sobota, 09 października 2010

Chinua Achebe To moje drugie podejście do Achebe, a pierwsze spotkanie z jego debiutancką książką, która przyniosła mu taki rozgłos, że chwilami można by pomyśleć, że żadnych innych nie napisał. Odkąd uznana została za "klasyczną powieść afrykańską napisaną po angielsku", wałkuje się ją na najróżniejsze sposoby zarówno w afrykańskich jak i brytyjskich szkołach. Powieść ta jednak, jeżeli tak jak ja z przekory czyta się książki Achebe w niechronologicznej kolejności, nie robi jednak już takiego wrażenia jak "Arrow of God". A to zmusza mnie do myślenia o tym, że ciągłe powracanie do nawet bardzo skomplikowanych i ważnych wątków jak starcie dwóch kultur u tego pisarza, potrafi tylko raz zelektryzować czytelnika, za drugim razem tylko łagodnie ciekawić.

W "Things Fall Apart" Achebe w losach Okonkwo -  głównego bohatera, obsesyjnie dzielącego świat na rzeczy męskie i zniewieściałe - zawiera historię Nigerii, zderzenie społeczności plemiennej z nowymi wpływami brytyjskich misji chrześcijańskich. Okonkwo ma trzy żony i dostatnie domostwo, które prowadzi twardą ręką, często uciekając się do aktów przemocy (a nawet dwukrotnie do morderstwa; zresztą brutalne wątki często pojawiają się u Achebe, czy w literaturze nigeryjskiej w ogóle).
W działającym impulsywnie bohaterze tkwi siła jednego z ukazanych światów. Nie jest to jednak wcale typowy przedstawiciel wiejskiej społeczności z tradycjami. To dość ekstremalny przypadek człowieka, którego duma i kompleksy nie pozwalają na rozważenie żadnego kompromisu. Okonkwo w swojej postawie ma coś z... Antygony i zresztą podobnie jak ona wybierze jedyne możliwe dla niego do przyjęcia wyjście - śmierć.

Achebe wplótł tragiczne losy bohatera w szerszą debatę na temat zderzenia dwóch kultur. Czy dwa światy mogą się spotkać bez chęci jednego dominowania nad drugim? W praktyce wygląda na to, że nie, ale Achebe, bynajmniej na początku tego procesu "spotkania" nie wydaje się być tak pesymistyczny. Nośnikami kultury są ludzie i to właśnie od nich zależy, czy dwa różne światy - tak jak ukazana w "Things Fall Apart" plemienna społeczność dziewięciu wiosek Nigerii i chrześcijańska struktura misyjna w brytyjskim wydaniu - bedą mogły koegzystować. Początkowo okazuje się, że tak. Mało ekspansywnie nastawieni chrześcijanie przyjmują tych, którzy z plemiennego życia zostali z jakiś powodów wykluczeni (w tym też nowonarodzone bliźnięta, które według wierzeń wioskowych guru są złym omenem i dlatego trzeba je ze społeczności usunąć, pozostawiając je na rychłą śmierć w lesie).

Achebe pokazuje, że obie kultury potrafią pokonać sprzeczności w zwyczajach  i pozwolić sobie na tolerowanie "dziwactw". Dopiero kiedy do głosu dochodzą bogowie, a raczej ci, którzy głos bogów chcą reprezentować chodzi do tragedii.

Sprawa religii, choć istotna i w tej książce, zdecydowanie silniej i efektowniej pokazana jest w "Arrow of God" i dlatego ta druga książka zrobiła na mnie większe wrażenie. Obie są jednak interesującymi i ważnymi, zapisanymi w krótkich rozdziałach, pełnych plemiennej muzyki pieśniach o ginącym świecie. Achebe śpiewa prosto i dosadnie. W "Things Fall Apart" nuci też jedną z najkrótszych i chyba najbardziej efektowych scen erotycznych.


***
Chinua Achebe, "Things Fall Apart"
Penguin Classics, London, 2001 (pierwsza publikacja 1958)
Pol. wydanie "Świat się rozpada", 1989.

 

Książka pochodzi z mojego zmniejszającego się stosu wielkiego oczekiwania.

czwartek, 07 października 2010

Ceremonia zakończenia uczelni w OksfordzieOksford ma cudowną a nawet cudotwórczą zdolność odradzania zamierzchłej przeszłości, tchnąc życie w stare rytuały, które w innych okolicznościach powinny już dawno wyginąć. Hiszpański pisarz Javier Marias, który spędził w mieście rok na stypendium, nazwał to oksfordzkim konserwowaniem się w gęstym syropie. Ja w oksfordzkim talencie nie widzę ani tej lepkiej gęstwiny, ani dusznego kiszenia. Ono wręcz stworzone jest od odtwarzania tych samych obrzędów, w które wciąż wierzy i które dzięki tej wierze przeradzają się w spektakularne ceremonie, a czasami i nawet uczelniane sakramenty.

Mocną stroną Oksfordu z pewnością nie są powitania. Przyjeżdżający często czują się totalnie zagubieni, jak zjawiają się na uczelni. Uniwersytet nie lubi się witać, woli, aby przybywający od XI wieku goście sami wtłoczyli się w jego życie, dopasowali i stali się jego częścią.

Oksford za to żegna się w wielkim stylu. Rytuał pożegnania, czyli sama uroczystość zapieczętowania zdobytego tytułu i opuszczenia uczelni, jest żyjącą od dziewięciu stuleci tradycją, żyjącą, rzecz jasna po łacinie.

Ceremonia odbywa się dwa razy w roku: latem, kiedy maszerujące w średniowiecznych strojach głowy uczelni, połyskują w słonecznych promieniach, ogrzewających na złoto też jasne kamienie uniwersyteckich budynków; a potem jesienią, jak już zwiewne czarne płaszcze mocno potrafi targać wiatr. Parada jest spektakularna i tak efektowna, że ci, co stoją z boku we współczesnych ubraniach potrafią czuć się zupełnie nie na miejscu. Pamiętam, jak nagle zrobiło mi się nieswojo, kiedy stojąc w satynowej sukience, otoczyła mnie grupa dziarsko maszerujących studentów w średniowiecznych płaszczach z powiewającymi z tyłu dwoma płatami materiału. Chciałam tak, jak oni być częścią tej pielgrzymki z przeszłości, która powracała jako oksfordzka teraźniejszość, a nie zbytecznym, współczesnym widzem.

Oksford, ceremonia wręczenia dyplomów

Absolwenci zmierzający do Sheldonian Theatre, Oksford

Oksford, ceremonia wręczenia dyplomów

Wypełniający się powoli dziedziniec Bodleian Library

Olivera ceremonia przypadła na lato. Było ciepło, słonecznie i tłoczno. XVII-wieczny budynek Sheldonian Theatre, gdzie odbywa się uroczystość, potrafi mocno nagrzewać się ludzkimi ciałami w zimę, a co dopiero w lato. Siedzieliśmy więc spoceni na wyższych piętrach sali, my, zwykli obserwatorzy, podczas gdy absolwenci ze swoimi profesorami i opiekunami zwarli się w nieprawdopodobnych szykach na dole. Każde kolegium (a Uniwersytet Oksfordzki ma ich ponad 40) miało swojego naukowego przedstawiciela, a ten pod sobą tą szczęśliwą grupkę studentów, którzy ukończyli studia. Każdy ze względu na rodzaj studiów i ich poziom ubrany był w inny strój: ci, z magisterką z nauk humianistycznych mieli kapturek z białym kożuchem, u tych z wydziału teologii kożuch zastępowała zwykła tkanina, a tamci z dyplomem pierwszego stopnia (czyli bacheloriatem) byli zupełnie bezkapurkowi.

Oksford, ceremonia wręczenia dyplomów

Pierwsze wejście

Oksford, ceremonia wręczenia dyplomów

Prezentacja studentów - po łacinie

Ceremonię otworzył wicekanclerz uczelni – jak w każdej ważnej instyucji "wice" ma przecież rozleglejszą władzę i rozmach działania od tego na samej górze – i to był pierwszy i jedyny moment, kiedy słowa wypowiadane były po angielsku. Potem górowała już tylko łacina, podczas słuchania której niejeden uśmiech pojawił mi się na twarzy i to wcale nie z powodu jakiś sentymentalnych wspominek zajęć z łacińskiego na własnym uniwersytecie (bo szczerze mówiąc nie ma naprawdę co wspominać), ale jej angielskiej wymowy, w której każde ego zyskiwało gigantyczny dyftong egoł a głoska r potrafiła zupełnie zniknąć, zmieniając testor w testooo.

W tej zangielszczonej łacinie każdy z profesorów z kolegiów przedstawiał wicekanclerzowi swoich studentów. Studenci ci oficjalnie 'błagali' (cały proces nazywa się supplication, czyli właśnie błaganie) o przyznanie im należnych tytułów. Po wygłoszeniu nazwisk na środku sali pojawili się nagle dwaj nadzorujący uroczystość (proctors), których zadaniem było wykonanie kilkuminutowego marszu, by w tym czasie ci, którzy mieli obiekcje co do któregokolwiek ze studentów mogli powstać i pociągnąć stróżów średniowieczego porządku za falujące przy szybkim kroku połacie płaszcza. Tak reagowano od XII wieku, kiedy ten zwyczaj powstwał. Taką możliwość ma każdy i dziś, choć tamtego letniego popołudnia nikt nie odważył się zakwestionować żadnego z przyznawanych tytułów.

Oksford, ceremonia wręczenia dyplomów

Maszerujący proctors - ostatnia chwila na wyrażenie sprzeciwu

Potem profesorowie prowadzili swoich studentów do wicekancelrza po rytualny uścisk dłoni i wyprowadzali ich z teatru, by wrócić za dłuższą chwilę jak dworzanie z królewskiego orszaku w przepięknie kolorowych kapotach odpowiadających zdobytym przez nich wyróżnieniom. Mieniły się zatem czerwienie i fiolety doktorów nauk humanistycznych, czarno-liliowe szaty magistrów nauk ścisłych, czerwono-czarne profile filologów-magistrów... W tej ferii kolorów przebijało złote berło wicekanclerza, który gotowy był do finalnego zadania: odebrania od każdego ze studentów przysięgi, że będą wierni uniwersyteckim zasadom i wolnościom po opuszczeniu uczelni. A każdy z podchodzących trójkami abolwentów wypowiadał sakramentalne Do fidem.

Oksford, ceremonia wręczenia dyplomów

Już oficjalnie tytułowani doktorzy nauk humanistycznych

Oksford, ceremonia wręczenia dyplomów

Finalna przysięga przed ostatecznym odejściem

A potem? Potem na zewnątrz już w dziedzińcu Bodleian Library nastąpiła eksplozja euforii. W górę strzelały czarne nakrycia głowy,  w bok kręcili się fotografowie, próbując uchwycić jak najlepsze momenty. Kiedy teść robił zdjęcia Oliverowi przyodzianemu w niemalże świętobliwą czerwień z fioletem, rozejrzałam się dookoła. Owszem dominowały uniwersyteckie kolory, ale wśród nich co rusz przebijały kolorowe indyjskie sari, jedwabne angielskie sukienki, afrykańskie turbany i francuskie garsonki. Rytuał, który przed nami się odbył, jakże angielski, jakże średniowieczny w swoim charakterze, pochłonął z połowę globu.

Oksford, ceremonia wręczenia dyplomów

Letnia ceremonia ukończenia Uniwersytetu Oksfordzkiego

***

Beacie S., która była, ale której się nie trafiło.

wtorek, 05 października 2010

Nagroda Nobla z literaturyTypowanie zwycięzców zwłaszcza w przypadku nagrody Nobla, gdzie nie wyłania się oficjalnie żadnej grupy nominowanych, jest jak wróżenie z fusów. Z ciekawości jednak przyglądam się liście tegorocznych faworytów. Do zeszłego tygodnia zakłady sportowe w Wielkiej Brytanii obstawiały szwedzkiego poetę i tłumacza Tomasa Transtromera (z którego twórczością nigdy się nie zetknęłam) na potencjalnego laureata. Dziś na parę dni  przed ogłoszeniem zwycięzcy na pierwsze miejsce tych szaleńczych spekulacji wysunął się keński pisarz Ngugi wa Thiong'o - o nim co prawa słyszałam, ale raczej w kontekście jego aktywistycznej działalności. Na drugim miejscu jest amerykański prozaik Cormac McCarthy a na trzecim Haruki Murakami. Hm...

To, co mnie jednak najbardziej zaskoczyło, to pojawienie się na tej egzotycznej liście Adama Zagajewskiego (to zresztą jedyne polskie nazwisko i pojawia się całkiem wysoko, bo na 15-stym miejscu). Lubię jego poezję, ale trudno mi ujrzeć w nim Noblistę. Osobiście wolałabym wręczyć nagrodę na przykład Barańczakowi. Co ciekawe, nasz oksfordzki przyjaciel - 70-letni brytyjski poeta już kolejny rok prorokuje Nobla dla Zagajewskiego. Cóż, John, może będziesz miał tym razem rację...

Gdybym miała typować, to pewnie postawiłabym na Milana Kunderę bądź Salmana Rushdiego... i pewnie przegrała z kretesem. A kto byłby Waszym typem? Wszak stawiać można na każdego...

Zainteresowanych odsyłam do tej pasjonującej listy pisarzy w zakładach sportowych - uwaga lista zmienia się codziennie, więc jutro już świat może wyglądać inaczej, nie wspominając już o czwartku, kiedy poznamy zwycięzcę.

Archipelag magazyn bukinistyczny drugi numerPanie, Panowie, oto się pokazał! Spieszę zatem donieść, że rozmieszczona w kilku krajach i kilkunastu miastach redakcja zakończyła właśnie pracę nad drugim numerem Archipelagu i pismo dostępne jest do pobrania w sieci z nowej strony internetowej. Zapraszam!

Jesteśmy rozsiani po świecie, ale domowe pielesze w każdym z naszych miejsc mają podobny, bukinistyczny posmak. Dlatego postanowiliśmy poświęcić drugi numer pisma tej niezawodnej kombinacji: domowego uroku i książkowej pasji. "Dom - zamieszkać w książce" to hasło przewodnie, które poprowadzi Was przez tajemnice powieściowych kamienic, szklaną wizję domowego ogniska, warszawskie, antykwariackie domy książek czy wreszcie domowe pielesze wielu znanych pisarzy (warto podejrzeć - niektóre posiadłości  wielkich pióra naprawdę robią wrażenie - jak chociażby dom Marka Twaina!).

Ja osobiście zapraszam na spacer prywatnymi tropami C. S. Lewisa. Gdyby wciąż żył, bylibyśmy niedalekimi sąsiadami, więc często zdarza mi się chodzić jego ścieżkami, odkrywająć to, co po nim pozostało w urokliwych zakamarkach oksfordzkiej dzielnicy Headington i jego posiadłości przy Shotover Hill.

W Archipelagu znajdziecie całe mnóstwo innych, niekoniecznie domowych, ale zdecydowanie bardzo książowych rozkoszy. Udanej lektury! Czekam na Wasze wrażenia. A tych, którzy chcieliby przyłączyć się do naszej wirtualnej redakcji, proszę o odzew.

ARCHIPELAG - drugi numer

niedziela, 03 października 2010

Oksfordzkie księgarniePrzyszła kolej na trzecią i pewnie ostatnią w tym roku (chyba że nagle pojawi się coś fenomenalnego) część spaceru po oksfordzkich księgarniach. Finalny odcinek poświęcam przede wszystkim księgarniom specjalistycznym i pełnym uroku niszowym sklepikom, związanym z rynkiem bukinistycznym. Zainteresowanych wędrówką po wielopoziomowej i jednej z najbardziej znanych na świecie księgarni Blackwell odsyłam do pierwszego odcinka serii, a tym, którzy lubią robić tanie zakupy - do drugiej części, poświęconej ekspansji sklepów charytatywnych i nowym fenomenie sklepików za 2 funty.


W zeszłym roku przy okazji wystawy o sztuce oprawiania książek pisałam o publikacjach Folio Society - wyrafinowanie złożonych książkach o pięknych, twardych okładkach i znakomitych ilustracjach. Żeby te cudeńka nabyć, trzeba zostać członkiem stowarzyszenia i co roku odchudzić portfel o co najmniej trzy publikacje... albo udać się do oksfordzkiego sklepiku Scriptum. Do tej pory to jedyne miejsce, w którym widziałam wydania Folio Society udostępnione do publicznej sprzedaży, może poza dosłownie dwoma sklepami charytatywnymi, gdzie pojawiły się sporadycznie pojedyncze egzemplarze. Wcale się jednak nie dziwię, że stowarzyszenie zgodziło się sprzedwać swoje wydawnicze perełki właśnie przez Scriptum. To nie tylko uroczy sklepik, ale i nawet elitarna instytucja, podtrzymująca przy życiu sztukę pisania piórem (piór wiecznych mają bez liku), kunszt kaligraficzny i artyzm epistolografii (od rozmaitości w wyborze papieru do pisania, kopert, noży do rozcinania korespondencji, bibułek i setek biurkowych ozdobników kręci się w głowie). Na pierwszym piętrze, na które wchodzi się starymi, skrzypiącymi schodami przy asyście powieści, masek (Scriptum sprowadza też weneckie, karnawałowe maski) i podpórek do książek, stoją ustawione dumnie publikacje Folio. Co ciekawe, ich ceny wcale nie są wyższe od tych, które figurują w Foliowym katalogu (kupując książkę tego wydawnictwa liczyć się musimy z wydatkiem rzędu 15-60 funtów, w zależności od publikacji). Do Scriptum warto zajrzeć nawet bez planów zakupowych, bo każde wejście to spotkanie z niezwykłym światem, które ma w sobie coś z przygody Alicji w Krainie Czarów, zwłaszcza jeżeli trafi się na dzień, kiedy obsługuje niezwykle wyrafinowany (marynarka, fular pod szyją) i posługujący się najbardziej artystokratyczną odmianą angielskiego sprzedawca.

Scriptum, sklepik z książkami i piórami wiecznymi

Oksfordzki sklepik Scriptum - świat sztuki pisania i pięknie oprawionych książek

Niedaleko od Scriptum na HighStreet mieszczą się dwa inne, ciekawe sklepy. Pierwszy - Sanders of Oxford - to miejsce, gdzie można zaszyć się na długie godziny w poszukiwaniu druków starych map i ilustracji. Sklepik jest bardzo tradycyjny i bardzo dobrze zaopatrzony. Ilustracje pochodzą zarówno ze starych traktatów, jak i XIX wiecznych książek podróżniczych. Dla poszukujących starych map i obrazków Sanders of Oxford przygotował wielkie szuflady posegregowane kontynentami i regionami. Osobną i niezwykle bogatą sekcję stanowią ilustracje związane z Wyspami Brytyjskimi. Sprzedawcy w sklepie są niezwykle uprzejmi. Przeszukiwać zbiory można na własną rękę (w sklepie spędziliśmy w zeszłym roku dwie godziny, wybierając prezent na ślub przyjaciół i przegrzebując się przez setki rycin a przez ten cały czas z twarzy sprzedawcy nie schodził uśmiech), można liczyć również na pomoc w wysuwaniu wielkich szuflad.

Sklepik z rycinami

Sanders of Oxford - cała planeta starych rycin, map i ilustracji książkowych

Parę kroków od Sanders of Oxford mieści się sklep akademickiego wydawcy Oxford University Press. Księgarnia jest pozornie niewielka. Wystarczy jednak przejść przez przednią część poświęconą głównie słownikom, wydaniom klasyków literatury i bardzo pożytecznej serii Very Short Introduction to (małych książeczek napisanych przez specjalistów i ogarniających tematycznie setki dziedzin), by znaleźć się przy schodach, które prowadzą aż trzy poziomy w dół do rozmaitych działów: od teoretycznoliterackich, muzycznych, artystycznych, po religie świata, na matematyce i informatyce skończywszy. W rogu z kolei mieści się oświetlony ciepłym światłem pokoik, gdzie znajdują się publikacje dla dzieci (wydawnictwo specjalizuje się też w seriach książeczek uczących dzieci sztuki czytania, począwszy od dwóch lat w górę).

Oxford University Press

Sklep oksfordzkiego wydawnictwa, który rozciąga się trzy piętra pod ziemią

Pięć minut drogi od sklepu Oxford University Press na rogu Broad Street mieści się wielki Waterstone's. Nie jest to ani księgarnia specjalistyczna, ani niszowa, więc wspominam ją tutaj w ramach wyjątku. Waterstone's usytuowane jest w wielkiej kamienicy z wysokimi sufitami (zresztą księgarnia ma tendencje do osadzania się w tego typu miejscach) na czterech piętrach. Na ostatnim - podobnie jak w innych sieciowych księgarniach -  znaleźć można kawiarnię (Waterstone's sparował się z siecią Costa Coffee). To, czego brakuje w tym miejscu, to porządnych krzeseł i foteli. Jeżeli chcę coś podczytać, to muszę niestety zalec na podłodze, co zwłaszcza w deszczowy dzień nie jest zbyt przyjemne. Z tego i paru innych względów wolę chodzić do Blackwell's.

Waterstone's Oksford

Gmaszysty świat książek według Waterstone's

Waterstone's Oksford

Polując na okazję

Oksford ma również dwie religijne księgarnie. Pierwsza ulokowana w centrum to St Peter's Bookshop (pod restauracją orientalną) jest na poły antykwariatem i nie ogranicza się do książek stricte chrześcijańskich. Na półkach, pomiędzy którymi jest tak ciasno, że czasami trudno się zmieścić w dwie osoby, znaleźć można sporo opracowań dotyczących judaizmu, Torę jak i zbiór pism kardynała Newmana. Inny, bo ograniczony do książek chrześcijańskich, charakter ma Christian Bookshop na St Clemens Road, która specjalizuje się też w książeczkach religijnych dla dzieci.

Christian Bookshop, Oksford

Bukinistyczny spacer po Oksfordzie zakończyć się może tylko w jednym miejscu – w największej na Wyspach bibliotece, która dostaje kopię każdej wydanej w UK książki – Bodleian Library. Stara, dobra Bodleian szczodrze dzieli się swoim zbiorami, organizując wystawy, na które wyjmuje ze swoich wnętrz prawdziwie unikatowe egzemplarze. W tej chwili trwa wystawa poświęcona pismom i życiu XVII-wiecznego naukowca Johna Aubrey, jednego z założycieli Royal Society of London, a w zapowiedziach jest już następna, brzmiąca bardzo ciekawie: Shelley's Ghost: Reshaping the Image of a Literary Family (o wcześniejszych pisałam m.in. tutaj). Ten, kto ma ochotę zobaczyć rzadkie, stare egzemplarze, koniecznie powinien wstąpić do Bodleian (wystawy są zawsze bezpłatne).

Bodleain Library wieczorem, Oksford

Bodleian Library jesiennym wieczorem

Ten spacer kończy się wieczorem, ale jeszcze nie bardzo późnym, bo w oksfordzkich bibliotekach, których są dziesiątki, jeżeli nie setki, wciąż palą się światła. I tak krążąc po wąskich uliczkach miasta, podpatruję te symetryczne układy woluminów, finezyjne kostelacje ksiąg, nieprawdopodnie przeładowane kształty biurek, nad którymi wciąż czule ślęczy niejedna dusza. Dlatego nie mówię jeszcze dobranoc, a opowieść o bibliotecznych domach książek zostawiam na inną okazję.

Oksfordzka biblioteka przy Broad Street

Biblioteka przy Broad Street

Oksford nocą

Oksfordzka alejka za New College

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...