (łatwo jednak ich znaczenie zgadnąć z kontekstu, zresztą to ciekawe wprowadzenie do mongolskich obyczajów), ma w sobie wiele poetyckich obrazów. Kiedy rano śpi (Dzaja), jakby to słońce, które mnie przecina powieki jak nożem, było księżycem w najgłębszą zimową noc, tylko jej naciągnę rąbek koca pod brodę i idę do swojej roboty - opowiada siostra Dzai - Ojuna. W poprzednim rozdziale Dzaja snuje swoją opowieść o mieście słowami: Myślałam o niebie, które podobno nad Miastem jest blade także w nocy i rozpryskują się nad nim miejskie kolory, gwiazdy giną w żółtawej poświacie, która bije od domów, a gasną razem z ulicznymi lampami. Czarna gardziel owtoru dachu ger wydawała mi się przerażająca i wroga, a gwiazdy w porównaniu z latarniami na ulicach jakieś drobniutkie, jak złote kropelki.

Hůlová, ku mojej radości, uniknęła sentymentalizmu w opisie relacji rodzinnych. Stworzyła spójną wizję świata, którego dominującym składnikiem jest pustka. Bohaterowie powieści nie potrafią jej niczym zapełnić, choć ich starania są chwilami zaskakujące. Moim zdaniem, proza Hůlovej jest żywa, świetnie zbudowana i ogromnie przekonywująca. Czas Czerwonych Gór przeczytałam z wielką przyjemnością. Z chęcią sięgnę po jej kolejne powieści (30-letnia Czeszka ma ich na swoim koncie już cztery), jak tylko pojawią się kolejne przekłady. Swoją drogą tłumaczenie Doroty Dobrew czyta się świetnie.

Polskie wydanie Czasu Czerwonych Gór dostałam od nieocenionej Padmy - serdecznie dziękuję za przesyłkę.

***

Petra Hůlová, Czas Czerwonych Gór (oryg. Paměť mojí babičce)
Tłum. Dorota Dobrew
Wyd. WAB, Warszawa 2007

czwartek, 13 sierpnia 2009

Punting Oxford Wchodnia rzeka miasta ma charakter rozkapryszonego chłopca ze sporą nadwagą. Leniwie wije się z północy na południe. Jest szeroka, ale płytka i do tego błotnista. Kiedy jednak rozwścieczą ją deszcze północy potrafi oddać z nawiązką, rozlewając się po okolicznych łąkach i budynkach tak szybko jak nagle pięścią potrafi uderzyć chłopiec, który nie reaguje na zaczepki aż do momentu, jak zabierze mu się słodkiego pączka. Kaprysy Cherwell River o mały włos nie podtopiły nam mieszkania dwa lata temu podczas wielkich oksfordzkich powodzi, kiedy jeszcze mieszkaliśmy w północnej części miasta. Zdążyłam wszystko z dolnych półek załadować na górę i czekać ze spakowanym plecakiem na sygnał ewakuacji, kiedy rzeka przestała puchnąć i wody nagle zatrzymały się na wysokości balkonu.

Po tym niespełnionym planie ucieczki zostało mi już tylko mgliste wspomnienie, tym bardziej, że mieszkamy teraz na wzgórzu, więc Cherwell nawet w biblijnym gniewie nie będzie w stanie nas dosięgnąć. Lato na rzece to wolne przejażdżki łodzią, długą i wąską, która porusza się siłą odpychanego od dna kilkumetrowego drąga. Punt, bo tak nazywa się łodka, kojarzy się przede wszystkim z dwoma miastami Anglii - z Cambridge i z Oksfordem. Łodziami spławiano kiedyś wszelakie dobra na południe, teraz służą wyłącznie do rekreacji. Późną wiosną w obu miastach uczelniany tłum oddaje się rozkosznym przejażdżkom, podjadając świeże truskawki i... popijając szampana. To rzeczny klasyk, który często z braku funduszy zastępowany jest jednak białym winem. Latem wozi się ze sobą też kosze piknikowe, które rozkłada się potem w zacisznych zatoczkach.

Łodzią płynęliśmy wieczorem z rosyjskimi przyjaciółmi. Tegoroczne deszcze pozwoliły wszystkiemu nad brzegami przerosnąć, więc poruszanie się po rzece w pewnych częściach przypominało przedzieranie się przez minidżunglę. Powalone drzewa, na których wije się powój trzeba było zręcznie omijać. Ile razy odpychałam łódź kijem od mulistego dna, tyle razy lekko skręcała w prawo, więc musiałam prostować jej kurs, wodząc długachnym drągalem w wodzie. W Oksfordzie łodzią steruje się z tyłu, stojąc w jej środku. Za to płaski dziub może służyć za miejsce do siedzenia. W Cambridge z kolei sterujący stoi na dziobie, dodając wyprawie dreszczyku, bo kiedy drągal utknie w mule, można się ze ślizgiej powierzchni łatwo zsunąć do wody.

Punting Oxford

Odpychanie się od mulastych brzegów rzeki Cherwell wymaga sporo siły

Oliver prowadzi łódź znacznie lepiej ode mnie, więc spokojnie, bez zaliczania przybrzeżnych krzaków przesunęliśmy się od parków uniwersyteckich na północ. To była pożegnalna podróż. Przyjeciele wyjechali następnego dnia do Londynu. Dom na nowo jest nasz i muszę się do tego przyzwyczaić. Nasze lato od lat wygląda podobnie. Wypełnione jest dłuższymi wizytami przyjaciół i rodziny. Dom zmienia się wtedy w pulsujący hotel, by pod koniec wakacji kompletnie opustoszeć. Za tydzień wyjeżdzamy do Polski. Jadę tam już jako ciotka, poznać moją kilkutygodniową siostrzenicę. Może też uda nam się wypaść nad Biebrzę. Tylko jeszcze nie wiem gdzie. Polecicie jakieś miejsce?

wtorek, 11 sierpnia 2009

Przez kilka dni z płyty rano i wieczorem wydobył się mocny głos despotycznie brzmiącego djadji. To była moja pierwsza próba poznania odrobiny rosyjskiego na własną rękę. Jestem z tego pokolenia, które nie miało już ani zajęć z sowieckiej propagandy, ani nudnych lekcji z rosyjskiej gramatyki (za to z mozołem wpajano mi w trzeciej klasie podstawówki reguły czasu present continuous). Lekcje języków zaczynały się kiedyś od żmudnej wprawki w gramatycznych konstrukcjach. I choć człowiek znał najbardziej zawiłe strukturki, nie był w stanie za nic w świecie się z nikim dogadać, bo brakowało mu słów i zwykłych, codziennych zwrotów.

Teraz jest inaczej. Bynajmniej takie są moje doświadczenia z nauki języków obcnych na Wyspie. Pierwsza zasada jest taka, by nauczyć się  przeprowadzić choćby najprostszą rozmowę. Pytanie zasadnicze: o czym właśnie uczą nas rozmawiać? Przeszłam przez kursy dla początkujących w trzech językach i jestem rozbawiona angielską praktycznością w tym względzie. Kursy na płytach czy kasetach włoskiego, francuskiego i rosyjskiego, których słuchałam, zdradzają doskonale brytyjskie cele podróży do tych krajów.

Włoski uczył przede wszystkim, jak zarezerwować domek w Toskanii i zakupić wino. Z francuskim było jeszcze bardziej kulinarnie. Po jednej z pierwszych lekcji można było wybrać się do rzeźnika, by zakupić francuską, suchą kiełbasę saucisson i kilka plastrów czegoś innego. Potem kolejna lekcja uczyła zamawiania dań w restauracji ze szczególnym uwzględnieniem skomplemetowania potrawy po jej zjedzeniu. Nie obyło się też bez wątku romansowego, choć podejrzewam, że Anglicy mogą mieć znaczne trudności w podbijaniu serc Francuzek podczas weekendowych podróży. Tutaj jedynie spekuluje.

Powróćmy jednak do mojego djadji z kursu rosyjskiego, bo tutaj brytyjski wydawca czy raczej brytyjski autor kursu mnie kompletnie zaskoczył. Po przejściu przez alfabjet, liczby, powitania i pożegnania, despotyczny głos próbował nauczyć mnie, jak zamówić bilety na Strawińskiego i Czajkowskiego! Amatorzy podróży do Rosji muszą być koneserami muzyki. To już nie ci, co na wakacje jeżdżą ciało powygrzewać i nakarmić. Oni jeżdżą karmić duszę!

Naturalnie podczas kursu spadamy też na niziny i zwyczajnie podróżujemy po kraju. Podróże ograniczają się rzecz jasna do linii Moskwa – Petersburg. W głąb wielkiej Rasiji zapuszczają się już pewnie tylko nieliczni. Do tego, a jakże, kurs proponuje też wizytę w restauracji z cygańską muzyką – turysta musi przecież wdepnąć też w coś, co przygotowane dla niego i zostawić odpowiednio duży napiwek.

Im dłużej słuchałam płyty, tym mój djadja brzmiał bardziej swojsko, ale wciąż nie mogliśmy się do siebie przekonać. Dopiero jak przyjechali nasi przyjaciele z Moskwy i rosyjskiego mogłam posłuchać na żywo z trójki serdecznych ust, oswoiłam się z językiem, który nigdy nie leżał mi blisko serca. I od kilku dni gawarimy w mieszance rosyjskiego, polskiego i angielskiego.

A jakie są Wasze językowe doświadczenia?

 

ps. czy wiecie gdzie zdobyć wydanie "Zbrodni i kary" w opracowaniu Biblioteki Narodowej?

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

specjalnie dla Invitady

York jest jednym z tych szczęśliwych miast Wielkiej Brytanii, którym udało się zachować w dużej części nienaruszoną,  średniowieczną strukturę i nie zrobić z niej niemego muzeum. York jest niewielki, zielony i urokliwy. Sama droga do miasta wiedzie przez pofalowane, złociste o tej porze roku pola. Jeżeli by zboczyć z trasy, można dostać się na wrzosowiska, a stamtąd do krajobrazu tak dobrze znanego z książek siostr Brönte (resztą to ich rodzinnego domu, a obecnie muzeum w Haworth jest niedaleko).

Zjeżdżając z autostrady, uderzamy w zieleń przedmieść i dzielnicę wielkich, XIX-wiecznych willi. Spokój tych majestatycznych domów podobny jest do zamożnej, północnej części Oksfordu. Stamtąd do centrum jest zaledwie parę minut.

Historia Yorku, miasta położonego w połowie drogi między stolicą Anglii i stolicą Szkocji, sięga tak, jak wiele południowych miast, do czasów podboju Wyspy przez Rzymian. Żołnierzom rzymskiego cestarstwa musiało mocno dostać się od zimnych wrzosowisk i siekającego zimą deszczu. Klimat północnego hrabstwa Yorkshire to już nie ciepłe, łagodne wzgórza South Downs czy pola Fishbourne, gdzie antyczni kolonizatorzy mogli uprawiać winorośla. Po Rzymianach, rzecz jasna, nie ma już śladu. Na miejscu ich dawnej fortecy zbudowano w średniowieczu wielką katedrę, która stoi do teraz.

York, Wielka Brytania

Stary York, widok ze średniowiecznych murów

Centrum Yorku można oglądać z dwóch perspektyw: łażąc po starych, średniowiecznych murach okalających dawne granice miasta czyli obecną starówkę, bądź przemierzając uliczki okolone murami. Śniadanie wpadło nam w rękę samo. W znakomitej ciastkarni zakupiliśmy po jednym ciachu Yorkshire Fat Rascal (tłumacząc dosłownie Tłusty Drań/Nicpoń z Yorkshire), które z godzinę dojadaliśmy przy kawie, czytając gazetę w pobliskiej kawiarni. Fat Rascal jest naprawdę fat, a na jego tuczącą konsystencję składa się nie tylko masło, mąka i ogromna ilość cukru, ale mnóstwo bakalii. Ciastkarze hrabstwa Yorkshire prześcigają się w doskonaleniu nicponi, dekorując je bądź orzeszkami bądź migdałami, czy też zapiekając na ich wierzchu karmelizowane winogrona.

Spora część centrum to niestety długa lista sieciowych sklepów, i jak na brytyjską niedzielę przystało, odwiedzanych tłumnie przez mieszkańców i przyjezdnych. Nie jest to jednak ta skala zakupów co w Leeds. Ze słodkim nicponiem w żołądku można spacerować po centrum niemalże przez cały dzień. Uliczki Yorku są urocze, zwłaszcza te, które utrzymały swój koślawy i wąski, średniowieczny charakter.  Jedną z najbardziej znanych o zabawnej nazwie The Shambles (ang. syf, bałagan), warto przejść się, jeszcze zanim nadejdą tłumy, bo wtedy można utknąć w korku robiących zdjęcia.

York, Wielka Brytania

York starówka

Kręcąc się po mieście, natknęliśmy się na ciekawą księgarnię nieopodal katedry. Ściany wąziuteńkiej kamienicy przejęte zostały przez rzędy książek na całych trzech piętrach. Jest w czym wybierać.  Z tego ogromu wyłowiłam malutką książeczkę w czerwonej, skórzanej okładce - zbiór opowiadań Alana Edgara Poe z 1912 roku za jedyne trzy funty! (sfri pałnc egzakly - jak wyraziła się sprzedawczyni. Urzekło mnie to tylne i twarde "ly" w jej północnym dialekcie). Poszukiwacze pierwszych wydań mogliby tam mocno uszczuplić portfele. Stare edycje Dickensa,  Hardy’ego czy Austen można zakupić za tysiące funtów bądź też obejrzeć sobie przez dłuższą chwilę za darmo i bez niecierpliwego spojrzenia księgarki.

księgarnia, York, Wielka Brytania

Jedno z piętr domu książek

Katedra w Yorku to miejsce, do którego się pielgrzymuje. Jedna z największych w Europie gotyckich budowli wykonana jest z prawdziwą klasą. Ma smukłe okna z niebywale pięknymi  witrażami i długą, długą nawę, którą można spacerować niemalże jak miejską aleją. Gotyk północy ma jasno-szare ściany z dostojnymi łukami i rzeźby świętych bez głów, które obcięła reformacja.

Miasto leży nad dwoma rzekami Ouse i Foss. Po Yorku można spacerowac wzdłuż rzecznych brzegów, zwłaszcza jeżeli jest się w okolicach przyjemnego, miejskiego parku - Museum Gardens. Tam można usiąść przy ruinach starego kościoła, urządzić mały piknik czy zwyczajnie nakarmić ciastkiem brzydką, szarą wiewiórkę, która czai się za drzewem.

Zwiedzanie miast potrafi być męczące, bo tworzy w zwiedzającym potrzebę czy niejako nakaz zobaczenia tego, z czego miasto jest dumne. A tym zwykle są muzea i historycznie ważne miejsca. Ja tego nie lubię. Dla mnie zwiedzanie atrakcji zabija przyjemność zwykłego szwędania się po mieście i odnajdywania ciekawych miejsc, które do przewodników nie trafiają. Dlatego zamiast do muzeum Wikingów czy sztuki wybraliśmy się do lokalnej knajpy.

York, katedra, Wielka Brytania

Katedra w Yorku

Jorska restauracja przy 19 Grape Lane, z niskim dachem podpieranym przez grube drewiane bele, okazała się nie tylko doskonałym lokalem gastronomicznym, ale i intrygującym kawałkiem historii miasta. Knajpka jest jednym z najstraszych użytkowych lokali w mieście. W swojej 500-letniej historii służyła i handlarzom owocami, i rzeźnikowi, i panom, co przychodzili po płatne uciechy. Zabawne jest to, że obecne Grape Lane (Aleją Winogron) kiedyś nazywało się Grope Lane (od ang. grope – obmacywać) czyli Aleją Obmacywaczy. Lokalnego kolorytu dostarcza nie tylko jorski sunday lunch z tradycyjnym Yorkshire pudding czyli kawałkiem nadmuchanego plackowego ciasta w kształcie grzyba, ale i sympatyczna polska kelnerka, która opowiada nam o życiu centrum. York to dzisiaj też polska kolonia.

piątek, 07 sierpnia 2009

Isolarion James Attlee"Isolarion" to opowieść o nietypowej pielgrzymce, bo odbytej przez zamakarki... jednej ulicy. James Attlee przemierza Cowley Road w Oksfordzie, najbardziej kolorową ulicę miasta, której mieszkańcy reprezentują pewnie połowę globu. Mniejszości etniczne, większości religijne,  studenci, artyści, pijacy to bohaterowie tej lokalnej podróży. Zresztą, czytając "Isolarion", podróżujemy też w czasie, odkywając te miejsca, które dziś zarośnięte są przez wiktoriańskie budynki a kiedyś miały uzdrawiające studnie i licznych pielgrzymów. Attlee zabiera nas w drogę wspólnie z jego ulubionymi pisarzami, między innymi z Robertem Burtonem,  autorem "Anatomii melancholii". Dla niego jak i dla Burtona pisanie ma być ucieczką od melancholijnych nastrojów. Zapewniam, że skuteczną. Tą książkę napisał bowiem racjonalny, zdrowy i ciekawy świata umysł.

Attlee jest szalenie konsekwentny. Uparł się, że będzie pisał tylko o Cowley Road, zwanej też czasem Niezależną Republiką Wschodniego Oksfordu i tego się trzyma do ostatnich stronic książki. O Oksfordzie napisano już wiele, tropiąc ekscentryzmy i intrygi wielowiekowej historii miasta, więc Attllee z premedytacją pozostaje na peryferiach.  Przyznam szczerze, że czytanie książek o miejscach dobrze mi znanych, nie sprawia mi już takiej radości. Bynajmniej ta książka nie sprawiła. To, co zwykle trzeba sobie wyobrazić, lądowało w głowie jako gotowy, dobrze zapamiętany z licznych spacerów obraz. Zresztą to nie jedyna rzecz, która zaprzątała mi myśli.

Attlee we wstępie wyjaśnia, że celem jego pielgrzymki przez Cowley Road jest złączeniem się na nowo z sąsiedztwem, z dzielnicą. W ramach tej deklaracji wędrujemy z autorem przez Cowley, zaczynając pod XVIII-wiecznego pubu Cape of Good Hope (Przylądek Dobrej Nadziei) znajdującego u podnóża pnącej się wolno w górę ulicy.

Odwiedzamy między innymi sklepik z wyrobami rękodzielniczymi z Brazylii "Galeria Brazilia", krawca, co szyje na modłę średniowieczną ubiory dla pracowników naukowych, kleru i sądu, targ rosyjskiej żywności, warzywniaki z produktami z Maroka czy Indii czy wreszcie sklep z pornografią. Cały ten misz-masz wypełniają rozmowy z właścicielami dotyczące charateru ulicy. I choć Attlee bardzo się stara tego uniknąć, to niestety czasami popada w banalność. Trudno mi  się temu dziwić, bo nawet jeżeli bardzo byśmy chcieli z kolorowej na zewnątrz ulicy uczynić wielce ciekawy temat, ona w środku może okazać się po prostu zwyczajna. Codzienne życie Jamajczyków, Pakistańczyków, Chińczyków czy Polaków w Cowley Road może przecież toczyć się takim samym miejskim rytmem.

Attlee stara się te braki uzupełnić swoją erudycją, literackimi fascynacjami. Są rozdziały, w których to rzeczywiście udaje mu się znakomicie. Autor świetnie połączył historię oksfordzkich trampów z "Anatomią melancholii" i życiem trędowatych. Te fragmenty książki poprzeplatane są jednak relacjami ze spotkań organizowanych przez urząd miasta, dotyczących zmian w Cowley, które miały zwiększyć bezpieczeństwo i polepszyć wygląd ulicy. I przy czytaniu tych historii mogę już tylko obojętnie ziewnąć.

Próba uchwycenia teraźniejszości powoduje jeszcze dodatkowy problem: rzeczy nie stoją w miejscu, więc niektóre opisy w "Isolarionie" już się zdezaktualizowały. Znany wydawca Blackwells Publishing wyniósł się z Colwey już kilka lat temu, karnawał celebrujący różnorodność etniczną ulicy już nie odbywa się na niej, a pub Cape of Good Hope zmienił zarówno właściciela jak i wystrój.

Attlee jest wrażliwym i subtelnym pisarzem. Jego wyprawa po mieście jest, jak zaznaczył w podtytule książki, "inną podróżą po Oksfordzie". Pomimo wielkich starań i dużego talentu ta podróż niestety trąci pretensjonalnością. Choć książka otrzymała wiele komplemetów od recenzentów dużych dzienników (m.in. Guadiana, The Economist czy The Times), obawiam się, że mnie nie zachwyca.

Cowley Road Oxford

Cowley Road wczesną wiosną. Sklep z żwynością grecką i wschodni supermarket

***
James Attlee
Isolarion. A different Oxford Jouney

wyd. Black Swan 2009
(pierwsze wydanie książki publikowało University of Chicago Press w 2007)

środa, 05 sierpnia 2009

Looking for Eric

Po godzinach - obsesyjny fan piłki nożnej, w pracy - listonosz, mieszkaniec przedmieść Manchesteru, introwertyczny Eric to w skrócie główny bohater najnowszego filmu Kena Loacha. Jeżeli macie ochotę zobaczyć, jak wygląda brytyjskie życie na zapadłych obrzeżach dużego miasta, przedstawione z dużą dozą humoru, to poszukajcie tej produkcji. Oglądanie Szukając Erica w oryginale polecam wszystkim, których ciekawi manchesterski, miejski dialekt, jakże różny od tzw. proper English (standardowej, do niedawna kojarzonej z wymową prezenterów BBC wesji angielskiego, inaczej zwanej received pronunciation).

Film oglądaliśmy w czwórkę: Oliver z bratem i ja ze swoim. Strzygłam uszami, próbując zrozumieć Ericowe wypowiedzi, które dalej niczym w zabawie w głuchy telefon tłumaczyłam bratu na polski. Myślałam, że tylko ja poległam na zrozumieniu manchesterskiej gwary. Tymczasem zarówno Oliver jak i Tom trudzili się w podobny sposób. Mowa Erica (świetnie odegranego przez Steve’a Evetsa) najtrudniejsza dla ucha jest podczas jego znakomitych dialogów-halucynacji z francuskim piłkarzem Ericem Cantoną, niegdyś gwiazdą Manchester United.

Eric z przedmieść mieszka w zdezelowanym domu wspólnie z dwójką synów, którzy mają go w głębokim poważaniu. Bohater ma za sobą dwa nieudane małżeństwa. Kochanek z niego żaden. Drogi mu jednynie papieros, joint, kufel z piwem i wspomniana już wyżej gwiazda brytyjskiego footballu. Ten marnotrawny Eric przejdzie jednak sporą przemianę, w której tkwi cały humor filmu. Im więcej marihuany wpali bohater, tym zabawniejsze będą jego rozmowy z wielbionym piłkarzem i tym mniej przewidywalne realcje. Eric w całej swojej pokraczności będzie próbował zdobyć na nowo serce byłej żony Lily, od której odszedł wiele lat wcześniej. Sprawy skomplikują się, kiedy jeden z jego synów wplącze się w nieprzyjemną historię z lokalnym gangiem. Ale tutaj przyjdą mu z pomocą kumple, a ci zaserwują widzowi kolejną porcję śmiechu. Mężczyźni z wielkimi brzuchami piwnymi i równie wielką miłością do piłki wpadną na genialny pomysł.

Looking for Eric trudno jest gatunkowo sklasyfikować. To połączenie komedii i dramatu obyczajowego. Wątki o różnym zabawieniu emocji przeplatają się jednak wdzięcznie, tworząc ciekawy obraz, trzymający widza w niewymuszonym napięciu. Film to wielce brytyjska produkcja. Znajdziecie tam takie kulturowe ikony życia na Wyspie jak miejski pub, przyciągający zgraną grupę chłopaków z dzielnicy, szeregowce z niezwykle wąskimi korytarzami i uwielbienie dla gwiazd lokalnego klubu piłki nożnej.

Film obejrzałam z nieukrywaną przyjemnością,nawet przy moich translatorskich obowiązkach podczas seansu.

 

***
Looking for Eric, reż. Ken Loach
Wielka Brytania, 2009
Oficjalna strona filmu Looking for Eric

wtorek, 04 sierpnia 2009

Leeds w deszczuKiedy Michał Marks przybył ze Słonimia do Anglii pod koniec XIX wieku, nic jeszcze nie zapowiadało wielkiego sukcesu. Michał pochodził z żydowskiej rodziny z Polski. Miał smykałkę do interesów. W buchającym handlem, szybko rozwijającym się Leeds zaczął skromnie od kramu ze wszystkim za pensa "The Penny Bazaar" w wielkiej hali targowej Kirkgate Market. Potem nadarzyła się okazja współpracy z Thomasem Spencerem. Z ich biznesowego duetu narodził się sklep pod wdzięcznym szyldem Marks & Spencer, sklep, który znajdziecie w niemalże każdym większym mieście na Wyspie i sporadycznie w wielkich stolicach świata. Marks and Sparks, jak mawiają żartobliwie Brytyjczycy (sparks, czyli ang. iskierki czy błyski, które mogą odnosić się do wypucowanej na błysk podłogi czy święcących, doskonale wymytych marchewek) sprzedaje żywność, ubrania i rzeczy gospodarstwa domowego. Znany jest ze zwożenia egzotycznych owoców z dalekich krajów o perfekcyjnych kształtach i wypolerowanej skórce. Zapracowane, dostatnio żyjące matki lubują się w wybieraniu przygotowanych potraw, począwszy od krwistych steków z przypruszonymi pieprzem boczkami i wawrzywnym ratatouille, po indyjskie, chińskie czy tajskie specjały. Wszystkie, moim zdaniem, o zbyt łagodnych, stłumionych smakach, idealnych dla tych, co lubią bezpieczne eksperymenty.

M&S nie znajdziecie w żadnej z kiepskich dzielnic miast. Klientela sklepu to jednak grube portfele klasy średniej. Do sklepu jest zresztą przywiązana. W tym roku Marks & Spencer świętuje 125 rocznicę istnienia.

Nie bez przyczyny M&S powstał w Leeds, bo właśnie tam Michał Marks znalazł dla swojego handlowego talentu doskonałe miejsce. Miasto pod koniec XIX wieku, przeżywało prawdziwy boom gospodarczy. Przemysłowa rewolucja rozhulała się na dobre, przynosząc miastu gotówkę, znakomitych kupców i oczywiście wielkie targowe hale, budowane na modłę wikoriańskiej potęgi.

Spacerując po Leeds w sobotę zalaną deszczem i wyściubiając nos spod parasola, widziałam, jak ten ogromny handlowy wigor wciąż jest w mieście nieśmiertelny. Olbrzymie hale targowe ze szklanymi, finezyjnymi dachami prześcigają się z monstrualnej wielkości sklepami przy głównych arteriach centrum miasta. Wszędzie pełno poruszających się energicznie kupujących. Ich liczba pomnożona przez ilość miejsc i wielkość przestrzeni zakupowej jest tak ogromna, że wydaje się, że ludzie są w stanie wynieść w torbach całe centrum w ciągu jednego popołudnia.

Leeds hale handlowe, arkady

 

Leeds, hala targowa

Hale targowe Leeds

Jak fala kupujących przestaje się już tak równomiernie bujać i rozprasza się po okolicznych kafejkach na przerwę obiadową, można zobaczyć to, co w ludzkiej masie początkowo ginie. Ten wielki i nieco pompatyczny rozmach budowli nadgryzany jest z każdej strony przez pospolity rozpad. Leeds nie jest już nowoczesnym miastem z wikoriańskiej epoki czy stylową metropolią z obrazów Johna Atkinsona Grimshawa. W Leeds wkrada się śmierdzący robaczek zapomnienia. Zabite dechami okna rozsypujących się kamienic wynurzają się z ulicznych rzędów tuż obok wiekich dostojnych hal. Za rogiem odnowionej parceli znaleźć można fragment muru czegoś, co przestało już istnieć i wielką stertę śmieci.

Frapuje mnie to miasto i nie mogę uniknąć skojarzeń z Łodzią, choć nasza Łódź nie miała jednak w swoim nagłej, przemysłowej rewolucji zaplecza wielkiego imperium. Centrum Leeds wykreowane jest przede wszystkim przez wiktoriański splendor. To nie fabryki robią w Leeds wielkie wrażenie, ale miejsca handlu. Znakomita jest hala, w której sprzedawano i ustalano ceny kukurydzy. Zobaczcie na ten doskonale zaprojektowany dach, którzy przypomina dwa wielkie skrzydła. Wpada przez niego tyle światła, by dokładnie oświetlić sprzedawane towary i nie tworzyć cieni, które mogłyby zamaskować ziarna gorszej jakości. Nawet w tak pochmurny i paskudny dzień można w niej wszystko dokładnie obejrzeć. Obecnie zresztą nic tam się nie sprzedaje. Niedawno odremontowana hala oferuje jedynie restaurację w podziemiach. Reszta świeci pustkami.

Corn Exchange Leeds

Corn Exchange, Leeds

Uciekając przed deszczem, który niemiłosiernie sieka nas po plecach, wpadamy do innej hali – to miejski rynek, w którym niewymarłe na szczęście jeszcze zawody piekarza, rybaka czy rzeźnika prezentują się w całej okazałości. Zresztą uwagę przykuwają nie tylko ich tradycyjne kramy, ale i sam dach tej olbrzymiej budowli, drewiano-szklany, ozdobiony kolorowo. Im dalej przesuwamy się po hali, tym coraz to nowsze rejony odsłaniają się przed nami. Hala odbija międzynarodowy charakter miasta. Tu sprzedaje się sari (kiepskiej jakości), tu stoisko ma polski sklep. Zresztą narodowy stragan to coś przedziwnego. Sprzedaje się tutaj herbatę Tetley i sosy Uncle Ben’s po szyldem "Tu kupisz polskie produkty". Do tego mają polską wersję angielskiego chleba tostowego i mnóstwo owocowo-warzywnych weków. Przy straganie krząta się kilku klientów, ale polskiego wcale nie słychać. Znikamy.

Przy wyjściu z hali, widzimy jak w deszcz uciekają dwie prostytutki. Coś do siebie krzyczą w języku, którego zupełnie nie udaje mi się rozpoznać. Zimne strugi nie omijają ich zupełnie nagich boków i czarnych, koronkowych staników. Po drugiej stronie ciąg starych przemysłowych budynków. Pozakręcane kominy wyglądają w dżdżu jak skulone na dachach postacie ludzi. Hala stoi odłogiem. Jedynie w jej połowie na tyłach ktoś otworzył chińską knajpę. Takich widać w mieście sporo. Czy to emigranci przybyli prosto z najludniejszego kraju świata czy może to ci, pracujący w przemyśle rybnym, którzy przyjechali do Leeds z Liverpoolu i okolic? Tego nie udaje mi się dowiedzieć.

Chodząc po Leeds, można spotkać sporo młodych par z dziećmi. On ubrany po europejsku, ona w czadorze z chustą na głowie, często zasłaniającą wszystko oprócz oczu. On pcha wózek z maluchem. Ona idzie obok. To jednak nie taki obrazek z Leeds utrwaliły narodowe media. Leeds nieodłącznie kojrzy się na Wyspie z atakami terrorystycznymi w Londynie w 2005 roku. To z tego miasta na północy pochodziła dwójka młodych chłopaków, którzy wysadzili się w środkach transportu publicznego stolicy, zabijając 52 osoby. To stamtąd media nadawały reportaże o rozłamie społeczeństwa, narodzinach terrorystów brytyjskiego pochodzenia i końcu idei wielonarodowej Brytanii. Jak długo to miasto będzie się z tym kojarzyć?

Leeds, miasto

Leeds centrum miasta

Idąc przez główną ulicę centrum, przy której mieści się Galeria Sztuki Współczesnej, Urząd Miasta i cała masa sklepów, widzę tylko jednego mężczyznę w tradycyjnym, muzułańskim ubraniu z długą czarną brodą. Centrum miasta to jednak nie miejsce na religijny i obyczajowy konserwatyzm. On idzie żwawo prosto, my skręcamy do muzeum. Galeria Sztuki Współczesnej miała być tym punktem kulminacyjnym wizyty. Cieszące się niezłą renomą muzeum nie spełniło jednak naszych oczekiwań. Trwająca właśnie wystawa o brytyjskim surrealizmie była mało ciekawa. Obrazy, rzeźbę i wyroby codziennego użytku stłoczono w dwóch niewielkich salach. Ciekawiej zrobiło się w sali wyżej, gdzie pokazywano sztukę z początku XX wieku. Muzeum ma zresztą sporo obrazów Sickerta, brytyjskiego impresjonisty z grupy Camden, którego bardzo lubię. W przestronnej sali z pracami z końca XX wieku można było już tylko raczej przejść niewzruszonym. A potem wyjść spokojnie na zalane deszczem miasto.

Chcieliśmy się wieczorem wybrać do lokalnego kina, ale nic ciekawego nie grali. Gazety nie wspominały też o żadnym loklanym, alternatywnym kinie. Poszliśmy się więc wysuszyć i nakarmić do pizzerni. Nagle zrobiło się ciepło, przytulnie i sennie. Deszcz wychodził z nas w postaci czerwonych rumieńców. Jak wracaliśmy już z miasta, po szarych strugach nie było śladu. Zachodzące słońce pokazało własny rumieniec, może wstydząc się, że zmarnowało tyle dnia. W czerwonawych cieniach wyłaniali się z rogów pierwsi amatorzy sobotnich imprez. Pierwsze były grupki dziewczyn i dorosłych kobiet szykujących się na wieczór panieński. Największe wrażenie robiły te przebrane za diabelskie kocice. Doczepione do włosów pluszowe kocie uszka, obcisła bluzka i jeszcze bardziej przylegające do ciała spodnie. Potem już tylko czarne szpile i puszysty, dyndający z tyłu ogon. Wszystkie cztery kocice szczodrze obdarzone kształtami przez matkę naturę paliły przed pubem papierochy, wesoło rechocząc. Noc dopiero miała nadejść. I ulice wielkich kupców dopiero miały stać się Ulicą Krokodyli.

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...