sobota, 31 października 2009

Ten moment w roku, kiedy zbliżają się do siebie dwa odległe światy: ten żyjących, namacalny i powszedni i ten, który żyje ukryty, do którego się trafia i skąd nie ma już powrotu, zawsze zjawia się stanowczym krokiem, kiedy tylko opadłe liście, kolejny symbol przemiany życia w umieranie, w hibernację, w sen, zaczynają rozkładać się na wilgotnej glebie parków i pól. W Polsce w tym czasie odwiedza się zbiorowo cmentarze, uczestnicząc w długich, szarych, przygnębionych korowodach, których myśli krążą pewnie wciąż nie tylko wokół najbliższych, ale i całych zapasów polskiej martyrologii. Wojna, wojna,  powstanie, wojna, strajki, ofiary, pokonani, ale zwycięzcy. Podczas, gdy słowiańska dusza łagnie tej tęsknoty za utraconym, na Zachodzie śmierć ubiera się w maski duchów i potworów, karykatury strasznego i nieodwracalnego, dziecięce zabawy w Trick or Treat (psikus bądź nagroda – zwykle cukierek), by od tej melancholii odwrócić się, jak najdalej i nie pozwolić jej, nie pozwolić ani na chwilę nikogo obezwładnić.

Jak co roku, ani bliska mi polska stłumiona w czerni i szarości procesja żałobna, ani brytyjska werwa do żartu. Świec palić nie będę, ani z dyni główki wycinać. Cóż zrobić? Wśród tych jesiennych, mokrych kolorów myślę z sympatią o tych, co żyją, co są daleko, daleko, ale tak blisko serca...

Dynie jesienią

Po prostu dynie. Ani halloweenowe, ani zaduszne. Po prostu jesienne

środa, 28 października 2009

Yacoubian Building egipski bestsellerHagg Azzam jest podstarzałym milionerem. W Kairze zrobił zawrotną karierę: zbił fortunę na handlu narkotykami, kupił sobie miejsce w szeregach wpływowej partii i zapewnił intratne układy z zagranicznymi firmami. Tylko jedno go dręczy: niezaspokojone libido. Jego poza wielce religijnego nie pozwala mu jednak na wizyty w burdelach, więc postanawia za radą podobnie świętobliwego człowieka zaaranżować potajemne małżeństwo z drugą żoną. W ten sposób kupuje sobie żonę – wdowę z prowincji – której ciało ma być gotowe, jak tylko mąż pojawi się w jej mieszkaniu.  Sekretna żona? Tak  ładnie nazywa się w egipskim ujęciu społeczeństwa  z lat 90-tych nic innego jak zalegalizowana prostytucja.  Alaa al-Aswany, egipski pisarz (z zawodu stomatolog) w swojej książce The Yacoubian Building (po polsku wydanej jako Kair, historia pewnej kamienicy) z premedytacją obnaża społeczny rozkład i zakłamanie. Dawno nie czytałam książki, w której wizja społeczeństwa jest tak ponura i przygnębiająca.

Z pułapki bycia biednym, źle urodzonym czy z niefortunności bycia kobietą w świecie zdominowanym przez wpływowych mężczyzn nie ma wyjścia. Egipskie społeczeństwo nie pozwala na żadną mobilność. Taha, młody i zdolny student, nie dostanie się do Akademii Policyjnej, bo jego pochodzenie (ojciec - oddzwierny) zablokuje mu skutecznie drzwi do kariery. Odnajdzie się dopiero w szeregach muzułmańskich ekstremistów, marząc tylko i wyłącznie o zemście na tych, którzy zabili jego marzenia i torturowali go w więzieniu. Piękna, młoda Busejna odczuje na własnej skórze, co to znaczy pracować w sklepie u mężczyzny. Zresztą nie tylko ona, ale i cała reszta pracownic będzie na zapleczu wykorzystywana seksualnie przez milczącego właściciela straganu. Najbardziej przygnębiająca w tym obrazie jest postawa matki Busejny, która dobrze zdaje sobie sprawę z tej sytuacji, a pomimo tego perwersyjnie każe córce dbać o swój honor i dobrze zabrabiać na utrzymanie całej rodziny.

Bohaterowie uwięzieni w siatce społecznej korupcji, finansowej beznadziei, religijnej hipokryzji mogą jedynie poddać się losowi bądź próbować sprytnie wykorzystać ten chory system dla własnej korzyści. Wszyscy mieszkają w jednym budynku – w angielskim tłumaczeniu w tytułowym Yacoubian Building – niegdyś domu przedwojennych bogaczy. Teraz zbiera się w nim cały przekrój kairskich klas, począwszy od biedaków żyjących na dachu budynku w klitkach dwa na dwa metry, przez dorobkiewiczów z górnych pięter po Zakiego, podstarzałego, dobrze sytuowanego libertyna, wykształconego jeszcze przed wojną, w Paryżu, który życie spędza na uwodzeniu kobiet.

Ostro zarysowane relacje społeczne sprawiły, że książka wywołała w Egipcie skandal i jednocześnie stała się najlepiej sprzedającą się powieścią w krajach posługujących się językiem arabskim. Doczekała się bardzo szybkiej ekranizacji oraz serialu telewizyjnego. To, co najbardziej raziło na szeroko pojętym Bliskim Wschodzie, to przede wszystkim cios w obyczajowość zbudowaną na podstawach islamu. Jednym z bohaterów książki jest gej, wpływowy redaktor naczelny popularnego dziennika. Ta postać wbudziła najwięcej kontrwersji w ojczyźnie autora. To, co jednak oburza egipskie społeczeństwo, na Zachodzie Europy nie budzi już większych emocji. Dlatego ta książka dla europejskiego czytelnika nie będzie miała w tym względzie aż takiej siły rażenia. Dodatkowo, moim zdaniem, portret kontrowersyjnego Hatima zbudowany jest na zbyt wielu stereotypach (skoro Hatim jest gejem to od razu musi po domu chodzić w jedwabnym, różowym szlafroku) i dość nieznośnych uogólnieniach typu miał smutne, tajemnicze i ponure spojrzenie, tak charakterystyczne dla twarzy homoseksualistów.

Książka kuleje jeszcze w bardziej fundamentalnym miejscu. Zbudowana jest niestety jak współczesny serial, którego każdy odcinek urywa się w kulminacyjnym punkcie, żeby widza zobowiązać do obejrzenia następnego.  W książce każdy wątek/rozdział przerywany jest brutalnie w ten sam sposób. Dodatkowo akcja wije się jak wiklina w koszu, przeplatając wątki wielu bohaterów w dość skomplikowany, ale spójny sposób, co początkowo niepotrzebnie wprowadza zamieszanie. Cóż, wielka literatura to na pewno nie jest, ale książka warta przeczytania, bo potrafi obudzić czytelnika śpiącego w wygodnym społecznym gniazdku ze snu i pokazać rzeczywistość walki o codzienne przetrwanie, wpływy, finansowe i cielesne zniewolenia, niegasnące pożądanie i pragnienie władzy.

 

***
Alaa al-Aswany
The Yacoubian Building
Na angielski przełożył Humphrey Davies
Wyd. Fourth Estate

Polskie wydanie ukazało się pt. Kair, historia pewnej kamienicy
Wyd. Media Lazar
Tłum. Agnieszka Piotrowska

niedziela, 25 października 2009

Griffin, brytyjski nacjonalista i rasistaNa tą debatę czekali wszyscy. Jeszcze zanim się odbyła, wywołała skandal. Oto stare, tradycyjne, dobre BBC, które do niedawna mówiło tym samym głosem idealnej angielszczyzny, zdobyło się na rzecz niesłychaną: do cotygodniowego programu publicystycznego Question Time zaproszono człowieka o bardzo, bardzo złej reputacji. Nick Griffin to szef BNP - Brytyjskiej Partii Narodowej jak również brytyjski eurodeputowany, znany na Wyspie z rasistowskich, antyimigracyjnych, antygejowskich, nacjonalistycznych poglądów. W mediach wrzało, zanim Griffin zjawił się w studiu, bo zdaniem wielu ten człowiek nie powinien brać udziału w poważnej debacie a BBC, prezentując go w programie, robiła mu tylko przysługę. Osobiście zgadzam się z linią stacji BBC, która uznała, że ze względu na wzrastającą popularność narodowej partii, warto zapytać, skąd w kraju uznawanym za wielce wielonarodowy, tolerancyjny i przychylny przybywającym wciąż emigrantom, nagle rośnie sentyment do konserwatywnej polityki, sympatia dla partii skrajnej, radykalnej i de facto uderzającej we współczesne, brytyjskie wartości.

Wielu z Was pewnie wie już dobrze, jak przebiegła debata oglądana przez rekordową liczbę osób. Każdy z polityków z trzech, głównych partii przygotował sobie umoralniające przemówienie i przeprowadził, choć często było to zupełnie poza ramą zadanego pytania, zmasowany atak na Griffina. Podobnie reagowała publika. Griffin wypadł fatalnie, nie pozostawiając wątpliwości, że jego pokrętne poglądy nie trzymają się kupy. Mówił o tym, że rdzenni Brytyjczycy są zagrożeni przez napływającą ludność, że Wyspa powinna zostać przywrócona w posiadanie jej pierwszych właścicieli (tylko kim oni mieliby być Normanami? Anglo-Saksonami? czy może starożytnymi Rzymianami albo Celtami?), że dochodzi do czystki białej ludności, że islam jest chorą religią, że homoseksualizm jest zły etc... Cieszę się, że poglądy Griffina zostały obnażone, niepokojące wydało mi się jednak to, że do żadnej sensownej debaty w duchu demokratycznym jednak ostatecznie nie doszło. Szef BNP potraktowały został jako gość drugiego gatunku, często był zakrzykiwany przez innych panelistów, którzy mówili do niego po imieniu, traktując go jak dzieciaka w szkole. Skoro BBC postanowiło publicznie z Griffinem porozmawiać, powinien pojawić się na takich samych prawach, jak reszta panelistów. Pamiętam, jak kiedyś do swojego programu Tomasz Lis zaprosił jednego z polskich polityków podobnego kalibru, którego publika powitała śmiechem i buczeniem. Wtedy Lis natychmiast przywołał ją do porządku, argumentując, że Leper jest gościem programu  i w związku z tym należy mu się stosowne traktowanie. I tak powinno się też stać podczas debaty w BBC! Zamiast tego jednak odbyło się bezwzględne biczowanie kontrowersyjnego gościa. A to w moim przekonaniu może świadczyć  przede wszystkim o powierzchowności brytyjskiej demokracji i o unikaniu zmierzenia się z problemem.

Moim zdaniem rząd boi się podjąć dyskusji na ten temat z kilku powodów. Przede wszystkim pojawienie się takiej partii jak BNP na brytyjskiej scenie politycznej, to policzek dla obecnej polityki rządu. Nieuregulowana i źle oszacowana polityka imigracyjna zaczęła, zwłaszcza w czasach "ekonomicznego kryzysu" budzić powszechne niezadowolenie. Południe Anglii jest przeludnione, rząd nie ma pojęcia na temat tego, ile osób dostaje się do kraju, ale ile wyjeżdża. Mniejszości narodowe tworzą małe getta w większych i miejszych miastach, zamykając się w obrębie własnych zwyczajów i języków, więc zamiast dowolnie mieszać się i poznawać, tworzą się państewka w państewkach. Choć rząd obecnej partii starał się stworzyć nowe pojęcie brytyjskości, budując koncept społeczeństwa wielokulturowego, ta polityka, w moim przekonaniu, nie spełniła oczekiwań. Społeczeństwo, w którym zwiększa się sentyment do konserwatyzmu, wydaje się szukać alternatywy - próbuje na czymś innym zbudować poczucie narodowej tożsamości. Co znaczy dziś być Brytyjczykiem? Czym jest mieszkanie na Wyspie? Wydawało się, że ideał wielonarodowego, wielokulturowego i wielowyznaniowego tygielka odpowie na te wszystkie pytania. Tymczasem rosnące w siłę BNP pokazuje, że wcale tak nie jest.

Popularność tej skrajnej partii wiąże się zresztą nie tylko z problemami z identyfikacją narodową czy polityką emigracyjną. To też oznaka tego, że Brytyjczycy zaczynają głosować negatywnie przeciw trzem dominującym partiom, przeciw politycznej poprawności. I choć Griffin myli pojęcia i nadużywa słów, jego język pozbawiony poprawności jest czymś zupełnie nowym i świeżym na politycznej scenie. Moim zdaniem, to ostrzeżenie dla brytyjskiej sceny politycznej, bo jeżeli nic się nie zmieni, to źle będzie się dziać w państwie duńskim, naprawdę źle.

 

***

Debatę można zobaczyć na stronie BBC Question Time

piątek, 23 października 2009

Oksford wieczorną porą, jesienna smuga

Są miasta, których zmiana pór roku mało obchodzi i których miejski charakter pozostaje odporny na kaprysy aury. Taki z pewnością jest Londyn, rozgorączkowany w równym stopniu wydrzeniami lata czy zimy. Takie nie jest Brighton, niedgyś popularny wśród londyńczyków wiktoriański kurort a od lat 80-tych miasto uznane za brytyjską, wyzwoloną stolicę klubów gejowskich, które jednak gaśnie poza sezonem. Oksfordowi zmienność pór roku bardzo służy, bo przemienia miasto w ciągu roku co najmniej dwa razy w dwie zupełnie różne przestrzenie. Trudno mi powiedzieć, kiedy jest najpiękniejsze czy najbardziej oksfordzkie: w momencie, kiedy wiosną czy jesienią dudni życiem uniwersytetu, próbując każdą chwilę wykorzystać do granic, napoić nią wszystkich spragnionych, którzy przybyli z najróżniejszych stron świata, by wspólnie doświadczyć i wspólnie współtworzyć mit tej starej uczelni; czy też wtedy gdy nagle miasto spowalnia latem po wyjeździe mieszkańców-na-semestr, poddając się wiejskim wpływom z obrzeży, słonecznym zapachom okolicznych łąk czy wodnym rozrywkom na dwóch rzekach, które rozrywają miasto na dwie cząstki na północy, by złączyć się w jedno na południu.

Tegoroczna jesień jest dla wszystkich bardzo łaskawa. Przechadzki wąskimi uliczkami wśród pomarszczonych, ale wciąż trzymających swój kolor liści, ogrzewane niskimi promieniani słońca są pełne niezapomnianego uroku. Dlatego każdego dnia włóczę się podczas przerwy obiadowej po miejskich zakamarkach, próbując te chwile dobrze zachować w pamięci i przywoływać je czule, kiedy nadejdą pierwsze, długie i zimne listopadowe deszcze. Miasto o tej porze roku, mieniące się zgaszonym miodowym kolorem uniersyteckich murów, żyje tysiącami przemierzających w różnych kierunkach stópek mieszkanców kolegiów. Ciepłe barwy dnia przechowuje w Oksfordzie i wieczór, kiedy nagle nieme budynki ożywają i niepozorne okna zaczynają palić się światłem wewnętrznych lampek, ozdobnych kloszy i wielkich żyrandoli. Wtedy przechadzając się ulicami, można zobaczyć, jak piękne, wytworne, eleganckie są biblioteki najrozmaitszych instytutów, w których wśród półek z książkami pod rzeźbionym sufitem, odbijających się w wielkich lustrach wiszących nad szykownymi kominkami, rozbłyskujących w świetle żyrandoli można by równie dobrze tańczyć na wielkim, bajkowym balu. Podobnie wyrafinowane potrafią być jadalnie studenckie w starych kolegiach, pełne dawnych twarzy spoglądających zarówno z portrertów jak i witraży gotyckich okien.

Wieczorami ruch w mieście się wzmaga. Na rowerach suną setki małych, otulonych w szaliki postaci, każdy chce zdążyć na spotkanie czy długo wyczekiwany wykład. Tegoroczny trymestr jest szalenie obfity, ale o jego atrakacjach opowiem innym razem. Teraz, mrużąc oczy do jesiennej tarczy promieni, wdychając podmokłe, oksfordzkie powietrze, ja, mała, brązowa kropka, wśród tych starych, karmelowych murów, nie mogę nie kochać tego miasta. Choć ta miłość nie przyszła łatwo, choć wyniosłe ściany dać się kochać nie chciały, z tym miastem teraz łączy nas coś na zawsze.

Mury uniwersyteckie nocą, Oksford

Catte Street w grze cieni i świateł piątkową nocą, Oksford

wtorek, 20 października 2009

Najpiękniejsze książki świata wystawaKiedy przewracam kartki kunsztownie złożonych i dopracowanych z artystyczną finezją publikacji Folio Society, zawsze czuję wielką radość z ich dotykania, z tego, że sama oprawa przyjemnie łaskocze moje zmysły. Folio Society wydaje od ponad 60 lat książki w pięknym, starym i trochę staromodnym jak na czasy, gdzie królują miękkie wydania gazetowe, stylu, który przypomina, co wciąż znaczy sztuka oprawiania. Takich książek nie wrzuca się w pośpiechu do torby podróżnej ani nie tłamsi się wśród rzeczy podręcznych. One są po to, by móc je obdarzać długim spojrzeniem, by usiąść wygodnie i rozłożyć je sobie na kolanach. Dzięki Folio Society można uwierzyć, że fach introligatorski jeszcze nie umarł, a dzięki właśnie trwającej w najsławniejszej w Oksfordzie bibliotece Bodleian Library wystawie An Artful Craft (Artystyczne Rzemiosło) można przekonać się, do jakiego wyrafinowania doszli mistrzowie oprawy na przestrzeni wieków.

Co jakiś zas Bodleian ze swoich przepastnych, ciągnących się długimi kilometrami pod miastem korytarzy z książkami wypuszcza miłosiernie na powierzchnię cząstkę swojej kolekcji. W zeszłym roku pokazywała pierwsze wydania mistrzów włoskiego humanizmu - Dantego Alighieri i Petrarki. Teraz pozwala oko zapuścić na najpiękniejsze książki świata.

W ciemnej, oświetlonej jedynie małymi lampkami sali znajdują się prawdziwe perły bibliofilów: unikatowe wydania Biblii, których okładki uginają się pod ciężarem drogocennych kamieni a metalowa, zdobiona rama znakomicie chroni boskie słowo przez intruzami i zębem czasu. To prezenty monarchów średniowiecznej Europy Zachodniej. Wschodni władcy woleli oprawy z kości słoniowej - doskonale wypolerowane z sylwetkami świętych i naznaczonych boskim światłem cesarzy.

Pięknie wydane książki Folio

Książki Folio Society

Fach oprawiania nie jest stary jak świat. Wykonuje się go od jakiś 2 tysięcy lat, zawsze traktowany był jak rzemiosło. Patrząc jednak na przykład na rzadkie wydanie Biblii hebrajskiej wykonane przez hiszpańskiego, anonimowego mistrza czy na egzemplarz Koranu z XVI-wiecznej egipskiej szkoły introligatorskiej, trudno nie użyć innego słowa, które wydaje się właściwsze: to sztuka. Jej tematy, motywy, przybory i techniki są zaskakująco bogate. Sztukmistrzowie średniowiecznia preferowali złotą farbę, która na skórzanych okładkach malowała harmonijne wzory i postacie. W XV wieku egipski czarodziej opraw wpadł na inny pomysł. Zaczął podgrzewać metalowe narzędzia i nimi tworzył cudowne esy floresy, wciskając cieniusieńskie kawałki złota i srebra głęboko w skórzaną oprawę. Ta trwała metoda dostała się z BliskiegoWschodu przez Włochy na kontynent europejski i stała się popularnym sposobem na sporządzanie luksusowych książek, głównie na zamówienie najbogatszej elity politycznej Zachodu. Takie księgi ofiarowywane najpotężniejszym były czymś więcej niż tylko szalenie ekskluzywnymi podarkami oficjeli. Były i są zresztą do teraz szczytem artystycznego wyrafinowania, dowodem ludzkiej finezji, doskonałym połączeniem obrazu ze słowem.

Bodleian Library  pokazuje, jak te cuda rozpowszechniły się w Niemczech, Francji, Włoszech, Hiszpanii. Na wystawie zobaczymy też ich wschodnie odpowiedniki z Persji, Syrii, Turcji, Egiptu. Teraz umieszczone w szczelnych szklanych gablotach robią ogromne wrażenie, a jakie potężne musiało ono być, gdy okładki migotały złotem w świetle płomieni świec?

Stare unikatowe książki Oksford

Stare piękności z wystawy An Artful Craft

Przyzwyczailśmy się już do tego, że dzisiejsze książki prężą na półkach swoje grzbiety. Tymczasem jeszcze do XVI wieku stawiano je odwrotnie. W Bodleian zobaczyć można, jak ta krawędź potrafi pstrzyć się kolorami i wymyślnymi wzorami. Jak końce stron potrafią wyczarować kształt drzewa, szachownicę, czy barwną tęczę.

Wystawa w Bodleian prezentuje nie tylko stare, wielowiekowe egzemplarze, ale i współczesne książki z oryginalnie wykonanymi oprawami ze słomy czy drewna. Książki ze współczesnym wzornictwem, często minimalistycznym robione są dziś na zamówienie przez uznanych mistrzów, których nazwiska są powszechnie znane. Współcześni artyści od oprawy mają swoje znane pracownie w dużych miastach.

Pub introligatorów Oksford

Oksfordzki pub introligatorów "Old Bookbinders" w dzielnicy Jericho

Tą kameralną ekspozycję obejrzałam z prawdziwą przyjemnością. I wcale nie była dla mnie dziką podróżą w czasie. Była ważnym przypomnieniem o tym, że książki wciąż mogą wyglądać pięknie. Że sztuka ich tworzenia wciąż się zachowała pomimo tego, że większość współczesnych publikacji drukowana jest po taniości na Dalekim Wschodzie, czy od święta we Włoszech.

Podpórki do książek

Na koniec coś współczesnego: wymyślna podpórka do książek, którą udało mi się złowic w Oksfordzie na prezent ślubny dla przyjaciół

 

***
Wystawa "An Artful Craft"
Bodelain Library, Exhibition Room, Oxford
Otwarta do końca października, wstęp wolny

niedziela, 18 października 2009

Magamara

Zanim się obejrzałam, minął rok, odkąd zaczęłam pisać bloga. Czas przefrunął przez 12 miesięcy w zwinnym locie, przepłynął mi przez palce jak złota, wąziutka rybka, a to, co udało mi się wśród tej pogoni zatrzymać, zawarłam właśnie w Tyglu.

Odkąd pamiętam, zawsze lubiłam pisać i zapisywać, rzeczy drobne, ulotne, które kiedyś wydawały się wielce ważne, a dziś wywołują tylko zawstydzający uśmiech politowania. W czasach liceum miałam gruby notes, z wpisami przeżywanej co roku zimowej depresji i wiosennych uniesień, wyrywkami ciekawych artykułów, słowami piosenek, co do których byłam przekonana, że jak nikt inny na świecie potrafią opisać te szalenie skomplikowane stany moich emocji i myśli. Kiedy ruszyłam na studia, licealne zapiski  z ulgą spaliłam. Pamiętam, jak po spontanicznie podjętej decyzji, jednego wieczoru unicestwione zostały w starym piecu cztery lata dojrzewania. Potem był dziennik z podróży. Pisałam tak dużo i szybko, że ołówek musiałam temperować z kilka razy dziennie. To była moja pierwsza długa podróż, w dodatku morska, więc czułam, że zapisać muszę absolutnie wszystko: od precyzyjnego opisu kołysania fal, po dokładny zapis myśli, skojarzeń, choroby morskiej, jedzenia, załogi, aż po zapachy Izraela, przepowiednie ulicznej wróżbitki czy ogrom strachu, który przeżyłam gdy samotnie łażąc po zakamarkach obcego miasta, nagle wyrosła przede mną piątka wielkich facetów. Dziennik pisał się szybko i pewnie leży gdzieś jeszcze na dnie jednej z szuflad. Kiedyś wydawało mi się, że nie chcę do niego zajrzeć, żeby i jego przypadkiem nie przydusić płomieniami prowizorycznego, domowego kominka. Teraz jednak myślę, że jeżeli kiedykolwiek wpadnie mi w rękę, to nic mu nie zrobię. Tak, jak nie tknę Tygla, dopóki ochota na pisanie nie minie i nie zabraknie Was, drodzy czytelnicy, bo bez Was to miejsce, choć tak bardzo moje, nie byłoby takie samo. Dziękuję, że jesteście, że zostawiacie tu swoje myśli, że powracacie, że  do tego osobistego tygielka dodajecie własny smak. Tą skromną rocznicę chciałabym świętować właśnie z Wami. Wszystkiego najlepszego!

piątek, 16 października 2009

Oxford, centrum miastaSamozwańczy katecheta uliczny pojawia się w centrum Oksfordu od paru dobrych tygodni.  Jego afrykańskie pochodzenie zdradza i kolor skóry, i  lokalny akcent obecny w jego angielskim, w którym nawraca przechodniów. Reediiiiiiiiiim yo sol! (uratujcie swoją duszę) - woła miarowym i przekonywującym głosem - Repent yo syn! (odkupcie swoje grzechy). Przechadza się w górę i w dół ulicy Cornmarket Street każdego ranka, gdy miasto już obudzone ze snu spieszy się do pracy. Jego obecność nie robi większego wrażenia, bo w brytyjskim koktailu wiar, wyznań i przekonań ten gorliwy, miejski misjonarz jest tylko jednym z tysięcy możliwości, jednym z tych, co dodatkowo czują potrzebę ekspresji na publicznym forum.

Kiedy zwalniam trochę kroku, by przyjrzeć się porannemu zrywowi misyjnego żaru, zastanawiam się, gdzie te gorliwe nawołania mogą docierać. Nawracanie, a w dodatku nawaracanie w starym stylu kościoła, który nowoczesne społeczeństwo wyrzuciło poza ramy politycznej i społecznej debaty, jest w tym kraju niczym nawoływanie do porzucenia elektryczności na rzecz uroku dawnych świec. W Wielkiej Brytanii kościoły buduje się samemu, na własne potrzeby, a przyjmują one formę nie tylko wciąż popularnych ewangelizujących nurtów, które zapewniają dobre samopoczucie tym, co lubią być bogaci, ale i stowarzyszeń na kształ przyjacielskich kwakrów.

Dżiiiizaz, au lord (Jezus nasz pan) - dobiega do mnie już stłumione, kiedy wychodzę z Cornmarket na Magdalen Street. Poranny ruch, zwłaszcza przemierzających centrum w każdym kierunku młodych ludzi na rowerach, tak nowy po letnim uśpieniu miasta i butnych tabunach turystów, oznacza jedno: pocztątek pierwszego tygodnia akademickiego trymestru. Przez następne osiem tygodni miasto na nowo odzyska swoje serce, swój rytm i wigor, odkąd uniwersytet będzie w jego żyły pompował swoją krew.

Uniwersytecka Biblioteka Oksford

Centrum miasta, studenci wychodzący z biblioteki Radcliffe Camera, Oksford

W południe nie mam gdzie zaparkować roweru. Studenckie życie kręci się przede wszystkim na dwóch kołach: od zajęć w kolegium sam na sam z wykładowcą (tzw. tutorials) przez wykłady i seminaria w rozsianych po mieście instytutach na bibiotece skończywszy. Rowery wbite między metalowe łuki stojaków zatrzaskują się w agresywnym uścisku, porzucone na chybcika tuż przed rozpoczęciem zajęć. Od czasu do czasu w przerwie na lunch zfrustrowany tym bałaganem japoński student będzie bezradnie próbował wyciągnąć swój zmiażdżony rower spod dwóch innych, by pomknąć dalej, do księgarni po nowe książki.

Studenckie mieszkania Jericho Oxford

Studenckie mieszkania, które należą do uniwersyteckich kolegiów, w oksfordzkiej dzielnicy Jericho

W sklepach zaroiło się od czarno-białych uniwersyteckich ubranek (które możecie zobaczyć tutaj). W pogodne dni popiersie manekina z białą koszulą, białą muchą i powłóczystym, czarnym płaszczem ze skrzydełkami pręży się przed sklepem. W deszczowe dni, uniwersytecką modę można oglądać na odpicowanej wystawie. Bez względu jednak na pogodę  na człowieczka w tym modnym od kilkunastu stuleci wdzianku przypominającym nietoperza można wpaść, kiedy przedziera się przez miasto, niemalże noszony w powietrzu na skrzydłach.

Ubranie studenta Oksford

Uniwersytecki uniform w całej swej krasie

Portier w meloniku, wejście do Christ Church college Oksford

Portier w staromodnym meloniku strzegący wejścia do Christ Church College

Wieczory pełne są głośnych rozmów w pubach. Pogoda pozwala na wieczorne przesiadywanie na ławach na zewnątrz King's Arms. Przy większej liczbie studentów, wieczorne spotkania rozciągają się na ulice bądź na schody pobliskiej bibioteki. Po drugiej stronie wejścia do Bodlein Library między jedym wejściem do księgarni Blackwells a drugim, w podziemiu ożywa White Horse, pub, który niegdyś zawładnęli portierzy z kolegiów, ci z długimi, zakrzywionymi nosami, niemalże jak czarni bohaterowie książek Dickensa, ci łysi jak kolano i ci, którzy wciąż preferują nosić nonszalanckim melonik, stojąc w bramie i przeganiając nieproszonych gości. Teraz White Horse okupują studenci, a portierzy tylko spoglądają ze swoich karykatur, które wiszą na zakrzywionych ścianach public house. Piwo leje się w kwintach, a nadmiar ścieka po kuflu na i tak lepki już blat.

Oksford urodził się tej jesieni na nowo. Powstał z letnich, prowincjonalnych popiołów. Odrodził się w całej swej wielowiekowej wspaniałości. Hallelujah!

Pierwsze przykazanie: trawy nie deptaj

Pierwsze oksfordzkie przykazanie: trawy nie deptaj! Tabliczki z urocznym "Keep off the grass"wyścielają połowę centrum

wtorek, 13 października 2009

Świętoszek po indyjskuZaczyna się od sceny, kiedy tłusty guru Birinczi Baba przybrany w wieniec kwiatów magnetyzuje tłumy, przewracając oczami i wyśpiewując religijną mantrę. Kolejna scena ma miejsce już w pociągu, kiedy Birinczi posyła z drzwi wagonu anielski uśmiech tym, co zebrali się na peronie i którzy jeszcze w ostatniej chwili chcieli dotknąć cudownej stopy opasłego półbożka. W pociągu guru pozna swoją kolejną ofiarę - zrozpaczonego po śmierci żony Mittera, poważanego adwokata, który postanowi zostać jego uczniem. Będzie go utrzymywał, gotował najlepsze potawy i wysłuchiwał opowieści o tym, jak Birinczi na przykład nauczał starożytnego "Pluto" czy rozmawiał z Jezusem.

To początek kolejnego filmu indyjskiego reżysera Satyajita Raya, którego filmowe dokonania oglądam z przyjemnością. Mahapurush (po angielsku Holy Man, czyli Święty człowiek) to krótka historia bazująca ma dobrze znanym Europejczykom motywie świętoszka i demaskowania jego hipokryzji. Indyjskie bogactwo religijnych śpiewów czy zwiewnych szat guru, nie wspominając już o jego przewrotnych minach czy sztuczkach na nowo pozwala przeżyć tę zabawną historyjkę. Żeby sprawy skomplikować Ray dodaje do filmu wątek miłosny. Córka uduchowionego adwokata rozczarowana zalotami młodego Satya postanawia dać mu nauczkę i oznajmia, że zamierza z nim zerwać i stać się uczennicą szarlatana. Zrozpaczony Satya wspólnie ze swoim przyjacielem Nibaranem (w tej roli ten sam aktor, który grał głównego bohatera w filmie "Wielkie miasto").

Świętoszek po indyjsku

 

Świętoszek po indyjsku

Film nie ma tej głębi, co Mahanagar. To raczej prosta, ale świetnie zrealizowana, satyra społeczna. Muzyka, monotonna i powolna, odgrywa w tym filmie ważną rolę. To ona zbuduje nastrój w kulminacyjnej scenie obnażenia szachrajstwa Birinczi. Karykaturalny obrazek z lat 60-tych może nie rozbawi nas do łez, ale z pewnością rozśmieszy i pokaże uniwersalność motywu pobożnisia-oszusta. Swoją drogą ciekawe, jak wyglądałby dzisiejszy, polski świętoszek. Macie jakiś pomysł?

Zobacz też inny film Raya – Wielkie miasto (Mahanagar)


***
Mahapurush (Święty człowiek)
Reż. Satyajit Ray
Indie, 1965

niedziela, 11 października 2009

Hilary Mantel, zwyciężczyni nagrody Bookera 2009 za Wolf Hall

Zapraszam jutro do słuchania audycji "Nie lubię poniedziałku" w Radiu Roxy między 10-tą a 13-stą, gdzie pojawi się relacja z tegorocznego zwycięzcy nagrody Bookera. Chihiro będzie mówiła o postaci Hilary Mantel, a ja, świeżo po lekturze "Wolf Hall", opowiem o książce i o tym, jak Hilary Mantel łamie schematy tradycyjnej powieści historycznej.

Za "Wolf Hall" Hilary Mantel otrzymała 50 tys. funtów nagrody. Zapytana w zeszłym tygodniu przez dziennikarzy o to, na co zamierza przeznaczyć pieniądze, powiedziała z humorem na "sex and drugs and rock'n'roll".

Dla tych, którzy nie słyszeli Hilary Mantel na żywo, polecam obejrzenie tego wywiadu z pisarką, który przeprowadziła dziennikarka brytyjskiego Guardiana.

12:15, maga-mara , BOOKER
Link Komentarze (13) »
piątek, 09 października 2009

Kiedy odczytane zostaje nazwisko zwycięzcy literackiej nagrody Bookera, cała uwaga skupia się na nagrodzonej książce i jej autorze, a jurorzy powoli odchodzą w cień i wracają do swoich poprzednich obowiązków. Na co dzień są krytykami, dziennikarzami bądź pisarzami. Booker zabiera im zwykle pół roku z ich życia. Dostają za to śmieszne pieniądze (ok. 3 tys. funtów za jakieś 25 tygodni pracy). Jakiś czas temu słuchałam w radiu wywiadu z jednym z tegorocznych jurorów Bookera, który mówił, że praca nad wyborem najlepszej książki, oznacza czytanie pięciu powieści z listy tygodniowo, bez względu na to, czy ci się podoba czy jej szczerze niecierpisz. Po pierwszych tygodniach nie pamięta się już z książek wiele. Zostaje tylko mgliste wspomnienie, jakiś urywek fabuły i ogólne wrażenie. Brak ci czasu na rodzinę i na inne rzeczy, które z przyjemnością wypełniały ci wolne wieczory czy weekendy. Brak ci ochoty na książkę, którą chciałbyś przeczytać, ale nie możesz.

Wybrane w tym roku książki, zwłaszcza z listy finałowej Bookera musiały być nielada wyzwaniem – większość z nich to grube powieści po 500-600 stron. Jurorzy czytali je po trzy razy, żeby wyłonić zwycięzcę. Wybór padł na 650-stronicową "Wolf Hall" głosami trzy do dwóch.

Zatem kto miałby ochotę być Bookerowym jurorem?

12:06, maga-mara , BOOKER
Link Komentarze (12) »
wtorek, 06 października 2009

Hilary Mantel Wolf Hall zwycięzca nagrody BookeraTegoroczna nagroda Man Booker Prize po raz pierwszy od 10 lat przyznana została książce, która od początku okrzyknięta została faworytem. Zwycięstwo powieści "Wolf Hall" obstawiali wszyscy brytyjscy bukmacherzy (aż 9 na 10 biorących udział w zakładach głosowało na tą książkę).

"Wolf Hall" to powieść historyczna, w której centralną postacią jest Thomas Cromwell polityk, doradca i minister Henryka VIII, człowiek niejednoznaczny, mężczyzna o politycznym geniuszu, nieprzeciętnych zdolnościach językowych i ciężkim dzieciństwie. Jak wskazują krytycy, Mantel zbudowała w tej powieści bardzo ciekawy portret tej ciemnej postaci z brytyjskiej przeszłości. Zarówno fabuła jak i sam styl powieści otrzymały mnóstwo pochwał od literackich krytyków. Chwalono Mantel za niezwykły talent w ujmowaniu historii i za to, że nie obarcza czytelnika zbyt dużą ilością historycznych faktów. Podobno Mantel planuje kolejną część tej już i tak długiej, bo 650-stronicowej książki.

"Wolf Hall" (tytułem powieści jest nazwa siedziby rodziny Seymourów, Jane Seymour z kolei to trzecia żona Henryka VIII) zaczęłam czytać wczoraj i jestem pod wrażeniem. Ciekawie zbudowana, opowiada w przekonujący i przejmujący sposób historię życia Cromwella na tle epoki Tudorów. Pierwszy rozdział poświęcony dzieciństwu polityka rysuje despotyczną postać jego ojca, który nie stroni ani od awantur, ani od bicia swoich dzieci (te sceny przypominają charakerem powieści Dickensa).

Hilary Mantel nie tylko świetnie pisze historie, ale i je opowiada. Widziałam ją na żywo, kilka miesięcy temu kiedy przyjechała na spotkanie z czytelnikami do Oksfordu. Wtedy z wielką siłą i elegancją opowiadała o rodzinnych perypetiach, głównie o nagłym zniknięciu z życia jej ojca, które to wydarzenie stało się potem przedmiotem jednego z opowiadań ze zbiorku "Giving Up The Ghost".

Nagroda Bookera dla "Wolf Hall" to pierwsze tego typu wyróżnienie dla Hilary Mantel. Pisarka wcześniej znalazła się wśród finalistów nagrody Orange Prize for Fiction za jej  książkę "Beyond Black".

***

Hilary Mantel "Wolf Hall", wyd. Fourth Estate, 2009

 

***

Zobacz też recenzje innych nominowanych do nagrody Bookera 2009 powieści:

Sarah Waters "The Little Stranger" (pol. edycja "Ktoś we mnie")

Adam Foulds "The Quickening Maze"

23:52, maga-mara , BOOKER
Link Komentarze (21) »
niedziela, 04 października 2009

The Little Stranger Sarah Waters nominacja Bookera 2009Do ogłoszenia zwycięzcy tegorocznej nagrody Bookera zostały już tylko dwa dni. Myślę, że najnowsza książka Sary Waters "The Little Stranger" ma zdecydowanie większe szanse na zdobycie wyróżnienia niż recenzowany przeze mnie wcześniej "The Quickening Maze" Adama Fouldsa, pomimo tego że proza Fouldsa jest zdecydowanie ciekawsza i stylistycznie bardziej wyrafinowana.

"The Little Stranger" (polski tytuł to "Ktoś we mnie") to klasyczna w swej formie powieść, opowiadająca o losach podupadającej szlacheckiej rodziny tuż po drugiej wojnie światowej w hrabstwie Warwickshire (środkowa Anglia). Historię opowiada wielce zdroworozsądkowy lekarz, który zostaje przypadkowo uwikłany w tajemnicze i okropne w skutkach wydarzenia olbrzymiego, ale sypiącego się dworu rodziny Ayersów. Mamy zatem panią Ayers, wdowę, która żyje przeszłością, wspomnieniami o dawnych przyjęciach, towarzystwie, świetności domu i rodziny; dla której barbarzyństwem byłoby picie popołudniowej herbatki wcześniej niż o 16-stej. W wielkim dworze Hundreds Hall otoczonym ogromnym parkiem mieszka z dwójką dorosłych dzieci. Kulejący Roderick przeszedł piekło wojny, walcząc w oddziałach Royal Air Force. Po wojnie przechodzi przez innego rodzaju makabrę. Jest odpowiedzialny za utrzymanie rodziny i domu, co oznacza codzienną, samotną walkę o domowe finanse tak, by jego matka nie zorientowała się, jak zła jest ich kondycja. Siostra Rodericka Caroline jest niezbyt piękną, ale interesującą kobietą, która potrafi przejść wiele.

Tą rodzinę odwiedza miejscowy lekarz – doktor Faraday, który jest emocjonalnie przywiązany do Hundreds Hall, bo pamięta ten dom jeszcze z czasów dzieciństwa, kiedy jego matka pracowała tam jako pokojówka. Wkrótce jego miłość do miejsca nabierze jeszcze innego wymiaru, bo doktor zakocha się w jego mieszance – Caroline.

Wątek miłosny oparty o motyw niezrealizowanego mezaliansu, sentymentalny i przyznam szczerze mało ciekawy, Sarah Waters przeplata z historią o duchach. Kiedy Roderick zacznie być przekonany, że dom nawiedza zła siła, która chce jego mieszkańców wykończyć, kiedy w tym pomieszaniu podpali swój pokój, życie Hundreds Hall całkowicie się zmieni. Książka Waters przerodzi się wtedy z typowej powieści pisanej na styl XIX-wiecznego realizmu w zręcznie zbudowaną opowieść o przeklętym czy nawiedzonym domu. Waters  sporo uwagi poświęca pytaniu o poltergeista, "hałaśliwego ducha",  (tytułowego "little stranger" - małego przybysza, nieznajomego), którego obecność zacznie wkrótce czuć i sama pani Ayres. Czy popadający w ruinę dom płata swoim mieszkańcom figle czy to wykończeni po wojennych doświadczeniach przedstawiciele zrujnowanej, wyższej klasy projektują w tym miejscu swoje niepokoje? Doktor Faraday nawet w najbardziej dramatycznych wydarzeniach będzie próbował doszukać się racjonalnego wytłumaczenia.

Historia o duchu przybierać będzie chwilami formułę powieści detektywistycznej. Pierwszo-osobowy narrator będzie wydarzenia składał z kawałeczków w całość, relacjonował i szukał ich przyczyny. Ta popularna w swym charakterze powieść świetnie trzyma czytelnika w napięciu. Jednak wybór za narratora bohatera, który jest racjonalistą do bólu, ma też swoje ograniczenia. Podobnie jest ze stylem i samym gatunkiem powieści. Waters jest tutaj niestety tylko dobrą imitatorką niż stylistyczną kreatorką. Pisarka potrafi w tradycyjnej konwencji wiernie odmalować sytuację społeczną Brytanii końca lat 40-stych, potrafi na nowo odtworzyć temat klas społecznych, potrafi napisać powieść o rozmiarach XIX-wiecznego realizmu.

Myślę, że nawiedzony dom, śmierć bohaterów w tajemniczych okolicznościach niczym z książek Agathy Christie, tło powojennej Brytanii czy wreszcie niespełniony romans niczym z powieści Michaela Ondaatje "Angielski pacjent" (nomen omen zwycięzcy nagrody Bookera z 1992 roku) mogą sprawić, że ta powieść wygra w tegorocznej edycji konkursu. Mogę sobie też wyobrazić popularność tej książki na polskim rynku.

 

***Sarah Waters Ktoś we mnie Booker

Sarah Waters "The Little Stranger"
Virago Press Ltd
501 stron

Książka Sary Waters zostanie opublikowana w polskim przekładzie już w tym miesiącu przez wydawnictwo Prószyński i s-ka. Ukaże się pod tytułem "Ktoś we mnie".

tłum. Magdalena Moltzan-Małkowska
Data publikacji 6 października 2009.

 

***

Zobacz recenzję innej książki Waters "Tipping the Velvet" (Muskając aksamit) na blogu Moni-libri.

Zobacz też inną powieść nominowaną do nagrody Bookera – The Quickening Maze Adama Fouldsa.

21:44, maga-mara , BOOKER
Link Komentarze (13) »
piątek, 02 października 2009

Belfast murMiasto Belfast wciąż kojarzy się z podziałami: katolicy - protestanci, irlandzcy nacjonaliści kontra probrytyjscy unioniści, walka - chwilowy pokój, ataki bombowe - protesty obrońców praw człowieka, prawa - lewa strona... Nikt już prawie nie pamięta, że to tutaj właśnie zbudowano w 1912 roku wielkiego Titanica; że patrząc na północ na otaczające miasto wzgórza widać to, które było inspiracją dla Jonathana Swifta, bo przypominało mu kształtem twarz olbrzyma, którego znajdziemy w "Podróżach Gullivera". Miasto momentalnie przywołuje skojarzenia z czasem eufemistycznie zwanym The Troubles, czyli kłopoty, czasem krwawych starć między mieszkańcami podzielonej Irlandii Północnej. Niektórzy politycy chcieliby zamknąć ten okres w historycznych ramach od końca lat 60-tych do końca lat 90-tych, ale ta rana podziałów wciąż się nie goi.

O tym, jak świeże i bolesne są te polityczno-wyznanione napięcia, świadczą chociażby dwie rzeczy. Nikt o zdrowych zmysłach nie śmie zapytać się mieszkańca Belfastu o jego wyznanie, bo to niewinne wydawałoby się pytanie sieka jak ostry nóż. Żąda politycznej deklaracji. Przypomina pytanemu o wciąż świeżym rozlewie krwi. Razi go i śmiertelnie obraża.

Inna sprawa to mur, zbudowany przez armię pod koniec lat 60-tych, dzielący miasto barierą wysoką na 8 metrów wijącą się długimi kilometrami przez dzielnice. Mur segregował i miał ocalać protestanckich zwolenników unii z Wielką Brytanią od ataków katolickich entuzjastów złączenia z Republiką Irlandii i vice versa. Paru tysięcy jednak nie zdołał ocalić. Dziś nazywany jest wymownie Ścianami Pokoju (Peace Walls). Dziś wciąż separuje protestancką dzielnicę rozciągającą się wzdłuż ulicy Shankill od katolickiej przy Falls Road.

Belfast, dzielnica protestancka

Protestancka Shankill Road podczas parady. Belfast, Irlandia Północna

Belfast, dzielnica protestancka

W oczekiwaniu na patrotyczną paradę. Belfast, Shankill Road

Belfast murale

Miejsc pamieci ofiar konfliktu w Irlandii Pólnocnej jest mnóstwo

Belfast, dzielnica protestancka

Mural z tablicą pamiatową. Belfast, Shankill Road

Kiedy w sobotni poranek na początku września docieramy do Shankill, kręci nam się w głowie od ilości brytyjskich flag. Na przestrzeni niewielkiej dzielnicy są ich tysiące. Jeżeli ktokolwiek myślał, że duma amerykańskich domostw obnosi się masą patriotycznych flag, musi przyjechać do Shankill, by zobaczyć, że Północna Irlandia prześciga ich po tysiąckroć. Ta sobota to dzień lokalnej parady. Gadżety w kolorach Wielkiej Brytanii można kupić na każdym zakręcie. Im wyżej w górę ulicy, zmierzamy, tym trudniej jest się nam przecisnąć. Na ulicy są tłumy. Mężczyźni w czarnych, skórzanych kurtkach ochoczo wlewają w siebie kufle piwa, stojąc przed pubami. Dziewczynki w pełnym makijażu, jakiego nie powstydziłaby się panna młoda, przy pierwszym spojrzeniu wydają się być o jakieś pięć lat starsze. Dopiero widok ich dziecięcych kształtów zdradza prawdziwy wiek.

Belfast, dzielnica protestancka

Uczestnicy protestanckiej parady. Przy pubie w Belfascie

Belfast, dzielnica protestancka

Na Shankill Road spotkać można przede wszystkim wielodzietne rodziny

Belfast, dzielnica protestancka

Mieszkanki protestanckiej dzielnicy Belfastu

To, co mnie absolutnie zaskakuje, to stroje pań, ubranych niemalże jak na wesele, w długich szpilach, obcisłych spódnicach z typowo weselnymi fryzurami na głowie. Czy to podniosłość okazji? Czy sama możliwość paradowania wśród sąsiadów na ulicy w odświętnym stroju wymusza takie podejście?

Co chwilę na Shankill Road podjeżdżają samochody wielosobowe, z których wysypują się całe rodziny, zwykle otyli rodzice z piątką, szóstką dzieci. Dzieciaki z nadwagą momentalnie dostają chipsy i colę.

Belfast, dzielnica protestancka

Pań w wysokich szpilkach zdecydowanie nie brakuje

Belfast, dzielnica protestancka

Patriotyzm manifestuje się nie tylko w liczbie flag, ale innych gadżetów

Belfast, dzielnica protestancka

We flagę można się też owinąć...

Dla przyjezdnego to całe przestawienie wygląda groźnie. Głośni, podpici faceci, wrzeszczące matki. Rozmair tego wydarzenia, rozmiar samych ludzi. Ku mojemu zdziwieniu, jesteśmy witane przyjaźnie. Mężczyzna w loklanym dialekcie tłumaczy nam, którędy podąża parada. Nikt nie ma nic przeciwko, kiedy robię zdjęcia.

Przyszłyśmy, żeby zobaczyć murale, bo to one w każdy dzień, zwłaszcza nieparadny, przypominają o tym, co w mieście wciąż niezabliźnione siedzi. Na Shankill Road, które słynie też z grupy Rzeźników z Shankill, który nęcali się nad schwytanymi katolikami, zanim ich ukatrupili, murale mają wyraźnie upamiętniający charakter. Wymalowane twarze zabitych podczas ulicznych walk, czarne barwy, a nad nimi wiszące brytyjskie flagi. Cześć ofiarom, cześć królowej, część tym, co walczą. Przesłanie jest szalenie czytelne i niezwykle proste.

Belfast murale

W protestanckiej dzielnicy Belfastu dużo murali jest utrzymanych w tonacji biało-czarnej

Belfast murale

Bohaterką murali jest też sama królowa

Belfast murale

Chwała tym, co zginęli i tym co bronią żyjących

Dopiero przejście na drugą stronę muru, do dzielnicy katolickiej, pokazuje nam inny rodzaj politycznego hasła. Zwolennicy republiki mają bardziej globalne podejście. Ich murale obejmują ponad narodowe hasła o prawa człowieka, łączą się z rewolucją Che Guevary i separatystycznymi tendencjami Basków. W tej dzielnicy nie ma parady. Po ulicach snuje się tylko dwóch młodzieniaszków w dresach i przybita postać w piżamie.

Zaskakuje mnie to, że murale, które są tak politycznie rażące, stoją nienaruszone ani przez władze, ani przez ich oponentów. Wolność ekspresji? Nie wiem. Co do jednego mogę mieć pewność. Murale nie są bynajmniej żadnym obrazkiem z zamkniętej przeszłości.

Belfast murale

Murale w katolickiej części Belfastu

Belfast murale

Są polityczne, ale nie ograniczają się do spraw lokalnych

Belfast murale

Podpowiadają, że wydarzenia z Irlandii Północnej wpisują się w globalną historię religijno-polityczno-etnicznych tarć.

Belfast Shankill

Są zróżnicowane, wyraziste i dobrze zrobione

Belfast murale

Porównują sytuację Irlandii Północnej do innych krajów

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...