czwartek, 21 lutego 2013

Strona Beli isabelready.comZ wielką radością ogłaszam, że dostępna jest strona naszej Beli z jej historią, marzeniami, długą listą terapii i sposobami, w jaki można jej pomóc. Jednocześnie dziękuję Wam wszystkim za pomoc i miłe słowa. To wspaniałe, że jesteście i że trzymacie za nas kciuki.
Z Waszych zeszłorocznych rozliczeń podatkowych (z owego 1%) na Beli konto wypłynęły niemalże 4 tysiące złotych – dziękujemy po stokroć! Te pieniądze przeznaczymy na pokrycie części kosztu dwutygodniowego turnusu rehabilitacyjnego w Zabajce, gdzie wybieramy się w maju tego roku. Centrum oferuje aż 22 różnego rodzaju terapie, w tym hipoterapię, a Bela uwielbia konie, więc na pewno będzie ciekawie.

Niedawno popełniłam małe podsumowanie zeszłego roku i 2012 wypadł zdecydowanie lepiej dla Beli niż rok poprzedni. Tygodnie wypełnione były przede wszystkim terapiami (116 spotkań) a nie wizytami w szpitalu (tylko 24), co mnie bardzo cieszy. W 2011 roku te propocje były zupełnie inne. Do tego Bela uczestniczyła w 41 zajęciach (w grupie dla dzieci z problemami ruchowymi bądź na basenie), 11 razy oglądała ją bądź pielęgniarka środowiskowa bądź lekarzyk w przychodni. Do tego mocno urosła, zrobiła się bardziej stanowcza i zdecydowana, i zdarzają jej się dni, kiedy je więcej z łyżeczki (hurra!). Miałyśmy bardzo kiepską jesień, kiedy Beli padaczka się pogorszyła. Wyobrażacie sobie przechodzić przez 100-150 ataków dziennie? Masakra. Na szczęście teraz jest lepiej i to przy mniejszonej liczbie leków. Sukcesem była nie tylko zmiana leku (jest teraz na Carbomazepine), ale i lekarza :)

W tym roku zaplanowaliśmy dla Beli intensywną wiosnę i mam nadzieję, że dużo z niej skorzysta. Poza tym przymierzamy się, żeby zobaczyć, jak spodoba jej się jedna sesyjka dziennie w zintegrowanym przedszkolu (2,5 godzinki) – ale to dopiero pewnie zdarzy się latem bądź jesienią.

Ja z kolei wiem, że można (zwykle) całkiem nieźle egzystować w permanentnym stanie niewyspania i zmęczenia. Wskoczyłam na poziom czterech kaw dziennie i jakoś sunę do przodu :) Nauczyłam się czytać pod kołdrą przy latarce z telefonu komórkowego, kiedy dziewczyny już śpią. Książki pojawiły się też w naszej łazience, która do tej pory była jedynym miejscem wolnym od woluminów. I muszę przyznać, że prowadzenie życia, w którym wszystko musi być z góry zaplanowane: terapie, spotkania, wizyty, opieka nad Natalką, kiedy Bela coś uczęszcza, wyjazdy, przyjazdy, osoby pomagające, osoby przekazujące, osoby obserwujące, osoby od sprzętu specjalistycznego, osoby od dodatkowej pomocy, opieka, by mieć trochę czasu wolnego... cała ta armia ludzi w równym szeregu, z którego kiedy ktoś wypada, to robi się duże zamieszanie – tak, prowadzenie takiego życia nie jest moim idealnym sposobem na egzystowanie.

Raz jeszcze dziękuję Wam za wsparcie. I jeżeli chcielibyście pomóc Beli w tym roku, to przypominam namiary:

Ściskam serdecznie i do usłyszenia

wtorek, 05 lutego 2013

Na angielskich ulicach często można spotkać bezdomnych. Albo stoją przy sklepach i sprzedają magazyn Big Issue, ze sprzedaży którego się utrzymują, albo siedzą w bramach, przed witrynami, czy śpią przy wejściach do luksusowych, wieczorami niezamieszkałych kamienic. Ilekroć wracam wczesnym rankiem z okolic londyńskiego dworca Victoria, widzę, jak bezdomni budzą się po nocy spędzonej przed wielkimi drzwiami jednej z firm mieszczących się przy Grosvenor Gardens. Towarzyszy im zazwyczaj potworny smród. Tuż przed otwarciem biur znikają i gdzieś ginie też ich nieprzyjemna woń. Zawsze zadzwiłał mnie ten pokojowy podział na to, kto kiedy korzysta z kamienicy, ta niepisana umowa wspólnego wynajmu, w której nie ma stróża z kijem bejsbolowym, ani wściekłego psa. Są za to jedni nocą, a drudzy za dnia.

Okolice dworca Victoria kiedyś były noclegownią bezdomnych Polaków, którzy po dostaniu się autokarem do Wielkiej Brytanii, zostali oszukani i ogołoceni przez obiecujących złote góry łatwych pieniędzy. Teraz jest ich znacznie mniej - tak przynajmniej sądzi mój znajomy, który jest wolontariuszem w organizacji charytatywnej Shelter, pomagającej bezdomnym.

Z ciekawości sięgnęłam po najnowsze dane statystyczne opublikowane niedawno przez rząd brytyjski. Okazuje się, że obecnie (dane pochodzą z 2011 roku) jedynie niewielka liczba bezdomnych to obcokrajowcy – tylko 14%, a z nich jedynie jedna szósta to osoby z Europy Środkowo-Wschodniej.

Bezdomni w Wielkiej Brytanii to jednak wcale nie tylko złamane życiorysy, niefortunnie układające się losy, rozstania czy osamotnienie. Bezdomność to też wybór stylu życia. Kiedyś oglądałam zaskakujący program o tych, którzy nie chcą mieć stałego zamieszkania i wolą spać w plenerze. Pokazywał to, czego w stereotypie bezdomnego się po prostu nie spotyka. Pokazywał, że można mieć potrzeba bycia ulicy, a nie być do niej przymuszonym.

Kiedy spotykam czytających bezdomnych (a to wcale nie zdarza się rzadko), to myślę sobie, że może to właśnie jeden z tych, którzy wybrali mieszkać właśnie w takim stylu. Tak jak ten pan ze zdjęcia poniżej, które dołączam do Tyglowej serii zatytułowanej "Uroki czytania".

A Wy spotykacie bezdomnych?

Bezdomny z książką

Bezdomny czytający na ulicy Strand w centrum Londynu

 

***Inne zdjęcia z tego cyklu:

czytanie w wanie

niedziela, 03 lutego 2013

Kochani, jak wiecie, nasza mała Bela ma w życiu mocno pod górkę i staramy się dla niej zrobić wszystko, by było jej lepiej i mogła bardziej korzystać z wszystkiego, co nas otacza. Jeżeli możecie, proszę dołączcie się do nas. Jeśli rozliczacie się z podatku w Polsce, to możecie przekazać 1% na jej konto w fundacji Zdążyć z pomocą. Oto dane:

Isabel Ready   KRS: 0000037904, konto: 17277

W tej chwili zbieramy fundusze na intensywną fizjoterapię, by Bela mogła w pewnym momencie usiąść sama; turnus rehabilitacyjny w Zabajce (co najmniej 5 tys zł, bo jedzie z nami Natalie); leczenie aminokwasami, które ma pomóc jej w ogólnym rozwoju (jedna miesięczna terapia kosztuje 4 tys. zł); terapię neurologiczną, by zaczęła jeść z łyżeczki (cotygodniowe zajęcia, 150 zł), i konsultacje u doktora Paduły, amerykańskiego specjalisty od leczenia problemów wzrokowych u dzieci niepełnosprawnych (4,5 tys. zł), który w marcu przyjeżdża do Wielkiej Brytanii.

Isabel Ready, podaruj Beli 1% podatkuTak można wypełnić PIT-a, by przekazać 1% podatku dla Beli

Jesteśmy w takcie tworzenia strony dla Beli z jej historią i terapiami. Jak tylko będzie dostępna, to dam Wam znać. Na razie za to gotowy jest plakat z prośbą o pomoc, który mogę przesyłać Wam drogą mailową. Będę Wam bardzo wdzięczna za przesłanie informacji o Beli do przyjaciół, znajomych, rodziny, kolegów i koleżanek z pracy, jednym słowem, wszystkich, którzy mogliby jej pomóc. Bardzo, bardzo serdecznie Wam dziękuję! 

Bela Isabel Ready

Isabel (Bela) Ready

czwartek, 24 stycznia 2013

Witam Was serdecznie po dłuższej przerwie. Sporo się przemieszczaliśmy w okresie świątecznym i nie miałam okazji, żeby cokolwiek napisać. Jestem teraz w Polsce, skąd składam Wam najlepsze życzenia noworoczne. Wszystkiego dobrego w 2013! Wciąż nie mam czasu na dłuższe narracje, dlatego publikuję tylko szybkie okołonoworoczne migawki z południowej Anglii, gdzie spędziliśmy słodkie 2,5 tygodnia z dziewczynkami, naszą kochaną aupairką i przyjaciółmi.

Arundal, zamekZamczysko w miasteczku Arundal. Wciąż zamieszkałe przez jego arystokratycznych właścicieli. Dla mnie to najbardziej malowniczy zamek w Anglii

Arundal knajpka

Arundal, włoska knajpka (trattoria przy głównej ulicy, nie pamiętam nazwy), gdzie można przy obiedzie zagrać w Scrabble. Zwykle gry dostępne są w tradycyjnych, angielskich pubach, więc scrabelki we włoskiej jadłodajni były dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem (wyglądało na to, że drużyna taty wygrywała ku radości blondwłosej dziewczynki).

Arundal księgarnia

Książkowa fretka. Urocze :)

Arundal, zamekZamczysko od podnóża wprowadza cudownie gotyki nastrój.

Arundal pizzernia

Gry i zabawy przy pizzy

Arundal

Sklepiki w Arundalu. Shop, eat and do - cóż można chcieć więcej :)

Arundal rzeźnik

Tradycyjny rzeźnik para się też dziczyzną

Arundal knajpka

Niedziela bez gazety nie byłaby niedzielą

Brighton

Brighton. Pawilon królewski. Dziwaczny i intrygujący

Brighton

Brighton. Stare kamienice nadmorskie z czasów dawnej świetności

Brighton

Bulwar w Brighton z nadciągającą mgłą

Brighton

Urokliwa, brązowa plaża przy niskim przypływie

Brighton

Molo w Brighton. Szkoda, że zaśmiecone miejscami z tanią rozrywką. Z morza prezentuje się cudnie.

Brighton

Brighton we mgle wygląda znacznie lepiej.

Littlehampton, Easte Beach Cafe

Littlehampton, znana East Beach Cafe, która była architektonicznym cudem designu w tym małym, południowym, gasnącym miasteczku. Niestety kawy się tu nie serwuje od 11.30-14.00, więc zamiast przy nowoczesnym stoliku z widokiem na morze siedziałyśmy z naszą au pairką w tradycyjnej, angielskiej knajpie, gdzie serwuje się klasykę typu jacket potato. Też było ciekawie :)

LittlehamptonZimowa, ale nie senna plaża w Littlehampton. Uwielbiam kurorty poza sezonem. Mają tyle więcej uroku!

Littlehampton

Feria kolorów według Littlehampton

LittlehamptonNapis na łodzi głosi: "Wskazówki wędarskie: Zadzwoń do Johna, on ci złowi"

Londyn, wschodniopołudniowy Londyn

Londyn, południowy-wschód, dzielnica Bermondsay, pada.

Londyn, wschodniopołudniowy Londyn

Okołoświąteczny czas w Borough Market, gdzie można dostać smakowite rzeczy z najróżniejszych części świata. My zapolowałyśmy na prozaiczną francuską bagietkę - warto było :)

Londyn, Millenium bridge

Millenium Bridge, londyńskie sporty zimowe :)

Londyn

Mnichom zima nie przeszkadza

Londyn, City

Wieczorne światła w londyńskim City. Uwielbiam czerwone autobusy

londyn, tower bridge

Tower Bridge w świetlnej okazałości

Londyn, covent garden

Sentymentalny spacer w Covent Garden. Kiedyś tu pracowałam.

Londyn, covent garden

Covent Garden Piazza. W dole śpiewa arię śpiewaczka operowa w dżinsach :) Głos miała po prostu boski

noworoczna wystawa księgarni London Review of Books Bookshop

Jeden z moich ulubionych londyńskich przystanków: London Review of Books Bookshop w pobliżu British Museum. Hitem tej zimy była najnowsza książka Z. Smith "N-W".

Londyn, Chinatown

Rodzina w jednej z restauracji w Chinatown

Londyn, the strand

Nieśmiertelne budki telefoniczne. Jedna z piękniejszych dekoracji brytyjskich ulic wszech czasów :)

Natalie wita nowy rok

Londyn schodziłyśmy z Anią, naszą au pairką. Tej małej osóbce stolica podobała się jednak najbardziej. Życzę Wam, abyście w 2013 roku mieli wiele okazji, żeby dzielić z małą Natalie takie uśmiechy!

czwartek, 20 grudnia 2012

Tym, którzy śledzą facebookową stronę "Tygla", kolekcja zdjęć Uroki czytania będzie znajoma. Postanowiłam zacząć co miesiąc typować najlepszą fotografię. Oto zdjęcie grudnia:

Czytanie w pracy, Oksford

Jeżeli mam zgadywać, to... jest to student z Węgier dorabiający sobie podczas przerwy świątecznej, sprzedając francusko-podobne naleśniki w objazdowym wanie, i jednocześnie chwytający chwilę, żeby zapoznać się z klasyką brytyjskiego kryminału. Zima mu oczywiście nie straszna, a klientela specjalnie nie nachalna :)

wtorek, 18 grudnia 2012

ArchipelagZ dużym opóźnieniem (za co bardzo przepraszam) informuję, że dostępny jest kolejny numer naszego Archipelagu dobrej literatury. Dziewiąte wydanie dostępne jest do pobrania tutaj. Tematem przewodnim są rewolucje. W piśmie znajdziecie mnóstwo tekstów o książkach (rewolucyjnych i nie).

Ja serdecznie zapraszam do lektury wywiadu z Zygmuntem Miłoszewskim, autorem, który lubi eksperymentować z gatunkami literackimi. Dla fanów Zygmunta dobra wiadomość: pisarz kończy właśnie pisanie następnej powieści. Nie będą to jednak kolejne perypetie prokuratora Szackiego, ale opowieść zupełnie nowa.

Życzę udanej lektury!

sobota, 15 grudnia 2012

Jak to powiedzieć, żeby nie powiedzieć? Takich spraw, nie ukrywajmy, codziennie trafia się mnóstwo: rzecz towarzysko trudna, kwestia politycznie niewygodna czy rodzinnie wstydliwa. Wyjaśniać nie trzeba, każdy wie. Z pomocą, mam nadzieję, przyjdzie ta podręczna lista moich ulubionych, najczęściej słyszanych i używanych wyrażeń. Cudne są nie tylko dla tego, że barwnie wyrażają niewyrażalne (w pewnych sytuacjach przynajmniej), ale przez to, że nie obca jest im ironia, a nawet sarkazm. Zatem do dzieła!

Poza życia
Delhi belly (delijski brzuch) - biegunka. Określenie pochodzi od doświadczeń brytyjskich turystów, którzy podczas pobytu w Indiach doznali rozstroju żołądka. Amerykańskim odpowiednikiem (tutaj z pomocą przyszły doświadczenia osób podróżujących do Meksyku) jest Montezuma’s revenge (zemsta Monezumy).

Dutch headache (holenderski ból głowy) - nic innego jak kac

Get hammered bądź plastered - nawalić się, skuć

Hair of the dog (psi włos) - to tradycyjne remedium na bycie skutym: napić się w ramach leczenia kaca

The Irish thing (irlandzka sprawa) - alkoholizm

Answer a call from nature (odpowiedzieć na żądanie natury) - robić siku

Spend a penny (wydać pensa) - podobnie jak wyżej

Shake hands with the bishop (uścisnąć dłoń biskupa) - też oddawać mocz, ale przez mężczyznę

(Występować w) Birth suit (ubranie od narodzenia) - czyli na golasa

Dutch treat (holenderska uczta) - posiłek, na który zostało się zaproszonym, a za który trzeba było zapłacić samemu. (Niestety Holendrzy w angielskim wychodzą na jeszcze większych skąpców niż Szkoci czy Irlandczycy).

End up with her Majesty (wylądować z jej Królewską Mością) - czyli w więzieniu (jakże oczywiste!)

Not a great reader (nie jest wielkim entuzjastą czytania) - analfabeta

Sticky fingered (o lepkich palcach) - złodziej

Take to the cleaner  (zabrać do czyszczenia) - okraść, oszukać

I hear what you say (słyszę, co mówisz) - po tym zwrocie bezwzględnie pada słówko "but" (ale) i całość oznacza nic innego jak "Nie zgadzam się z tobą"

(Something went) Pear-shaped (w kształcie gruszki) - coś się nie udało


Sprawy zawodowe

Work both sides of the street (pracować po dwóch stronach ulicy) - to opcja tylko dla odważnych: pracować dla dwóch pracodawców z nieuniknonym konfliktem interesów

Moonlighting - dorabiać sobie na boku (jeden z największych grzechów pracownika w Anglii)

Spanish practices (hiszpańskie praktyki) - regularne oszukiwanie pracodawcy

Pull your socks up (podciągnąć skarpetki) - włożyć dużo wysiłku, żeby się poprawić

Work your socks off - harować

Sprawy ostateczne

God’s waiting room (boska poczekalnia) - dom starości

Pushing up the daisies (wypychać stokrotki) - leżeć w grobie

Death warmed up (ogrzana śmierć) - być na skraju śmierci, czuć się jak trup

Domowa psychologia

Not the sharpest tool in the box (nie najostrzejsze narzędzie w skrzynce) - inteligencja jest tu miarą ostrości, więc chodzi o osobę tępą bądź przytępioną :)

Fruitcake (ciasto owocowe) - osoba ekscentryczna albo po prostu wariat

Laughing academy (akademia śmiechu) - miejsce dla obłąkanych

Loose in the attic  - (dosłownie luźny na strychu) - wariat, pomylony, szalony

March to a different drummer (maszerować przy innym doboszu) - wariat

Miłość i piękno
(Not an) Oil painting (nie obraz olejny) - zwykle właśnie w zaprzeczeniach o kobietach niegrzeszących urodą

Mutton dressed as lamb (owca ubrana za owieczkę) - dorosła/dojrzała kobieta robiąca się na nastolatkę

No (spring) chicken ([nie] wiosenny kurczak) - osoba już niemłoda

Warm up old porridge (odgrzać owsiankę) - odgrzać stary romans

Love muscle (miłosny mięsień) - penis

Visually challenging (wyzwanie dla oka) - osoba brzydka

A bit on the side (kawałek na boku) - kochanek/ka


i na koniec dość niewinne to have a change of heart (zmienić serducho), które wcale nie stosuje się w romantycznych kontekstach, a oznacza tyle, co zmiana decyzji. W tym tygodniu agent nieruchomości zakomunikował nam, że właściciele domu, z którymi byliśmy już 'po słowie' w sprawie kupna ich posesji, mieli nagłe 'change of heart' i zdecydowali się sprzedać dom komuś innemu, kto lekko przebił naszą ofertę. I jak tu nie rzucić mięchem, no jak?!

 

***
Dla pragnących dalszego wtajemniczenia: kulinaria w języku angielskim



niedziela, 25 listopada 2012

Spotkanie z Jackiem Dehnelem i Antonią Lloyd-Jones w OksfordzieOscar Wilde: Życie imituje sztukę znacznie bardziej niż sztuka imituje życie.

Jeżeli mam o nim mówić, to muszę wymienić przynajmniej cztery artystyczne profesje. Jest poetą, pisarzem, tłumaczem i malarzem (malarzem przynajmniej do niedawna). Dla mnie jest dodatkowo a może ponadto artystą życia. Zacznijmy jednak po kolei. Zaczęło się od kolacji, zorganizowanej przez brytyjskiego wydawcę Dedalus, który w tym miesiącu opublikował angielskie tłumaczenie "Saturna", wykonane przez Antonię Lloyd-Jones (uwaga książka została nominowana do Independent Foreign Fiction Award!). Byliśmy w starym, dobrym Brown's na Woodstock Road w Oksfordzie. Było wino i dania z modnej "kuchni światowej". Jacek miał na sobie śliczną muchę. Przy krześle spoczywała znana już wszystkim Jackowa laseczka. Mieliśmy mówić o szczegółach spotkania. Mówiliśmy o Jacku. Na początek o Jacku-tłumaczu.

Spotkanie z Jackiem Dehnelem i Antonią Lloyd-Jones w Oksfordzie

Antonia Lloyd-Jones czyta fragment swojego tłumaczenia "Saturna" Jacka Dehnela podczas spotkania z autorem w Oksfordzie

Poszukując przed spotkaniem informacji o tym, czym obecnie zajmuje się Jacek, znalazłam krótką notkę o tym, że tłumaczy właśnie "Wielkiego Gatsby'ego". Notka musiała jednak nieco trącić myszką, bo Jacek szybko wyjaśnił: to już dawno zrobione. Tłumaczenie ukaże się w tym samym momencie, kiedy do kin wejdzie nowa wersja ekranizacji książki (czyli jeżeli dobrze pamiętam, to już w grudniu). Przekładanie powieści Scotta Fitzgeralda było dla niego ważnym zajęciem. "Nie ma bliższego obcowania z tekstem niż przekład" - mówił Jacek, dla którego wnikliwa lektura Gatsby'ego była zarazem przyjemnością i ćwiczeniem literackiego warsztatu. Zaczęliśmy rozmawiać o tłumaczeniach. Jacek wspomniał o olbrzymiej, czasowej presji, jaką wywierają niektórzy polscy wydawcy na tłumaczy. Stąd wysyp różnego rodzaju niedoróbek i niedoskonałości. Jak tłumaczenie najnowszej książki Alana Hollinghursta, o którym Jacek pisał niedawno w polskiej prasie (ja recenzowałam tą powieść dla Dwutygodnika, ale moja recenzja dotyczy oryginału, nie przekładu). Jacek bardzo lubi Hollinghursta, ja zresztą też, więc chwilkę porozmawialiśmy o jego stylu. Dehnel jest przekonany, że pisarz wkrótce dostanie Nobla. Z pewnością on sam by mu tą nagrodę wręczył. Może Nobel przyniósłby lepsze tłumaczenia jego książek w Polsce?

Spotkanie z Jackiem Dehnelem i Antonią Lloyd-Jones w Oksfordzie

Jacek Dehnel, Blackwell's Bookshop, Oksford

Jacka życie to życie z pisania i tłumaczenia. I żyje mu się dobrze. Jacek-pisarz może pozwolić sobie na realizowanie swoich literackich ambicji i jednocześnie czuć się swobodnie, wykonując zlecenia. W tej chwili pracuje nad dwoma zleceniami, oba pochodzą od prestiżowych instytucji. Dla Muzeum Narodowego przygotowuje opowieść o jego historii, która jest podobno wartka jak górska rzeka i nieprawdopodobna jak to polska, XX-wieczna epoka (wierzę mu na słowo). Dla Biblioteki Narodowej pisze coś jeszcze bardziej ciekawego: różnogatunkowe narracje-ilustracje do XVII-wiecznego atlasu świata, któremu zostanie poświęcona wystawa w Warszawie. A w międzyczasie pracuje nad powieścią, która miała powstać przed "Saturnem". "Dostałem stypendium literackie w Stanach Zjednoczonych i wiedziałem, że do napisania powieści o Goyi wystarczy mi przeczytanie kilku książek, natomiast do historii o siostrze Makrynie, nad którą pracuję teraz, będę potrzebował całej biblioteki. Dlatego zdecydowałem się w Stanach napisać właśnie "Saturna"." Podczas spotkania tłumaczka Antonia Lloyd-Jones zdradziła, że Jacek czuł się bardzo źle w połowie tworzenia historii o rodzinie Goya. "Tak, dostałem wtedy depresji. Ta historia mnie bolała. Tyle intensywnych emocji."

Spotkanie z Jackiem Dehnelem i Antonią Lloyd-Jones w Oksfordzie

Jacek z Teresą Halikowską-Smith, tłumaczką m.in. Różewicza

Powieść, którą teraz pisze, o XIX-wiecznej, doskonałej hohsztaplerce - siostrze Makrynie - nie powoduje już takiego emocjonalnego wycieńczenia. Opowieść powstaje w formie spowiedzi i będzie miała trzy wersje: oficjalną, którą siostrunia opowie na początku, potem drugą zbliżającą się do prawdy i trzecią ujawniającą jej rzeczywisty los, z pewnością niemający nic wspólnego z męczeństwem za chrześcijaństwo (a za podawanie się za męczennicę kobieta otrzymała zwierzchnictwo nad wielkim klasztorem we Włoszech). Z szacunku dla przyszłych czytelników nie zdradzę szczegółów tej niezwykłej historii. Powiem tylko tyle, że Jacek wyszukał sobie fantastyczną bohaterkę, a jej historia będzie nie tyle przypomnieniem dawno zapomnianego, nieprawdopodobnego życia, ale też opowieścią o kobiecej emancypacji, która przybrała najbardziej niezwykły obrót w czasach dla kobiet bardzo trudnych. Będzie to kolejna książka o sztuce życia. Dla mnie "Lala" była właśnie powieścią o tym, jak żyć w opowieści i jak opowiadać o umieraniu. "Ja tym opowiadaniem, gadaniem w "Lali" zwodzę" - wyznał Jacek - "Jedna z czytelniczek powiedziała mi kiedyś podczas spotkania, że zakończenie w tej powieści nie pasuje, że jest doczepione na siłę, a ono jest najważniejsze." Dla mnie ono jest z całej książki najlepsze. "Saturn" z kolei jest o konsumowaniu życia (stary Goya) i byciu pozbawionym chęci doświadczania świata przez zmysły (syn starego Goyi). To moja ulubiona książka Jacka. Stylistycznie jest dla mnie najciekawsza, emocjonalnie najdojrzalsza. Bardzo podoba mi się teatralność jej formy i intensywność uczuć w monologach, ale o samym "Saturnie" napiszę osobno. Ta powieść to też książka o sztuce, a powieściowy ojciec i syn mają do niej zupełnie inny stosunek.

Spotkanie z Jackiem Dehnelem i Antonią Lloyd-Jones w Oksfordzie

Spotkanie odbyło się w dolnej części wielopokojowej Blackwell's

Teraz Jacek-malarz. Podczas spotkania Jacek wyznał, że już nie maluje, a Antonia Lloyd-Jones zdradziła, że w jego jadalni wciąż posiada swój obraz, na którym sam występuje ubrany w kostium biblijnego bohatera. "Jacka obrazy są bardzo dużych rozmiarów" - powiedziała Antonia. Zamiłowanie do malowania odziedziczył po matce. "Pamiętam ten czarowny świat matki,  w którym nagle z niczego wyłaniał się obraz" - mówił - "to było dla mnie wielkie przeżycie w dzieciństwie." Pani Dehnel, zdaniem syna, tworzy, nie brudząc mocno rzeczy dookoła, "maluje schludnie surrealizm". Dla Jacka praca z farbami to niezwykle fizyczne, cielesne doświadczenie. "Maluję nago" - wyznał.

Spotkanie z Jackiem Dehnelem i Antonią Lloyd-Jones w Oksfordzie

Angielskie wydanie "Saturna" już w sprzedaży

Na koniec Jacek-artysta codzienności. Mucha, surdut, kolorowe skarpetki, laseczka a przed państwem elokwently, młody mężczyzna, który ma w sobie tyle twórczej energii, że może ją przetworzyć na ekscentryczne kombinacje ubiorów i estetyczne pozy. Podziwiam Jacka za efektowność, totalne zawierzenie mocom kreacji i to, jak jego życie imituje sztukę.
 

Książki Jacka Dehnela

Książki Jacka Dehnela


Raz jeszcze dziękuję wszystkim tym, którzy przyszli na spotkanie z Jackiem w Oksfordzie. Bardzo miło było Was zobaczyć! A angielskiej wersji "Saturna" życzę zasłużonej nagrody dla najlepszej przetłumaczonej powieści.


Saturn Jacka Dehnela

"Saturnowi" kibicuję, żeby zdobył Independent Foreign Fiction Award



wtorek, 06 listopada 2012

Odbyło się dziś:

Jacek Dehnel w Oksfordzie



Jacek Dehnel w Oksfordzie

Dziękuję serdecznie wszystkim, którzy przyszli! Relacja będzie, jak tylko się ogarnę. Powiem tylko, że wszystko udało się przednio, a Jacek był absolutnym gwiazdorem :)

wtorek, 23 października 2012

Serdecznie zapraszam na spotkanie z Jackiem Dehnelem we wtorek 6 listopada w księgarni Blackwell's w Oksfordzie! Poniżej plakat ze szczegółami. Do zobaczenia!

New Polish fiction in English translation at Blackwell’s, Oxford

JACEK DEHNEL
A conversation with the author, and readings from his work

Tuesday 6th Nov 2012 at 7pm
Blackwell’s Bookshop, Broad Street, Oxford
Entry £3, includes a glass of wine

Jacek Dehnel

To mark the first translation of his fiction into English, the acclaimed Polish writer, poet and painter Jacek Dehnel will be discussing his work with his translator Antonia Lloyd-Jones. Saturn (Dedalus 2012) is a fictionalised version of the personal life of the great Spanish painter Francisco Goya and his family. The novel is built around the theory that Goya’s horrific series of Black Paintings were in fact the work of his son Javier, and were Javier’s way of expressing his feelings about his father. The talk will be in English.


Antonia Lloyd-Jones, recipient of the Found in Translation Award 2009, is renowned for her translations of both Polish fiction (Jarosław Iwaszkiewicz, Paweł Huelle) and non-fiction. She will be reading from her translation of Saturn.


Ania Ready will be chairing the event.

The event is supported by the Polish Cultural Institute

wtorek, 16 października 2012

Ha, jurorzy mnie w tym roku bardzo zaskoczyli. Tegoroczna nagroda Man Booker Prize for Fiction trafiła do brytyjskiej pisarki Hilary Mantel za jej drugą część opowieści o czasach Henryka VIII i życiu Thomasa Cromwella, zatytułowaną Bring Up the Bodies. Pierwsza część trylogii Wolf Hall została zwyciężczynią nagrody w 2009 roku (fragmencik tej powieści przetłumaczyłam kiedyś tu). Zaskoczona jestem z dwóch powodów. Rzadko zdarza się, żeby nagradzano cykle. Nieczęsto pojawiają się też autorzy wyróżniani najbardziej prestiżową nagrodą w tak krótkim odstępie czasu. Gratulacje dla Hilary Mantel! W swojej przemowie przewodniczący składu sędziowskiego powiedział, że ta pisarka wnosi swoją twórczością zupełnie nową jakość do języka, co mnie bardzo cieszy. Cenię prozę Mantel. Bardzo cenię też to, że nagradza się styl, a nie fabułę czy atrakcyjny temat.

Cóż, idę jutro polować na Bring up the Bodies. Choć to był na Wyspach w tym roku zupełny hit (książka była wielbiona przez czytelników jeszcze zanim pojawiła się na Bookerowej liście), to nie zdążyłam jeszcze jej nabyć.

Poniżej kilka ujęć z ceremonii wręczenia nagrody.

(I przepraszam, że pojawiam się i znikam. Szukamy nowego domu i wygląda na to, że wkrótce czeka nas duża przeprowadzka).

Nagroda Bookera 2012 Hilary Mantel Bring up the Bodies

Booker 2012, ceremonia

Booker 2012, ceremonia

Hilary Mantel, zwyciężczyni nagrody Man Booker Prize 2012 za Bring up the Bodies

Man Booker Prize - ceremonia wręczenia nagrody dla najlepszej książki w 2012. Londyn

wtorek, 02 października 2012

Holly jest wszechstronna: pracowała jako korespondentka dla polskiego dziennika gospodarczego, potem prowadziła biuro w amerykańskiej firmie we francuskojęzycznym kantonie Szwajcarii, by wreszcie przeprowadzić się z dwójką dzieci do Paryża, gdzie nie potrafi spocząć ani na chwilę, bo opisywanie paryskiego życia kulturalnego wymaga przecież pracy od świtu do nocy! Niestrudzona, aktywna, pełna energii i pasji zatrzymuje francuską stolicę dla nas w genialnym blogu Dziennik paryski. Kocha miasto, a ja kocham z nią spacery po Paryżu, a jeszcze bardziej to, jak opowiada o teatrze, bo teatr to drugie imię Holly. Serdecznie zapraszam dziś na jej opowieść o tym, jak przeprowadziła się z Genewy do Miasta Sztuki.  

Jak to się stało, że znalazłaś się w Paryżu? Dlaczego akurat tam?

Było więc tak. Zapuszczałam już od lat głębokie korzenie w protestanckiej, ospałej Genewie, nie spodziewając się, że czekają mnie jeszcze jakiekolwiek wielkie zmiany, pocieszając się znakomitą skądinąd szwajcarską czekoladą, urokami jeziora i wieczorami przy fondue z przyjaciółmi. Aż tu nagle dzwoni pewnego dnia mąż, i pyta, czy przypadkiem nie byłabym zainteresowana wyjazdem do Paryża. On nie jest tym pomysłem jakoś szczególnie zainteresowany, bo gdzie będzie nam lepiej niż tu, prawda? Jakiś diabełek, który towarzyszy mi w życiu i za mnie często podejmuje decyzje, odezwał się i tym razem, i powiedział - a więc jedziemy! Była to najbardziej zwariowana, ale z pewnością najlepsza decyzja, jaką zdarzyło mi się podjąć w życiu.  Rezygnowałam z mojej małej stabilizacji, ale czułam instynktownie, że czeka mnie przygoda!

No i przecież nie wyjeżdżaliśmy na biegun północny. Paryż znałam z krótkich pobytów, ale czymś zupełnie innym jest krótka wizyta, a czym innym mieszkanie i praca w nowym mieście. Wszystko wydawało mi się proste, podobna kultura, ten sam język…W kilka tygodni później,  pakowałam walizki, żegnałam przyjaciół, miasto Kalwina i wyruszałam, niczym Rastignac, na podbój stolicy!

Paryż Joanny

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia, jeśli je jeszcze pamiętasz?

Przeprowadzaliśmy się w samym środku zimy, po wielkich trudach udało nam się znaleźć mieszkanie, było duże, ale kaloryfery w nim  prawie nie działały, przez szpary w oknach wiał zimny wiatr i choć miałam do dyspozycji kominek, nie bardzo wiedziałam, gdzie znaleźć drewno na opał. Korespondencję miała nam wkładać pod drzwi dozorczyni, która była żywcem wyjęta z "Lokatora" Polańskiego, gdyż w kamienicy nie było skrzynek pocztowych, ale ja miałam obsesję, że stoi pod drzwiami i podsłuchuje. Nawet sobie trudno wyobrazić, jaką władzę ma nad nami w Paryżu dozorczyni!

Przyzwyczajona do szwajcarskiej skrupulatności administracyjnej, nie mogłam też uwierzyć, że najważniejszym dokumentem w Paryżu okazał się rachunek za światło, tylko na jego podstawie można było na przykład otworzyć konto w banku czy też zapisać dziecko do szkoły. Ale dom był magiczny. Na drzwiach mieszkań ujrzałam przyklejone mezuzy, moimi sąsiadami byli ortodoksyjni Żydzi i w piątkowe wieczory spotykali się całymi rodzinami, aby wspólnie obchodzić Szabat, głośno do późna w nocy ucztując i śpiewając.  Czułam się jakbym była na "Austerii".

W te mroźne, styczniowe dni, Paryż jawił mi się jak miasto z bajki. Zachwycały zamarznięte fontanny w Ogrodzie Tuleryjskim, tłumy na podgrzewanych gazem tarasach kawiarń, półżywe kraby, ostrygi i małże na targu Poncelet i bukiniści, którzy mimo mrozu otwierali swoje zielone kramiki nad brzegiem Sekwany. Od pierwszego właściwie dnia miasto mnie uwiodło, rozkochało w sobie, całkowicie pochłonęło. 

Paryż Joanny

Jak Ci się dziś mieszka w Paryżu?

Jest Paryż i Paryżanie. Najpierw może o samych Paryżanach, którzy nie zawsze są łatwi we współżyciu. Przyjechałam z Genewy, w której ludzie się sobie kłaniają, są wobec siebie z reguły życzliwi i sympatyczni, obowiązuje kurtuazja i nikomu się nigdzie nie spieszy, uśmiechałam się więc na początku naturalnie do ludzi i miałam wrażenie, że biorą mnie za osobę chorą psychicznie. Tego tu się nie robi! Obowiązują pewne kody. Na przykład, nigdy nikomu na ulicy nie wolno patrzeć prosto w oczy, nie odpowiadać na pytania osób nieznajomych i starać się robić jak najbardziej ponure miny w metrze. Tego musiałam się nauczyć, ale chyba już dziś idzie mi to nieźle…Jedynie, gdy wpadam na dzień-dwa do Genewy, to jestem zaskoczona, gdy po wejściu do budynku zupełnie obce osoby mówią mi "dzień dobry", a autobus zatrzymuje się w połowie przystanku, żeby ktoś mógł z niego wysiąść.

Innym problemem jest język. We francuskojęzycznej Szwajcarii trudno sobie nawet wyobrazić, aby ktoś nas zapytał skąd pochodzi nasz akcent. W kraju wielojęzycznym, jakim jest Szwajcaria, z dziesiątkami akcentów i dialektów, w którym każdy mówi tak jak potrafi, akcent jest czymś całkowicie naturalnym, nie wypada zwracać na niego uwagi. Ale w Paryżu jest inaczej. Poziom języka sytuuje nas w hierarchii społecznej, akcent - dyskwalifikuje. Mało tu tolerancji dla inności.

A miasto, i mogę to powiedzieć z pełnym przekonaniem, całkowicie nas przeobraża. Stajemy się bardziej wrażliwi, chłonni, otwarci na nowe zjawiska w każdej dziedzinie kultury. Może już samo przebywanie wśród pięknej architektury, po prostu życie w tym największym na świecie muzeum pod gołym niebem, prowadzi do rodzaju metamorfozy, a może po prostu jesteśmy tak stymulowani, że bezwolnie tej przemianie ulegamy?

Dla pasjonata historii takiego jak ja, mieszkanie w Paryżu to również codzienne zdzieranie kolejnych warstw przeszłości miasta. Każdy budynek, pałac, hotel to przecież kilka wieków dziejów. Ponadto Paryż ma jakąś niebywałą wewnętrzną energię. Zadziwiają mnie niezwykle oryginalne inicjatywy ludzi, takie chociażby jak ostatnio zorganizowane targi książki na samym szczycie wieży Montparnasse. W mieście pracują tysięce artystów, których pracownie rozlokowane są we wszystkich dzielnicach. Dni ich otwarcia dla publiczności to prawdziwe święto. Muszę się przyznać, że nie wyobrażam sobie, iż kiedyś będę musiała stąd wyjechać i powrócić do mojej genewskiej oazy spokoju.

Paryż Joanny

Co cię najbardziej zaskoczyło, wywołało zdziwienie czy też rozczarowało?

Intensywność życia kulturalnego. Ilość organizowanych imprez, tłumy w księgarniach, w kinach, na wystawach sztuki i w teatrach. To powoduje również, że czuję się tu jak ryba w wodzie. Gdy kiedyś wychodziłam o szóstej rano z Grand Palais, z czynnej przez ostatnie trzy doby non-stop retrospektywy Moneta, przed wejściem stał już spory tłum ludzi, ale nie emerytów, ale podążających do pracy kobiet i mężczyzn. Społeczeństwo francuskie jest  znakomicie wykształcone, laickie, oczytane, chłonie bez umiaru wszystko, co oferuje mu miasto. Może kultura  zastąpiła tu kościół? Francja jest przecież państwem głęboko laickim. Rewolucja przeorała umysły i to się czuje. Wysoki jest też poziom intelektualny prasy i debatowania francuskiej inteligencji. Udział w kulturze nobilituje. Kwitną wydawnictwa a dzieci i młodzież czytają, nie trzeba ich do tego namawiać i mają nawet swój własny salon książki. Szkoła jest na znakomitym poziomie, stymuluje i rozwija. I cenię to, że Francuzi nie oszczędzają na kulturze i nie szaleją na punkcie dorabiania się - wolą pracować mniej, 35 godzin i mieć więcej czasu na chociażby czytanie. Nie czuję tu takiego pędu do posiadania, jaki jest u nas.  Nie ma tu też obsesji na punkcie pracy.

Zaskoczył mnie też francuski system państwa opiekuńczego, w porównaniu z którym, Szwajcaria jest bardzo kapitalistyczna i liberalna.

Co mnie najbardziej rozczarowało? Może bardzo słaby wysiłek na rzecz integrowania cudzoziemców i obywateli francuskich o innym języku, kolorze skóry czy kulturze. Wyrzucanie ich na margines, do przedmieść. Szwajcarzy radzą sobie z tym lepiej.

Czy są jakieś książki o Paryżu, które zechciałabyś polecić?

Czytam sporo książek związanych z Paryżem, ale nie są one tłumaczone na polski, a więc może skorzystam z okazji, aby zasugerować lekturę literatury francuskiej i eseistyki w tłumaczeniu przesiąkniętego tym miastem i kulturą francuską Władysława Boya-Żeleńskiego. Jego tłumaczenia powieści Zoli, Hugo czy Stendhala są po prostu majstersztykiem, ale polecam również eseje. A z bardziej współczesnych, może "Paryskie pasaże" Krzysztofa Rutkowskiego? Jeśli ktoś będzie miał okazję, to radziłabym również zajrzeć do albumów fotograficznych poświęconych Paryżowi takich artystów jak Doisneau, Bresson czy Brassaï, one też pomogą nam odsłonić sekrety miasta.


Paryż Joanny

Wszystkie zdjęcia są zrobione przez Holly.

***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki:

Invitada w Edynburgu

Kasia Hordyniec w Donegalu

Stuffed mice w Buenos Aires

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie

 

poniedziałek, 01 października 2012

Alan Hollinghurst Obce dziecko"The Stranger’s Child" Alana Hollinghursta była poważnym kandydatem do nagrody Bookera w zeszłym roku, pomimo tego że nie znalazła się w ścisłym gronie finalistów, za co zresztą oberwało się zeszłorocznym sędziom. Moim zdaniem słusznie. Książka jest bardzo dobra i staroświecko opasła (ponad 600 stron), a do tego niebezpiecznie angielska. Ma zblazowanego arystokratę za bohatera, historię upadłego dworu, tajemnice męskich związków i sporo, sporo poezji. Zainteresowanych powieścią odsyłam do recenzji, którą opublikował właśnie Dwutygodnik.

Książka dostępna jest już po polsku (gratuluję tłumaczce, to musiało być nie lada wyzwanie!), a krajowy wydawca świetnie dobrał do niej okładkę. Cieszy mnie to, że to już kolejna powieść Hollinghursta, która pojawiła się w polskim przekładzie. Mam wrażenie, że to wciąż pisarz mało znany i mało odkryty, pomimo tego, że należy do ścisłej czołówki brytyjskich prozaików. Myślę, że nieco przeszkadza mu łatka "pisarza gejowskiego", którą dostał po tym, jak jego "Linia piękna" otrzymała nagrodę Bookera. OK, książka opowiada o londyńskim środowisku gejów, a pisarz otwarcie mówi o swojej orientacji seksualnej, ale to wcale nie znaczy, że lektura kierowana jest do zawężonego odbiorcy a walory książki sprowadzają się do odważnych wyznań, bo tak właśnie nie jest.

piątek, 28 września 2012

Takich historii jest oczywiście mnóstwo. Do Polski przyjechałam po dziesięciomiesięcznej przerwie, więc nie ukrywam, że przeżyłam mały szok kulturowy. A oto kilka przykładów dlaczego:

Sytuacja 1
W kawiarni kupujemy z siostrą kawę na wynos.
- Czy ma pani może nakrywki do kubków?
W odpowiedzi pojawia się ostro wysunięty paluch jednoznacznie wskazujący kupkę nakrywek w ciemnym rogu.
Cóż, nie starcza nam odwagi na słowa podziękowania :)

Sytuacja 2
Dzwonię do szpitala, szukam lekarki. Rozmawiam z kimś w dyżurce.
- Doktor C. nie ma.
- Nie wie Pani, gdzie mogę ją znaleźć?
- Dyżurka pielęgniarek
- A jaki jest tam numer?
- Końcówka 354
- Dzię... zaczynam mówić już do siebie, bo głos po drugiej stronie szybko się rozłączył.

Sytuacja 3
Zamawiam pizzę z dowozem do domu. Chcę przygotować należność dla kierowcy, więc pytam:
- Mógłby mi pan powiedzieć, ile to będzie razem kosztowało?
- Nie. I błyskawicznie odkłada słuchawkę. Nawet nie wiem, kiedy się tej pizzy spodziewać.

Sytuacja 4
Zasiedzieliśmy się w kawiarni na lotnisku i biegiem ruszamy do bramki, bo za 20 minut odlot. Wchodzimy do samolotu z dwójką małych dzieci jako jedni z ostatnich pasażerów, co ma niewątpliwie również swoje zalety - nikt się nie przepycha. Udajemy się w głąb samolotu, nagle atakuje mnie starsza pani z pretensją:
- Dlaczego pani nie weszła, jak wchodziły mamy z dziećmi?
Nie mam szansy odpowiedzieć (pomijam to, że pytanie mnie zatkało), bo pani ze złością kontynuuje: Przecież nie wchodzi się ze wszystkimi, nie wchodzi!

To, dlaczego się nie wchodzi, skoro się wchodzi, pozostaje dla mnie do teraz zagadką :)

A na koniec dobra wiadomość: przy przechodzeniu przez kontrolę mienia i ciała na lotnisku w Gdańsku już nie trzeba zdejmować butów, hurra!


czwartek, 27 września 2012

Kończy się nasz pobyt w Polsce i wracamy same. Miałam nadzieję, że uda nam się znaleźć au pair, która miałaby ochotę na małą przygodę: zamieszkać z nami, popraktykować, nauczyć się języka i może otworzyć własną działalność. Szukam bowiem kogoś zajmującego się rehabilitacją, pedagogiką specjalną bądź fizjoterapią (albo czymś zbliżonym), kto potrafiłby dobrze zająć się naszą Belą, poznać, jak pracują z nią brytyjscy terapeuci i jednocześnie zdobyć ciekawe doświadczenie a potem wykorzystać je na własną rękę. Myślę, że fajnie byłoby z nami zamieszkać. Może znacie kogoś? Albo Wasi znajomi? Ogłoszenie wciąż wisi na portalu Trójmiasto.pl. My za chwilę będzie z powrotem w Oksfordzie i mam nadzieję, że wkrótce jakaś odważna dusza do nas dołączy - będę Wam, bardzo wdzięczna za pomoc w odszukaniu takowej.

Tymczasem żegnam się z chłodnym morzem w trzech pocztówkach.

Morze Gdynia

Gdyńska trasa

Dziewczynki

Nadmorska drzemka

Czytający nad morzem

Bulwarowy czytelnik. Fota do tyglowej kolekcji Uroków czytania

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27
Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...