piątek, 20 kwietnia 2012

Kiedy w latach 20. minionego wieku George Orwell wyjechał do Paryża, zamieszkał przy 6 Rue du Pot de Fer w łacińskiej dzielnicy. Pewnej nocy go okradziono i został jedynie z drobnymi w kieszeni bez żadnego źródła dochodu.

"Pieniądze szybko się ulatniały - osiem franków, cztery franki, jeden frank, dwadzieścia pięć centymów. A dwadzieścia pięć centymów na nic się nie zda, bo za nie można kupić tylko gazetę. Przez kilka dni żyliśmy o suchym chlebie, potem przez dwa i pół dnia nie jadłem absolutnie nic. To było całkiem szpetne doświadczenie. Są ludzie, którzy postują przez trzy tygodnie bądź dłużej i oni są zdania, że głodówka zaczyna być przyjemna po czwartym dniu niejedzenia. Mnie trudno powiedzieć, bo zatrzymałem się na dniu trzecim."*

Pierwszego dnia Orwell próbował wyłowić rybę z Sekwany (bezskutecznie). Drugiego - chciał oddać swój płaszcz do komisu, ale komis był za daleko, więc Orwell spędził cały dzień w łóżku, czytając "Wspomnienia Sherlocka Holmesa". Trzeciego postanowił coś zrobić - pożyczyć dwa franki od Borysa.

To początek całkiem niebywałych perypedii na granicy głodu, które zaprowadziły pisarza do podziemi jednego z luksusowych hoteli w Paryżu, gdzie pracował na zmywaku (istne pieklo), a potem do parszywego hoteliku prowadzonego przez Rosjanina, gdzie pracą wciąż był zmywak (dalszy ciąg piekła, tylko bez gwiazdek). Dlaczego o tym piszę? Bo w Paryżu będę niedaleko miejsca, gdzie mieszkał i pracował Orwell, kiedy został trampem. Chcę koniecznie zobaczyć, jak teraz wygląda jego dzielnica, którą tak żywo sportretował w "Down and Out in Paris and London". Książkę bardzo polecam – to świetny zapis paryskiego życia klas biednych. Na relację z literackiego, detektywistycznego śledztwa musicie chwilkę zaczekać. Tymczasem À bientôt!

George Orwell, Down and Out in Paris and London

*Cytat pochodzi z "Down and Out in Paris and London" George'a Orwella, wyd. Penguin, limitowana seria (kopię nabyłam w jednym z antykwariatów w Hay on Wye po naprawdę przystępnej cenie jak na to wydanie). Tłumaczenie cytatu własne.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Zygmunt MiłoszewskiTo dość wczesna zajawka, ale warto, żeby każdy wybierający się do Oksfordu w maju wpisał sobie ten wieczór do kalendarza. Panie i Panowie, 17 maja gościć będziemy polską gwiazdę historii kryminalnej -  Zygmunta Miłoszewskiego - w księgarni Albion Beatnik Bookshop (to samo miejsce, gdzie miesiąc temu pojawił się Tadeusz Dąbrowski, dokładny adres: 34 Walton Street). Wszystko wciąż dogrywam, ale wygląda na to, że wieczór rozpocznie się o 18-stej, a przy historiach z dreszczykiem będziemy mogli poraczyć się winkiem. Zygmuntowi Miłoszewskiemu będzie towarzyszyć jego angielska tłumaczka - Antonia Lloyd Jones. Mam nadzieję, że Antonia i tym razem będzie czytać fragmenty swoich przykładów, bo słuchanie jej to naprawdę wielka przyjemność.

Niedawno przeczytałam, a właściwie pożarłam jednej nocy "Uwikładnie" Miłoszewskiego, które pewnie większości z Was jest dobrze znane, bo odniosło w Polsce wielki sukces i już doczekało się ekranizacji. Kryminał jest naprawde niezły. Podoba mi się warszawskie tło akcji (kto kiedykolwiek pracował w Warszawie, ten z chęcią powróci do barwnych obrazów skrajnych kontrastów stolicy - dla mnie to była sympatyczna wycieczka w przeszłość, tym właściwie sympatyczniejsza, że nie musiałam jej odbywać w rzeczywistości).

Muszę wreszcie wyznać, że historie kryminalne czytam bardzo rzadko i być może dlatego, kiedy nagle przyjdzie mi z jedną obcować, czuję się całkowicie pozbawiona kontroli nad tym, co się dzieje dookoła i muszę doczytać ją szybko do końca. Kryminały są jak na mój gust zbyt zaborcze. A Wy je podczytujecie?

Zdjęcie autora pochodzi z jego strony internetowej.

Do zobaczenia w maju!

środa, 18 kwietnia 2012

Trishna reż. Michael WinterbottomNie sądzicie, że najbardziej poruszającymi historiami są te znane, zasłyszane dawno, daleko, w do końca niedających się odtworzyć okolicznościach, które można w nieskończoność powtarzać i powtarzać? Brytyjski reżyser Michael Winterbottom zdaje się moją śmiałą tezę potwierdzać swoim najnowszym, już dwudziestym filmem zatytułowanym "Trishna", w którym miłosna historia jak z Kopciuszka nabiera rumieńców, by zapłonąć krwawą nocą i zgasić się, jak zapałka w innej, znanej, dziewczęcej bajce.

Rzecz dzieje się Radżastanie, jednym z najbiedniejszych i najbardziej konserwatywnych stanów Indii. Trishna (grana przez zjawiskową Freidę Pinto) jest najstarszą i najpiękniejszą z pokaźnej gromady dzieci, utrzymywanych przez ojca pracującego przy zbiorach i sprzedaży warzyw. Na jej głowie jest nie tylko opieka nad rodzeństwem, ale i pomoc ojcu przy ciężkiej, fizycznej pracy. Trishna zastępuje mu brakującego syna. Wolnymi wieczorami dorabia sobie przy organizowanych dla turystów w pobliskim mieście wieczorach tańca tradycyjnego. Na jednym z nich poznaje Jaya Singha (w tej roli Riz Ahmed), bogatego Brytyjczyka pochodzenia indyjskiego. Jay nie może oderwać od Trishny oczu. Nie może też wyrwać jej z rodzinnego gniazda. W radżastańskiej wiosce relacje mężczyzn z kobietami reguluje przecież bardzo sztywna etykieta. Pomaga mu jednak los. Kiedy ojciec Trishny ulega wypadkowi, zasypiając za kierownicą (to nie tylko sprawa zmęczenia, ale i ilości spożywanego wieczorami alkoholu) Jay oferuje dziewczynie pracę w hotelu na północy stanu z wysoką pensją, która pomoże rodzinie wygrzebać się z długów. Bajkowe, prawda? Na miejscu Jay zrobi wszystko, by Trishnę uwieść. Po kilku miesiącach dziewczyna nagle wróci do domu w ciąży, a rodzina pomoże jej dziecka się pozbyć. O sprawie nie będzie się w żadnych okolicznościach w domu rozmawiać. Trishna cicho i boleśnie poprosi wtedy matkę, by ta nie wysyłała jej już nigdzie daleko do pracy. Matka zimno odpowie, że decyzją ojca Trishna wyjedzie do miasta pomagać wujostwu, a tam ponownie pojawi się Jay i historia znów zacznie przypominać bal Kopciuszka w zamku księcia. Do czasu.

Trishna reż. Michael Winterbottom

Trishna reż. Michael Winterbottom
Michael Winterbottom znakomicie prowadzi historię kochanków, zmieniając jej bieg, jak tylko zacznie ona wchodzić na dobrze znane, bajkowe tory. Fabularne zakręty współgrają ze zmianą lokalizacji (akcja dzieje się w kilku radżastańskich miejscach i w Mumbaju), a reżyserowi udaje się uniknąć długich, powłóczystych ujęć, idealizujących Indie. Film prowadzony jest niemalże z dokumentalnej perspektywy, co dodaje dramatyzmu historii Trishny, dziewczyny, której co prawda udaje się znaleźć księcia, ale której życie z nim stanie się co najmniej koszmarem...

Trishna reż. Michael Winterbottom

Trishna reż. Michael Winterbottom

Bardzo podoba mi się to, jak Winterbottom gra z konwencjami, jak każe być widzowi czujnym. Zdecydowaną zaletą tego obrazu jest też wszędobylska obecność ponurej refleksji nad przypadkowością losu, która tak silnie obecna jest w indyjskiej literaturze (chociażby u Mistry’ego, Rushdiego, pań Desai). Trishna zresztą tragiczny los nosi w swoim imieniu, w którym Kriszna, bóg miłości współbrzmi z tears - łzami - wielkim rozdzierającym smutkiem antykopciuszkowego finału.

Musicie koniecznie ten film zobaczyć.
 

***
Trishna
reż. Michael Winterbottom
Wielka Brytania, 2011

wtorek, 17 kwietnia 2012

Od kilku lat angielski - mowa oryginalnie nieojczysta, ale czule zaadoptowana - jest moim pierwszym językiem, który jest ze mną nie tylko w domu i w pracy, ale też śmiało wkrada się do snów i na chybcika sklecanych wpisów w dzienniku Beli. Angielski potrafi zachwycać uproszczoną fleksją czy jasnym porządkiem słów w zdaniu, a ja najbardziej lubię go za idiomy, zwłaszcza te inspirowane słowami ze słownika kulinarnego, bo są po prostu genialnie obrazowe. Poniżej krótka lista moich ulubionych oraz tych, które są dość często spotykane w mowie potocznej.

have a finger in too many pies (dosłownie trzymać palucha w zbyt dużej ilości dań, a dokładnie albo w zbyt dużej liczbie nadziewanych placków - to na słodko  - albo zapiekanych paszteto-podobnych wyrobach - to na słono; wszystko zależy do tego, jakie "pie" ma się na myśli) - oznacza bycie zanagażowanym w zbyt wiele spraw, zwłaszcza jeżeli chce się mieć nad nimi kontrolę. Zazwyczaj to recipe for a disaster - czyli doskonały sposób na wpadnięcie w tarapaty (dosłownie przepis na nieszczęście).

big cheese (wielki ser) - jeden z najzabawniejszych określeń na szefa, ważną osobę, postać pełniącą istotną funkcję etc etc, jakie spotkałam. Ciekawe, czy wiąże się z wagą sera (zarówno przed jak i po konsumpcji, kiedy zalega w żołądku) czy może... potęgą zapachu?

cheesy - jeżeli jesteśmy już przy serach, to muszę koniecznie napisać o dość trudnym do przełożenia wyrażeniu dosłownie brzmiącym "serowy", który odnosi się zarówno do rzeczy jak i do czynności. Pod jego skórką kryje się wszystko, co tanie, nieprzyjemne, nieautentyczne i też budzące zażenowanie, zbyt sentymentalne, jednym słowem pachnące czymś nieprzyjemnym. Jedna z moich studentek nie mogła przebrnąć kiedyś przez Liryki Lozańskie Mickiewicza i wielkiemu mistrzowi dostało się niestety serowym epitetem.

be cheesed off - ciągle jesteśmy przy serach, tym razem już na poziomie zaserowania czyli rozdrażenia, frustracji czy zażenowania.

full of beans (być pełnym albo fasoli, albo po prostu ziarenek) - czyli pełnym energii. Może zatem chodzi o ziarenka kawy?

proof is in the pudding (deser to dowiedzie) - bardzo zręczny sposób określenia tego, że dopiero zakończoną czynność będzie można dobrze ocenić bądź też, że ostatnia rzecz może zaważyć o wyniku przedsięwzięcia. Zdecydowanie jeden z moich idiomowych faworytów!

in the pudding club - wciąż pozostajemy przy deserze, a dokładnie deserowym klubie, który oznacza nic innego jak bycie w ciąży.

bread and butter (chleb i masło) - czyli czynność, która gwarantuje stały, często minimalny dochód.

butter someone up (namaślić kogoś) - czyli pochlebiać, prawić komplementy w nadziei na osiągnięcie dodatkowego celu.

beefy (wołowinowy) - odnosi się do mięśnika, osoby o dużej posturze i poważnej muskulaturze. Z wołowynowym zwykle się nie zadziera.

silly sausage (głupia kiełbaska) - pobłażliwe określenie dla mało rozgarniętej osoby.

add more meat (dodać więcej mięcha) - czyli dorzucić faktów, konkretów do sprawy.

cut the mustard (rozciąć musztardę - najpewniej chodzi albo o gorczycę-roślinę, albo o sam fakt trudności w przecinaniu jej małych ziarenek) - spełnić oczekiwania, zrobić coś albo mieć coś wykonane na odpowiednim poziomie. Jedno z ulubionych powiedzonek Alana Sugera, prowadzącego brytyjski program The Apprentice.

sandwich news (kanapkowe wieści) - niestety wieści mieszane: trochę dobrych, trochę złych w jednym.

have a lot on my plate (mieć dużo na swoim talerzu) - mieć wiele spraw na głowie.

my cup of tea (moja filiżanka herbaty) - coś, co jest ci bliskie, co lubisz, ulubione zajęcie.

gut feeling (żołądkowe przeczucie) - intuicja, przeczucie, że coś jest właściwie/niewłaściwe.

Na tym dzisiaj kończę, bo na moim talerzu wciąż pełno rzeczy do zrobienia, ale mam nadzieję, że bez względu czy jesteś pełnym ziarenek, namaślonym, w klubie deserowym, zaserowanym czy też wielkim serem, to idiomy też twoja filiżanką herbaty!

Food for thought

Food for thought (pożywka dla myśli) to kolejny z kulinarnych idiomów i nazwa baru w Covent Garden w Londynie.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

W zeszłym tygodniu odebrałam pudło z 24 egzemplarzami "Notes from the Small Island" Brysona, które rozdam (i jak obiecałam - roześlę) już za tydzień w Wielką Noc Książki. Pudło czekało na mnie w lokalnej, mieszczącej się w parku bibliotece, więc odebranie go wiązało się z brawurowym wjazdem samochodem na jedną ze ścieżek tuż pod budynek przy karcącym wzroku kilku przechodniów. To znakomite uczucie móc wjechać, gdzie zwykle koło samochodu nie sięga, a przechodniów udało mi się szybko udobruchać widokiem zaawansowanej ciąży i sporego kartonu wynoszonego triumfalnie z biblioteki. Miło było mi zobaczyć, że na miejscu są i inne pudła do obebrania, co oznacza, że jest nas - dawców książek - więcej na dzielnicy!
Światowa Noc Książki 2012Czekam teraz na listę kodów, które trzeba będzie wpisać do każdego egzemplarza książki, żeby móc w ten sposób śledzić jego losy. W międzyczasie chcę Was zainteresować powiększającą się każdego dnia listą wydarzeń organizowanych z okazji Światowego Dnia Książki. Belfast zaczyna świętowanie dwa dni wcześniej, Londyn na razie oferuje dwie pięć oficjalnych imprez. Największe wydarzenie odbędzie się w Southbank Centre (bilety niestety od kilku dni już wysprzedane, ale z pewnością będzie można wejść za darmo na dwa towarzyszące głównemu wydarzeniu spotkania: World Book Night After Party [zaczyna się w Queen Elizabeth Hall o 21:30, będzie muzyka i zabawa] i World Book Night Readings by Candlelight na Riverside Terrace o 22:30, gdzie czytane będą sonety Szekspira w jego kolejną rocznicę urodzin]).

W Oksfordzie na razie oficjalnych wydarzeń brak. Zastanawiam się nad zorganizowaniem domówki w stylu "Poczytaj Beli na dobranoc", tylko kochane dziecię chodzi teraz dość wcześnie spać. Są jacyś chętni? :-)

Książki do rozdania podczas Wielkiej Nocy Książki 2012, Wielka Brytania

 Poza tym zachęcam do powychodzenia na ulice w Wielką Noc Książki, gdzie rozdawane będą powyższe publikacje.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Best Exotic Marigold HotelW niezależnym kinie w Oksfordzie pojawiło się ostatnio kilka filmów, których akcja rozgrywa się w Indiach. Zdecydowanie najlepszym z nich była ostatnia produkcja Michaela Winterbottoma zatytułowana "Trishna", ale o tym filmie opowiem następnym razem (zdecydowanie polecam rozejrzeć się za nim, jest naprawdę poruszający). Dziś krótka notka o czymś, co do złudzenia przypominało mi "Love Actually" (po polsku dystrybuowanym jako "To właśnie miłość"). Nie tylko obsada jest zadziwiająco podobna (z Billem Nighy na czele), ale i humor, miłosne perypetie oraz angielska autoironia są tak zbliżone, że czasami miałam wrażenie, że, patrząc na "Best Exotic Marigold Hotel" oglądam drugą część "Love Actually", z tą tylko różnicą, że bohaterowie są już w leciwym kwiecie wieku, czyli na emeryturze. Oczywiście sceneria jest inna - wszyscy emeryci wyjeżdżają do Indii, a dokładnie do stolicy stanu Radżastan - Jaipuru, gdzie lądują w rozpadającym się (i tytułowym) hotelu "Best Exotic", prowadzonym przez młodzieńca, którego odgrywa aktor znany z wielkiego hitu kasowego "Slumdog Millionaire".

Best Exotic Marigold Hotel

Best Exotic Marigold Hotel

Mamy zatem dwie wdowy: jedną polującą na bogatego męża (Celia Imrie) a drugą próbującą nie tyle pogodzić się ze stratą męża, co z tym, że miał on przed nią wiele tajemnic (w tej roli niepokonana Judi Dench). Obok kręci się szprycujący się Viagrą emeryt (Roland Pickup). Wokół pełno jest też krzyków zupełnie niedobranej pary: pani dbającej o pozory i pana o nieprawdopodobnej cierpliwości. Jest wreszcie też emerytowany sędzia - gej, który do Indii odbywa podróż co najmniej sentymentalną, próbując odnaleźć kochanka z dzieciństwa.

Jest głośno i egoztycznie, choć egzotyka jest przede wszystkim brytyjska, bo film zapewnia całkiem imponujący zestaw wyspiarskich postaw i zwyczai, zwłaszcza w kontekście obcowania z nowością. Mamy babcię rasistkę, która o Wyspach myśli wciąż w kategoriach kolonialnej przeszłości, jest emerytka o wielkiej otwartości umysłu, która zatrudnia się w indyjskiej firmie, są wreszcie ci, którzy, owszem, wychodzą na zewnątrz hotelu, ale interesują ich tylko ekspackie kawiarnie i kluby. Jest też pani, która za nic w świecie "w Indie" wyjść nie chce.

Best Exotic Marigold Hotel

Best Exotic Marigold Hotel

Film jest pełen ironii, dobrze sprawdzonego z "Love Actually" autodystansu, ale brakuje mu świeżości i niestety żart często trąci odgrzewanym kotletem. Ten, kto zna dobrze angielskie komedie, będzie miał wrażenie przeżywania wielokrotnego deja vu. Czy warto się wybrać? Czasami obejrzenie czegoś, co jest dobrze znane, potrafi mieć nawet kojący efekt. W końcu nieczęsto można spotkać dwa, a właściwie trzy happy endy w zakończeniu i zobaczyć, jak niemalże każdy z bohaterów przechodzi przemianę wewnętrzną. Czysta egzotyka, czyż nie?

 

***
The Best Exotic Marigold Hotel
reż. John Madden
produkcja brytyjsko-indyjska, 2011

środa, 11 kwietnia 2012

Księgarnia Backfold Books w walijskim miasteczku książek Hay on Wye ma specjalnie wydzielone półki z publikacjami, które posiadają autografy. Stoi William Golding, obok Julian Barnes. Z ciekawości zaglądam do obu książek. Pierwsza - z finezyjnym podpisem. Cena: powyżej 50 funtów. Druga z prostą parafką (trudno mi sobie wyobrazić, żeby Barnes smarował dekoracyjne zawijasy przy swoim nazwisku). Cena: 5 funtów. Hmm, bardzo mało, jak na status pisarza, nie wspominając o zeszłorocznym wyróżnieniu nagrodą Bookera.

- Co dyktuje cenę? - pytam sprzedawcy.

- Pisarze - odpowiada - Jedni, jak się podpiszą, to zwiększają cenę książki, inni - prost przeciwnie.

Czy stało się coś, o czym nie wiem, panie Barnes?

Autograf Juliana Barnesa

wtorek, 10 kwietnia 2012

"We read to know we are not alone."
C. S. Lewis

Oksfordzki Festiwal Literacki

Oksfordzki Festiwal Literacki

Oksfordzki Festiwal Literacki

Czytająca, Oksfordzki Festiwal Literacki

Czytający, Oksfordzki Festiwal Literacki

Czytający, Oksfordzki Festiwal Literacki

Czytający, Oksfordzki Festiwal Literacki

Czytający, Oksfordzki Festiwal Literacki

Czytający, Oksfordzki Festiwal Literacki

Czytający, Oksfordzki Festiwal Literacki

Czytająca, Oksfordzki Festiwal Literacki

Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że równie dużo działo się poza miejscami spotkań literackich w Christ Church college. A może nawet więcej?

Przy okazji, jaki jest Wasz ulubiony aforyzm związany z czytaniem?

sobota, 24 marca 2012

Oxford Literary FestivalZaczyna się dzisiaj. Po przejrzeniu ponad 200-stronicowego programu powiedziałabym, że to raczej festiwal książkowy niż stricte literacki. Do następnej niedzieli włącznie można spotkać się ze znanymi autorami fiction, non-fiction, biografami, krytykami książkowymi, politykami, działaczami społecznymi, ilustratorami i historykami literatury. W tym roku na całe szczęście poprawiono stronę festiwalu i przeglądanie wydarzeń zaplanowanych na każdy dzień nie jest tak karkołomne jak w latach poprzednich.

Program jest szalenie różnorodny. Spotkania obejmą dickensowskie dyskysje, wykład Vikrama Setha, wieczór z Elif Safak, rozmowy o zeszłorocznych zamieszkach w Londynie, o trendach w literaturze indyjskiej i afrykańskiej (dwie osobne sesje), o historii kawy i herbaty, o istnieniu (bądź nieistnieniu) Boga, o najśmieszniejszych kawałach, które spłatali w ciągu stuleci oksfordzcy studenci, o etyce w bankowości inwestycyjnej, o rządach królowej (wszak jubileusz panowania już tuż tuż!), o 110 rocznicy powstania bajki o Peter Rabbit (nie mam pewności, czy jest królik istnieje w wersji polskiej)...

Zatem zapraszam do Oksfordu! Ostrzegam tylko, że ceny wstępu wcale się od ubiegłych lat nie zmieniły (znaczy się jest tak drogo, jak kiedyś :)

środa, 21 marca 2012

Tadeusz Dąbrowski pewnie dzisiaj dobija z powrotem do Polski po niezwykle intensywnym turnee po Wielkiej Brytanii. Na pamiątkę publikuję parę zdjęć z oksfordzkiego wieczorku poetyckiego, który udał się znakomicie. Tadzik czytał utwory nie tylko ze swoich opublikowanych i szczodrze nagradzanych tomików, ale i zupełnie nowe, które nie ujrzały jeszcze światła dziennego w żadnym wydaniu, a które pracująca w zawrotnym tempie Antonia Lloyd-Jones zdążyła już przełożyć na angielski. Antonia recytuje tak fantastycznie, że żałuję bardzo, że jej tłumaczenia nie pojawiają się w wersji dźwiękowej (może warto o tym pomyśleć, Antonio?).

Dziękuję wszystkim, którym udało się przybyć do księgarni Albion Beatnik Bookshop w zeszły czwartek. Mam nadzieję, że bawiliście się dobrze.

Bardzo specjalne i szczególne podziękowania dla Antonii i Tadka nie tylko za uroczy wieczór, ale i za wzruszającą donację, którą złożyli dla Beli ze sprzedaży Black Square w Wielkiej Brytanii (tomik cieszył się ogromną popularnością, zwłaszcza w londyńskim Southbank Centre jak i na festiwalu StAnza w Szkocji). Egzemplarz dwujęzycznej edycji Czarnego kwadratu wędruje do Czary.

Wieczór poetycki Tadeusza Dąbrowskiego w Oksfordzie

 Tadeusz Dąbrowski, Antonia Lloyd-Jones i Ania Ready oraz Dennis Harrison (w tle) w Albion Beatnik Bookshop w Oksfordzie

Wieczór poetycki Tadeusza Dąbrowskiego w Oksfordzie

Uczestnicy wieczoru poetyckiego

wtorek, 20 marca 2012

Serdecznie Wam dziękuję w imieniu naszej trójki za nieprawodpobne wielkie i szczodre wsparcie naszej akcji pomocy Beli! DZIĘKUJĘ. To dla nas znaczy szalenie, szalenie wiele. Wasz odzew przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Naprawdę nie spodziewałam się.

Dziękujemy za pomoc dla Beli!

Nie zdążyłam jeszcze wszystkim darczyńcom i darpomocnikom podziękować osobiście, ale już wkrótce nadrobię to niezręczne opóźnienie. Jestem wzruszona nie tylko Waszymi słowami otuchy, ale całą masą świetnych pomysłów zbiórkowych i akcji. Specjalne podziękowania dla mojej przyjaciółki Mileny, która zamierza skoczyć dla Beli z nieba z wysokości 10 tys. stóp! To wyczyn nieprzeciętnej odwagi, który Milena realizuje w Wielkiej Brytanii w maju tego roku. Datki z tej akcji trafią do organizacji charytatywnej Tree of Hope, która pomoże nam sfinansować zebranie komórek macierzystych z pępowiny (najpewniej) siostry Beli (która pojawi się – najpewniej – na początku lipca). Przeszczepy komórek są wciąż nowością, ale mogą być szansą na ogromną zmianę jakości życia Beli, i tej nadziei trzymam się kurczowo.

Milena skacze z nieba dla BeliBrawo Milena! Strona akcji Mileny dostępna jest tutaj.

Serdecznie Was pozdrawiam. Cieszę się bardzo, że jesteście z nami! 

środa, 07 marca 2012

BelaCzęsto nie ma mnie przez dłuższe chwile na blogu, a kiedy znikam, to zwykle wsiąkam w świat medycyny, terapii i rehabilitacji, której całą masę potrzebuje nasza 17-miesięczna Bela. To strasznie złożona rzeczywistość, gdzie regularnie pojawia się pesymistycznie nastawiony lekarz (z małym wyjątkiem w styczniu br., kiedy po raz pierwszy dostaliśmy list od medyka zawierający pozytywnie brzmiące zdanie. Nieprawdopodobne!), mało kompetentny pracownik państwowej służby zdrowia zajmujący się rehabilitacją (najlepsze historie głębokich pokładów ludzkiej głupoty zachowujemy z nianią Beli na książkę) i wreszcie, a może nareszcie, niezwykła postać, która prowadzi albo niezależny instytut terapeutyczny, albo prywatną praktykę. I bez tych ostatnich nie dalibyśmy sobie rady i za nich właśnie dziękuję losowi.

Od zeszłego roku jeździmy z Belą co trzy miesiące do ośrodka Advance na południu Anglii, gdzie przez Lindę Scotson prowadzona jest bardzo pomocna terapia oddechowa. Tam też znajduje się brytyjskie centrum – w postaci jednego nieprzeciętnego człowieka – zajmujące się wspomaganiem rozwoju za pomocą suplementów aminokwasowych. Znaleźliśmy też znakomitą neurologopedę Anię, u której Bela zjawia się co tydzień. Przez nasz dom przechodzą dziesiątki ludzi najróżniejszych specjalności, nie wspominając już o regularnych wyprawach do szpitala.

Zwykle nie piszę o tej drugiej rzeczywistości, bo dużym wyzwaniem, co zresztą Bela może potwierdzić, jest po prostu jej przeżywanie. Po raz pierwszy wczoraj opublikowałam jednak krótkie podsumowanie, bo zaczęliśmy kampanię zbierania funduszy dla Beli za pośrednictwem wspaniałej organizacji charytatywnej Tree of Hope. W ramach kampanii planuję najróżniejsze akcje (o kilku z nich wkrótce). Na razie zaczęłam od najprostszej, wysprzedając nieużywane rzeczy z domu przez eBay (jeszcze trochę a otrzymam plakietkę super sprzedawcy - to pocieszające, że mogę zawsze rozpocząć alternatywną karierę w innym zawodzie :)

Tree of Hope, Children's Charity

Na stronie Beli można składać wszelkiego rodzaju dotacje i donacje. Jeżeli chcecie nas wspomóc bądź znacie tych, co mogą, to będzie absolutnie wspaniale! Bela będzie miała również swoje subkonto w polskiej fundacji "Zdążyć z pomocą" i odpowiednią stronę (powinno nam się udać ją założyć do końca marca). Póki co ci, którzy płacą podatki w Polsce, mogą przekazać na jej cel 1%, wpisując do formularza PIT te dane:

Numer KRS: 0000037904

Cel szczegółowy: 17277 Ready Isabel

(mogę przesłać instrukcje z fundacji, gdzie te informacje się wpisuje, jeżeli ktoś potrzebuje).

Tymczasem dziękuję Wam serdecznie - dziekuję, że jesteście!

Tagi: Bela
17:27, maga-mara , własny pokój
Link Komentarze (25) »
wtorek, 06 marca 2012

Kiedyś przy robieniu kapeluszy używano rtęci, co miało doprowadzać ich wytwórców do obłąkania - tak przynajmniej tłumaczy się pochodzenie angielskiego powiedzenia as mad as a hatter (szalony jak kapelusznik). W weekend grzebiąc w jednym z antykwariatów w małym, walijskim miasteczku Hay-on-Wye, w którym mieści się aż ponad 30 sklepów z książkami, natknęłam się na świetne zdjęcie, do którego można by raczej ukać powiedzenie o radości liczonej w kapeluszach niż stopniach szaleństwa. Oto ono:

Kapelusznicy, Wielka Brytania

Jeżeli miałabym swoją radość policzyć dziś w kapeluszach, to pewnie byłoby ich znacznie więcej niż ci panowie są w stanie udźwignąć. O powodach szczęśliwości napiszę następnym razem. Tymczasem mała zagadka: z jakiego miasta w Wielkiej Brytanii pochodzi ta fotografia? Podpowiedź: było to nieprzeciętne centrum produkcji kapeluszniczej, a dziś bardzo przeciętne miasto, o którym zapewne słyszeliście, ale z bardziej prozaicznych powodów. Dla zwycięzcy mam pocztówkę mniej więcej z tego samego okresu przedstawiającą jeszcze bardziej radosną scenę. :)

poniedziałek, 05 marca 2012

Tadeusz Dąbrowski w OksfordzieZwykle w Tyglu reklamuję wydarzenia organizowane przez najróżniejsze instytucje kulturalne. Tym razem jednak zapraszam na spotkanie, które przygotowuję sama i do na dodatek w mojej ulubionej księgarni w Oksfordzie.

Jest mi szanie miło zaprosić Was na wieczór z Tadeuszem Dąbrowskim, jednym z najbardziej utalentowanych i znaczących, polskich poetów i wybitną tłumaczką polskiej literatury Antonią Lloyd-Jones. Spotkanie poetyckie odbędzie się w czwartek 15 marca o godzinie 17:30 w księgarni Albion Beatnik Bookshop na 34 Walton Street w Oksfordzie (blisko stąd zarówno do stacji kolejowej jak i autobusowej – to dobra wiadomość dla przyjeżdżających z daleka :). Wstęp 2 funty.

Tadeusz będzie czytał wiersze po polsku m.in. ze swojego nowego zbiorku Czarny Kwadrat, który Antonia znakomicie przełożyła na angielski (brytyjskie wydanie wierszy dostępne w wersji dwujęzycznej jako Black Square będzie można nabyć w księgarni). Antonia przeczyta tłumaczenia, a potem rozpoczniemy dyskusję, mam nadzieję z dużym udziałem publiczności. Na miejscu będzie oczywiście możliwość zdobycia autografu. Spotkanie odbędzie się w języku angielskim. Liczę, że będziecie!


TADEUSZ DĄBROWSKI reads from Black Square
With translations by Antonia Lloyd-Jones
Thursday 15th March at 5:30pm
Albion Beatnik Bookshop, 34 Walton Street, Oxford


Polish poet Tadeusz Dąbrowski, winner of numerous awards and inheritor of the metaphysical tradition in Polish literature, will be reading from his new collection Black Square, translated by Antonia Lloyd-Jones.


Tadeusz Dąbrowski is writing his self-portrait of the artists as a young man. Love, faith and doubt fill its pages.  – Adam  Zagajewski

Antonia Lloyd-Jones is a leading translator of Polish literature (Jarosław Iwaszkiewicz, Paweł Huelle) and reportage (Wojciech Jagielski, Ryszard Kapuściński) into English. In 2009, she received the Found in Translation Award for her rendering of The Last Supper by Paweł Huelle.

£2 ENTRY.  ALL WELCOME.



Black Square by Tadeusz Dąbrowski, translated by Antonia Lloyd-Jones

***

Jako zachętę pozwalam sobie przedrukować jeden z moich ulubionych wieszy Tadeusza:



czym różni się milczenie
puste od znaczącego

głębokie od płytkiego
jasne od ciemnego

milczenie celne od
milczenia jak kulą w płot

tobą




Dla tych, którym nie uda się dojechać do Oksfordu 15 marca br., jest też dobra wiadomość. Będziecie mogli zobaczyć Tadeusza również w Londynie w Sounthbank Centre (wstęp 8 funtów), w St Andrews na festiwalu poetyckim StAnza i w Edynburgu. Szczegóły Tadeuszowego tour znajdziecie na stronie Polskiego Insytutu Kulturalnego w Londynie.

Tadeusz Dąbrowski w Wielkiej Brytanii

wtorek, 21 lutego 2012

World Book Night 2012Jedni nazywają tą akcję totalnym szaleństwem, inni - wielkim błogosławieństwem. W tym roku po raz kolejny odbędzie się World Book Night (Światowa Nocy Książki), podczas której w Wielkiej Brytanii rozdane zostaną setki tysięcy specjalnie na tą okazję wydrukowanych książek. W weekend dowiedziałam się, że przyjęto mnie jako dawcę i tym samym 23 kwietnia (co niezbyt fortunnie przypada w tym roku na poniedziałek. Cóż, ani Szekspir nie wybierał sobie dnia urodzin, ani Cervantes dnia śmierci...) będę wypuszczać w świat 24 egzemplarze "Notes from a Small Island" Billa Brysona - książkę pierwszego wyboru (każdy z kandydatów miał możliwość wybrania trzech pozycji, które są potem rozpatrywane). Postanowiłam tym razem zaoferować tytuł z działu non-fiction i pomyślałam sobie, że jest przecież w Wielkiej Brytanii tyle osób, które nie znają wcale Wysp dobrze i mogą dzięki tej publikacji podróżniczej nie tylko się z nimi zaznajomić lepiej, ale i przy okazji ubawić się humorem opisów amerykańskiego pisarza.

Bill Bryson Notes from a Small Island

Pewnie wiecie, że Bryson popełnił "Zapiski z małej wyspy", kiedy po dwudziestu latach pobytu w Wielkiej Brytanii postanowił wrócić do ojczystych Stanów i w ramach pożegnania wykonał podróż po Wielkiej Brytanii, w większości używając wyłącznie transportu publicznego. Przemierzył cały kraj, od południa po najdalsze części Szkocji, pokazując ciekawą historyczno-obyczajowo-kulturalną perspektywę.

Jeszcze nie zdecydowałam, jak będę książkę rozdawać. W zeszłym roku część egzemplarzy A "Fine Balance" Mistry'ego powędrowała do przypadkowych osób na Traffalgar Square w Londynie. W tym roku myślę, że zrobię bardziej przemyślaną akcję. Dwa egzemplarze trafią do moich sąsiadów (po lewej angielskiego małżeństwa, a po prawej - indyjskiego), kilka do osób, które niedawno przeprowadziły się na Wyspy. Zresztą książka nie musi tylko i wyłącznie podróżować po Brytanii. Jeżeli ktoś z Was ma ochotę na wyprawę po Wyspach bez ruszania się z miejsca, to dajcie znać. Chętnie prześlę Wam kopię!

Jest kilka rzeczy, które szczególnie cieszą mnie ze sposobu, w który zorganizowana zostanie w tym roku wielka akcja rozdawana książek. Przede wszystkim wybór książek jest bardziej zróżnicowany, oprócz literatury pięknej (w tym brytyjskiej klasyki), są pozycje z popularnej, chick lit i sensacji - w końcu to akcja ogólnokrajowa i popularna, która ma zachęcić do czytania w ogóle, więc zdecydowanie powinna zaspokoić odmienne gusta. Książek jest też mniej (24 na głowę zamiast 48 jak w zeszłym roku ), co oznacza, że można będzie łatwiej rozdać je wszystkie w Wielką Noc Książki. Kto ciekawy, może tutaj zobaczyć całą listę tegorocznych, 25 wytypowanych książek.

Wreszcie i to chyba najważniejsze, World Book Night stanie się akcją międzynarodową, bo książki rozdawać będą również Stany Zjednoczone, Niemcy i Irlandia - wszystkie kraje zrobią to tego samego dnia. W USA każdy z wolontariuszy, a będzie ich aż 50 tysięcy (!) otrzyma trzydzieści egzemplarzy książek z tej listy. W Niemczech z kolei ustalono, że w akcję włączy się 33,333 wolontariuszy (ktoś wie, skąd taka akurat liczba??) i podobnie jak w USA będą mieć do dyspozycji 30 egzemplarzy jednej z 25 książek (na liście jest zarówno światowa klasyka typu Jane Austen, Irene Nemirovsky czy Umberto Eco jak i niemieccy autorzy).

Gratuluję serdecznie organizatorom i przede wszystkim krajom, które się włączyły do akcji w tym roku. W 2013 r. czas na następne, a w tym, mam nadzieję, że i na polską inicjatywę! Padmo, liczę na Ciebie! :)


***

Relacja z zeszłorocznej Światowej Nocy Książki.

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...