artystyczna mieszanka

wtorek, 17 listopada 2015
piątek, 12 grudnia 2014

To poniekąd wyjaśni przedłużającą się ciszę na blogu. Od początku grudnia u mnie w pracy można oglądać nową wystawę fotograficzną zatytułowaną Gleis 17. To opowieść w 19 obrazach wykonana przez Davida Tolley, fotografa i artystę pracującego na Uniwersytecie Oksfordzkim. To historia jednego miejsca w Berlinie, które niby funkcjonuje jak zwykła stacja – Grunewald – ale które też mocno uwikłane jest w historię II wojny światowej. David w bardzo stoicki sposób przedstawia to uwikłanie i pokazuje, jak życie toczy się dalej – na torach i na peronie. Praca przypomina mi nieco swoją wymową film Mirosława Bałki z sarenką w oświęcimskim lesie w roli głównej.

Gleis 17, wystawa w Oxford University Press

Szalenie się cieszę z przygotowanej wystawy i serdecznie zapraszam wszystkich tych, którzy są w pobliżu, żeby wstąpili do Oxford University Press (wejście od Great Clarendon Street, Oxford) i ją obejrzeli. Gleis 17 będzie dostępna w Fairway Gallery do 5 stycznia 2015 roku. Za rok wystawa pojawi się też w Polsce (hurra!)

 

Gleis 17 – wystawa fotograficzna Davida Tolley, 1 grudnia 2014 – 5 stycznia 2015, Fairway Gallery, Oxford University Press.



środa, 20 sierpnia 2014

Od poczatku sierpnia na sporej przestrzeni w samym sercu Oxford University Press prezentuja sie prace dwoch polskich artystow, zajmujacych sie sztuka abstracyjna. Ujmujace figury z aluzjami do pisma kultur starozytnych narysowane przez Stanislawa Olesiejuka oraz zdjecia smieci przemienione w kamienie szlachetne Izabelli Bryzek (oraz inne jej prace) mozna do nastepnego tygodnia ogladac u mnie w pracy. Kto ma ochote jeszcze wpasc, prosze dajcie znac! 

 

Stanislaw Olesiejuk, Oxford University Press

Poczatek sierpnia - zawieszam prace S. Olesiejuka w pracowej, nieformalne przestrzeni na wystawy, ktora zwiemy Fairway

 

Iza Bryzek, wystawa w Oxford University Press

Iza Bryzek, jej Matuesz Tarkowski i jej 'kamienie nieszlachetne'



ps. przepraszam za brak polskich znakow.

środa, 09 listopada 2011

Tate Modern Film Unilever SeriesW tym roku duża zmiana. Po kilku latach wielkich, koceptualistycznych prac (min. Sunflower seeds Ai Weiwei czy czarnego pudła Mirosława Bałki) w Hali Turbin w Tate Modern pojawił się film, a dokładnie nostalgiczna, 11-minutowa, niema produkcja nazwiązująca do początków filmu. Wszyscy, którzy liczą na podobnie spektakularne efekty co w przypadku poprzednich prac, będą, w moim przekonaniu, rozczarowani. Nie chcę jednak przez to powiedzieć, że "Film" jest nieciekawy. Wręcz przeciwnie. Pracę brytyjskiej artystki Tacity Dean można porozkładać na wiele warstw i w każdej doszukać się intrygujących aluzji. Przyglądanie się "Filmowi" przypominało mi trochę zabawę w "Wysielca" (na pewno ją pamiętacie - chodzi o odgadnięcie wyrazu przez odkrywanie liter. W tym przypadku litery trzeba zamienic na obrazy).

Tate Modern Film Unilever Series

Kształt wielkiego ekranu imituje taśmę filmową. Obraz zmienia się na nim po kawałku. Nagle jedna część zmienia się w czerwony kwadrat, potem druga w żółty, by po chwili pokazać coś, co ewidentnie wywołuje skojarzenia z obrazami Joana Miró. Ok, zatem Joan Miró! (udaje mi się uniknąć wiśnięcia) Potem są spadające jajka na tle wielkiego budynku, który jest zdjeciem boku Tate Modern. Jajka, jakie absuralne?! Oczywiście jajka nawiązują do prac brytyjskich surrealistów z początku wieku (znowu uchodzę z życiem). Pojawiają się też najróżniejsze motywy wanitatywne: zachodzącego słonca, spadających liści. I pewnie dziesiątki innych, których najzwyczajniej świecie już nie wyłapuję (jednak wisielec!)

Tate Modern Film Unilever Series

Dobór kadrów każe mi jednak pozostać głównie w czasach modernizmu. Nie bez przyczyny. Bo "Film" Tacity Dean jest przede wszystkim filmem o filmie (w tej epoce rodzi się przecież ruchomy obraz). Artystka  pokazuje jednak coś, co bezpowrotnie mija: jego analogową, niemą formę. "Film" czytam więc jako refleksję nad samym medium. 

Tate Modern Film Unilever Series

Wszystko dobrze. Można tak stać w nieskonczoność w monstrualnych ciemnościach Hali Turbin w Tate Modern i odgadywać nawarstwione znaczenia poszczególnych klatek filmowych. To jednak, co mi przeszkadza, to to, że właściwie nie mam w tym żadnej frajdy. "Filmu" Tacity Dean nie potrafię kontemplować. Mój umysł nie poddaje się magicznej sile medium, bo w tej pracy za dużo jest o samym medium, a za mało treści. Dlatego w tym roku wyszłam z Tate Modern w stanie totalnej obojętności.

Na koniec muszę się pochwalić, że w tegorocznym wydaniu anglojęzycznego czasopisma "Ikonotheka" wydawanego przez Instytut Historii Sztuki (które ukaże się w grudniu) pojawią się moje zdjęcia z Tate Modern prezentujące pracę Mirosława Bałki "How it is".

Tate Modern Film Unilever Series

Tacita Dean "Film", Unilever Series 2011,  Tate Modern

czwartek, 10 marca 2011

Ai Weiwei Sunflower Seeds, Londyn, Tate ModernW miniony weekend udało mi się trafić do londyńskiej Tate Modern. Szczerze wyznaję, że z wielkim entuzjazmem śledzę The Unilever Series - program zleceń prac artystycznych, wystawianych w monstrualnej Hali Turbin. W zeszłym roku wielkim przeżyciem było dla mnie wejście do kolosalnego, czarnego pudła Mirosława Bałki. W tym roku czekałam na spotkanie z Ai Weiwei, znanym chińskim konceptualistą i działaczem. O jego pracy - Sunflower Seeds (Ziarenka słonecznika) - z pewnością wielu z was już słyszało. Ręcznie wykonane, porcelanowe ziarna w ilości około 100 milionów wyścieliły ponad 3 tys. metrów kwadratowych Hali Turbin. Nie o liczby jednak chodzi, ale o skalę. Ai Weiwei prowokuje do myślenia w makro i mikro wymiarze, pytając o kondycję jednostki, społeczeństwa i całej ludzkości. Każde ziarenko jest inne, ale jego indywidualne kształty giną w szarym polu miliona innych ziaren. Słonecznikowe pole z kolei jest szarą masą tylko w globalnej optyce, bo wystarczy zbliżyć się do niego, by wyłoniły się stamtąd pojedyncze jego cząstki. Gra jest prosta, ale ważna. Weiwei próbuje w tym kolosalnym przedsięwzięciu uchwycić uniwersalne relacje jednostki wobec grupy. Traktuje je niezwykle szeroko, każe sięgać po kontekst humanistyczny, społeczny, chiński, polityczny, a wreszcie i autotematyczny, bo Sunflower Seeds to też traktat o sztuce. Żeby jednak móc go dobrze odczytać, a raczej, żeby wejść z nim w dialog, trzeba ziarenek doświadczyć. Założeniem pracy była interakcja. Mieliśmy po ziarenkach chodzić, dotykać ich, przyglądać się nim i pewnie wziąć jedno na pamiątkę tej przewrotnej zabawy. Miało być tak:

Ai Weiwei Sunflower Seeds, Londyn, Tate Modern

Przez pierwsze dwa dni zwiedzanie wystawy Sunflower Seeds było zmysłowym doświadzeniem

Tymczasem to, co czeka na zwiedzającego, to wcale nie zaproszenie do wspólnej gry, ale raczej game-over - martwe pole, otoczone barierką i dwójką postępnych strażników oraz wielki napis Please do not touch sunflower seeds. Co za rozczarowanie! Powodem takiego stanu rzeczy jest paranoja związana z obawą, że chodzący po porcelanie nawdychają się pyłu. Co jest w tym wszystkim dla mnie wielce zaskakujące to to, że zakaz wprowadzono w dwa dni po otwarciu wystawy, więc ci, którzy ją przygotowywali, musieli wcześniej wiedzieć, jakie jest ryzyko. Zresztą wystarczyłoby w zdrowych warunkach po prostu załatwić sprawę jedną tabliczką informującą o "zagrożeniu" i dać zwiedzającym wybór, a przede wszystkim ocalić pracę, artystę i odbiorcę.

Wei Wei Sunflower Seeds Tate Modern, Hala Turbin, Londyn

Teraz pracę Ai Weiwei można tylko oglądać z daleka

W niedzielę w Tate Modern zastałam trupa, wolną sztukę pogrzebaną przez bezpieczny paragraf prawa, obraz smutny i przykry. Weiwei do przygotowania Sunflower Seeds zaangażował całe miasto - Jingdezhen - które niegdyś słynęło z kunsztownej sztuki robienia porcelany. Nad przygotowaniem ziarenek siedziały młode dziewczyny i starsze panie, a mężczyźni zajmowali się wypalaniem ceramicznych drobinek. Projekt Sunflower Seeds tchnął życie w miasto, był częścią akcji resuscytacyjnej rzemiosła (polecam obejrzeć film o tym, jak powstawały ziarenka, który dostępny jest za rogiem, w specjalnie przygotowanej salce). W Tate Modern miał ożywić dyskusję o człowieku i o sztuce. Tymczasem muzeum skutecznie ukatrupiło jakąkolwiek próbę dialogu.

Źle znoszę wszelkie zakazy "nie dotykać". Być może jako dziecko za mało dostałam po łapach, słysząc słowa "nie wolno" albo może ciekawość jest u mnie silniejsza niż strach przed złamaniem zasady. Nie mogłam przeboleć tego, że nie tylko nie mogę przejść się po olbrzymim polu ziaren, ale też nie mogę ich poczuć (najbliższe ziarenka znajdują się jakieś 30 centymentów od barierki). Musiałam spróbować. Udało mi się odpowiednio wychylić i dotkąć kilku z nich. To trwało jednak tylko kilka sekund, bo zaraz zjawiła się przy mnie groźna strażniczka z niemiłym upomnieniem. Poczułam się tak, jakbym została przyłapana na karmieniu wygłodzonej małpy w wielkim zoo. Patrzenie na to, co znajduje się za barierką jest nie tylko bolesne, ale jeszcze do tego niezwykle frustrujące. Na miejscu Ai Weiwei kazałabym Tate Modern pójść się leczyć.

Wei Wei Sunflower Seeds Tate Modern, Hala Turbin, Londyn

Sunflower Seeds "zabezpieczone" przed odbiorcą przez Tate Modern


***

Ai Weiwei Sunflower Seeds

Tate Modern, Hala Turbin, Londyn,wystawa czynna do 2 maja

wstęp wolny

wtorek, 07 grudnia 2010

Zaczęłam przeglądać pierwsze zajawki wystaw, jakie zaplanowano w Londynie na przyszły rok. Program artystyczny zapowiada się ciekawie, choć z pierwszych moich oględzin wynika, że nie szykuje się niczego na miarę tej wystawy Picassa. National Gallery proponuje tym razem artystyczne spojrzenie na renesansową przeszłość, organizując w lutym 2011 wystawę poświęconą flamadzkiemu artyście Janowi Gossaert (Jan Gossaert’s Renaissance będzie można zobaczyć od 23 lutego do 30 maja). Nieco rozczarowała mnie też zapowiedź Tate Britain na przyszły rok - od czerwca do września prezentować będzie dużą kolekcję obrazów wortycystów (The Vorticists: Manifesto for a Modern World), a angielska odpowiedź na kubizm i futuryzm mało mnie pociąga. Zresztą obrazy tych artystów można było w tym roku oglądać przy okazji dużej wystawy poświęconej futuryzmowi w Tate Modern.

Z długiej listy zapowiedzi wybrałam zatem tylko kilka planowanych wydarzeń artystycznych, które wydały mi się najbardziej interesujące:

The Cult of Beauty: the Aesthetic Movement 1860-1900, Victoria and Albert Museum (2 kwietnia - 17 lipca 2011) - duża wystawa poświęcona dokonaniom artystycznym tych, którzy działali w ruchu Arts and Crafts Movement, tworząc wyszukane wzory, inspirowane średniowieczem, romantyzmem czy folklorem. Kto ma ochotę popatrzeć raz jeszcze na zjawiskowe kompozycje Williama Morrisa, powinien koniecznie się wybrać.

Afghanistan: Crossroads of the Ancient World, British Museum (3 marca - 3 lipca) - zawsze z chęcią wybieram się na wszelkie wystawy, które pokazują miejsca, gdzie krzyżują się szlaki czy mieszają wpływy. Ta ekspozycja nie tylko będzie przedstawiać prawdziwe skarby Afganistanu, ale i zaprezentuje je w szerszym kontekście artystycznych wpływów z regionu. Wszystkie wystawiane przedmioty przyjadą do Londynu z nowoprzebudowanego muzeum w Kabulu. Przy okazji tej wystawy trwa debata o tym, czy Afganistanowi uda się zadbać o to, co pozostało w jego krajowych kolekcjach, uszczuplanych przez niekończące się konflikty. Mam nadzieję, że kabulskie muzeum się nie podda. Trzymam kciuki.

Degas Dancers: Eye and Camera, Royal Academy of Arts, 17 września - 11 grudnia - cała masa tancerek Degas (przyjedzie aż 75 obrazów, pasteli i rzeźb!) i to w jednym miejscu. Nie można przegapić!

 

Kilka z ciekawych wystaw już się zaczęło i trwać będzie do przyszłego roku:

Turner Prize - tegorocznego zwycięzcę prestiżowej nagrody Turnera poznamy już w tym miesiącu. Nominowanych można oglądać w Tate Britain do 3 stycznia. O czołowej czwórce można poczytać w Guardianie (i zobaczyć przykłady ich prac). W zeszłym roku nagrodzono artystę od "obrazów ulotnych jak motyle"

turner prize 2010

Future Beauty: 30 Years of Japanese Fashion (Barbican Art Gallery, do 6 lutego 2011) - japońska dbałość o piękno stroju w wykonaniu współczesnych projektantów mody

Eadweard Muybridge (Tate Britain, do 16 stycznia 2011) - wystawa retrospekcyjna jednego z najbardziej znanych pionierów fotografii i filmu

Muybridge - wystawa fotografii w Londynie

Gauguin: Maker of Myth (Tate Modern, do 16 stycznia 2011) - Tate skusiło się na ogromną wystawę Gauguina - w museum można zobaczyć ponad 100 prac. Gauguin mnie mocno nie pociąga, więc tą wystawę raczej pominę.

Gauguin - wystawa w londyńskiej Tate Modern

Ai Weiwei (Tate Modern, do 25 kwietnia 2011) - tym razem w Hali Turbin gości monumentalna i zarazem delikatna praca chińskiego artysty, składająca się z ok. 100 milionów ręcznie wykonanych z porcelany ziaren słonecznika. O wystawie można już poczytać u Chihiro. Przez pierwsze kilka dni po ziarenkach można było chodzić, co z pewnością musiało być ciekawym doświadczeniem. Potem jednak odezwały się restrykcyjne głosy health and safetly i zabroniono interakcji z Sunflower Seeds ze względu na rzekome niebezpieczeństwo nawdychania się pyłu porcelanowego. Czy rzeczywiście takie istnieje i jest aż tak niebezpieczne? Tego nie udało się ustalić. Tak na marginesie brytyjskie health and safety nie tylko potrafi zepsuć dobrą zabawę, ale i uniemożliwia pracę. W zeszłym roku weszły w Oksfordzie nowe zasady BHP dla bibliotekarzy uniwersyteckich i każdy z nich pomimo wykonywania pracy przez x lat musiał przejść kurs... "bezpiecznej obsługi drabiny". Bibliotekarze się obrazili (i chwała im za to), więc przez parę tygodni w ogóle nie ściągali książek w wyższych półek, do których można było dostać się tylko po drabinie...

I na koniec ta mała ciekawa wystawa: The Illustrators. The British Art of Illustration 1870 - 2010, (Chris Beetles Gallery do 8 grudnia 2010) - którą też można zobaczyć w internecie tutaj.

British Illustrators


Mam nadzieję, że uda mi się co nie co w przyszłym roku zobaczyć - to wszystko zależy od Isabeli i tego, czy spodoba jej się: bycie noszoną w nosidełku, pomysł jedzenia bez wpadania w histerię i dłuższe spanie. A dziś psssyt... mała zostaje z babcią a nam uda się może wyjść do teatru!

wtorek, 10 sierpnia 2010

Dwutygodnik numer 35

Kto zna bądź pamięta Wielką Brytanię lat 70-tych i 80-tych, musiał zetknąć się z rzeźbami Henry'ego Moore'a, jednego z najpotężniejszych gigantów angielskiej sceny artystycznej minionego wieku. Prace rzeźbiarza w pewnym momencie dosłownie wyścielały miejskie skwerki, dziedzińce biurowców, ogrody i rzecz jasna galerie. Złośliwi zwykli mówić: "Moore – less is more" a sława, rozmach światowych zamówień na jego prace i upór artysty w powtarzaniu motywów sprawił, że pod koniec życia świat artystyczny trakował go raczej jako wytwórcę niż kreatora (wpiszcie imię i nazwisko rzeźbiarza w brytyjskie Google Image a zobaczycie jak często te same motywy i kształty pojawiały się w tym samym czasie wielu różnych miejscach na świecie).

Kilka miesięcy temu byłam na dużej wystawie, którą zorganizowało Tate Britain, by odświeżyć wizerunek artysty i przywrócić mu "artystyczny honor". Wydawało mi się, że niewiele już można powiedzieć świeżego o Moorze. Pomimo tego wystawę retrospektywną chciałam zobaczyć, bo zwłaszcza wczesne prace artysty, w których eksperymentuje z kształtem i podejściem do ludzkiego ciała, uważam za bardzo ciekawe. Na samą relację z wystawy zapraszam tym razem jednak nie do Tygla, ale do 35 numeru Dwutygodnika.

Wystawa właśnie się skończyła. Kiedy myślę o niej z perspektywy, to żałuję, że Tate nie poszło dalej w swoich poszukiwaniach tematu i nie pokazało tego, jak do dziś artyści polemizują z Moorem. To intrygująca relacja: młodzi z jednej strony go karykaturyją, a z drugiej nie mogą się od jego autorytetu uwolnić. Jeżeli macie chwilkę, to poszukajcie sobie m.in. "Mother and Child Divided" Hirsta z lat 90-tych, "Henry Moore bound to fail" Naumana czy "Reclining Nude Fully Draped" McLeana.

Henry Moore, wystawa w Tate Britain, Londyn 2010

Henry Moore prezentował się w Tate Britain od lutego do początku sierpnia

niedziela, 25 kwietnia 2010

Polska! Year, polska kultura na WyspachPodobno, tak bynajmniej twierdzi jedna z dziennikarek "Guardiana", przeciętnemu Brytyjczykowi Polska do niedawna kojarzyła się z wódką, śledziem i bigosem. Te, jakże plastyczne skojrzenia, utwierdzali nie tylko sami Polacy, maniacko poszukując w sklepach kiszonej kapusty i narzekając na brak polskiego alkoholu, ale chociażby tanie linie lotniczne i wszelkiego rodzaju reklamy zachęcające do odwiedzenia kraju w środku Europy – tanio, wyskokowo i egzotycznie (nikt przecież w zwykłym kraju nie marynowałby ryby w occie!).

Z moich prywatnych obserwacji poczynionych w ostatnich sześciu latach wynika coś jednak zgoła innego. Polska, moim zdaniem, stereotypowo kojarzy się przede wszystkim z krajem katolickim i raczej zamkniętym (przez co może przechodząc potem na kulinarne tematy te polskie, stołowe specjały wydają się bardziej egzotyczne niż rzeczywiście są).

Tak przynajmniej sprawa przedstawiała się bądź przedstawiać powinna do zeszłego roku, bo wtedy ruszył olbrzymi program kulturalny zatytułowany "Polska! Year", mający przybliżyć zwykłemu Brytyjczykowi osiągnięcia polskiej kultury i wypłukać stereotypowe wyobrażenia, zastępując je czymś świeżym. 200 wydarzeń kulturalnych: wystawy, pokazy, projekcje, spotkania, festiwale odbywały się od wiosny zeszłego roku i trwają do maja br. Projekt był moim zdaniem bardzo udany (gratulacje dla Instytutu Adama Mickiewicza, który pomysł niemalże z misyjnym zacięciem zrealizował). O kilku wydarzeniach opowiem jutro (26 kwietnia) i w następny poniedziałek (3 maja) w audycji Maxa Cegielskiego "Nie lubię poniedziałku" w Radiu Roxy (19-21.00). Serdecznie zapraszam!

Więcej o samym programie na stronie Polska! Year

wtorek, 13 kwietnia 2010

Paweł Althamer, Common TaskPrzed otwarciem wielkiego, czarnego pudła w Tate Modern (o którym pisałam tutaj), Mirosław Bałka zapytany został przez polską dziennikarkę, czy to, co przygotował dla brytyjskiego muzeum, to "coś wesołego". Zdębiałam, czytając. Mogę sobie wyobrazić, że podobie musiał zareagować w pierwszym momencie sam Bałka. Potem dodał w wywiadzie już na chłodno, że on nie jest z departamentu sztuki wesołej, co było, moim zdaniem, znakomtą pointą.

W tym roku oksfordzkie Muzeum Sztuki Współczesnej gościło wydział artystycznej wesołości. Tak się niefortunnie stało, że wspólnie z Bałką. Przez kilka miesięcy na górnym piętrze muzeum można było oglądać porażające, nieme filmy Bałki z terenów obozu koncentracyjnego, którymi artysta tropił zacierające się ślady historii. Na dole z kolei pojawił się - chyba nie pomylę się, określając go rodzajem performance - projekt "Common Task" ("Wspólne zadanie") Pawła Althamera. Projekt zrobiony "na śmiesznie", choć mi do śmiechu wcale nie było, oglądając prezentowany film.

Pewnie wielu z Was widziało bądź przynajmniej słyszało o akcji Althamera, którą zorganizował na warszawskim Bródnie, dobierając kilku mieszkańców dzielnicy i wspólnie wyruszając w złotych skafandrach kosmitów do Mali, by tam przy malowaniu znaków na skałach powrócić do korzeni ludzkiej aktywności twórczej. Prezentowany w Oksfordzie film był zapisem tej właśnie podróży.

Z filmami artystów bywa różnie. Bez większej bądź żadnej edycji potrafią być niezwykle autentyczne i wyzwalające silne emocje, ale i nużące, głupie i pozbawione sensu. Film "Common Task" z kolei kompletnie wprawił mnie w kompletne zażenowanie.

Film zaczyna się od krótkich wywiadów z mężczyznami, którzy wspólnie z Althamerem przebiorą się za kosmitów i wyjadą do Afryki. Jeden z nich wyraża nadzieję, że go na "czarnym kontynencie" nie zjedzą... To jednak dopiero początek. W Mali już jako grupka złotych kosmitów uczestniczy akcji przemierzają miejski rynek. Oczywiście zwracają sobą uwagę mieszkańców. Jeden z Polaków w pewnym momencie mówi do młodego Malijczyka swoją łamaną angielszczyzną coś w stylu "Jeżeli idziesz z nami, to poznasz coś pięknego". Chłopak słusznie wytrzesza oczy, na co mężczyzna atakuje go pytaniami "You understand? Do you understand????", robiąc z siebie nic więcej jak ucieleśnienie ludzkiej głupoty. Po tym przykładzie błazenady mam ochotę wyjść.

Paweł  Althamer, Common  Task

"Common Task" Pawła Althamera

Z wychodzeniem z filmów mam jednak pewnien problem. Coś zawsze trzyma mnie w krześle i każe naiwnie wierzyć, że po obejrzeniu zakończenia całość objawi się w zupełnie innym świetle, a z film okaże się ostatecznie warty spędzonego czasu.

Zostałam, ale to była zła decyzja. Im dalej, tym bardziej żenujący "Common Task" się staje. Podczas spotkania z wiejskim artystą zajmującym się rzeźbieniem w drewnie, polscy kosmici (wciąż w złotych skafandrach) demonstrują mu przed oczami spray ze złotą farbą. Ten, co trzyma butelkę w ręce, rzecze do Malajczyka swoim ograniczonym angielskim "To jest spray, widzisz? To spray, spray, nie?", po czyjm gryzda jedną z rzeźb na złoto.

Wspomniane fragmenty są irytujące. Całość po prostu głupia. Wychodząc z Muzeum, nie mogłam odpędzić się od myśli, że lepiej byłoby, gdyby panowie po prostu zostali w domu. Albo może to ja powinnam?

środa, 10 marca 2010

Crossing the BordersDziś kilka słów o wystawie, która swoim charakterem doskonale wpisuje się w profil tego bloga. To kolejna, już druga opisywana przeze mnie odsłona przebogatych wnętrzności oksfordzkiej Bodleian Library (o najpiękniejszych książkach świata pisałam tutaj). Tematem jest przekracznie granic i kultur, a dokładnie rezultat tych twórczych wycieczek poza kresy własnego, kulturowego poletka. Wiadomość o wystawie "Crossing the Borders: Hebrew Manuscripts as a Meeting-place of Cultures" ucieszyła mnie podwójnie. Byłam szalenie ciekawa, jak odmienne artystyczne tradycje spotykają się i mieszają w czymś tak delikatnym jak manuskrypty średniowieczne (a czasami nawet czymś tak, wydawałoby się, konserwatywnym jak teksty religijne). Nie mogłam się też doczekać samej możliwości obejrzenia czegoś unikatowego, co większość obecnego życia spędza w magazynach (czy też sejfach?) biblioteki, szalenie rzadko wystawiając się na wzork zwykłego śmiertelnika.

Bodleian Library zdecydowanie wie, jak zabrać się do rzeczy. Wystawa jest znakomicie przygotowana w przyciemnionej sali gotyckiego budynku, gdzie punktowe lampki rozświetlają cały kolorystyczny i wzorniczy kunszt rękopisów wykonywanych w warsztatach Żydów, Muzułmanów i Chrześcijan. Największe wrażenie robi Kennicott Bible, przepiękny rękopis Biblii stworzony w muzułmańskiej Hiszpanii, stąd też pełny islamskiego wzornictwa, doskonałej geometrii. Obok dla porównania usadowiono egzemplarz Koranu z tego samego czasu. Na pierwszy rzut oka aż trudno je odróżnić!

Oksfordzka biblioteka Bodleain Library

Jedna z sal w Bodleain Library

Hebrajskie manuskrypty powstawały w żydowskich społecznościach rozsianych po Europie. Hebrajski, rzecz jasna, był wtedy tylko językiem pisanym, bo Żydzi posługiwali się zwykle mową miejsca, w którym mieszkali. Te miejsca i ich kultury wywarły ogromny wpływ na to, jak tworzyli klasyczne dla nich teksty. Aszkenazyjczycy, niegdyś utożsamiani z Żydami z Niemiec, pracowali nad rękopisami Tory czy modlitewników, naśladując styl średniowiecznych tekstów łacińskich z tego regionu (Chwilę mi zajęło zanim zorientowałam się, że nie oglądam gotyckich liter łaciny, ale hebrajski alfabet...). Sefardyjczycy - Żydzi z Półwyspu Iberyjskiego i północnej Afryki - zanurzyli się we wspaniałościach arabskiej kaligrafii. Z kolei we włoskiej Ferrarze powstawały zarówno w żydowskich jak i chrześcijańskich warsztatach przykłady hebryjskich pism religijnych, które... zawierały chrześcijańskie motywy graficzne, np. Marii i jednorożca. Kiedy opowiadałam o wystawie znajomemu historykowi z Izraela, którego rodzina pochodzi ze społeczności Żydów aszkenazyjskich, powiedział tylko: niemożliwe, religijne teksty hebrajskie nie mogą mieć ilustracji!

Historia kulturalnych (i przecież religijnych) wpływów potwierdza jednak, że niemożliwe jest jak najbardziej wykonalne i to jeszcze w najpiękniejszy z możliwych sposobów. Czyż nie cudowna i w pewnien sposób niewiarygodna była ta późnośredniowieczna swoboda wymiany myśli między trzema religiami, kilkunastoma krajami i wzajemne nieskrępowane, wychodzące ponad ortodoksyjne ramy dokonania sztuki rękopisarskiej (nawet w materii tak wrażliwej jak teksty religijne)?

Wychodząc z wystawy, wysiliłam się na małą próbę pamięci. W ostatnich kilku latach musiałam zwiedzić dziesiątki wystaw w dalekich i bliskich krajach i nikt, absolunie nikt nie pokazywał czegoś podobnego, co mogłoby mieć miejsce współcześnie. Czy zatem w świecie globalnie dostępnym, żyjąc w miejscach, które są coraz większymi tyglami narodowo-kulturalnymi, takiej swobody i wzajemnej inspiracji nie ma? A może właśnie ze względu na taką dostępność i wymieszanie, wolimy tworzyć i pokazywać to, w czym wyrośliśmy, co najbliższe skóry?

Manuscrypt hebrajski - wystawa Crossing the Borders


Pisząc teraz o tej wystawie, nie mogłam się nie uśmiechnąć. Kiedy zaczynałam pisać tego bloga, moje pierwsze nieśmiałe teksty były właśnie o chrześcijańsko-muzułmańsko-żydowskich wpływach w sztuce: o Synagodze według Maurów i meczeto-katedrze w Cordobie. Powracam zatem do początków... :)

Wystawie "Crossing the Borders: Hebrew Manuscripts as a Meeting-place of Cultures" towarzyszły w ostatnich kilku tygodniach wykłady organizowane przez kuratorów. Spotkania odbywały się w czasie przerwy obiadowej, więc radośnie się na nie wybrałam, tym bardziej, że zaproszono nas nie byle gdzie, ale do samego Convocation Room - cudnej gotyckiej sali, w której na obrady zbierają się największe głowy Uniwersytetu Oksfordzkiego. Wykłady były na akademickim poziomie, a ze mnie żaden ekspert w średniowiecznych rękopisach, więc słuchałam pokornie, nie rozumiejąc połowy i wyobrażając sobie, jak na tych twardych, gotyckich ławach muszą i musieli się w tej kilkuset letniej historii męczyć obradujący...

Convocation Room

Średniowieczna Convocation Room w oksfordzkiej bibliotece


***
Crossing Borders: Hebrew Manuscripts as a Meeting-place of Cultures
Oksford,  Exhibition Room, Bodleian Library
Wystawa trwa do 3 maja 2010, wstęp wolny

niedziela, 07 marca 2010
Widzę ciemność
"Widz nie powinien wiedzieć zbyt dużo przed tym, jak wybierze się zobaczyć dzieło sztuki" - powiedział Mirosław Bałka, kiedy kilka tygodni temu przyjechał do Oksfordu, żeby porozmawiać na temat wystawy swoich prac w Oxford Museum of Modern Art i ogólnie o własnym podejściu do tworzenia. To zdanie mocno utkwiło mi w pamięci, bo w swojej zwięzłości dotyka sprawy podstawowej: odbierania sztuki wrażeniami a niekoniecznie przez intelekt (i to zbiorowy - rzesz krytyków), o zachowanie pierwszego silnego uczucia takiego przeżycia.
Podczas ostatnich podróży "wpadałam" na Mirosława Bałkę często. Zresztą jego praca była pierwszą, jaką widziałam w Museum of Modern Art w Nowym Jorku. Dopiero jednak wczoraj udało mi się dotrzeć do jego gigantycznego czarnego pudła (konteneru?) zatytułowanego "How it is" w Tate Modern w Londynie.
Do środka wchodzi się po długiej rampie i powoli zatapia się w ciemność. Uczucie jest niesamowite, nowe, zupełnie dezorientujące. Im dalej wchodziłam, tym większa była moja niepewność dotycząca przestrzeni. Pudło w środku wyścielone jest czarnym welurem a nie pomalowane farbą, żeby przypadkiem nie odbijało światła. W kontenerze trzeba zupełnie się mu poddać, bo zmysły przestają nas prowadzić. Natychmiast wysunęłam przed siebie ręce w zwykłym odruchu, który przecież jest nam tak wspólny, kiedy zawodzi wzrok. I ta droga do końca pudła (swoją drogą koniec przychodzi nagle, czują go ręce w postaci miękkiej ściany) miała charakter inicjacji, inicjacji w ciemność, w nieznane. Doświadczenie jest naprawdę unikatowe!
"How it is" jest świetną, genialną w swej prostocie pracą, która zabiera do obcego świata, pokazując jak bezradnie człowiek zaczyna się czuć w przestrzeni, w której nie potrafi orientować się za pomocą zmysłów wzroku i słuchu. To ekstremalne przeżycie. I można go doznać tylko raz! Wychodząc z czarnego pudła, idzie się w stronę światła, zaczyna się rozpoznawać kształty. Kiedy odwróciłam się z powrotem w stronę ciemności, to mój wzrok w dziwny sposób nagle zaczął dostrzegać wszelkie odcienie czerni i szarości, dając mi pełen obraz końca, rogów, początku. Podróż do kresu jest jedna i odbywa się w całkowitej niepewności. Zmierzanie do światła to dreptanie do znanego, w objęcia kojącej przestrzeni. Ta droga ma w sobie wiele z mistyki światła i cienia, momentu przejścia. Na końcu pudła można być jak na skraju Styksu, czekając na przewoźnika...
Tym wszystkim, którzy jeszcze nie widzieli "How it is" gorąco polecam wizytę w Tate Modern na południowym wybrzeżu Tamizy. Pudła ciemności można doświadczać do 5 kwietnia br. (wstęp wolny).
Panie Mirosławie, dziękuję za to niezwykłe doświadczenie!

Tate Modern"Widz nie powinien wiedzieć zbyt dużo przed tym, jak wybierze się zobaczyć dzieło sztuki" - powiedział Mirosław Bałka, kiedy kilka tygodni temu przyjechał do Oksfordu, żeby porozmawiać na temat wystawy swoich prac w Oxford Museum of Modern Art i ogólnie o własnym podejściu do tworzenia. To zdanie mocno utkwiło mi w pamięci, bo w swojej zwięzłości dotyka sprawy podstawowej: odbierania sztuki wrażeniami a niekoniecznie przez intelekt (i to zbiorowy - rzesz krytyków), o zachowanie pierwszego silnego uczucia takiego przeżycia.

Podczas ostatnich podróży "wpadałam" na Mirosława Bałkę często. Zresztą jego praca była pierwszą, jaką widziałam w Museum of Modern Art w Nowym Jorku. Dopiero jednak wczoraj udało mi się dotrzeć do jego gigantycznego czarnego pudła (konteneru?) zatytułowanego "How it is" w Tate Modern w Londynie.

Do środka wchodzi się po długiej rampie i powoli zatapia się w ciemność. Uczucie jest niesamowite, nowe, zupełnie dezorientujące. Im dalej wchodziłam, tym większa była moja niepewność dotycząca przestrzeni. Pudło w środku wyścielone jest czarnym welurem a nie pomalowane farbą, żeby przypadkiem nie odbijało światła. W kontenerze trzeba zupełnie się mu poddać, bo zmysły przestają nas prowadzić. Natychmiast wysunęłam przed siebie ręce w zwykłym odruchu, który przecież jest nam tak wspólny, kiedy zawodzi wzrok. I ta droga do końca pudła (swoją drogą koniec przychodzi nagle, czują go ręce w postaci miękkiej ściany) miała charakter inicjacji, inicjacji w ciemność, w nieznane. Doświadczenie jest naprawdę unikatowe!

Wejście do konteneru ciemności Mirosława Bałki 'How it is'

Wejście do ciemności

"How it is" jest świetną, genialną w swej prostocie pracą, która zabiera do obcego świata, pokazując jak bezradnie człowiek zaczyna się czuć w przestrzeni, w której nie potrafi orientować się za pomocą zmysłów wzroku i słuchu. To ekstremalne przeżycie. I można go doznać tylko raz! Wychodząc z czarnego pudła, idzie się w stronę światła, zaczyna się rozpoznawać kształty. Kiedy odwróciłam się z powrotem w stronę ciemności, to mój wzrok w dziwny sposób nagle zaczął dostrzegać wszelkie odcienie czerni i szarości, dając mi pełen obraz końca, rogów, początku. Podróż do kresu jest jedna i odbywa się w całkowitej niepewności. Zmierzanie do światła to dreptanie do znanego, w objęcia kojącej przestrzeni. Ta droga ma w sobie wiele z mistyki światła i cienia, momentu przejścia. Na końcu pudła można być jak na skraju Styksu, czekając na przewoźnika...

Wyjście z ciemności

Wyjście z ciemności 'How it is'

Tym wszystkim, którzy jeszcze nie widzieli "How it is" gorąco polecam wizytę w Tate Modern na południowym wybrzeżu Tamizy. Pudła ciemności można doświadczać do 5 kwietnia br. (wstęp wolny).

Panie Mirosławie, dziękuję!

poniedziałek, 01 marca 2010

Musee Maillol, ParyżSetki czaszek. Jedne po prostu puste, odarte ze wszystkiego, inne z cząstkami tego, czym był kiedyś człowiek, a co po śmierci stanowi pożywienie dla robaków. W centrum diamentowa czaszka - śmiejąca się śmierć, a w rogu cała masa biżuterii: łańcuszki z trupami, z trumienkami, pierścienie z kościotrupem. Na piętrze święci zapatrzeni w to, co czeka ich po przejściu przez życie. Przy nich Picasso i Braque, dekonstruujący śmierć, upraszczający ją do roli zdeformowanej czaszki. Nie, to nie satanistyczna zabawa, to nie modernistyczny film, to nie pokój zbuntowanego nastolatka. To trzy piętra niezwykłej, paryskiej wystawy. C'est la Vie! Vanités de Caravage à Damien Hirst czyli "Takie jest życie. Marność od Caravaggia do Damiena Hirsta", która rozpoczęła się w lutym, zaraz po naszym przyjeżdzie do Paryża, w Musee Maillol jest zaproszeniem do spotkania z naszym kresem, jest wielowieką refleksją nad postrzeganiem śmierci.

Paradoksalnie wyjściem do oglądania tej wystawy jest sztuka współczesna - prace międzynarodowych artystów przedstawiają powszechność śmierci, jej szeroki kontekst: śmierć Boga, śmierć malarstwa, śmierć jako obiekt komercyjny. I tutaj miejsce jest dla słynnej czaszki wykonanej z diamentów autorstwa Damiena Hirsta (nota bene nie jest to TA czaszka, która uznana została za najdroższe dzieło sztuki, bo Hirst wykonał kilka podobnych prac, więc do Paryża zawitała jedna z "mniej" cennych). Hirst jest najbardziej porażający ze wszystkich współczesnych na wystawie. Jego prace dorównują siłą wyrażenia ludzkiej marności jednynie średniowiecznym, rozkładającym sie trupom, które porażają mnie dogłębnie. Co za potworny naturalizm!

Jeżeli mnie zapytacie, to ja nie chcę mieć w tym udziału. Mnie po śmierci proszę rozczątkować, oddać to, co sie przyda tym, którym to przedłuży życie. A potem proszę poddać kremacji i oddać powietrzu. Nie karmić robaków.

Takie jest życie.  Przemijanie. Wystawa w Musee Maillol w Paryżu

Kuriozalny gabinet śmierci


C'est la Vie! Vanités de Caravage à Damien Hirst
to 160 prac, od starożytności po lata obecne. Trzy piętra. Po jej obejrzeniu całości musiałam natychmiast poszukać życia, zawiesić oko na ciele, które wciąż oddycha, najlepiej, żeby było pulchne, krągłe i ciepłe.

O szczegółach wystawy będę mówić dziś/jutro (w poniedziałek 1 marca) w Radiu Roxy w audycji Maxa Cegielskiego "Nie lubię poniedziałku" (19.00-21.00) Tych, którzy się nie boją, serdecznie zapraszam! Audcyji można posłychać w internecie na stronie radia po wybraniu z listy stacji Roxy FM).

Śmierć boga wg Damiena Hirsta

Śmierć Boga według Damiena Hirsta

niedziela, 13 grudnia 2009

Podwójne zaproszenie na jutro do Radia Roxy: tak się złożyło, że jutro ukaże się w eterze też moja relacja z tegorocznej (już 25-ej) edycji nagrody Turnera. O tym, kto wygrał już wiecie. Pisałam o Richardzie Wrighcie kilka dni temu i przy tej okazji rozmawialiśmy o sztuce współczesnej. Moim zdaniem wybór tegorocznego zwycięzcy jest znaczący. Pokazuje znużenie tzw. awangardowymi formami i pracami, w których poza szokującym efektem wije pustką.

Dla tych, którzy chcieliby zobaczyć bardzo ładne ujęcie pracy zwycięzcy, polecam zdjęcie w tym artykule.

piątek, 11 grudnia 2009

Anish Kapoor, wystawa w Królewskiej Akademii SztukZapraszam serdecznie w poniedziałek do Radia Roxy do audycji "Nie lubię poniedziałku" Maxa Cegielskiego, w której między 10 and 11-stą będę mówić o londyńskiej wystawie prowokacyjnego Anisha Kapoora, współczesnego brytyjskiego artysty o indyjskim pochodzeniu. Kapoor słynie z prac manipulujących percepcją widza. Tworzy, zwłaszcza, ostatnio w dużej skali, więc Królewska Akademia Sztuk miała nie lada zadanie, żeby pomieścić w jej zgrabnych, oświeceniowych galeriach kilkumetrowe zwały wosku sunącego po torach, monstrualny ul czy maszynę, która na zakończenie wystawy wystrzeli w ścianę 44 tony wosku. Brzmi niewiarygodnie? Tak, tym właśnie raczy widza artysta, sławny z powiedzenia, że swoją sztuką nie ma nic do przekazania. O tym, kim jest Kapoor i dlaczego Królewską Akademię Sztuk nawiedzają dzikie tłumy, opowiem dokładniej w poniedziałek.

Zwiedzający oglądają szklane obiekty na wystawie Anisha Kapoora

Anish Kapoor i jego obiekty, w których nie można się przejrzec. Royal Academy of Arts, Londyn

wtorek, 08 grudnia 2009

Nagroda Turner Prize dla najlepszego artysty 2009Znowu zaskoczenie. Tym razem jednak wybór zwycięzcy właściwie mnie ucieszył. Nagroda Turnera, artystyczny odpowiednik literackiego Bookera w Wielkiej Brytanii, przyznawana jest co roku młodemu artyście. Co roku budzi ogromne kontrowersje. Jurorzy zwykle wybierają szokujące prace - żeby przypomnieć chociaż cielaki i krowy unieśmiertelnione w formalinie autorstwa Damiena Hirsta  które stały się właściwie już ikoną brytyjskiej sztuki współczesnej.

Tym razem decyzja była według mnie zaskakująca, bo nagroda nie trafiła ani do artysty tworzącego w dziedzinie instalacji czy performance/wideo, czyli form faworyzowanych w tym konkursie, ani do twórcy o skatologicznych zapędach. Zwycięzcą został Richard Wright, malarz, którego cały 20-letni dorobek arystyczny, oprócz obecnie wystawianych prac... nie istnieje. Wright tworzy efemeryczne, delikatne obrazy na ścianach galerii, które potem po zakończeniu wystawy zamalowuje z powrotem na biało. Znika z galerii, nie pozostawiając po sobie nic fizycznego poza tym, co widz zapamiętał i przeżył, oglądając obrazy. Antyartysta? W pewnym sensie tak. Jego prace często wkradają się w kąty galerii, delikatne symetryczne wzory zmieniają przestrzeń subtelnie i tylko na chwilę.

W zeszłym tygodniu widziałam film, w którym Wright opowiada o swoich pracach. Mówi w nim, że działa przeciw agresywnemu rynkowi sztuki, który liczy na szybkie spieniężenie prac. Mówi, że podoba mu się tworzenie tu i teraz, bez myślenia o przyszłości. I w tym, co mówi, nie ma wcale chytrego pragnienia zdobycia taniego rozgłosu. Wright jest prawdziwy. Jego sztuka jest piękna, choć bardzo nietrwała.

Kiedy myślę o jego pracach (dwie widziałam w zeszłym tygodniu w Tate Britain), na usta ciśnie mi się słowo odwaga. Facet pozbył się artystycznego ego, zdusił niczym asceta pragnienie do trwania w materii.

Jego prace są ulotne jak kolorowe motyle. Naprawdę szkoda mi, że giną tak szybko. Szkoda mi najbardziej tej złotej, cudownej krainy wzorów, którą wymalował na ścianie Tate Britain. Spieszcie się, bo istnieć będzie tylko do 3 stycznia.

Richard Wright i jego ulotne obrazy

 Złoty obraz Wrighta w pustej przestrzeni Tate Britain*

 

*zdjęcie brzydkie - moja wina. Kiepsko oddaje też skalę niestety. Ten obraz jest naprawdę wielki. 

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...