niedziela, 29 sierpnia 2010

Jacek Dehnel Moja babcia Ela urodziła się w Hamburgu na początku XX wieku. Prababcia Aniela pojechała tam w ciąży do swojej rodziny, o której my - trzecie i czwarte pokolenie - już nic nie wiemy. Zostały tylko stare fotografie panów w surdutach i pań w jasnych sukniach, niemożliwych do zidentyfikowania przez nikogo z żyjących. Babcia Ela pewnie by wiedziała, ale umarła kiedy miałam sześć lat, więc nie zdążyłam jej o to wszystko wypytać. Babcia zresztą w czasach mojego dzieciństwa niewiele czasu miała na powracanie do przeszłości i snucie historii. Zajmowała się przecież dwójką dość charakternych wnuków: moim kuzynem Maćkiem, który w chwilach niezadowolenia twardo oznajmiał "Ela ja się teraz na ciebie gniewam" i pozostawał w tym stanie, dopóki babcia nie wyciągnęła pierwsza ręki na pojednanie, i mną - pierwszą wnuczką swojej córki - którą rozpieszczała, jak tylko mogła i która podobnie jak kuzyn Maciek lubiła stawiać babci warunki.

Bardzo żałuję, że ten świat czasów babci i jej rodziny zaginął bezpowrotnie i nie istnieje już nawet w rodzinnych wspomnieniach. Najgorsze jest jednak to, że babci już nie ma. Umarła nagle i niespodziewanie. Nie było dla niej czasu ani na powolne dziecinnienie, które dopada człowieka na starość, a dla nas - na przygotowanie się na jej odejście. Zabrakło momentu przejścia, kiedy można zacząć godzić się z nieuniknionym, a który Jacek Dehnel w swojej "Lali" - "książce gadanej" o babci i rozpadających się światach ujmuje tak:

Już teraz dom w Oliwie wygląda inaczej. A kiedy babcia umrze, a umrze niebawem, i mogę to napisać zupełnie spokojnie, bo po pierwsze, dawno wszyscy pogodziliśmy się z tą myślą, a po drugie, ona i tak tego nigdy nie przeczyta, bo w ogóle już nie czyta, wszystko się zmieni nie do poznania." (str. 5)

"Lala" to piękna opowieść, która zachowuje to, co każda rodzina powinna, a czego nam się nie udało zatrzymać. Familijne opowieści są, rzecz jasna, skomplikowane, więc niejeden raz udało mi się w dehnelowych historiach pogubić (co zresztą było dość urocze). W podobny sposób traciłam kiedyś rozeznanie, czytając "Mahatmę Witkaca" Siedleckiej. Obie książki - choć tak różne gatunkowo - próbują ocalić pamięć o tym, czego już nie ma, zrekonstruować świat, który się rozpadł, pozlepiać, jak robią to konserwatorzy starożytnej ceramiki, te bezcenne pozostałości kielicha minionej epoki, by można spróbować wyobrazić sobie, jak się niegdyś z niego piło.

To, co naważył Dehnel, pije się znakomicie. Światy jego bohaterów pojawiają się i giną w niekontrolowanym łańcuszku skojarzeń i powtórzeń starzejącej się, nietuzinkowej kobiety, która ma w sobie potęgę żeńskich kreacji Schulza:

- Znacie... - zaczyna babcia.
- Znamy. Na pamięć. - odpowiadamy z oczywistą bezsilnością.
- Znacie? No to posłuchajcie. Kiedy Niemcy przyjechali do Lisowa, każdy zachował się inaczej.
(s. 185).

Kijowskie czasy prosperity, marne chwile Żydów na kieleccyźnie, czasy wojny, przeprowadzek, upadającego dworku, wyjazdów zagranicznych, ucieczek, powrotów ma babcia wyryte na zacinającej się co rusz płycie pamięci. Zresztą właśnie opowieść o owym zacinaniu się, o powolnej, okrutnej degradacji człowieka przez starość udała się Dehnelowi najlepiej. W snuciu tej osobistej historii pisarz wydał mi się też stylistycznie najciekawszy. O ile saga rodzinna ujęta w gawędziarskim stylu długich, wijących się jak gałęzie genealogicznego drzewa zdaniach zbyt mocno przypominała mi charakterem książki Grassa, Chwina czy Huellego (co ciekawe, wszyscy pisarze, łącznie z Dehnelem pochodzą z Gdańska), o tyle budowana na dziesiątkach innych historii, osobista opowieść o finale życia babci zawarta w krótkich, ostrych, wymownych dialogach była oryginalna i poruszająca.

Babcia patrzy na mnie z wyrzutem i mówi:
- Wszystkie wakacje spędzałam w Lisowie...
- Babciu, nie włożyłaś zębów.
- Cicho, gówniarzu - mówi babcia, której wszyscy trują, ze nie nosi zębów, a ona ma wszystkich głęboko w nosie.
- Ale babciu, elegancka kobieta...
(s. 125)

W takich rozmowach dokonuje się właśnie ostatnia historia - najważniejsza, bo dotycząca tajemnicy człowieczego rozpadu i odejścia. Dehnel opowiedział ją pięknie, prosto i przejmująco. Zazdroszczę mu, że mógł Lalę "od słowa do słowa" jej własnymi słowami stworzyć. Moja Ela mogłaby istnieć jedynie w kolekcji enigmatycznych przypuszczeń...

***
Jacek Dehnel, "Lala"
wyd. W.A.B., Warszawa 2006.

Relacja ze spotkania z Jackiem Dehnelem w Londynie.

środa, 18 sierpnia 2010

Z okna samolotuPamiętam jeden moment olśnienia: zaraz po wylądowaniu na płycie paryskiego lotniska w najbledszy z zimowych świtów. Samolot jeszcze leniwie kołował, godzina nieprzyzwoicie wczesna, przecierałam zaspane oko, a przede mną w okienku wyłonił się widok stojących tyłem, gigantycznych maszyn do latania. Zjawiskowe! Czyż samolot nie jest najodważniejszym i najcudowniejszym z ludzkich wynalazków? Maszyny stały przycupnięte nieco jak kokoszki, a pierwsze promyki świtu pobłyskiwały w ich monstrualnych skrzydłach. Poczułam ogromną radość i wdzięczność z tego banalnego faktu, że żyję w czasach latania.

Najcudowniejsze dla mnie w samolocie jest jednak to, co można z niego oglądać. W malutkim, bulajowatym okienku kreśli się zwykle niebywała perspektywa a oferowany widok na chmury, na ziemię, na miasta i pola jest zdecydowanie wart wszelkich trudów przechodzenia przez wszelkie lotniskowe koszmarki (o ile samolot jest błogosławieństwem o tyle lotnisko - bez dwóch zdań prawdziwym piekłem).

Pamiętam te górzyste, zupełnie mi nowe połacie ziem Gruzji i Iranu w drodze do Indii. Pamiętam błękit oceanu w drodze do Nowego Jorku. Pamiętam wreszcie szwedzkie jeziora, rosyjskie równiny i inne geograficzne wspaniałości. Są jednak dwa ujęcia z nieba, które wyryły się tak silnym rylcem zachwytu i wzruszenia, że czasami potrafią mi się śnić.

W chmurach

W chmurach

W niebie - widok z samolotu

W niebie

W deszczowych obłoczkach

W londyńskich, deszczowych obłokach

Lecieliście kiedyś nad Londynem w bezchmurny dzień bądź noc ze wschodu na zachód? Miasto rozrasta się przed oczami w nieprawdopodobny sposób, Tamiza wije się pomiędzy dzielnicami jak tasiemka, a mosty wyglądają jak rozstawione przypadkowo patyczki. Dopiero z nieba można doświadczyć tego, z jakim olbrzymem ma się do czynienia. Wreszcie w połowie długiej drogi przez miasto zjawiają się ikonki metropolii: London Eye, London Bridge czy Parlament w rozczulającej miniaturce. Choć zdarzyło mi się lecieć nad brytyjską stolicą już dziesiątki razy, zawsze z takim samym dziecięcym entuzjazmem przylepiam się do szyby i... łypię z zachwytem.

Ujście Tamizy z lotu ptaka

Ujście Tamizy z lotu mechnicznego ptaka

Londyn z nieba

Londyn z nieba

London Bridge z nieba

Miejskie ikony w miniaturze

Zachodnia część Londynu

Zachodnia część Londynu

Nieśmiertelne szeregowce

Nieśmiertelne, brytyjskie szeregowce

Drugim ujęciem jest ten moment, kiedy samolot lecący z południa bądź zachodu dociera do Gdańska. Wykonuje wtedy brawurowy zwrot, a to, co na górze nagle pojawija się na dole i odwrotnie:  niebo, morze, morze niebo. Dopiero pasek Wisły wnikający w błękit, żółta kreska plaży i wody morskie, wody rzeczne w zmieniających się kolorach pomagają wydostać się z tego dość przyjemnego stanu dezorientacji. Krajobraz uzupełniają zalesione szpice trójmiejskich wzgórz morenowych. Wtedy już nie mam wątpliwości - hurrah, jestem w domu słodkiego dzieciństwa!

W czwartek pewnie nic nie zobaczę, bo lęcę do Gdańska późnym wieczorem, ale wszystkie obrazy będę mogła doskonale przywołać z pamięci. To będzie ostatnia podróż lotnicza przed eghm... wielkim dniem, o którym staram się na razie nie myśleć. Wyposażona w świeżo zdobyty glejt od położnej "fit for fly" zamierzam wyruszyć i powrócić w jednym kawałku, z tą samą powiększającą się w brzuchu kulą, która od niedawna, sądząc po ruchach, przechowuje amatora/amatorkę salt, fikołków, ciosów karate a nawet zawodowego boksu.

niedziela, 15 sierpnia 2010

Ian McEwan Największym zaskoczeniem niedawno ogłoszonych nominacji do tegorocznej nagrody Bookera  było to, że na liście kandydatów nie znalazł się ani Martin Amis z jego najnowszą powieścią "The Pregnant Widow" ani Ian McEwan z "Solar". Niektórym wydało się to nawet kontrowersyjne (swoją drogą nie rozumiem dlaczego, przecież i dobrzy pisarze popełniają mniej dobre, ha, nawet kiepskie książki, jak chociażby Stefan Chwin - "Żonę prezydenta"). Ja po przeczytaniu "Solar" odetchnęłam z ulgą – ta powieść zdecydowanie nie powinna znaleźć się w grupie przykładów najlepszej prozy w 2010 i cieszę się, że do takiej nie trafiła.

Byłam jednak bardzo ciekawa, w jaką literacką stronę sześciedzięciodwuletni McEwan postanowił zmierzyć (tym bardziej, że ta książka miała mieć zaskakująco komiczny twist) i zapisałam się w oksfordzkiej bibliotece na listę oczekujących na "Solar". Byłam 43-cia w kolejce, co świadczy o niegasnącej popularności autora, któremu tegoroczny brak nominacji w ogóle nie pokrzyżował komercyjnego sukcesu.

"Należał do tej grupy dość nieciekawych, często łysych, niskich, grubych, zdolnych mężczyzn, którzy z niewyjaśnionych przyczyn pewnego rodzaju pięknym kobietom wydają się atrakcyjni"* - takim opisem głównego bohatera rozpoczyna McEwan swoją jedenastą powieść. Michael Beard jest uhonorowanym Noblem fizykiem, który od czasu uzyskania wyróżnienia nie tyle spoczywa na laurach, ale stacza się w otchłań nieprawdopodobnego obżarstwa, niezliczonej ilości romansów (pomijając pięć nieudanych małżeństw), sięgając dna, kiedy kradnie pomysły jednego ze zdolnych studentów.

McEwan oddaje nas w ręce bohatera, który z wiekiem staje się coraz bardziej obrzydliwy (akcja rozgrywa się na przestrzeni dziewięciu lat od 2000 do 2009 roku), a jego cielesna i moralna ohyda wyrysowana jest, jak na autora przystało, w prezycyjnie skrojonych, pełnych napięcia sytuacjach. Michael Beard jest do tego chorobliwie zazdrosny o swoją ostatnią, piątą żonę, która w ramach rewanżu za jego zdrady rozpoczyna romans z wielkim i agresywnym fachowcem od przebudowy domów. Gra, która toczy się w pierwszej części powieści między Michaelem a Patrice  – a grają o to, kto kogo bardziej poniży i zadusi zazdrością – jest pierwszym i bardzo udanym komicznym elementem książki. McEwan w "Solar" najlepszy jest, jak zresztą i w innych powieściach (chociażby w "Na plaży Chesil" czy "Pokucie"), w budowaniu napięcia, w emocjonalnych, międzyludzkich grach  o wyrafinowanym charakterze. Jestem przekonana, że bohaterowie jego książek mogliby spokojnie stanowić obszerny i zajmujący dodatek do klasycznej analizy E. Berne’a "W co grają ludzie".

W "Solar" McEwan, stracił, moim zdaniem, tak mu właściwą umiejętność trzymania rzeczy w ryzach. Na ponad 400-stu stronach książki dominującym głosem jest coraz bardziej rozflaczały, cyniczny i nieciekawy Beard, którego kolejne dokonania przyjmują postać dramatu z powieści popularnej. McEwan nigdy nie daje prawdziwego głosu otaczającym głównego bohatera kobietom – one pozostają raczej nieme, widziane jedynie przez łapczywie je rozbierające oczy starzejącego się Bearda.

Książka pełna jest fizycznej zaprawy dotyczącej energii słonecznej. W tym specjalizuje się główny bohater, sprzedając jako swoje pomysły młodego studenta, który, uwaga, był zresztą kochankiem jego ostatniej żony i którego śmierć Beard sprytnie upozorował jako morderstwo dokonane przez... poprzedniego kochanka Patrice – wspomnianego wyżej rozrośniętego budowlańca. Zemsty i zdrady, zdrady i zemsty rozpływają się wśród długich stron fizycznego żargonu, który z pewnością jest doskonale przez autora sprawdzony i skonsultowany. Pisarz z taką sławą miał z pewnością dostęp do największych mózgów w tej dziedzinie i wspólnie z nimi przygotował bardzo rezolutne podsumowanie stanu najnowszych badań. Przeciętny czytelnik nic jednak na tym nie zyska. McEwan zręcznie opisuje równania i dowody, ale one zupełnie nic mi nie mówią i trudno mi zrozumieć, czemu oprócz nadmiernej chęci uprawdopodobnienia wydarzeń i postaci, mają służyć.  Pisarz mógłby równie dobrze pisać o biologii molekularnej, chemii analitycznej, krystalografii czy geodezji i osiągnąłby dokładnie takie sam efekt: zupełną obojętność i pogłębiającą się nudę. Nie chcę jednak przez to powiedzieć, że literatura i nauka nie mogą iść w parze. Wręcz przeciwnie. Jak najbardziej potrafią a udowodniło to wielu (ostatnio Tokarczuk w historii o obsesyjnym biologu rozkrajającym swoją amputowaną kończynę, dawniej Potocki bawiąc się zarówno w stukturze "Pamiętnika znalezionego w Saragossie" jak i opowiadanych historiach prawami liczb matematycznych, etc). McEwan swoim podejściem po prostu marnuje czas.

- "Coś jeszcze?
- Tylko to. Zasługujesz na niemalże wszystko, co cię spotyka. Zatem odpierdol się.
Połączenie telefoniczne zostało przerwane."
- w ten sposób żegna Bearda jego przyjaciel po tym, jak dowiaduje się o nim prawdy. Finał powieści, którą nazwałabym czarną komedią o konsumpcyjnym charakterze współczesnej cywilizacji, nie oszczędzającej nawet tych, którzy wykazali się posiadaniem nieprzeciętnego umysłu, przypomina mi sflaczałą oponę. Nieunikniona katastrofa Bearda na wszystkich frontach: naukowym, osobistym, moralnym, fizycznym, krajowym i światowym, nie ma w sobie już takiej siły rażenia, jak wcześniejsze gry emocjonalne bohaterów. Z powieści wraz z rozwojem akcji uchodzi powietrze. Choć komiczne zwroty dodają jej barwy, to finalny efekt jest raczej marny. Zdecydowanie wolę McEwana z mniejszej skali dramatów: z "Na plaży Chesil" czy "Przetrzymać tę miłość".   

***
*Tłumaczenie fragmentów powieści własne.
Ian McEwan "Solar"
Wyd. Random House, London 2010
Nie widziałam żadnej zajawki, która mówiłaby o powstającym polskim tłumaczeniu.

wtorek, 10 sierpnia 2010

Dwutygodnik numer 35

Kto zna bądź pamięta Wielką Brytanię lat 70-tych i 80-tych, musiał zetknąć się z rzeźbami Henry'ego Moore'a, jednego z najpotężniejszych gigantów angielskiej sceny artystycznej minionego wieku. Prace rzeźbiarza w pewnym momencie dosłownie wyścielały miejskie skwerki, dziedzińce biurowców, ogrody i rzecz jasna galerie. Złośliwi zwykli mówić: "Moore – less is more" a sława, rozmach światowych zamówień na jego prace i upór artysty w powtarzaniu motywów sprawił, że pod koniec życia świat artystyczny trakował go raczej jako wytwórcę niż kreatora (wpiszcie imię i nazwisko rzeźbiarza w brytyjskie Google Image a zobaczycie jak często te same motywy i kształty pojawiały się w tym samym czasie wielu różnych miejscach na świecie).

Kilka miesięcy temu byłam na dużej wystawie, którą zorganizowało Tate Britain, by odświeżyć wizerunek artysty i przywrócić mu "artystyczny honor". Wydawało mi się, że niewiele już można powiedzieć świeżego o Moorze. Pomimo tego wystawę retrospektywną chciałam zobaczyć, bo zwłaszcza wczesne prace artysty, w których eksperymentuje z kształtem i podejściem do ludzkiego ciała, uważam za bardzo ciekawe. Na samą relację z wystawy zapraszam tym razem jednak nie do Tygla, ale do 35 numeru Dwutygodnika.

Wystawa właśnie się skończyła. Kiedy myślę o niej z perspektywy, to żałuję, że Tate nie poszło dalej w swoich poszukiwaniach tematu i nie pokazało tego, jak do dziś artyści polemizują z Moorem. To intrygująca relacja: młodzi z jednej strony go karykaturyją, a z drugiej nie mogą się od jego autorytetu uwolnić. Jeżeli macie chwilkę, to poszukajcie sobie m.in. "Mother and Child Divided" Hirsta z lat 90-tych, "Henry Moore bound to fail" Naumana czy "Reclining Nude Fully Draped" McLeana.

Henry Moore, wystawa w Tate Britain, Londyn 2010

Henry Moore prezentował się w Tate Britain od lutego do początku sierpnia

niedziela, 08 sierpnia 2010

Zbrodnia RaskolnikowaMiasto się co prawda zmieniło, ulice przemianowały nazwy, ścieki już nie lądują bezpośrednio w rzecznych kanałach, inaczej wyglądają stragany, klatki schodowe, sklepy, kamienice i sami mieszkańcy. Nie mniej jednak jest w Petersburgu jeszcze wiele miejsc, które wciąż zachowały swój niezmieniony od ponad wieku charakter, tak bliski temu, jak miasto przedstawił Dostojewski w swojej "Zbrodni i karze". Zapraszam zatem na spacer po mieście śladami bohaterów powieści.

Kluczowym miejscem powieści są okolice Placu Siennego, a dokładnie kamienice ulokowane przy kanale noszącym dziś nazwę Gribojedowa (który zasłynął między innymi z tego, że kanał oczyścił. Za życia bohaterów woda była tam cuchnąca, a liczne rozmieszczone na nim mosty miejscem, skąd biedni i zdesperowani rzucali się w jej odmęty).

Przy kanale mieściło się biuro policyjne, do którego udaje się Raskolnikow. Kilka domów dalej pokój wynajmowała Sonia. Nieopodal mieszkał też Marmieładow wraz z rodziną. W jednej z ulic odchodzących od kanału wyrachowany Łużyn ulokował Pulcherię i Dunię Raskolnikow.

Kanał Gribojedowa, miejsce, gdzie rozgrywa się akcja

Wyczyszczony kanał Gribojedowa

Posterunek policji ze

Komistariat w powieści mieścił się właśnie w tym niebieskim budynku

Biuro policyjne mieściło się o jakie ćwierć wiorsty od kamienicy Raskolnikowa. Świeżo właśnie przeniesono je do nowego lokalu, w nowym domu na trzecim piętrze. (str. 112)*

Akcja powieści rozpoczyna się w lipcu. Dostojewski niejednokrotnie w "Zbrodni" podkreśla piekielny upał panujący na ulicach. Ja niejednokrotnie rozpaczliwie wzdychałam z gorąca, przechadzając się tymi samymi ścieżkami w ubiegłym miesiącu. Lato w Petersburgu potrafi usmażyć żywcem!

Oprócz niezwykle wysokich temperatur bohaterom, a zwłaszcza Rodii dokucza pył bezustannie unoszący się z budowy nowych domów, tuż obok miejsca, gdzie wynajmuje swoją klitkę. Nomen omen, jak my przechodziliśmy ulicą równoległą do tej, gdzie mieszkał Raskolnikow, powalił nas gorąc i kurz wiejący od właśnie remontowanych kamienic. Bardzo sugestywny zbieg okoliczności.

Zakurzony Petersburg

Na ulicy znowu nieznośna kanikuła;  ani kropelki dżdżu przez te wszystkie dni. Znowu kurz, cegły i wapno, znowu fetor ze sklepików i szynków, znowu co krok pijacy, Łotysze-przekupnie i gruchoty-dorożki. Słońce jaskrawo łysnęło mu w twarz aż oczy zabolały i w głowie mu się zakręciło na dobre (...) (str 112)

Rodia mieszkał jakieś trzy minuty od kanału, w domu, na którego dach udało nam się wdrapać.

- Jestem Rodion Raskolnikow, były student, mieszkam w domu Schiela, w zaułku, niedaleko stąd, w mieszkaniu numer 14. Zapytaj stróża... on mnie zna – Raskolnikow wymówił to wszystko z jakąś leniwą zadumą, nie obracając się i nieruchomo patrząc na ciemną teraz ulicę. (str 207).

Kamienica Raskolnikowa, Petersburg

Kamienica, gdzie klitkę wynajmował Raskolnikow

Właśnie stamtąd Rodia uda się owego wieczoru, by przejść znamienne kilkaset kroków do mieszkania staruchy.

Rzucił się ku drzwiom, posłuchał, chwycił kapelusz i jął schodzić w dół po swoich trzynastu stopniach, ostrożnie, bez szmeru, jak kot. Miał przed sobą rzecz najdonioślejszą: ukraść siekierę z kuchni. (str 85).

Petersburskie podwórka z długimi bramami

Inną doniosłą rzeczą było przejście przez takiej długości bramę, będąc niezauważonym!

Podczas tej drogi Rodia myślami spacerować będzie po innej części Petersburga. Pewnie by nie analizować więcej planowanej zbrodni a tym bardziej nie odejść od powziętego zamiaru, Raskolnikow rozprawia o dwóch dobrze znanych miejscach miasta:

Idąc mimo Ogrodu Jusupowa zajął się myślą o urządzeniu wysokich wodotrysków i o tym, jak one dobrze odświeżały powietrze, gdyby je zainstalowano na wszystkich placach. (str 89)

Ogród Jusupowa, Petersburg

Ogród Jusupowa

Stopniowo przeszedł do pomysłu, że gdyby Ogród Letni rozszerzyć na Pole Marsowe, a nawet połączyć go z pałacowym Ogrodem Michajłowskim, byłaby to piękna i bardzo pożyteczna ozdoba miasta. Tu zaprzątnęło go pytanie: dlaczego we wszystkich dużych miastach człowiek nie z konieczności, ale z własnej ochoty skłonny jest osiedlać się i przebywać akurat w takich dzielnicach, gdzie nie ma ogrodów, ani wodotryskówm gdzie panuje brud i zaduch, i wszelkie paskudztwo.  (str 89).

Ogród letni, Petersburg

Idylliczny Ogród Letni

Pole Marsowe, Petersburg

Osadzone szerokimi alejami samochodowymi Pole Marsowe

Zabawne, że będąc na Polach Marsowych dokładnie ta sama myśl przebiegła mi przez głowę! (sto lat później niż wypowiedział ją Rodia wciąż okazuje się aktualna). Dzisiaj pompatyczny i mało przyjemny teren Pól Marsowych rozdziela szeroka aleja o niebywałym ruchu samochodowym, więc żeby dostać się z urokliwego Ogrodu Letniego (tam przechadzali się m.in. bohaterowie Puszkina) na Pola trzeba trochę się nachodzić, żeby dojść do najbliższego przejścia dla pieszych a potem szukać kolejnego, żeby dojść do Ogrodu Michałowskiego. Gdyby tą rozszatkowaną przez wielkie ulice przestrzeń połączyć i dodatkowo Pole Marsowe wyposażyć w drzewa i tak potrzebny latem cień, byłaby to niezwykle piękna część miasta, dająca mieszkańcom wytchnienie od rozpędzonej metropolii.

Po tej mentalnej podróży przez arystokratyczne części Petersburga Rodia powraca do rzeczywistości okolic brudnego i nieco demonicznego placu Siennego. Dociera do mieszkania staruchy:

Liczne okna, wychodzące na ten ogromny kwadratowy dziedziniec, były otwarte, lecz on nie podniósł głowy: nie starczyło mu sił. Schody wiodące do starej były tuż, od bramy na prawo. Oto jest już na schodach... str. 90

Dom staruchy, Petersburg

Brama do domu, gdzie mieszkała starucha lichwiarka

Jakiś czas po morderstwie Raskolnikow zaczyna na nowo wychodzić z domu. Początkowo podąża swoją starą ścieżką:

Wiedziony starym zwyczajem, ruszył utartym szlakiem owych dawniejszych przechadzek – wprost ku placowi Siennemu. W pewnej odległości od Siennego, na bruku, przed sklepikiem, stał młody czarnowłosy kataryniarz i kręcił jakąś wielce sentymentalną melodię. (str 185)

W pewnym momencie rusza dalej – na drugą stronę Newy, na Wyspę Wasilewską:

Na niebie ani chmurki, woda prawie błękitna – rzecz w Newie tak rzadka. Kopuła soboru- która z żadnego punktu nie zarysowuje się lepiej, niż gdy na nią patrzeć stąd, z mostu, o dwadzieścia kroków od kaplicy – aż promieniała, a przeźroczyste powietrze pozwalało dojrzeć każdy jej ornament.  (str 136).

Sobór Izaaka z perspektywy Wyspy Wasilewskiej

Błękitna Newa

Sobór widziany z Wyspy Wasilewskiej

Sobór widziany z bulwaru na Wyspie Wasilewskiej

Na Wyspie Wasilewskiej mieszkał przyjaciel Rodii Razumichin zanim przeniósł się w okolice Placu Siennego. Tam też znajdował się (i do dzisiaj znajduje) petersburski uniwersytet. Dziś jedną z najbardziej znanych mieszkanek Wyspy jest pani Putinowa, matka premiera Rosji (złośliwi twierdzą, że tylko z tego względu Putin zarządził kilka lat temu porządne "odświeżanie" wyglądu kamienic na Wyspie).

Raskolnikow na kilka dni przed morderczą wyprawą do staruchy wędruje na Wyspę, by odwiedzić przyjaciela:

Skierował się w stronę Wyspy Wasilewskiej przez prospekt W-ski, jakby spiesząc tam w pilnej sprawie, lecz swoim zwyczajem szedł nic nie widząc, szepcząc do siebie, a nawet głośno gadając, czym wielce zadziwiał przechodniów.  (str 49)

Okolice uniwersytetu, Wyspa Wasilewska

Wyspa Wasilewska, okolice uniwersytetu

W drodze do Razumichina Rodia jest w dość osobliwym stanie. Do domu przyjaciela nie dociera. Wciąż przeżywa wiadomość, którą w liście zakomunikowała mu matka, dotyczącą planowanego ślubu Dunii z Łużynem (Rodia zdaje sobie sprawę, że siostra chce poświęcić siebie, by pomóc mu finansowo). Idzie, nie zdając sobie sprawy, że dociera do następnej Wyspy:

W taki sposób minął całą wyspę Wasilewską, dotarł nad Małą Newę, przeszedł most i zawrócił ku Wyspom. Zieleń i świeżość zrazu podobała się jego zmęczonym oczom nawykłym do miejskiego kurzu i do olbrzymich, napierających i przytłaczających kamienic. Tutaj nie było duszności, ani smrodu, ani szynków. (str 65).

Wyspa Jełagin, Petersburg, Rosja

O zielonej Wyspie Jełagin pisałam wcześniej przy okazji wyprawy do buddyjskiej świątyni. Na szczęście to miejsce nie zostało dotknięte ani ekspansywnym ruchem aut, ani żadnymi planami budowlanymi. Tam wciąż rzeczywiście można od metropolii odpocząć.

Mapa tych literackich wycieczek w wielkim uproszczeniu wyglądać będzie tak: w czerwonym kółeczku zaznaczyłam okolicę, gdzie mieszka przeważająca większość bohaterów (okolice Placu Siennego, przy zygzakowatej linii kanału Gribojedowa), krętą linią pokrętną trasę Rodii, wędrującego na północ miasta.

Mapa Zbrodni i kary, Petersburg

Na koniec mała niespodzianka. Poznajecie te rysy?

Potomek Dostojewskiego

To jeden z sześciu żyjących potomków Dostojewskiego (na zdjęciu z japońskim tłumaczem książek pisarza). Trudno uwierzyć, ale nikt z rodziny autora nie dostaje ani grosza z tantiem ze sprzedaży powieści. Podobno potomkowie pisarza są równie biedni jak ich przodek.


*Cytaty ze "Zbrodni i kary" podaję za wydaniem Biblioteki Narodowej (tłum. Cz. Jastrzębiec-Kozłowski, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1987).

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...