poniedziałek, 27 maja 2013

Bez Was nas by tu nie było. Od tygodnia Bela próbuje swoich sił na pierwszym w życiu turnusie rehabilitacyjnym w znakomitym ośrodku Zabajka w północno-zachodniej Polsce i radzi sobie naprawdę dobrze. Codziennie ma po 8-10 zajęć, w tym sesje na koniu, którego mam przywilej prowadzić i który już przestał spychać mnie na ścianę :) Jestem pod wielkim wrażeniem ośrodka, a przede wszystkim jego terapeutów - są profesjonalni, pomysłowi i mają tyle ciepła i cierpliwości do dzieci, że chylę przed nimi czoła.

Bela jest tu szczęśliwa, a my razem z nią. Patrząc na nią, jak sobie radzi i jak znajduje sposoby na to, żeby przezwyciężyć słabości swojego ciała, wzruszam się po kilka razy na dzień. Piękne...

Dziękuję serdecznie wszystkim Wam, którzy wspomogli nasz wyjazd do Zabajki. Dziękuję za Wasze darowizny, za 1% Waszego podatku, za to, że umieściliście bannerek Beli na swoim blogu, za ciepłe słowa i za to, że nas motywujecie do dalszego działania. Jesteście nieocenieni!

Chciałabym szczególnie podziękować kilku osobom: Katarzynie Dudzie-Biernat i Robertowi Biernat z Siewierza, Małgorzacie Bączkiewicz z Wrześni, Andrzejowi Wiejakowi z Krakowa oraz Zofii Jurczak-Kopocińskiej, siostrze Bożence i Kamilowi, mamie oraz teściowej, bo Wy wszyscy pomogliście nam niezwykle w tym, żebyśmy bezpiecznie znaleźli się w Zabajce. Jestem Wam za to bardzo, bardzo wdzięczna.

Bela na turnusie rehabilitacyjnym

Bela cierpliwie ćwiczy rękę

Bela stoi

Bela stoi w pająku, a pomaga jej w tym nasza Ania

Tagi: Bela
23:46, maga-mara , własny pokój
Link Komentarze (9) »
wtorek, 23 kwietnia 2013

Uroki czytania: rodzina w cukierni

Udanych obchodów Światowego Dnia Książki! Mam nadzieję, że zaplanowaliście dla siebie coś miłego - jakieś szczególne zakupy? :)

niedziela, 21 kwietnia 2013

Oto cała, szanowna dwudziestka:

World Book Night 2013

To specjalne wydanie książki Gombricha zawiera z tyłu fragment "A Little History of Philosophy" Nigela Warburtona, bo ta publikacja nie powstałaby, gdyby "A Little History of the World" nie doczekała się nigdy wydania (na co początkowo się zapowiadało). Fragment tej publikacji specjalnie dla World Book Night wybrała wnuczka Gombricha - Leonie.

Większa część ze sfotografowanych książek powędruje do mniej lub bardziej przypadkowych szczęśliwców już w ten wtorek, podczas World Book Night. Książki będę rozdawać w Londynie, najpewniej w północno-wschodniej części (celuję w okolice Dalston, dzielnicy turecko-kurdyjsko-wietnamsko-polskiej), bo we wtorkowych planach mamy z siostrą małe zakupy na Ridley Market, gdzie można m.in. nabyć najlepsze na świecie indyjskie, żółte mango :)

Pozostałe książki trafią do tych z Was, którzy wcześniej się do mnie zgłosili. Nie mam jeszcze wszystkich Waszych adresów, więc proszę prześlijcie.

W tym roku nie będę uczestniczyć w wieczornej gali promującej World Book Night, bo będziemy w Londynie z dwójką małych dzieci, a wieczorem ktoś będzie czekał na nas z kolacją :)

Wszystkim wybierającym się życzę udanej zabawy, a tym, co zostają w domu wielu przyjemności z czytania (przyjemności zbliżonej do tej ze zdjęcia):

Uroki czytania z gazetą w kioski

Ps. Oto mapka z miejscami, gdzie zaplanowano obchody Wielkiej Nocy.

środa, 10 kwietnia 2013

Dom Agthaty ChristieNa początek to, co wiadomo.

Urodziła się w nadmorskim miasteczku Torquay w malowniczym, angielskim hrabstwie Devon, choć nie była Angielką pełnej krwi. Jej ojciec był Amerykaninem, w dodatku bogatym, więc rodzinie wiodło się dobrze. Agatha powie później, że dzieciństwo miała bardzo szczęśliwe. Szczęśliwe aż do śmierci ojca.

Od małego dużo czytała. Potem z pasją zajęła się pisaniem. Popełniła kilkadziesiąt powieści kryminalnych i kilkanaście zbiorów opowiadań pod nazwiskiem Christie i 6 romansów jako Mary Westmacott.

Christie to nazwisko męża, pierwszego, tego, którego poznała podczas I wojny światowej i który potem zdradzał ją z niejaką Nancy. Sprawa była jawna. Archie chciał rozwodu, ale czy chciała go Agatha? Czy o to pokłócili się pamiętnego 3 grudnia 1926 roku? Najpewniej. Archie pojechał wtedy spędzić weekend z kochanką a Agatha po prostu zniknęła. Szukano jej przez 10 dni, do poszukiwań włączyło się ok. 15 tys. wolontariuszy, w tym sam Arthur Conan Doyle, który postanowił zaangażować w sprawę jasnowidza. Na marne. Agatha znalazła się tak tajemniczo, jak zaginęła. Choć sprawnie, precyzyjnie i po mistrzowsku pozwalała swoim bohaterom rozwiązywać zagadki nagłych zniknięć i skomplikowanych morderstw, sama nigdy nie chciała odkryć własnej historii. Osobiste relacje były zbyt bolesne. Rozwód, którego może chciała uniknąć, jednak się wydarzył, ale dopiero dwa lata po zaginięciu. A potem... a potem był drugi ślub.

Archeologa Maxa Mallowana, 14 lat od siebie młodszego, poznała podczas jednej z wypraw wykopaliskowych. Pobrali się w 1930 roku i z tego, co czytam, wynika, że byli szczęśliwą parą. Wtedy akcja jej książek zaczęła przenosić się do Bliskiego Wschodu, gdzie do pracy wyjeżdżał Max, a z nim Agatha. Byli razem w Turcji, Iraku, Egipcie. Zapewne dobrze pamiętacie powieści osadzone w tych rejonach.

Mieli osiem domów. Agatha musiała tęsknić za Devonem, bo tam znaleźli dla siebie wakacyjną rezydencję (teraz dom można zwiedzać, bo dzięki National Trust jest publicznie udostępniony). Mieli też dom w Londynie, bo Max został profesorem archeologii na stołecznym uniwersytecie. Ich stałą rezydencją była jednak przede wszystkim  willa, oddalona od metropolii, zgiełku i pośpiechu. Willa w miasteczku pod Oksfordem.

Dom Agthaty Christie

Winterbrook House, dom Agathy Christie pod Oksfordem

Dom Agthaty Christie

 Willa ma status historycznego budynku, w którym nie można nic zmienić bez pozwolenia kustosza

 

To, co trudno znaleźć

Szukali domu w spokojnej części hrabstwa Oxfordshire. Nadarzyła się okazja. Historyczna willa klasy Grade II we wsi Winterbrook, zaraz pod Wallingford, jakieś 10 mil od Oksfordu. Teraz wieś jest częścią tego 900-letniego miasteczka. Mogę sobie wyobrazić to, że dom musiał dla Agathy stanowić oazę spokoju, miejsce do pisania powieści, bazę do urokliwych spacerów wzdłuż Tamizy, bazę niepozbawioną wygody i bliskości samowystarczalnego, przepięknego miasteczka. Winterbrook House był osłoną dla prywatności tej dobrze rozpoznawalnej pary i kryjówką przed wielką sławą.

Christie zmarła w 1976 roku, ale jej dom pozostawał nie do odnalezienia dla rzeszy fanów, aż do bardzo niedawna, kiedy na jednej z jego ścian zamontowano niebieską tabliczkę z informacją o jego byłych właścicielach. Ci, co mieszkają teraz w willi (prawnik z żoną i dwójką dzieci), nie mieli pojęcia, gdzie się wprowadzali.

Żeby jednak trafić do Winterbrook House, trzeba mieć w sobie coś z uporu detektywa-amatora. Google jest niepomocne w odszukaniu dom, bo po wpisaniu jego nazwy i imienia autorki odsyła nas do muzeum w miasteczku Wallingford, gdzie jest specjalna wystawa poświęcona pisarce. A Google'owa zmyłka czyni całą wyprawę jeszcze bardziej ekscytującą. Tym bardziej, że zawiera też mylące tropy odsyłające do innej pobliskiej wioski - Cholsey - ale tam domu Agathy i Maxa nie ma. Tam tylko leży ona, pochowana w miejscu, które sama dla siebie wybrała.

Poruszanie się po Wallingford autem to urocze zajęcie. Większość ulic w samym centrum jest jednokierunkowa bądź jednopasmowa i dwukierunkowa, co wymaga od kierowców nienapotkanej przeze mnie nigdzie indziej kurtuzacji w prowadzeniu samochodu. Wjeżdżając w wąziuteńką uliczkę, która z założenia jest dwupasmowa i na której nie mam pierwszeństwa, byłam przekonana, że to koniec wyprawy, bo zgodnie z narzuconymi zasadami ruchu mogłam spokojnie spędzić całe popołudnie, czekając na moją kolej. Tymczasem szybko przekonałam się, że mieszkańcy Wallingford z gracją potrafią ustąpić pierszeństwa, nakłonić do odkrywania miasta i przede wszystkim bardzo chętnie udzielić odpowiedzi na pytania. Byłam absolutnie zachwycona, jak babeczka w sklepie wyjaśniła mi dokładnie, jak dojść do domu pisarki, a potem, kiedy przedzieraliśmy się do Winterbrook w lodowatym deszczu siekającym nam po twarzach, auta zatrzymywały się, żeby umożliwić nam przejście przez ulicę z podwójnym wózkiem, zanim jeszcze zdążyliśmy postanowić o tym, że przechodzimy.

Wallingford

Jedna z uliczek Wallingford, stary sklepik z kawami i herbatami ma zółty szyld

Wallingford

Ręczne wyroby

Szliśmy zatem z centrum prosto na południe, przeszliśmy mały strumyk, oczywiście Winterbrook i znaleźliśmy się w dzielnicy pisarki. Wtedy wystarczyło podążać dalej prosto, mijając piękne wille, większość z nich miała imię strumyka w swojej nazwie, aż doszliśmy do białych drzwi. A potem zamajaczyła w deszczowym tle niebieska tablica. Winterbrook House pozostał chyba w ogóle niezmieniony od czasu Agathy i Maxa. Może żywopłot jest wyższy? Wyglądało na to, że prawnika z rodziną nie było w domu. Furtka kołysana wiatrem niebezpiecznie zapraszała do środka, ale na przyjście z nieproszoną wizytą do wielkiego domu na konserwatywnym (i trzeba dodać sympatycznym) południu hrabstwa nie miałam jakoś odwagi. Obejrzeliśmy dom, który podobno Christie do pewnego stopnia odtwarza w opowieściach o Miss Marple (muszę to sprawdzić) i postanowiliśmy wrócić z powrotem do centrum Wallingford. Jak mówią mieszkańcy miasteczka, wiele sklepów, których właściciele obsługiwali Agathę, wciąż istnieje. Nie zdążyłam dowiedzieć się, które to są dokładnie, ale nie zdziwiłabym się, gdyby maleńki sklepik z herbatami i kawami świata był jednym z nich (a zakupienie tam świeżo zmielonej kawy gorąco polecam). Zresztą czy to istotne które?

Wallingford

Księgarnia w Wallingford wciąż przyjmuje tzw. book tokens - vouchery na zakup książek, a mnie się wydawało, że one dawno odeszły do lamusa.

Wystarczy zacząć sobie wyobrażać: Agatha wychodzi porankiem ze swojej willowej kryjówki odziana w grubszy jesienny płaszcz i angielskie kalosze. Idzie na spacer wzdłuż strumienia, potem dalej nad Tamizę, następnie wraca i siada w gabinecie do pisania. Po paru godzinach udaje się do miasteczka, spotyka po drodze dwóch znajomych. Kupuje kawę i cygara. Kawę dla siebie, cygara dla Maxa, bo choć mąż stara się bardzo przekonać żonę do palenia, tej zupełnie to nie podchodzi. Podobnie z winem. Nieprzekonana Agatha będzie w restauracjach zamawiać zwykle wodę do obiadu. Ja idę w ślady Agathy, bo tego dnia prowadzę. A wszystkim strapionym poszukiwaniami odwiedzającym bardzo polecam klimatyczną knajpkę The Old Post Office.

Wallingford kapelusze

Stary sklep z kapeluszami

Wallingford

Przestroga dla przyjezdnych z kontynentu: przechodząc przez ulicę, patrz w lewo :)

niedziela, 31 marca 2013

Świąteczna niespodzianka. Dziś w serii "Przeprowadzki" pojawia się gość specjalny: świetna komentatorka włoskiego życia, znakomity fotograf, pasjonatka sztuki, miłośniczka kina i wytrwała blogerka, czyli Latająca Pyza we własnej osobie. Magda opowie dziś o tym, jak zamieszkała we włoskiej stolicy mody i co sądzi o przyzwyczajeniach mieszkańców swojej nowej ojczyzny. A ja dałabym wiele, żeby zobaczyć, jak gestykuluje w stylu Roberta Begniniego...

Jak to się stało, że znalazłaś w Mediolanie? Dlaczego akurat tam?

Mediolan to wielki przypadek, rezultat zbiegów okoliczności doprawionych strzałą amora. Przypadek, który od sześciu lat jest moją codziennością. Nigdy nie planowałam mieszkania we Włoszech, ale prawdopodobnie, jeżeli którekolwiek z włoskich miast mogło mnie do siebie przekonać, to właśnie Mediolan.

Mediolan

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Pierwsze wrażenia pamiętam dziś dość mgliście. Był sierpień, miasto jak zawsze wakacyjną porą było wyludnione, panował charakterystyczny dla Mediolanu parny upał, do którego do dziś się nie przyzwyczaiłam. Wszystko było inne, nowe, inaczej pachniało. Nie umiałam obsłużyć moki, aby przygotować poranną kawę, dostawałam ataków śmiechu na widok nie kończących się regałów z makaronem w supermarketach, byłam dumna jak paw, kiedy po raz pierwszy odważyłam się kupić sama bilet tramwajowy, mówiąc un biglietto per favore!. Potyczki językowe to była moja codzienność, do dziś opowiadam wszystkim anegdotkę o minie mechanika, do którego przyjechałam z przebitą oponą samochodową, pytając czy mogę ją zmienić u niego, ale mieszając gomma (opona) z gonna (spódnica).

Długo trwało zanim weszła mi w krew la vita milanese. Dziś nie wyobrażam sobie nie wypić małego espresso po obiedzie, wieczornego aperitivo bez mojego ulubionego coctailu Americano na bazie pochodzącego właśnie z Mediolanu Campari czy oglądania niedubbingowanych filmów w kinie. Całuję się na powitanie w policzki dwa, a nie, jak w Polsce, trzy razy, na koniec rozmowy telefonicznej powtarzam milion razy ciao ciao ciao ciao ciao ciao ciao ciao ciao ciao i gestykuluję nie gorzej niż Roberto Begnini.

Mediolan

Mediolan

Jak Ci się teraz tam mieszka? Jak traktujesz miasto i same Włochy?

Kiedy wracam do Mediolanu, wracam do domu. Lubię jego włoskość i europejskość równocześnie. Włoskość to charakterystyczne dla Mediolanu żółte ściany budynków i zielone okiennice. Jakkolwiek absurdalnie to zabrzmi, to również lokalny patriotyzm mieszkańców, ich  przywiązanie do mediolańskiego dialektu i kuchni. Włoskość to wszechobecna architektura i sztuka, to szacunek do tradycji i poczucie dziedzictwa. Europejski Mediolan to międzynarodowe centrum designu, mody i finansów pełne najsłynniejszych architektów, projektantów mody, ale też podróżujących wte i wewte  businessmenów i turystów. To pomarańczowe rowery bikesharing, darmowe punkty wi fi w całym mieście, restauracje z gwiazdkami Michelin i ekskluzywne sklepy. Mediolan to taki ambitny Włoch, trochę snobistyczny i wywyższający się, ale w gruncie rzeczy prosty i zabawny, lubiący dobrze zjeść i bawić się do rana. Wszystko zależy od tego, w której części miasta go spotkacie.  

Mediolan

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Dziś wiele rzeczy stało się dla mnie oczywistością, ale na początku nie przestawałam się dziwić włoskim przyzwyczajeniom. Do dziś jednym z ulubionych tematów do rozmów między Włochami i obcokrajowcami, którzy od dawna tu mieszkaja jest nabijanie się z włoskich przyzwyczajeń.  Nasz ulubiony temat to obsesja Włochów na punkcie jedzenia, a przede wszystkim jego trawienia. Te wszystkie zasady: nie wolno pić cappuccino po posiłku, broń boże dodawać parmezanu do makaronu z rybnym sosem czy zakaz wchodzenia do wody zaraz po spożyciu posiłku ciągle nas śmieszą. I to, że w czasie posiłków rozmawiają zawsze o jedzeniu!

Włosi to naród hipochodryków, który nękają dziwne, nigdzie indziej niespotykane choroby powodowane zimnem, wiatrem czy połączeniem pewnych składników jedzenia. To też ciągle naród mamisynków, którzy opuszczając rodzinne gniazdko w wieku trzydziestu paru lat, często nie potrafią obsługiwać nawet pralki. Inne ciekawostki? Mania skracania imion na przykładu Francesco to Fra, Irene to Ire, Elena to Ele a Alessandro to Ale. Albo sposób literowania nazwisk, z którym do dziś mam problemy: jeżeli nazywasz się, dajmy na to, Rossi to literując nazwisko mówisz: Roma, Olbia, Savona, Savona, Ischia. Biedna ja, która nazwisko mam długie i pełne liter mało używanych we włoskim.

Mediolan

Największe rozczarowania? Mediolan to nie słoneczna Italia z widokówek! Latem jest tu upalnie, ale znacznie częściej bywa szaro i pochmurno, a zimą najgorsze są przygnębiające mgły, które potrafią wisieć nad miastem całymi dniami. Legendarne zakupy w stolicy mody? Owszem, jeżeli stać was na luksusowe marki. Sklepów na przeciętną kieszeń jest tyle, ile w innych wielkich miastach i choć  i tu znajdziecie małe, fantastyczne butiki, to przekonana jestem, że nieporównywalnie większy wybór jest w Paryżu, Nowym Jorku czy Tokio.

Mediolan

I na koniec jakie książki o Włoszech, które zrobiły na Tobie duże wrażenie (fiction/non-fiction), poleciłabyś czytelnikom?

Jeżeli chcecie poznać prawdziwe Włochy, to koniecznie zanurzcie się w świat Andrei Camilleri i od razu zamówcie bilet lotniczy na Sycylię. Nie oprzecie się jego opowieściom o włoskich smakach i zapachach. A z drugiej strony pozycja obowiązkowa to "Gomorra" Roberto Saviano, powieść niestety non fiction o prawdziwym obliczu włoskiej polityki i interesów.

A kinomanom, którzy chcieliby zobaczyć współczesny Mediolan polecam "Jestem miłością" - Luca Guadagnino , film molto milanese.

Mediolan

Wszystkie zdjęcia są autorstwa Magdy, aka Latającej Pyzy.


***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki:

Katasia w Cannes

Dabarai w Londynie

Holly w Paryżu

Invitada w Edynburgu

Kasia Hordyniec w Donegalu

Stuffed mice w Buenos Aires

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie

sobota, 30 marca 2013

W zeszłym roku wiele osób poruszły wyniki badania wykonanego przez brytyjski National Literacy Trust, które ujawniło, że jedno na sześcioro uczniów czuje się niezręcznie, czytając książkę wśród innych dzieci. Najbardziej martwi małych respondentów to, że mogą być postrzegani w szkole jako kujoni. Po publikacji badania w prasie pojawiło się sporo artykułów na temat tego, jak źle wypada Wielka Brytania w dziecięcych statystykach czytania, jak niewiele młodych osób czyta w wolnym czasie i jak fatalnie rząd prowadzi programy doskonalenia umiejętności pisania i czytania wśród najmłodszych. Trudno mi się odnieść do tych komentarzy, bo nie udało mi się znaleźć żadnych statystyk, które by porównywały stan czytelnictwa wśród dzieci w krajach europejskich. Jedyną porównywalną miarką jest poprzednie badanie National Literacy Trust, a to wskazuje tyle, że w 2005 roku 38% uczniów czytało w wolnym czasie, podczas gdy w 2011 było ich 30,8%. Tylko czy to już powód do wielkiego zmartwienia?

Wracam jednak do tytułu cyklu, czyli uroków czytania. W dzisiejszym (marcowym) odcinku dwa zdjęcia. Więcej fotografii można znaleźć na stronie FB Tygla.

Jednocześnie tym, którzy świętują życzę wspaniałej Wielkanocy, a tym, którzy nie, udanej przerwy świątecznej!

Talenka czyta

Pierwsze kroki: Talenka z włoską książeczką o zwierzakach podróżujących autobusem

Czytająca dziewczynka

Zaczytana. Dziewczynka idąca jedną z głównych ulic Barcelony



***Inne zdjęcia z tego cyklu:

czytanie w wanie

bez domu i z książką

niedziela, 24 marca 2013

W tym roku było inaczej. Festiwal był prawdziwym wydarzeniem. Byli wielcy, znani i kochani, kilka znaczących książek miało swoją przedpremierę, w tym najnowsza powieść Juliana Barnesa (!). Oksford podzielił się z organizatorem (The Sunday Times) swoimi najlepszymi wnętrzami, program był przebogaty, ceny spotkań (tutaj akurat bez zmian) wysokie. Tylko pogody zabrakło, więc nikt tak jak w latach poprzednich nie mógł wylegiwać się z książką na łąkach uniwersyteckich. Dużo się działo, ale tylko w pomieszczeniach. Na zewnątrz ciął śnieg.

Byłam tylko na paru spotkaniach, bo dzieci, dzieci, a do tego jeszcze przytrafiła mi się krótka wyprawa do Polski, ale za to oba wydarzenia były po prostu świetne.

Julian Barnes Oxford Literary Festival

Julian Barnes z krytykiem Hermione Lee. Rozmawiali o pisaniu powieści, barnesowych obsesjach i o jego najnowszej książce "Levels of Life"

Oxford Literary Festival

W tle kolejka po książki Barnesa, niestety pisarz nic po spotkaniu nie podpisywał. Z przodu jeden z uczestników spotkania wyleguje się z książką na krześle, za które trzeba było zapłacić 50 funtów, jeżeli chciało się z tego rzędu oglądać Barnesa.

Oxford Literary Festival książki

Festiwalowi bohaterowie

Oxford Literary Festival książki

I jeszcze więcej bohaterów

Andrei Makine, Michail Sziszkin, Oliver Ready,

Spotkanie z rosyjskimi pisarzami. Andrei Makine ze swoją tłumaczką, Michaił Szyszkin i prowadzący Oliver Ready

Andrei Makine z czytelnikiem

Andrei Makine z czytelnikiem

Oxford Literary Festival

Michaił Szyszkin z fanami

Oxford Literary Festival

Autografy, autografy, każdy chce, ale nikt się nie pcha

Oxford Literary Festival

Jedno z wnętrz festiwalu

Oxford Literary Festival

Wierny czytelnik

Julian Barnes Levels of Life

I na koniec moja nowa zdobycz. Podpisana :) Julian Barnes 'Levels of Life". Oficjalnie wychodzi dopiero 4 kwietnia :)

poniedziałek, 18 marca 2013

Kochana Czara natchnęła mnie pomysłem po opublikowaniu wzruszającej notki.

Najpierw wspomnienie.

Pamiętam taką chwilę. Wychodzę wieczorem ze szpitala po całym dniu spędzonym u Beli. Bela ma wtedy zaledwie jakieś dwa tygodnie. To jest ten nieszczęsny czas, kiedy lekarze wałkują z nami szczegóły jej obrazu magnetycznego mózgu, niedługo po tym, jak proponowali nam, żeby odłączyć ją od respiratora. Wychodzę i mówię sobie: dobra lekarzyki, o mnie się nie martwcie, ja dam sobie radę. I spokojnie daję. Przez następne półtora roku.

Najtrudniejszą rzeczą jest proszenie kogoś o pomoc. Bo jestem jej mamą i obiecałam dać sobie radę. Bo każdy apel jest publicznym wołaniem. Bo nagle z bycia rodziną stajemy się bohaterami smutnej historii.

Bela szybko rośnie i zaczyna potrzebować znacznie więcej niż jestem w stanie jej dać. Skomplikowana rehabilitacja, brak snu, poszukiwanie nowych kuracji - to wszystko może starczyć na drugie, alternatywne życie, ale tego nie sposób rozłączyć, bo to cząstka mojego.

Tydzień czasu zajęło mi napisanie prostej historii Beli, by stworzyć jej stronę na serwisie Justgiving.com, kiedy przestało starczać nam na jej zajęcia i terapie. Literki drżały na ekranie, znikały, by w końcu ułożyć się w krótką opowieść, która musiała jeszcze kilka dni przeleżeć, zanim została opublikowana. Strona powstała, a ja pokonałam w sobie matkę z żelaza. Nauczyłam się większej pokory.

Prawie że rok później przez miesiąc tworzyłam stronę domową Beli. Wiłam się i skręcałam. Pomogła mi Bela. Popatrzałam na nią, jak z przyjemnością fika sobie na podłodze, jak potem mina jej rzednie, kiedy wsadzam ją do samochodu, by z mieszanymi uczuciami uczestniczyć w zajęciach fizjoterapeutycznych. Pomyślałam: opowiedz o tym sama, ja Ci pomogę. I zaczęłam pisać, nie o sobie, ale o Beli i jej świecie. I wtedy zrozumiałam, że moimi apelami nie pokazuję swojej bezsilności, ale odporność Beli, która zdecydowała, że będzie, że zostanie silna.

A każde Wasze dobre słowo pomaga nam w nieprawdopodobny sposób. Dodaje nam siły.

Czara napisała o nas, o Beli. Podsunęła mi pomysł z banerkami, którymi możemy się dzielić na blogach i dzięki którym możemy powiększyć grupę jej przyjaciół i darczyńców. Dziękuję Ci, Czaro! Oto banerki w różnych rozmiarach, możecie je  umieścić u siebie, np. w bocznej szpalcie. Pomożecie nam tym niesłychanie. Stokrotnie dziękuję!!!

 

Pomóż małej Beli!

Bannerek Beli

Bannerek: 250pxl

Bannerek Beli

Bannerek: 200pxl 

Bannerek Beli

Bannerek: 150pxl

Bannerek Beli

 Bannerek: 100pxl

 

Adres strony: Isabelready.com

niedziela, 17 marca 2013

Publikuje gorące wieści z południa Francji. Gdyby nie to, że dużo pracuje w tygodniu, czułaby się jak na bezustannych wakacjach. O podróżach po Lazurowym Wybrzeżu (i nie tylko), smaczkach południa, filmach, książkach i samych Francuzach Katasia pisze w swoim kapitalnym blogu Voyages, voyages. Dzieli się swoimi przeżyciami szczodrze, a wszystko świetnie okrasza zdjęciami. Zapraszam na opowieść Katasi o przeprowadzce na Lazurowe Wybrzeże.

Jak to się stało, że znalazłaś w Cannes? Dlaczego akurat tam?

Przyjechałam do Francji jako jedna z romantycznych emigrantek, żeby dołączyć do pewnego uroczego młodego Francuza, który dzisiaj jest moim mężem. Antoine pracował w Sophii Antipolis, francuskiej Dolinie Krzemowej. Zamieszkaliśmy w Juan les Pins, niewielkiej miejscowości między Antibes i Niceą z bardzo prozaicznych powodów - umożliwiało to nam z jednej strony szybki dojazd do pracy, a z drugiej - pozostanie w bliskości plaży.


Lazurowe wybrzeże
Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Pierwsze dni na Lazurowym Wybrzeżu były idealnymi wakacjami - nie myślałam ani o szukaniu pracy, ani o tym, co będzie dalej, korzystałam ze słońca, plaży, różowego wina i wspaniałej prowansalskiej kuchni. Do dziś co weekend łatwo mi poczuć się tutaj jak na wakacjach, nawet jeśli w tygodniu sporo pracuję.

Jak Ci się teraz mieszka w Cannes w ogóle? Jak traktujesz Francję?

Nie zamieszkałabym nigdzie indziej. No, chyba że do rządów we Francji dopcha się jakaś skrajna prawica (co z punktu widzenia naszego departamentu wcale nie wydaje się niemożliwe - bardzo dużym poparciem cieszą się tu Front Narodowy i kuriozalne partie typu "Francja dla Francuzów").

Lazurowe wybrzeże

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Moje pierwsze wpadki wiązały się z faktem, że nie zdawałam sobie sprawy z tego, jakim kulturowym amalgamatem jest dzisiejsza Francja. Zdarzało mi się więc na przykład zapytać Francuza z pokolenia od pokolenie za to o zdecydowanie afrykańskich rysach "To skąd Ty właściwie jesteś?"

Poza tym dość szybko udało mi się chyba jednak zintegrować - przyjeżdżając do Francji, znałam już trochę francuski i miałam pewne pojęcie o francuskiej kulturze. Znałam też już trochę Francuzów - mojego obecnego męża, jego rodzinę i przyjaciół.

Jakie książki o Cannes bądź Francji mogłabyś polecić czytelnikom?

Najciekawszą książką o Francji, którą kiedykolwiek czytałam jest na pewno "Francuska sztuka wojny" Alexisa Jenniego - historia francuskiej kolonizacji i ponura wizja Francji, w której kolonialne upiory spotyka się na każdym kroku. Ciekawy obraz dzisiejszej Francji przedstawiają również książka i film "Entre les murs" Francois Begaudeau o przeprawach młodego nauczyciela w trudnej paryskiej szkole.

Lazurowe wybrzeże

Zdjęcia Katasi


***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki:

Dabarai w Londynie

Holly w Paryżu

Invitada w Edynburgu

Kasia Hordyniec w Donegalu

Stuffed mice w Buenos Aires

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie

wtorek, 12 marca 2013

Found in translation awardZostały tylko trzy dni, więc spieszcie się. Do północy 15 marca można przesyłać swoje zgłoszenia na najlepsze angielskie tłumaczenie polskiej książki. Wystarczy wysłać maila na adres biuro@instytutksiazki.pl, umieszczając nazwę nagrody FOUND IN TRANSLATION w tytule wiadomości. W mailu należy podać tytuł książki, nazwisko autora, tłumacza, wydawcę i krótko uzasadnić swój wybór.

Nie udało mi się znaleźć żadnej szczegółowej listy z wszystkimi polskimi książkami wydanymi po angielsku w zeszłym roku. Te, które pamiętam, to:

"Saturn" Jacka Dehnela (Dedalus Books), tłum. Antonia Llyod-Jones (tą książkę nominowałam, tłumaczenie jest błyskotliwe i świetne oddaje styl Jacka)
"A Grain of Truth" Zygmunta Miłoszewskiego (Bitter Lemon), tłum. Antonia Lloyd-Jones
"Nowolipie Street" Józefa Hena (DL Books), tłum. Katarzyna Boron
"The Night Wanderers. Uganda's Children and the Lord's Resistance Army" Wojciecha Jagielskiego, (Seven Stories Press) tłum. Antonia Lloyd-Jones
"I Burn Paris" Bruna Jasieńskiego (Twisted Spoon Press) tłum. Soren A. Gauger i Marcin Piekoszewski
"Cold Sea Stories" Pawła Huelle (Comma Press), tłum. Antonia Llyod-Jones
"Ryszard Kapuściński: A Life" Artura Domasławskiego (Verso Books), tłum. Antonia Lloyd-Jones
"Illegal Liaisons" Grażyny Plebanek (Stork Press), tłum. Danusia Stok

A w tym roku zapowiadają się dwa duże translatorskie wydarzenia. Wkrótce pojawi się przekład poezji Tomasza Różyckiego [w końcu!!!] ("Twelve Stations". Brookline, MA: Zephyr Books, tłum. Billa Johnsona) i tłumaczenie szkicu wspomnieniowego Tadeusza Różewicza ("Mother Departs", Stork Press, tłum. Barbara Bogoczek).

Więcej o nagrodzie FOUND IN TRANSLATION możecie przeczytać tutaj. I nie zapomnijcie zagłosować!


Joanna Bator Ciemno, prawie nocŚciemnia się. Alicja jedzie do rodzinnego Wałbrzycha, którego skutecznie wyrzuciła z pamięci, odkąd zaczęła pracę w Warszawie jako dziennikarka. Lubi swoją niezależność w stolicy i to, że jak tysiące mieszkanców-przyjezdnych, jest tam wolna od swojej przeszłości. Podróż pociągiem do Wałbrzycha, a stamtąd taksówką z utyskującym na zdrowie kierowcą prosto do rodzinnego domu męczy ją, drażni i rozstraja. Wraz z Alicją wkraczamy do mrocznych zakątków jej pamięci i ciemnej historii ginących w mieście dzieci, o której kobieta ma napisać reportaż. Przyjeżdżamy do Wałbrzycha, z którego Joanna Bator zrobiła w swojej najnowszej powieści miasto-koszmar, obraz śmiały, groźny i nieszczęśliwie wykrzywiony.

Podoba mi się, kiedy  w powieści Bator zachodzi słońce i zaczyna się ściemniać. Wtedy ożywia się pamięć Alicji o jej starszej siostrze-samobójczyni, o ojcu opętanym nadzieją znalezienia skarbu pod wałbrzyskim zamkiem. Historia rodzinna, pełna grozy i zawieszenia, wydała mi się naprawdę frapująca. Są pojedyncze wspomnienia, z których powoli maluje się przejmujący obraz, są listy, jest dom bez miłości, jest strach, wkraczające od zamku zło, upiór matki i katastrofa.

Z historią rodzinną związane są inne opowieści, jeszcze ciemniejsze. Te dotyczą pokolenia rodziców Alicji, jej matki, sąsiada, a łączy je zło II wojny światowej. To zło niszczy dziecięcą niewinność, niemiecki dom i wałbrzyski porządek. Są bardziej dosadne i wychodzą już poza krąg grozy, stając się po trosze reporterskim zapisem okrucieństw.

Potem są historie współczesne o ginących w mieście dzieciach i wtedy w książce robi się już bardzo ciemno, tak ciemno i łyso, że ginie całe piękno grozy. Niestety wątek detektywistyczny w powieści jest marny, a dosłowność opisywanego przez Bator zła trąci tanią książką. Naprawdę byłam zażenowana, czytając  na przykład o szczegółach filmów pornograficznych z udziałem dzieci czy sposobach, w jaki matka Alicji maltretowała jej siostrę. Opisy są płaskie i wulgarne, dlatego niszczą ostatnie szczątki poczucia grozy, które może mieć jeszcze cierpliwy czytelnik.

Rozczarowana byłam też stylem książki. Mnóstwo w niej tak samo budowanych powtórzeń (coś jakby, coś jak). Groteska związana z pojawieniem się w książce wątku martyrologicznego z dwójką kopalnianych, samozwańczych świętych jest bardzo przewidywalna. Wydaje mi się, że w ogóle pisanie o nastrojach pospolitego ruszenia religijnego, które wciąż łatwo może się w Polsce wydarzyć (jak to się stało po katastrofie samolotu prezydenckiego) jest szalenie trudne, bo fikcja w takich sytuacjach dzieje się w rzeczywistości , więc jak przenieść ją potem do powieści? W książce Bator mamy na przykład rozrywanie szat i szczątków wałbrzyskiego orędownika, które miały w swej absurdalności z pewnością być śmieszne, a mi wydały się jedynie irytujące.

Największą przeszkodą w czerpaniu satyfakcji z czytania "Ciemno, prawie noc" była dla mnie jednak niepotrzebnie skomplikowana sieć wątków. W powieści przeplatają się losy wielu rodzin, przemykają duchy, cień kładzie wojna, powstają z grobów szkaradztwa przeszłości, odpycha polska współczesność (w tym i miłosny wątek Alicji)... Liczba historii jest niestety odwrotnie proporcjonalna do ich głębi. Dlatego po dotarciu do zakończenia powieści, a dociera się tam zaskakująco szybko, miałam silne poczucie, że powinnam wyłączyć lampkę znacznie wcześniej i w połowie książki powiedzieć ciemnościom Joanny Bator po prostu 'dobranoc'.


czwartek, 07 marca 2013

Władimir Szarow i Oliver ReadyDobre wieści dla miłośników literatury, wielbicieli prozy rosyjskiej, książkoholików, entuzjastów festiwali literackich, amatorów słowa pisanego i mówionego, pasjonatów powieści w przekładzie, koneserów książek w oryginale i sympatyków pewnego doktora Uniwersytetu Oksfordzkiego. Wiadomość pierwsza jest taka, że Oliver skończył tłumaczenie "Zbrodni i kary" Dostojewskiego, a wydawnictwo Penguin zapowiedziało wydanie powieści na początku stycznia przyszłego roku (hurra! Finał prac nad przekładem i datę publikacji odpowiednio uczciliśmy, a na celebracje wydania zapraszamy serdecznie wszystkich sympatyków do nas w 2014. Mam nadzieję, że do tego czasu przeprowadzimy się do większego lokum :).

Drugie doniesienie jest takie, że Oliver od pewnego czasu pracuje nad tłumaczeniem książki współczesnego pisarza rosyjskiego Władimira Szarowa. A tenże pisarz pojawi się już bardzo wkrótce w Londynie. To wdzięczne połączenie autora i tłumacza prowadzi mnie do trzeciej depeszy: obu panów będzie można posłuchać już w ten piątek w londyńskiej księgarni Waterstones przy Piccadilly.

Piątek, 8 marca godz. 18.30, Waterstones Piccadilly 
Rethinking History through Literature
Writer Vladimir Sharov in conversation with translator Oliver Ready
(rozmowa odbędzie się po rosyjsku z angielskim tłumaczeniem)

Bilety: £5  można je zakupić tutaj.

To dopiero początek marcowej trasy Olivera, którego będzie można jeszcze dwa razy zobaczyć w Londynie, a potem w Oksfordzie podczas Oxford Literary Festival. Oto spotkanka, na które serdecznie zapraszamy.


Czwartek, 21 marca godz. 18.30, Waterstones Piccadilly
Translating Russia
Translators: Arch Tait, Hugh Aplin and Oliver Ready in conversation
Bilety £5 można zakupić tutaj.

(dodam ciekawostkę, że trójka wyżej wspomnianych osób tworzy trzy pokolenia tłumaczy: Arch Tait był nauczycielem rosyjskiego Hugh Aplina, który był nauczycielem Olivera :)


Piątek, 22 marca, CAN-Mezzanine, 32-36 Loman Street, London SE1 0EE
"The Arts and Attitudes to Disability in Eastern Europe" - półdniowe forum dotyczące obrazów niepełnosprawności w literaturze i sztuce.
Irena Yasina, high-profile Russian journalist and disability campaigner
Denise Roza, Director of Perspektiva, which runs an annual disability film festival
Jose Alaniz (Seattle), on the portrayal of disability in the visual arts
Oliver Ready (Oxford), on mental disability in modern Russian literature
Wstęp jest wolny, jednak należy się zarejestrować do 15 marca tutaj.


Sobota 23 marca, godz. 18.00, Bodleian Library: Divinity School, Oxford
Culture and Politics in Russia Today : Mikhail Shishkin, Irina Prokhorova and Andrei Makine. Chaired by Oliver Ready
Oxford Literary Festival

Bilety: £11 można nabyć tutaj Niestety wszystkie bilety już wyprzedane 

Oliver tłumaczący Zbrodnię i karę
Oliver tłumaczący "Zbrodnię i karę"

niedziela, 03 marca 2013

Szczecinianka z pochodzenia, mieszkanka Londynu z wyboru. Wyjechała w pogoni za pracą z książkami i takową znalazła. Jest jedną z najbardziej spełnionych bibliotekarek stolicy. Czyta namiętnie, doradza celnie, a do tego prowadzi świetnego bloga, oczywiście o czytaniu. Dabarai nie ukrywa, że mieszka w raju dla książkochłonów, bo, pomimo tego że rynek księgarski na Wyspach przeżywa trudności, oferta lekturowa Londynu jest tak bogata, że aż trudna do opisania. W życiu w londyńskim królestwie książkowym towarzyszy jest Ulubiony Anglik, którego po prostu nie można nie polubić. Zapraszam serdecznie na spotkanie z Dabarai.

Jak to się stało, że znalazłaś w Londynie? Dlaczego akurat tam?

Powód mojego przyjazdu był raczej bardzo prozaiczny i trywialny - praca. Pracując jako bibliotekarka w Polsce nie zarabiałam wiele, ta sama praca w Wielkiej Brytanii była o wiele lepiej płatna, w dodatku miała lepsze perspektywy. Do tego dość miałam mojego Szczecina, z różnych względów, a Londyn był zawsze miastem, które mnie pociągało, fascynowało i kusiło. Najpierw zwiedzałam Londyn kilkakrotnie jako turystka, za każdym razem dochodząc do wniosku, że właściwie to, co widziałam, to tylko wierzchołek góry lodowej, potem zaczęłam się na poważnie zastanawiać nad wyjazdem. Nie miałam żadnych dalekosiężnych planów, nie wiedziałam, na jak długo chcę na Wyspie zostać. Miałam jednak sporo szczęścia. W podjęciu decyzji pomógł mi fakt, że nie jechałam zupełnie w nieznane. Przez pierwsze trzy miesiące mieszkałam z moim ojcem, dojeżdżając do pracy z drugiego końca miasta, to mi pomogło nieco Londyn oswoić. Była to moja pierwsza przeprowadzka w życiu. I nie żałuję mojej decyzji. Osiem lat minęło od dnia mojego przyjazdu. We wrześniu 2004 roku spakowałam plecak, dużą torbę i (po raz ostatni) wsiadłam w autokar, tym razem z biletem tylko w jedną stronę.

Tower bridge

Rzeczna okolica Tower Bridge

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz je jeszcze?

Moje pierwsze tygodnie w Londynie spędziłam na poszukiwaniu pracy w bibliotece. Okazało się jednak, że nie jest to taka łatwa sprawa, nie miałam wiele doświadczenia, więc mój ojciec dał mi delikatnie do zrozumienia, że powinnam nieco obniżyć loty, poszukać jakiejkolwiek pracy i zacząć na siebie zarabiać! Posłuchałam go i wysłałam zgłoszenie

do kilku księgarni, bo pomyślałam sobie, że mimo wszystko to też praca z książkami! Kilka dni później zaczęłam pracę na Wimbledonie, w nieistniejącej już księgarni sieci Books Etc.  Bardzo lubiłam moją pracę, mimo iż była kiepsko płatna i (był to okres przedświąteczny) czasem stresująca. Czasem zastanawiam się, co by się stało, gdybym dostała pracę w innym miejscu, jak wtedy potoczyłoby się moje życie w Londynie... Nie wiedziałam tego jeszcze, ale właśnie tam poznałam kogoś, dla kogo planuję pozostać w Wielkiej Brytanii na stałe.

Tak naprawdę to moja samodzielna przygoda z Londynem zaczęła się w styczniu 2005 roku. Zaczęłam pracę w upragnionej bibliotece, przeprowadziłam się, zostałam sama. Okazało się wtedy, że samotność to coś, co każdy, a tym bardziej imigrant, musi jakoś oswoić. Poza moim ojcem i jego znajomymi na drugim końcu miasta nie miałam właściwie żadnych znajomych. Nie mieszkałam też, jak wielu naszych rodaku, w "polskim" domu. Moimi pierwszymi współlokatorami byli Francuzka, Szkot i sympatyczny chłopak z RPA. Nie nawiązuję łatwo znajomości, więc większość czasu spędzałam sama, dużo czytałam, oswajałam się z nową, nieznaną dzielnicą Londynu. Potem zaczęłam poznawać Londyn w towarzystwie Ulubionego Anglika.

London Eye

Londyńska perspektywa


Jak Ci się teraz mieszka w Londynie? Jak traktujesz miasto?

Kocham Londyn! Kocham to miasto pomimo jego wad, pomimo brzydoty, przeludnienia, kosmicznych cen mieszkań, tłoku na ulicach, nachalnych ulicznych roznosicieli ulotek i wiecznych problemów z transportem. Kocham Londyn, bo to miejsce pełne życia, pełne ludzi, pełne historii. Ciągle coś się tu dzieje, zmienia, rośnie, a jednocześnie są też pewne miejsca, które pozostają niezmienione od wieków. Niektóre dzielnice zmieniają się niemalże z dnia na dzień, rosną nowe strzeliste biurowce, centra handlowe, stacje metra są przebudowywane i rozbudowywane, do tego powstała właśnie cała wioska olimpijska, nowy stadion i park.  Z drugiej strony - w samym centrum miasta stoją od wieków budynki Parlamentu ze słynnym Big Benem, pałac Buckingham, katedra Świętego Pawła - znane na całym świecie zabytki, ale także miejsca, które wciąż kwitną życiem - w nich się wciąż mieszka, modli, pracuje, codziennie obcując z wielowiekową, oswojoną historią. Kocham Londyn właśnie za te spotykane wszędzie sprzeczności. Za to, że historia i nowoczesność mieszają się ze sobą. Za to, że obok gwarnego City znajdują się Hyde Park i Kensington Gardens, 253 hektary zieleni, od czterystu lat służące mieszkańcom stolicy jako miejsce wypoczynku, spotkań towarzyskich i ważnych wydarzeń. Niesamowite są też londyńskie księgarnie, antykwariaty i sklepy charytatywne, w których często za grosze można kupić prawdziwe skarby. Pomimo tego, że rynek księgarski przeżywa kryzys, znikają sieciowe i specjalistyczne księgarnie, to wciąż Londyn jest rajem dla książkochłona takiego jak ja!

Podobno (według opinii UA) zachowuję się też jak prawdziwa mieszkanka Londynu - znam skróty i małe, zapomniane uliczki, niektóre dzielnice znam nawet lepiej niż Ulubiony (Rodowity) Anglik, codziennie jeżdżę do pracy na rowerze, kręcę nosem na turystów i stoję w kolejkach na przystankach autobusowych. Jestem wierną mieszkanką południowego Londynu, na samą myśl o przeprowadzce na daleką PÓŁNOC dostaję dreszczy - Tamiza to taka naturalna granica oddzielająca dwa plemiona Londyńczyków...  Oswajam miasto, a miasto oswaja mnie - w dalszym ciągu nie zwiedziłam wszystkich miejsc, zabytków, galerii, dzielnic, ale pocieszam się, że mam na to duuużo czasu... Mimo wszystko jestem realistką. Londyn to miasto bardzo drogie, wiele osób przeprowadza się poza jego granice, tam gdzie taniej, dojeżdżając do pracy pociągami, inni przenoszą się do innych miast, gdzie stać ich na kupno domu z ogrodem, a nie małego, ciasnego mieszkanka. Jak to będzie kiedyś, to się okaże, ale na pewno bym za Londynem tęskniła.


LondynLondyński niezbędnik - Brompton. Tym akurat jeździ Ulubiony Anglik, ale Dabarai ma identyczny

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Nie pamiętam właściwie żadnych wielkich rozczarowań czy wpadek... Zdarzały się językowe nieporozumienia, na przykład te polegające na nieznajomości angielskiego rynku książki... Ktoś zapytał mnie kiedyś o książki Ladybird (słynna seria książeczek dla dzieci), a ja skierowałam ich w stronę książek o biedronkach (ladybird to właśnie po angielsku biedronka...) Natomiast sporo rzeczy mnie wciąż irytuje lub śmieszy. Znienawidzone angielskie krany, których na szczęście nie spotyka się już tak często jak kiedyś. Z jednego leci ukrop, z drugiego lód. Żeby wymyć ręce, trzeba się najpierw oparzyć, a potem ewentualnie ukoić ból poparzonych palców w lodowatej wodzie. Można, co prawda, zatkać umywalkę korkiem i napuścić tam wody, ale na litość boską, kto ma na to czas?! Nie mówiąc już o tym, że to czasem niezbyt higieniczne... Co jeszcze? Angielskie okna (na każdą wzmiankę o nich UA przewraca oczami i wzdycha) - większość z nich otwiera się na zewnątrz i nie da się ich normalnie umyć. Niektóre otwierają się tylko troszeczkę. Zdarzają się okna nieszczelne, zdarzają się też zbyt szczelne, przy których pojawiają się zacieki a nawet pleśń.

Jeśli chodzi o odkrycia, to jest ich znacznie więcej. Na przykład niesamowita ilość różnorakich restauracji serwujących dania ze wszystkich stron świata. To właśnie w Londynie po raz pierwszy jadłam japońskie sushi, chińskie dim sum, czy prawdziwe pyszne dania ze Sri Lanki. Fantastyczny jest w Londynie także łatwy dostęp do muzeów, wystaw czy wernisaży. Najsłynniejsze galerie i muzea są bezpłatne. Często dostępne są też roczne przepustki, które uprawniają do wstępu na ciekawe wystawy i wernisaże, na przykład w słynnej galerii Tate. Natomiast ostatnie moje odkrycie to rowery! Nagle wszystko staje się jakoś bliższe, bardziej dostępne i mniej zatłoczone. Ścieżki rowerowe, łatwe do nawigacji i bardzo widoczne, możliwość wypożyczenia roweru w centrum miasta (słynne niebieskie rowery Borysa...), mnóstwo sklepów ze sprzętem rowerowym i gadżetami, a do tego składane rowery, które nam pozwalają zapakować się do metra, dojechać do centrum i tam rozłożyć rower. Łatwo nimi dojechać do jednego z londyńskich parków czy skwerków, urządzić sobie piknik, odpocząć, czytając książkę, a wieczorem pojechać do domu. Jedyny minus to to, że pracując na pełen etat nie mam zbyt wiele czasu na zwiedzanie Londynu, na odkrywanie go tak często, jak bym tego chciała. Właściwie wielu mieszkańców Londynu na co dzień porusza się tylko w obrębie jednej czy dwóch dzielnic. Wyjazdy do centrum miasta to głównie zajęcie na weekend, podróż z jednego krańca miasta na drugi może zabrać sporo czasu, a do tego może być kosztowne (ceny biletów są horrendalnie wysokie!). Są jednak weekendy, kiedy ciągnie nas do odległych dziennic, do pełnego turystów centrum, bo nie ma nic lepszego niż atmosfera miasta buzującego energią i pozytywnymi wibracjami.

Londyn

Cmentarz Highgate

Jakie książki o Londynie poleciłabyś czytelnikom?

Uwielbiam czytać powieści, które opowiadają o miejscach mi znanych. Lubię też, kiedy po przeczytaniu jakiejś książki mam ochotę podążyć ścieżkami, o których opowiadał jej autor. Tak było z Audrey Niffenegger  i jej "Her Fearful Symetry" (polski przekład "Lustrzane odbicie") - bohaterkami tej wciągającej powieści o duchach, miłości i relacjach rodzinnych są siostry bliźniaczki, które mieszkają tuż obok słynnego cmentarza Highgate. Kiedy skończyłam czytać powieść, nabrałam strasznej ochoty na wycieczkę na ten cmentarz! Faktycznie, robi on na zwiedzających niesamowite wrażenie, przede wszystkim część zachodnia, która można zwiedzać tylko z przewodnikiem. Fantastyczne, wiktoriańskie pomniki, ogromne mauzolea, nagrobki, a wszystko w otoczeniu starych drzew, ocieniających ścieżki i tworzących niesamowitą atmosferę. Polecam i książkę i cmentarz! Inne książki, których akcja toczy się w Londynie to na przykład "Brick Lane" Moniki Ali - autorka umieściła akcję swojej powieści w słynnej dzielnicy we wschodnim Londynie, a bohaterami są imigranci z Bangladeszu. Z kolei o Londynie, którego już nie ma opowiada fantastyczna książka Jennifer Worth "Call the Midwife". Są to wspomnienia Worth, która w latach latach pięćdziesiątych zaczęła pracę jako położna w dzielnicy portowej Docklands, najbiedniejszej części Londynu. Jej opowieść jest przejmująca, poruszająca, często dowcipna i pełna niesamowitych, prawdziwych bohaterów. East End, dzielnica, w której toczy się akcja książki Weir, zmienił się nie do poznania, więc jej wspomnienia są pewnego rodzaju socjologicznym dokumentem nieistniejącego już świata.

Jakiś czas temu odwiedziłam z Ulubionym Anglikiem polecaną przez Padmę wystawę w British Library zatytułowaną "Writing Britain: Wastelands to Wonderlands", która ukazuje literackie krajobrazy Wielkiej Brytanii, pokazując w jaki sposób miasto, wieś, dzika przyroda, czy rzeki inspirowały brytyjskich pisarzy i poetów. Dzięki wystawie przypomniałam sobie o kilku interesujących pisarzy piszących o Londynie, których książki chciałabym kiedyś przeczytać, na przykład Hanif Kureishi "The Buddha of Suburbia" ("Budda z przedmieścia") , Zadie Smith, "White Teeth" ("Białe zęby")... Ach, książki, których akcja toczy się w Londynie, a których jeszcze nie czytałam, jest baaardzo dużo... , "Thames: Sacred River" Petera Ackroyda, "Great Stink" Clare Clark, Dickens...  Natomiast Ulubiony Anglik poleca za moim pośrednictwem wyjątkowo wciągającą książkę "Underground, Overground. A Passenger's History of the Tube" autorstwa Andrew Martina, czyli opowieść o londyńskim metrze.

Londyn

 Kyoto Gardens w Holland Parku

Wszystkie zdjęcia są autorstwa Dabarai.

 

***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki:

Holly w Paryżu

Invitada w Edynburgu

Kasia Hordyniec w Donegalu

Stuffed mice w Buenos Aires

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie



czwartek, 28 lutego 2013

World Book Night 2013W tym roku dobędzie się trzecia edycja wielkiej akcji rozdawania książek w Wielkiej Brytanii World Book Night, a mi jest niezmiernie miło, że po raz kolejny zostałam wolontariuszem tej sympatycznej inicjatywy. Tym razem podaruję "A Little History of the World" E. H. Gombricha - książkę, która była moim faworytem na tegorocznej liście. Szczerze mówiąc, lista w tym roku nie była oszałamiająca, dlatego odnalezienie na niej tej pozycji było jak wyłowienie perełki z przyciemnionego dna.

E. H. Gombrich A Little History of the World

Dwadzieścia egzemplarzy książki przywędruje do mnie na tydzień przed akcją, która ruszy pełną parą wieczorem 23 kwietnia. Tak, jak w poprzednich dwóch latach, planuję świętować Noc Książki w Londynie. Na razie jeszcze nie wiadomo, co dokładnie i gdzie będzie się działo, ale jak tylko pojawi się plan, to dam Wam znać.

Postanowiłam, że część książek prześlę do Sreepur Village. To organizacja charytatywna, która utrzymuje ośrodek dla bangladeskich kobiet po przejściach i ich dzieci.  Kobiety uczą się tam zawodu, otrzymują małe wynagrodzenie za swoją pracę, a po wyjściu (zostać mogą w ośrodku do 5 lat) mają dostęp do konta bankowego, gdzie zgromadzone zostały dla nich oszczędności nazbierane przez lata pracy i pobytu w Sreepur Village. W tej chwili mieszka tam ponad 130 kobiet wraz z dziećmi i myślę, że przynajmniej którąś z nich uraduje książka Gombricha.

Poza tym, jak w latach poprzednich, chętnie podzielę się książką z Wami. Chciałabym jednak, żeby ci, do których ona trafi po przeczytaniu posłali ją dalej, by w ten sposób możliwie jak największa liczba osób miała do niej dostęp. Kto ma ochotę na "A Little History of the World"?


LondynW kwietniu moje przyjaciółki z liceum zatrzymają się na chwilę w Londynie, wracając z Barcelony. Lądują na Stansted, skąd łatwo można dostać się do londyńskiej Liverpool Station. Specjalnie dla nich popełniam tą kilkugodzinną trasę po najstarszej części stolicy (the City), zahaczając o wschodnie bądź południowe części (podaję dwie alternatywne drogi). Po tych okolicach spacerowaliśmy z małą Natalie i z jej trzyletnią kuzyneczką Zuzią, więc wycieczka spokojnie nadaje się na rodzinny wypad, polecam wtedy tylko zabranie odpowiednich wózków, nosidełek. Jeżeli ktoś zaczyna wyprawę po Londynie od innej części i musi przemieścić się z dziećmi w stronę City, to polecam zdecydowanie metro, bo jest najszybsze, a do tego można w nim po ruchomych schodach zjechać z wózkiem dziecięcym (!).

Pocztątek: dworzec Liverpool Station
Proponuję spacer ulicą London Wall do Museum of London. London Wall jest jedną z najstarszych ulic w stolicy, co więcej można wypatrzeć na niej kawałki (a właściwie kawalątka) starego muru średniowiecznego. Mur nieźle wkomponowany jest architekturę finansowych wieżowców i bardzo łatwo znika z oczu. Najlepiej widać go jednak z pierwszego piętra Muzeum Londynu.

Museum of London

Londyn XX-wieczny

Bardzo gorąco polecam odwiedzenie Muzeum, bo jest świetnie przygotowane, niezwykle przekonujące w sposobie prezentowania klimatu miasta w różnych epokach. Co prawda zrobione jest konwencjonalnie linią czasową, od pre-Londynu i jego osadników znad Tamizy sprzed tysięcy lat, po czasy rzymskie, wiktoriańskie, szalone lata 20-te, wojnę, kryzys aż po współczesną stolicę, ale łatwo można skupić się na ulubionych, wybranych częściach. Polecam zwłaszcza malutką gablotkę, która pokazuje, co kiedyś znajdowało się na miejscu Heathrow (pierwsza sala), film o tym, jak zaraza czarnej dżumy zdziesiątkowała miasto (genialnie utrzymany w klimacie grozy), maszynkę, która otwarza teksty w staroangielskim, średnioangielskim, staroniemieckim, języku Wikingów, hebrajskim i paru innych. Świetny jest też film o Wielkim Pożarze, który strafił większość miasta w 1666 roku. W tej sali warto zwrócić uwagę na to, jak wyglądała jeszcze do XVI wieku katedra św. Pawła (St. Paul's Cathedral), a potem przejść się pod dzisiejszego Paula (to 5-10 minut drogi od Muzeum) i zobaczyć wielką różnicę. Na parterze zgubić można się w XVIII-wiecznym ogrodzie dworskich rozrywek albo w wiktoriańskich sklepach, które zostały cudnie odtworzone. Dalej najbardziej podobały mi się filmy z samego początku XX wieku, nieme, żywe, na których Londyńczycy strajkują, masowo opuszczają fabrykę (tysiące osób wychodzi z bramy o tej samej porze), jeżdżą tramwajami i się bawią. W sali obok można z kolei przeliczyć sobie, ile zarabiałoby się w XX wieku w danej profesji (ważne jest tutaj rozgraniczenie: jako kobieta albo jako mężczyzna, bo kobiety z reguły zarabiały mniej), ile pensji pochłonęłyby wydatki domowe i ile zostawałoby w kieszeni. Odkrycie dość smutne :)

Museum of London, biurko wiktoriańskie

Model biurka szefa banku z czasów wiktoriańskich. Museum of London

To, co mi się bardzo podoba w muzeum to to, że mówi ono sporo nie tyle o samej historii miasta, ale o jego nastrojach, poglądach. W zakątkach można zobaczyć filmy z młodymi londyńczykami, podkreślające multietniczny i multikulturowy charakter dzisiejszej stolicy. Muzeum jest darmowe. Ma dwie kawiarenki, i oczywiście sklep.

Przy brzydkiej pogodzie i atrakcyjnej ofercie Barbicanu, można z Muzeum udać się do centrum kulturalnego, które jest szalenie blisko. Polecam najpierw sprawdzić, co można w Barbicanie zobaczyć. My chcieliśmy niedawno dostać się do Rain Roomu - wystawy, gdzie "można sterować deszczem", ale kolejka do galerii jest tak długa (co najmniej dwie godziny stania), że zrezygnowaliśmy.

Londyński Barbican

Żeby zobaczyć, trzeba poczekać - dwugodzinna kolejka do Rain Roomu w Barbicanie

Po wycieczce muzealnej warto czymś pokrzepić ciało. W okolicach Barbicanu jest wiele jadłodajnii. Dla tych, którzy nie będą mieli wiele czasu, polecam szybki zakup kanapki bądź sałatki w jednej z sieciówek: Pret a Manger bądź Eat i spałaszowanie jej po drodze (oba lokale są na Long Lane).

Potem schodzimy Aldersgate Street i potem St Martin's Le-Grand w dół w stronę katedry św. Pawła. Ci, którzy lubią francuskie kanapki i ciasteczka, mogą przy St Paul's wpaść do Paula - kawiarenki-siecówki serwującej francuskie specjały.

Od św. Pawła zaplanowałam dwie trasy. Pierwsza wiedzie na południe a druga dalej na wschód.

Trasa 1. Po drugiej stronie Tamizy
Od katedry udajemy się w dół i przez Millenium Bridge przedostajemy się na drugą stronę rzeki. Z mostu znakomicie widać Tower Bridge i wieżowce Canary Wharf. A z drugiej strony lekko jeszcze zamajaczy Parlament i Big Ben. Tym, którzy lubią sztukę współczesną, polecam odwiedzenie Tate Modern. Tylko zaznaczam, że stała kolekcja i same wystawy czasowe pochłoną co najmniej pół dnia. Tych, którzy chcą sobie po prostu obejrzeć ten kolosalny budynek i trochę miasta, zachęcam na wjechanie albo na ostatnie piętro, gdzie jest bar i restauracja, albo na drugie, gdzie jest kawiarenka. Widok jest świetny, nawet przy brzydkiej pogodzie.

Millenium bridge i tate modern

Millenium Bridge, pełen ludzi nawet przy brzydkiej pogodzie

Z Tate podążamy wzdłuż Tamizy na wschód. Będąc przy London Bridge warto zahaczyć o Borough Market, znakomity rynek z całą galerią dóbr, o których nawet się nie śni. Ceny też potrafią być znakomite, ale coś tam zawsze można wyłowić, nie wspominając już o klimacie starego rynku. Borough Market będzie zawsze kojarzył mi się ze Świętami, bo teść zwykle nabywa tam rarytasy na Boże Narodzenie, a my nie możemy się nadziwić, że sery, powidła czy trufle mogą tak smakować i eghm... tyle kosztować :)

Borough Market

Czarodziejskie stragany na Borough Market

Z rynku przechodzimy na St Thomas Street, gdzie niedawno powstał najwyższy budynek w Europie The Shard. Spiczasta konstrukcja ma 70 pięter, na dole biura, wyżej hotel, najważniejsze jednak jest to, że można wyjechać na sam jej szczyt, skąd musi rozciągać się nieprawdopodobny widok na miasto. Wjazd kosztuje 26 funtów, ale dla tych, którzy tak jak ja kochają widoki z góry, na pewno będzie to dobrze wydana kwota :) Ja miasta oglądać z góry muszę, sprawia mi to niesamowitą przyjemność i złudne wrażenie, że obcuję z miastem lepiej, intensywniej.

The Shard

The Shard, szpiczasty drapacz z tarasem widokowym na samym szczycie

Muszę też dodać, że na St Thomas Street znajduje się dom, w którym mieszkał John Keats - warto się przyjrzeć, dom oznaczony jest niebieską plakietką. O ile się nie mylę, znajduje się tam teraz centrum medyczne.

Ulicą świętego Tomasza można potem dojść do Tower Bridge. Tym, którzy wymagają pokrzepienia ciała w tym momencie, polecam przed dojściem do mostu skręcenie z St Thomas Street w Bermondsey Street - to fajna, ciekawa uliczka z licznymi kafejkami. Tutaj na pewno nie będzie żadnych turystycznych tłumów. Po tym przystanku wchodzimy na spektakularny Tower Bridge (polecam zwłaszcza jak się ściemni, wygląda bajkowo) i przechodzimy z powrotem na północną część Londynu.

Tower bridge

Bajkowy Tower Bridge późniejszą porą

Stamtąd ulicą Minories udajemy się w stronę Aldgate. Przed stacją metra Aldgate skręcamy w White Chapel Road. Będziemy podążać w stronę Brick Lane. Po drodze można wpaść do Whitechapel Gallery - warto! Galeria, która powstała ponad 100 lat temu specjalizuje się w sztuce XX-wiecznej.

Tutaj się jednak zatrzymam, bo zanim ruszymy do bangladeskiej dzielnicy Londynu, chciałabym aby dotarła do nas trasa nr 2.

 

Trasa 2. Arkana centrum finansowego.


Z okolic katedry św. Pawła ruszamy ulicą Cheapside w stronę Banku. Bank of England jest kolosalnym budynkiem o przyciężkawej architekturze. Kiedyś wyglądał zupełnie inaczej, jak zaprojektowal go John Soane. Swoją drogą przy okazji innej trasy polecam bardzo gorąco obejrzenie Muzeum Johna Soane'a, bo to jeden z najdziwiejszych i najciekawszych domów w stolicy (ale to są okolice Holborn, więc spory kawałek od miejsca, gdzie teraz jesteśmy). Część Banku stanowi malutkie muzeum poświęcone nie tyle historii instytucji, co samej historii finansowej Anglii. Wnętrza są znakomite, pysznie bogate, więc warto wejść chociażby, by im się przyjrzeć. W środku osoby, które są podobnej skali ignorantami finansowymi, co ja mogą dowiedzieć się mogą, czym jest i jak teraz działa inflacja, po czym poznaje się wiarygodność sztabki złota, jak kiedyś wyglądały angielskie banknoty etc. etc. Mnie jednak najbardziej ciekawiła mała gablota poświęcona Kennethowi Grahamowi, autorowi "O czym szumią wierzby", który pracował w Banku przez wiele lat. W muzeum można nawet posłuchać historii o krecie i szczurze. Muzeum jest bezpłatne i czynne tylko w ciągu tygodnia.

Londyńskie City

Dzielnica the City

bank of England

 Pompatyczny Bank of England

Londynskie city

Miejskie rowery w Londynie sponsoruje bank Barclay's

Londynskie city

Wyjście z Banku

Stamtąd idziemy Cornhill w stronę Aldgate. Koniecznie trzeba się przyjrzeć pubom i lokalom na tej ulicy - większość z nich ma wciąż niesamowite, wyktwintne XIX i XX-wieczne wnętrza z olbrzymimi żyrandolami i pięknie zestarzałą boazerią. Potem jesteśmy na Leadenhall Street. Centrum finansowych drapaczy chmur. Po lewej znajduje się modernistyczny budynek Lloydsa, przypominający ciąg rur i połączeń. Po prawej mieni się sławny Gherkin - wieżowiec w kształcie ogórka.

Londyńskie City

Ekskluzywne sklepy

Londyńskie City

 i wnętrza

W godzinach lunchu bądź po 17.00 ulice centrum pełne są garniturów. Zdecydowanie rzadko napotkałam garsonki :) Spora część pracowników the City przemyka z teczkami bądź aktami.

Londyńskie City

W tle finansowy Ogórek

Londyńskie City

Ludzie dzielnicy finansowej

Londyńskie City

Panie reklamujące "masaż tajski", dzielnica finansowa

Stamtąd idziemy dalej na wschód w stronę Aldgate. I tutaj ta trasa łączy się z pierwszą.
Jesteśmy na Whitechapel Road, z niej skręcamy w lewo w Brick Lane. Uliczka została osławiona powieścią Moniki Ali (książka została jakiś czas temu zekranizowana, warto po nią sięgnąć przed wycieczką w te rejony). Wzdłuż ulicy i w uliczkach pobocznych mnóstwo jest bengalskich knajpek, do których właściciele będą namiętnie zapraszać. Nie polecę Wam żadnej z knajpek, bo nie mam wielu doświadczeń gastronomicznych z tego rejonu, poza tym po sukcesie książki lokale przeżyły mocny boom, który niekoniecznie dobrze na nie wpłynął.

Brick Lane

Dzielnica bangladeska

Brick Lane

Okolice Brick Lane

Brick Lane

 Czytający w jednym z bangladeskich sklepików na Brick Lane

Brick Lane restuaracja

Curry restauracje

Bangladeskie rarytasy

Bangladeskie rarytasy

W tej okolicy jest mnóstwo jadłodajnii, więc jest w czym wybierać, zwłaszcza jeżeli pójdzie się do Spitalfields Market, jednego z najstarszych rynków w Londynie (powstał w czasach wiktoriańskich), gdzie można zakupić całą masę rzeczy: od jedzenia, po rzeczy vintage, płyty, akcesoria a na dziełach sztuki skończywszy. Rynek otwarty jest teraz siedem dni w tygodniu, a dookoła niego siedzą przycupnięte rzędy kafejek. Sporo z nich to małe, zrobione z pomysłem niezależne lokale. W środku z kolei znajdziecie trochę sieciówek (Wagamamę, Gourmet Burger Kitchen etc). Warto tu poszperać i coś przekąsić.

Spitafields market

 Biżuteria. Spitalfields Market

Spitafields market

 Muzyka. Spitalfields Market

Spitafields market

Butik z manicure ucharakteryzowany na wnętrze samolotu. Spitalfields Market

Z rynku idzie się jedynie 5 minut do Liverpool Station (podążaj ulicą Bishopsgate), gdzie ta trasa zatacza koło. Po drodze można zaliczyć jeszcze tradycyjny pub albo szybką przekąskę w którymś z barów. Ci, którzy wolą więcej czasu spędzić na buszowaniu po straganach a na lunch chcieliby zjeść curry, mogą tą trasę wykonać w kierunku przeciwnym do tego, który podałam (najpierw Old Spitalfields Market, na końcu Museum of London czy Barbican).

 

English restaurant

 W drodze do Liverpool Station

Piątek w pubie

 Piątkowy wieczór w pubie

Pub okolice Liverpool station

Ciemną nocą pub o brzydkiej nazwie

Sushi bar, okolice Liverpool station

Bar w okolicy dworca Liverpool Station

Życzę przyjemnego spacerowania i założę się, że po drodze odkryjecie wiele rzeczy, o których tutaj nie wspomniałam i to będzie w tej wycieczce najfajniejsze. Poniżej mapki, choć najlepiej jest sobie wydrukować "na świeżo" z Google'a.

Londyńska trasa spacerowa. City i wschód

Okolice Museum Londynu, katedry św. Paula i Banku

Londyńska trasa spacerowa. City i wschód

Okolice Tate Modern, London Bridge i Tower Bridge (na mapce zielony A100)

Londyńska trasa spacerowa. City i wschód

Okolice Aldgate, Whitechapel, Brick Lane i Spitalfields Market

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27
Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...