środa, 29 września 2010

Yasmin, film

Ten film spotkało duże nieszczęście, bo od razu zaszufladkowano go jako "dramat powrześniowy" (post 9/11). Łatka, która niegdyś gwarantowała natychmiastowy rozgłos, teraz często kojarzy się ze średniej jakości produkcjami, które w przewidywalny sposób portretują albo tragedię Amerykanów, albo pozamachowe pogromy społeczności muzułmańskiej. "Yasmin" zdecydowanie złamał schematy, ale rzadko który dystrybutor chciał o tym słyszeć i film w ogóle nie trafił do brytyjskich kin. Przyznam szczerze, że sam plakat reklamowy nie polepszał sytuacji. Film zamówiłam z internetowej wypożyczalni i kiedy przyszedł z nieciekawym zdjęcem przedstawiającym zatroskaną twarz głównej bohaterki z czarną chustą na głowie, to pomyślałam, że ten obrazek pewnie zapowiada "kolejny sztampowy dramat". Na szczęście było inaczej.

"Yasmin" to buntownicza opowieść o karkołomnej próbie połączenia dwóch kulturowo odmiennych światów (angielskiej społeczności robotniczej i pakistańskiego getta w północnoangielskim miasteczku Keighley)  i desperackiej potrzebie przynależenia. To film bardzo trudnej drogi: drogi wewnątrz siebie, by stworzyć nową tożsamość. Jest w nim wiele dramatów i trudnych wyborów. Wszystkie nabierają niezwykłej dynamiki przez świetnie stworzoną i znakomicie zagraną postać głównej bohaterki. Chociażby dla Archie Panjabi odgrywającej tytułową Yasmin trzeba ten film zobaczyć!

Yasmin, film


Bohaterka mieszka z ojcem, bratem i formalnie zaślubionym mężem, z którym jednak nie chce mieć nic wspólnego, po drugiej stronie miasta, gdzie w ceglanych, zdezelowanych domach robotniczych żyją emigranci z Karaczi. Yasmin urodziła się i wychowała już w Anglii i z tym krajem, a nie z Pakistanem chce się identyfikować. Na drodze nie stanie jej nawet rodzina, dopóki ten drugi świat – druga część miasta, w której żyją biali Anglicy (w równie zdezelowanych domach), będzie ją akceptował.

Yasmin, film

Yasmin codziennie wykonuje spektakularną podróż. W abaji i czarnej chuście wsiada do swojego samochodu i jedzie do pracy. Zatrzymuje się w połowie drogi wśród malowniczych wzgórz hrabstwa Yorkshire, by tam w kilka sekund tradycyjny strój zamienić na dżinsy, przylegającą do ciała koszulkę i polar. Tak dociera do ośrodka pomocy społecznej, w której pracuje jako opiekunka. Wieczorem pokonuje tą samą trasę w odwrotnym kierunku, zawieszona między dwoma światami, dopóki nie znajdzie swojej trzeciej drogi w trakcie niezwykle burzliwych wydarzeń.

Yasmin, film

Film kipi od szybkich ujęć, mocnych słów, wartkich dialogów i samej Yasmin, bo to bardzo żywiołowa i niezależna bohaterka, tak różna od tych, które zwykle przemawiają z ekranu ze strachem w oczach przed łamaniem tradycji, rodzinnego porządku i gniewem męża (jak chociażby w "Brick Lane").

"Yasmin" ma co prawda i słabsze wątki, jak ten związany z losami brata, który z narkotykowego dealera po zamachach 9/11 staje się religijnym muzułmaninem i ostatecznie trafia do obozów szkolących terrorystów. Nie mniej jednak film tchnie wiele świeżości do tematu integracji i tożsamości kulturowej – zagadnienia, z jakim od pewnego czasu zmaga się nie tylko Wielka Brytania, ale Europa w ogóle.

***
"Yasmin"
reż. Kenneth Glenaan
Wielka Brytania 2004

piątek, 24 września 2010

Oho, zaczęłam właśnie dziewiąty miesiąc ciąży. Nieuniknione jest już teraz zrobienie czystki w domu. Mamy pewnie z półtorej tysiąca książek na dwóch kondygnacjach i żadnej wolnej przestrzeni dla gotującego się powoli do wyjścia nowego przybysza, więc w ten weekend czeka nas dość bezwzględne potraktowanie tego słodkiego zbytku, popakowanie sporej części w kartony i wizyta w sklepie charytatywnym.

W międzyczasie jakoś zupełnie spontanicznie uzbierałam przy łóżku stosik książek, który nazywam  stosem wielkiego oczekiwania. Nigdy wcześniej nie wystawiałam zbiorków na widok publiczny, ale ten będzie miał wymiar historyczny (ha!). Zobaczymy, ile z niego uda mi się przeczytać, bo tego, kiedy mój czuły pasażer zdecyduje się pojawić na świecie nie da się oczywiście przewidzieć. Został mi jeszcze tydzień pracy, a potem w teorii trzy tygodnie swawoli na urlopie macierzyńskim, kiedy jeszcze będę w jednym kawałku.

Stosik książkowy, przedporodowy

A co tutaj mam? Zaczynając od dołu:

Amélie Nothomb "The Life of Hunger" - nie czytałam wcześniej książek tej autorki (choć po angielsku wydanych jest już sporo jej powieści), ale po rekomendacjch Czary musiałam koniecznie dołożyć.

Salman Rushdie "The Satanic Verses" - "Dzieci Północy" są jedną z moich ulubionych książek, ale po "Szatańskie wersety" wcześniej jakoś trudno było mi sięgnać, może głównie przez to całe medialno-polityczne zamieszanie wokół książki. Tą powieść zaczęłam już czytać i... stylistycznie jest niemalże kopią "Dzieci", co zdążyło mnie rozczarować.

Ismail Kadare "Broken April" - nie znam w ogóle albańskiej literatury, więc czemu nie zacząć poznawać właśnie od Kadare, jednego z najbardziej cenionych autorów.

Chinua Achebe "Things Fall Apart" - ta powieść to jeden z afrykańskich, współczesnych klasyków autorstwa tzw. ojca literatury nigeryjskiej. Wcześniej recenzowałam jego "Arrow of God" z mieszanymi uczuciami.

Gunter Grass "Blaszany bębenek" - tak, tak, wciąż przede mną. Jestem na ok. 100 stronie tych długich jak referaty zdań, grzęznąc w przaśnych opisach rodziny Oskara i obrazkach z dawnego Gdańska.

Monika Ali "In the Kitchen" - najnowsza powieść londyńskiej pisarki. Tym razem akcja powieści toczy się w sercu miasta, a tytułowa kuchnia to ta z Imperial Hotel, gdzie pracuje prawdziwie międzynarodowa grupa ludzi.

Hanan Al-Shaykh "Only in London" - gorąco polecana przez Rushdiego powieść, której czwórka bohaterów to pochodzący z różnej części arabskiego świata muzułmanie. Akcja dzieje się w okolicach londyńskiej Edgware Road. Zapowiada się ciekawie.

Miron Białoszewski "Chamowo" - tej książki nie trzeba przedstawiać. Za niespodziewany prezent serdecznie dziękuję Peek-a-boo. Jestem w trakcie czytania!

Michał Witkowski "Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej" - cóż, po przeczytaniu "Lubiewa" musiałam sięgnąć po następną powieść.

Giorgio Bassani "The Garden of the Finzi-Contini" - w założeniu miałam czytać to po włosku, ale nie mam aż tyle czasu, żeby skupić się na lekturze w oryginale, która idzie mi nieprawdopodobnie wolno, więc od Chihiro pożyczyłam angielskie tłumaczenie (wkrótce oddam!)

Olga Tokarczuk "Gra na wielu bębenkach" - kolejne podziękowania dla Peek-a-boo, dzięki której odkryłam Tokarczuk od opowiadań. Do tej pory znałam tylko jej powieści.

Turki al-Hamad "Adama" - niedawno czytałam powieść Mantel o brytyjskiej ekspatce w Arabii Saudyjskiej ("Eight Months on Ghazzah Street"). Książka skupia się na kulturowych barierach nie do przejścia, braku komunikacji i totalnej izolacji ze społeczeństwa. Portert ciekawy, ale brakowało mi w nim męskiego spojrzenia na rzeczy. Wygląda na to, że al-Hamad będzie w stanie tą lukę zapełnić.

Anna Janko "Dziewczyna z zapałkami" - niespodziewany prezent od Padmy - dziękuję! Chciałam tą książkę przeczytać już od dłuższego czasu.

Max Cegielski "Pijani Bogiem" - jakiś czas temu podróżowałam przez Iran, Pakistan i Południowo-wschodnie części Azji  z V. S. Naipulem, śledząc historię i polityczne ujęcie islamu w jego "Among the Believers. An Islamic Journey". Podróż ciekawa (najlepsza część  to Iran zaraz po czasie rewolucji), ale zbyt pewny siebie i mający skłonności do szybkiego oceniania Naipul po pewnym czasie mocno mnie zmęczył. Czas na Maxa Cegielskiego!

I na koniec trochę włoskiej literatury: Antonio Tabucchi "Tristiano umiera", "Robi się coraz później" i "Zaginiona głowa Damascena Monteira". Tego nie odważyłabym się jeszcze czytać w orignale (jeżeli w ogóle kiedykolwiek się odważę).

Z miejskiej biblioteki zostały mi do odebrania dwie książki - wybrałam powieści literatury japońskiej, której w ogóle praktycznie nie znam, polecone przez Żabiekumkanie. W slawistycznej wciąż katalogują "Czarny kwadrat" Tadeusza Dąbrowskiego, ale mam nadzieję, że uda mi się przeczytać przed tym, jak nastapi "ten wielki dzień".

A co znalazłoby się na Waszym stosie?

czwartek, 23 września 2010

Peter Carey Wrong about JapanZabawię się w małe "co by było gdyby", wysyłając znanego pisarza do Japonii. I tak oto podróżuje Orhan Pamuk a efektem wyprawy, tutaj mogłabym iść o zakład, byłaby nostalgiczna książka o mono no aware, japońskiej melancholii przemijania. Gdyby wysłać w to samo miejsce Johna Coetzee, napisałby pewnie powieść z perspektywy samuraja, niezwykle sugestywną tak, jak jego inspirowana Dostojewskim "The Master of Petersburg". Olga Tokarczuk, podejrzewam, zagłębiłaby się w japoński świat dawnych legend i duchów yurei.  A Peter Carey?

Peter Carey, proszę państwa, wyprawia się do Kraju Kwitnącej Wiśni z nastoletnim synem i pisze coś w rodzaju dziennika krótkiej podróży, lekkiego i przyznaję z rozczarowaniem, ślizgającego się po powierzchni. Powodem tej "ślizgawki" nie jest wcale szeroki temat, bo Carey ogranicza się do patrzenia na Japonię przez pryzmat tego, co uwielbia jego syn, a więc mangi i anime.  Przyczyną raczej jest samo podejście do tematu, bo pisarz wyznaje zasadę, że "lepiej wiedzieć nic niż tylko trochę" a ponadto, że nie warto pokusić się o własną interpretację czegokolwiek w Japonii, bo nigdy  nie trafi się w sedno. Przy takim założeniu, nie raz zastanawiałam się, po co zatem w ogóle tracił czas na pisanie?

"Wrong About Japan" składa się z luźnych zapisków wędrówek po Tokio i spotkań z najbardziej znanymi i cenionymi twórcami mangi. Wywiady są dość banalne. Carey ginie wśród kurtuzazyjnych wymian słów i wcześniej zaplanowanych przez jego rozmówców odpowiedzi. Często w trakcie rozmowy marzy o tym, żeby wywiad się już zakończył, spoglądając co chwilę na syna, zachwyconego możliwością przebywania ze znanym reżyserem czy rysownikiem, ale niemającego wiele do powiedzenia i szybko popadającego w nudę.

Tą niewielką książeczkę przed ostatecznym rzuceniem w kąt uratowały dwie rzeczy. Carey zatrzymał się na chwilkę i z zainteresowaniem popatrzył na otaku – "tych, którzy zwykle żyją w małym pomieszczeniu, połączeni ze światem jedynie za pośrednictwem komputera" (w Polsce bywają synonimami miłośników mangi). O nich jak i o swojej relacji z synem napisał w zabawny, ironiczny sposób, nadając temu paradziennikowi humorystyczną czapkę. Ten, kto jednak liczy na nietuzinkową relację i odkrywcze komentarze (czego przecież mam prawo wymagać od jednego z najbardziej cenionych, współczesnych pisarzy), ten zawiedzi się sromotnie. Dlatego panie Carey, przepraszam, ale ja dalej z panem nie jadę!

Poniżej kilka zdjęć mangi i anime, o której pisze bądź z autorami której rozmawia Carey. Swoją drogą lubicie japońskie komiksy? Ja kiedyś przeżyłam fazę ekscytacji "Ghost in the Shell"...

Manga, Princess Mono

Princess Mono

Manga, Astro Boy

Astro Boy

Manga, Gundam Seed

Gundam Seed



***

Peter Carey "Wrong About Japan. A Father’s Journey with His Son"

Faber and Faber,  London 2005

Peter Carey "Wrong About Japan"
Zabawię się w małe "co by było gdyby", wysyłając znanego pisarza do Japonii. I tak oto podróżuje Orhan Pamuk a efektem wyprawy, tutaj mogłabym iść o zakład, byłaby nostalgiczna książka o mono no aware, japońskiej melancholii przemijania. Gdyby wysłać w to samo miejsce Johna Coetzee, napisałby pewnie powieść z perspektywy samuraja, niezwykle sugestywną tak, jak jego inspirowana Dostojewskim "The Master of Petersburg". Olga Tokarczuk, podejrzewam, zagłębiłaby się w japoński świat dawnych legend i duchów yurei.  A Peter Carey?
Peter Carey, proszę państwa, wyprawia się do Kraju Kwitnącej Wiśni z nastoletnim synem i pisze coś w rodzaju dziennika krótkiej podróży, lekkiego i przyznaję z rozczarowaniem, ślizgającego się po powierzchni. Powodem tej "ślizgawki" nie jest wcale szeroki temat, bo Carey ogranicza się do patrzenia na Japonię przez pryzmat tego, co uwielbia jego syn, a więc mangi i anime.  Przyczyną raczej jest samo podejście do tematu, bo pisarz wyznaje zasadę, że "lepiej wiedzieć nic niż tylko trochę" a ponadto, że nie warto pokusić się o własną interpretację czegokolwiek w Japonii, bo nigdy  nie trafi się w sedno. Przy takim założeniu, nie raz zastanawiałam się, po co zatem w ogóle tracił czas na pisanie?
"Wrong About Japan" składa się z luźnych zapisków wędrówek po Tokio i spotkań z najbardziej znanymi i cenionymi twórcami mangi. Wywiady są dość banalne. Carey ginie wśród kurtuzazyjnych wymian słów i wcześniej zaplanowanych przez jego rozmówców odpowiedzi. Często w trakcie rozmowy marzy o tym, żeby wywiad się już zakończył, spoglądając co chwilę na syna, zachwyconego możliwością przebywania ze znanym reżyserem czy rysownikiem, ale niemającego wiele do powiedzenia i szybko popadającego w nudę.
Tą niewielką książeczkę przed ostatecznym rzuceniem w kąt uratowały dwie rzeczy. Carey zatrzymał się na chwilkę i z zainteresowaniem popatrzył na otaku – "tych, którzy zwykle żyją w małym pomieszczeniu, połączeni ze światem jedynie za pośrednictwem komputera" (w Polsce bywają synonimami miłośników mangi). O nich jak i o swojej relacji z synem napisał w zabawny, ironiczny sposób, nadając temu paradziennikowi humorystyczną czapkę. Ten, kto jednak liczy na nietuzinkową relację i odkrywcze komentarze (czego przecież mam prawo wymagać od jednego z najbardziej cenionych, współczesnych pisarzy), ten zawiedzi się sromotnie. Panie Carey, przepraszam, ale ja dalej z Panem nie jadę.

***
Peter Carey
Wrong About Japan. A Father’s Journey with His Son
Faber and Faber,  London 2005

wtorek, 21 września 2010

Kiosk alkoholowy, PetersburgTylko raz w życiu widziałam, jak robi się kurtuazyjną zasłonę dymną, która ma zakryć to, czego dystyngowany gość widzieć nie powinien. Kiedy amerykańska pani polityk miała otrzymać doktorat honoris causa mojego uniewersytetu, zbudowano dla niej z tkaniny kojący tunel, jakim udała się prosto z wejścia do wydziału filologiczno-historycznego do nowo odremontowanej auli na wielce pompatyczną uroczystość. To, co zasłonięto, to betonowe patio z paroma choinkami i rzędy sparciałych przeszkolnych drzwi i okien (budynek bowiem niszczał w zaskakującym tempie z tej prostej przyczyny, że został zaprojektowany nie dla polskiego, ale dla marokańskiego uniwersytetu, który jak wiadomo w zupełnie innej strefie klimatycznej się znajduje...)

Tą maskaradę można by nazwać jedynie dymną zasłonką, bo prawdziwie olbrzymi projekt o takim charakterze zrealizował dopiero Putin.  I działo się to w 2006 roku tuż przed szczytem G8, który odbywał się w Petersburgu. Wtedy powstała wysoka na dwa metry i ciągnąca się przez całe 10 kilometrów balustrada, zasłaniająca dobrze znany z każdego europejskiego przedmieścia widok:  placuszki działek ogrodniczych, działkowe domki, rozwleczone po okolicy wiejskie chaty i niezagospodarowane łąki. Takim komfortowym tunelem z petersburskiego lotniska sunęła do prezydenckiego pałacu gromada światowych polityków, a mieszkańcy miasta, nie tyle przecierali oczy ze zdziwienia, co gotowali się w sobie na samą myśl, ile ten głupawy pomysł kosztował pieniędzy.

W lipcu widzieliśmy dokładnie to, czego odmówiono oczom największych głów stanu i był to dziwnie kojący widok. W lipcu oglądaliśmy też samo miasto, które siedem lat wcześniej przeszło poważne "odświeżenie" z  inicjatywy zresztą tej samej osoby. W 2003 roku Petersburg obchodził 300-letnią rocznicę założenia i z tej okazji 1,7 mln USD wydano na odmalowanie fasad domów w centrum miasta. Zrobiono to porządnie,  bo do tej pory tynk trzyma się świetnie, a tony spalin wydzielane przez tysiące non stop kursujących po mieście samochodów nie zdążyły go jeszcze zabrudzić.

Wystarczy jednak wejść w podwórko, w dziedziniec, żeby zobaczyć zupełnie inny świat. Dom może z zewnątrz przypominać budynki z dzieł Puszkina, ale w środku, na podwórku będzie momentalnie wyglądał jak dziedzińce z Dostojewskiego. Petersburskie podwórka, nawet (a może zwłaszcza) w centrum kryją miejską prawdę sprzed czasów "odświeżania" i są miejscem fascynujących odkryć.

Petersburskie podwórka

Petersburskie podwórka

Putin centrum skutecznie "wyczyścił", pozbywając się z ulic bezdomnych i żebraków. Kiedy wiele razy przedzieraliśmy się przez Newski Prospekt i okolice, tylko jednego dnia widzieliśmy okaleczonego marynarza, stojącego przed jednym z ekskluzywnych sklepów i proszącego o jałmużnę. Bezdomnych częściej można spotkać w bramach czy przy podwórkowych śmietnikach.

Petersburskie podwórka

Chodząc głównymi alejami miasta można zupełnie przeoczyć  to, że w Rosji jedna trzecia ludzi żyje w nędzy, a nierówności w posiadaniu są najbardziej szokujące w całej Europie (różnice między tym, ile posiadają najbogatsi a ile mają najbiedniejsi są kilka razy większe niż w innych krajach europejskich). Przepaść jest ogromna. I jeżeli zajrzeć w petersburskie podwórko, to można się o tym przekonać.

Petersburskie podwórka

 

Petersburskie podwórka

Choć Putin i inny politycy próbują przekonać rosyjskie społeczeństwo do umiarkowania w piciu wódki (Putin jest przecież orędownikiem picia piwa zamiast mocniejszych alkoholi), to alkoholizm jest wciąż jednym z największych problemów społecznych. Aż trudno uwierzyć, że w Rosji  przeciętna długość życia wynosi nie więcej niż 59 lat, co jest poniżej XIX-wiecznej średniej.

Rosyjskie społeczeństwo starzeje  się w szybkim tempie. W ciągu ostatniej dekady liczba Rosjan zmniejszyła się o ponad 3 mln ludzi. Na zwiększenie przyrostu naturalnego nie pomaga wcale rządowa polityka becikowego. Duże bezrobocie, kiepskie zarobki i astronimiczne ceny mieszkań i opieki sprawiają, że na 10 urodzonych dzieci przypada w Rosji 13 aborcji. W Petersburgu widziałam tylko kilka kobiet w ciąży i kilka babć z wnukami spacerujących po mieście. Znacznie więcej dzieci i ciężarnych dopatrzyłam się w tym roku w Polsce i we Francji. Najmniej jednak, bo można było je policzyć na palcach u jednej ręki, widziałam kobiet z brzuszkiem w północych Włoszech, bo Włochy również mają ogromny problem ze starzejącym się społeczeństwem i ujemnym przyrostem naturalnym.

Petersburskie podwórka

Jeżeli wierzyć statystykom w Petersburgu HIV rozprzestrzenia się najszybciej w Europie. Podobno połowa miejskich prostytutek jest zarażona, a liczba dzieci z HIV wzrosła w ostatniej dekadzie sześciokrotnie. Żebrających dzieciaków nie widzieliśmy jednak w żadnej części miasta. W podwórkach czasami chłopcy grali w piłkę bądź bawili się z dziewczętami w chowanego (w takim podwórku z piwnicami, zakamarkami i schodami, to musi być prawdziwa frajda). W zaułkach z kolei spali w ciągu dnia mężczyźni, często skuleni przy schodach czy śmietnikach. W Petersburgu większość sklepów spożywczych z szerokim asortymentem wódki otwarta jest 24 godziny na dobę. Podobnie jak alkoholowo-spożywcze kioski zlokalizowane w bramach bloków (tak, jak ten sfotografowany o 2 nad ranem, którego zdjęcie umieściłam na początku tej notki).


***
Informacje statystyczne pochodzą z przewodnika po Rosji "The Rough Guide" i artykułów prasowych z "The St. Petersburg Times"

niedziela, 19 września 2010

Michał Witkowski, LubiewoMichał Witkowski śpiewa na wiele głosów. I śpiewa mi pieśń na nutę "Wielkiego Testamentu" Villona, przewrotną, rubaszną, tragikomiczną. Tyle że jego słowiki to już nie villonowe kobiety upadłe, wzdychające do utraconych powabów. Hrabiny, Lukrecje, Dżesiki, Emerytki, Gizele, Piękne Heleny, Joaśki Młynarzowe, Patrycje... to mężczyźni w kobiecych wdziankach, podstarzali, na emeryturze, na społecznym marginesie, wciąż marzący o złapaniu okazji, przydybaniu innego faceta, byle tylko był mocny i megamęski. To właśnie witkowskie cioty, ciotki, gatunek wymierający.

"Lubiewo" zupełnie niesłusznie dostało łatkę powieści gejowskiej i społecznej. Nie jest ani książką - manifestem polskich gejów ani nie ma zacięcia do analizy zmian społecznych. Jest imponującą kreacją rechoczącego, sprośnego światka, który nijak się ma do współczesnych środowisk gejowskich, określanych przez Witkowskiego "światem fazy emancypacyjnej". Jego bohaterowie potrafią mnie odrzucać i odstraszać. Ich przygody z dybaniem na szybki seks w szalecie, na dworcu czy radzieckich koszarach bywają prawdziwie obrzydliwe. Całość jest jednak podszyta atmosferą końca karnawału, gdzie w bluźnierstwie tkwi  śmiech, a w śmiechu nuta żałoby, bo ten świat ginie bezpowrotnie. Witkowski nie tylko ocala go słowem, ale maluje z rzadko spotykaną werwą, tworząc powieść stylistycznie i językowo bardzo świeżą.

"Uciekam do mnie na koc, w lata sześćdziesiąte, siedemdziesiąte, do termosu, do zupki pomidorowej ze słoika, co ją przyniosła ze stołówki Społem Emerytka numer dwa."

"Nie ma dzikich plaż, na których zbierałam bursztyny, już nie ma! W latach osiemdziesiątych to tu się działo! Nikt nie wiedział o AIDS, wszyscy sobie ochoczo pokazywali."

"A oni tymczasem tu do nas z piłką, ze sportem, z tężyzną fizyczną, bo wyswobodzić nas chcieli z updatku jeszcze postpikietowego, przedemancypacyjnego, słowem - chcieli nas zająć czymś pożytecznym."

- opowiadają, zwykle w rodzaju żeńskim o sobie lubiewscy, i jakże lubieżni bohaterowie. Książka składa się z dwóch części. Pierwsza to wywiad z parą wrocławskich homoseksualistów na emeryturze (czy może dokładnie drag queens z lat 70-80-tych? Bo czy tym nie bywają cioty?), zamkniętą w realiach lat komunizmu z obowiązkowymi wczasami pracowniczymi, jedzeniem ze stołówki i robotą, za którą "czy się stoi, czy się leży, dwieście złotych się należy".  Na drugą część powieści składają się krótkie scenki z gejowskiej plaży w Lubiewie, gdzie pojawiają się i czyści, wygoleni homoseksualiści ery postkomunistycznej, więc mamy do czynienia z dwoma światami, których rzadkie interakcje wzbogacają humor książki. Cały  świat tworzony jest w dialogu, w ciągłej opowieści. Anegdotek jest mnóstwo, w drugiej części momentami aż za dużo, więc zdarza się niestety, że wartki rytm opowiadania zapętla się na chwilę jak zadrapana płyta.

Nie można jednak odmówić Witkowskiemu niezwykłej umiejętności operowania dialogiem i  tworzenia za jego pomocą bardzo sugestywnego świata. Pisarz bawi się konwencjami, językiem, a swoją literacką erudycję nienachalnie zaszywa w trafnych pointach. Książkę polecam, bo to przednia pieśń końca, świeża, odważna, ale i uwaga, bardzo obrazowa.

***
Michał Witkowski, "Lubiewo"

wyd. Korporacja Ha!Art, 2006
Książka ukazała się w tym roku po angielsku: tłum. W. Martin, wyd. Portobello Books

czwartek, 16 września 2010

Man Booker Prize 2010 nominacjeW zeszłym roku przeczytałam cztery książki z finałowej szóstki nominowanych do nagrody  Bookera. Było warto. Największe wrażenie zrobiła na mnie powieść chyba najmłodszego z wytypowanych wtedy pisarzy - Adama Fouldsa "The Quickening Maze". Podobał mi się również zwycięzki "Wolf Hall" Hilary Mantel, którego kawałeczek dla blogowych potrzeb przełumaczyłam na polski (przy okazji: widziałam w sieci, że w przyszłym miesiącu książka ukaże się na polskim rynku pt. "W komnatach Wolf Hall" nakładem wydawnictwa Sonia Draga). Nieco mniej zadowoliło mnie czytelniczo "Summertime" Coetzee, które było najmniej ekscytującą książką tego pisarza, jaką do tej pory czytałam, a w ogóle nie zachwycił "The Little Stranger" ("Ktoś we mnie") Sary Waters.

W tym roku śledzę Bookerowe nominacje z mniejszym żarem. Właściwie dopiero teraz zaczęłam zapoznawać się bliżej z finałową szóstką. Jak podkreślili jurorzy, tegoroczne typy są grupą książek z największą dozą humoru, jaka pojawiła się wśród finalistów od czasów powstania nagrody, czyli od ponad 40 lat. Co ciekawe, na komiczne elementy w tym roku postawił również McEwan w najnowszej powieści "Solar", ale to nie zapewniło mu miejsca w żadnej czołówce (i dobrze, bo jego książka jest bardzo średnich lotów).

Po przeczytaniu zapowiedzi nominowanych książek i króciusieńkich fragmentów dostępnych na różnych stronach, zainteresowały mnie właściwie tylko dwie pozycje z tegorocznej listy. Zanim jednak powiem które to, proponuję krótką przebieżkę po finalistach.

Zacznę od tego, który przoduje w zakładach bukmacherskich, czyli powieści "C".

C - nominacja do nagrody Bookera 2010

Tom McCarthy "C" - opowiada o intensywnym życiu niejakiego Serge’a Carrefaxa, porażonego nowoczesnymi technologiami, który nie mogąc poradzić sobie z nagłą, osobistą stratą zaczyna podążać w ciemną stronę życia. Książka, jak na McCarthy’ego przystało, pełna jest gier, ukrytych tropów i kodów.


Teraz pora na panie:

The Long Song - nominacja do nagrody Bookera 2010

Andrea Levy "The Long Song" - osadzona w XIX wieku historia dziewczyny, która urodziła się na jamajskiej plantacji trzciny cukrowej. Opowieść o niewolnictwie w niespokojnych czasach i momencie wyzwolenia. Historia jest po części rodzinna, bo rodzice Levy, Jamajki wychowanej w Wielkiej Brytanii, byli jednymi z pierwszych, którzy wydostali się z wyspy i osiedli w Anglii.

Room - nominacja do nagrody Bookera 2010

Emma Donoghue "Room" - napisana z perspektywy 5-letniego chłopca historia uwiezięnia. Syn i matka trzymani są w zamknięciu (tytułowym pokoju). Dziecko nie zna świata poza własną klitką. Matkę odwiedza nocami  Stary Jack, a kiedy ten przychodzi, ona chłopca ukrywa. W pewnym momencie kobieta decyduje się na ucieczkę. Co Wam to przypomina? Podobno powieść zainspirowana była głośną jakiś czas temu i szkardną historią autriackiego ojca-gwłaciciela J. Fritza...

I wracamy do panów:

The Finkler question - nominacja do nagrody Bookera 2010

Howard Jacobson "The Finkler Question" - opowiada o przyjaźni dwóch mężczyzn w średnim wieku, żydowskiego pochodzenia, pracujących w mediach. Akcja rozgrywa się w Londynie. To książka o przyjaźni, stracie i potrzebie przynależenia. Krytycy nazwali ją również studium żydowskiej tożsamości.

 

In a Strange Room - nominacja do nagrody Bookera 2010

Damon Galgut "In a Strange Room" - opowiada o podróży młodego człowieka przez Grecję, Indie i Afrykę, pełnej przypadkowych spotkań. Każdy etap podróży kończy się jednak katastrofą.

I wreszcie już dwukrotny zdobywca Bookera:


Parrot and Oliver in America, nominacja do nagrody BookeraPeter Carey "Parrot and Olivier in America" - przez losy francuskiego arystokraty Oliviera i szpiegującego go Anglika Parrota, którzy trafiają do Nowego Świata  i rodzących się Stanów, Carey opowiada historię narodzin amerykańskiej demokracji. Powieść podobno pełna humoru i zaskakujących przygód.

Moimi typami po przeczytaniu jedynie zapowiedzi są: podróżnicza "In a Strange Room" oraz londyńska "The Finkler Question". Nie spieszę się jednak z zakupami. Nie zamierzam też w tym roku na żadną z powieści obstawiać w zakładach (nauczka po zeszłorocznej porażce). Na ogłoszenie zwycięzcy przyjdzie mi jeszcze poczekać - finał konkursu nastąpi dopiero 12 października. Teoretycznie powinnam być wtedy wciąż jeszcze w jednym kawałku. :-)


A po którą z nominowanych książek Wy najchętniej sięgnelibyście? Która najprędzej ukaże się w polskim tłumaczeniu?

wtorek, 14 września 2010

Machnij ręką na cesarski splendor i zjedź pod ziemię. Na dziesiątki, dziesiątki metrów wbij się w głąb petersburskich wysp do krainy, o której może i ci się śniło, ale nigdy nie przypuszczałeś, że może istnieć naprawdę. Do podziemnych pałaców. Tam można się dostać bez specjalnych zaproszeń, bez szlachetnej metryki urodzenia. To pałace dla wszystkich. W zasięgu ręki.

Wystarczy jeden żeton z wybitą literą M. M jak metro. M jak misja. Potem zjeżdżasz długie minuty wśród lamp przyćmionych, przy połyskującej poręczy. Ruchome schody choć ostro pędzą w dół, uspokajają prędkość powtarzanymi motywami. Najpierw ciepłe źródło światła. Potem reklama. Ślizg ślizg i następna lampka. Przed tobą wielka kobieta z siatką zakupów rozmyślająca o okazjach przyłapanych w sklepach. Za tobą dwójka młodych z szerokimi łańcuchami. Zjeżdżają w ciszy, bo cisza jest przepustką do podziemnego pałacu.

Petersburskie metro

Długa podróż w głąb petersburskiego metra

Nie biegać. Nie fotografować. Stać prosto. Na dole siedzi w budce żeński cerber i obserwuje. Ten, kto złamie zasadę, będzie miał z nią do czynienia, ale ci, co są tu nie pierwszy raz, dobrze wiedzą, że nieprawdopodobnie długie i strome schody są nie do ogarnięcia przez jedną parę oczu łypiącą z dołu, nawet oczu najstraszniejszego z cerberów.

Zatem jedź i podziwiaj. Co jakiś czas minie cię pani Ałła czy Iwieta, lekko przegięta w fartuchu, skupiona na forterowaniu poręczy. Zawód na pełen etap. Droga do pałacu, rzecz jasna, musi błyszczeć. Policz, ile razy one te schody tak polerują. Może jak skończysz liczenie, to właśnie dojedziesz do celu.

Petersburskie metro

Pompatyczne korytarze jednej z centralnych stacji

Petersburskie metro

Przejście między dwoma liniami metra

W końcu! Podłoga w marmurach. Rzeźbiarski pompus na ścianach. Wszystko sterylnie czyste, przygaszone, wszak zawitałeś do środka ciemnej ziemi. Drogę wyznaczają jedynie wielkie żyrandole. Ach, jakie żyrandole! Sam car takich nie miał i mieć nie mógł. Są przecież największe, najokazalsze. Żeby zadość uczynić tej jedyne słusznej, socjalistycznej chwale nowoczesności. Na stacjach metra pałace powstały. Kolumna na prawo, kolumna na lewo. Przepraszam, że co chciałbyś? Ławkę do siedzenia?! A gdzieś ty widział ławki w pałacu?! W podziemnym palazzo nie ma siedzenia. Tam się tylko chodzi. Chodzi i podziwia. Przystawać można. Westchnąć. I rezydować, rezydować do woli w tym rozmaszystym splendorze podziemnego mocarstwa.

Petersburskie metro

Stacja petersburskiego metra. Nigdy nie zdardza swojej nazwy.

Petersburskie metro

Metro w podziemnym pałacu

niedziela, 12 września 2010

Polskie magazyny literackieNazywam to odruchem gazetnym: objawia się tym, że zaraz po przyjeździe do celu trzeba popędzić do miejscowego kiosku, budki z gazetami czy księgarni i zakupić co nie co lokalnej prasy, żeby "się zorientować". Orientacja w kulturalnym terenie na własną rękę wcale nie jest przecież taka prosta, zwłaszcza jak człowiek trafia do obcej strefy językowej, w której wszelkie plakaty, ogłoszenia i rozmowy znikają za bramą nierozumienia. Wtedy sięgam po prasę dla ekspatów, wydawaną po angielsku i zaczynam się powoli orientować w tym, co jest grane. W krajach językowo znajomych frajda jest zdecydowanie większa, bo mogę wertować wiadomości i recenzje przygotowane dla wszystkich mieszkańców, a nie tylko dla specyficznego ekspackiego gustu. Nie ma przecież nic przyjemniejszego niż zanurzyć się w New Yorkerze, siedząc w nowojorskiej knajpce i na chwilę zbliżyć się do tego, czym tętni "najwspanialsze miasto świata", prześledzić najnowsze włoskie wydarzenia w "La Stampie" czy wreszcie nadrobić zaległości w tym, czym żyje aktualnie Trójmiasto.

Przyjeżdżając do rodziny nad ukochane, chłodne, Bałtyckie Morze, wykonuję odruchowo dwie czynności: w pierwszym lepszym kiosku nabywam "Gazetę Wyborczą" i "Dziennik Bałtycki" (często zapominając, że wydarzenia kulturalne i program kin pojawia się tam tylko w wydaniu piątkowym, a nie codziennie niestety), przeglądam stronę Trojmiasto.pl i bloga Agnieszki Szeffel, która często reklamuje ciekawe wydarzenia z kręgu trzech miast. Po pierwszym zachłyśnięciu rzeczami bieżącymi, pojawia się ochota na coś bardziej treściwego i wtedy w torbie ląduje zwykle mieszanka kilku tygodników i kwartalników. Tym razem ograniczyłam się do czterech rzeczy:

Polityka – kupuję niemalże odruchowo. Od czasów studiów to był mój ulubiony tygodnik polityczno-społeczny, który zawsze miał ciekawe teksty przekrojowe "z życia Polaków", raporty i fotoreportaże, doprowadzający mnie do szału głos Żakowskiego, zabawne felietony Tyma i kiepską sekcję kulturalną. Kiedy nabyłam sierpniowy numer po kilku miesiącach, a może już roku nieczytania, znalazłam tam tylko dwa interesujące wywiady (!), a czytanie reszty mogłam sobie właściwie podarować. Sekcja kulturalna okazała się jeszcze gorsza niż ją pamiętałam... Co się stało?

Tygodnik Powszechny – zostałam bardzo mile zaskoczona. Tygodnik ma naprawdę świetny Magazyn Literacki! Wydanie, które nabyłam, poświęcone było podróżom, a w nim znalazł się znakomity tekst o wojażach Witkacego i fragment najnowszej powieści Stasiuka, która brzmiała bardzo zachęcająco. Recenzje książek daleko wybiegały poza polskie podwórko. Przeczytałam od deski do deski i rozważam prenumeratę.

Bliza – to stosunkowo młoda publikacja: wydawany w Gdyni w formie książki kwartalnik artystyczny o, jak widać i słychać, szpetnie brzmiącej nazwie (przy okazji: słowo 'bliza' rzeczywiście coś znaczy: pochodzi z kaszubskiego i określa latarnię morską), ale szlachetnej zawartości. Jak głosi miejscowa anegdota, prezydent miasta Gdyni wyszedł z propozycją powstania pisma, poprosił gdańskiego pisarza Pawła Huelle o poprowadzenie inicjatywy, a ten zaprosił do współpracy mojego przyjaciela Piotra i kolegę ze studiów Adama. Kwartalnik ma dobre felietony, ciekawe rozmowy i sporą dawkę współczesnej poezji i prozy. Ostatni numer Blizy poświęcony jest przemianom obyczajowym. Polecam zwłaszcza rozmowę rozpoczynającą pismo, która dotyczy Gombrowicza, wciąż żywych zmór romantyzmu i smoleńskiej katastrofy; oraz świetne opowiadanie Odiji "Podejrzana".

Topos – dwumiesięcznik, który przy czytaniu nazwy od tyłu zdradza miejsce powstania i wydawania. Ma dość akademickie, polonistyczne zacięcie i przyznam szczerze, że kupuję je sporadycznie. Tym razem manewrując taktycznie wśród nieprawdopodobnej liczby turystów w Sopocie, specjalnie wpadłam do Empiku, żeby je nabyć. Podczas krótkiego pobytu w Trójmieście poszukiwałam najnowszego tomiku wierszy kolegi ze studiów Tadzika Dąbrowskiego, za który ten, jak się niedawno dowiedziałam, otrzymał nagrodę Kościelskich (czego mu serdecznie gratuluję!). Kolekcja wierszy została wydana w zeszłym roku, więc... nie ma jej już nigdzie w księgarniach! Naprawdę zadziwia mnie to, jak to jest możliwe. No właśnie jak? To zresztą nie pierwszy raz polscy wydawcy (księgarze?) mnie w ten sposób rozczarowali. Nie mogąc nabyć "Czarnego Kwadratu", sięgnęłam po Topos, bo nazwisko Tadzika wciąż figuruje w redakcji pisma. Niestety w zakupionym numerze nie było nic jego autorstwa. Za to znalazłam ciekawy tekst porównujący literackie dwudziestolecie po ’89 z dwudziestoleciem międzywojennym. Polecam!

Przed wyjściem z księgarni chciałam jeszcze nabyć kolejny magazyn wydawany w formie książki -"Res Publicę", bo miała długi artykuł o Chinue Achebe, ale morska bryza przywiała mi rozsądek do głowy i zostawiłam ją na półce, bo jakim sposobem miałabym i to przeczytać przed wyjazdem do Oksfordu?

Niemiecki letnik nad włoskim jeziorem

Wakacyjny obrazek: niemiecki letnik nad lekturą i cygarem we włoskim raju Lago di Como


A co Wy czytacie? Jakie pisma szanujecie a które Waszym zdaniem się popsuły?

piątek, 10 września 2010

Kazuo Ishiguro Trudno mi sobie wyobrazić, że można być w rękach zręczniejszego narratora niż Kazuo Ishiguro. Prowadzi bez potknięcia, ze zdolnością zmienia miejsce akcji, dokłanie wyraża skomplikowane choreografie uczuć. Jednak w jego prozatorskim tańcu, tak dobrze przygotowanym i przećwiczonym w jego czwartej powieści "When We Were Orphans" ("Kiedy byliśmy sierotami"), deptaliśmy sobie po palcach i nie mogłam pozbyć się natrętnego pytania, jak to możliwe. No właśnie jak?

Historia "When We Where Orphans" jest przecież doprawdy urzekająca. Opiera się na podróży w przeszłość, do miejsca i czasów dzieciństwa, by rozwikłać i wyzwolić się z ryz tajemniczej zagadki zniknięcia. To osobista wyprawa angielskiego detektywa Christophera Banksa z Londynu wyższych sfer lat 30-tych do Szanghaju czasów kolonialnych, w którym pewnego dnia znika najpierw jego ojciec a potem matka. Osierocony Christopher wychowuje się na angielskiej prowincji u ciotki, a potem jako świetnie zapowiadający się detektyw zaczyna obracać się w wyższych, londyńskich kręgach. Do czasu. Bo narodzi się w nim pragnienie powrotu do Szanghaju i zamknięcia wrót, z których wyziera krępujący duch dziecięcej tragedii.

Ishiguro znakomicie przygotował początek wielkiej przygody. Przewracałam stronę za stroną, poruszając się równym krokiem po centrum Londynu sprzed ponad 70 lat, śledząc detektywa - to w Kensington Gardens, to w księgarni na Charing Cross, czy wreszcie na rozmaitych cocktail parties w Mayfair. Londyn śmietanki towarzyskiej początku XX wieku stawał przed oczami jak żywy. Stawał i tlił się już światłem nadchodzącej katastrofy. Ishiguro czekał, zawieszał akcję na wspomnieniach z dzieciństwa głównego bohatera, by nagle pomieszać narracyjne szyki. I wtedy wprowadził mnie w pewne zakłopotanie.

"When We Where Orphans" rwie się kilkakrotnie przy zmianie tempa, a dokładnie w dość brawurowych zwrotach Ishiguro w stronę konwencji powieści przygodowej, potem powieści detektywistycznej, by na końcu zawiesić się w całkiem przekonującej pozie sentymentalnego zakończenia. Na te gatunkowe wstrząsy Ishiguro wybrał jednak złego bohatera. Sławny londyński detektyw nagle zmienia się w naiwnego chłopca w porażonym konfliktem Szanghaju. Moje czytelnicze zaufanie autor wtedy przydeptuje po raz pierwszy. Potem następuje bezcelowy swing w romantycznym wątku z ciekawą, ale niepoprowadzoną do końca postacią Sary Hemmings i tracimy siebie ponownie.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Ishiguro chciał w tej powieści osiągnąć zbyt wiele i skomplikował ją niepotrzebnie, sięgając po niezbyt udane chwyty jak nagła przeprawa przez strefę walk z wiarą, że odnajdzie się dom sprzed paru dekad a w nich uwięzionych rodziców czy niemalże cudowne spotkanie z japońskim przyjacielem niewidzianym od lat dziecięcych.

Konwencja powieści detektywistyczno-przygodowej do odkrycia subtelnie przymaskowanej prawdy o rodzinie i do pożegnania z duchami dzieciństwa moim zdaniem się nie sprawdziła. Zawrotna akcja nie służyła delikatności tematu. Powieść broni jednak sprawna ręka narracji Ishiguro i jego niezwykły dar w uchwyceniu atmosfery dwóch jakże atmosferycznych miast: Londynu i Szanghaju. Dlatego książkę polecam, bo jest warta lektury, choć partiami bardzo nierówna.

***
Kazuo Ishiguro "When We Were Orphans"
Faber and Faber, London, 2000
Pol. tłum: "Kiedy byliśmy sierotami"

środa, 01 września 2010

Oksfordzkie księgarnieZapraszam dziś na drugi odcinek bibliofilskiej wycieczki po mieście książek (pierwszą część poświeconą przede wszystkim kilku obliczom najbardziej znanej na świecie brytyjskiej księgarni Blackwell Bookshop znaleźć można tutaj a trzecią - tutaj).

W ostatnich sześciu latach na oksfordzkim rynku książkowym zauważyłam dwie duże zmiany. Przede wszystkim poznikały stare antykwariaty, które poza tanimi powieściami z XX wieku oferowały całą masę rzadkich, kolekcjonerskich wydań. Najpierw zniknął ten zielony w wydawniczo-rybackiej dzielnicy Jericho, a potem ten wielki, wytwory na High Street. Pierwszy już nie istnieje, zastąpiony przez pozującą na włoską kawiarnię QL. Pozostało po nim tylko wspomnienie - zresztą dość namacalne: książki wmurowane w fasady. Kawiarnia jest raczej kiepska, ale czasami z sentymentu wchodzę tam na zieloną herbatę i tłuste panini, żeby pobawić się w wyławianie tych literackich cegieł w ścianach, popatrzeć na ulicę i przypomnieć sobie zapach tego miejsca, które kiedyś pełne było staro-drzewno-książkowych oparów.

Książki w murze zamiast cegieł

Książki zamiast cegłówek - pozostałość po antykwariacie. Obecnie wnętrze kawiarni QL w oksfordzkim Jericho, 48 Walton Street

Drugi antykwariat (o którym zresztą pisał Javier Marias w swojej powieści ("Wszystkie dusze") przeniósł się do mniejszego, drogiego miasteczka o kilkuseteltniej historii i nie wiem, jak sobie radzi. Te zniknięcia tłumaczę przede wszystkim ekspansją sklepów charytatywnych, które zaczęły (zwłaszcza Oxfam i Helen and Douglas House) oferować bardzo bogatą ofertę używanych książek - w tym i białych kruków. Co roku oksfordzki Oxfam na St Giles Street organizuje aukcje najcenniejszych wydań i wierzcie mi, otrzymuje za nie tysiące funtów.

Drugą znaczącą zmianą było pojawienie się nowego zjawiska - sklepów The Last Bookshop ("ostatniej księgarni"), które sprzedają najnowsze książki z każdego gatunku za jedyne 2 funty (za tyle można dostać najnowszą powieść Pamuka, album fotografii o Nowym Jorku czy książkę kucharską). W tym nowym objawieniu widzę kasandryczną zapowiedź losów rynku wydawniczego. Papierowe wydania książek można dostać coraz taniej (coraz większa konkurencja i ceny coraz niższe), książki elektroniczne zaczynają się upowszechniać (więc jest mocna alternatywa dla wydania papierowego) a wydawcy mają problemy z kosztami przechowywania nakładów, które nie opuściły magazynów tak szybko, jak planowali - stąd, jak przypuszczam, wziął się fenomen księgarni za dwa funty czy książek sprzedawanych za jednego pensa przez internet (popularny w Amazonie). Jest to świetny pomysł na poprawienie krążenia książek w ludzkim obiegu i podejrzewam, że takich miejsc będzie wkrótce w Wielkiej Brytanii bardzo dużo.

The Last Bookshop - książki za 2 funty, Oksford, St Aldates

Wnętrze The Last Bookshop na St. Aldates w Oksfordzie - okolice 20-stej.

Oksford ma dwa sklepy The Last Bookshop: jeden ogromny w centrum na St. Aldates Street, zaraz przy kilku przystankach autobusowych (przed witryną jest zwykle tłoczno) i drugi, znacznie mniejszy ale o wiele lepiej zaopatrzony we wspomnianej już, bardzo lubianej przeze mnie dzielnicy Jericho (10 minut piechotą od centrum na północ). Na półkach przeważają paperbacki z niedawno wydaną prozą z najróżniejszych stron świata. Można dostać AS Byatt, Doris Lessing, Pamuka, Llosę, Petera Carey, Tolkiena czy wydania klasyków: Chaucera, Woolf, Bronte. Książki pojawiają się w nikomu nieznanym porządku, nakłady nie są duże, więc potrafią błyskawicznie znikać. Kupowanie książek w The Last Bookshop ma w sobie coś z dziecięcej przygody odkrywania nowego: nigdy nie wiesz, na co trafisz, nigdy nie przewidzisz, z iloma wyjdziesz (bez specjalnej katastrofy dla portfela) i wreszcie nie masz też pojęcia, kiedy znienacka zada ci pytanie rozgadany Jeff, nowojorski emigrant, sprzedający książki w The Last Bookshop w Jericho od poniedziałku do środy (w czwartki-soboty obsługuje cicha i sympatyczna Rumunka). Dodatkowym błogosławieństwem są godziny otwarcia księgarni - nikt nie zamyka przed 20-stą.

Tania księgarnia, Oksford,

Kameralny The Last Bookshop w oksfordzkiej dzielnicy Jericho. W środku: książki za 2 funty i gadatliwy Jeff za ladą.

Jericho warto odwiedzić nie tylko ze względu na The Last Bookshop. Po drugiej stronie sklepu znajduje się bardzo sympatyczna księgarnia Albion specjalizująca się w prozie XX-wieku, w której można posiedzieć nawet długimi godzinami, czytając to, co mają na półkach i pijąc kawę bądź herbatę (wcześniej wybiera się swoją ulubioną filiżankę z chińskiej porcelany bądź kubek - Albion ma duży wybór). Kawa jest marna, ale kawa jest tutaj tylko pretekstem do tego, by poczuć się jak u siebie i przedłużyć radość czytania w cichej, niespiesznej i sympatycznej atmosferze w wygodnym fotelu z możliwością zerkania od czasu do czasu na to, co dzieje się na ulicy. Albion to zresztą nie tylko sklep czy przyjazna czytelnia. Tutaj działa Klub Książki. Księgarnia organizuje też dwa razy w tygodniu długie noce, kiedy można nawiedzać ją aż do 23-ciej. Właściciel zawsze służy radą, lubi porozmawiać na tematy literackie (czy wymienić opinie na temat pomidorów, które choduje w donicach przed sklepem). Na tyłach Albiona jest antykwariat. Latem przecenione książki pojawiają się też na regale przed wejściem do ksiągarni (tuż obok owych dojrzewających pomidorów) - do wyboru jest sporo klasyki (każda książka za jednego funta).

Albion Beatnik, księgarnia w Oksfordzie

Albion Beatnik na Walton Street o poranku

Na tanie książki poluje się w mieście też, rzecz jasna, w sklepach charytatywnych, a tych jest coraz więcej. W centrum miasta największy wybór mają dwa sklepy Oxfamu. Starszy na St Giles Street ma nie tylko najnowszą prozę (zwykle za 2-4 funty), ale i książki w innych językach, albumy i wreszcie piękne, stare edycje dla kolekcjonerów. To tutaj zwykle lądują znaczące zasoby bibliofilskie pracowników uniewersytetu, których to zbiorów nie są w stanie pomieścić żadne biblioteki i dlatego można znaleźć tutaj prawdziwe perełki. Kiedyś natrafiłam na niezłą kolekcję polskiej literatury wydanej w latach 60/70-tych (chyba wiem po kim, ale pewności nie mam, bo książki nie są podpisane). Lubię też przeglądać wydania z lat 20-tych (na przykład małe książeczki podróżnicze, sprzedawane za 3-5 funtów), w których można trafić na urzekające dedykacje z wyznaniami miłosnymi pięknie wykaligrafowanymi atramentem, stare listy pisane ręcznie bądź na maszynie czy intrygujące komentarze na marginesach. Po poszukiwaniach bibiofilskich w tym sklepie-antykwariacie można udać się kilka kroków dalej na północ do pubu The Eagle and Child na małe co nie co, gdzie niegdyś spotykali się CS Lewis i Tolkien i czytali swoje książki przed ich wydaniem.

Oxfam, księgarnia w Oksfordzie na St Giles Street

Nieśmiertelna księgarnia Oxfamu, St Giles Street

Oksford, St Giles Street, pub Tolkiena i Lewisa w tle

A to St. Giles Street, w oddali widać szyld literackiego pubu The Eagle and Child

Drugi sklep Oxfamu mieści się na jednej z najpiękniejszych ulic miasta - Turl Street. Na wykonanej z drewna wystawie znaleźć można współczesne powieści najbardziej znanych pisarzy, sporo podręczników akademickich (wszak sklep mieści się w pobliżu kilku college’y, więc często wpadają tu studenci), biografie, albumy, opracowania - czego dusza zapragnie. Niedawno za grosze udało mi się tam nabyć zabawny zbiorek literackich anegdod ("The Oxford Book of Literary Anecdotes". Wiecie na przykład jak Oscar Wilde zdawał egzamin z greki? Egzaminatorzy kazali mu przełumaczyć fragment Biblii dotyczący ukrzyżowania. Wilde tłumaczył bardzo dobrze i szybko, więc przerwano mu w połowie i podziękowano. Na co on odpowiedział: "ale proszę, pozwólcie mi tłumaczyć dalej, jestem bardzo ciekaw, jak ta historia się kończy.") Cały Wilde!

Księgarnia Oxfamu na uroczej Turl Street

Oxfam na Turl Street robi za studencki antykwariat

Oxfam ma swoje sklepy nie tylko w centrum, ale właściwie w każdej dzielnicy miasta (najwięcej książek w peryferyjnych oddziałach można dostać na Cowley Road we wschodniej części Oksfordu). Ci, którzy lubią przegrzebywać się przez spore stosy i stosiki, powinni też odwiedzić rynek na Gloucester Green (niedaleko dworca autobusowego w centrum), gdzie w każdą środę i w czwartek rozkładane są bukinistyczne stoiska. Książki lądują też w wielkiej skrzyni przy wejściu do anglikańskiego kościoła na Woodstock Road, skąd można je sobie po prostu wziąć, nie należy jednak liczyć na bardzo interesujące łowy.

Rynek książkowy w środę

Oksfordzki bukinista podczas środowego rynku na placu przed dworcem autobusowym

Wreszcie używane książki, a dokładnie wydane przez Penguina w pierwszej połowie XX wieku powieści można za kilka funtów dostać w Arcadii - sklepiku przypominającym buduar grzecznej pensjonarki, gdzie sprzedaje się dekoracje stylizowane na XIX-wieczne. Może to niezupełnie bibliofilska arkadia, ale z pewnością dobre miejsce, żeby skończyć ten rozdział o tanich, oksfordzkich ksiągarniach.

Księgarnia i buduar, Oksford

Oksfordzka Arcadia z całą masą starych wydań książek Penguina

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...