niedziela, 17 czerwca 2012

Najpierw zapowiem dwa festiwale. Pierwszy jest zupełną świeżynką – otóż, Sopot postanowił w tym roku zorganizować własną imprezę literacką (brawo!). Literacki Sopot odbędzie się w dniach 18-22 sierpnia z udziałem pisarzy, reportażystów, dziennikarzy, muzyków i rzecz jasna, samych czytelników. Dla tych ostatnich przewidziane są dwie imprezy specjalne: targi książki na Placu Przyjaciół Sopotu (18-19 sierpnia) oraz udział w próbie pobicia Rekordu Guinessa w liczbie osób jednocześnie czytających jedną książkę (rzecz będzie mieć miejsce na molo). Poza tym spotkania, spotkania, spotkania. Do Sopotu przyjadą m.in. Mariusz Szczygieł, Jacek Hugo-Bader, Ignacy Karpowicz, Joanna Bator, Ewa Winnicka, Wojciech Tochman, Witold Szabłowski, Jurij Andruchowycz. Nie widziałam jeszcze nigdzie oficjalnego programu, ale już z wczesnych zajawek festiwal zapowiada się bardzo ciekawie. Organizatorzy zapewniają, że Sopot zmienią w jedną wielką czytelnię, gdzie z książką będzie można wyłożyć się wszędzie: na Monciaku, molo, dworcu, trawnikach, plaży. Poza tym uczestnicy festiwalu będą mieli możliwość pobrania wybranych e-booków na telefon komórkowy. Ruszy też literackie kino, które pokaże filmy dokumentalne o pisarzach i adaptacje książek ze zbiorów TVP Kultura.

Przy okazji festiwalu zorganizowano też konkurs na najlepszy spot promujący pismo literackie. Krótkie filmiki "kreujące modę na czytalnie pism kulturalnych" nadsyłać można do Towarzystwa Przyjaciół Sopotu do 30 lipca. Nagrody będą pieniężne, a najważniejsze jest to, że najlepsze spoty pojawią się na sporych ekranach w wielu punktach miasta. Konkurs ma jedno ograniczenie: film musi dotyczyć jednego z pięciu pism: "Zeszytów Literackich", "Bluszczu", Twórczości", "Toposu" bądź "Odry" (szkoda, że wybór jest z góry narzucony, nie sądzicie?).
Literacki Sopot

Półtora miesiąca przed sopocką imprezą ruszy w Londynie już szósta edycja Literature Festival w Southbank Centre 3-12 lipca. Tradycyjnie przedmiotem festiwalu będzie literatura światowa. Organizatorzy gwarantują, że program zaspokoi ciekawość każdego, kto interesuje się afrykańską, arabską, indyjską, chińską czy brytyjską prozą. W ciągu 10 dni odbędą się 54 wydarzenia. Wybrać się można m.in. na African Writer’s Evening, Nigeria Now czy spotkania autorskie z Johnem Banvillem czy Markiem Haddonem. Sporo będzie muzyki, poezji, trochę filmu i dużo, dużo dyskusji (zwłaszcza w ramach festiwalowego Klubu Książki). Impreza jest oczywiście płatna i choć organizatorzy przewidują zniżki przy zakupie biletów na kilka wydarzeń, to tak czy owak, ci, którzy chcą zaspokoić swoją literacką ciekawość, będą musieli wyciągnąć grubsze z portfela. Zapraszam do przejrzenia programu festliwalu tutaj.

London Literature Festival


Na zakończenie: dobra wiadomość dla polskich czytelników. Niedawno ukazał się przekład zeszłorocznego zwycięzcy nagrody Bookera - najnowszej powieści Juliana Barnesa "The Sense of an Ending". Polska edycja nosi tytuł "Poczucie kresu" (średnio mi się podoba) i wydana została przez Świat Książki. Z tej okazji Dwutygodnik przypomniał moją recenzję książki Barnesa. Kto nie czytał, ma okazję - odsyłam do Dwutygodnika tutaj.
Julian Barnes Poczucie kresu

Okładka podoba mi się jeszcze mniej. 

czwartek, 07 czerwca 2012

Czytający przy British LibraryJakiś czas temu pisałam o tym, jaką fortunę może zbić na książkach brytyjski wydawca. Dziś czas na krótkie podsumowanie dotyczące tego, ile rzeczywiście ze sprzedaży dostaje autor. Czy jest tak, jak myślicie? Przekonajcie się sami.

16531 funtów - tyle przeciętnie zarabiał rocznie brytyjski autor w 2007 roku. O ile dobrze pamiętam, wtedy minimalna, legalna pensja roczna wynosiła ok. 15,5 tys. funtów rocznie, czyli autorowi powodziło się raczej źle, ale jeszcze nie tak strasznie, jeżeli wziąć pod uwagę to, że przeciętna, brytyjska pensja z tego roku szacowana była na 23,4 tys. funtów.


Za to aż 7,2% brytyjskich pisarzy zarabiało ponad 100 tys. funtów rocznie.

Co więcej jedna piąta autorów żyła wyłącznie z pisania (!)

W Wielkiej Brytanii obowiązuje coś takiego jak Public Lending Right, dzięki któremu autorzy otrzymują rodzaj tantiemy od bibliotek za wypożyczanie ich książek. W 2007 roku autor dostawał 6,05 pensa za każde wypożyczenie jego publikacji z publicznej biblioteki. Ta kwota ma jednak górne organiczenie: autor nie może otrzymać więcej niż 6,6 tys. funtów rocznie z tytułu Public Lending Right.

Na co najbardziej narzekają brytyjscy autorzy? Łatwo zgadnąć: na wydawców. Aż 40% autorów zadeklarowało w niedawno opublikowanym w magazynie Bookseller badaniu, że następną książkę woleliby opublikować w innym wydawnictwie (jeżeli oczywiście nie wpłynęłoby to na obniżenie zaliczki, którą dostają przed skończeniem pisania książki). Najbardziej szokujące jest jednak to, że aż 74,2% autorów pozbyłaby się wydawców i chce w przyszłości skupić się na auto-wydaniach (a o własnych publikacjach pisałam już trochę wcześniej i zainteresowanych odsyłam tutaj).

A zatem jest tak, jak się spodziewaliście?

Jestem ciekawa, jak przestawiają się statystyki autorskie w innych krajach.

 

Dane pochodzą z ostatniego numeru magazynu Bookseller.

czwartek, 24 maja 2012

Archipelag nr 8. IluzjaA co jeżeli, rzeczywistość tak naprawdę jest iluzją i nic nie istnieje?
– Cóż, w takim razie zdecydowanie przepłaciłem za mój nowy dywan.

(nieśmiertelny) Woody Allen


Nawet jeżeli nie istnieje nic, to o koszta nie trzeba się dziś martwić. Wszystkich żyjących w świecie ułudy serdecznie zapraszam do lektury nowego numeru naszego pisma o książkach "Archipelag", który można bezpłatnie pobrać ze strony. Przypadnie Wam do gustu, bo tematem przewodnim jest nic innego jak iluzja, a 136 stron numeru zapełniłyśmy rozmaitościami z literatury, wyciągając najbardziej atrakcyjne sztuczki ze światowego kapelusza. Udanej lektury!

 

Specjalne podziękowania dla Agaty Dudek za znakomitą okładkę.

środa, 23 maja 2012

Wieczór z Zygmuntem Miłoszewskim i Antonią Lloyd-Jones w OksfordzieKameralne wieczory autorskie mają dużą zaletę: czas nie pędzi, czytelnicy są blisko, więc atmosfera w pewnym momencie potrafi przybrać familiarny a nawet nieco konfesyjny charakter, dzięki któremu między gościem a słuchaczami tworzy się więź na kształt zażyłości. I takie spotkania są zdecydowanie najlepsze, dają najwięcej satysfakcji i na długo zapadają w pamięć. Właśnie tego typu atmosferę udało nam się stworzyć w zeszły czwartek, kiedy w oksfordzkiej księgarni Albion Beatnik Bookshop gościłam Zygmunta Miłoszewskiego i jego angielską tłumaczkę Antonię Lloyd-Jones. Wszystko to zasługa zaproszonych gości i samych uczestników, za co Wam serdecznie dziękuję!

Choć spotkaliśmy się przy niełatwych tematach: zbrodni, współczesnej polskiej historii (z rodziałem o antysemityzmie i SB), pisarza-odgrzebywacza ciemnych momentów z przeszłości, to dyskusja toczyła się zaskakująco płynnie. Zdecydowanie pomagało to, że publiczność była bardzo międzynarodowa, więc nie potopiliśmy się w polskiej rzece racji i polityki (uff!). To było naprawdę przyjemne i świeże doświadczenie móc mówić o "sprawach polskich" bez typowych schematów i podziałów na prawych i lewych, na ofiary i większe ofiary etc etc.

Sporo uwagi poświęciliśmy "Ziarnu prawdy", drugiej powieści kryminalnej Zygmunta, w której ścielą się trzy trupy załatwione w niezwykle wyrafinowany i doskonale wyreżyserowany na "żydowską zemstę" sposób. Rzecz dzieje się w Sandomierzu, który niegdyś miał bardzo dużą żydowską społeczność i który jeszcze wcześniej był prężnym miastem o dużym znaczeniu a dziś robi za typowe prowincjonalne miasteczko (choć nadwyraz piękne, jak kilka razy podkreślał podczas spotkania Zygmunt). W powieści sporo jest publicystyki dotyczącej polsko-żydowskich stosunków, naprawdę zręcznie wplecionej w kryminalną intrygę. Jest to z pewnością jedna z zalet książki i cecha wyróżniająca prozę Miłoszewskiego z całego tłumu gęsto i często pojawiających się w Polsce kryminałów.

Wieczór z Zygmuntem Miłoszewskim i Antonią Lloyd-Jones w Oksfordzie

Zygmunt czyta fragmencik powieści po polsku, Antonia oferuje dłuższy kawałek w swoim tłumaczeniuWieczór z Zygmuntem Miłoszewskim i Antonią Lloyd-Jones w OksfordziePrzed rozpoczęciem spotkania. Rozmowy z uczestnikami

Zygmunt wyznał podczas spotkania, że wcale nie zamierzał stać się pisarzem powieści kryminalnych. Właściwie stało się to przypadkiem, kiedy zainteresował się psychologiczną teorią ustawień (w skrócie polegającą na odgrywaniu przez członków sesji ról z rodzinnnych, emocjonalnych układów jednego z poddawanych terapii uczestników. Sesje wyzwalają olbrzymie emocje, uczestnicy podobno łatwo wcielają się w przypisane im role i dzięki temu odsłaniają czułe punkty, braki i traumy). Zygmunt zaczął się wtedy zastanawiać, co stałoby się, gdyby ktoś z biorących udział w sesji ustawień dokonał morderstwa. Czy sprawcy należałoby szukać wśród uczestników czy raczej osób, które reprezentowały? Jak można by udowodnić, że to, co się stało, miało związek z eksperymentalnym spektaklem emocji? Te pytania naprowadziły go na ciekawy szkielet fabularny powieści kryminalnej ("Uwikłania"), w który wplótł też wątki historii esbeckiej.

Współczesna historia, a raczej tematy drażliwe nie dawały Zygmuntowi spokoju (na całe szczęście!) i od "Uwikłania", w którym porusza temat postkomunistycznych biznesów i układów, skręcił w stronę bieżącej dyskusji o tym, co stało się z Żydami powracającymi do swoich miast w Polsce po wojnie i o obecnym stosunku Polaków do tematów związanych z holokaustem. Zygmunt wyjawił, że właśnie kończy trzecią część trylogii, która zajmuje się relacjami polsko-niemieckimi i której akcja rozgrywa się w Olsztynie, skąd zresztą pochodzi jego żona.

Zygmunt pisze jednocześnie dwie powieści. Wyjaśnił, że bohater trylogii prokurator Szacki już mu się znudził, więc z przyjemnością zajmuje się pisaniem zupełnie innej prozy. Zresztą pisarz nie chciałby, żeby na stałe przylgnęła do niego łatka pisarza kryminałów. "Świat jest piękny i słoneczny, zupełnie nie taki, jakim przedstawiają go media czy kryminały" - podkreślał zarówno na spotkaniu w Londynie jak i w Oksfordzie. 

Zygmunt ma mnóstwo pomysłów na nowe książki. Zresztą nie tylko książki. Zajmuje się też pisaniem scenariuszy, bierze udział w różnych kulturalnych przedsięwzięciach. Do Londynu na European Literature Night przyjechał prosto z Gdyni, gdzie był jednym z jurorów tegorocznego Festiwalu Filmowego (swoją drogą pisarz rozważa przeprowadzkę do Gdyni). Na stałe na razie mieszka w Warszawie, choć jego powieści wysłały go na wielomiesięczne pobyty do Sandomierza i Olsztyna.

Podczas spotkania sporo mówiliśmy o Sandomierzu. Jeszcze przed publikacją "Ziarna prawdy" jeden z przedstawicieli władzy miejskiej próbował zablokować przyjazd pisarza do miasta na spotkanie promujące książkę. Po dłuższych przepychankach do wieczoru jednak doszło, organizatorzy postanowili jednak, że wyposażą salę w kilku osiłków z ochrony "tak na wszelki wypadek" (rewelacyjna historia!). Antonia była z Zygmuntem w Sandomierzu jeszcze przed oficjalną publikacją powieści i opowiadała na spotkaniu w Oksfordzie o tym, jak pisarz zmuszony został, by wyjaśnić pani sprzątaczce pracującej w sandomierskim archiwum, gdzie rozpoczyna się fabuła "Ziarna", że wcale nie zamierzał jej urazić (pani sprzątająca obraziła się na powieściowy opis brudnych okien w archiwum, który miałby świadczyć o tym, że nie przykłada się do pracy). Zygmunt próbował wszystkiego, by wyjaśnić jej, że brudne okno było absolutnie niezbędnym rekwizytem akcji książki, bo zaintrygowany bohater musiał je otworzyć, żeby dostrzec śnieżnobiałe ciało pierwszej ofiary. Pani była nieugięta, na przeprosiny Zygmunta rzuciła śmiertelne "ale poszło w świat" i tak nie doszło do żadnego porozumienia między światem fikcji i nie-fikcji (zresztą może takie porozumienia to jedynie płonne nadzieje?).

Wieczór z Zygmuntem Miłoszewskim i Antonią Lloyd-Jones w Oksfordzie

 Uczestniczki

Wieczór z Zygmuntem Miłoszewskim i Antonią Lloyd-Jones w Oksfordzie

Reakcja publiczności

Te historie rozpoczęły duższą dyskusję o relacjach między pisarzami a miejscem, które opisują. Jedna z uczestniczek opowiadała o żalu, jaki mają mieszkańcy amerykańskiego stanu Maine do autorów przyjeżdżających tam w lato i portertujących "tubylców" w niewłaściwy sposób. Inna osoba podjęła temat ranienia lokalnej społeczności, która nagle staje się bohaterem powieści. Niewątpliwie są to często dość napięte relacje, ale uważam, że pisarze powinni czuć się wolni w wyborach swoich powieściowych lokalizacji. Przed rozmową Antonia przeczytała fragment "Ziarna", który opisuje wnętrze sandomierskiej katedry i relacje między miejscowymi (sprzątającymi katedrę) a przyjezdnym (prokuratorem Szackim). Opis jest tak świetną kombinacją ciętej obserwacji i nieprzewidywalnych zestawień ubranych barwnym językiem, że po spotkaniu Zygmunt dostał propozycję opisania innych miast polskich a uczestnicy deklarowali, że zamierzają z angielską wersją "Uwikłania" zwiedzać Warszawę (co zresztą było intencją samego wydawcy Bitter Lemon Press, jak wyjawiła Antonia).

Spotkanie naprawdę nie mogło udać się lepiej. Dziękuję serdecznie moim gościom. Specjalne podziękowania dla Jana, który nie miał nic przeciwko staniu się fotografem wieczoru, Ewy, która przyszła na spotkanie i Dennisa, który użyczył nam swojej urokliwej księgarni.

Więcej zdjęć znajdziecie na facebookowej stronie Tygla.

Wieczór z Zygmuntem Miłoszewskim i Antonią Lloyd-Jones w Oksfordzie

Autor z tłumaczką

A jeżeli chodzi o zapowiedzi to... na razie nie mogę nic obiecać, bo wkrótce urodzę drugie dziecko, ale jeśli moja czuła pasażerka zachce trochę poczekać, to kto wie, może zaproszę Was na spotkanie z Jackiem Dehnelem w czerwcu.

wtorek, 22 maja 2012

Student Uniwersytetu Oksfordzkiego po zdanych egzaminachZawsze wątpliwą przyjemnością wydawało mi się polewanie zwycięzcy zimnym, lepkim szampanem. Ubranie musi wtedy niewygodnie przylegać do ciała, włosy kleją się na głowie a stopy moczą się w cieczy – jednym słowem raczej przykre doświadczenie bez względu na to, jak szlachetny jest trunek, który wykorzystano do celebracji zwycięstwa. Szampanowy prysznic to jednak słodka uciecha w porównaniu z tym, co spotyka oksfordzkiego studenta po skończonych egzaminach. Dzisiejszy krótki spacer przez centrum miasta w porze lunchu pozwolił mi odsłonić zaledwie rąbek studenckiego upodobania do kleistych form rytualnych (i zdecydowaną dyspozycję do znęcania się). Uniwersyteckich "zwycięzców" traktowano dziś:

  • Workami mąki
  • Jajkami (ufam, że z wciąż aktualną datą ważności)
  • Każdym kolorem farby
  • Wodą mineralną
  • Piwem robionym na bazie jabłek (angielski cider)
  • Nutellą
  • Confetti (opcja light)
  • Sprayem
  • Kanapkami (zdecydowanie z musztardą)
  • Pianką

Co ciekawe nigdy szampanem - ten wręczany jest do ręki i konsumowany w najróżniejszych okolicznościach. Zdecydowanie zaleca się otwarcie szanownej butelczyny na wąskiej, oksfordzkiej łodzi (punt) podczas rzecznej przejażdżki, serwując go w asyście słodkich, angielskich truskawek (dopiero zaczęły pojawiać się w sklepach i uwaga, zdecydowanie jeszcze nie są słodkie).

Student Uniwersytetu Oksfordzkiego po zdanych egzaminach

Zwycięski student skąpany w mące

Celebracje studenckie po skończonych egzaminach

Celebracje w toku

Studentka na rowerze, Uniwersytet Oksfordzki

Po egzaminach. Wciąż z rumieńcem

Celebracje studenckie po skończonych egzaminachW New College

czwartek, 17 maja 2012

European Literature Night, Noc Literatury EuropejskiejWczoraj wróciłam późno z kolejnej edycji londyńskiej Nocy Literatury Europejskiej (European Literature Night), która, jeżeli wierzyć zajawkom, odbyła się jednocześnie w 23 miastach na starym kontynencie (ktoś może brał udział w obchodach w Warszawie, Pradze, Koszycach czy Edynburgu?). Inicjatywa jest świetna, ale co roku zawsze nieco drażnił mnie poziom zadawanych autorom pytań, podejście do literatury "obcej" i czasami mało trafione wybory odczytywanych fragmentów prozy. Tegoroczna impreza była chyba najlepsza ze wszystkich, choć niestety nie bez dobrze już znanych z poprzednich doświadczeń wad. W tym roku zaprezentowano największą liczbę pisarzy. Miała być ich aż cała dziesiątka, ale niestety nie dojechało dwoje z nich: Laurent Binet, fracuski pisarz, który swoją debiutancką powieścią "HHhH" zgarnął w 2010 roku Prix Goncourt du Premier Roman i tworzący po katalońsku Quim Monzó z Hiszpanii, który na swoim koncie ma kilka nagród. Obu bardzo chciałam posłuchać, więc rozczarowałam się ich nieobecnością).


W tym roku postawiono na różnorodność: wiekową pisarzy, garunkową ich twórczości, narodową (po raz pierwszy pojawił się reprezentant Czarnogóry) i tematyczną, co było bardzo dobrym pomysłem i dodało imprezie sporo impetu. Na European Literature Night prezentowali się w tym roku zarówno poeci, powieściopisarze, autorzy literatury kryminalnej, byli dziennikarze a nawet prezenterzy telewizyjni.

Na spotkaniu po raz czwarty z rzędu pojawił się pisarz z Polski - właśnie wczoraj poznałam przesympatycznego Zygmunta Miłoszewskiego, który zaprezentował się naprawdę dobrze, opowiadając o swoich doświadczeniach jako dziennikarz i o przebojach, które spotkały go w Sandomierzu po publikacji jego drugiej powieści kryminalnej "Ziarno prawdy" (wtedy próbowano zablokować jego przyjazd do miasta a na spotkaniu autorskim pojawili się przedstawiciele ochrony u ukryciu). Zygmunt kończy w tej chwili pracę nad trzecią i ostatnią częścią przygód prokuratora Szackiego, która podejmować będzie kolejny drażniący temat (po sprawach esbeckich, polskim antysemityzmie przyjdzie pora na relacje polsko-niemieckie). Mówił, że z kryminałem chce się pożegnać i planuje zupełnie zmienić gatunek. Do dziennikarstwa nie chce wrócić. Bardzo podobała mi się jego uwaga o tym, że obecnie najlepej przygotowane i przeanalizowane sprawy znaleźć można w powieściach a nie w dziennikarstwie, które często publikuje bardzo powierzchowne teksty. Z pewnością Zygmunt nie porzuci jednak trudnych tematów, bo o tym pisać lubi, a po lekturze "Uwikłania" oraz "Ziarna prawdy" muszę przyznać, że to wychodzi mu pierwszorzędnie. Fragment z jego ostatniej książki przeczytała podczas spotkania Antonia Lloyd-Jones (wow, ona to dopiero potrafi robić wrażenie!). Żałuję, że tego dla Was nie sfilmowałam.

Zygmunt Miłoszewski podczas European Literature Night

Zygmunt Miłoszewski z Rosie Goldsmith

Innym autorem, który porzucił karierę dziennikarską, jest czarnogórski Ognjen Spahić (podejrzewam, że również w podobnym wieku do Zygmunta). Jest autorem jednej powieści, która przyniosła mu ogromną popularność i która brzmi naprawdę ciekawie. Książka pod angielskim tytułem "Hansen’s Children" ukazała się w Wielkiej Brytanii w zeszłym roku (muszę na nią zapolować!) i przełożona została na pięć innych języków. Powieść opowiada o kolonii trędowatych w Rumunii. Akcja dzieje się w 1989 roku, a jej data jest bez wątpienia znacząca, czyniąc z powieści interesującą metaforę przełomu czasów w socjalistycznym bloku Środkowo-wschodniej Europy.

Ognjen Spahić

Ognjen Spahić, Czarnagóra 

Na spotkaniu pojawiło się dwóch poetów: rumuński Robert Şerban, który na co dzień pracuje jako prezenter telewizyjny i niemiecki Ludwig Steinherr (na co dzień nauczyciel akademicki). Şerban wystąpił z tłumaczką i dzięki temu dobrze można było zrozumieć jego odpowiedzi (niestety sam zadecydował na koniec przeczytać swoje wiersze po angielsku i jego silny, narodowy akcent uniemożliwił mi zrozumienie połowy z tekstów. Wielka szkoda), a Steinherr wystąpił sam i było mi szkoda, że uciekające mu z pamięci słowa nie pozwoliły mu wyrazić swoich myśli. To musiała być męka! Steinherr czytał potem po niemiecku a jego tłumaczka po angielsku (Boże, jaki ona miała głos! Marzenie). Zainteresowanym dobrą poezją współczesną polecam rozejrzeć się za Steinherrem.   

Robert Şerban z tłumaczką

Robert Şerban z tłumaczką, Rumunia

Ludwig Steinherr

Ludwig Steinherr z tłumaczką, Niemcy

Austria (która podobnie jak Polska pojawiła się na Nocy Literatury Europejskiej po raz czwarty) wytypowała w tym roku pisarza powieści kryminalnych. Paulus Hochgatterer zawodowo pracuje jako psychology dziecięcy i na spotkaniu zaprezentował całkiem sporą dawkę ironii, po części w odpowiedzi na niezbyt udane pytania prowadzącej (po raz czwarty z rzędu dziennikarki BBC Rosie Goldsmith). Trudno z powagą przyjąć przecież żądanie deklaracji, czy jest się pisarzem czy psychologiem (przecież z powodzeniem można spełniać się w obu profesjach) czy stereotypowe traktowanie własnego kraju (spokojna Austria, w której popełniane są najstraszniejsze zbrodnie - patrz przypadek Josefa Fritza). Wszystkim tym, których interesują nietypowe powieści kryminalne, proponuję rozejrzeć się nie tylko za Hochgattererem, ale także za duńską pisarką Pią Juul, która przeracza ramy gatunkowe w bardzo ciekawy sposób, zajmując się postaciami z peryfrii historii morderstwa. Juul jest znaną duńską poetką, więc dodatkowo jej proza ma liryczny urok (tak przynajmniej brzmiała w angielskim tłumaczeniu jej książka "The Murder of Halland").

Paulus Hochgatterer

Paulus Hochgatterer, Austria 

Pia Juul

Pia Juul

Dla przełamania stereotypów ze Szwecji zaproszono nie pisarza prozy kryminalnej, ale tradycyjnej literatury pięknej. Anne Swärd przeczytała fragment powieści rodzinnej (w angielskim tłumaczeniu "Breathless"), która zawierała naprawdę poruszający opis końcówki ciąży i oczekiwanego rozwiązania (coś na czasie dla mnie haha). Inną (i ostatnią w mojej wyliczance) pisarką wczorajszego wieczoru była Węgierka Noémi Szécsi, która przedstawiła fragment powieści, jaka przyniosła jej niesamowitą sławę w kraju ("The Finno-Ugrian Vampire") opowiadającej o losach wampirów. Nie wiem, czy to upiorna tematyka czy może sam wybór fragmentu, sprawił, że ta książka wydała mi się najmniej interesująca ze wszystkim zaprezentowanych.

Anne Swärd Anne Swärd, Szwecja

Noémi Szécsi

Noémi Szécsi, Węgry

Wieczór przypomniał nieco maraton (ośmiu pisarzy, osiem odczytów fragmentów tekstów w dwie i pół godziny to wynik niezły). Prowadząca Rosie tryskała energią (podobnie jak jej wielobarwna suknia). Sporo było żartów. Sporo też mało trafionych pytań i komentarzy (typu "może następnym razem wyelimunujesz tłumacza i napiszesz powieść po angielsku?" - zupełnie nie na miejscu, tym bardziej, że celem londyńskiej nocy jest promocja literatury w przekładzie; czy "jak, jak mogłeś napisać powieść o trędowanych? Taki brzydki temat"). Spotkanie skąpane było w entuzjastycznych wykrzynikach o znakomitości pisarzy. Bez wątpienia ubiegłej nocy zaprezentowano ciekawe postacie i wartą uwagi prozę, ale nadmiar powtarzających się superlatywów w pewnym momencie zaczął mnie drażnić. Przecież jest tyle innych słów, w które można ubrać literackie pochwały, poza "wspaniały", "znakomity", "wybitny". Książki mogą być przecież poruszające, prowokacyjne, rozrzewniające, a nawet zaczepne, sentymentalne, modernistyczne, tradycyjne...

 

Na koniec dodam, że w tym roku konkurencja była większa niż w latach poprzednich. Dziesiątkę pisarzy wytypowano z pięćdziesięciu zgłoszeń. A kto dziś będzie w Oksfordzie, ten będzie miał okazję zobaczyć Zygmunta Miłoszewskiego na żywo. Przypominam dziś, 18:00 w Albion Beatnik Bookshop.


środa, 16 maja 2012

Warszawska ulica książek na ChmielnejDla mieszkańców stolicy to pewnie żaden njus, ale pozostałych może zainteresować wiadomość, którą dostałam ze stołecznego wydziału kultury i promocji: Chmielna ma zostać przechrzczona na warszawską ulicę książek z mnóstwem księgarń, antykwariatów i stoisk bukinistów. Projekt nazywa się "Po książki na Chmielną" i realizowany jest przez dzielnicę Śródmieście przy wsparciu Polskiej Izby Książki, Stowarzyszenia Księgarzy Polskich i Instytutu Książki. Pomysł bardzo mi się podoba i trzymam kciuki za powodzenie akcji.

Na początku ma powstać pięć miejsc książkowych (pod adresami Chmielna 4 i 10), na które ogłoszony zostanie konkurs. Miasto liczy, że to zachęci innych księgarzy i antykwariuszy do sprowadzenia się na Chmielną. Podejrzewam, że sukces projektu zależeć będzie od czynszu za wynajem, więc, kochana polska stolico, bądź miłosierna w tej kwestii.

Wygląda na to, że książki będą pojawiać się również w kawiarnianym otoczeniu, a zatem na pewno powstaną księgarnio-kawiarnie. Notka o samym projekcie ma charakter prawdziwego manifestu. Posłuchajcie sami: "Chcemy, żeby Warszawa miała swoją ulicę książki. Położenie Chmielnej w centrum miasta, blisko ważnych ciągów komunikacyjnych, blisko Traktu Królewskiego, sprawia, że jest to miejsce wymarzone, by na stałe zadomowiła się tam książka. W dobie e-booków, audiobooków, internetu i smartfonów nie chcemy zapominać o fundamencie kultury, jakim jest książka. Dajemy jej przestrzeń godną jej rangi. Zapraszamy księgarzy, antykwariuszy i bukinistów, by związali się z Chmielną."

Co Wy na to? Co chcielibyście mieć na Chmielnej? Ja byłabym szczęśliwa, gdyby powstał tam duży, klimatyczny antykwariat z polską prozą, z książkami, które z księgarń znikają w ciągu dwóch lat od daty wydania i nie sposób ich nigdzie dostać poza czeluściami serwisów aukcyjnych (+żeby za te rarytasy nie trzeba było stracić fortuny).

wtorek, 15 maja 2012

Są najlepsze i ostatnio bardzo ich potrzebuję, zwłaszcza, że użeranie się z brytyjską służbą zdrowia (o czym będzie następnym razem) kosztuje mnie ostatnio dużo energii, oj, dużo za dużo.

Dopalacz nr 1. Małe delikatesy, obok włoskiej knajpy, gdzie często w porze lunchu zaopatruję się w świeżo przygotowaną kanapkę.
Sprzedawca do faceta przede mną w kolejce: Witam Pana! Jak Pan się dziś miewa?
Facet: Dziękuję, dobrze, a Pan?
Sprzedawca: Ja miewam się NIESAMOWICIE dobrze. Bardzo dziękuję. (i w tym momencie posyła całej kolejce szeroki, nieprzyzwoicie zaraźliwy uśmiech, więc wszyscy jak na zawołanie wpadamy w dobry nastrój).

Dopalacz nr 2. Stołówka w pracy. Wpadam przez dziedziniec do środka wraz z ostrym podmuchem wiatru (gdzie ta ciepła wiosna się podziała??). Nadziewam się na gościa, który prowadzi obok bar z kawą.
Prowadzący bar: Och, witaj, moja droga (my dear). Jak się dzisiaj mamy? Wyglądasz kwitnąco.

Ja (lekko zawstydzona): Dziękuję Panu, całkiem nieźle.
Prowadzący bar: To znakomicie, znakomicie. Z dnia na dzień coraz bliżej rozwiązania, prawda? Och, to będzie dopiero wydarzenie. Proszę spojrzeć na tego łobuza. (i wyjmuje bryloczek ze zdjęciem wnuka, po czym zatapia się w słodkich wspomnieniach ze spotkania z chłopcem w miniony weekend. Ludzie dookoła posyłają mu uśmiechy).
 
Dopalacz nr 3. Zimny poranek. Stoisko z kawą na głównej ulicy. Płacę za kubek gorącego mleka z przyprawami.
Sprzedawca: Doskonale, oto napój, należy się 2,40.
(podaję mu pieniądze).
Sprzedawca: Och, szanowna Pani, wśród Pani drobnych znalazłem monetę z Gibraltaru. Proszę spojrzeć pięć pensików z małpką hihihihhi
(nie mogę się powstrzymać i też się chichram. Rzeczywiście mała piątka ma z jednej strony małpkę a z drugiej szanowną królową. Co za połączenie. Hihihi. Zapominam o zimnie i wpadam w kurtuazyjny ton sprzedawcy: Och, dziękuję Panu bardzo, co za odkrycie.

Dopalacz nr 4. Kiedy urodziła się Isabel, otrzymaliśmy z biura podatkowego czek na 50 funtów, by ulokować jego wartość w jednym z kont oszczędnościowych specjalnie dla niej (swoją drogą ten przywilej został w zeszłym roku zniesiony). Bela była długo w szpitalu, więc zupełnie nie mieliśmy ochoty zaprzątać sobie głowy wybieraniem konta i o sprawie zapomnieliśmy. Dwa tygodnie temu przeglądając stare papierzyska, natknęłam się na czek, który niestety stracił ważność w lutym tego roku, więc cicho zaklęłam pod nosem, że nie sprawdziłam tej górki papierów zimą. W tym tygodniu dostaliśmy jednak list z biura podatkowego takowej treści:
"Szanowni Państwo,
Państwa dziecko otrzymało 50 funtów w ramach programu Child Trust Fund. Z naszych dokumentów wynika, że załączony czek nie został nigdy zrealizowany, a Państwa dziecko jest do niego upoważnione. Dlatego też sami, zgodnie z przepisami Biura Podatkowego Jej Królewskiej Mości, otworzyliśmy konto dla Isabel Ready i wpłaciliśmy tam stosowną sumę."

Wow! Dobry przyjaciel fiskus, czy to nie wspaniałe?!


Miłego dnia i... nie przestajcie się uśmiechać!

Keep smiling!

Ilustracja Scotta Dubara pochodzi z tej strony.

poniedziałek, 14 maja 2012

Serdecznie zapraszam wszystkich na spotkanie autorskie z Zygmuntem Miłoszewskim, charyzmatycznym autorem powieści kryminalnych, publicystą Newsweeka i scenarzystą. Spotkanie poprowadzę w czwartek w niezależnej księgarni Albion Beatnik Bookshop w Oksfordzie (34 Walton Street) o godz. 18stej. Zygmuntowi towarzyszyć będzie jego tłumaczka Antonia Lloyd-Jones i tego wieczoru z pewnością usłyszymy fragmenty jego najnowszej książki Ziarno prawdy, która jesienią ukaże się po angielsku jako Grain of Truth. Porozmawiamy też o sztuce pisania kryminału, publicystycznym zapleczu książek Miłoszewskiego (które swoją drogą są interesującym podsumowaniem bieżących spraw społecznych w Polsce: "Uwikłanie" ma w tle stare sprawy uzbeckie, a "Ziarno" niezaleczone rany relacji polsko-żydowskich).

Mam nadzieję, że tym, co mieszkają w pobliżu, uda się przyjść na spotkanie. Liczę, że się zobaczymy! Tym, co daleko, obiecuję relację ze spotkania wkrótce po wydarzeniu.

Spotkanie z Zygmuntem Miłoszewskim i Antonią Lloyd-Jones
Albion Beatnik Bookshop, 34 Walton Street
czwartek 18:00, wstęp: 2 funty

Poniżej angielska zajawka spotkania:

Polish Crime Fiction at Albion Beatnik Bookshop 

ZYGMUNT MIŁOSZEWSKI from Poland

Thursday 17th May 2012 at 6pm

Albion Beatnik Bookshop, 34 Walton Street, Oxford, OX2 6AA; Entry £2

 Zygmunt Miłoszewski

Acclaimed Polish writer and journalist Zygmunt Miłoszewski, charismatic author of witty crime novels, will be discussing his fiction, recently translated by Antonia Lloyd-Jones. His novel Entanglement (Bitter Lemon Press 2010) is an exceptionally fine combination of crime story and psychological thriller which starts one morning after a gruelling psychotherapy session in a Warsaw monastery. His latest novel Grain of Truth (forthcoming this autumn) is a sophisticated murder mystery which treats the still-painful question of Polish-Jewish relations.

Antonia Lloyd-Jones, a distinguished translator and recipient of the Found in Translation Award 2009, has rendered Polish fiction (Jarosław Iwaszkiewicz, Paweł Huelle) and non-fiction (Wojciech Jagielski, Wojciech Trochman) into English. She will be reading extracts from Zygmunt’s prose in English.             

Ania Ready will be chairing the event.

 Polish Cultural Institute

 The event is supported by the Polish Cultural Institute



czwartek, 10 maja 2012

Powstaje pytanie, dlaczego gardzi się żebrakami - bo przecież gardzi się nimi powszechnie. Wierzę, że dzieje się tak z prostego powodu, że oni nie zarabiają na swoje utrzymanie. W praktyce nikogo nie obchodzi, czy praca zarobkowa jest użyteczna czy nie, owocna czy pasożytnicza. Jedyną rzeczą, której się wymaga to to, żeby praca była dochodowa. We wszystkich współczesnych rozmowach o energii, efektywności, opiece społecznej i całej reszcie, czy nie chodzi właśnie o stwierdzenie "Zarabiaj, zarabiaj legalnie, zarabiaj dużo"? Pieniądze stały się wielkim sprawdzianem naszej prawości. Tego sprawdzianu żebracy jednak nie zdają i właśnie dlatego się nimi gardzi. Jeżeli ktoś mógłby zarobić 10 funtów tygodniowo żebrząc, to jego zajęcie natychmiast zostałoby otoczone szacunkiem. Żebrak, patrząc na to realnie, jest po prostu biznesmenem, który zarabia na swoje utrzymanie podobnie jak inni biznesmeni, trzymając się każdej możliwej okazji. On nie stracił jednak swojego honoru (tak jak ponad połowa współczesnych ludzi), ale jedynie popełnił błąd, wybierając  zajęcie, które nie pozwala się wzbogacić.

George Orwell, "Down and Out in Paris and London", s. 153


Żebrzący przy stacji metra, Paryż

Paryska scenka

Czy przekonanie Orwella wytrzymuje sprawdzian czasu (Orwell napisał te zdania pod koniec lat 20. minionego wieku)? Czytając scenkę z warszawskiego dworca doskonale zrelacjonowaną przez Invitadę, wydaje mi się, że jak najbardziej. Żebraków traktuje się w europejskich społeczeństwach jak pasożytów, czyhających na ciężko zarobione pieniądze tych, którzy muszą pracować. A jałmużna jest przecież dobrowolna. Nie wspominam już o tym, że wielu żebrających dałoby wszystko, by móc nie prosić o łaskę. Bo przecież przyjemnie nie jest ani wystawanie, ani proszenie, ani marznięcie na zimnie, ani niepewny los kolejnej nocy. Zresztą znaleźć się na ulicy pozornie wcale nie jest tak trudno. Wystarczy posłuchać historii tych, którzy żebrzą, do czego zachęcam, a może jeszcze bardziej do wrzucenia drobnych w odpowiednie miejsce.


Żebrzący w LondynieScenka londyńska

środa, 09 maja 2012

Paryż widok z wieżowca w MontparnasseKiedy Dickens po raz pierwszy pojawił się w Paryżu i zatrzymał się w hotelu przy rue de Rivoli (obecnie luksusowej żyle miasta, która biegnie przy Jardin du Tuileries i w okolicach Louvru), był miastem oszołomiony i zachwycony. "Nikczemne, ale najwspanialne miejsce na ziemi" - miał powiedzieć. O cudowności paryskiej przestrzeni potrafię często rozmarzać, bo rzeczywiście przepadam za tym alabastrowym miastem. A paryska nikczemność? To według mnie przede wszystkim absolutna władza kelnera w stolicy, który potrafi być bezwzględny (prawdziwy szok kulturowy przy brytyjskiej uprzejmości), obcesowość niektórych Paryżan w stosunku do obcokrajowców i te astronomiczne ceny (5 euro za filiżaneczkę lichego kakao?!). Wystarczy jednak, że lekko zacisnę zęby, przymknę oko i z powrotem znajdę się pod rozłożystym, paryskim kasztanowcem, by miłości do miasta nie naruszyła przykra chwila. Dla wszystkich miłośników mam dzisiaj trochę Paryża w obrazkach. Voilà!

Paryż paryżanie

Niedzielni spacerowicze w Jardin du Tuileries 

paryskie mury

Łacińska dzielnica

Paryż paryskie sklepy

Falbany, fiżbiny, koronki

Paryż paryskie sklepy

Okolice La Chapelle, gdzie Paryż mieści w sobie trochę indyjskiego subkontynentu

Paryż w kafejce

Noisette i gazetka. I papieros

Paryż paryska kawa

Paryskie cappuccino: jego cena puchnie, im dalej od baru jest pite

Paryż palący

Nieśmiertelni palacze

Paryż paryska zieleń

Paryska zieleń

Paryż paryskie muzea

Muzeum romantyzmu (bardzo kameralne, polecam!). Okolice Pigalle

Paryż ogród japoński

Japoński ogród na tyłach muzeum Alberta Khana (również polecam, bardziej ogród niż muzeum)

Paryż magamara

Siódmy miesiąc. Już się nie dopinam.

Paryż paryskie zwyczaje

"Klientów uprasza się o odświeżanie swoich drinków co godzinę." Urocze, prawda?

Paryskie hotele

 Paryskie luksusy dla przyjezdnych z grubym portfelem.

Paryskie pomniki

Czułość kamienia

 

Paryskie wystawy

 Nagie kobiety Degas - trzeba koniecznie zobaczyć. Musée d'Orsay

Paryż południe

Południe miasta. Widok z wieży w Montparnasse.

piątek, 27 kwietnia 2012

Światowa Noc Książki, Londyn 2012Drugą edycję Światowej Nocy Książki mamy już za sobą i uznaję ją za udaną. Większość książek rozdałam w Londynie bądź wysłałam (wszyscy, którzy zgłosili się wcześniej po "Notes from a Small Island", powinni spodziewać się egzemplarza w najbliższych dniach). Zauważyłam, że najchętniej przyjmują książki ludzie starsi (do końca nie wiem, czy to zasługa samej publikacji czy raczej chęć rozmowy z rozdającym) i młode dziewczyny. Kilka kopii trafiło do osób, które zbyt dobrze nie znają angielskiego, m.in. do wizytującego Londyn mnicha tybetańskiego napotkanego w metrze. Dwie osoby odmówiły przyjęcia "Notes" - co ciekawe, każda z nich siedziała w kawiarni i wyglądała na niesamowicie znudzoną, więc wydawało mi się, że książka mogłaby je uszczęśliwić (zdecydowanie zbyt pochopna konkluzja!).

Książki dodatkowo rozdawała mieszcząca się w Southbank Centre księgarnia Foyles (o jej głównej siedzibie pisałam wcześniej tutaj). Można było zdobyć kopię "Remains of the Day" Ishiguro, co było znakomitym zbiegiem okoliczności, bo ja niedawno wysyłałam swój egzemplarz przyjaciółce, więc nie muszę już ściągać następnej kopii z internetu.

Światowa Noc Książki, Londyn 2012

Specjalna wystawka z książkami z listy Światowej Nocy w księgarni Foyles

Głównym wydarzeniem tegorocznej Nocy Książki było spotkanie w Southbank Centre z ponad dwudziestką autorów. Każdy z nich czytał albo własną prozę albo fragment ulubionej książki. Część z występujących zdradziło naprawdę niebywałe talenty aktorskie (m.in. poeta Lemn Sissay, który czytał sonety Szekspira, Andrea Levy, wcielająca się w rolę swoich bohaterów z Karaib, Owen Teatle naśladujący akcent z Newcastle i Manchesteru). Pomysł z czytaniem jest sam w sobie ciekawy, zwłaszcza jeżeli można posłuchać ulubionych autorów, ale przy ponad dwudziestce prezentujących wydał mi się nieco monotonną formułą na długi wieczór. Myślę, że lepiej byłoby poprzeplatać spotkanie wywiadami, rozmową z rozdającymi książki, może nawet scenkami z samej akcji, tym bardziej, że w tym roku inicjatywa nabrała międzynarodowego charakteru (podobne akcje odbyły się w Niemczech, USA i Irlandii), więc można było pokusić się o krótkie transmisje z ulicy.

Margaret Artwood podczas Światowej Nocy Książki

Margaret Atwood życząca udanej Nocy Książki podczas transmisji 23 kwietnia 2012

Elif Safak podczas Światowej Nocy Książki, LondynElif Safak czytała ze swojej najnowszej powieści "Honour"

Przed spotkaniem natknęłam się na dziennikarkę BBC Rosie Goldsmith, która prowadzi co roku majową imprezę European Literature Night. Rozmawiałyśmy przez jakiś czas o samej akcji i doszłyśmy do wniosku, że wśród 25 książek, jakie mają do wyboru wolontariusze Światowej Nocy Książki, powinno pojawić się więcej tłumaczonej prozy. Być może Rosie coś zdziała w tym kierunku do przyszłego roku. Trzymam kciuki!

Andrea Levy podczas Światowej Nocy Książki, Londyn 2012

Andrea Levy była najbardziej wyczekiwaną i oklaskiwaną autorką Światowej Nocy Książki w Londynie

Po oficjalnej części spotkania rozpoczęło się Nocne after party z udziałem The Hip Hop Shakespeare Company. Organizatorzy zafundowali drinki. Miało być głośno, radośnie i wciąż literacko, ale liczba uczestników zdecydowanie się przerzedziła i miałam wrażenie, że z imprezy uszło już sporo powietrza. W tym roku po oficjalnej części nie doszło do rozdawania książek (wszak byliśmy zadaszeni i w Southbanku, gdzie bez biletu nie można było się dostać), a to była wielka szkoda, bo przecież cała noc zorganizowana została po to, by książkami się dzielić. Po tej części zaplanowane było nocne czytanie Szekspira przy świecach, ale do tego momentu już nie dotrwałam, bo rozpoczęłam moją podróż z powrotem do Oksfordu.

Światowa Noc Książki, Londyn 2012

Światowa Noc Książki w Southbank Centre

Światowa Noc Książki, Londyn 2012

Książkowe after party

Druga edycja Nocy była zdecydowanie lepiej zorganizowana i skoordynowana. Okazała się też już mniej kontrowersyjna (w zeszłym roku wierzono, że rozdanie miliona darmowych książek uderzy w rynek wydawniczy - tymczasem stała się rzecz odwrotna: tytuły z listy rozdawanych świetnie zaczęły się sprzedawać w tradycyjnych księgarniach), dlatego w tym roku ukazało się znacznie mniej notek prasowych poświęconych wydarzeniu. A szkoda. Tym bardziej że warto było napisać chociażby o zwiększającej się skali Światowej Nocy - w tym roku aż 78 tys. ludzi rozdawało 2,5 miliona specjalnie na tą okazję wydrukowanych książek! Imponujące, prawda? A sam założyciel akcji, Jamie Byng, dzień wcześniej wziął udział w londyńskim maratonie, pokonując 42 km, by pomóc w zbieraniu pieniędzy na dalsze poszerzanie akcji.

Więcej zdjęć ze Światowej Nocy Książki z Londynu i z Barcelony, gdzie świętuje się w wielkim stylu z czerwonymi różami ukaże się w najnowszym numerze "Archipelagu". Zapraszam!

Ps. Książki rozdaje wciąż Invitada - kto zainteresowany, to odsyłam do jej bloga.

środa, 25 kwietnia 2012

Autorzy-wydawcyOd czasu do czasu dostaję emaile od autorów, którzy wydali swoje książki w internecie bądź też piszą serialowe kawałki na Facebooku z udziałem innych użytkowników. Nigdy jednak wiadomość nie brzmiała na tyle ciekawe, żebym się takim pomysłem zainteresowała bliżej. Podejrzewam, że byłoby inaczej, gdyby to jeden z moich przyjaciół czy znajomych był autorem. I wcale nie zdziwiłabym się, gdyby tak się wkrótce stało, bo autowydawanie i autowydane książki są coraz popularniejsze.

Jakiś czas temu BML Books przebadało ten rynek wydawniczy w Wielkiej Brytanii i wyniki badania są dość zaskakujące. Okazuje się, że przez okres ponad pół roku aż 26% przychodów Amazona ze sprzedaży prozy w formie e-booków pochodziła właśnie od autorów 'samowydanych' i wydań własnych internetowego sklepu. To stanowiło ponad jedną dziesiątą ilości sprzedanych e-booków. Imponujące prawda? Prawdziwą rewelacją dla mnie jest jednak to, że samowydany autor potrafił sprzedać aż 250 tys. elektronicznych egzemplarzy swojej książki. Mowa o Kerrym Wilkinsonie, autorze kryminału "Locked in", najpopularniejszym pisarzu-samozwańcu w historii sklepu. Zaczynał od niewielkiej sumy - 98 pensów za kopię. Teraz jego kryminały nabywa się za więcej, a sam Wilkinson dostaje 35% ze sprzedaży książek, które sprzedawane są za mniej niż 1,49 funta i 70% - za wszystkie sprzedawane powyżej. Nieźle, prawda? Wystarczy szybko przekalkulować. Jeżeli na początku swojej samowydawniczej kariery tantiemy Wilkinsona wynosiły co najmniej 35% (a podejrzewam, że mogły być nawet wyższe), to autor zarobił nie mniej ni więcej niż całe 85 tys. funtów! I to bez trudów przebijania się przez wydawnictwa, bez potrzeby przeredagowania fragmentów, bez kłótni w sprawie okładki.

Ciekawe jest to, że właściwie żaden z samowydanych autorów, który odniósł sukces, nie pozostał wierny temu sposobowi wydawania. Zarówno Wilkinson jak i Mark Edwards, i Louise Voss (dwaj ostatni sprzedali 42 tys. egzemplarzy swojej książki "Catch Your Death") podpisali umowy z tradycyjnymi wydawcami i teraz wychodzą nie tylko w formie elektroniczej ale i w papierze. Edwards jest zdania, że papierowe wydanie wciąż ma większy prestiż i zdecydowanie zwiększa renomę pisarza. Jestem ciekawa, kiedy to się zmieni. A może nie zmieni się wcale, nawet wtedy, gdy większość książek będzie wydawana i czytana w postaci elektronicznej? Może za, powiedzmy, dekadę wciąż największym marzeniem autora będzie (wtedy) ekskluzywne wydanie, na które pozwolą sobie głównie kolekcjonerzy bądź  ci, którzy traktują książkę jako jeden z najlepszych prezentów?

Trudno mi sobie wyobrazić, że będę kupowała wyłącznie elektroniczne książki w przyszłości. Wciąż chciałabym mieć na półkach publikacje papierowe, zwłaszcza te, które są ładnie wydane (pamiętacie na przykład wydania Słowa/Obrazu/Terytoriów w twardej, granatowej okładce z ręcznie doklejanymi zdjęciami? Albo przepiękne wydania Folio? Nie wyobrażam sobie regałów bez nich). Zresztą nawet zwykłe wydania w miękkiej okładce nie znikną z naszego domu, bo za bardzo je lubię.

Oczywiście wydania elektroniczne mają tą przewagę, że można ich nosić tysiące ze sobą bez męczącego obładowywania torby. Książki w twardej okładce często nie zabiorę ze sobą do autobusu, bo jest za ciężka i wolą ją wieczorami poczytać w domu. Tak zrobiłam m.in. z wielką biografią Dickensa, którą podarował mi na urodziny Oliver. 500 stron, sporo zdjęć, znakomite wydanie, ale nie najlepszy pakunek na noszenie przy sobie przez cały .

Przyznam szczerze, że nie kupiłam jeszcze żadnej samowydanej książki. Z tego, co widziałam, to w tym sektorze wciąż dominują kryminały, powieści sensacyjne i rzecz jasna erotyki. Dlatego nie dziwią mnie ich niskie ceny. Swoją drogą wydawcy niepokoją się, że samowydane e-booki psują ceny innych elektronicznych książek. Z drugiej strony badanie BML dowodzi, że właściwie jest odwrotnie: opublikowane własnym sumptem książki są sprzedawane po wyższych cenach niż kiedyś. To, co z pewnością się dzieje i dziać nie przestanie w najbliższych latach, to obniżka papierowych wydań ze względu na rosnącą popularność elektronicznych publikacji. BML szacuje, że średnia cena e-booka to 3,39 funtów, wydania w miękiej okłace - 4,96 funtów a w twardej - 7,08 funtów. Te ceny wydają mi się zaskakująco niskie. Żadna z e-książek, którą kupiłam (pomijam ściągnią za darmo literaturę klasyczną), nie była tańsza niż 9 funtów, a zwykłe paper-backi w każdej księgarni kosztują średnio ok. 7 funtów. Czyżbym zatem coś przegapiła?

Czytałam w jednym z wydań Booksellera, że wydawcy sceptycznie podchodzą do popularności samowydanych e-booków, twierdząc, że owszem ludzie je kupują, ale wcale ich nie czytają. Dość dziwne stwierdzenie. Czy przypadkiem taki los nie dzielą przede wszystkich piękne wydania w twardej okładce, które często trafiają na półkę z pominięciem czytania?

Jestem ciekawa, jak rozwinie się rynek autowydań. Wygląda na to, że informacji o nich będę dostawać coraz więcej. Mój teść przygotowuje od ponad roku własną publikację, która zapowiada się naprawdę pięknie (projekt oparty jest na jego znakomitych fotografiach i wyjdzie w formie wydania w twardej okładce) i czekam na jego finalną wersję z niecierpliwością. Może sama skuszę się na coś podobnego? A co Wy myślicie?

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Dziś Światowy Dzień Książki, który od dwóch lat w Wielkiej Brytanii funkcjonuje jako Światowa Noc Książki (World Book Night). Z tej okazji wyruszam wkrótce do Londynu z pakunkiem książek, które będę rozdawać w pobliżu Southbank Centre. Może kogoś z Was tam spotkam? Relację z wydarzenia najpewniej będziecie mogli zobaczyć w najnowszym (pojawi się już wkrótce) numerze naszego magazynu o książkach "Archipelag".

Tymczasem wszystkim życzę miłego wieczoru z książką, jeżeli takowy planujecie i wielu, wielu przyjemności wynikających z czytania. Poniżej załączam świetną kartkę okolicznościową zaprojektowaną przez Sylwię Pragłowską. 

Zapraszam też na stronę Facebookową "Tygla", gdzie od jakiegoś czasu rozrasta się amatorska galeria zdjęć czytających. Może macie fotografię, którą chcielibyście dodać?

Przyjemności z czytania! Światowy Dzień Książki 23 kwietnia 2012

Światowy Dzień Książki 2012

6 rue du Pot de Fer, gdzie mieszkał George OrwellAdres, pod którym mieszkał Orwell podczas swojego pobytu w Paryżu, okazał się badzo prosty do odnalezienia, nawet z tak niedoskonałym narzędziem jak wydruk pomniejszonej mapki Google (na lepsze przygotowania zabrakło czasu, wyjeżdżaliśmy w pośpiechu). Rue du Pot de Fer mieści się w łacińskiej dzielnicy i teraz załadowane jest całkiem pokaźną liczbą kafejek serwujących najróżniejsze jadło: od tradycyjnej kuchni francuskiej po azjatyckie bary szybkiej obsługi. Za czasów Orwella też było tam głośno. Kłótnie, nawoływania, pijackie przyśpiewki. Orwellowi nawet przytrafiło się być niemym, a dokładnie zaspanym świadkiem morderstwa, którego trójka mężczyzn dokonała pod jego oknem w środku nocy.

Dom - kwatera pod numerem 6 - był ponad 90 lat temu bardzo nędznym, ale za to tanim hotelem prowadzonym przez małżeństwo skrupulatnie sprawdzające, czy przypadkiem goście nie upłynniają się z miejsca przed zapłaceniem rachunku. Całe pomieszczenie nawiedzały hordy robali. Orwell pozbywał się ich z pokoju przez palenie smrodliwych rzeczy - wtedy owady przechodziły szybko do sąsiadów, ale nie na długo, bo sąsiedzi traktowali je dokładnie tym samym specyfikiem.

Dzisiaj lokal z zewnątrz wygląda dużo schludniej, choć wciąż bardzo skromnie. Na budynku nie ma żadnej tabliczki upamiętniającej paryskie czasy Orwella. Właściwie mnie to nie dziwi. Orwell nie był tak popularny jak Hemingway, w mieście przebywał właściwie in cognito i do tego nie trudnił się wtedy pisaniem (choć swoje doświadczenie na zmywaku spisał później, właśnie w "Down and Out in Paris and London", oferując kawał niezwykle dobrej reportersko-dziennikarskiej roboty). Swoją drogą Hemingway mieszkał nieopodał "kamienicy Orwella" - na ulicy za rogiem. W tym samym budynku żył też poeta Verlaine (dokładny adres to 39 rue Descartes) - dziś mieści się tam restauracja, zdecydowanie nastawiona na zarobek z przeszłości budynku.

rue du Pot de Fer, gdzie mieszkał George Orwell

rue du Pot de Fer, gdzie mieszkał George Orwell

Paryska rue du Pot de Fer, gdzie mieszkał George Orwell

Jedno z okien w budynku przy 6 rue du Pot de Fer, gdzie mieszkał George Orwell

Jedno z okien w budynku przy 6 rue du Pot de Fer

My wylądowaliśmy w innej restauracji, w której czterdziestoparoletni kelner z mieszanką dobrze odgrywanej sympatii (w przypadku serwowania włoskich pań po 70-tce nawet przy odrobinie kokieterii - nazywał je wszak "ragazze belle" - pieknymi dziewczynami) i zmęczenia rytuną pracy lawirował między stolikami, kłócił się z koleżanką i zdecydowanie nie pozwolił mi zajrzeć przez szparę do kuchni - to była moja nowa obsesja po przeczytaniu "Down and Out", bo tam Orwell obnaża najstraszniejsze sekrety przygotowania jedzenia w restauracji. Kto się nie boi, niech czyta (fragment dotyczy restauracji w ekskluzywnym hotelu w latach 20. XX wieku):

W kuchni brud był znacznie gorszy. To, że kucharz pluje do zupy, jeżeli nie jest posiłkiem, który sam zamierza spożyć, to wcale nie utarte powiedzenie, ale codzienny fakt. On jest artystą, a jego sztuką nie jest czystość. Do pewnego stopnia on jest brudny, dlatego, że jako artysta wie, że jedzenie, żeby wyglądało pięknie, musi doświadczyć brudnego traktowania. Kiedy dla przykładu przynosi się steka do szefa kuchni, żeby ten sprawdził, czy danie można już podać, on nie bada go przy pomocy widelca. Bierze mięso w paluchy, rzuca na dół, przesuwa po nim swoim kciukiem, liże, jeszcze raz przerzuca i znowu liże, potem oddala się lekko i kontempluje ten kawał mięsa jak artysta oceniający obraz, a następnie wdusza go z powrotem w talerz swoimi grubymi, różowymi paluchami, które tego poranka oblizał już pewnie ze sto razy.*

To dopiero początek podróży steka na stół konsumenta. Po kucharzu daniem zajmie się kelner (jego paluchy są tłuste i brudne), ale może tego Wam już oszczędzę. Śmiałych odsyłam do książki (George Orwell "Down and Out in Paris and London", wyd. Penguin, s. 71, tłumaczenie własne).

***

Zainteresowanym literackim detektywizmem polecam też Ostatnie lokum Oscara Wilde'a w Paryżu.

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...