środa, 29 sierpnia 2012

Przyjechała na Wyspy mniej więcej w tym samym czasie co ja. Znalazła swój dom na północy, a ja na południu. Nasze doświadczenia są bardzo różne, bo było nie było, mieszkamy w zupełnie innych krainach, które za dwa lata mogą stać się odrębnymi państwami. Invitada z pasją nie tylko po Szkocji chodzi, ale i oprowadza, bo pracuje m.in. jako przewodnik. Jej genialne wycieczki po szkockiej głuszy dokumentuje w świetnym blogu Moje miasto i mój świat Zresztą zapisków podróżniczych znajdziecie tam więcej z wielu innych części świata. Invitada jest niezłomna: w jednym tygodniu będzie przedzierać się autobusem przez litewsko-polską granicę późną nocą, a w drugim przemierzy kilkanaście mil górskiej trasy w Szkocji. Podziwiam jej energię i reporterski zmysł obserwacji. I to, jak dobrze zadomowiła się w Edynburgu. O szczegółach swojej przeprowadzki opowiada poniżej. Zapraszam!

Jak to się stało, że znalazłaś w Edynburgu? Dlaczego akurat tam?

Pewnego dnia siedziałam w mojej "polskiej" pracy i stwierdziłam, że nie jestem szczęśliwa. Dusiłam się i zdawałam sobie z tego sprawę. Postanowiłam coś w swoim życiu zmienić.

Szkocja to zupełny przypadek w moim życiu i chyba zrządzenie losu. Czasami warto iść z prądem i zdać się na przeznaczenie, bo bywa, że losowy wybór jest o niebo lepszy aniżeli ten, jakiego dokonalibyśmy sami. Do dziś pamiętam lot z przesiadką w Pradze, czyste i nieduże (tak wtedy mi się wydawało) lotnisko w Edynburgu i podróż do centralnej części kraju. O Szkocji wiedziałam naprawdę niewiele. Chyba tylko to, że znajdowała się na północy Wielkiej Brytanii i z prawie każdej strony otoczona jest wodami, które nijak nie sprzyjają kąpielom z powodu niskiej temperatury. Przed wyjazdem wydawało mi się także, że opowieści o kapryśnej i zmiennej pogodzie to także taka bajka. To nie  jest bajka, a Szkocja to przede wszystkim góry i woda.

Szkocja, wybrzeże

Duża czść mieszkanców Szkocji żyje z morza i dzięku morzu

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu?

Pierwsze pięć miesięcy mojego szkockiego życia to przede wszystkim nauczenie się na nowo angielskiego i koncentrowanie się na nowym, szorstkim, twardym akcencie, innym wymawianiu głosek i nowych słowach. Szkoci używają wielu słów z języka szkockiego, którymi nie posługują się na przykład przyjezdni z innych rejonów Wielkiej Brytanii i emigranci. W języku szkockim piszą oni książki, języka szkockiego uczą w domach dzieciaki. Drugim językiem, który ponownie został wprowadzony do szkół jest galeacki. Na Isle of Skye jest szkoła językowa, gdzie wszystkie zajęcia prowadzone są w galeackim. Znane są przypadki, iż pastorzy jadący objąć nową posadę na Hebrydach, nie zagrzali zbyt długo miejsca, bo bez znajomości galeackiego zostawali szybko zwalniani z etatów. Galeackiego do dziś nie udało mi się opanować, ale ze szkockim idzie mi niezle. Kilkadziesiąt mil na północ od Edynburga tablice przy drogach informują przejeżdżających w dwóch językach - angielskim i galeackim właśnie.

Pierwsze pięć miesięcy to także bezpośredni kontakt z naturą. Pamiętam mój pierwszy poranek i spojrzenie przez okno. Pod krzaczkiem siedział królik, po trawie spacerował bażant, a z oddali dochodziło gęganie gęsi kanadyjskich. Dwa dni później urodziły się maleńkie owieczki. Nowe życia deptały mi po piętach do pierwszej szkockiej jesieni. Nie zliczę mil, które przejechałam wtedy rowerem po wiejskich i małomiasteczkowych uliczkach. Nie jestem w stanie zapamiętać wszystkich dolin i wzgórz, które przemierzyłam, potoków, nad którymi siadałam, żeby poczytać książki. Po raz pierwszy pojechałam także do Perth na Highland Games i zobaczyłam mężczyzn w kiltach. Kilty naprawdę są w użyciu w Szkocji i przy okazji ważnych wydarzeń lub zwyczajnej niedzieli z dumą są zakładane przez właścicieli.

A potem postanowiłam się przeprowadzić do Edynburga. Kiedy wyszłam po raz pierwszy na spacer z ogromnego, wiktoriańskiego domu i wkroczyłam w świat wiktoriańskich szeregowców, zgubiłam się. Wszystko wydawało być się do siebie bardzo podobne. Potem zakochałam się w Edynburgu i ciężko mi sobie wyobrazić, że mogłabym tutaj nie mieszkać.

Szkoci w kilcie

W kilcie przy każdej okazji, w tle budynek szkockiego parlamentu

Jak Ci się teraz mieszka w Edynburgu? Jak traktujesz miasto i samą Szkocję?

W Edynburgu mieszkam już ponad siedem lat i to jest moje szczęśliwe miejsce na ziemi. Nie jest tak zróżnicowane kulturalnie jak Glasgow, ale dostarcza wystarczającej dawki energii, jeśli takowej potrzebuję. Wystarczy wtedy, że wychodzę na jakąkolwiek ulicę. Zawsze ktoś się uśmiechnie, przywita, zamieni dwa zdania. To sprawia, że zdecydowanie odzyskuję dobry humor i chęć do kontynuowania tego, co tutaj robię. Edynburg jest moim domem. Miejscem, do którego wracam z chęcią i do którego tęsknię. Nie znaczy to, że nie lubię się z miasta ruszać. Uwielbiam. Wtedy powroty są podwójnie radosne i wyczekiwane.

Jak każde większe miasto Edynburg ma swoje ciemne i jasne strony. Nie wszystko jest tutaj idealne, nie żyje się zupełnie bezkonfliktowo. Nauczyłam się jednak nie zwracać na te niemiłe aspekty życia uwagi, a koncentrować się na tym, co przynosi mi radość.

Edynburg

Royal Mile w Edynburgu

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Pamiętam, że kiedyś, jeszcze na początku mojego pobytu, zapytałam pewnego Szkota, czy nie jest on przypadkiem Anglikiem. Miał akcent trochę przypominający mi mieszkańca Liverpool i tym się sugerowałam. Błąd! W miarę poznawania przeze mnie mieszkańców kraju przekonywałam się o tym, że Szkoci bardzo różnią się od Anglików i odwrotnie. Sławnej i mitycznej już chyba nienawiści nie ma, bo czas zaciera historyczne rany i tak powinno być, ale uprzedzenia są.

Szkoci bardzo lubią manifestować tę swoją odmienność, ale nie robią tego w sposób agresywny. Nie chcą także nikogo obrazić. Szkocka flaga wywieszona na posesji to standard. Czasami odnoszę wrażenie, że tego "standardu" jest może zbyt wiele i można by z manifestowania odrębności trochę zrezygnować. Bluzy ze szkocką flagą, dzieciaki chrzczone w kiltach, niedziela w pubie przy piwie i szkockiej muzyce, kobzy. W 2014 roku referendum, w którym Szkoci zadecydują, czy chcą pozostać częścią Wielkiej Brytanii, czy być niepodległym państwem. Kilka lat temu dowiedziałam się także, że Szetlandy mają odrębny parlament, flagę i także chcą referendum dające im niepodległość. Niewtajemniczonym zdradzę, że Hebrydy bardzo różnią się od Orkadów, a te od Borders. Każda prawie część kraju mogłaby stanowić odrębne państwa.

Kolejnym zdziwieniem, które teraz jest już codziennością, był aktywnie spędzany czas wolny. Nigdy wcześniej nie widziałam tylu ludzi na rowerach, biegających, chodzących po górach, wyjeżdżających za miasto. Tego się tutaj nauczyłam i teraz 20 milowe spacery nie są dla mnie żadnym wyzwaniem.

Łowienie ryb w Szkocji

Bezkrwawy sport, bo liczy się przede wszystkim relaks (napis dla wędkarzy głosi: "Wszystkie ryby muszą pozostać żywe i muszą zostać wrzucone z powrotem do wody")

Szkocka flaga

Flaga pokazywana przy każdej okazji i w każdym miejscu

I na koniec jakie książki o Szkocji bądź Edynburgu (fiction/non-fiction) mogłabyś polecić?

Do znudzenia będę powtarzała, że jeżeli ktoś chce poznać Edynburg ze wszystkimi wadami i zaletami oraz ciemnymi zaułkami, których z perspektywy turysty nie zobaczy, musi przeczytać cykl Alexandra McCall Smitha "44 Scotland Street", oraz cykl Iana Rankina o detektywie Rebusie.  Irvine Welsh jest autorem "Trainspotting", który zaadoptowano  w 1996 roku na potrzeby filmu. Bardzo lubię czytać książki Andrew O'Hagana, dziennikarza pochodzącego z Glasgow, który doskonale wpasował się swoim reporterskim stylem w moje literackie gusta. Bardzo polecam książki Andrew Greiga, Karin Altenberg, Jamesa Robertsona.

Leila Aboulela nie pisze o Szkocji, ale w Aberdeen odnalazła swój drugi dom. William Dalrymple urodził się w szkockim Borders. Jego rodzina jest bardzo znana i lubiana i mimo tego, iż pisarz nie mieszka już tutaj, często wspomina Szkocję w swoich książkach. Tym, którzy czytają kryminały, polecam książki Ann Cleeves, która akcje powieści umiejscowiła na Szetlandach i Petera May'a piszącego o Isle of Lewis. A jeżeli ktoś bardzo by chciał poczytać w języku szkockim, polecam książki dla dzieciaków autorstwa Alexandra McCall Smitha.


Zdjęcia i podpisy: Invitada

 

***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki:

Invitada w Edynburgu

Kasia Hordyniec w Donegalu

Stuffed mice w Buenos Aires

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie

niedziela, 26 sierpnia 2012

Dla Pietii

Przeprowadzał się i wyprowadzał z miasta kilka razy. Bo powiększała mu się rodzina, bo zmieniał pracę, bo któryś z uniwersyteckich kolegiów zaproponował lepsze lokum. Łącznie zmienial adresy kilkanaście razy. Spora liczba Tolkienowskich miejsc jest wciąż w mieście dostępna. I wcale nie trudno je wytropić, trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać. Zapraszam dziś na moją własną trasę tropami Tolkiena.

Oksford Tolkiena The Mitre

The Mitre, miejsce spotkań Tolkiena z Lewisem

Spacer zaczynam na głównej ulicy miasta High Street. I to wcale nie od domu pisarza (mieszkał zaraz przy High Street na Merton Street, ale o tym za chwilę), tylko od starej knajpy. The Mitre kiedyś była zajazdem, przy niej zatrzymywały się powozy przyjeżdżające z Londynu. Teraz służy za restaurację z dość niskim sufitem, której wnętrze przypomina bardziej pub niż wyższej klasy lokal gastronomiczny (i ma coś w sobie takiegom bliżej nieokreślonego, co skutecznie zniechęca mnie do zjedzenia tam czegokolwiek :). Tutaj J. R. R. Tolkien spotykał się z C. S. Lewisem na śniadanie albo na rozmowę przy piwie. Pewnie dobrze wiecie, że obaj pisarze, a zwłaszcza autor Władcy pierścieni mieli słabość do tego trunku. Tolkien nawet posiadał w domu beczkę z piwem - do tego miejsca dojdę jednak na samym końcu.

Oksford Tolkiena Examination School

Examination Schools, miejsce wykładów Tolkiena

Oksford Tolkiena Examination School

Jedna z frontowych ścian Examination School

Z The Mitre polecam udać się w dół High Street i zatrzymać się przed (po drugiej stronie ulicy, warto jednak gmach obejrzeć z daleka). To miejsce, gdzie w maju odbywają się egzaminy, a w ciągu semestrów różnego rodzaju seminaria. To tutaj Tolkien wykładał. Studenci mieli okazję posłuchać m.in. jego cyklu wykładów o literaturze staroangielskiej.

Oksford Tolkiena Merton Street

Merton Street, ostatni adres Tolkiena

Kilka kroków dalej do High Street wcina się Merton Street. To tutaj za rogiem znajduje się ostatnie lokum Tolkiena. Po śmieci żony pisarz przyjechał z powrotem do Oksfordu (wcześniej na emeryturze mieszkali wspólnie w Bournmouth, w  nadmorskiej miejscowości na południu Anglii). Merton College, gdzie Tolkien był profesorem literatury i języka angielskiego, zaproponował mu mieszkanie na Merton Street. Do tego miejsca pielgrzymowali fani. I Tolkien narzekał, że nie może nawet spokojnie wyjść do ogródka.

Kto lubi dłuższe spacery, powinien wybrać się do Merton College (za następnym rogiem, z Merton Street trzeba skręcić w prawo). To kolegium unierwsyteckie jest nieprawdopodobnie spokojne, a z drugiego dziedzińca rozciąga się widok na szerokie łąki Christ Church Meadows. Polecam również zadrzeć głowę do góry i przyjrzeć się gargulcom wysoko na ścianach budynków. Stamtąd wracam z powrotem na High Street.

Oksford Tolkiena gargulce

Oksfordzkie gargulce

Mijam Eastgate Hotel - niegdyś były tu rogatki miasta. W tym hotelu Tolkien spotykał się, będąc już wdowcem, ze swoim wnukiem. To tutaj wyznał mu kiedyś, jak bardzo tęskni za zmarłą żoną. Edith odeszła dwa lata przed Tolkienem i choć nie byli udanym małżeństwem, pisarz czuł się po jej śmierci bardzo samotny.

Idę dalej High Street i przechodzę na drugą stronę. Wchodzę do Magdalen College. Tutaj pracował i przez jakiś czas mieszkał przyjaciel Tolkiena - C. S. Lewis. To tutaj spotkali się wieczorami na rozmowach o literaturze staroangielskiej bądź zajmowali się amatorskimi przekładami starych sag. Tu też spacerowali tzw. ścieżką Addisona (Addison's Walk), którą bardzo polecam. Wiedzie przez rozległe łąki kolegium, zaraz za parkiem z jeleniami, przy rzece Cherwell.

Oksford Tolkiena dom przy Hollywell Street

99 Hollywell Street, gdzie Tolkienowie mieszkali w latach 50.

Okford Tolkiena Hollywell Street

Hollywell Street od strony muru Magdalen College

Okford Tolkiena Hollywell Street

Środek Hollywell Street

Z Magdalen College (na marginesie Magdalen po oksfordzku wymawia się "mod-lin". W mieście zachowała się średniowieczna wymowa nazwy tego kolegium. W ten sposób miejscowi, a właściwie głównie uniwersytecka gawiedź miejska poznaje, czy ktoś jest "swój" - znaczy się wie, jak wymawia się Magdalen, czy też jest przyjezdnym), idę przez chwilkę High Street i skręcam w prawo. Idę wzdłuż muru, a potem skręcam w lewo w Hollywell Street. To śliczna uliczka, od lat 70. odcięta od ruchu samochodowego (uwaga jednak na pędzące rowery!). Tutaj po numerem 99 mieszkali Tolkienowie w latach 50.

Oksford Tolkiena Old Ashmolean Building
Miejsce jednej z pierwszych prac Tolkiena 

Hollywell łączy się dalej z Broad Street i spacerując po tej ulicy, trzeba zatrzymać się przy dwóch miejscach. Pierwszy przystanek do Museum of the History of Science. Tutaj mieściło się wydawnictwo uniwersyteckie, a dokładnie wydział, który zajmował sie tworzeniem Słownika Języka Angielskiego. Tolkien pracował tu zanim został wykładowcą.

Oksford Tolkiena Exeter College

Róg Exeter College, gdzie Tolkien był studentem (tutaj zrobił studia pierwszego stopnia)

Oksford Tolkiena Exeter College

Jeden z dziedzińców w Exeter College

Oksford Tolkiena Turl Street

Uroki Turl Street

Kawałek dalej na rogu Broad Street i Turl Street mieści się Exeter College. Tutaj studiował Tolkien (zdobył stypendium na naukę w Oksfordzie). Jego pokój niestety się nie zachował, bo narożną część budynku strawił pożar. Dlatego to, co widzicie dziś, to współczesna "odbudówka".

Oksford Tolkiena Pusley Lane

Dawna Alfred Street, jeden z pierwszych adresów pisarza w mieście

Oksford Tolkiena St Johns Street

St John's Street

Z Broad Street skręcam w prawo i idę wzdłuż ulicą, która nazywa się St Giles. Idąc po jej lewej stronie, mijam uliczkę, która teraz nazywa się Pusey Lane a kiedyś zwała się Alfred Street. Tutaj znajdował się jeden z pierwszych oksfordzkich adresów Tolkiena. O ile mnie pamięć nie myli, mieszkał tu, jak już został ojcem. Budynek już niestety nie istnieje. Z Pusley Lane można skręcić w St John's Street, gdzie przeprowadził się pisarz na większy metraż.

Oksford Tolkiena Eagle and CHild pub

Tolkienowski pub

Oksford Tolkiena The Eagle and Child

Zakątek pubu, gdzie przesiadywał Tolkien z Lewisem i przyjaciółmi

Oksford Tolkiena The Eagle and Child

Miejsce z pamiątkami po dawnych spotkaniach

Stamtąd warto jednak wrócić na St Giles, bo po lewej stronie znajduje się jeden z najbardziej znanych pubów w mieście - The Eagle and Child - przez Tolkiena i Lewisa zwanym The Bird and The Baby. To tutaj spotykali się Inglingowie. Tutaj czytali pierwsze wersje swoich powieści. A wieczory zakrapiane były mocno piwem. Podczas wojny zdarzało się, że zapasy piwa nagle się kończyły i wtedy panowie przenosili się na drugą stronę ulicy do pubu The Lamb and Flag. Dlatego polecam rozejrzeć się i w tamtych okolicach. The Eagle and Child ma specjalne utrzymany zakamarek pubu, gdzie siadali pisarze. Znajduje się tam kilka zdjęć i małe pamiątki. The Lamb anf Flag nie ma żadnych suwenirów, ale za to częściej oferuje wolne stoliki.

Oksford Tolkiena St Aloysius Church

St Aloysius Church, do którego chodził pisarz

Idę dalej St Giles. Lewa strona ulicy zmienia nazwę na Woodstock Road i tutaj po lewej stronie mieści się kościół pod wezwaniem św. Alojzego (St Aloysius Church). To jeden z najlepiej rozpoznawalnych kościołów katolickich w mieście. Warto tu wstąpić na mszę, nawet jeżeli nie dzieli się z Tolkienem wyznania czy gorliwości wiary, bo w tym kościele wciąż msze odprawiane są po łacinie. Ostrzegam jednak, że jest to łacina w angielskim wydaniu, czyli że każdy wyraz kończący się na "o" zostaje tutaj wzbogacony o dyftonga "ou". Tolkien często przychodził tutaj na msze. Dopiero jak przeprowadził się poza centrum, do dzielnicy Headington (adres 76 Sandfield Road, piękna willa, która ma nad wejściem tablicę upamiętniającą pisarza z wyrzeźbioną krainą hobbitów. Tam jednak dzisiaj się nie wybiorę), to zmienił kościół.

Ci, którzy mają jeszcze trochę siły, mogą z Woodstock Road przejść na Banbury Road a stamtąd tuż przy University Parks skręcić w niezwykle zamożną okolicę miasta - Northmoor Road, wyścieloną olbrzymimi willami z końca XIX, początku XX wieku. Tutaj mieszkał Tolkien dwa razy: najpierw pod numerem 22, a potem 20. Pod jednym z adresów w ogrodzie trzymał beczkę z piwem, z której zawartości śmiało korzystał. Każdy z domów należał do pisarza.

Tym, którzy chcieliby na chwilę odpocząć i pominąć spacer w okolicy willowej, polecam z kościoła św. Alojzego udać się dalej wzdłuż Woodstock Road, potem skręcić w małą alejkę za St Antony's College i znaleźć się na South Parade, gdzie w pubie Rose and Crown serwują bardzo dobre, miejscowe piwa (podobno najlepsze w mieście, nie mogę potwierdzić, bo sama nie zrobiłam większego rekonesansu). Tolkien na pewno z takiego zakończenia wycieczki by się ucieszył.

Mapka z trasą spaceru pojawi się za chwilkę. Do centrum z obu miejsc: Northmoor Garden czy South Parade można w 15 minut wrócić pieszo do centrum albo podjechać autobusem.

piątek, 24 sierpnia 2012

Kasia HordyniecMieszkała w mieście, ale dała się wywieść na zielone pustkowie. Wbrew swojej woli. Teraz jednak już by się nie przeprowadziła gdzie indziej. Kocha swoją część Irlandii, którą dzieli z mężem, dwójką dzieci i psem Jackem Russelem Frankiem (zdjęcie poniżej). Maleńka miejscowość w hrabstwie Donegal trudna jest do odnalezienia na mapie. Kasi Hordyniec to jednak nie przeszkadza. Do miasta można przecież zawsze dojechać, a poza tym tyle rzeczy jest dostępnych przez intertnet. Zresztą sama Kasia udostępnia ich wiele, prowadząc jednocześnie dwa blogi: Z babskiej perspektywy oraz Notatki Coolturalne. Założę się, że bohaterka dzisiejszej "Przeprowadzki" jest bardzo energiczną osobą, bo poza intensywnym blogowaniem i całodziennym matkowaniem, znajduje też czas na pisanie felietonów w wydawanej w Irlandii "Gazecie Polskiej", robienie tłumaczeń i zaszywanie się w pięknych zakątkach dzikiego Donegalu. Zapraszam serdecznie dziś na spotkanie z dobrze Wam znaną irlandzką blogerką - Kasią Eire!

Jak to się stało, że znalazłaś w Irlandii?

Przypadek, jak to w życiu. Spadło na nas jak grom z jasnego nieba. Nie planowaliśmy emigracji, nie marzyliśmy o niej, w ogóle się o tym w domu nie rozmawiało. Czasy, bo był to rok 2001, ciężkie, ale bez przesady, człowiek sobie zawsze jakoś daje radę. No właśnie - jakoś.  Mąż był zmęczony ciągłą szarpaniną, że każdy wydatek to od razu planowanie i oszczędzanie, że widoków na własne mieszkanie nie ma, więc kiedy dostaliśmy wiadomość, że można by popracować trochę w Irlandii, mimo mojego sprzeciwu, mąż uparł się jechać. I to od razu z zamiarem ściągnięcia rodziny na stałe. Upiłam się z rozpaczy, że mnie nie słucha, że się tak nakręcił na ten wyjazd. W tamtym okresie internet nie był taki wydajny jak teraz. Podłączało się kabel do gniazdka i czekało na załadowanie strony wieki całe. Znaliśmy adres hotelu, gdzie mąż miał jechać, ale nie mogliśmy znaleźć tego miejsca na mapie, szukałam najpierw u siebie w atlasach, potem w bibliotece, aż postanowiłam wygooglować (wtedy się tak o tym nie mówiło) i czekaliśmy chyba z godzinę na załadowanie mapy. A i tak nie było na niej naszego miasteczka. O hrabstwie Donegal wiedzieliśmy tylko tyle, że pięknie, że dużo pada i ludzie mili. I z tym bagażem wiadomości mąż się spakował i tyle go widziałam. Kontakt mieliśmy jedynie telefoniczny, ale za to jaki - dzwonię z budki znajdującej się przy plaży na brzegu oceanu - opowiadał, a mnie w mojej romantycznej wyobraźni coraz to piękniejsze obrazy powstawały. Wychowana na starych angielskich, i jak się okazało potem również irlandzkich, filmach, malowałam w myślach obrazki z naszego przyszłego życia.

Irlandia Donegal

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Pamiętam jakby to było wczoraj. Po ośmiu miesiącach dołączyliśmy do męża, miałam ze sobą nie tylko swoje niepokoje, ale dwójkę dzieci - pięcio- i dwunastoletnie - przed nimi trzeba było chojraka grać, chociaż i tak prawie pół pierwszego roku przepłakałam, nocami, kiedy nikt nie widział. Lubiłam swoje życie w Polsce, mąż chciał przygody, czegoś innego w życiu, głębszego oddechu, wolności, a jak, jak to zodiakalna Panna - nie bardzo lubiłam zmiany, przy jednoczesnej wielkiej ciekawości tychże. Pierwszy rok mąż miał optymizmu za nas dwoje, aż pewnego słonecznego dnia stanęłam w oknie i powiedziałam sobie - weź się w garść kobieto, przestań desperować, odwróć się od ściany i zobacz, jaki piękny świat cię otacza. I jakie masz miłe i spokojne życie bez trosk. Tego dnia skończyła się batalia o utrzymanie starego status quo, a zaczęło nowe życie.

Pierwsze dni były trudne, musiałam przyzwyczaić się do irlandzkiego akcentu, w Donegalu mówią szczególnie szybko, a do tego atakowały mnie obce, nieznane dotąd zapachy, które mnie czasem zwalały z nóg. Nie wiem, czy to oceaniczne powietrze tak je potęgowało, czy w tych pierwszych tygodniach ze stresu miałam wyostrzone zmysły, ale zapach oleju z tych wszystkich 'frytkarni' w mieście, glonów w zatoce, krzaków w ogrodach wzdłuż chodnika, wszystkie one aż mnie 'bolały' w głowie. Po jakimś czasie przestałam je zauważać, a teraz, po długiej nieobecności, wciągam głęboko, teraz już miły, zapach słonej wody i glonów i myślę - jestem w domu.

Ale najważniejsze wrażenie to było wielkie zadziwienie, jak mili, uśmiechnięci, uczynni i ciekawi nas, nowych, są mieszkańcy miasteczka. Kto mógł pomagał, a to dzieci urządzić w nowej szkole, a to zakupy zrobić, bo samochodu na początku nie mieliśmy, w banku konto założyć, sama pani z okienka ze skóry wychodziła, żeby to ułatwić. Jeszcze długo odwracałam się za siebie sprawdzić, czy to na pewno dla mnie te szerokie uśmiechy i postawa otwarta i przyjazna.

Irlandia Donegal


Jak Ci się teraz tam mieszka? Jak traktujesz Irlandię?

Dziesięć lat minęło, córka właśnie skończyła studia, syn zdał małą maturę, przeszliśmy długą drogę, ale mogę powiedzieć zdecydowanie, że jesteśmy tu szczęśliwi. Oczywiście pogoda mogłaby być lepsza, ośrodek kulturalny większy, bo do teatru, filharmonii, do kina nawet, wszędzie muszę dojeżdżać, ale za to jakie święto, kiedy się już wybiorę. Kocham moje pustkowia, spacery po plaży z psem, wszystkie te filmowe wręcz plenery i nawet prowincjonalność mojego życia. Dzięki internetowi mam dostęp do wielu rzeczy prawie taki, jak ludzie z dużych miast, za to czasu na życie i przyjemności więcej.

Kiedyś córka namalowała pastelami obrazek na plaży, woda, wystające skały, plaża z niewielkim klifem i domek. Z tyłu napisała, że życzy nam, żebyśmy kiedyś mieli taki domek właśnie. Obrazek wisiał u nas na ścianie wiele lat, ale dopiero, kiedy zbiła się szybka i mąż oprawiał w nową ramkę, znalazłam tę dedykację. Wzruszyłam się, bo po latach mamy swój wymarzony domek (cottage) z kwiatami w oknach, przytulną kuchnią pachnącą ciastem i miłymi sąsiadami. Nawet nie śmiałam o tym kiedyś marzyć, córka afirmowała za nas. Swoją drogą, to niezła metoda.

Pies Franek

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Wszystko było zdziwieniem, bo chociaż to też Europa, a jednak miejsce inne bardzo. Wiem, że większego szoku kulturowego spodziewać się można po Chinach, Indiach czy Tobago, ale przeszłam już jeden szok przeprowadziwszy się z północy Polski na wschód i wiem, że zaskoczyć może nas nawet taka zmiana. Życie w obcym kraju, szczególnie przy zmianie z kontynentu na wyspę, uważam za fascynujące i bardzo ciekawe. Byle by człowiek chciał wgłębić się w specyfikę nowej ziemi, zechciał poznać i zrozumieć ludzi, wtedy życie jest nie tylko ciekawsze, głębsze i oferuje więcej, ale i bardzo radosne. Wiadomo, poznać, znaczy zrozumieć, a zrozumieć, znaczy zaakceptować, akceptacja natomiast niesie za sobą szczęście.
Wpadek językowych kilka było, na samym początku - pomyliłam kiedyś słowo 'spódnica' z 'koszula' i poprosiłam o wyprasowanie spódnicy pilota ('skirt' zamiast 'shirt'). Albo o zmianę 'shits' w pokoju numer jakiś tam zamiast 'sheets' (tutaj wymowa miała znaczenie) i tak, okazało się, że chciałam zmiany 'gówna' zamiast prześcieradeł. Ale najgorzej mi było przywyknąć do 'a wake'-ów, czyli czuwania przy zmarłym, obowiązkowej wizyty w domu, u rodziny, gdzie ktoś zmarł i teraz leży w trumnie, a całe miasteczko składa ostatnie ukłony. Siedzenie przy trumnie, dwadzieścia centymetrów obok nieboszczyka, popijanie herbaty i zajadanie ciasteczek, rozmowa o pogodzie i planach na wakacje były dla mnie totalnym szokiem. Ale jak do wszystkiego w życiu, i do tego się przyzwyczaiłam i robię to teraz bez mrugnięcia okiem.


 I na koniec  jeżeli są jakieś książki o Irlandii które zrobiły na Tobie duże wrażenie (fiction/non-fiction), mogłabyś je wymienić?

Proszę bardzo, o tym mogę bez końca:

1. Frank McCourt 'Popiół i żar' (oryg. Angela's Ashes) oraz druga część 'I rzeczywiscie', bolesny obraz Irlandii lat pięćdziesiątych, bardzo ważna powieść dla zrozumienia ludzi i samej Irlandii. Również wspaniały film.

2. Pete McCarthy 'Bar McCarthy'ego' -non fiction, bardzo dowcipna, ta z kolei jest pomocna w zrozumieniu tego kraju teraz.

3. Brian Friel, znakomity dramaturg (pomieszkuje czasem w Donegalu), napisał przejmującą sztukę, zawsze przypomina mi ona styl Czechowa, mimo, że akcja osadzona w Glenties, niedaleko mojego miasteczka - 'Dancing at Lughnasa'. Jeśli będziecie mieli okazję ją zobaczyć na deskach teatru, zachęcam, a jeśli nie, znakomity film z Meryl Streep jest wydany na DVD. Kocham tę sztukę i tak jak 'Trzy siostry', czy 'Wiśniowy' sad Czechowa, oglądam za każdym razem, kiedy mam okazję, a i film stoi u mnie na półce i go co jakiś czas włączam.

4. Deirdre Purcel pisze niezwykle klimatyczne powieści osadzone w Irlandii, a najsłynniejszą z nich jest chyba 'Falling for a dancer' - 'Wszystko przez tancerza'. Niech Was nie zmyli dziadowska okładka polskiego wydania, to naprawdę dobra pisarka i dobra powieść. Również nakręcono na jej podstawie film z Colinem Farrellem w jednej z ról. Ja widziałam najpierw mini serial i zakochałam się w filmach i książkach traktujących o tamtych czasach na Wyspie.

5. Innymi bardzo cenionymi przeze mnie pisarzami irlandzkimi są: Emma Donoghue (ta od 'Pokoju'), Sebastian Barry i Colm Toibin. Cokolwiek nie napiszą, jest po prostu dobre.

6. Z lżejszych powieści, guilty pleasure - polecam Maeve Binchy, wiele również zekranizowanych, jak 'Tara Road' czy W kręgu przyjaciół oraz nietłumaczoną na język polski Patricię Scanlan.

7. Jeśli coś o historii, to może przejmujący i dramatyczny film o walce o niepodległość i o tym jak powstała IRA - 'The Wind that Shakes the Barley' - 'Wiatr buszujący w jęczmieniu' (Złota Palma w Canne w 2006 roku). Powiem tak, wszystko możecie zlekceważyć, co ja tu polecam, ale chociaż ten obejrzyjcie. Jest świetny.

8. Komedia 'The Closer You Get' była nakręcona we wsi obok, ale i w moim miasteczku. To film twórców 'Goło i wesoło', równie dobry, równie śmieszny.

9. Zanim przyjechałam do Doneglu, jeszcze w Polsce obejrzałam komedię 'Swaty', która dzieje się podczas festiwalu swatów (Irlandczycy uwielbiają festiwale). Bardzo prawdziwy, bardzo śmieszny. Trudno mi było uwierzyć w niektóre rzeczy tam pokazane, ale okazały się moją rzeczywistością i teraz śmieję się z tych, którzy mówią - nie wierzę!

10. A z najnowszych ciekawych produkcji film policyjny 'The Guard', prawdziwy, zabawny, smutny, jak wszystko tutaj. A niedawno zaczęłam oglądać serial, podobno krótki, 'Sprawy Jacka Tylora' i bardzo mi się spodobał.

 

***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki:

Stuffed mice w Buenos Aires

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie



niedziela, 05 sierpnia 2012

Marta zaskakuje podwójnie: swojego bloga Stuffed mice prowadzi w dwóch językach, a jego podtytuł "About my travels, food and drink" daje tylko namiastkę jego zawartości. W Stuffed mice pysznią się znakomite zdjęcia, nie wspominając o Marty kaligraficznych projektach. Na co dzień mieszkanka Londynu zafudnowała sobie w tym roku wymarzony pobyt w Buenos Aires. Zapraszam dziś na historię Marty o jej argentyńskiej przeprowadzce.

Jak to się stało, że znalazłaś w Argentynie? Dlaczego akurat tam?

Razem z moim partnerem, Karolem, odwiedziliśmy Argentynę sześć lat temu. To była jedynie miesięczna wyprawa. W Buenos Aires spędziliśmy wtedy kilka dni, głównie biegając z miejsca w miejsce. Wróciliśmy do Anglii i marzyliśmy o zamieszkaniu w stolicy Argentyny. Sama nie wiem dlaczego. Intuicyjnie przeczuwaliśmy chyba, że będzie nam tam dobrze. Mówiliśmy o tym tak długo, że w końcu sami siebie nie mogliśmy już słuchać. Karol wynegocjował trzy miesiące pracy na odległość, ja wzięłam wolne. Wynajęliśmy nasze mieszkanie i fruu! Nareszcie byliśmy w Buenos Aires na dłużej.


Buenos Aires, zdjęcia StuffedmiceSpacer po dzielnicy San Telmo

Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice

Spacer po dzielnicy San Telmo

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Jasne! Pamiętam pierwsze momenty! Była połowa stycznia, z głośników w samolocie wylewały się dźwięki "Volare", za oknami nagrzane słońcem lotnisko. Poczułam natychmiastowe odprężenie. To uczucie zupełnego relaksu towarzyszyło mi przez większość czasu mieszkania w Buenos. I naprawdę niewiele to miało wspólnego z brakiem obowiązków. Jak dla mnie, to był po prostu styl tego miasta.

Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice

Blisko lądowania, niedługo włączą "Volare"

Jak Ci się tam mieszkało? Jak traktowałaś miasto i sam kraj?

Od początku wiedziałam, że nie chcę wychylać nosa poza stolicę Argentyny. Poza tym, razem z Karolem, zorganizowaliśmy sobie "zajęcia dodatkowe". W moim przypadku - naukę kaligrafii. Wszystkie tygodnie wypełnione były lekcjami, projektowaniem i ćwiczeniami. To w bardzo dużej mierze wyznaczyło rytm moich dni.

Trzy miesiące w Buenos Aires to zdecydowanie za krótko. Trudno było nie traktować tego czasu jako przerwy, a miasta jak nieba na ziemi. Z niskimi cenami usług, na przykład, było to bardzo łatwe. Nagle okazało się, że tak jak tutejszej klasie średniej, zwyczajnie nie opłaca mi się gotować, sprzątać czy nie łapać wieczorem taksówki, by bezpiecznie i szybko wrócić do domu. Ale nawet bez grosza w kieszeni, wystarczyło spojrzeć w bezchmurne niebo, by poczuć się przez to miejsce rozpieszczaną.

Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice

Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice
Błękitne niebo nad Buenos Aires za dnia. Wieczorami wykorzystuje się je do odtańcowania tanga w milondze na świeżym powietrzu.

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Buenos, ze względu na powojenną imigrację, jest w gruncie rzeczy bardzo europejskie. Pewnie dlatego łatwo ominąć atrakcję, jaką dla wielu osób zapewne jest szok kulturowy.

Co fascynuje mnie w Ameryce Południowej i Centralnej w ogóle, to zróżnicowanie i bogactwo języka hiszpańskiego. Siedzieliśmy kiedyś na zajęciach. Dziewczyny z Argentyny, Kolumbii i chłopak z Peru. Próbowaliśmy ustalić oficjalną nazwę plastikowej słomki. Okazało się, że niektórzy znają nazwy "krajowe", a tej ogólnie przyjętej w hiszpańskim - nie. Ta swojskość języka objawia się również zaskakująco niskim stopniem amerykanizacji w mowie potocznej. W Argentynie ani razu nie usłyszałam "OK". Wszyscy mówią za to "Bueno".

Moje największe zdziwienie dotyczyło braku pośpiechu, podejścia do czasu. W metrze byłam jedyną osobą, której gdziekolwiek się śpieszyło. Każde moje zajęcia z kaligrafii rozpoczynały się pogaduszkami przy herbacie. Początkowo wydawało mi się to obrzydliwą stratą czasu. Później polubiłam te, w gruncie rzeczy, bardzo ludzkie zachowania. Inny ludzki nawyk, który bardzo chętnie zapakowałabym do walizek i wysłała w świat, to argentyńska ciekawość. Ludzie w tym mieście rozmawiają, opowiadają, mówią, gadają. Gdziekolwiek i z kimkolwiek. Kawiarnie otwarte są do późna. Umawianie się na kawę  to w żadnym wypadku weekendowe czy krótkie spotkanie.

Dużym zaskoczeniem była dla mnie kontrastowość Buenos. Spacerujesz i natrafiasz na przykład na taki widok. Piękni, młodzi ludzie sączą swoje mrożone napoje w amerykańskiej sieciówce. Przed wejściem, rodzina cartoneros - ludzi zarabiających na życie zbieraniem śmieci -  po pas zanurzona w kuble, szuka co wartościowszych odpadów. Idziesz na poranny spacer po dzielnicy willowej i mijasz dzieciaki wąchające klej przed czyjąś furtką. Bieda i bogactwo w Buenos mieszają się nieustannie.

Do rozczarowań najprędzej zaliczyłabym kawę. W większości miejsc serwuje się wersję torrado. Oznacza to tyle, że w procesie palenia dodano do niej cukier. Dla kogoś, kto nie słodzi kawy, to zwyczajne świętokradztwo.

Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice
Linia A, najstarsza część argentyńskiego metra, czyli projekt sprzyjający ciekawości.

Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice

 18 ton aluminium i stali nierdzewnej przekształcone w kwiat-instalację. 

Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice

Jeden z licznych cartoneros, delektujący się siestą

I na koniec  jeżeli są jakieś książki o Argentynie  które zrobiły na Tobie duże wrażenie (fiction/non-fiction), mogłabyś je polecić czytelnikom?

Nie będę oryginalna. Polecę cokolwiek Borgesa i Cortazara - nie znam nikogo, kogo nie zdołaliby uwieść słowami.


Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice

Kawiarnie w księgarni


Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice

Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice Księgarnie w byłym teatrze. Byleby kawa bez cukru ;))

Zdjecia i podpisy: Marta aka Stuffed mice


***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie

czwartek, 02 sierpnia 2012

Laura aka LilithinPraktyki studenckie mogą być wyzwaniem. Zdecydowanie takie zaplanowała sobie Laura aka Lilithin, autorka Czytatnika - bloga z pewnością znanego Wam z frapujących recenzji książek. Lilithin rzuciła rękawicę Indiom, a dokładnie ich północnemu miastu Czandigarh, które, jak za chwilę się przekonacie, nie jest specjalnie przyjaznym miejscem do mieszkania. Z Laurą rozmawiałam już po jej powrocie do Polski (niekoniecznie jednak na stałe, bo autorka Czytatnika rozważa ponowną przeprowadzkę na subkontynent za rok). "Nienawidzę Indii i uwielbiam Indie. Nie na zmianę, lecz równocześnie. Ten uwodzicielski, irytujący kraj uczy, że można pomyśleć dwie sprzecznie myśli na raz – i co najważniejsze – nie eksploduje przy tym głowa" - to cytat z "Geografii szczęścia" Erika Weinera, pod którym Laura przyznaje, że może się podpisać.

W piątej odsłonie tyglowego cyklu zapraszam na historię indyjskiej przeprowadzki nieustraszonej Laury.

Jak to się stało, że znalazłaś w Czandigarze? Dlaczego akurat tam?

Tak naprawdę Czandigarh był wyborem przypadkowym. Przede wszystkim chciałam znaleźć się w Indiach, marzyłam o odwiedzeniu tego kraju od dawna, ale jednocześnie chciałam stać się jego częścią, uczestniczyć w codziennym życiu, a nie przemieszczać się z hotelu do hotelu. Kiedy na uczelni zobaczyłam plakat organizacji studenckiej AIESEC reklamujący praktyki na całym świecie - nie wahałam się ani chwili i aplikowałam. Chciałam jechać do Indii na dłużej, praktyki krótsze niż rok mnie nie interesowały. Znalazłam takie w Delhi, Chennai i Hyderabadzie. Przedstawicielka z AIESEC-u w Delhi ostrzegła mnie jednak, że proponowana przez szkołę wypłata jest bardzo niska, więc zrezygnowałam. Rzekomy Chennai okazał się jakąś wioską 150km poza miastem, a Hyderabad odradzono mi ze względu na napięcia między muzułmanami a hinduistami (w Hyderabadzie mniejszość muzułmańska stanowi ponad 40% wszystkich mieszkańców). W ten sposób wylądowałam w szkole w Czandigarh.

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Na początku indyjska pogoda mocno dawała mi się we znaki. Przyjechałam w lipcu, w trakcie monsunu. Było bardzo gorąco, a do tego panowała niesamowita wilgotność powietrza uniemożliwiająca jakiekolwiek działanie.

Przez pierwszych kilka dni przejażdżka motorikszą była dla mnie całkowitą zagadką i źródłem wielkiego stresu. Nie wiedziałam jak 'łapać' rikszę ani jakie powinny być stawki. Na szczęście koleżanka z Kolumbii okazała się być świetną nauczycielką w tej kwestii i pokazała mi bezwzględność, z jaką należy traktować kierowców ;-)

Chyba wszystkie indyjskie miasta są mało przyjazne dla spacerowiczów, a ja oswajam się z nową okolicą zawsze na piechotę. Na początku trudno było mi się przyzwyczaić do braku chodników, cichych uliczek, ukrytych sklepików i ciągłej zależności od innych środków transportu.

Laura w Czandigarze

Laura z uczniami


Jak Ci się teraz tam mieszka? Jak traktujesz miasto/kraj?

Już tam nie mieszkam, miesiąc temu wróciłam do Polski.

Nie zapałałam miłością do Czandigaru. Miasto nie ma nic do zaoferowania swoim mieszkańcom. Już nawet nie mówię o imprezach kulturalnych, festiwalach czy koncertach, ale tam po prostu nie ma gdzie pójść. Owszem można zjeść, napić się kawy, zrobić zakupy. Ale brak tam przestrzeni miejskiej, która nie byłaby związana z jakimś praktycznym celem. Owszem, w każdej dzielnicy są tzw. parki, które mi się bardziej kojarzą z więziennymi spacerniakami. Owe prostokątne parki obfitują w ławki i trawę, a stojąc na jednym jego końcu można zobaczyć wejście z drugiej strony. Rano i wieczorem do parków wychodzą ludzie - żwawym krokiem robią kilka okrążeń po ścieżce, wszyscy zgodnie poruszają się w jedną stronę, nikt nie idzie pod prąd, nikt nie przechadza się bez celu leniwym krokiem dla idei samego przechadzania się. Do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego w tym mieście drzewa rosną tylko przy drogach. Nigdy w parkach czy na osiedlach. Nie chciałabym w Chandigarh mieszkać drugi raz, ale kto wie, co przyszłość przyniesie.

Życie w Indiach ma jednak swój urok. Nikt się tam nie spieszy, nie pędzi do nie wiadomo czego. Mniej ironii i cynizmu. Wydaje mi się, że ludzie bardziej zauważają drugiego człowieka i zwracają uwagę na to, co tkwi w jego wnętrzu, a nie na to gdzie pracuje i czy wziął już kredyt mieszkaniowy.


Uczniowie Laury

Uczniowie Laury


Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Największym zdziwieniem było to, jak bardzo podzielone jest społeczeństwo indyjskie. Niby człowiek o tym wie, niby czytał, ale wciąż szokiem dla mnie jest, że dzieci nie mówiły "dzień dobry" kierowcy autobusu szkolnego. W końcu to tylko kierowca, niemal służący. Takich przykładów mogłabym podać jeszcze wiele.

Nie wiem, czy poniższą historię można nazwać wpadką kulturalną, ale na pewno zalicza się do moich szoków ;) Kiedyś zabrakło mi krzeseł w klasie, więc zeszłam na dół, aby przynieść dwa ze stołówki. Chwyciłam po jednym w każdą rękę i skierowałam się na schody. Nagle podbiega do mnie Rajkumar, który był kimś w rodzaju szefa pań pracujących w kuchni i przy sprzątaniu i coś próbuje mi powiedzieć. Myślałam, że muszę oddać krzesła na stołówkę, ale okazało się, że to nie ja mam je nosić. Rajkumar zawołał panią w wieku mojej mamy albo i starszą i to ona miała zanieść krzesła do mojej klasy. Pani ta wzięła jedno krzesło i noga za nogą powłóczy po schodach. Ja bez problemu wzięłabym oba i głupio mi było bezczynnie stać, więc wzięłam drugie krzesło. Nie przeszłam nawet jednego schodka, bo zarówno Rajkumar jak i pani sprątaczka zaczęli z wielką energią mówić i gestykulować, żebym je odstawiła na podłogę. Wniosek? Każdy w Indiach ma określone miejsce i należy się go trzymać.

Z bardziej przyziemnych spraw zaskoczyła mnie kuchnia - nie taka znowu ostra. Myślałam, że każdy posiłek będzie się wiązał na początku z uczuciem wypalania gardła ostrymi przyprawami, ale nic takiego nie miało miejsca. W restauracji usłyszałam od jednego znajomego: "she can handle spicy", co sobie poczytuję za wielki komplement.


I na koniec  jeżeli są jakieś książki o Indiach, które zrobiły na Tobie duże wrażenie (fiction/non-fiction), mogłabyś je polecić czytelnikom?

Wciąż odkrywam książki o Indiach, więc na razie mogę polecić tylko 3 tytuły.

1. "Bombaj. Maximum City" Suketu Mehty to jedyny z 3 polecanych przeze mnie tytułów, który został wydany w Polsce. Pozycja non-fiction, którą czyta się jak najlepszą powieść. Byłam zachwycona!

2. "May You Be a Mother of a Thousand Sons" Elisabeth Bumiller to zbiór reportaży o indyjskich kobietach. Napisane  z dużym wyczuciem, zrozumieniem i szacunkiem.

3. Powieść Dipiki Rai "Someone Else's Garden" w realistyczny sposób ukazuje życie ubogiej Mamty i jej walkę, aby ten los odmienić .


***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie



Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...