wtorek, 25 września 2012

Pole Position Literacka jesień na Wyspach po polskuOd ponad dwóch tygodni jestem z dziewczynkami w Polsce i choć dobrze nam na babcinym zapiecku, to tęsknimy już trochę za własnym domem. Tym bardziej, że ta jesień niesie ze sobą sporo ciekawych wydarzeń. Dziś zareklamuję polskie spotkania literackie, bo ich w tym roku jest cały ogrom a do tego, uwaga uwaga, udało mi się namówić największą oksfordzką księgarnię Blackwell's na zorganizowanie spotkania z Jackiem Denhelem! O szczegółach napiszę wkrótce, tymczasem rezerwujcie sobie wieczór 6 listopada.

Kto nie zdąży do Oksfordu, temu polecam spotkanie z Jackiem w Londynie 5 listopada. To będzie początek promocji tłumaczenia jego najnowszej powieści "Saturn", którą przełożyła Antonia Lloyd Jones. Książka jest znakomita, więc liczę na to, że będzie się bardzo podobać brytyjskim czytelnikom.

Saturn

Z Antonią będziecie mieli okazję spotkać się niejednokrotnie tej jesieni, bo ona będzie towarzyszyć kilku pisarzom, których książki w tym roku przetłumaczyła (Antonio, co byśmy bez ciebie zrobili?!) Gorąco polecam spotkanie z Pawłem Huelle i Antonią, jakie odbędzie się 7 października o 12:30 w londyńskim Kings Place (tutaj szczegóły). Paweł Huelle będzie opowiadał o motywach muzycznych w swojej twórczości, przy okazji promując angielskie tłumaczenie swoich "Opowieści chłodnego morza".

Cold Sea Stories Pawel Huelle


Wymienione spotkania to tylko niewielka cząstka tego, co w tym roku zgotował Polski Instytut Kulturalny w Londynie. W ciągu najbliższych dwóch miesięcy w ramach Pole Position – polskiego festiwalu literatury polskiej odbędzie się seria wydarzeń z udziałem 6 pisarzy podróżujących po 10 miastach Wielkiej Brytanii. Więcej informacji znajdziecie na stronie Instytutu a poniżej zamieszczam skrótową listę:

26 września: Artur Domosławski, Liverpool, Toxteth Library
7 października: Paweł Huelle, London (Notes & Letters Festival), Kings Place
8 października: Paweł Huelle, David Constantine, Manchester (Manchester Literature Festival), International Anthony Burgess Foundation
9 października: Paweł Huelle, David Constantine, Ilkley (Ilkley Literature Festival), Ilkley Playhouse
10 października: Paweł Huelle, Antonia Lloyd-Jones, Liverpool, Toxteth Library
17 października: Grażyna Plebanek, Noémi Szécsi, prowadzenie: Tibor Fisher, Oxford, Albion Beatnik Bookshop
18 października: Grażyna Plebanek, Maggie Gee, London, Belgravia Books
19 października: Grażyna Plebanek, Anjali Joseph, Noémi Szécsi, Manchester (Manchester Literature Festival),  International Anthony Burgess Foundation
20 października: Grażyna Plebanek, A.M.Bakalar, Edinburgh, Blackwell's
4 listopada: A.M.Bakalar, Zygmunt Miłoszewski, prowadzenie Sophie Mayer, Folkestone (Folkestone Book Festival), Quarter House
5 listopada: Zygmunt Miłoszewski, Jacek Dehnel, London, Daunt Books
6 listopada: Jacek Dehnel, Oxford, Blackwell's
7 listopada: Magdalena Tulli, A.M.Bakalar, Sefton, Merseyside (Sefton Celebrates Writing with Writing on the Wall), Southport Town Hall


A tak poza tym to trzymajcie kciuki za moją Belę, bo jest bardzo niespokojna i boję się, że i tej jesieni czeka nas szpital albo jakaś nieprzyjemna kuracja...

czwartek, 06 września 2012

Reguła pierwsza: procedura jest święta

Zakupiłam wózek dla dwójki dzieci przez internet. Okazał się być inny niż oglądany wcześniej model w sklepie i zupełnie nie pasował Beli, więc musiałam go zwrócić. Dzwonię do sklepu:

- W jaki sposób mogę zwrócić nabyty wózek?
- Musi go pani spakować dokładnie w taki sam sposób, w jaki był spakowany, kiedy go pani otrzymała.
- Nie chcą go państwo wcześniej obejrzeć?
- Nie, wózek przejdzie inspekcję w sklepie, więc musi go pani przywieźć takim, jakim go pani otrzymała. Proszę pamiętać o tym, żeby dobrze zakleić pudło, jak włoży tam pani wszystkie części, oczywiście wcześniej odpowiednio zawinięte i złożone.
- Ale jaki jest sens zaklejania pudła i pakowania każdej części, skoro i tak będą musieli państwo wyjąć wózek i go obejrzeć?
- Taka jest nasza procedura.
- Nie szkoda podwójnego wysiłku?
- Taka jest nasza procedura.
- Naprawdę nie rozumiem, po co go rozkładać, owijać i zalepiać, skoro pani będzie musiała i tak to rozlepić, odwinąć i złożyć?
- Tak jak powiedziałam, taka jest nasza procedura.

Reguła druga: chroń przed zagrożeniem teoretycznym

W poczekalni kliniki szpitalnej czekam na lekarza (spóźnia się już 40 minut). W końcu wychodzi piguła i wykrzykuje nazwisko mojej córki. Trzymam Natalie na jednym ramieniu, a drugą ręką pcham wózek. Piguła rozkazuje:
- Proszę natychmiast włożyć dziecko do wózka.
- Słucham?
- Proszę włożyć dziecko do wózka. Może się pani pośliznąć na mokrej podłodze.
Rozglądam się dookoła, korytarz suchuteńki .
- Jakiej mokrej podłodze? Tutaj nic nie jest mokre.
- Ale mogłoby być, to szpital.

Reguła trzecia: kurtuazja królową korespondencji

Czekam na paszport córki, który nie przychodzi i nie przychodzi. Sprawdzam w internecie, na jakim jest etapie przygotowania. Otrzymuję odpowiedź, że biuro paszportowe dostało dokumenty 28 sierpnia (wysłałam je dwa tygodnie wcześniej, ale mniejsza o to). Odpisuję, że dziękuję za informację, cieszę się, że aplikacja dotarła, ale interesuje mnie najbardziej to, jak bliska jest sfinalizowania.

Dostaję maila:
Dziękujemy za przesłaną wiadomość. Informujemy, że biuro paszportowe otrzymało dokumenty 28 sierpnia.

Piszę kolejnego maila z kolejną prośbą o wskazanie, na jakim etapie materializowania się jest paszport Natalie. Przychodzi odpowiedź:
Dziękujemy za przesłaną wiadomość. Informujemy, że biuro paszportowe otrzymało dokumenty 28 sierpnia. Dokumenty muszą przejść proces weryfikacji.

Piszę znowu:
Bardzo się cieszę, że otrzymałam trzykrotne potwierdzenie daty dostarczenia dokumentów. Będą państwo łaskawi powiadomić mnie, na jakim etapie weryfikacji znajduje się paszport mojej córki?

Przychodzi odpowiedź:
Dziękujemy za przesłaną wiadomość. Dokumenty leżą w kolejce do weryfikacji.

Piszę następnego dnia i przychodzi dobrze już znana odpowiedź: Dziękujemy za przesłaną wiadomość. Informujemy, że biuro paszportowe otrzymało dokumenty 28 sierpnia.

 

***

Mogłabym pisać wiele, co o tym sądzę, ale powiem tylko tyle, że kto żyje według takich reguł, ten martw za życia.

niedziela, 02 września 2012

Olimpiada kulturalnaO ósmej rano w piątek 27 lipca zbudził mnie dźwięk dzwonów dochodzący z pobliskiego kościoła anglikańskiego. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że pastor zwykle oszczędnie się z nimi obchodzi. Bogu dzięki nie był to ani zwiastun pogrzebu, ani zapowiedź nowego zwyczaju na piątkowy poranek. Chwilę mi to zajęło, zanim zorientowałam się, że pastor brał udział w artystycznym projekcie a ja - podobnie jak i cała kilkudziesięciomilionowa społeczność Wielkiej Brytanii - zostaliśmy do niego zaproszeni. Tamtego poranka powinnam więc była łączyć cokolwiek, co dzwoni: telefon komórkowy, klakson, dzwonek rowerowy, etc., by przez trzy minuty partycypować w pracy Martina Creeda, zdobywcy brytyjskiej nagrody Turnera dla najlepszego artysty, zatytułowanej skromnie Work no 1197. Po cóż? Ano, by w ten sposób włączyć się w wielki dzień otwarcia Igrzysk Olimpijskich pracą będącą częścią Olimpiady Kulturalnej.

Ósma rano na mojej ulicy jest porą wzmożonego ruchu: samochody peregrynują w stronę centrum, dzieciaki wybierają się do szkoły, zaczyna kręcić się listonosz i pierwsi roznosiciele niechcianych ulotek. Każdy zmierza w jakimś celu. Nie słyszałam jednak, żeby ktokolwiek dzwonił i wcale mnie to nie dziwi.

Projekty mające na celu angażować społeczność, czasem zwane dość niemądrze sztuką 2.0 (z tego, co wiem od krajowych technokratów, świat ruszył do przodu i mamy już czasy 3.0, dominację smartphonów i społeczności wokół nich skupionych) czy też twórczością spod znaku Twittera, potrafią znakomicie chybić w ideę zbiorowej partycypacji. W przypadku "dzwonkopiady" Creeda grzechem głównym była banalność pomysłu, nieodpowiedni moment, bo kto w porannym pośpiechu myśli dzwonić z okazji otwarcia olimpiady, która oficjalnie rozpocznie się dopiero wieczorem? Zresztą pozwolę sobie tutaj wysunąć śmiałą tezę o dzwonku: dzwonek staje się antyspołecznym symbolem, bo jak Wyspy długie i szerokie, nic bardziej nie irytuje niż rozdzwonione telefony komórkowe w autobusie czy pociągu (i dlatego też brytyjskie koleje wystarały się o to, by dołączyć do składu tzw. quiet coach, czyli wagon, gdzie dzwonienie i rozmawianie przez telefon jest zabronione).

Niech żyje GB team!

Niech żyje GB team!

Społecznościowy eksperyment Creeda okazał się pudłem również z innej przyczyny - bo rozminął się zupełnie z brytyjskim podejściem do zbiorowych projektów. Idea dla idei jest mało atrakcyjna, za to możliwość wspólnego stworzenia czegoś z potencjalnie niczego to już na Wyspach zupełnie inna sprawa. Dlatego właśnie zbudowano łódź.

The Boat to inny społecznościowy projekt wciąż trwającej Olimpiady Kulturalnej. Łódź nazywa się Collective Spirit i zbudowana została z podarowanych przez mieszkańców Wysp kawałków drewna. Niektóre z nich są całkiem szczególne, jak na przykład odłamek gitary Jimiego Hendrixa, a łącznie zebrano ich ponad 1,2 tys. Łódź w to lato opływa Wyspy i do połowy września zawita jeszcze w czterech portach. Pomysł jest prosty, efekt ciekawy, a zaangażowanie społeczne całkiem wysokie.

Nie chcę przez to powiedzieć, że wolę bardziej "konkretne" czy użyteczne projekty arystyczne. Jeżeli jednak ktoś chce wykorzystać mój czas, to wolę, żeby włączył mnie w przedsięwzięcie, które ma albo lepszy estetycznie pomysł, albo fajny efekt, o wiele wiele głębszy niż głupie, zbiorowe dzwonienie. 

Nie wiem, czy śledzicie program Kulturalnych Igrzysk na Wyspach. Zdecydowanie dominują w nim społecznościowe i widowiskowe przedsięwzięcia. W artystyczne igrzyska zaangażowano 25 tys. twórców, a do połowy września ma w nich wziąć udział 10 milionów osób. Na to lato zaplanowano 137 światowych premier. Londyński teatr The Globe już sprzedał 85 tys. biletów. Obracamy się w świecie dużych liczb i nic w tym dziwnego. Organizatorzy postawili przede wszystkim na to, by wielkość sportowych zawodów zmierzyć ze spektakularnym show. I tak w projekcie Tree of Light bierze udział 1200 performerów i 450-osobowy chór, opowiadający historię o mitycznym drzewie (przedstawienie wędruje po kilku miastach Wysp), Godiva Awakes to pomysł budowy 10-metrowej kukły, która w asyście 100 rowerzystów przemieści się ze środkowej Anglii do Londynu, Whispering Woods to 200 piosenkarzy śpiewających po zmroku w prastarym lesie, performance na Trafalgar Square to 2 tys. tancerzy, podobna liczba akrobatów, artystów i kuglarzy wystąpi w Irlandii Północnej w ramach widowiska Land of Gigants.

Liczby to jedno, wielkie nazwiska to druga strona kulturalnego medalu. Artystyczna olimpiada ma swojego faworyta, którym bezwzględnie jest, jak zresztą nietrudo zgadnąć nieśmiertelny Szekspir. W tym roku w miejscu urodzin wielkiego barda - Stratford-upon-Avon - wystawiane są międzynarodowe koprodukcje teatralne w ramach World Shakespeare Festival. I tak szekspirowski świat nabiera zupełnie innego kolorytu: Wiele hałasu o nic  zabiera widza do współczesnych Indii (produkcja w reżyserii Iqbala Khana) a Sen nocy letniej według Dimitrija Krymowa gwarantuje wzięcie udziału w rosyjskim eksperymencie. Pomysł jest według mnie bardzo ciekawy, a spektakle całkiem zróżnicowane.

Krok dalej zrobił londyński The Globe, angażując w olbrzymi projekt 37 teatrów z całego świata, w tym z krajów, które trawiła bądź wciąż trawi wojna: południowego Sudanu czy Afganistanu. Po raz pierwszy na deskach londyńskiego teatru wystąpiła też narodowa, chińska grupa teatralna, wystawiając Ryszarda III. Najciekawsze moim zdaniem jest to, że każdy spektakl zrealizowany został w języku narodowym (Polska prezentowała Makbeta 8 maja). Globe to Globe, bo tak nazwano wielojęzykowe rozgrywki szekspirowe w Londynie, można było oglądać w iście igrzyskowych zestawach: biathlony (dwie sztuki ze specjalną zniżką), trójboje, maratony a nawet całość zestawie olimpijskim (38 sztuk o 90 funtów taniej niż bilety nabywane indywidualnie). Całkiem przyjemne sporty, prawda?

Szekspirem żyje też Muzeum Brytyjskie, które stanęło w zawodach Olimpiady Kulturalnej, przygotowując wystawę Shakespeare: Staging the World, pokazując m.in. Londyn z czasów artysty. W stolicy można też zobaczyć dokonania innego nieśmiertelnego Brytyjczyka - Alfreda Hitchcocka. Projekcje jego niemych filmów (niedawno odrestaurowanych) dostępne są m.in. na dziedzińcu Muzeum. Film jest zdecydowanie jedną z ważniejszych dyscyplin Kulturalnej Olimpiady - festiwale odbywają się od południa Wysp aż po Szetlandy (oddalone o 200 km od Brytanii wysepki zorganizowały Screenplay Film Festival).

Trailer filmów Hitchcocka

Trailer filmów Hitchcocka

Innym ważnym sportem jest czytanie, zwłaszcza wśród najmłodszych. Zresztą nic w tym zaskakującego, bo Brytyjczycy wykorzystają każdą okazję, żeby móc promować książki (to tutaj narodziła się Wielka Noc Książki, podczas której rozdawanych jest milion specjalnie na tą okazję drukowanych książek. Sama ze sportowym zacięciem biorę w tym udział). Co roku na Wyspach organizowane jest wyzwanie czytelnicze dla dzieci podczas wakacji letnich. W ramach Olimpiady ruszył też projekt StoryCloud, którego celem jest stworzenie bezpłatnej biblioteki internetowej z bajkami. Znani autorzy dostali specjalne zlecenie napisania historii dla dzieci właśnie w ramach tej inicjatywy, a podczas ich odczytów w centrach dla dzieci we wschodnim Londynie najmłodsi przygotowują do nich ilustracje (galeria dostępna jest na tej stronie).

Bez wątpienia igrzyska kulturalne oferują wiele dyscyplin. Organizatorzy postawili, według mnie, na dwa czarne konie: megawidowiska popkulturalne, które przyciągną uwagę szerokiej publiczności, zwłaszcza turystów z całego świata, i na narodowych sportsmenów brytyjskiej klasyki: Szekspira, Lewisa Carolla, Alfreda Hitchcocka, etc. Czy Olimpiada nie zaniża poprzeczki, serwując sporą dawkę popu w ramach kulturalnych rozgrywek? Moim zdaniem nie, bo widowiskowość i show to nieodłączny element igrzysk, więc trudno, żeby tego zabrakło w artystycznym programie. Zresztą czy nie jest tak, jak w przypadku sportowej olimpiady, że siadamy oglądać tylko ulubione sporty? A tych na "Cudownych Wyspach" (cytując Dannego Boyla, cytującego Szekspirową Burzę) jest bez liku, więc naprawdę jest w czym wybierać.

Mnie została jeszcze do obejrzenia wystawa ilustracji Alicji w Krainie Czarów prezentowana w nowym oksfordzkim muzeum The Story Museum w ramach Olimpiady. A jaka impreza kulturalna zrobiła na Was największe wydarzenie w to lato? Czy Wasze kraje też postawiły w tym roku na kulturalne sporty?

 

***

Olimpiada Kulturalna towarzyszy Letnim Igrzyskom i Paraigrzyskom w Wielkiej Brytanii. Jej kulminacją jest London Festival 2012: 21 czerwca - 9 września. Więcej informacji na stronie projektu.

środa, 29 sierpnia 2012

Przyjechała na Wyspy mniej więcej w tym samym czasie co ja. Znalazła swój dom na północy, a ja na południu. Nasze doświadczenia są bardzo różne, bo było nie było, mieszkamy w zupełnie innych krainach, które za dwa lata mogą stać się odrębnymi państwami. Invitada z pasją nie tylko po Szkocji chodzi, ale i oprowadza, bo pracuje m.in. jako przewodnik. Jej genialne wycieczki po szkockiej głuszy dokumentuje w świetnym blogu Moje miasto i mój świat Zresztą zapisków podróżniczych znajdziecie tam więcej z wielu innych części świata. Invitada jest niezłomna: w jednym tygodniu będzie przedzierać się autobusem przez litewsko-polską granicę późną nocą, a w drugim przemierzy kilkanaście mil górskiej trasy w Szkocji. Podziwiam jej energię i reporterski zmysł obserwacji. I to, jak dobrze zadomowiła się w Edynburgu. O szczegółach swojej przeprowadzki opowiada poniżej. Zapraszam!

Jak to się stało, że znalazłaś w Edynburgu? Dlaczego akurat tam?

Pewnego dnia siedziałam w mojej "polskiej" pracy i stwierdziłam, że nie jestem szczęśliwa. Dusiłam się i zdawałam sobie z tego sprawę. Postanowiłam coś w swoim życiu zmienić.

Szkocja to zupełny przypadek w moim życiu i chyba zrządzenie losu. Czasami warto iść z prądem i zdać się na przeznaczenie, bo bywa, że losowy wybór jest o niebo lepszy aniżeli ten, jakiego dokonalibyśmy sami. Do dziś pamiętam lot z przesiadką w Pradze, czyste i nieduże (tak wtedy mi się wydawało) lotnisko w Edynburgu i podróż do centralnej części kraju. O Szkocji wiedziałam naprawdę niewiele. Chyba tylko to, że znajdowała się na północy Wielkiej Brytanii i z prawie każdej strony otoczona jest wodami, które nijak nie sprzyjają kąpielom z powodu niskiej temperatury. Przed wyjazdem wydawało mi się także, że opowieści o kapryśnej i zmiennej pogodzie to także taka bajka. To nie  jest bajka, a Szkocja to przede wszystkim góry i woda.

Szkocja, wybrzeże

Duża czść mieszkanców Szkocji żyje z morza i dzięku morzu

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu?

Pierwsze pięć miesięcy mojego szkockiego życia to przede wszystkim nauczenie się na nowo angielskiego i koncentrowanie się na nowym, szorstkim, twardym akcencie, innym wymawianiu głosek i nowych słowach. Szkoci używają wielu słów z języka szkockiego, którymi nie posługują się na przykład przyjezdni z innych rejonów Wielkiej Brytanii i emigranci. W języku szkockim piszą oni książki, języka szkockiego uczą w domach dzieciaki. Drugim językiem, który ponownie został wprowadzony do szkół jest galeacki. Na Isle of Skye jest szkoła językowa, gdzie wszystkie zajęcia prowadzone są w galeackim. Znane są przypadki, iż pastorzy jadący objąć nową posadę na Hebrydach, nie zagrzali zbyt długo miejsca, bo bez znajomości galeackiego zostawali szybko zwalniani z etatów. Galeackiego do dziś nie udało mi się opanować, ale ze szkockim idzie mi niezle. Kilkadziesiąt mil na północ od Edynburga tablice przy drogach informują przejeżdżających w dwóch językach - angielskim i galeackim właśnie.

Pierwsze pięć miesięcy to także bezpośredni kontakt z naturą. Pamiętam mój pierwszy poranek i spojrzenie przez okno. Pod krzaczkiem siedział królik, po trawie spacerował bażant, a z oddali dochodziło gęganie gęsi kanadyjskich. Dwa dni później urodziły się maleńkie owieczki. Nowe życia deptały mi po piętach do pierwszej szkockiej jesieni. Nie zliczę mil, które przejechałam wtedy rowerem po wiejskich i małomiasteczkowych uliczkach. Nie jestem w stanie zapamiętać wszystkich dolin i wzgórz, które przemierzyłam, potoków, nad którymi siadałam, żeby poczytać książki. Po raz pierwszy pojechałam także do Perth na Highland Games i zobaczyłam mężczyzn w kiltach. Kilty naprawdę są w użyciu w Szkocji i przy okazji ważnych wydarzeń lub zwyczajnej niedzieli z dumą są zakładane przez właścicieli.

A potem postanowiłam się przeprowadzić do Edynburga. Kiedy wyszłam po raz pierwszy na spacer z ogromnego, wiktoriańskiego domu i wkroczyłam w świat wiktoriańskich szeregowców, zgubiłam się. Wszystko wydawało być się do siebie bardzo podobne. Potem zakochałam się w Edynburgu i ciężko mi sobie wyobrazić, że mogłabym tutaj nie mieszkać.

Szkoci w kilcie

W kilcie przy każdej okazji, w tle budynek szkockiego parlamentu

Jak Ci się teraz mieszka w Edynburgu? Jak traktujesz miasto i samą Szkocję?

W Edynburgu mieszkam już ponad siedem lat i to jest moje szczęśliwe miejsce na ziemi. Nie jest tak zróżnicowane kulturalnie jak Glasgow, ale dostarcza wystarczającej dawki energii, jeśli takowej potrzebuję. Wystarczy wtedy, że wychodzę na jakąkolwiek ulicę. Zawsze ktoś się uśmiechnie, przywita, zamieni dwa zdania. To sprawia, że zdecydowanie odzyskuję dobry humor i chęć do kontynuowania tego, co tutaj robię. Edynburg jest moim domem. Miejscem, do którego wracam z chęcią i do którego tęsknię. Nie znaczy to, że nie lubię się z miasta ruszać. Uwielbiam. Wtedy powroty są podwójnie radosne i wyczekiwane.

Jak każde większe miasto Edynburg ma swoje ciemne i jasne strony. Nie wszystko jest tutaj idealne, nie żyje się zupełnie bezkonfliktowo. Nauczyłam się jednak nie zwracać na te niemiłe aspekty życia uwagi, a koncentrować się na tym, co przynosi mi radość.

Edynburg

Royal Mile w Edynburgu

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Pamiętam, że kiedyś, jeszcze na początku mojego pobytu, zapytałam pewnego Szkota, czy nie jest on przypadkiem Anglikiem. Miał akcent trochę przypominający mi mieszkańca Liverpool i tym się sugerowałam. Błąd! W miarę poznawania przeze mnie mieszkańców kraju przekonywałam się o tym, że Szkoci bardzo różnią się od Anglików i odwrotnie. Sławnej i mitycznej już chyba nienawiści nie ma, bo czas zaciera historyczne rany i tak powinno być, ale uprzedzenia są.

Szkoci bardzo lubią manifestować tę swoją odmienność, ale nie robią tego w sposób agresywny. Nie chcą także nikogo obrazić. Szkocka flaga wywieszona na posesji to standard. Czasami odnoszę wrażenie, że tego "standardu" jest może zbyt wiele i można by z manifestowania odrębności trochę zrezygnować. Bluzy ze szkocką flagą, dzieciaki chrzczone w kiltach, niedziela w pubie przy piwie i szkockiej muzyce, kobzy. W 2014 roku referendum, w którym Szkoci zadecydują, czy chcą pozostać częścią Wielkiej Brytanii, czy być niepodległym państwem. Kilka lat temu dowiedziałam się także, że Szetlandy mają odrębny parlament, flagę i także chcą referendum dające im niepodległość. Niewtajemniczonym zdradzę, że Hebrydy bardzo różnią się od Orkadów, a te od Borders. Każda prawie część kraju mogłaby stanowić odrębne państwa.

Kolejnym zdziwieniem, które teraz jest już codziennością, był aktywnie spędzany czas wolny. Nigdy wcześniej nie widziałam tylu ludzi na rowerach, biegających, chodzących po górach, wyjeżdżających za miasto. Tego się tutaj nauczyłam i teraz 20 milowe spacery nie są dla mnie żadnym wyzwaniem.

Łowienie ryb w Szkocji

Bezkrwawy sport, bo liczy się przede wszystkim relaks (napis dla wędkarzy głosi: "Wszystkie ryby muszą pozostać żywe i muszą zostać wrzucone z powrotem do wody")

Szkocka flaga

Flaga pokazywana przy każdej okazji i w każdym miejscu

I na koniec jakie książki o Szkocji bądź Edynburgu (fiction/non-fiction) mogłabyś polecić?

Do znudzenia będę powtarzała, że jeżeli ktoś chce poznać Edynburg ze wszystkimi wadami i zaletami oraz ciemnymi zaułkami, których z perspektywy turysty nie zobaczy, musi przeczytać cykl Alexandra McCall Smitha "44 Scotland Street", oraz cykl Iana Rankina o detektywie Rebusie.  Irvine Welsh jest autorem "Trainspotting", który zaadoptowano  w 1996 roku na potrzeby filmu. Bardzo lubię czytać książki Andrew O'Hagana, dziennikarza pochodzącego z Glasgow, który doskonale wpasował się swoim reporterskim stylem w moje literackie gusta. Bardzo polecam książki Andrew Greiga, Karin Altenberg, Jamesa Robertsona.

Leila Aboulela nie pisze o Szkocji, ale w Aberdeen odnalazła swój drugi dom. William Dalrymple urodził się w szkockim Borders. Jego rodzina jest bardzo znana i lubiana i mimo tego, iż pisarz nie mieszka już tutaj, często wspomina Szkocję w swoich książkach. Tym, którzy czytają kryminały, polecam książki Ann Cleeves, która akcje powieści umiejscowiła na Szetlandach i Petera May'a piszącego o Isle of Lewis. A jeżeli ktoś bardzo by chciał poczytać w języku szkockim, polecam książki dla dzieciaków autorstwa Alexandra McCall Smitha.


Zdjęcia i podpisy: Invitada

 

***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki:

Invitada w Edynburgu

Kasia Hordyniec w Donegalu

Stuffed mice w Buenos Aires

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie

niedziela, 26 sierpnia 2012

Dla Pietii

Przeprowadzał się i wyprowadzał z miasta kilka razy. Bo powiększała mu się rodzina, bo zmieniał pracę, bo któryś z uniwersyteckich kolegiów zaproponował lepsze lokum. Łącznie zmienial adresy kilkanaście razy. Spora liczba Tolkienowskich miejsc jest wciąż w mieście dostępna. I wcale nie trudno je wytropić, trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać. Zapraszam dziś na moją własną trasę tropami Tolkiena.

Oksford Tolkiena The Mitre

The Mitre, miejsce spotkań Tolkiena z Lewisem

Spacer zaczynam na głównej ulicy miasta High Street. I to wcale nie od domu pisarza (mieszkał zaraz przy High Street na Merton Street, ale o tym za chwilę), tylko od starej knajpy. The Mitre kiedyś była zajazdem, przy niej zatrzymywały się powozy przyjeżdżające z Londynu. Teraz służy za restaurację z dość niskim sufitem, której wnętrze przypomina bardziej pub niż wyższej klasy lokal gastronomiczny (i ma coś w sobie takiegom bliżej nieokreślonego, co skutecznie zniechęca mnie do zjedzenia tam czegokolwiek :). Tutaj J. R. R. Tolkien spotykał się z C. S. Lewisem na śniadanie albo na rozmowę przy piwie. Pewnie dobrze wiecie, że obaj pisarze, a zwłaszcza autor Władcy pierścieni mieli słabość do tego trunku. Tolkien nawet posiadał w domu beczkę z piwem - do tego miejsca dojdę jednak na samym końcu.

Oksford Tolkiena Examination School

Examination Schools, miejsce wykładów Tolkiena

Oksford Tolkiena Examination School

Jedna z frontowych ścian Examination School

Z The Mitre polecam udać się w dół High Street i zatrzymać się przed (po drugiej stronie ulicy, warto jednak gmach obejrzeć z daleka). To miejsce, gdzie w maju odbywają się egzaminy, a w ciągu semestrów różnego rodzaju seminaria. To tutaj Tolkien wykładał. Studenci mieli okazję posłuchać m.in. jego cyklu wykładów o literaturze staroangielskiej.

Oksford Tolkiena Merton Street

Merton Street, ostatni adres Tolkiena

Kilka kroków dalej do High Street wcina się Merton Street. To tutaj za rogiem znajduje się ostatnie lokum Tolkiena. Po śmieci żony pisarz przyjechał z powrotem do Oksfordu (wcześniej na emeryturze mieszkali wspólnie w Bournmouth, w  nadmorskiej miejscowości na południu Anglii). Merton College, gdzie Tolkien był profesorem literatury i języka angielskiego, zaproponował mu mieszkanie na Merton Street. Do tego miejsca pielgrzymowali fani. I Tolkien narzekał, że nie może nawet spokojnie wyjść do ogródka.

Kto lubi dłuższe spacery, powinien wybrać się do Merton College (za następnym rogiem, z Merton Street trzeba skręcić w prawo). To kolegium unierwsyteckie jest nieprawdopodobnie spokojne, a z drugiego dziedzińca rozciąga się widok na szerokie łąki Christ Church Meadows. Polecam również zadrzeć głowę do góry i przyjrzeć się gargulcom wysoko na ścianach budynków. Stamtąd wracam z powrotem na High Street.

Oksford Tolkiena gargulce

Oksfordzkie gargulce

Mijam Eastgate Hotel - niegdyś były tu rogatki miasta. W tym hotelu Tolkien spotykał się, będąc już wdowcem, ze swoim wnukiem. To tutaj wyznał mu kiedyś, jak bardzo tęskni za zmarłą żoną. Edith odeszła dwa lata przed Tolkienem i choć nie byli udanym małżeństwem, pisarz czuł się po jej śmierci bardzo samotny.

Idę dalej High Street i przechodzę na drugą stronę. Wchodzę do Magdalen College. Tutaj pracował i przez jakiś czas mieszkał przyjaciel Tolkiena - C. S. Lewis. To tutaj spotkali się wieczorami na rozmowach o literaturze staroangielskiej bądź zajmowali się amatorskimi przekładami starych sag. Tu też spacerowali tzw. ścieżką Addisona (Addison's Walk), którą bardzo polecam. Wiedzie przez rozległe łąki kolegium, zaraz za parkiem z jeleniami, przy rzece Cherwell.

Oksford Tolkiena dom przy Hollywell Street

99 Hollywell Street, gdzie Tolkienowie mieszkali w latach 50.

Okford Tolkiena Hollywell Street

Hollywell Street od strony muru Magdalen College

Okford Tolkiena Hollywell Street

Środek Hollywell Street

Z Magdalen College (na marginesie Magdalen po oksfordzku wymawia się "mod-lin". W mieście zachowała się średniowieczna wymowa nazwy tego kolegium. W ten sposób miejscowi, a właściwie głównie uniwersytecka gawiedź miejska poznaje, czy ktoś jest "swój" - znaczy się wie, jak wymawia się Magdalen, czy też jest przyjezdnym), idę przez chwilkę High Street i skręcam w prawo. Idę wzdłuż muru, a potem skręcam w lewo w Hollywell Street. To śliczna uliczka, od lat 70. odcięta od ruchu samochodowego (uwaga jednak na pędzące rowery!). Tutaj po numerem 99 mieszkali Tolkienowie w latach 50.

Oksford Tolkiena Old Ashmolean Building
Miejsce jednej z pierwszych prac Tolkiena 

Hollywell łączy się dalej z Broad Street i spacerując po tej ulicy, trzeba zatrzymać się przy dwóch miejscach. Pierwszy przystanek do Museum of the History of Science. Tutaj mieściło się wydawnictwo uniwersyteckie, a dokładnie wydział, który zajmował sie tworzeniem Słownika Języka Angielskiego. Tolkien pracował tu zanim został wykładowcą.

Oksford Tolkiena Exeter College

Róg Exeter College, gdzie Tolkien był studentem (tutaj zrobił studia pierwszego stopnia)

Oksford Tolkiena Exeter College

Jeden z dziedzińców w Exeter College

Oksford Tolkiena Turl Street

Uroki Turl Street

Kawałek dalej na rogu Broad Street i Turl Street mieści się Exeter College. Tutaj studiował Tolkien (zdobył stypendium na naukę w Oksfordzie). Jego pokój niestety się nie zachował, bo narożną część budynku strawił pożar. Dlatego to, co widzicie dziś, to współczesna "odbudówka".

Oksford Tolkiena Pusley Lane

Dawna Alfred Street, jeden z pierwszych adresów pisarza w mieście

Oksford Tolkiena St Johns Street

St John's Street

Z Broad Street skręcam w prawo i idę wzdłuż ulicą, która nazywa się St Giles. Idąc po jej lewej stronie, mijam uliczkę, która teraz nazywa się Pusey Lane a kiedyś zwała się Alfred Street. Tutaj znajdował się jeden z pierwszych oksfordzkich adresów Tolkiena. O ile mnie pamięć nie myli, mieszkał tu, jak już został ojcem. Budynek już niestety nie istnieje. Z Pusley Lane można skręcić w St John's Street, gdzie przeprowadził się pisarz na większy metraż.

Oksford Tolkiena Eagle and CHild pub

Tolkienowski pub

Oksford Tolkiena The Eagle and Child

Zakątek pubu, gdzie przesiadywał Tolkien z Lewisem i przyjaciółmi

Oksford Tolkiena The Eagle and Child

Miejsce z pamiątkami po dawnych spotkaniach

Stamtąd warto jednak wrócić na St Giles, bo po lewej stronie znajduje się jeden z najbardziej znanych pubów w mieście - The Eagle and Child - przez Tolkiena i Lewisa zwanym The Bird and The Baby. To tutaj spotykali się Inglingowie. Tutaj czytali pierwsze wersje swoich powieści. A wieczory zakrapiane były mocno piwem. Podczas wojny zdarzało się, że zapasy piwa nagle się kończyły i wtedy panowie przenosili się na drugą stronę ulicy do pubu The Lamb and Flag. Dlatego polecam rozejrzeć się i w tamtych okolicach. The Eagle and Child ma specjalne utrzymany zakamarek pubu, gdzie siadali pisarze. Znajduje się tam kilka zdjęć i małe pamiątki. The Lamb anf Flag nie ma żadnych suwenirów, ale za to częściej oferuje wolne stoliki.

Oksford Tolkiena St Aloysius Church

St Aloysius Church, do którego chodził pisarz

Idę dalej St Giles. Lewa strona ulicy zmienia nazwę na Woodstock Road i tutaj po lewej stronie mieści się kościół pod wezwaniem św. Alojzego (St Aloysius Church). To jeden z najlepiej rozpoznawalnych kościołów katolickich w mieście. Warto tu wstąpić na mszę, nawet jeżeli nie dzieli się z Tolkienem wyznania czy gorliwości wiary, bo w tym kościele wciąż msze odprawiane są po łacinie. Ostrzegam jednak, że jest to łacina w angielskim wydaniu, czyli że każdy wyraz kończący się na "o" zostaje tutaj wzbogacony o dyftonga "ou". Tolkien często przychodził tutaj na msze. Dopiero jak przeprowadził się poza centrum, do dzielnicy Headington (adres 76 Sandfield Road, piękna willa, która ma nad wejściem tablicę upamiętniającą pisarza z wyrzeźbioną krainą hobbitów. Tam jednak dzisiaj się nie wybiorę), to zmienił kościół.

Ci, którzy mają jeszcze trochę siły, mogą z Woodstock Road przejść na Banbury Road a stamtąd tuż przy University Parks skręcić w niezwykle zamożną okolicę miasta - Northmoor Road, wyścieloną olbrzymimi willami z końca XIX, początku XX wieku. Tutaj mieszkał Tolkien dwa razy: najpierw pod numerem 22, a potem 20. Pod jednym z adresów w ogrodzie trzymał beczkę z piwem, z której zawartości śmiało korzystał. Każdy z domów należał do pisarza.

Tym, którzy chcieliby na chwilę odpocząć i pominąć spacer w okolicy willowej, polecam z kościoła św. Alojzego udać się dalej wzdłuż Woodstock Road, potem skręcić w małą alejkę za St Antony's College i znaleźć się na South Parade, gdzie w pubie Rose and Crown serwują bardzo dobre, miejscowe piwa (podobno najlepsze w mieście, nie mogę potwierdzić, bo sama nie zrobiłam większego rekonesansu). Tolkien na pewno z takiego zakończenia wycieczki by się ucieszył.

Mapka z trasą spaceru pojawi się za chwilkę. Do centrum z obu miejsc: Northmoor Garden czy South Parade można w 15 minut wrócić pieszo do centrum albo podjechać autobusem.

piątek, 24 sierpnia 2012

Kasia HordyniecMieszkała w mieście, ale dała się wywieść na zielone pustkowie. Wbrew swojej woli. Teraz jednak już by się nie przeprowadziła gdzie indziej. Kocha swoją część Irlandii, którą dzieli z mężem, dwójką dzieci i psem Jackem Russelem Frankiem (zdjęcie poniżej). Maleńka miejscowość w hrabstwie Donegal trudna jest do odnalezienia na mapie. Kasi Hordyniec to jednak nie przeszkadza. Do miasta można przecież zawsze dojechać, a poza tym tyle rzeczy jest dostępnych przez intertnet. Zresztą sama Kasia udostępnia ich wiele, prowadząc jednocześnie dwa blogi: Z babskiej perspektywy oraz Notatki Coolturalne. Założę się, że bohaterka dzisiejszej "Przeprowadzki" jest bardzo energiczną osobą, bo poza intensywnym blogowaniem i całodziennym matkowaniem, znajduje też czas na pisanie felietonów w wydawanej w Irlandii "Gazecie Polskiej", robienie tłumaczeń i zaszywanie się w pięknych zakątkach dzikiego Donegalu. Zapraszam serdecznie dziś na spotkanie z dobrze Wam znaną irlandzką blogerką - Kasią Eire!

Jak to się stało, że znalazłaś w Irlandii?

Przypadek, jak to w życiu. Spadło na nas jak grom z jasnego nieba. Nie planowaliśmy emigracji, nie marzyliśmy o niej, w ogóle się o tym w domu nie rozmawiało. Czasy, bo był to rok 2001, ciężkie, ale bez przesady, człowiek sobie zawsze jakoś daje radę. No właśnie - jakoś.  Mąż był zmęczony ciągłą szarpaniną, że każdy wydatek to od razu planowanie i oszczędzanie, że widoków na własne mieszkanie nie ma, więc kiedy dostaliśmy wiadomość, że można by popracować trochę w Irlandii, mimo mojego sprzeciwu, mąż uparł się jechać. I to od razu z zamiarem ściągnięcia rodziny na stałe. Upiłam się z rozpaczy, że mnie nie słucha, że się tak nakręcił na ten wyjazd. W tamtym okresie internet nie był taki wydajny jak teraz. Podłączało się kabel do gniazdka i czekało na załadowanie strony wieki całe. Znaliśmy adres hotelu, gdzie mąż miał jechać, ale nie mogliśmy znaleźć tego miejsca na mapie, szukałam najpierw u siebie w atlasach, potem w bibliotece, aż postanowiłam wygooglować (wtedy się tak o tym nie mówiło) i czekaliśmy chyba z godzinę na załadowanie mapy. A i tak nie było na niej naszego miasteczka. O hrabstwie Donegal wiedzieliśmy tylko tyle, że pięknie, że dużo pada i ludzie mili. I z tym bagażem wiadomości mąż się spakował i tyle go widziałam. Kontakt mieliśmy jedynie telefoniczny, ale za to jaki - dzwonię z budki znajdującej się przy plaży na brzegu oceanu - opowiadał, a mnie w mojej romantycznej wyobraźni coraz to piękniejsze obrazy powstawały. Wychowana na starych angielskich, i jak się okazało potem również irlandzkich, filmach, malowałam w myślach obrazki z naszego przyszłego życia.

Irlandia Donegal

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Pamiętam jakby to było wczoraj. Po ośmiu miesiącach dołączyliśmy do męża, miałam ze sobą nie tylko swoje niepokoje, ale dwójkę dzieci - pięcio- i dwunastoletnie - przed nimi trzeba było chojraka grać, chociaż i tak prawie pół pierwszego roku przepłakałam, nocami, kiedy nikt nie widział. Lubiłam swoje życie w Polsce, mąż chciał przygody, czegoś innego w życiu, głębszego oddechu, wolności, a jak, jak to zodiakalna Panna - nie bardzo lubiłam zmiany, przy jednoczesnej wielkiej ciekawości tychże. Pierwszy rok mąż miał optymizmu za nas dwoje, aż pewnego słonecznego dnia stanęłam w oknie i powiedziałam sobie - weź się w garść kobieto, przestań desperować, odwróć się od ściany i zobacz, jaki piękny świat cię otacza. I jakie masz miłe i spokojne życie bez trosk. Tego dnia skończyła się batalia o utrzymanie starego status quo, a zaczęło nowe życie.

Pierwsze dni były trudne, musiałam przyzwyczaić się do irlandzkiego akcentu, w Donegalu mówią szczególnie szybko, a do tego atakowały mnie obce, nieznane dotąd zapachy, które mnie czasem zwalały z nóg. Nie wiem, czy to oceaniczne powietrze tak je potęgowało, czy w tych pierwszych tygodniach ze stresu miałam wyostrzone zmysły, ale zapach oleju z tych wszystkich 'frytkarni' w mieście, glonów w zatoce, krzaków w ogrodach wzdłuż chodnika, wszystkie one aż mnie 'bolały' w głowie. Po jakimś czasie przestałam je zauważać, a teraz, po długiej nieobecności, wciągam głęboko, teraz już miły, zapach słonej wody i glonów i myślę - jestem w domu.

Ale najważniejsze wrażenie to było wielkie zadziwienie, jak mili, uśmiechnięci, uczynni i ciekawi nas, nowych, są mieszkańcy miasteczka. Kto mógł pomagał, a to dzieci urządzić w nowej szkole, a to zakupy zrobić, bo samochodu na początku nie mieliśmy, w banku konto założyć, sama pani z okienka ze skóry wychodziła, żeby to ułatwić. Jeszcze długo odwracałam się za siebie sprawdzić, czy to na pewno dla mnie te szerokie uśmiechy i postawa otwarta i przyjazna.

Irlandia Donegal


Jak Ci się teraz tam mieszka? Jak traktujesz Irlandię?

Dziesięć lat minęło, córka właśnie skończyła studia, syn zdał małą maturę, przeszliśmy długą drogę, ale mogę powiedzieć zdecydowanie, że jesteśmy tu szczęśliwi. Oczywiście pogoda mogłaby być lepsza, ośrodek kulturalny większy, bo do teatru, filharmonii, do kina nawet, wszędzie muszę dojeżdżać, ale za to jakie święto, kiedy się już wybiorę. Kocham moje pustkowia, spacery po plaży z psem, wszystkie te filmowe wręcz plenery i nawet prowincjonalność mojego życia. Dzięki internetowi mam dostęp do wielu rzeczy prawie taki, jak ludzie z dużych miast, za to czasu na życie i przyjemności więcej.

Kiedyś córka namalowała pastelami obrazek na plaży, woda, wystające skały, plaża z niewielkim klifem i domek. Z tyłu napisała, że życzy nam, żebyśmy kiedyś mieli taki domek właśnie. Obrazek wisiał u nas na ścianie wiele lat, ale dopiero, kiedy zbiła się szybka i mąż oprawiał w nową ramkę, znalazłam tę dedykację. Wzruszyłam się, bo po latach mamy swój wymarzony domek (cottage) z kwiatami w oknach, przytulną kuchnią pachnącą ciastem i miłymi sąsiadami. Nawet nie śmiałam o tym kiedyś marzyć, córka afirmowała za nas. Swoją drogą, to niezła metoda.

Pies Franek

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Wszystko było zdziwieniem, bo chociaż to też Europa, a jednak miejsce inne bardzo. Wiem, że większego szoku kulturowego spodziewać się można po Chinach, Indiach czy Tobago, ale przeszłam już jeden szok przeprowadziwszy się z północy Polski na wschód i wiem, że zaskoczyć może nas nawet taka zmiana. Życie w obcym kraju, szczególnie przy zmianie z kontynentu na wyspę, uważam za fascynujące i bardzo ciekawe. Byle by człowiek chciał wgłębić się w specyfikę nowej ziemi, zechciał poznać i zrozumieć ludzi, wtedy życie jest nie tylko ciekawsze, głębsze i oferuje więcej, ale i bardzo radosne. Wiadomo, poznać, znaczy zrozumieć, a zrozumieć, znaczy zaakceptować, akceptacja natomiast niesie za sobą szczęście.
Wpadek językowych kilka było, na samym początku - pomyliłam kiedyś słowo 'spódnica' z 'koszula' i poprosiłam o wyprasowanie spódnicy pilota ('skirt' zamiast 'shirt'). Albo o zmianę 'shits' w pokoju numer jakiś tam zamiast 'sheets' (tutaj wymowa miała znaczenie) i tak, okazało się, że chciałam zmiany 'gówna' zamiast prześcieradeł. Ale najgorzej mi było przywyknąć do 'a wake'-ów, czyli czuwania przy zmarłym, obowiązkowej wizyty w domu, u rodziny, gdzie ktoś zmarł i teraz leży w trumnie, a całe miasteczko składa ostatnie ukłony. Siedzenie przy trumnie, dwadzieścia centymetrów obok nieboszczyka, popijanie herbaty i zajadanie ciasteczek, rozmowa o pogodzie i planach na wakacje były dla mnie totalnym szokiem. Ale jak do wszystkiego w życiu, i do tego się przyzwyczaiłam i robię to teraz bez mrugnięcia okiem.


 I na koniec  jeżeli są jakieś książki o Irlandii które zrobiły na Tobie duże wrażenie (fiction/non-fiction), mogłabyś je wymienić?

Proszę bardzo, o tym mogę bez końca:

1. Frank McCourt 'Popiół i żar' (oryg. Angela's Ashes) oraz druga część 'I rzeczywiscie', bolesny obraz Irlandii lat pięćdziesiątych, bardzo ważna powieść dla zrozumienia ludzi i samej Irlandii. Również wspaniały film.

2. Pete McCarthy 'Bar McCarthy'ego' -non fiction, bardzo dowcipna, ta z kolei jest pomocna w zrozumieniu tego kraju teraz.

3. Brian Friel, znakomity dramaturg (pomieszkuje czasem w Donegalu), napisał przejmującą sztukę, zawsze przypomina mi ona styl Czechowa, mimo, że akcja osadzona w Glenties, niedaleko mojego miasteczka - 'Dancing at Lughnasa'. Jeśli będziecie mieli okazję ją zobaczyć na deskach teatru, zachęcam, a jeśli nie, znakomity film z Meryl Streep jest wydany na DVD. Kocham tę sztukę i tak jak 'Trzy siostry', czy 'Wiśniowy' sad Czechowa, oglądam za każdym razem, kiedy mam okazję, a i film stoi u mnie na półce i go co jakiś czas włączam.

4. Deirdre Purcel pisze niezwykle klimatyczne powieści osadzone w Irlandii, a najsłynniejszą z nich jest chyba 'Falling for a dancer' - 'Wszystko przez tancerza'. Niech Was nie zmyli dziadowska okładka polskiego wydania, to naprawdę dobra pisarka i dobra powieść. Również nakręcono na jej podstawie film z Colinem Farrellem w jednej z ról. Ja widziałam najpierw mini serial i zakochałam się w filmach i książkach traktujących o tamtych czasach na Wyspie.

5. Innymi bardzo cenionymi przeze mnie pisarzami irlandzkimi są: Emma Donoghue (ta od 'Pokoju'), Sebastian Barry i Colm Toibin. Cokolwiek nie napiszą, jest po prostu dobre.

6. Z lżejszych powieści, guilty pleasure - polecam Maeve Binchy, wiele również zekranizowanych, jak 'Tara Road' czy W kręgu przyjaciół oraz nietłumaczoną na język polski Patricię Scanlan.

7. Jeśli coś o historii, to może przejmujący i dramatyczny film o walce o niepodległość i o tym jak powstała IRA - 'The Wind that Shakes the Barley' - 'Wiatr buszujący w jęczmieniu' (Złota Palma w Canne w 2006 roku). Powiem tak, wszystko możecie zlekceważyć, co ja tu polecam, ale chociaż ten obejrzyjcie. Jest świetny.

8. Komedia 'The Closer You Get' była nakręcona we wsi obok, ale i w moim miasteczku. To film twórców 'Goło i wesoło', równie dobry, równie śmieszny.

9. Zanim przyjechałam do Doneglu, jeszcze w Polsce obejrzałam komedię 'Swaty', która dzieje się podczas festiwalu swatów (Irlandczycy uwielbiają festiwale). Bardzo prawdziwy, bardzo śmieszny. Trudno mi było uwierzyć w niektóre rzeczy tam pokazane, ale okazały się moją rzeczywistością i teraz śmieję się z tych, którzy mówią - nie wierzę!

10. A z najnowszych ciekawych produkcji film policyjny 'The Guard', prawdziwy, zabawny, smutny, jak wszystko tutaj. A niedawno zaczęłam oglądać serial, podobno krótki, 'Sprawy Jacka Tylora' i bardzo mi się spodobał.

 

***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki:

Stuffed mice w Buenos Aires

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie



niedziela, 05 sierpnia 2012

Marta zaskakuje podwójnie: swojego bloga Stuffed mice prowadzi w dwóch językach, a jego podtytuł "About my travels, food and drink" daje tylko namiastkę jego zawartości. W Stuffed mice pysznią się znakomite zdjęcia, nie wspominając o Marty kaligraficznych projektach. Na co dzień mieszkanka Londynu zafudnowała sobie w tym roku wymarzony pobyt w Buenos Aires. Zapraszam dziś na historię Marty o jej argentyńskiej przeprowadzce.

Jak to się stało, że znalazłaś w Argentynie? Dlaczego akurat tam?

Razem z moim partnerem, Karolem, odwiedziliśmy Argentynę sześć lat temu. To była jedynie miesięczna wyprawa. W Buenos Aires spędziliśmy wtedy kilka dni, głównie biegając z miejsca w miejsce. Wróciliśmy do Anglii i marzyliśmy o zamieszkaniu w stolicy Argentyny. Sama nie wiem dlaczego. Intuicyjnie przeczuwaliśmy chyba, że będzie nam tam dobrze. Mówiliśmy o tym tak długo, że w końcu sami siebie nie mogliśmy już słuchać. Karol wynegocjował trzy miesiące pracy na odległość, ja wzięłam wolne. Wynajęliśmy nasze mieszkanie i fruu! Nareszcie byliśmy w Buenos Aires na dłużej.


Buenos Aires, zdjęcia StuffedmiceSpacer po dzielnicy San Telmo

Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice

Spacer po dzielnicy San Telmo

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Jasne! Pamiętam pierwsze momenty! Była połowa stycznia, z głośników w samolocie wylewały się dźwięki "Volare", za oknami nagrzane słońcem lotnisko. Poczułam natychmiastowe odprężenie. To uczucie zupełnego relaksu towarzyszyło mi przez większość czasu mieszkania w Buenos. I naprawdę niewiele to miało wspólnego z brakiem obowiązków. Jak dla mnie, to był po prostu styl tego miasta.

Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice

Blisko lądowania, niedługo włączą "Volare"

Jak Ci się tam mieszkało? Jak traktowałaś miasto i sam kraj?

Od początku wiedziałam, że nie chcę wychylać nosa poza stolicę Argentyny. Poza tym, razem z Karolem, zorganizowaliśmy sobie "zajęcia dodatkowe". W moim przypadku - naukę kaligrafii. Wszystkie tygodnie wypełnione były lekcjami, projektowaniem i ćwiczeniami. To w bardzo dużej mierze wyznaczyło rytm moich dni.

Trzy miesiące w Buenos Aires to zdecydowanie za krótko. Trudno było nie traktować tego czasu jako przerwy, a miasta jak nieba na ziemi. Z niskimi cenami usług, na przykład, było to bardzo łatwe. Nagle okazało się, że tak jak tutejszej klasie średniej, zwyczajnie nie opłaca mi się gotować, sprzątać czy nie łapać wieczorem taksówki, by bezpiecznie i szybko wrócić do domu. Ale nawet bez grosza w kieszeni, wystarczyło spojrzeć w bezchmurne niebo, by poczuć się przez to miejsce rozpieszczaną.

Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice

Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice
Błękitne niebo nad Buenos Aires za dnia. Wieczorami wykorzystuje się je do odtańcowania tanga w milondze na świeżym powietrzu.

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Buenos, ze względu na powojenną imigrację, jest w gruncie rzeczy bardzo europejskie. Pewnie dlatego łatwo ominąć atrakcję, jaką dla wielu osób zapewne jest szok kulturowy.

Co fascynuje mnie w Ameryce Południowej i Centralnej w ogóle, to zróżnicowanie i bogactwo języka hiszpańskiego. Siedzieliśmy kiedyś na zajęciach. Dziewczyny z Argentyny, Kolumbii i chłopak z Peru. Próbowaliśmy ustalić oficjalną nazwę plastikowej słomki. Okazało się, że niektórzy znają nazwy "krajowe", a tej ogólnie przyjętej w hiszpańskim - nie. Ta swojskość języka objawia się również zaskakująco niskim stopniem amerykanizacji w mowie potocznej. W Argentynie ani razu nie usłyszałam "OK". Wszyscy mówią za to "Bueno".

Moje największe zdziwienie dotyczyło braku pośpiechu, podejścia do czasu. W metrze byłam jedyną osobą, której gdziekolwiek się śpieszyło. Każde moje zajęcia z kaligrafii rozpoczynały się pogaduszkami przy herbacie. Początkowo wydawało mi się to obrzydliwą stratą czasu. Później polubiłam te, w gruncie rzeczy, bardzo ludzkie zachowania. Inny ludzki nawyk, który bardzo chętnie zapakowałabym do walizek i wysłała w świat, to argentyńska ciekawość. Ludzie w tym mieście rozmawiają, opowiadają, mówią, gadają. Gdziekolwiek i z kimkolwiek. Kawiarnie otwarte są do późna. Umawianie się na kawę  to w żadnym wypadku weekendowe czy krótkie spotkanie.

Dużym zaskoczeniem była dla mnie kontrastowość Buenos. Spacerujesz i natrafiasz na przykład na taki widok. Piękni, młodzi ludzie sączą swoje mrożone napoje w amerykańskiej sieciówce. Przed wejściem, rodzina cartoneros - ludzi zarabiających na życie zbieraniem śmieci -  po pas zanurzona w kuble, szuka co wartościowszych odpadów. Idziesz na poranny spacer po dzielnicy willowej i mijasz dzieciaki wąchające klej przed czyjąś furtką. Bieda i bogactwo w Buenos mieszają się nieustannie.

Do rozczarowań najprędzej zaliczyłabym kawę. W większości miejsc serwuje się wersję torrado. Oznacza to tyle, że w procesie palenia dodano do niej cukier. Dla kogoś, kto nie słodzi kawy, to zwyczajne świętokradztwo.

Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice
Linia A, najstarsza część argentyńskiego metra, czyli projekt sprzyjający ciekawości.

Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice

 18 ton aluminium i stali nierdzewnej przekształcone w kwiat-instalację. 

Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice

Jeden z licznych cartoneros, delektujący się siestą

I na koniec  jeżeli są jakieś książki o Argentynie  które zrobiły na Tobie duże wrażenie (fiction/non-fiction), mogłabyś je polecić czytelnikom?

Nie będę oryginalna. Polecę cokolwiek Borgesa i Cortazara - nie znam nikogo, kogo nie zdołaliby uwieść słowami.


Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice

Kawiarnie w księgarni


Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice

Buenos Aires, zdjęcia Stuffedmice Księgarnie w byłym teatrze. Byleby kawa bez cukru ;))

Zdjecia i podpisy: Marta aka Stuffed mice


***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie

czwartek, 02 sierpnia 2012

Laura aka LilithinPraktyki studenckie mogą być wyzwaniem. Zdecydowanie takie zaplanowała sobie Laura aka Lilithin, autorka Czytatnika - bloga z pewnością znanego Wam z frapujących recenzji książek. Lilithin rzuciła rękawicę Indiom, a dokładnie ich północnemu miastu Czandigarh, które, jak za chwilę się przekonacie, nie jest specjalnie przyjaznym miejscem do mieszkania. Z Laurą rozmawiałam już po jej powrocie do Polski (niekoniecznie jednak na stałe, bo autorka Czytatnika rozważa ponowną przeprowadzkę na subkontynent za rok). "Nienawidzę Indii i uwielbiam Indie. Nie na zmianę, lecz równocześnie. Ten uwodzicielski, irytujący kraj uczy, że można pomyśleć dwie sprzecznie myśli na raz – i co najważniejsze – nie eksploduje przy tym głowa" - to cytat z "Geografii szczęścia" Erika Weinera, pod którym Laura przyznaje, że może się podpisać.

W piątej odsłonie tyglowego cyklu zapraszam na historię indyjskiej przeprowadzki nieustraszonej Laury.

Jak to się stało, że znalazłaś w Czandigarze? Dlaczego akurat tam?

Tak naprawdę Czandigarh był wyborem przypadkowym. Przede wszystkim chciałam znaleźć się w Indiach, marzyłam o odwiedzeniu tego kraju od dawna, ale jednocześnie chciałam stać się jego częścią, uczestniczyć w codziennym życiu, a nie przemieszczać się z hotelu do hotelu. Kiedy na uczelni zobaczyłam plakat organizacji studenckiej AIESEC reklamujący praktyki na całym świecie - nie wahałam się ani chwili i aplikowałam. Chciałam jechać do Indii na dłużej, praktyki krótsze niż rok mnie nie interesowały. Znalazłam takie w Delhi, Chennai i Hyderabadzie. Przedstawicielka z AIESEC-u w Delhi ostrzegła mnie jednak, że proponowana przez szkołę wypłata jest bardzo niska, więc zrezygnowałam. Rzekomy Chennai okazał się jakąś wioską 150km poza miastem, a Hyderabad odradzono mi ze względu na napięcia między muzułmanami a hinduistami (w Hyderabadzie mniejszość muzułmańska stanowi ponad 40% wszystkich mieszkańców). W ten sposób wylądowałam w szkole w Czandigarh.

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Na początku indyjska pogoda mocno dawała mi się we znaki. Przyjechałam w lipcu, w trakcie monsunu. Było bardzo gorąco, a do tego panowała niesamowita wilgotność powietrza uniemożliwiająca jakiekolwiek działanie.

Przez pierwszych kilka dni przejażdżka motorikszą była dla mnie całkowitą zagadką i źródłem wielkiego stresu. Nie wiedziałam jak 'łapać' rikszę ani jakie powinny być stawki. Na szczęście koleżanka z Kolumbii okazała się być świetną nauczycielką w tej kwestii i pokazała mi bezwzględność, z jaką należy traktować kierowców ;-)

Chyba wszystkie indyjskie miasta są mało przyjazne dla spacerowiczów, a ja oswajam się z nową okolicą zawsze na piechotę. Na początku trudno było mi się przyzwyczaić do braku chodników, cichych uliczek, ukrytych sklepików i ciągłej zależności od innych środków transportu.

Laura w Czandigarze

Laura z uczniami


Jak Ci się teraz tam mieszka? Jak traktujesz miasto/kraj?

Już tam nie mieszkam, miesiąc temu wróciłam do Polski.

Nie zapałałam miłością do Czandigaru. Miasto nie ma nic do zaoferowania swoim mieszkańcom. Już nawet nie mówię o imprezach kulturalnych, festiwalach czy koncertach, ale tam po prostu nie ma gdzie pójść. Owszem można zjeść, napić się kawy, zrobić zakupy. Ale brak tam przestrzeni miejskiej, która nie byłaby związana z jakimś praktycznym celem. Owszem, w każdej dzielnicy są tzw. parki, które mi się bardziej kojarzą z więziennymi spacerniakami. Owe prostokątne parki obfitują w ławki i trawę, a stojąc na jednym jego końcu można zobaczyć wejście z drugiej strony. Rano i wieczorem do parków wychodzą ludzie - żwawym krokiem robią kilka okrążeń po ścieżce, wszyscy zgodnie poruszają się w jedną stronę, nikt nie idzie pod prąd, nikt nie przechadza się bez celu leniwym krokiem dla idei samego przechadzania się. Do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego w tym mieście drzewa rosną tylko przy drogach. Nigdy w parkach czy na osiedlach. Nie chciałabym w Chandigarh mieszkać drugi raz, ale kto wie, co przyszłość przyniesie.

Życie w Indiach ma jednak swój urok. Nikt się tam nie spieszy, nie pędzi do nie wiadomo czego. Mniej ironii i cynizmu. Wydaje mi się, że ludzie bardziej zauważają drugiego człowieka i zwracają uwagę na to, co tkwi w jego wnętrzu, a nie na to gdzie pracuje i czy wziął już kredyt mieszkaniowy.


Uczniowie Laury

Uczniowie Laury


Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Największym zdziwieniem było to, jak bardzo podzielone jest społeczeństwo indyjskie. Niby człowiek o tym wie, niby czytał, ale wciąż szokiem dla mnie jest, że dzieci nie mówiły "dzień dobry" kierowcy autobusu szkolnego. W końcu to tylko kierowca, niemal służący. Takich przykładów mogłabym podać jeszcze wiele.

Nie wiem, czy poniższą historię można nazwać wpadką kulturalną, ale na pewno zalicza się do moich szoków ;) Kiedyś zabrakło mi krzeseł w klasie, więc zeszłam na dół, aby przynieść dwa ze stołówki. Chwyciłam po jednym w każdą rękę i skierowałam się na schody. Nagle podbiega do mnie Rajkumar, który był kimś w rodzaju szefa pań pracujących w kuchni i przy sprzątaniu i coś próbuje mi powiedzieć. Myślałam, że muszę oddać krzesła na stołówkę, ale okazało się, że to nie ja mam je nosić. Rajkumar zawołał panią w wieku mojej mamy albo i starszą i to ona miała zanieść krzesła do mojej klasy. Pani ta wzięła jedno krzesło i noga za nogą powłóczy po schodach. Ja bez problemu wzięłabym oba i głupio mi było bezczynnie stać, więc wzięłam drugie krzesło. Nie przeszłam nawet jednego schodka, bo zarówno Rajkumar jak i pani sprątaczka zaczęli z wielką energią mówić i gestykulować, żebym je odstawiła na podłogę. Wniosek? Każdy w Indiach ma określone miejsce i należy się go trzymać.

Z bardziej przyziemnych spraw zaskoczyła mnie kuchnia - nie taka znowu ostra. Myślałam, że każdy posiłek będzie się wiązał na początku z uczuciem wypalania gardła ostrymi przyprawami, ale nic takiego nie miało miejsca. W restauracji usłyszałam od jednego znajomego: "she can handle spicy", co sobie poczytuję za wielki komplement.


I na koniec  jeżeli są jakieś książki o Indiach, które zrobiły na Tobie duże wrażenie (fiction/non-fiction), mogłabyś je polecić czytelnikom?

Wciąż odkrywam książki o Indiach, więc na razie mogę polecić tylko 3 tytuły.

1. "Bombaj. Maximum City" Suketu Mehty to jedyny z 3 polecanych przeze mnie tytułów, który został wydany w Polsce. Pozycja non-fiction, którą czyta się jak najlepszą powieść. Byłam zachwycona!

2. "May You Be a Mother of a Thousand Sons" Elisabeth Bumiller to zbiór reportaży o indyjskich kobietach. Napisane  z dużym wyczuciem, zrozumieniem i szacunkiem.

3. Powieść Dipiki Rai "Someone Else's Garden" w realistyczny sposób ukazuje życie ubogiej Mamty i jej walkę, aby ten los odmienić .


***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie



wtorek, 24 lipca 2012

Jej przeprowadzka to: 4,9 tys. kilometrów na wschód od Warszawy i 3 strefy czasowe. Nie w liczbach jednak można mierzyć wielkość i ciężar zmiany miejsca, na którą zdecydowała się Asia Kusy. Jej przenosiny do kraju kulturowo, obyczajowo, religijnie i językowo zupełnie odmiennego wymagały z pewnością nieprzeciętnej odwagi a przyzwyczajenie się do mieszkania w nowym domu - sporego wysiłku. Podziwiam Asię za to, jak świetnie sobie z tym poradziła i cieszę się, że mając teraz własną rodzinę w Karaczi i miliony obowiązków, jest ona wciąż w stanie pisać swój świetny blog "Zwyczajne pakistańskie życie" (jak dla mnie wcale nie takie zwyczajne, jak tytuł pozornie wskazuje!). Dziś zapraszam na fascynującą opowieść Asi Kusy o przenosinach z Warszawy do Karaczi.

Jak to się stało, że znalazłaś w Karaczi? Dlaczego akurat tam?

W Karaczi mieszka mój mąż i większa część jego rodziny. Decyzja o przeprowadzce nie była dla mnie łatwa. Najpierw pojechałam "na rekonesans" - w gości, przekonać się, czy poradzę sobie fizycznie i psychicznie w tak nowych warunkach.

Karaczi, Pakistan, zdjęcie Asi Kusy

2 listopada, Zaduszki, Gora Qabristan (dosłownie, Biały Cmentarz, chrześcijański cmentarz w Karaczi) -  dziewczyny w burkach nie są chrześcijankami, odwiedzały cmentarz razem z rodziną albo znajomymi.

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Nigdy nie zapomnę pierwszej podróży do Karaczi. To była też moja pierwsza podróż do Azji. Leciałam sama, nie turystycznie, nie naukowo, ale z perspektywą zamieszkania. Zdumiało mnie, jak bardzo taka perspektywa się różni od tych, z którymi podróżowałam wcześniej.

"Orient" zaczął się już podczas oczekiwania na samolot do Karaczi w Stambule. Nagle zaczęłam się czuć inna. Biała. W dżinsach (tak trafiłam, teraz już coraz więcej dziewczyn nosi dżinsy). Wszyscy na mnie patrzyli. Nie wiedziałam, że tu panuje niepisana zasada podziału płci. W poczekalni usiadłam tam, gdzie siadali mężczyźni. Nikt mi nie zwrócił uwagi, ale spojrzenia wystarczyły, żeby się zorientować, że coś jest nie tak. 

W samolocie spotkałam Włocha, który leciał do Karaczi na 4 dni, bywał tu już wcześniej i mówił, że już by chciał wracać. Powtarzał: "To zupełnie inny świat! Przemyśl milion razy, zanim się zdecydujesz!!!" 

Pamiętam wrażenie, jakie zrobiło na mnie powietrze Karaczi: duszne, parne, wilgotne i przesiąknięte dziwnym zapachem. Niezbyt miłym.

Gdy jechaliśmy z lotniska do domu, miasto wydało mi się potwornie brzydkie, brudne, pełne jakichś baraków i niedokończonych budowli. I palm. Te palmy, które kojarzyły mi się wcześniej z wakacjami, piaszczystą plażą, niebieskim morzem i folderkową egzotyką, dodawały temu krajobrazowi ironii.

Dotarliśmy na miejsce i drzwi otworzyła nam kobieta w sari, złotych bransoletkach na ramionach, w uszach miała ciężkie kolczyki, w nosie diamencik - i podała mi szklankę soku z mango. To była moja teściowa. A potem wyszedł teść, w koszuli i lungi (długiej spódnicy). I dzieci. Dziewczynka nałożyła mi na głowę dupattę.

Byłam pewna, że tu nie przetrwam. Różnic jest za dużo, wydawało mi się, że w pewnym momencie pęknę, nie będę w stanie ich wchłonąć. Nic tu nie było "moje". W ciągu dnia przekonałam się, że jest bardzo gorąco i wilgotno, że nie ma mowy o odzieżowych kompromisach i muszę założyć piżamę :-) (czyli szalwar kamiz), że wszyscy spodziewają się, że będę nosiła dupattę - to była dla mnie duża trudność. Że miasto jest głośne, ruch uliczny - niepodobny do niczego w Europie. I jest niewyobrażalnie brudno, ulice są pełne śmieci, kurzu i smrodu, domy - karaluchów i mrówek. Wiatraki szumią, generatory warczą. Nie można zostawić na stole kartki, bo sfrunie. Bardzo raziły mnie też gęste kraty w oknach i na balkonach. Jedzenie było za ostre i za tłuste, niektóre smaki dziwaczne, kawa za słaba. Miałam też głowę pełną rad lekarza medycyny tropikalnej z Warszawy - że jogurt, warzywa, owoce, woda, lody i w ogóle jedzenie może być pełne jakichś złowrogich mikrobów, a komary przenoszą malarię i dengi. I najlepiej byłoby wszystko odkażać jodyną.

Nie umiałam jeść palcami. Raziło mnie wiele obyczajów. Denerwowało, że nawet w domu panuje ostry dress code. Przerażało, że podczas meczów krykieta kobice strzelają w niebo z kałasznikowów i pistoletów (i tak wyrażają swoją radość).

Z drugiej strony, był to fascynujący, kolorowy, malowniczy świat. Oszałamiający. Czułam się szczęśliwa, że mam okazję tego wszystkiego doświadczyć, zobaczyć, wejść tak blisko w zupełnie inną rzeczywistość. Ale - właśnie. Podróż do Pakistanu to wspaniałe doświadczenie i cudowna przygoda, ale codzienność składa się nie tylko z tego.

Po powrocie do Polski nie byłam pewna, czy temu podołam. Długo się wahałam.

Karaczi, Pakistan, zdjęcie Asi Kusy

Pod moim domem

Karaczi, Pakistan, zdjęcie Asi Kusy

Też pod moim domem

Jak Ci się teraz mieszka w Karaczi w ogóle? Jak traktujesz miasto/kraj?

Miasto jest fascynujące i niezwykłe. Teraz bardzo je lubię. Ma olbrzymią energię. Warto pamiętać, że w 1944 roku mieszkało tu prawie 400 tys. ludzi, a teraz - ponad 18 milionów! Pod pokładami brzydoty i kurzu można znaleźć prawdziwe perły. Mój mąż mówi, że w Karaczi co 4 kilometry wchodzisz do innego świata. Nigdy tych kilometrów nie liczyłam, ale różnorodność i bogactwo stylów życia wciąż mnie zdumiewa.

Ludzie często wykonują tu różne prace na ulicach. Na przykład, gotują i pieką, szyją, coś naprawiają. Można patrzeć godzinami. Karaczi przypomina mi palimpsest. Uwielbiam szukać śladów starego Karaczi, jeździć po różnych dzielnicach zamieszkanych przez mniejszości, tzw. koloniach albo basti - chrześcijańskich, hinduskich, bohri, szukać pamiątek żydowskich czy zoroastriańskich. Mam wielkie szczęście, że mogę uczestniczyć w życiu bardzo różnych środowisk. Czuję się tu bardzo "etnograficznie", na skrzyżowaniu wielu dróg.

Mieszkam w dzielnicy oddalonej od centrum, gdzie rzadko spotyka się cudzoziemca. Czasem życie tu jest uciążliwe. Mamy problemy z wywozem śmieci. Kilka godzin dziennie nie ma prądu. Zdarzają się strzelaniny, palenie autobusów i sklepów. Często miasto "strajkuje" z różnych powodów, zamknięte są sklepy, stacje benzynowe, urzędy. Spotykam też na co dzień sytuacje, z którymi nie zetknęłam się nigdy w Europie. Trudno mi poradzić sobie psychicznie z ogromem ludzkiej nędzy. Ale nie chciałabym stąd wyjeżdżać. Gdy po jakimś wyjeździe wracam do Karaczi, to czuję, że jestem w domu - coraz bardziej - i bardzo się cieszę.

Karaczi, Pakistan, zdjęcie Asi Kusy

Mój synek Michał podpełzł do rodziny afgańskiej, która jadła obiad w pewne sobotnie popołudnie w parku Pakistańskich Sił Powietrznych (Air Force Park). Zaprosili nas potem na mantu i kabuli pulao :) 

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Zdziwienia... z tych "pierwszych" zdziwień:

  • że pytania o religię, liczbę dzieci, poród, relacje małżeńskie, należą do pytań zadawanych nieznajomym
  • że islam i muzułmanie są tak różnorodni 
  • że można tu kupić nie tylko alkohol, ale płyty z muzyką Izraela 
  • że tylu ludzi zna tutaj Lecha Wałęsę, poznałam wielu, którzy kiedyś zapuszczali wąsy, żeby wyglądać tak jak on! 
  • że z zasłoniętą twarzą czuję się na ulicy swobodniej niż, gdy się nie przykrywam

Wciąż coś mnie tu dziwi.

Odkrycia...

  • Azja Południowa, Pakistan, Sindh i Karaczi ;) zanim tu przyjechałam, nigdy specjalnie mnie te strony nie pociągały i nie wiedziałam o tym rejonie praktycznie nic, oprócz "etykietek", które mu się stereotypowo przykleja (dziki, kolorowy, pełen kontrastów, brudny,  niebezpieczny, itd.)
  • że Pakistan znany jest na Zachodzie głównie z rejonów północnych, z kultury Pendżabu, trochę - Paszto i Kaszmiru, a "nasza" prowincja Sindh znacznie się od nich różni. Odkrywam też powoli świat przybyszów z dawnych Indii  - mohajir: biharis, dilliwallay, hyderabadi, luknawis, Goańczyków.
  • uliczna kuchnia Karaczi: gola ganda (kruszony lód z syropami), bun kabab (bułka z kotletem, ale całkiem inna niż hamburger!), lody peszawari, dudh ki bottal (parowane mleko przyprawione migdałami i kardamonem, podawane w szklanych butelkach po coli, ze słomką), czhole czaaty, wspaniałe parathy, kababy chapli, sajji (sadźi) - koza pieczona na ogniu i wspaniałe ryby, szczególnie pomfret i muszka.
  • rozmaitość pięknych ciuchów
  • zróżnicowanie chrześcijaństwa
  • pisarze - Attiya Dawood, Saadat Hasan Manto (nie związany z Karaczi, ale tu się o nim dowiedziałam)


Rozczarowania...

  • że chociaż mieszkam tu już dość długo, wciąż nie mogę się swobodnie samodzielnie poruszać po Karaczi. Naprawdę nie da się tutaj włóczyć samotnie po mieście, chyba, że po niektórych osiedlach.

Karaczi, Pakistan, zdjęcie Asi Kusy

Plaża (Seaside), jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc Karaczi, właściwie każdy, kto tu przyjeżdża, jedzie w końcu na plażę, często też wsiada na ozdobionego wielbłąda albo na konia i zaznaje egzotyki ;) Karachiwale też bardzo to miejsce lubią. Wieczorami w weekendy przyjeżdżają tu tłumy z całego miasta. Bardzo podobała mi się ta para, szli, trzymali się za ręce, byli tacy w siebie wpatrzeni :) To było niedzielne grudniowe przedpołudnie, plaża jeszcze prawie pusta. Pani podwijała spodnie, potem coś im upadło, może pierścionek albo klucz? i razem tego szukali. 



I na koniec  jeżeli są jakieś książki o Karaczi które zrobiły na Tobie duże wrażenie (fiction/non-fiction), mogłabyś je polecić czytelnikom?

Zdecydowanie odkrycie ostatnich dni: "Karachiwala. The Subcontinent within a city." Rumany Husain i "Look on the City from here, Karachi writings." - zbiór opowiadań i poezji o Karaczi (pod redakcją Asifa Farrukhiego).

Duże wrażenie przed przyjazdem do Karaczi zrobił na mnie tekst Tiziana Terzaniego ze zbioru "W Azji".  Zdecydowanie nie zachęcał do przyjazdu tutaj, raczej budził grozę. Terzani pisze o czterech wojnach, które wstrząsają co jakiś czas życiem miasta. "Karaczi jest miastem strachu - miastem, w którym trudno sobie wyobrazić życie bez lęku" - napisał. Ale to tylko część prawdy o tutejszej rzeczywistości.

O Karaczi sporo pisze Kamila Shamsie ("Kartografia", "Sól i Szafran").

 

(Fotografie i ich opisy: Asia Kusy)


***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie

poniedziałek, 16 lipca 2012

Kamila SławińskaZaczęło się od bloga, który prowadzi pod pseudonimem Big Apple. "Nowojorskie gadanie" jest tak rewelacyjnym zapisem odkrywania Miasta, które nie śpi, że po prostu musiała z tego powstać książka. I chwała Panu, że powstała! "Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny" był moją lekturą obowiązkową przed wyjazdem do Stolicy Świata i dziękuję Kamili za to, że chodząc po szerokich płytach nowojorskich chodników i wpadając w absolutną euforię, mogłam być pewna, że nie zwariowałam a takie skrajne stany emocji w mieście są absolutnie normalne.

Dziś o swojej wielkiej przeprowadzce opowiada dobrze Wam znana Kamila Sławińska. Zapraszam!

Jak to się stało, że znalazłaś w Nowym Jorku?

Historia jest dość nieprawdopodobna, jak wiele historii prawdziwych. W 1998 roku, kiedy jeszcze internet był młody, w większości niekomercyjny i nikt nie słyszał jeszcze o serwisach społecznościowych, uczestniczyłam w dyskusjach na usenetowej grupie poświęconej filmowi. Tam wdałam się najpierw w sprzeczkę, a potem długą, zabawną i zajmującą rozmowę z pewnym osobnikiem. Półtora roku i cztery tysiące wymienionych listów, później spotkaliśmy się na lotnisku JFK - bo tak się złożyło, ze mój korespondent okazał się mieszkać w Nowym Jorku, a ja bardzo szybko odkryłam, że przez całe życie nie spotkałam osoby, z którą rozumiałabym się tak dobrze. Przyjechałam do niego, nie do miasta i nie do Ameryki: miałam jedną walizkę, wizę turystyczną, bilet w dwie strony i zerowe pojęcie o tym, w co się pakuję. Do momentu tego pierwszego spotkania nie wiedziałam nawet, jak ten mój zamorski książę z bajki wygląda, bo nigdy nie przyszło mi do głowy poprosić go o zdjęcie: uzgodniłam zresztą z samą sobą, że nawet, jeśli ma dwie głowy, będę kochała je obie.  Okazało się, że ma jedną głowę, całkiem niczego sobie, i najpiękniejszy uśmiech na całym lotnisku. Od dwunastu lat jesteśmy małżeństwem.

Kamila Sławińska Nowy Jork przewodnik niepraktycnzy

Kamila Sławińska, Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Oczywiście, że pamiętam! To była bardzo ważna i niezapomniana życiowa lekcja, choć dopiero z perspektywy tylu lat jestem w stanie to docenić. Byłam zachwycona moim przyszłym mężem, zakochana w nim po uszy - ale przerażona całą resztą. Jak wiele osób, które nigdy wcześniej nie mieszkały w innym kraju, byłam w porażającym szoku kulturowym: wszystko było onieśmielające, inne, obce. Zaczynając od architektury, wielokulturowości i ulicznych obyczajów, a kończąc na jedzeniu, które wszędzie smakowało jak kreda. Uzbrojona w jakże żałosne z mojego dzisiejszego punktu widzenia przeświadczenie, że jako Europejka reprezentuję daleko doskonalszą od amerykańskiej kulturę, miotałam się przez kilka miesięcy we frustracji i złości, szarpiąc się między nieuzasadnionym poczuciem wyższości a poczuciem krzywdy, że nie dostaję z miejsca i na srebrnej tacy wszystkiego, co - jak byłam przekonana - po prostu mi się należy. Nawet samo miasto bardziej mnie przytłaczało niż fascynowało; zresztą Nowy Jork potrafi być najokrutniejszym miejscem na świecie, kiedy się nie ma pieniędzy. Pierwsze tygodnie to był zimny listopad, niezrozumiałe nowe święta, proszenie ludzi o powtarzanie po pięć razy zdań w języku, który jak mi się wydawało znałam. Minęły długie miesiące, zanim zaczęłam dostrzegać różne, magiczne drobiazgi, które dzisiaj są dla mnie esencją życia tutaj. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, ale może właśnie dlatego, że narodziła się w bólach i zahartowała w ogniu wielu walk, rozczarowań i upokorzeń, trwa do dzisiaj.

Kamila Sławińska Nowy Jork przewodnik niepraktycnzy

Jak Ci się teraz tam mieszka? Jak traktujesz Nowy Jork i Stany Zjednoczone?

Teraz nie wyobrażam sobie, że mogłabym mieszkać gdzie indziej. To miasto - z jego niezmierną różnorodnością i niespożytą energią - uczyniło tym, kim dzisiaj jestem i nauczyło mnie rzeczy, które uważam za najważniejsze. Szacunku do profesjonalizmu, do pracy i czasu bliźnich. Respektu i pokory w kontaktach z innymi ludźmi, skądkolwiek i kimkolwiek by nie byli, i umiejętności nieustannego uczenia się od nich. Wiary w to, że pasją i pracą można wiele osiągnąć, bez względu na to, skąd człowiek przychodzi i w jakim momencie życia ową pasję odnajduje. Nowy Jork ma tę magiczną właściwość, że przy odrobinie uważności każdego dnia można w nim napotkać coś absolutnie nowego, niezwykłego, nieoczekiwanego - coś, co nawet w najcięższych chwilach odbuduje przekonanie, że tutaj wszystko jest możliwe. Czasem jest to drobiazg - paru nastolatków tańczących breakdance w wagonie metra - a czasem coś wielkiego, jak niesamowita atmosfera solidarności i wzajemnej pomocy po zamachach 11 września. Nieprawdopodobna ludzka różnorodność, jaką się tu napotyka, daje człowiekowi wiele do myślenia na temat tego, jak niesamowicie twórczym i nieprzewidywalnym gatunkiem jesteśmy - a przy tym jak zgodnie potrafimy żyć z innymi, jeśli tylko zamiast różnić chcemy widzieć wspólnotę dążeń i potrzeb. Nie znam drugiego miejsca, w którym czułabym się równie u siebie jak tutaj; zabrzmi to może dziwnie, ale częściej zdarza mi się czuć cudzoziemką w dzisiejszej Polsce niż w Nowym Jorku. Wiele z tego poczucia ma pewnie związek z różnymi drobiazgami, które oswaja się w miarę bytowania gdzieś dłużej: w Big Apple mam więcej ulubionych knajp i lepiej rozumiem obyczajowość życia codziennego niż w Warszawie, w której przecież się wychowałam. Jest jednak w tym również coś więcej - wydaje mi się, że przez te prawie piętnaście lat, które ja spędziłam w Ameryce, życie w Polsce na wielu frontach uległo tak dramatycznym przemianom, że nie potrafię - a czasami świadomie nie chcę - za nimi nadążać. A może tylko tak mi się wydaje, bo się po prostu starzeję…

Co do kraju, którego Nowy Jork (przynajmniej nominalnie) jest częścią, to nadal twierdzę, że niewiele o nim wiem - poza tym, że przy takiej skali wszystkie uogólnienia dotyczące Ameryki jako całości, jakkolwiek w wielu sytuacjach niezbędne, są po prostu niemądre. Pod wieloma względami Nowy Jork to nie jest Ameryka - i sami Amerykanie często pierwsi to mówią. Nawet jednak z nowojorskiej perspektywy widać, że Stany Zjednoczone roku 2012 to kraj bardzo inny niż ten, do którego przyjechałam. Łatwo byłoby krytykować, co zmieniło się na gorsze; ja jednak wolę widzieć, co pozostało takie samo. Na przykład wzajemny szacunek ludzi do siebie, umiejętność organizowania się we wspólnej sprawie, wiara w to, że wiele rzeczy można naprawić czy ulepszyć. Z drugiej story jednak zauważyłam dziwaczną prawidłowość: jednakowo często zdarza mi się bronić europejskich idei i porządków przed zacietrzewionymi Jankesami, jak perorować w obronie amerykańskich, jeśli atakują je Europejczycy o mentalności starokontynentowych fanatyków.

Jedno jest pewne - gdyby jakimś cudem ktoś nagle dał mi władze nad światem, moim pierwszym edyktem jako globalnego dyktatora byłoby, że każdy człowiek powinien spędzić choćby pół roku mieszkając w innym kraju - im bardziej odległym i kulturowo rożnym, tym lepiej. Emigracja oczywiście nie jest dla każdego - i tylko ci, co jej naprawdę doświadczyli, zdają sobie sprawę, z jak wielką ilością trudnych wyborów się ona wiąże. Jednak w dzisiejszym, ruchliwym i zmiennym świecie warto jest choćby przez chwilę widzieć siebie i własne poglądy z perspektywy Innego. Nawet pozostanie tam, gdzie się jest, bywa wtedy bardzo odmiennym doświadczeniem.

Kamila Sławińska Nowy Jork przewodnik niepraktycnzy

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Och, mnóstwo było wszystkich tych rzeczy. Z kulturalnych wpadek szczególnie pamiętam wyprawę w interesach do drukarni, prowadzonej przez ultraortodoksyjnych Żydów. Przedstawiając się na spotkaniu, praktycznie wymusiłam na właścicielu podanie mi ręki, kompletnie nieświadoma, na jakie emocjonalne katusze go w ten sposób skazuję. Ze zdziwień - nie zapomnę entuzjazmu moich koreańskich kolegów, po raz pierwszy w życiu częstowanych bigosem na mojej polskiej Wigilii: zgodnie oświadczyli, że danie pachnie zupełnie jak kimchi. Z odkryć - nie przestaje mnie zadziwiać, jak brzmi najczęściej słyszany komentarz w reakcji na informację, że jestem Polką (a mianowicie, ze mój interlokutor ma w rodzinie lub wśród bliskich znajomych kogoś, kto się z Polką ożenił). Albo, z zupełnie innej beczki - to, do jak wielu cudownych imprez kulturalnych i naukowych na światowym poziomie,  można mieć dostęp w Nowym Jorku, nie wydając na to ani grosza.

O rozczarowaniach nie będę mówić, bo przy omawianiu ich łatwo zacząć narzekać - a tego nienawidzę. Ale skoro już o to pytasz, dla zachowania balansu wymienię jedno, bynajmniej nie największe ani nie najboleśniejsze, ale może na tym froncie coś mogę zrobić. Gigantycznym rozczarowaniem jest dla mnie, jak niewielu z milionów turystów odwiedzających Nowy Jork wybiera się gdziekolwiek poza Manhattan. Prawdziwe nowojorskie życie jest w zewnętrznych dzielnicach, a najlepsze jedzenie, reprezentujące kuchnie z całego świata - na Queensie!

I na koniec jakie książki o Nowym Yorku, które zrobiły na Tobie duże wrażenie (fiction/non-fiction), mogłabyś polecić czytelnikom?

Pamiętam, jak ogromnym przeżyciem była dal mnie lektura "The Colossus of New York" - przepięknej, choć malutkiej książki Colsona Whiteheada. Do dziś zresztą chętnie do niej wracam i do dziś jestem pod jej głębokim wrażeniem. To kolekcja impresji, w zasadzie poematów prozą, która jest dla mnie kwintesencją doświadczenia bycia nowojorczykiem. Każdy z tych małych i przepięknie napisanych esejów trafia w samo sedno, pamięta się je latami i wspomina z wielkim wzruszeniem. Jednym z moich największych marzeń byłoby móc przetłumaczyć tę niezwykłą książkę na polski. Ech, może kiedyś...

Kamili życzę, aby to marzenie spełniło się jak najszybciej, a Wam z kolei polecam tę lekturę:

Kamila Sławińska Nowy Jork przewodnik niepraktycnzy

 

Na koniec: tych, którzy chcieliby oko zawiesić na świetnych zdjęciach z Nowego Jorku, odsyłam do polecanej przez Kamilę galerii na Facebooku. Poniżej w ramach zachęty jedna z fotografii:

Nowy Jork

 

***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie

czwartek, 12 lipca 2012

Gosia Kruczek czara Rozcinam pomarańczeJest jedną z najdłużej piszących autorek bloga, jaką znam. Od siedmiu lat w Paryżu komponuje  swoje zapiski, które często są bardzo poetyckie, stąd przez niektórych nazywana jest też poetessą. Zawsze wyraziście oddaje subtelności własnych myśli i uroki francuskiej stolicy. Jest znakomitą portrecistką Paryża i życia w ogóle (zobaczcie sami na załączonych zdjęciach). Dziś w ramach drugiego odcinka tyglowej serii "Przeprowadzka" przedstawiam Wam Gosię Kruczek aka Czarę, autorkę znakomitego bloga Rozcinam pomarańcze, którym się zaczytuję.


Jak to się stało, że znalazłaś w Paryżu? Dlaczego akurat tam?

To było w 2005 roku. W starej i potężnej bibliotece swojej babci mój przyjaciel wyszperał kiedyś dawny, zupełnie staromodny podręcznik do nauki francuskiego. Podarował mi go. Był stary, miał okładkę z materiału, a na niej napis "Un jour j'irai à Paris" (Pewnego dnia pojadę do Paryża). Akurat w tym czasie złożyłam podanie o wyjazd stypendialny do Francji do Montpellier. We Francji chciałam poznać coś nowego, ale przede wszystkim szlifować język, który stał się moją prawdziwą pasją. Parę dni później pojawiło się ogłoszenie o miejscach stypendystów na jednej z paryskiej uczelni. Nie wahałam się ani chwili. Pół roku później byłam już w Paryżu.

Paryż Czary

Paryż Czary

 Jakie były Twoje wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Oczywiście, że pamiętam. To był czas najbardziej intensywny, jakby wszystko się we mnie otworzyło. Chyba nigdy nie chłonie się tyle, co właśnie podczas pierwszych tygodni pobytu w nowym miejscu. Każdy dzień to były nowe odkrycia, ogromne ilości wrażeń. Przede wszystkim od razu poczułam się jak u siebie, Paryż to jest miasto bardzo łatwe od ogarnięcia, do poruszania się, do flanowania po prostu. Nie zwiedzałam za dużo, z wierszami Préverta wałęsałam się po paryskich mostach i wdychałam zapach pieczonych  kasztanów. Wszystko wydawało mi się takie, jak powinno być...  Swoją drogą, może tak powinni też robić turyści:  schować swoje przewodniki na dnie walizki, nie pędzić na słynną wieżę, tylko spacerować i chłonąć?

Innym wciąż barwnym i żywym wspomnieniem, które mam z tamtych pierwszych chwil, to wrażenie, jakie wywarli na mnie mieszkańcy tego miasta. Nie zdawałam sobie sprawy, że są oni tak różni, tak kosmopolityczni, że to miasto to prawdziwy kulturowy tygiel, pełen braw i smaków. Ten wieloetniczny patchwork zafascynował mnie absolutnie, nie znałam tego z książek czy piosenek. Nie mogłam się napatrzeć na tę prawdziwą mozaikę twarzy, ras i kolorów, mogłam godzinami kontemplować ludzi, na przykład w metrze, co zresztą doprowadzało do wielu czasem zabawnych sytuacji, tu ludzie raczej unikają cudzego wzroku.

To był naprawdę piękny czas, byłam wtedy bardzo otwarta na wszystko, na nowe miasto, na innych ludzi i na siebie samą.

Paryż Czary

Paryż Czary

Paryż Czary

 

Jak Ci się teraz mieszka w Paryżu w ogóle? Jak traktujesz teraz miasto?

Przenosząc się tu na stałe, bałam się, że to uczucie fascynacji miastem zniknie, zatrze się i zgubi w codzienności. Na razie jednak tak się nie stało. Chociaż mogę się cieszyć nim na co dzień, mój apetyt nie tylko nie znika, ale rośnie. Przede mną wciąż jeszcze mnóstwo odkryć, bardzo dużo czytam o historii Paryża, ale równie ciekawa i bogata jest teraźniejszość, intensywne życie artystyczne, przyprawiająca o zawrót głowy oferta kulturalna. Czasem to jest wyczerpujące, czasem czuję się, jakbym sama właśnie gotowała się do białości w tym tyglu. Ale to jest niesamowite źródło inspiracji.

Z drugiej strony mam teraz świadomość ciemniejszych stron miasta. Drożyzny, problemów mieszkaniowych, dużego zagęszczenia, jak w każdym wielkim mieście, no i biedy uosabianej tu pod postacią niemal legendarnego kloszarda.



Paryż Czary

Paryż Czary

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Moje pierwsze wpadki były najczęściej związane z jedzeniem. Na wieczorne spotkanie z Francuzami szłam najedzona, nie myśląc o tym, że tu właśnie je się dopiero wieczorami i spotyka wokół stołu. To było też źródło nieporozumień z moim tubylczym chłopakiem, który nie rozumiał, że ja mogę jeść co dwie godziny, podczas gdy jemu wystarczały dwa porządne posiłki. Albo znajomemu muzułmaninowi podawałam kanapki z szynką, nie zastanawiając się, z jakiego mięsa ta szynka jest...  

Pozytywnie zaskoczyła mnie towarzyskość i rodzinność Francuzów. I fakt, że wbrew obiegowym opiniom mówią po angielsku, na pewno nie gorzej niż Polacy. Kultowym słowem (przynajmniej wśród ludzi o niezłym wykształceniu) jest tu "culture générale", co można byłoby tu przetłumaczyć jako wiedza ogólna. Raz widziałam policjanta czekającego przed izbą przyjęć na jednego ze swoich "podopiecznych", który pochłonięty lekturą "Wiedzy ogólnej" ze słynnej serii...  "dla idiotów". W Paryżu podoba mi się też widoczny na każdym rogu głód sztuki. Chodzenie do galerii i na wystawy jest tutaj jednym ze sposobów na spędzanie czasu, nieważne że trzeba odstać najczęściej dwie godziny w kolejce.

 

Paryż Czary
Paryż CzaryCo  mnie nie przestaje zadziwiać to to, że Francuzi poznając kogoś muszą sobie zrobić mentalną "fiszkę" na jego temat – skąd pochodzi, ale przede wszystkim "co robi w życiu". Właściwie jest to pierwsze pytanie w rozmowie, wydaje mi się, że u nas pojawia się ono na znacznie dalszym miejscu. 

To, co mi się nie podoba, to skomplikowane podejście do wolności.  Konkurencja jest tu postrzegana jako zamach na wolność, nie jej wzmacnianie. Podam przykład paryskich taksówek, ich liczba jest ściśle limitowana, dostęp do tego zawodu mocno utrudniony, mimo że tych taksówek po prostu jest za mało. Nie podoba mi się to, że w knajpach trzeba czekać aż kelner wybierze nam stolik, to, że wszędzie są jakieś taśmy, które wyznaczają miejsce, gdzie trzeba się ustawić, czekać, ćwiczyć cierpliwość...

Paryż Czary

I na koniec jakie książki o Paryżu bądź Francji poleciłabyś czytelnikom?

Pamiętam, że w liceum zaczytywałam się "Grą w klasy" Cortazara i duże wrażenie zrobił wtedy też na mnie "Łuk Triumfalny".  Później zaczęłam odkrywać literaturę XIX-wieczną. Do tej pory jednym z moich ulubionych pisarzy z tamtej epoki jest Zola, który w swojej serii Rougon-Macquartów sportretował ówczesny Paryż i jego mieszkańców w niezwykle sugestywny sposób. Bardzo lubię też "Ruchome święto" Hemingwaya, który w barwny sposób przedstawia życie amerykańskiej kolonii literackiej.  Z innych książek poświęconych tej epoce, ostatnio przeczytałam "Montparnoss" George'a-Michela Michel, a jeśli chodzi o non-fiction, to polecam "Kobiety z Lewego Brzegu" Shari Benstock, która przybliża miasto (i twórczość) przez pryzmat kobiet-artystek takich jak choćby Gertruda Stein, Anaïs Nin, Colette, Edith Wharton...  Z naszego polskiego ogródka, mam dwie ulubione książki o Paryżu:  "Requiem dla moich ulic", w którym Krzysztof Rutkowski w niezwykle plastyczny sposób wskrzesza dawne, często nieistniejące już miasto i "Paryż za dwa Ludwiki" Ludwika Stommy i Ludwika Lewina, pełen spacerów po szlaku "Paryża cieni i smaków", pysznych anegdotek i zabawnych historyjek o dawnych, legendarnych bądź nie, mieszkańcach miasta. Muszę też dodać "Szkice Piórkiem" Andrzeja Bobkowskiego, dzienniki, których część akcji rozgrywa się w wojennym Paryżu... Lista krótka i otwarta.

Czara Gosia Kruczek z Rozcinam pomarańcze

Gosia aka Czara

 

***

Poprzednie wpisy z serii PRZEPROWADZKA

Przeprowadzka Magamary: Oksford

wtorek, 10 lipca 2012

Od zeszłego tygodnia jesteśmy już w czwórkę! Operacja udała się najlepiej, jak mogła. Miałam naprawdę znakomitego anestezjologa, który nie tylko znał się na rzeczy, ale przez całą operację opowiadał nam różne historie, dzięki czemu nie musieliśmy myśleć o tym, co ze mną robią :) Mała Natalie urodziła się w miniony poniedziałek w porze lunchu w historycznym miasteczku Warwick, ku przeogromnej radości całej naszej trójki. Jest maleńka, rozkoszna i naprawdę nie mogę od niej oderwać oczu. Dziewczyny się poznały. Płacz Natalie rozbawia Isabel, jej ciepłe ciałko wydaje się bardzo frapujące. Mamy się dobrze i dziękujemy Wam wszystkim za serdeczne życzenia i za to, że mocno trzymaliście za nas kciuki!

Natalie i Ania



niedziela, 01 lipca 2012

Oxford, Turl Street, centrum miasta, fot Milena WernerTyle się mówi o emigracji zarobkowej, a o ile wdzięczniejszym i bardziej intrygującym tematem jest emigracja uczuciowa :) Bo w końcu tyle tysięcy ludzi musi pakować swoje walizki, mówić adieu rodzinnemu miejscu i ruszać w nowe, by dołączyć do swojej drugiej (bądź jak kurtuazyjnie mówią Anglicy - lepszej) połówki. Tak zrobiłam ja, osiem lat temu. Waliza nie była wcale duża, w końcu podróż lotnicza z Gdańska na południe Anglii to jedynie 2 godziny, więc choć teoretycznie po coś niezbędnego zawsze można szybko pojechać, a poza tym naprawdę nie wiedzieliśmy, gdzie będziemy mieszkać za kilka miesięcy. Oliver kończył wtedy pisanie doktoratu w Oksfordzie, a ja miałam pracę, którą mogłam wykonywać z każdego miejsca na świecie pod warunkiem, że miało ono dostęp do internetu. Niby świetny układ, duże pole manewru, ale przyznam szczerze, że to też zawieszenie (bo nie wiadomo, co dalej), więc trudniej w takich warunkach jest znaleźć swoje miejsce w nowym kraju, a dodatkowo Oksford jest jednym z trudniejszych miast do oswojenia. Oksford jest zamknięty, niewielki, wykluczający (zobaczcie chociażby liczbę murów odgradzających różne obiekty w centrum miasta - wyjdą z tego kilometry) - niewidoczny, prężny świat uniwersytetu jest zupełnie oddzielony od miasta, więc to, co musisz zrobić, osiedlając się tutaj, to w jakiś sposób stać się częścią tego lokalnego wszechświata. Mając jednak pracę, którą wykonywałam z domu, trudno było w jakikolwiek sposób zbliżyć się do uczelni, a nawet nadgryść samo miasto i jego mieszkańców. Początki mieszkania w Oksfordzie były trudne.

Oksford, centrum

Broad Street, centrum miasta

Oksford, St Giles

The Eagle and Child, jeden z najbardziej znanych pubów w mieście (sławę zawdzięcza temu, że przesiadywał tu Tolkien z CS Lewisem)

Wydawało mi się, że rozwiązaniem byłoby znalezienie pracy na pół etatu, żeby się stać częścią miasta. Zaczęłam szukać i byłam przekonana, że szybko coś znajdę. Tymczasem okazało się, że wierne oddanie swojego życia w formie zgrabnego CV tylko utrudniało poszukiwania. Stosik grzecznie napisanych listów z odmową rósł szybko, a wraz z nim moja frustracja. Dopiero kiedy miły Anglik we włoskiej knajpie (był dla mnie tak miły, że byłam przekonana, że mnie zatrudni. Nic bardziej mylnego!) powiedział, że nie rozumie, dlaczego chciałabym tam pracować, dotarło do mnie, że upychając wszystko, co możliwe do CV, po prostu zabijałam każdą możliwą szansę na drobną pracę, przedstawiając się jako "przekwalifikowana, co nie zagrzeje tu długo miejsca". Usadowiłam się więc pod skrzydłami jednej z oksfordzkich agencji pracy i z radością przyjmowałam nawet najbardziej pokręcone, drobne zlecenia, mając okazję poznać najróżniejsze zakamarki miasta i co najważniejsze jego mieszkańców (wreszcie!). Jedną z fajniejszych rzeczy było poddanie się testom jungowskim w ramach sesji szkoleniowej dla psychologów (płacili całkiem nieźle: 6 funtów za godzinę w 2004 roku za to, że mogli ze mną porozmawiać - cudownie!). Wreszcie dostałam ofertę uczenia polskiego na uniwersytecie i choć ta praca była marnie płatna (na Uniwersytecie Oksfordzkim było wtedy aż trzech studentów polskiego, więc miałam zaledwie kilka godzin w tygodniu, poza tym, bądźmy szczerzy, uczelnia naprawdę nie rozpieszcza lektorów), byłam szcześliwa. Uczenie tutaj jest zupełnie inne, bo większość zajęć odbywa się w systemie jeden na jeden i przygotowanie się na godzinną lekcję z tylko i wyłącznie jednym studentem, to jednak zupełnie inny wysiłek niż seminarium z kilkunastoma. Nie było łatwo, ale było ciekawie.

Oksford, Trinity College, Hall

Studencka stołówka - Hall w Trinity College w Oksfordzie, fot. Milena Werner

Oksford, Taylorian Library

Biblioteka uniwersytecka, Taylorian Institute w Oksfordzie

Oksford wtedy nagle się otworzył. Minęło kilka miesięcy, Oliver dalej pracował nad doktoratem, a ja moją stałą, zdalną pracę zamieniłam na kawałkoetatową, wydłużając jednocześnie liczbę godzin prac "oksfordzkich". Razem z Oliverem chodziliśmy na wykłady, na łódkę, kino w college'owym barze. Poczułam się nieco, jakbym znowu stała się trochę studentką z błogim poczuciem beztroski. Miasto mi się w końcu spodobało. Oksford jest trudnym miejscem do ukochania, wymaga naprawdę sporego wysiłku, determinacji i czasu. Jak uda ci się przebić, to miasto staje się małym, prywatnym rajem, bo wtedy przez uczelnie ma się dostęp do nieprawdopodobnych bibliotek-domowo-wyglądających-czytelni, muzeów, wykładów, imprez. Oksford bez dostępu do uczelni potrafi trącić prowincją.

Oxford, fot Milena Werner

Jedna z piękniejszych, średniowiecznych alejek w mieście, fot. Milena Werner

Oksfordzki gargulec

Miejski straszak :)

Razem z ludźmi z college'u zaczęliśmy jeździć po kraju. Późną jesienią pojechaliśmy w Góry Czarne (walijskie Black Mountains), zimą do Dartmoore, latem kręciliśmy się po Vale of White Horse. Zaczęłam odkrywać, że w Wielkiej Brytanii sportem narodowym jest spacerowanie (walking) po górach, wzgórzach, polach, wrzosowiskach, łąkach, które uprawia się w odpowiednim obuwiu, sztormiaku, z plecakiem (najlepiej z piersiówką z whisky) i niezbędą mapą. Zaczęłam oswajać się z nieprzyjemnym podziałem na dwa krany w łazience (z jednego leci zimna a z drugiego ciepła woda, więc nie sposób umyć rąk w takiej, która byłaby odpowiednim kompromisem temperatur). Dostrzegłam, że choć w budynku, w którym mieszkaliśmy, było 11 mieszkań, to sąsiadów spotykało się raz na miesiąc. Zaakceptowałam piwo bez gazu (w wersji ale i bitter), wykładzinę w łazience (kremowa) i na wspólnym korytarzu w budynku (biała; ktoś przychodził raz na miesiąc i ją czyścił). Nie mogłam znieść cen biletów na autobusy miejskie (gdzie za przejechanie 4 km płaciło się prawie 2 funty), więc oksfordzkim zwyczajem nabyłam sobie rower. Przyzwyczaiłam się do dziwacznej mowy kierowców autobusowych, kawy na wynos, mówienia "przepraszam", kiedy zostało się przez kogoś przypadkowo dokniętym... Mogłabym długo wymieniać.

Oksford zimą

Oksfordzka zima na Walton Street

Wreszcie z czasem też odpuściłam. Na początku mieszkania w Oksfordzie strasznie byłam czuła na "sprawy polskie" - bolało mnie, jak ludzie myśleli i mówili o moim rodzinnym kraju jedynie w kategoriach stereotypów (walczący naród, Solidarność, bieda, picie wódki do obiadu - to ostatnie usłyszałam od starszej babki, która wykłada na Cambridge i zupełnie zaniemówiłam. Znajomi Polacy byli indagowani o to, czy w kraju nad Wisłą używa się pralek etc etc.). Czułam się urażona głupimi pytaniami. Zupełnie niepotrzebnie. Powinnam je po prostu wyśmiać bądź nazmyślać niemądremu rozmówcy inne wspaniałości. Dodatkowo dziwiło mnie to, że ktokolwiek z angielskiego środowiska dowiadywał się o kimś polskiego pochodzenia mieszkającym w Oksfordzie, momentalnie chciał mnie z tą osobą skontaktować tak, jakby Polacy za granicą musieli wyłącznie przynależeć do innych Polaków. Zajęło mi to trochę czasu, ale w końcu tego typu sprawy przestały mnie zupełnie poruszać. Odpuściłam zupełnie i znacznie mi z tym lepiej.

Zresztą mieszkając poza miejscem, gdzie się wychowałam, przeżyłam pewnego rodzaju uwolnienie, które z pewnością jest uczuciem dość uniwersalnym, jakiego doświadczają obcokrajowcy zamieszkujący w nowym miejscu. To wyswobodzenie od znanych schematów myślowych (kiedy pracowałam w Warszawie często się ludzi klasyfikowało: to taka a taka frakcja polityczna, z takiej a takiej rodziny etc. To było baaaardzo męczące), od narodowych stereotypów, od przewidywalnych reakcji i wypowiedzi. To było bardzo odświeżające. W Wielkiej Brytanii panuje większa wiara w instytucje, w możliwość kształtowania rzeczywistości (w imię zasady, że jak ci się coś nie podoba, to daj znać i zaproponuj, jak można to zmienić, zrób coś z tym sam), co szalenie mi się podoba. To chyba najbardziej mnie zmieniło w ciągu ostatnich kilku lat.

Oksford, Trinity College

Studenci w Trinity College

Oksford czytający student

Czytający przy Ashmolean Museum

Oksford traktuję teraz jak moje własne miejsce, a Wielką Brytanię jak moją wybraną ojczyznę. Uwielbiam Oksford, bo jest mały, a wiele się w nim dzieje (na niewielkiej przestrzeni potrafi spotkać się cała galaktyka wielkich umysłów). Bo dba o siebie. Bo potrafił z wdziękiem zakonserwować tradycje, parki, uczelniane zwyczaje itp. Bo dzięki temu miejscu ma się dostęp do tylu różnych kultur i społeczności, które mieszkają tuż za rogiem. W ten sposób zresztą dotarłam do Indii - dzięki znajomym i przyjaciołom, dzięki rodzinnym doświadczeniom Olivera (jego dziadek był budowniczym, który projektował mosty w Azji Południowej) i wreszcie dzięki niesamowitej liczbie powieści z subkontynentu, które wydaje się tutaj.

Czasem myślę, że chciałabym zmienić miejsce, zamieszkać i poznać nowe, ale z drugiej strony momentalnie czuję żal, że mogłabym coś niesamowicie ważnego stracić w Oksfordzie.

Zamieszaknie w nowym miejscu to duża próba siebie, własnej zdolności do zmierzenia się z nowym i znajdywania kompromisów. Każda przeprowadzka naraża cię na wystawienie swoich czułych punktów na działanie nowego, nieznanego klimatu. Zupełnie naturalną rzeczą przy zmianie lokalizacji jest popełnienie szeregu spektakularnych wpadek kulturalno-obyczajowych. Do moich najbardziej oszałamiających, które przychodzą mi teraz na myśl, należą: przyjście na imprezę domową wcześniej niż ustalili to domownicy (to jeden z najstraszniejszych grzechów głównych w Anglii; wpędzasz tym ludzi w totalny popłoch), zaparzenie popołudniowej herbaty w zimnym dzbanku (babcia Olivera była zbulwersowana. Dzbanek wszak się wcześniej ogrzewa wrzątkiem. Niewybaczalny błąd!), totalna ignorancja na temat istnienia clotted cream (gęstej śmietany, zbliżającej się konsystencją do masła, którą podaje się do scons, ciach serwowanych z herbatą), wysłanie do Olivera smsa z informacją, że spotkamy się z jego rodziną na lunchu w Old Parsnip (Starej Pietruszce) Hotel zamiast Old Parsonage Hotel (a wydawało mi się, że dobrze usłyszałam nazwę...)

Oksford, czytający przy bibliotece

Na dziedzicu głównej biblioteki uniwersyteckiej

Oksford

Prywatny skwer z widokiem

Pewnie się nie zorientowaliście, ale w tej długiej notce odpowiedziałam na cztery pytania: Jak to się stało, że znalazłam się w Oksfordzie? Jakie były moje pierwsze wrażenia po przeprowadzce? Jak mi się teraz tutaj mieszka? I jakie były moje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki i rozczarowania? Na koniec dodam listę książek, którą poleciłabym każdemu, kto chce dowiedzieć się czegoś więcej o Oksfordzie czy Wyspach Brytyjskich i w ten sposób rozpocznę nową serię wpisów w Tyglu. W najbliższych tygodniach będę przedstawiać Wam przyjaciół, znajomych, ulubionych blogerów, którzy mieszkają w różnych zakątkach świata, piszą o nich i chcieli się podzielić swoimi wrażeniami z nowych ojczyzn. Zapraszam do śledzenia serii Przeprowadzka.

Polecana lista lektur:

  • A. S. Byatt "The Game" - powieść o dwóch siostrach, z których jedna jest ekscentrycznym pracownikiem naukowym Oksfordu. Świetny dramat rodzinny o pokręconych związkach (rodzina jest kwakrami), napiętych relacjach siostrzanych i potrzebie bycia zostawionym w spokoju. Bardzo polecam.
  • Javier Marias "All Souls" (oryg. "Todas las almas") - Marias przez dwa lata pracował na oksfordzkiej uczelni i swoje doświadczenia ujął w formie fabularnej, ujawniając przy okazji szczegóły romansu z zamężną koleżanką z pracy. Książka wzbudziła wiele kontrowersji w mieście.
  • Jan Morris "Oxford" - historia miasta, uczelni, zwyczajów, oksfordzkich kuriozów, wszystko skrzętnie przedstawione.
  • Evelyn Waugh "Brideshead Revisited" - Oksford czasów przedwojennych, z arystokratycznymi i ekscentrycznymi studentami, czas wielkiego zblazowania i wielkiego romansu.

 

Nieoksfordzkie:

  • E. McEwan "On Chesil Beach" - świetna powieść o angielskiej, młodej parze osadzona w czasach obyczajowej skrytości. Znakomicie napisana.
  • K. Ishiguro "The Remains of the Day’ - melancholijny powrót do czasów wielkich majordomusów i nieprawdopodobnych posesji. Na pozór wszystko wpasowuje się w oczekiwania na wskroś angielskiej historii (chłód emocjonalny, obowiązkowość, hierarchia), ale nie dajcie się zwieść, bo ta powieść jest też bardzo japońska.
  • Książki Juliana Barnesa - ktokolwiek chce się zmierzyć z angielskimi kompleksami, powinien koniecznie czytać Barnesa!
  • A. Hollinghurst "The Stranger’s Child" - wgląd w londyńskie środowisko gejowskie. Do tego bardzo stateczna powieść.


Wreszcie trochę non-fiction:

  • B. Bryson "Notes from a Small Island" - szybka wyprawa przez Wyspy środkami komunikacji miejskiej. Bryson prędko zaspokaja swój apetyt, więc nie spodziewajcie się wielu szczegółów. Ciekawe są jednak uwagi społeczno-kulturalne
  • J. Baggini "Welcome to Everytown. A Journey into an English Mind" - tytuł mówi sam za siebie.


Ania w Oksfordzie
(Tymczasem pozdrawiam serdecznie i znikam na chwilę, bo jutro oczekują mnie w szpitalu i jeżeli wszystko dobrze pójdzie, pod koniec tygodnia będę w domu z drugą córeczką).

wtorek, 26 czerwca 2012

Księgarnia w mieście książek Hay on WyePewnie pomyślicie, że martwię się na zapas, ale przyznam szczerze, że obserwując zmiany na rynku brytyjskich księgarni, drżę trochę przed tym, że miejsca z książkami może zgubić totalna, elektroniczna rewolucja. Jak to miałoby wyglądać? Otóż tak, że książek drukowanych zacznie w nich ubywać na rzecz możliwości pobrania wersji elektronicznej na czytnik. Księgarnie bez regałów z książkami? Brzmi niewiarygodnie, ale podobno do tego wszystko zmierza. Tak przynajmniej zdaje się twierdzić coraz więcej właścicieli sklepów bukinistycznych.

Dużym wydarzeniem bieżącego miesiąca była zaskakująca umowa między jedną z największych sieci księgarni w Wielkiej Brytanii Waterstones i Amazonem. Szef Waterstones postanowił zacząć sprzedawać Kindle'a jako uprzywilejowany czytnik a do tego w wielu sklepach uruchomił tzw. W Cafes - kawiarnie, w których zachęca się do robienia czytelniczych zakupów na Kindle'a (Waterstones otrzymuje z tego tytułu jakiś procent z przeprowadzonej transakcji). Oczywiście w W Cafe można przysiąść z książką drukowaną, ale ideą nowych miejsc (zapomniałam dodać, że do tej pory sieciówka oferowała kawę przez deal z inną siecią - Costa Coffee) jest promowanie czytelnictwa elektronicznego, czyli z czytnikiem w ręce. Czy to się przyjmie? Waterstones jest przekonany, że tą drogą podąży wkrótce większość księgarni, może wcale nie dobrowolnie, ale zostanie do tego zwyczajnie zmuszonych. Powodem jest coraz silniejszy spadek sprzedaży książek drukowanych. Bookseller podał niedawno za badaniem AS Nielsena, że w maju zanotowano najniższy w ciągu ostatnich 9 lat (!!) tygodniowy utarg ze sprzedaży tradycyjnie wydanych książek (jedyne 20,3 mln funtów). A to wszystko przez zwiększające się zainteresowanie e-bookami. Jak wskazuje Nielsen, teraz jedna na pięć książek sprzedawanych jest w wersji elektronicznej. I ta proporcja będzie się zmieniać na korzyść e-booków. Już w tej chwili szacuje się, że sprzedaż książek drukowanych spadła o 10% w tym roku. To naprawdę dużo i wygląda na to, że sprawy zmieniają się znacznie szybciej niż myślałam.

Księgarnia w mieście książek Hay on Wye

Antykwariat, Hay on Wye

Księgarnia w mieście książek Hay on Wye

Richard Booth Bookshop, Hay on Wye

Za trzy dni ma dokonać się kolejny księgarniany przewrót. Lonely Planet, znany wydawca przewodników, planuje otworzyć duży sklep na lotnisku w Manchsterze, który będzie nastawiony na sprzedaż elektronicznej wersji  publikacji. Podróżnicza księgarnia ma posiadać olbrzymi ekran z ziemskim globem, który po doktnięciu wybranego miejsca, będzie informował o tym, jakie ma elektroniczne pozycje wydawnicze dotyczące tego regionu. Publikacje będzie można, rzecz jasna, od razu kupić na swój czytnik. W ramach urozmaicenia Lonely Planet planuje również w różnych zakątkach księgarni odgrywać odgłosy z różnych części świata. Na szczęście ten nowy sklep będzie oferował też drukowane przewodniki - w końcu w tylu miejscach na świecie niekoniecznie znajdziemy przyjazne gniazdko elektryczne, by podładować czytnik a poza tym wiele podróży jest wygodniejszych z drukowaną książką. Czy ktoś może wybiera się na manchesterskie lotnisko w najbliższym czasie? Jestem ciekawa, jakie wrażenie zrobi nowy sklep.

Księgarnia w mieście książek Hay on Wye

Księgarnia z kryminałami, Hay on Wye

Księgarnia w mieście książek Hay on Wye

Hay on Wye Books

Wygląda mi na to, że tradycyjny związek księgarni i kawiarni nie jest już wystarczającym sposobem na utrzymanie miejsc z książkami. Coraz więcej niezależnych sklepów decyduje się na śmielsze alianse, oferując na przykład projekcje filmowe, koncerty muzyczne czy sprzedaż usług biura podróży (jak księgarnia podróżnicza Stanfords Travel Bookshop w londyńskim Covent Garden). Coraz więcej ze sklepów przyjmuje charakter kawiarni internetowych, zachęcając w nich do kupna elektronicznych książek. Nie mam nic przeciwko urozmaicaniu oferty księgarń i akurat to, że stają się małymi ośrodkami kulturalnymi, uważam za błogosławieństwo. Boję się jednak, żeby nie zniknął w nich towar podstawowy! Bo ja wciąż uwielbiam przeglądać książki na regałach i podczytywać je w rogu. Nie chcę odwiedzać księgarni po to, by załadować sobie e-publikację na Kindle'a. To mogę zrobić w minutę w domu...

O tym, że elektroniczna przemiana to poważna sprawa i duży problem dla niezależnych księgarni, świadczy chociażby to, co wydarzyło się niedawno w brytyjskim mieście książek - Hay on Wye - malutkim, walijskim miasteczku zalesionym przez księgarnie i antykwariaty (jest ich tam ponad 30). Właściciele sklepów bukinistycznych ogłosili, że zrobią wszystko, by utrzymać Hay jako strefę wolną od Kindle'ów i wersji elektronicznych i nie zdobędą się na sprzedaż żadnych e-booków a użytkownicy czytników będą w Hay niemile widziani. Może to brzmi trochę jak staroświecie pokrzykiwania, ale jest w tym też głos desperacji, by zachować coś, co przez lata było w mieście święte i ocalić tradycyjny charakter księgarni. Choć nie lubię wykluczających haseł, to jednak potrafię solidaryzować się z księgarzami z Hay. Skoro w całym kraju będziemy mieć za jakiś czas księgarnio- esklepy, to proszę uchowajmy stare antykwariaty w walijskim miasteczku. Chociażby je.

Księgarnia w mieście książek Hay on Wye

Limitowane edycje wydawnictwa Penguin

Księgarnia w mieście książek Hay on Wye

The Addyman Annexe Bookshop, jeden z fajniejszych antykwariatów w Hay

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Claire Tomalin, Dickens. A Life. BiografiaDzień zaczynał od zimnego prysznica. Potem spore śniadanie i do biurka. Pisał: szkice, powieści, eseje, artykuły i niezliczone strony korespondencji - do przyjaciół, wydawców, rodziny, adoratorek, dobroczynców, pisarzy, wielbicieli. Biesiadował. Celebrował. I musial chodzić. Żwawym, niespokojnym tempem pokonywał dziennie 12-15 mil. Przez miasto. Przez wsie. Kochał Londyn i kiedy przyszło mu kilka miesięcy spędzić w spokojnej Szwajcarii, najbardziej brakowało mu właśnie gwaru metropolii, łoskotu maszyn i ulic, długich, niekończących się tras miejskich. Bez tego cierpiał najbardziej. Bo Dickens ze swoim narwanym temperamentem nie znosił nawet chwili stateczności. Ciągle musiał być w ruchu.

Wydawałoby się, że o takim bohaterze z narwanym usposobieniem nie da się inaczej pisać jak w rytmie jego porywczego kroku. Tymczasem Claire Tomalin, jedna z najbardziej uznanych autorek biografii brytyjskiej sceny literackiej, w swojej najnowszej książce "Dickens. A Life" znakomicie porządkuje kroki pisarza, rozplątując zawiłe ścieżki jego kariery, majątku i rodzinnego życia. Dickens Tomalin jest właśnie Dickensem, którego musicie poznać. Trudny i kochany, mocny i spolegliwy, twardy negocjator umów i szybko obrażający się autor, dobry ojciec dla córek i twarda ręka w chłodnym chowie synów, błyskawicznie zapełniający strony powieściopisarz i niespełniony aktor. Wreszcie zawiedziony kochanek, który znajduje sobie stateczną partię i z nią ma dziesięciorgo dzieci (z czego tylko trójkę chcianych) a potem przeprowadza z nią publiczną separację i niczym Wokulski w wieku ponad 40 lat zakochuje się osiemnastolatce... Rzecz jasna, Dickens a po jego śmierci, jego przyjaciele, rodzina a nawet wielbiciele starali się zatuszować połowę tego portertu. Tomalin naprawdę zręcznie i z gracją odkrywa zakamuflowane warstwy. W swej biografii jest roztropna i dbała. Nie interesuje jej sensacja, ale skomplikowane życie, które chce zrozumieć i opisać, ocenę pozostawiając nam.

Claire Tomalin, Dickens. A Life. Biografia

"Dickens. A Life" czytałam z ogromną przyjemnością, czując, że odkrywam postać, że zbliżam się do źródeł Dickensowej energii, którą tak świetnie oddała Tomalin. Jej biografia ani nie trąci panegirykiem, ani nie pachnie aferą. Jest doskonale zrównoważona i co najważniejsze skupiona na postaci. Te ponad 400 stron należy do Dickensa, jego otoczenia i jego wyobraźni, a nie do szkiców tła historycznego czy plotkarskich anegdot (swoją drogą oba typy biografii: historyczna cegła i rozwinięty dodatek prasy brukowej uważam za duże błędy w sztuce, za duże, żeby warto było nimi zagracać księgarnie). Dlatego chylę czoła przed Tomalin. Dokonała rzeczy wielkiej w dość burzliwym czasie - wszak od Dickensa w roku wielkiej rocznicy trudno się uwolnić. Ja czuję się na tyle usidłana, że zaraz skoczę na jego wystawę, którą zorganizowała Bodleian Library. Po cichu też liczę, że polscy wydawcy mogą zostać w podobny sposób zauroczeni i wydadzą Tomalin po polsku.

Claire Tomalin, Dickens. A Life. Biografia

***

Claire Tomalin "Dickens. A Life"

Wyd. Viking, 2011

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27
Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...