wtorek, 23 października 2012

Serdecznie zapraszam na spotkanie z Jackiem Dehnelem we wtorek 6 listopada w księgarni Blackwell's w Oksfordzie! Poniżej plakat ze szczegółami. Do zobaczenia!

New Polish fiction in English translation at Blackwell’s, Oxford

JACEK DEHNEL
A conversation with the author, and readings from his work

Tuesday 6th Nov 2012 at 7pm
Blackwell’s Bookshop, Broad Street, Oxford
Entry £3, includes a glass of wine

Jacek Dehnel

To mark the first translation of his fiction into English, the acclaimed Polish writer, poet and painter Jacek Dehnel will be discussing his work with his translator Antonia Lloyd-Jones. Saturn (Dedalus 2012) is a fictionalised version of the personal life of the great Spanish painter Francisco Goya and his family. The novel is built around the theory that Goya’s horrific series of Black Paintings were in fact the work of his son Javier, and were Javier’s way of expressing his feelings about his father. The talk will be in English.


Antonia Lloyd-Jones, recipient of the Found in Translation Award 2009, is renowned for her translations of both Polish fiction (Jarosław Iwaszkiewicz, Paweł Huelle) and non-fiction. She will be reading from her translation of Saturn.


Ania Ready will be chairing the event.

The event is supported by the Polish Cultural Institute

wtorek, 16 października 2012

Ha, jurorzy mnie w tym roku bardzo zaskoczyli. Tegoroczna nagroda Man Booker Prize for Fiction trafiła do brytyjskiej pisarki Hilary Mantel za jej drugą część opowieści o czasach Henryka VIII i życiu Thomasa Cromwella, zatytułowaną Bring Up the Bodies. Pierwsza część trylogii Wolf Hall została zwyciężczynią nagrody w 2009 roku (fragmencik tej powieści przetłumaczyłam kiedyś tu). Zaskoczona jestem z dwóch powodów. Rzadko zdarza się, żeby nagradzano cykle. Nieczęsto pojawiają się też autorzy wyróżniani najbardziej prestiżową nagrodą w tak krótkim odstępie czasu. Gratulacje dla Hilary Mantel! W swojej przemowie przewodniczący składu sędziowskiego powiedział, że ta pisarka wnosi swoją twórczością zupełnie nową jakość do języka, co mnie bardzo cieszy. Cenię prozę Mantel. Bardzo cenię też to, że nagradza się styl, a nie fabułę czy atrakcyjny temat.

Cóż, idę jutro polować na Bring up the Bodies. Choć to był na Wyspach w tym roku zupełny hit (książka była wielbiona przez czytelników jeszcze zanim pojawiła się na Bookerowej liście), to nie zdążyłam jeszcze jej nabyć.

Poniżej kilka ujęć z ceremonii wręczenia nagrody.

(I przepraszam, że pojawiam się i znikam. Szukamy nowego domu i wygląda na to, że wkrótce czeka nas duża przeprowadzka).

Nagroda Bookera 2012 Hilary Mantel Bring up the Bodies

Booker 2012, ceremonia

Booker 2012, ceremonia

Hilary Mantel, zwyciężczyni nagrody Man Booker Prize 2012 za Bring up the Bodies

Man Booker Prize - ceremonia wręczenia nagrody dla najlepszej książki w 2012. Londyn

wtorek, 02 października 2012

Holly jest wszechstronna: pracowała jako korespondentka dla polskiego dziennika gospodarczego, potem prowadziła biuro w amerykańskiej firmie we francuskojęzycznym kantonie Szwajcarii, by wreszcie przeprowadzić się z dwójką dzieci do Paryża, gdzie nie potrafi spocząć ani na chwilę, bo opisywanie paryskiego życia kulturalnego wymaga przecież pracy od świtu do nocy! Niestrudzona, aktywna, pełna energii i pasji zatrzymuje francuską stolicę dla nas w genialnym blogu Dziennik paryski. Kocha miasto, a ja kocham z nią spacery po Paryżu, a jeszcze bardziej to, jak opowiada o teatrze, bo teatr to drugie imię Holly. Serdecznie zapraszam dziś na jej opowieść o tym, jak przeprowadziła się z Genewy do Miasta Sztuki.  

Jak to się stało, że znalazłaś się w Paryżu? Dlaczego akurat tam?

Było więc tak. Zapuszczałam już od lat głębokie korzenie w protestanckiej, ospałej Genewie, nie spodziewając się, że czekają mnie jeszcze jakiekolwiek wielkie zmiany, pocieszając się znakomitą skądinąd szwajcarską czekoladą, urokami jeziora i wieczorami przy fondue z przyjaciółmi. Aż tu nagle dzwoni pewnego dnia mąż, i pyta, czy przypadkiem nie byłabym zainteresowana wyjazdem do Paryża. On nie jest tym pomysłem jakoś szczególnie zainteresowany, bo gdzie będzie nam lepiej niż tu, prawda? Jakiś diabełek, który towarzyszy mi w życiu i za mnie często podejmuje decyzje, odezwał się i tym razem, i powiedział - a więc jedziemy! Była to najbardziej zwariowana, ale z pewnością najlepsza decyzja, jaką zdarzyło mi się podjąć w życiu.  Rezygnowałam z mojej małej stabilizacji, ale czułam instynktownie, że czeka mnie przygoda!

No i przecież nie wyjeżdżaliśmy na biegun północny. Paryż znałam z krótkich pobytów, ale czymś zupełnie innym jest krótka wizyta, a czym innym mieszkanie i praca w nowym mieście. Wszystko wydawało mi się proste, podobna kultura, ten sam język…W kilka tygodni później,  pakowałam walizki, żegnałam przyjaciół, miasto Kalwina i wyruszałam, niczym Rastignac, na podbój stolicy!

Paryż Joanny

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia, jeśli je jeszcze pamiętasz?

Przeprowadzaliśmy się w samym środku zimy, po wielkich trudach udało nam się znaleźć mieszkanie, było duże, ale kaloryfery w nim  prawie nie działały, przez szpary w oknach wiał zimny wiatr i choć miałam do dyspozycji kominek, nie bardzo wiedziałam, gdzie znaleźć drewno na opał. Korespondencję miała nam wkładać pod drzwi dozorczyni, która była żywcem wyjęta z "Lokatora" Polańskiego, gdyż w kamienicy nie było skrzynek pocztowych, ale ja miałam obsesję, że stoi pod drzwiami i podsłuchuje. Nawet sobie trudno wyobrazić, jaką władzę ma nad nami w Paryżu dozorczyni!

Przyzwyczajona do szwajcarskiej skrupulatności administracyjnej, nie mogłam też uwierzyć, że najważniejszym dokumentem w Paryżu okazał się rachunek za światło, tylko na jego podstawie można było na przykład otworzyć konto w banku czy też zapisać dziecko do szkoły. Ale dom był magiczny. Na drzwiach mieszkań ujrzałam przyklejone mezuzy, moimi sąsiadami byli ortodoksyjni Żydzi i w piątkowe wieczory spotykali się całymi rodzinami, aby wspólnie obchodzić Szabat, głośno do późna w nocy ucztując i śpiewając.  Czułam się jakbym była na "Austerii".

W te mroźne, styczniowe dni, Paryż jawił mi się jak miasto z bajki. Zachwycały zamarznięte fontanny w Ogrodzie Tuleryjskim, tłumy na podgrzewanych gazem tarasach kawiarń, półżywe kraby, ostrygi i małże na targu Poncelet i bukiniści, którzy mimo mrozu otwierali swoje zielone kramiki nad brzegiem Sekwany. Od pierwszego właściwie dnia miasto mnie uwiodło, rozkochało w sobie, całkowicie pochłonęło. 

Paryż Joanny

Jak Ci się dziś mieszka w Paryżu?

Jest Paryż i Paryżanie. Najpierw może o samych Paryżanach, którzy nie zawsze są łatwi we współżyciu. Przyjechałam z Genewy, w której ludzie się sobie kłaniają, są wobec siebie z reguły życzliwi i sympatyczni, obowiązuje kurtuazja i nikomu się nigdzie nie spieszy, uśmiechałam się więc na początku naturalnie do ludzi i miałam wrażenie, że biorą mnie za osobę chorą psychicznie. Tego tu się nie robi! Obowiązują pewne kody. Na przykład, nigdy nikomu na ulicy nie wolno patrzeć prosto w oczy, nie odpowiadać na pytania osób nieznajomych i starać się robić jak najbardziej ponure miny w metrze. Tego musiałam się nauczyć, ale chyba już dziś idzie mi to nieźle…Jedynie, gdy wpadam na dzień-dwa do Genewy, to jestem zaskoczona, gdy po wejściu do budynku zupełnie obce osoby mówią mi "dzień dobry", a autobus zatrzymuje się w połowie przystanku, żeby ktoś mógł z niego wysiąść.

Innym problemem jest język. We francuskojęzycznej Szwajcarii trudno sobie nawet wyobrazić, aby ktoś nas zapytał skąd pochodzi nasz akcent. W kraju wielojęzycznym, jakim jest Szwajcaria, z dziesiątkami akcentów i dialektów, w którym każdy mówi tak jak potrafi, akcent jest czymś całkowicie naturalnym, nie wypada zwracać na niego uwagi. Ale w Paryżu jest inaczej. Poziom języka sytuuje nas w hierarchii społecznej, akcent - dyskwalifikuje. Mało tu tolerancji dla inności.

A miasto, i mogę to powiedzieć z pełnym przekonaniem, całkowicie nas przeobraża. Stajemy się bardziej wrażliwi, chłonni, otwarci na nowe zjawiska w każdej dziedzinie kultury. Może już samo przebywanie wśród pięknej architektury, po prostu życie w tym największym na świecie muzeum pod gołym niebem, prowadzi do rodzaju metamorfozy, a może po prostu jesteśmy tak stymulowani, że bezwolnie tej przemianie ulegamy?

Dla pasjonata historii takiego jak ja, mieszkanie w Paryżu to również codzienne zdzieranie kolejnych warstw przeszłości miasta. Każdy budynek, pałac, hotel to przecież kilka wieków dziejów. Ponadto Paryż ma jakąś niebywałą wewnętrzną energię. Zadziwiają mnie niezwykle oryginalne inicjatywy ludzi, takie chociażby jak ostatnio zorganizowane targi książki na samym szczycie wieży Montparnasse. W mieście pracują tysięce artystów, których pracownie rozlokowane są we wszystkich dzielnicach. Dni ich otwarcia dla publiczności to prawdziwe święto. Muszę się przyznać, że nie wyobrażam sobie, iż kiedyś będę musiała stąd wyjechać i powrócić do mojej genewskiej oazy spokoju.

Paryż Joanny

Co cię najbardziej zaskoczyło, wywołało zdziwienie czy też rozczarowało?

Intensywność życia kulturalnego. Ilość organizowanych imprez, tłumy w księgarniach, w kinach, na wystawach sztuki i w teatrach. To powoduje również, że czuję się tu jak ryba w wodzie. Gdy kiedyś wychodziłam o szóstej rano z Grand Palais, z czynnej przez ostatnie trzy doby non-stop retrospektywy Moneta, przed wejściem stał już spory tłum ludzi, ale nie emerytów, ale podążających do pracy kobiet i mężczyzn. Społeczeństwo francuskie jest  znakomicie wykształcone, laickie, oczytane, chłonie bez umiaru wszystko, co oferuje mu miasto. Może kultura  zastąpiła tu kościół? Francja jest przecież państwem głęboko laickim. Rewolucja przeorała umysły i to się czuje. Wysoki jest też poziom intelektualny prasy i debatowania francuskiej inteligencji. Udział w kulturze nobilituje. Kwitną wydawnictwa a dzieci i młodzież czytają, nie trzeba ich do tego namawiać i mają nawet swój własny salon książki. Szkoła jest na znakomitym poziomie, stymuluje i rozwija. I cenię to, że Francuzi nie oszczędzają na kulturze i nie szaleją na punkcie dorabiania się - wolą pracować mniej, 35 godzin i mieć więcej czasu na chociażby czytanie. Nie czuję tu takiego pędu do posiadania, jaki jest u nas.  Nie ma tu też obsesji na punkcie pracy.

Zaskoczył mnie też francuski system państwa opiekuńczego, w porównaniu z którym, Szwajcaria jest bardzo kapitalistyczna i liberalna.

Co mnie najbardziej rozczarowało? Może bardzo słaby wysiłek na rzecz integrowania cudzoziemców i obywateli francuskich o innym języku, kolorze skóry czy kulturze. Wyrzucanie ich na margines, do przedmieść. Szwajcarzy radzą sobie z tym lepiej.

Czy są jakieś książki o Paryżu, które zechciałabyś polecić?

Czytam sporo książek związanych z Paryżem, ale nie są one tłumaczone na polski, a więc może skorzystam z okazji, aby zasugerować lekturę literatury francuskiej i eseistyki w tłumaczeniu przesiąkniętego tym miastem i kulturą francuską Władysława Boya-Żeleńskiego. Jego tłumaczenia powieści Zoli, Hugo czy Stendhala są po prostu majstersztykiem, ale polecam również eseje. A z bardziej współczesnych, może "Paryskie pasaże" Krzysztofa Rutkowskiego? Jeśli ktoś będzie miał okazję, to radziłabym również zajrzeć do albumów fotograficznych poświęconych Paryżowi takich artystów jak Doisneau, Bresson czy Brassaï, one też pomogą nam odsłonić sekrety miasta.


Paryż Joanny

Wszystkie zdjęcia są zrobione przez Holly.

***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki:

Invitada w Edynburgu

Kasia Hordyniec w Donegalu

Stuffed mice w Buenos Aires

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie

 

poniedziałek, 01 października 2012

Alan Hollinghurst Obce dziecko"The Stranger’s Child" Alana Hollinghursta była poważnym kandydatem do nagrody Bookera w zeszłym roku, pomimo tego że nie znalazła się w ścisłym gronie finalistów, za co zresztą oberwało się zeszłorocznym sędziom. Moim zdaniem słusznie. Książka jest bardzo dobra i staroświecko opasła (ponad 600 stron), a do tego niebezpiecznie angielska. Ma zblazowanego arystokratę za bohatera, historię upadłego dworu, tajemnice męskich związków i sporo, sporo poezji. Zainteresowanych powieścią odsyłam do recenzji, którą opublikował właśnie Dwutygodnik.

Książka dostępna jest już po polsku (gratuluję tłumaczce, to musiało być nie lada wyzwanie!), a krajowy wydawca świetnie dobrał do niej okładkę. Cieszy mnie to, że to już kolejna powieść Hollinghursta, która pojawiła się w polskim przekładzie. Mam wrażenie, że to wciąż pisarz mało znany i mało odkryty, pomimo tego, że należy do ścisłej czołówki brytyjskich prozaików. Myślę, że nieco przeszkadza mu łatka "pisarza gejowskiego", którą dostał po tym, jak jego "Linia piękna" otrzymała nagrodę Bookera. OK, książka opowiada o londyńskim środowisku gejów, a pisarz otwarcie mówi o swojej orientacji seksualnej, ale to wcale nie znaczy, że lektura kierowana jest do zawężonego odbiorcy a walory książki sprowadzają się do odważnych wyznań, bo tak właśnie nie jest.

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...