sobota, 26 września 2009

Kocica wpadła mi w kadr, podczas naszej letniej wyprawy na północ Anglii, do Leeds i starego Yorku. Paliła fajkę przed pubem na rozgrzewkę wieczoru panieńskiego. Jak dokładnie wskazuje koszulka, była to noc Nicoli. A pluszowe uszka pewnie szybko zmieniły się w diabelskie różki... (szczegóły możecie sobie wyobrazić łatwo sami)

Kocica, wieczór panieński Leeds

What a nite! (Co za noc!) Uczestniczka wieczoru panieńskiego przebrana za czarną kocicę, Leeds 2009

czwartek, 24 września 2009

Adam Foulds The Quickening Maze

Za scenerię swojej najnowszej powieści nominowanej do nagrody Bookera młody Adam Foulds wybrał bardzo osobliwe miejsce. High Beach na skraju starożytnego lasu Epping Forest to wioska, gdzie charyzmatyczny doktor Allen w duchu reformatorskim prowadził w XIX wieku prywatny ośrodek dla obłąkanych. Książka "The Quickening Maze" opowiada na przestrzeni kilkunastu miesięcy o życiu mieszkańców domu Allena i samego zakładu. Wśród bohaterów znajdziemy i dwójkę poetów. John Clare, ludowy poeta romatyczny, jest pacjentem ośrodka. Cierpi na depresję. Ma zaburzenia osobowości i halucynacje. W książce poznajemy go, jak podczas ataków zmienia się z Johna Clare w sławnego boksera czy samego Byrona, którego wielbi. Clare obsesyjnie stara się też odszukać ukochaną Mary z czasów młodzieńczych. Odnajdzie ją, odpływając w świat halucynacji, w postaci jednej z pacjentek. Poeta kilkakrotnie ucieka z zakładu, odnajdując ukojenie wśród grupy koczujących w lesie Cyganów. Drugim  poetą-bohaterem książki jest Alfred Tennyson, wielka postać epoki wiktoriańskiej, który przyjeżdża do High Beach, by doglądać swojego brata melancholika, pacjenta dr Allena.

Jak powiedział autor powieści, wybierając to miejsce i czas książki chciał skontrastować życiorysy tych dwóch poetów. Lata 40-ste XIX wieku to moment, kiedy John Clare traci znaczenie na scenie literackiej Wielkiej Brytanii i jego zdrowie psychiczne załamuje się bezpowrotnie a kariera Alfreda Tennysona dopiero się rozpoczyna. Clare już do końca swojego życia będzie przebywał w ośrodkach dla umysłowo chorych, a przed Tennysonem otworzą się dopiero wrota kariery, wielkie tytuły i uznanie samej królowej.

W książce nie dojdzie jednak do żadnej rozmowy między poetami. Clare będzie tracił kontakt z rzeczywistością i toną w swoich halucynacjach, podczas gdy Tennyson, zamknięty w sobie, zadumany, będzie pisał w domu pierwsze, którą to czynność od czasu do czasu przerwie starająca się o jego względy córka doktora.

Czytając "The Quickening Maze", która składa się z krótkich scenek z życia ośrodka, pacjentów, domostwa doktora i, rzecz jasna, poetów, miałam wrażenie, że autor wymaga od czytelnika pewnej wiedzy o miejscu i opisywanych wydarzeniach. Bez tego wydaje mi się, że można wiele z subtelnych aluzji nie dostrzec, a właśnie w nich do pewnego stopnia tkwi piękno tej książki. Foulds czytał dużo na temat High Beach Private Asylum i jego pacjentach. Jego powieść to jednak jego wersja wydarzeń, która według historyków literatury jest wierna faktom, choć odtworzona w poetycki sposób.

Przy omawianiu "The Quickening Maze", dużo uwagi poświęca się dwóm poetom, sprawiając mylne wrażenie, że to oni są głównymi postaciami książki. Otóż, nie. Powieść ma wielu pierwszoplanowych bohaterów. Jednym z nich jest z pewnością sam Matthew Allen, lekarz o otwartym umyśle, pastor z ciemną przeszłością i trudnymi relacjami z bratem. To on jest postacią spajającą losy poetów, zwłaszcza Tennysona, którego doprowadzi do bankructwa po tym, jak wciągnie go w zainwestowanie rodzinnej fortuny w szalony pomysł. Część wydarzeń z życia ośrodka poznajemy dzięki Hannie, córce doktora, która pragnie poślubić jednego z poetów.

Równie ważni są w książce sami pacjenci. Foulds bardzo sugestywnie opisuje sceny, w których  na przykład cierpiąca na depresję Margaret zamierza przyjąć na siebie całe cierpienie świata. Zresztą sam język powieść jest ciekawy: często poetycki, ale prezycyjny, bez nadmiaru słów (nie jest to z pewnością proza typu tej, którą tworzy John Banville), chwilami nawet minimalistyczny.

Nie wiem, czy ta książka trafi na polski rynek, jeżeli nie wygra nagrody Bookera. Pomimo wielu niewątpliwych walorów, mam wrażenie, że właśnie brak centralnego bohatera, rozbicie fabuły na skecze, może zadecydować o tym, że nie zostanie tegorocznym zwycięzcą. Dlatego wybrałam krótki fragment i postanowiłam przetłumaczyć go na polski, by pokazać Wam atmosferę tej powieści.

Opis jednej z pacjentek otwiera rozdział zatytułowany "Zima" (s.65):

"Margaret stała w samym środku tego świata i patrzyła w dół na ryby zastygłe pod brudną szybą lodu. Na widlastych czubkach drzew twarde czapy śniegu podziobał deszcz. Wrony, ściśnięte obok siebie, trzymały się kurczowo gałęzi, które tarmosił wiatr. Głosy pacjentów docierały do niej, choć były stłumione w tej zimowej przestrzeni jak brzmienie rąk uderzających jedna o drugą w rękawiczkach.

Lubiła ten moment nieobecności, to puste powietrze, przypominające o prawdziwej próżni. Chciała pozostać tam, zawiesić się na własnej na tym świecie gałęzi aż do momentu, kiedy zimno przeniknie jej kości."

 

Sugestywne, prawda?

***
Adam Foulds "The Quickening Maze"
Wyd. Jonathan Cape, 2009
książka nominowana do tegorocznej nagrody Man Booker Prize

 

18:38, maga-mara , BOOKER
Link Komentarze (10) »
wtorek, 22 września 2009

Prussian Bride książka

Tłumaczenie tłumaczenia jest zawsze złym pomysłem, ale cóż mogę zrobić, jeżeli mam tylko angielski przekład rosyjkiego opowiadania i chcę napisać o Wojnowie. Mam nadzieję, że kochany mąż, który z oryginału tłumaczył tą historyjkę na angielski, wybaczy to, co pewnie w tym procesie zostało stracone czy zmienione.

"- Dziadek namalował ją - powiedziała smętnie starsza kobieta - był rosyjskim prawosławnym i żołnierzem niemieckiej armii. Ale nie mów nikomu o tej ikonie. Ona nie jest czysta.
- Maryja Dziewica?
- Ta Maryja Dziewica znalazła sobie męża
- Nasza Panienka?

Eufemia, siostra z klasztoru starowierców, który znajduje się na ziemiach byłych PrusWschodnich niegdyś należących do Niemiec a obecnie do Polski, opowiedziała mi tę historię.

W 1832-34 rosyjscy starowiercy uciekli z Łotwy do Prus Wschodnich  przed prześladowaniami cara. Tam nad brzegiem jeziora Dusz katoliccy Polacy pomogli im zbudować wioskę Wojnowo. Dziadek Eufemii był malarzem ikon."

Jurij Bujda opowiadanie "Wojnowo" ze zbiorku "The Prussian Bride" tłum. z rosyj. Oliver Ready, wyd. Dedalus Europe, 2002 (po polsku książka ukazała się pod tytyłem "Pruska narzeczona").

Zastanawiamy się, skąd Bujda znał Wojnowo. Nam zlokalizowanie wioski zajęło sporo czasu, bo to miejsce nie figuruje nawet na bardzo szczegółowej mapie Polski. Może Bujda słyszał o Wojnowie, pracując jako dziennikarz w Moskwie? A odkrył to miejsce przy okazji zbierania historii o Wschodnich Prusach do kolekcji wyżej wspomnianych opowiadań?

Wojnowo z opowiadania to wioska starowierców. Dziś prawosławnych starego obrzędu, którzy wciąż żegnają się trzema palcami, a ich liturgia nie jest skażona XVII- wiecznymi poprawkami na styl grecki, jest na miejscu tylko pięciu. Ostatnia siostra w klasztorze, który znajduje się na samym końcu tej długiej wioski zaszytej na Mazurach w rozlewiskach Kutyni, umarła kilka lat temu. Jej grób jest nowoczesny w porównaniu z wcześniejszymi, prostymi kopcami z białym krzyżem i wezwaniami do Boga w starocerkiewnosłowiańskim. Czy to właśnie leży tam Eufemia z opowiadania Bujdy? Jeżeli tak, to co stało się ze skrywaną przez nią ikoną, namalowanym przez dziadka obrazem, do którego pozowała brzemienna kochanka?

Wojnowo, klasztor starowieców

Klasztor starowierców w Wojnowie

Wojnowo, klasztor z lotu ptaka

Wojnowo z lotu ptaka, zdjęcie pocztówki (niestety nie znam autora)

Próbujemy dowiedzieć się czegoś więcej o klasztorze (w którym będziemy później nocować na pryczy) od obecnych właścicieli. Po śmierci ostatniej starowiernej siostry, klasztor dostał się w prywatne ręce polskiej rodziny, która nim się opiekuje, prowadząc obok gospodarstwo. Obecni właściciele albo rzeczywiście niewiele wiedzą, albo nie chcą nic zdradzić. Ich niemalże jednowyrazowe odpowiedzi giną gdzieś w kontemplacyjnej głuszy tego miejsca. Architektonicznie klasztor przypomina nam włoską budowlę, zwłaszcza oglądany z jeziora, które następnego dnia przepływamy kajakiem. Zachwyca nas doskonałe ułożenie i ciche piękno tego miejsca. Rozumiem dlaczego wcześniej, zanim powstał klasztor, istniała tu pustelnia.

Wojnowo, cmentarz starowierców

Okolony laskiem cmentarz starowierców w Wojnowie mieści się tuż nad jeziorem

Po kilku prośbach udaje nam się zobaczyć kaplicę, która ma cudowny, stary ikonostas i wiekowe księgi liturgiczne. Starowiercy odcinając się od XVII-wiecznych reform kościoła, nabożeństwo odprawiać moga tylko z tekstów ksiąg wydanych przed 1654 rokiem). Przy natrętnym pobrzękiwaniu kluczami przez córkę właścicieli, która rzecz jasna chce nas się pozbyć jak najszybciej, przyglądamy się pięknu dawnego rzemiosła, które na deskę ikony przeniosło natchnienie malarza. Ikony musiały być gdzieś ukryte podczas wojny, bo powróciły na swoje miejsce wtłożone już w powojenną sklejkę. Skupiam oko na obrazie, próbując nie wysuwać wzroku poza deskę, by nie natknąć się na tło zrobione z taniego materiału.

Starowierców w Wojnowie można policzyć na palcach u ręki. Mężczyzn z długimi brodami, rodzin żyjących często w nieunowocześnionych od dekad, drewnianych chatach, mówiących w mieszance polskiego i starorosyjskiego, spotkać można jeszcze na Suwalszczyźnie. Ogółem jest ich w Polsce około 1-2 tysięcy (przed drugą wojną światową był 80 tys.). Z roku na rok coraz mniej, o czym klasztor w Wojnowie dobrze nam przypomina.

Idziemy przez wioskę, oglądając stare chałupy zbudowane na skraju wściekle zielonych bagnisk. Wojnowo ma małą galeryjkę obrazów młodej malarki Hanny Żebrowskiej. Kiedy pytamy jej właściciela o klasztor i jego posiadaczy, on macha ręką, nie mówiąc ani słowa.

Niewiele bardziej rozmowna jest siostra prawosławna. Wojnowo ma też drugi klasztor (czy raczej po prostu dom, w którym żyją siostry opiekujące się starą, ludową cerkwią). Dowiadujemy się jedynie tyle, że co niedzielę do cerkwi przychodzi pięć osób. Więcej ludzi spotyka się na nabożeństwie w Morągu. O tamtym klasztorze na skraju wioski siostra nie chce mówić. - To starowiercy - mówi wolno i stanowczo. W tym tonie może kryje się siła dawnego konfliktu, siła, z którą starowiercy odrzucili Cerkiew, nazywając ją Antychrystem i z którą prawosławny kościół prześladował niechcących się jej podporządkować odmieńców. Tego nie wiem na pewno. To może już tylko moja wyobraźnia pisze kolejną historię o Wojnowie...

Cerkiew prawosławna w Wojnowie

Cerkiew prawosławna w Wojnowie. Jej oryginalny ikonostas został rozkradziony podczas wojny.

W National Geographic znalazłam kilka zdjęć starowieców. Zobaczcie sami:
Starowierców w domu

Zdjęcie ze środka klasztoru w Wojnowie

Chrzest staroobrzędowców

 

***

Inne relacje o Polsce: Rzeczpospolita różności cz 1 i Rzeczpospolita różności cz 2.

http://magamara.blox.pl/2009/09/Rzeczpospolita-roznosci-cz-2.html
niedziela, 20 września 2009

Z Chihiro zapraszamy jutro ponownie do słuchania audycji "Nie lubię poniedziałku" Maxa Cegielskiego w Radiu Roxy, w której będziemy mówiły o finalistach tegorocznej edycji nagrody Man Booker Prize. Naszej relacji będziecie mogli posłuchać między 10:00 a 11:00.

Tym, którzy mają ochotę usłyszeć jednego z autorów, czytającego fragment nominowanej książki, polecam poniższy wywiad z Adamem Fouldsem. Angielski pisarz, który jest najmłodszym z nominowanych do nagrody autorów, czyta fragment osadzonej w latach 40-stych XIX wieku powieści zatytułowanej "The Quickening Maze" a potem wyjaśnia okoliczności jej napisania.

Jestem świeżo po lekturze "The Quickening Maze" (recenzja na blogu pojawi się wkrótce) i muszę przyznać, że powieść ciekawie odtwarza atmosferę prywatnego zakładu dla obłąkanych i świat uczuć dwóch wielkich poetów: romantyka Johna Clare i wzniosłego Alfreda Tennysona oraz rodziny charyzmatycznego doktora Allena, który ośrodek prowadzi. Książka nie ma jednak nadrzędnego, centralnego bohatera, a do tego napisana jest w formie skeczy, więc, moim zdadniem Bookera raczej w tym roku nie zdobędzie. Zresztą przekonamy się wkrótce, bo zwycięzca zostanie wyłoniony za dwa tygodnie.

 

23:57, maga-mara , BOOKER
Link Komentarze (6) »

Podlaski krajobrazPrzystanek: Supraśl, Białystok, Narew, Bielsk Podlaski

Zdrawstwujtie!

Jadąc na wschód, słuchamy radia. Na Mazurach przejeżdżamy przez takie miejsca, gdzie jedyną dostępną stacją jest Radio Maryja. Jak to jest możliwe, że nie można posłuchać żadnego programu polskiego radia? Dopiero na Podlasiu mamy więcej możliwości, włącza się też białoruskie radio. Jeżeli pomyślę sobie  o moich rodzicach i o tym, jak radzili sobie z niechętną nauką rosyjskiego przez dodawanie do polskich wyrazów wschodnich końcówek, to tak właśnie brzmi dla mnie białoruski. Można z niego dużo zrozumieć, w dodatku radio, które odbieramy lubi grać polską muzykę.

Stajemy w Supraślu – małej i urokliwej miejscowości z wielkim, prawosławnym klasztorem i z misternie odbudowywaną cerkwią - o którym pisała już E.milia. Kiedy wchodzimy do cerkwi, siotra żwawo odkurza dywany. Staramy się jej nie przeszkadzać. W środku onieśmiela nas monstrualnej wielkości złoty żyrandol ze świętymi. Widzę, że mała grupka nastoletnich chłopaków musi mieć podobne odczucia, bo siedzą z boku z zadartymi głowami, żeby ogarnąć ogrom tego przedmiotu. Cerkiew w Supraślu jest nieskończona. W środku świecą pomarańczowe cegły zamiast tynku, co pokazuje z jakim trudem jest odbudować coś, co zostało zbombardowane podczas wojny.

Obok cerkwi jest barokowa kaplica z tradycyjnym ikonostasem. Stamtąd braciszkowie z długimi brodami przenoszą rzeczy do większej światyni. Uśmiechają się do nas. Po kilkunastu minutach my uśmiechamy się z kolei do przewodnika Muzeum Ikon, które każdy odwiedzający Supraśl powinien zobaczyć. W 9 ciemnych salach migotać będą podczas ponadgodzinnej podróży stare ikony, oświetlane tylko drobnymi lapkami. To miejsce przybliży ich boską naturę, którą utrwalił natchniony twórca.

Cerkiew Supraśl

Wnętrze odbudowywanej cerkwi w Supraślu

Cerkiew Białystok

Cerkiew na ul. Lipowej w Białymstoku

Cerkiew Bielsk Podlaski

Cerkiew w Bielsku Podlaskim

Cerkiew w Wojnowie

Cerkiew w Wojnowie

Cerkwie towarzyszyć nam będą w kolejnych przystankach. W Białymstoku na głównej ulicy miasta świątynia będzie wypełniona podczas wieczornego nabożeństwa. W Bielsku Podlaskim stara cerkiew przypomni te drewniane, pastelowo barwione kościoły prawosławne często spotykane na wchodnich wsiach. W środku podczas niedzielnej mszy będzie w niej tylko garstka osób, głównie starsze panie w chustach, żegnające się co chwilę. Wiejskie cerkwie, zwłaszcza ta w Narwi i Wojnowie (o Wojnowie będzie wpis osobny), świątynie jak z ludowej bajki będą mi się śnić później w scenach podobnych do obrazów Chagalla.


Przystanek: Kruszyniany

As-Salam alejkum

Jesteśmy już bardzo blisko białoruskiej granicy. Tu w XVII wieku osiedlili się Tatarzy. W małej wiosce Kruszyniany, w której istniała wtedy już unicka cerkiew, wybudowali meczet. Dziś w tej osadzie żyją tylko cztery tatarskie rodziny. Jedna z nich to rodzina Dżennety Bogdanowicz, która prowadzi na miejscu tatarską karczmę i agroturystyczny pensjonat. W niezwykłym tempie serwuje się tutaj tatarskie jadło, o którym trzeba wiedzieć rzecz postawową, że jest szalenie tłuste!

Meczet jest schowany wśród drzew i wygląda jak ludowa figurka. Opowiada nam o nim przewodnik, niezwykle sympatyczny Tatar. Opowiada co prawda z pasją, ale robi to tak szybko, że aż trudno za nim nadążyć. Co więcej on lubi opowiadać to, co sobie przygotował, więc nasze pytania traktuje jak niepożądane przerywniki. Dowiadujemy się jednak sporo o życiu lokalnej społeczności, o Tatarach, którzy wysiedleni z tych ziem podczas wojny, powrócili do Polski po jej zakończeniu, przenosząc się do Gorzowa i Gdańska. Pamiętam dobrze, jak w drodze na uniwersytet gdański, na horyzoncie stał nowowybudowany meczet, a jego półksiężyc odbijał słoneczne promienie.

Meczet w Kruszynianach

Kruszyniany - meczet

Cmentarz muzułmański

Mizar - muzułmański cmentarz

Przechodząc się po Kruszynianach, natrafiamy na dwóch starców, którzy siedzą na ławce przed domem. Jeden albo wróży przyszły kataklizm albo pomstuje na przeszłość, drugi milczy, oglądając nas od stóp do głów. "Jak mocarstwo na mocarstwo, jak naród na naród..."  - nerwowo i złowrogo powtarza pierwszy. Jeżeli rzeczywiście starzec wspomina koszmary przeszłości, to pewnie w pamięci przemykają mu obraz dawnej, przedwojennej świetności. We mnie, osobie, która mogłby być jego wnuczką, przypomnienie ostatniej historii a potem rozejrzenie się dookoła, budzi inne odzucia. Jeżeli pomyślę, że po dwóch wojnach i czasach komunizmu, po tym własnie jak "naród na naród...", mamy jeszcze chociaż skrawki etnicznej i religijnej różności, to ciśnie mi się na usta słowo cud. Co prawda, na wschodnich wsiach ten religijny tygielek zdaje się wysychać i przenosić się do miast. Nie mniej jednak cieszy mnie, że to współistnienie kultur jest wciąż możliwe.

 

***

Zobacz też Rzeczpospolita różności cz 1.

sobota, 19 września 2009

Polska drogaNa wakacje pojechaliśmy na północny wschód Polski. Przejechaliśmy samochodem cztery regiony geograficzne: Pomorze, Warmię, Mazury i Podlasie, czyli łącznie jakieś 1400 kilometrów. Wchód okazał się o wiele bardziej interesujący niż przypuszczałam, odsłaniając przed nami różnorodną etnicznie i wyznaniowo twarz, tak różną od "typowej" Polski centralnej. Wyprawę relacjonuję w kolejności odwiedzonych miejsc, więc zaczniemy podróż jednak od czegoś dobrze znanego.

Pierwszy przystanek: Reszel i św. Lipka

Niech będzie pochwalony...

Reszel to malusieńkie miasteczko na Warmii, które oddycha sennie letnim pyłem. Położone na wzgórzu nad Sajną, ma pomarańczowe, ceglaste dachy, stary zamek o charakterystycznym, krzyżackim majestacie i wielki kościół z dziesiątkami krucyfiksów w środku. W zamku, w którym niegdyś bywał Mikołaj Kopernik, mieści się teraz hotel, restauracja i oaza dla artystów, połączona z galerią. Zarządzający zamkiem już od kilkudziesięciu lat Bolesław Marschall udostępnia pokoje w ciągu roku twórcom (częstym gościem w Reszlu był m.in. Franciszek Starowieyski). Część prac, które powstają w zamku, można obejrzeć w lewym skrzydle w galerii, która powstała z przebudowanej kaplicy. Zajrzałam  tam z ciekawością, podobały mi się tylko dwie prace: zdjęcie zatytułowane "Sfikns" przedstawiające kucającego mężczyznę, który zamiast głowy ma krzyżowe belki i obrazy Antka Grzybka: oschłe, trafne zapisy współczesności (możecie je zobaczyć na jego stronie).

W reszelskim zamku znakomicie się śpi, odpoczywa i czyta książki. Oliver się rozmarzył, że tutaj mógłby pracować nad tłumaczeniem rosyjskiej powieści. Ja pewnie mogłabym wrócić do malowania. Sielski Reszel jest rzeczywiście doskonałym kandydatem na pracownię, więc nie dziwię się, że lubią przyjeżdżać tu artyści. Same miasteczko właściwie nic takiego nie oferuje, ale za spokój i odcięcie od miejskich pokus można przecież oddać wiele.

Zamek w Reszlu

Reszel: zamko-hotelo-galeria w sielskiej oprawie

Miasteczko Reszel

Reszel miasteczko - widok z zamku

Reszel kościół

Niewielka zabudowa a dookoła szerokie pola

W zamku byliśmy niemalże sami. Kręciła się tylko mniejsza grupka niemieckich emerytek. Zresztą, im dalej pojedziemy przez Warmię i Mazury, tym więcej ich napotkamy. Najwięcej będzie ich jednak w Świętej Lipce.

Z Reszla do Św. Lipki jedzie się chwileńkę. Co więcej, jedzie się drogą krzyżową, bo po obu stronach szosy piętrzą się przy polach kapliczki kalwaryjne. Dojeżdżając do tej mikrej wioski z ogromnym klasztorem, nie mamy wątpliwości, że wylądowaliśmy w typowej, dewocyjnej pułapce dla turysty. Przedzieramy się przez natłok sklepików, w których można kupić wszelkiego rodzaju "rękodzieło", włączając na chybcika zrobione góralskie ciupagi i ciżemki. W przyklasztorych budkach czai się błogoleżacy św. Józef wyciosany z drewna na kształt postaci z kreskówki (do kogo to ma trafić? do dzieci jako zabawka?), miniturka kościoła i plastikowa Matka Boska. W kościele wszystkie rzędy zajęte są przez niemieckie wycieczki i dwie polskie grupy. Na suficie tańczą pulchni aniołowie i święci przy tuszy. Przy imponujących organach siedzi siostra Małgorzata, która specjalnie dla gości zagra szybko cztery utwory, w środku robiąc przerwę, by dwaj zakonnicy mogli z tacą poprzeciskać się przez rzędy turystów i pozbierać datki na renowację klasztoru. Kiedy zaczyna grać Cantatę Bacha, z organów bucha potężny dźwięk, tak potężny, że mam wrażenie, że zaraz ci z sufitu spadną na ziemię, a cała świątynia runie w gruzach. W kluczowym momencie drugiego utworu nagle na organach ożywają figurki, aniołowie klaszczą, kłaniają się, wszystko ocieka złotem i mieni się w oczach turystów. Kiedy jeden z braciszków przedziera się przez ławki po dobrowolne datki, na ułamek sekundy zawiesza się w powietrzu, widać w powietrzu tylko jego ciemną skarpetę, sandał i kawałek sutanny między oparciem ławki a twarzą niemieckiej emerytki. Sytuacja jest tak komiczna, że mogłaby być początkiem drugiej "Monachomachii" Krasickiego. Zresztą Krasickiego mam tego poranka mocno w pamięci, bo uśmiechał się do nas po śniadaniu z pomnika na reszlowym zamku. Ach, biskupie, Ty to przecież sam widziałeś...!

Ze Św. Lipki uciekamy. W samochodzie obrazy z tego miejsca mieszają mi się z indyjskim wspomnieniem dewocyjnego Vrindavanu i postanowieniem, żeby miejsca pielgrzymek jednak omijać.  

Przystanek: Tykocin

Szalom Alejchem

Dojeżdżając do Tykocina na Podlasiu, cofamy się wiek bądź dwa wstecz. To miasteczko z drewnianymi chatami i wielką barokową synagogą, które leży na płaskich równinach nad Narwią, bardzo mi się podoba. Niektóre chaty mają nawet ponad 200 lat. Tykocianie, jak zresztą większość mieszkańców Podlasia bardzo dbają o porządek, więc jak przechadzamy się po uliczkach, to widzimy kolorowe, zadbane ściany z drewna wśród wypielęgnowanych ogrodów. Dla mnie to dziwne uczucie, znaleźć się nagle w miejscu, gdzie zabudowa jest bardzo niska, a tereny płaskie jak placek. Mam wrażenie, jakbym była większa niż jestem.

Tykocin miasteczko

Tykocin - środek miasta

Tykocin synagoga

Izraelscy turyści dojeżdżają do tykocinskiej synagogi

Tykocin wnętrze barokowej synagogi

Synagoga w całej swej okazałości

Prawie pięć wieków temu przyjechało do Tykocina 10 rodzin żydowskich. Z ich potomków wyrosła druga co do wielkości gmina żydowska w przedwojennej Polsce. Tuż przed najazdem Niemców, połowa miasteczka była wyznania Mojżeszowego. W mieście istniały synagogi i domy talmudyczne. Dziś z tamtego życia społeczności prawie już nic nie zostało. Wielką barokową synagogę, która chyba cudem ocalała podczas wojny, nawiedzają teraz dużymi grupami wycieczki z Izraela. Młodzi z izraelskimi flagami wysypują się z autokarów, by  zobaczyć, coś, co bezpowrotnie zginęło. Wchodzimy i my. Synagoga jest rzeczywiście ogromna i szczodrze zdobiona. Na ścianach ma wymalowane słowa hymnów, po bokach umieszczone w gablotach religijne parafernalia.

O ile jeszcze o synagogę Tykocin dba, bo stała się muzeum, o tyle odwiedziny żydowskiego cmentarza nie pozostawiają żadnych wątpliwości, że ta społeczność w mieście już właściwie nie istnieje. Zarośnięty, trudny do odnalezienia cmentarz robi przygnębiające wrażenie.

Cmentarz żydowski w Tykocinie

Cmentarz żydowski w Tykocinie

To dopiero początek naszej wyprawy, więc ciąg dalszy nastąpi wkrótce.

 

***

Ciąg dalszy dostępny jest tutaj: Rzeczpospolita różności cz 2.

środa, 16 września 2009

Ferragosto włoski film

Zanim moja nauczycielka włoskiego wyjechała z Oksfordu do rodziny na kilka tygodni, by, jak się zgrabnie wyraziła "doświadczyć prawdziwego lata i nałapać słońca", zostawiła mi listę rzeczy do zrobienia na najbliższe tygodnie. Jak tylko wróciłam z urlopu, czekał na mnie email z instrukcjami: w poniedziałek grają w kinie "Pranzo di Ferragosto" (w Wielkiej Brytanii film ukazał się jako "Mid-August Lunch", czyli obiad w połowie sierpnia czy po prostu w środku lata), na który powinnaś pójść". Oczywiście poszłam. Film jest doskonały!

Wyobraźcie sobie taką scenerię: Rzym, połowa sierpnia, gorąco i pusto, bo Włosi wyjechali na nadmorskie urlopy. 50-letni Gianni to kawaler, do tego bezrobotny, bo jak twierdzi, pracować nie może, ponieważ zajmuje się 90-letnią matką. Mamie czyta wieczorami "Trzech muszkieterów", w ciągu dnia gotuje, wlewając w siebie poważne ilości białego wina. Ten czarujący, anielsko cierpliwy Gianni bycie maminsynkiem przemienił w sposób na życie (o maminsynkach ciekawie pisała wcześniej Pyza). Nie płaci rachunków (bo przecież nie pracuje!), nie musi rano wstawać i słuchać przełożonego (bo przecież opiekuje się mamą), a poza tym wolny jest jak ptak i może wyskoczyć do pobliskiej cantiny na kieliszeczek winka z kolegą, kiedy chce.

Jego mama to inna historia. Leciwa pani, która niemalże się rozpada pod brzemieniem lat, ale codziennie rano nakłada pełny makijaż, idealnie układa blond fale na swojej perułce, nosi dostojne ubrania z dawnej epoki i koniecznie czerwone, długie paznokcie. Prawdziwa diva, tylko że niemalże stuletnia.

W stały rytm życia tej dwójki wkradają się nagle nieproszeni goście. I tak Gianni w zamian za anulowanie jego długów ma zaopiekować się przez weekend matką dozorcy. Sprawy się komplikują i ostatecznie pod dachem naszego bohatera lądują aż trzy staruszki: władcza Marina przy tuszy, sklerotyczka Grazia, która jak zacięta płyta opowiada o tym, jak przyrządzić zapiekankę z makaronu i Maria - niepozorny łasuch.

O tym, co zdarzy się podczas tego gorącego, sierpniowego weekendu, powiem tylko tyle, że będzie to nielada emocjonalne i organizacyjne wyzwanie dla Gianniego i doskonała komedia sytuacyjna dla widza (w tytule tej notki nazwałam ją pułapką sierpniowego upału, ale dla bohatera może to być równie dobrze okazja, która nadarza się niespodziewanie w środku rozpalonego lata). "Pranzo di Ferragosto" to ciepły, ujmujący film, który znakomicie podgląda życie. Nie pamiętam, kiedy tak dobrze bawiłam się w kinie. Miałam trochę wrażenie, jakbym podpatrywała uroczego, lekko felgmatycznego sąsiada, który musi podołać zupełnie nieplanowanej roli opiekuna, oferującego rozrywkę czterem staruszkom.

Ferragosto włoski film

Gianni ustala menu z mamą

Ferragosto włoski film

Gianni z kumplem przemyka przez pusty Rzym, by zdobyć rybę na nieplanowaną ucztę w połowie sierpnia

Jak już mówię o podglądaniu, to muszę jeszcze dodać, że "Pranzo di Ferragosto" to też subtelny wgląd we włoskie życie, w relacje między synem a matką i kulinarno-towarzyskie obyczaje. Niespodzianką dla widza jest również zobaczenie w głównej roli samego reżysera - Gianniego di Gregorio, którego znacie z jego zaangażowania (w roli scenarzysty) w filmie "Gomorrah". "Pranzo di Ferragosto" nie dzieli żadnych horrorów ze scenami z przestępczego Neapolu. Debiutancki film di Gregorio to komedia bardzo bliska jego sercu, bo jest poniekąd autobiograficzna, i dosłownie rozgrywająca się w przestrzennym mieszkaniu należącym do jego rodziny w jednej z kamienic rzymskiego Trastevere. "Pranzo di Ferragosto" to niskobudżetowa produkcja, w której grają ludzie z ulicy, dodając filmowi autentycznego, niepowtarzalnego charakteru.

Film zdobył prestiżową nagrodę przyznaną przez Satyajit Ray Foundation. Zresztą z produkcjami indyjskiego reżysera Satyajita Raya ma wiele wspólnego, chociażby tą niezwykle ujmującą poetykę i wierne, niespieszne oddanie dnia codziennego. O jednym z filmów Raya - "Wielkie miasto (Mahanagar)" - pisałam wcześniej tutaj.


***
Pranzo di Ferragosto (w angielskiej wersji Mid-August Lunch; polskiej nie widziałam)
Reż. i główna rola: Gianni di Gregorio
Włochy 2008

Zobaczcie też wywiad z reżyserem
Strona oficjalna filmu dostępna jest tutaj

A na koniec trailer:

niedziela, 13 września 2009

Man Booker PrizeJeden z jurorów powiedział, że w tym roku do prestiżowej nagrody Man Booker Prize, wybrano najsilniejszą szóstkę książek w całej historii wyróżnienia. Co ciekawe, w finale znalazły się głównie powieści brytyjskie (aż pięć), a tylko jedna spoza Wyspy.

Jutro między 11:00 a 13:00 będziemy omawiały z Chihiro w Radiu Roxy w programie "Nie lubię poniedziałku" tegoroczne wybory jurorów i opinie krytyków o książkach, które dostały się do finału. A za tydzień w tej samej audycji Chihiro przedstawi pierwszą trójkę nominowanych, a ja drugą:

1. AS Byatt "The Children’s Book" - powieść poświęcona losom dwóch rodzin na przełomie XIX i XX wieku
2. Sarah Waters "The Little Stranger" - historia przyjaźni doktora i jego pacjentki z okresu tuż po II wojnie światowej
3. Simon Mawer "The Glass Room" - powieć historyczna, której akcja toczy się w  Czechosłowacji w późnych latach 30-tych
4. Hilary Mantel "Wolf Hall" - podróż do czasów Henryka VIII, której głównym bohaterem jest Thomas Cromwell, polityk, minister, poliglota, postać o ciemnym charakterze
5. JM Coetzee "Summertime" - trzecia część autobiografii. Tym razem poznajemy 30-letniego Coetzee
6. Adam Foulds "The Quickening Maze" - poetycka historia spotkania poetów w zakładzie dla psychicznie chorych w Londynie

Do ogłoszenia zwycięzcy zostały 3 tygodnie. Nie mogę się zdecydować, czy obstawić w zakładach na to, kto wygra tegoroczną edycję Bookera. Początkowo chciałam postawić 10 funtów na książkę Mantel, ale na tę pozycję stawia połowa Wielkiej Brytanii! Nie wiem, czy to temat powieści wszystkich tak magnetyzuje, czy właśnie silne przeświadczenie o preferencjach jury... Po zastanowieniu i odrzuceniu faworyzowanego wyboru może jednak postawię na "The Little Stranger" Sary Waters? Gdybym wygrała zakład (stawka 4:1), to kupiłabym sobie "Brooklyn" Colma Toibina, który jednak, ku mojemu zdziwieniu, nie znalazł się na liście finalistów i pojechałabym do Stratford-upon-Avon na jedną ze sztuk z cyklu Revolutions. Ot, myśli, gdy w portfelu wieje pustką... :-)

A Wy jak typujecie?

 

Man Booker Prize nominowane książki

Wystawa z nominowanymi do nagrody Bookera książkami pojawiła się już po kilku godzinach od ogłoszenia nazwisk finalistów (Oksfordzka księgarnia Blackwells przy Broad Street)

23:20, maga-mara , BOOKER
Link Komentarze (14) »
sobota, 12 września 2009

Walking in my mindMasz ochotę zobaczyć, co dzieje się w umyśle artysty, kiedy tworzy? W te wakacje londyńskie South Bank Centre , a dokładnie Hayward Gallery, umożliwiło tę niezwykle kuszącą wyprawę w głąb umysłów dziesięciu międzynarodowych twórców. Ci, którzy mają w pamięci wcześniejsze obrazy aktów tworzenia (pamiętacie na przykład muzy wyskakujące z palety czy iskry boskiego natchnienia?), mogą się zdziwić, widząc współczesne nastawienie do momentu kreacji. Z prac wystawianych w Londynie można odnieść wrażenie, że po wcześniejszych potrzebach objawienia geniuszu czy ponadziemskiego natchnienia, nic już nie pozostało. Dzisiaj, artyści głównie pokazują, jak zaśmiecona potrafi być ich głowa i jak proces twórczy może przypominać stan zniewolenia.

Wystawa Walking in my mind prezentuje prace artystów z Europy, USA i Japonii. Nie tylko geogaficzna lokalizacja artystów, ale i sam poziom ich prac, są bardzo różne. Najlepiej, moim zdaniem, wypadli ci, którzy potrafią uwieść widza swoją wyobraźnią, używając do tego prostych środków.

Niezwykle prostą w wyrazie, ale urzekającą pracą, która zabrała mnie w kosmicznie-senny świat, była wizualna instalacja szwajcarskiej artystki Pipilotti Rist zatytułowana Extremities (smooth, smooth) czyli Krańce (bądź kończyny, łagodne, gładkie). Siedząc na podłodze w ciemnej sali, po której ścianach przesuwają się obrazy gwieździstego kosmosu i części ludzkiego ciała, wchodzi się w sen czy w umysł śpiącego artysty. Miły głos wprowadza w trans jak na seansie hipnotycznym i poddajemy się sile prostych obrazów. Rist nazwała tą pracę też sypialnią, pokazując, że we śnie wszystko może żyć własnym życiem, że tam nie trzeba zadawać pytań o sens, przyczynę, skutek. W ten sposób, w moim przekonaniu, stworzyła ciekawą metaforę dla aktu twórczego, jednocześnie zachowując jego ulotny i bardzo osobisty charakter.

Wystawa South Bank Centre

Balkonowe skrzydło Hayward Gallery

Walking in my mind nad Tamizą

Wystawa Walking in my mind wyszła też poza galerię

O ile Rist pozwala "wejść" do swojej głowy, o tyle japoński artysta Yoshimoto Nara woli zachować tajemnicę tworzenia dla siebie. W jego pracy, znowu prostej, ale przemawiającej, odtwarza dom z czasów studenckich, do którego można zajrzeć, ale nie można wejść. Mała chatka, wyposażona w łóżko, plakaty i gadżety z czasów nastoletnich pokazuje osobowość i wrażliwość artysty. Co więcej, Nara zdaje się mówić, że bez zrozumienia jego "domu" nie można zrozumieć tego, co tworzy. Innymi słowy zwraca uwagę na wpływ zewnętrznych doświadczeń, zwłaszcza tych pierwszych, dziecięcych na kształtowanie się późniejszej, twórczej ekspresji.

Oprócz tych prac, które zabierają nas w światy artystycznej kreacji (Yayoi Kusama zamyka nas na nowo w świecie białych kropek na czerwonym tle, obsesyjnym obrazie z halucynacji, które przeżywała przez całą historię swojej choroby umysłowej. Zresztą jej prace wychodzą też poza mury galerii - moża je oglądać na drzewach nad Tamizą i na dodatkowym balkonie South Bank Centre), są też takie, które skupiły się na obnażeniu brudnych, choatycznych umysłów. Te prace są już zdecydowanie mniej ciekawe.

Walking in my mind

Yayoi Kusama i jej polka dots

Największym rozczarowaniem była dla mnie praca amerykańskiego artysty Jasona Rhoadesa, który przedstawił swój umysł jako metaforę maszyny przypominającej nieco przewód pokarmowy, składającej się z wszelakiego rodzaju śmieci, włączając w to wycinki z magazynów hard-porno. I pomysł i realizacja wieje nudnym i przerobionym już na tysiące sposób postmodernizmem. Podobne odczucia miałam, wchodząc do jaskini szwajcarskiego artysty Thomasa Hirschhorna, w której zakamarkach znajdowały się fragmenty książek i manekiny.

Z prac pozostałych artystów wyłonił się dość ponury obraz. Łańcuchy, noże i sieci prezentowały akt tworzenia w kategoriach zniewolenie, ból a nawet okrucieństwo. Trudno więc nie było zadać pytania o sens tworzenia, skoro przynosi ono tak destrukcyjne emocje. I tutaj właściwie dochodzę do konkluzji wystawy, która moim zdaniem wzięła na warsztat szalenie ciekawy temat, ale zrealizowała go w mieszany sposób. I ostatecznie z kreacji połowy artystów wyszła już tylko destrukcja.

 

***
Walking in my mind trwała w Hayward Gallery w South Bank Centre od 23 czerwca do 6 września. Prace prezentowali: Charles Avery, Thomas Hirschhorn, Yayoi Kusama, Bo Christian Larsson, Mark Manders, Yoshitomo Nara, Jason Rhoades, Pipilotti Rist, Chiharu Shiota oraz Keith Tyson.

Wstęp 9 funtów.
Wystawę sponsorowała The Henry Moore Foundation.

czwartek, 10 września 2009

Nie mogłam się powstrzymać, żeby tych podsłuchanych i podpatrzonych scenek z wakacji nie opublikować. Nie będzie to jednak komedia. Raczej dramat. Rzecz działa się jeszcze dwa tygodnie temu, kiedy zatrzymaliśmy się na chwilę w maleńkiej miejscowości nad Śniardwami (jej nazwy oczywiście już nie pamiętam, zresztą ona nie jest ważna).

Scena 1, dzieje się trzy minuty po tym, jak zasiadamy na trawie nad brzegiem jeziora obok dwóch matek siedzących pod parasolem na kocu.
- Dominik! - krzyczy jedna - wracaj!
Cisza. Lekkie pluski 7-letniego chłopca w wodzie.
- Dominik!!! - głos matki z lekko zagniewanego zmienia się we wrogi - wracaj TERAZ!!!
Chwila wahania. Chlap. Dominik jednak ląduje na dmuchanym materacu bujającym się po wodzie.
- Dominik, co powiedziałam?!! Co powiedziałam??!!! Dominik!!!! Skurwysyn!

Scena 2, dzieje się już na jeziorze, do którego wchodzę z zamiarem popływania. Jestem mniej więcej po pas w wodzie, kiedy wzrok mój przykuwa dziwacznie kręcący się rower wodny. Dodam tylko, że jest to rower nowego typu ze ślizgawką pomiędzy siedzeniami dla pedałujących. Rowerem steruje, stojąc w wodzie, ojciec dwóch chłopców.
- Napad na mnie, napad na mnie! - krzyczy podekscytowanym, ale jednak stłumionym głosem ojciec, po tym, jak jeden z jego synów zjechał ze ślizgawki w dół do wody. - Jaka będzie odpowiedź?  jaka będzie odpowiedź? - powtarza natrętnie aż do momentu, kiedy drugi z synów posypie pierwszego serią błotnych kul z dna jeziora.
- Ostrzał! - ekscytuje się dalej ojciec - ostrzał! Dobra akcja - dodaje, a pierwszy syn stoi nieporadnie w wodzie, czekając na następny rozkaz ojca. Pewnie zjechałby sobie raz jeszcze ze ślzgawki, ale jak to zrobić, kiedy ojciec woli bawić się w wojnę...

poniedziałek, 07 września 2009

Polska wieśW tydzień przejechaliśmy 1400 kilometrów, krążąc po wschodnio-północnej części Polski. Podróż do serca naszej prowincji była swego rodzaju odkryciem, bo pokazała inną od "centralnej", katolickiej i wyłączniej polskiej twarz kraju nad Wisłą. Zanim jednak napiszę kilka słów o polskim melting pot (tyglu), muszę się rozprawić z pewnym mitem.

Kilka lat temu jednego wieczoru w Warszawie kolega westchnął z zazdrością nad tym, że urodziłam się w Gdyni. - Jesteś z Polski A, jest ci łatwiej - powiedział. I w ten sposób zaczęła się nasza długa dyskusja, podczas której próbował mi udowodnić, że on, pochodząc z Lublina (czyli Polski B), musi pokonywać w życiu dodatkowe, bliżej nieokreślone przeszkody. Według jego definicji, Polska A miałaby obejmować zachodnią część kraju, ciągnącą się od Trójmiasta w dół, obejmując Warszawę jako najbardziej na wschód wysunięty kraniec tego arbitralnego podziału, aż na dół po Kraków, Zakopane. Tak miałaby wyglądać granica "lepszej" części kraju. Wschodnia połać Polski była dla mojego kolegi synonimem zacofania, biedy, niedostępu do "cywilizacji". Brak takiego nagromadzenia miast na wschodnie, jakie ma Polska A, miało być tutaj decydującym dowodem. Tymczasem przemierzając pod koniec sierpnia okolice Warmii, Mazur a przede wszystkim Podlasia (według podziału - Polski B), doszłam do wniosku, że nie ma gorszej biedy i beznadziei niż na wsiach ciągnących się na Pomorzu Zachodnim (dzielnica A), a północny wschód to raj na ziemi przy północnym zachodzie. Wioska mazurska czy podlaska ze swoimi drewianymi chatami, pomalowanymi w kolorach wiosennej łąki, z kwiatami wymalowanymi na okiennicach, drewnami ułożonymi przy domach w idealny stosik, cichą drogą i szerokimi polami brzmi jak idylla w porównaniu z rozpadającą się, pozbawioną charakteru wsią z betonowymi klockami i bałaganem na podwórku na zachodzie kraju. Jeżeli cywilizację mierzyć w postaci podwójnej liczby sklepów spożywczych na Pomorzu Zachodnim czy spelun w postaci okratowanych barów, to "Polska B" powinna się cieszyć, że taki postęp jej nie dosięgnął.

Polska chata

Śmierć naturalna

A miasteczka? Obawiam się, że tutaj nie ma większej różnicy między nimi bez względu na to, w której części kraju się znajdują. Weźmy na przykład Ornetę na Warmii. Po niegdyś renesansowej prosperity miasta, pozostał tylko potężny, ceglasty kościół, rynek z ratuszem, do którego dobudowano w czasach wesołej twórczości komunizmu dwa betonowe, koszmarne boki. Po obu stronach rynku stoją sennie sypiące się kamienice, odbudowane po wojnie w stylu "słusznym". W rynkowych kamienicach znajduje się obowiązkowo spożywczak, odzież na wagę i fryzjer z panią z papierosem i w zachlapanym, białym fartuchu. Zaraz za rynkiem w drewnianych budkach małe polskie "China town", gdzie sprzedaje się wszelkiego rodzaju tandetę przywiezioną z Dalekiego Wschodu. Na ławkach przy trzepaku (obowiązkowy element podwórka  na "starówce") siedzi sobie w środku dnia grupka pijaczków, sącząc najtańsze piwo z okolicznego sklepu. Obrazu dopełniają dwa konkurujące ze sobą zakłady pogrzebowe przy kościele, więc mieszkańcy między Herą a Ostatnią Posługą mają wybór na to, kto poniesie ich stąd na niebiańską sielankę. Naturalnie w takim miasteczku musi być też brama, a w niej facet tylko w podkoszulku, palący papierosa i nie odrywający od nas wzroku, bo przecież my jesteśmy obcy, których się ogląda z nudy i z niechęcią. Ile jest takich Ornet w całej Polsce? Ile miejsc, które dogorywają po wojennej odbudowie w betonowym pancerzu; gdzie nic się nie dzieje, a bezrobotni za zasiłek zaopatrują się w tani alkohol?

Orneta, jedyny czytający

Orneta: jedyny czytający= czytający brukowca

Moim zdaniem, ten cały podział na Polskę A i B to fikcja. Nie wiem kto to wymyślił, ale mogę sobie pospekulować, że taka koncepcja dobrze leczy czyjeś niepowodzenia czy niespełnione ambicje. Jeżeli ten podział ma służyć rozdysponowaniu środków na rozwój, rewitalizację czy dumnie brzmiący postęp miasteczek, to obawiam się, że tego trzeba  po równo na wschodzie jak i na zachodzie kraju.

piątek, 04 września 2009

Biały Tygrys Adiga

"Białego Tygrysa" kupiłam jeszcze w styczniu w Indiach. Książkę miały na wystawach wszystkie księgarnie w Delhi, a do tego, o ironio, sprzedawali ją biedacy na ulicach, często analfabeci, czyli drugoplanowi bohaterowie tej powieści.

Kiedy wreszcie pod koniec sierpnia zdarłam przezroczysty celofan z książki, na której wielkie czarne litery formowały tytuł, po kilku sekundach odkryłam na spodniach i rękach wielką, czarną plamę. Cóż, nie miałam wątpliwości, że książka została wyprodukowana w Indiach. Czarna plama okazała się przy okazji symptomatyczna, bo czytając tę powieść, coś na kształt na kształt ciemnego kleksa zalewało mi głowę. Nie była to może czarna rozpacz, ale kłąb wątpliwości, który ostatecznie przybrał formę pytania: jak to się stało, że ta powieść drugiej ligii zdobyła zeszłoroczną nagrodę Man Booker Prize? Mam pewną hipotezę na ten temat. Peek-a-boo miałaby jeszcze jedną, o której rozmawiałyśmy przy okazji "Inheritance of Loss" Kiran Desai. Ale o tym za chwilę.

"Biały Tygrys" to osadzona w Indiach historia rodem ze "Zbrodni i kary" Dostojewskiego. Młody, ambitny chłopak z nizin społecznych (pochodzi z kasty halwai, czyli cukierników) postanawia zabić swojego pracodawcę, który ogrom swojej fortuny trawi na łapówki dla ministrów, by w ten sposób unikąć płacenia podatków. Balram zbrodnię motywuje społeczną sprawiedliwością, wydostaniem się z zamkniętego rygoru kast, wyrwaniem się z Ciemności, jak nazywa biedne grupy społeczne, traktowane przez bogaczy jak służących. Przez ograbienie pana z milionów jest w stanie wyruszyć na południe do Bangalore, światowego centrum wszelakich call centres, by tam założyć własny biznes. O ile morderstwo z powieści Dostojewskiego oferuje nam niezwykłą gorączkę umysłu, szaloną grę z policją i znakomity psychologiczny portret zbrodniarza z niebywałym finałem, o tyle zabójca Adigi psychologicznie kuleje i mentalnie nudzi (choć jego zabójstwo pociąga za sobą śmierć jego rodziny, którą w zemście masakruje rodzina bogacza). Adiga napisał współczesną, społeczną powieść, której styl nie przynosi niestety nic ciekawego, a kreacje bohaterów są raczej płaskie i stereotypowe.

Old Delhi, brama wjazdowa

Old Delhi, w tle brama wjazdowa do Starego Miasta. Tędy jeździ tytułowy "Biały Tygrys"

Old Delhi stare miasto

Old Delhi: mrowisko ludzi i kramów. Stąd niedaleko jest to dzielnicy rzeźników. Tutaj koguty czekają w klatkach na rzeź.

Jama Masjid meczet w Delhi

Meczet Jama Masjid w Old Delhi. Balram przechodzi obok świątyni podczas swojego samotnego spaceru.

Z pewnością zamiarem Adigi było ukazanie nieruchomości indyjskiego społeczeństwa w XXI wieku. Po tylu reformach, programach troski o najbiedniejszych Gandhiego nic się do dziś nie zmieniło. Mobilność grup społecznych jest niewielka, wciąż zamknięta w kastowym systemie. Dalej panuje Ciemność, twardy podział na biednych, traktowanych jak służących, i bogaczy, którzy do granic wykorzystują swoją pozycję. Adiga sytuację współczesnych Indii ubiera w metaforę koguciej klatki. Przywołuje dobrze znany z targu w Old Delhi widok kogutów trzymanych w metalowych klatkach, ustawionych jedna na drugiej, wydziobujących sobie pierze, zanieczyszczających się odchodami. Z takiej klatki ludzi biednych wydostać się chce Balram przez plan zabójstwa.

Widok kogutów w starej części indyjskiej stolicy dobrze pamiętam. Podobnie trzymane są inne zwierzęta, idące pod nóż rzeźników, którzy swoje kramy mają rozłożone blisko największego w Indiach meczetu - Jama Masjid. Zapewniam, że widok jest porażający. Jednak to dopiero zapach - słodka, wywracająca żołądek do góry woń krwi i śmierci, od której nie można uciec - jest absolutnie powalający. O ile przywoływane z pamięci obrazy z Old Delhi wciąż potrafią wywołać u mnie dreszcze, o tyle proza Adigi nie robi większego wrażenia.

Old Delhi, główna droga

Barlam jako taksówkarz pokonuje m.in. główną ulicę Starego Deli, wożąc swojego pracodawcę i jego rodzinę z torbą pełną pieniędzy

Fryzjer pod chmurką, Old Delhi

Fryzjer pod chmurką w Old Delhi

Slamsy, Indie, okolice Delhi

Slumsy pod Delhi. Jedną z najciekawszych scen "Białego Tygrysa" jest przypadkowa wizyta Balrama w slumsach tuż przy wielkim centrum handlowym Delhi

Książka rozczarowała mnie pod kilkoma względami. Sama forma - listów pisanych do chińskiego premiera, w których główny bohater opowiada historię swojego życia, jest kiepska, sztywna i sztampowa. Moim zdaniem prozie Adigi zabrakło literackiego wyrafinowania. "Biały Tygrys", według mnie, to nie więcej niż czytadło. Najwięcej zastrzeżeń mam do zakończenia, na które chyba już zupełnie zabrakło pomysłu. Przy tylu niedociągnięciach, pozostaje mi przypuszczać, że nagrodę książka dostała tylko z tego względu, że podejmuje współczesny, społeczny temat (może jurorzy poszukiwali następcy "Midnight’s Children" Rushdiego?) . A Peek-a-boo do mojej hipotezy dodałaby jeszcze to, że indyjski temat potrafi dodatkowo potrząsnąć sumieniem brytyjskim jurora i może to ten trop prowadzi do odpowiedzi na moje pytanie o przyznaną nagrodę.

Jeżeli chcecie przeczytać coś dobrego o Indiach, to lepiej sięgnijcie po Rushdiego czy Naipula.

 

***
Aravind Adiga "White Tiger"
pub. HarperCollins Publishers India
2008 r.

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...