w podróży

środa, 24 lipca 2013

Jest jednym z najdłużej piszących blogerów spoza Polski, jakich znam. Wnikliwy, wyczulony na zmiany polityczne na Węgrzech, celnie komentujący i  ciekawie fotografujący Budapeszt. O kim mowa? Oczywiście o Jerzym - Jeżu Węgierskim, którego po prostu musieliście napotkać. Jest mi niezmiernie miło, że Jerzy zgodził się opowiedzieć historię swojej przeprowadzki, która przydarzyła się w bardzo interesującym momencie – zaraz na samym początku lat 90. Serdecznie zapraszam do przeczytania wywiadu!

Jak to się stało, że znalazłeś się w Budapeszcie? Dlaczego akurat tam?

Jak to często bywa, przez kobietę - moją żonę, a było to tak. Jako dziecko, jak trzeba, regularnie myliłem Budapeszt z Bukaresztem, i nawet przez myśl mi nie przeszło, że mógłbym mieszkać w Budapeszcie (zresztą w Bukareszcie też nie). Aż tu w czasie studiów w Warszawie w drugiej połowie lat 90-tych poznałem ładną węgierkę, która przyjechała tam na Jazz Jamboree. Wtedy Węgrzy mieli, jak na Europę Wschodnią, masę pieniędzy, ale nie mieli jazzu, który akurat był w Polsce - był nawet Miles Davis - więc przyjeżdzali tu całymi samolotami i pociągami. I tak to się zaczęło.

Pisywaliśmy do siebie listy, które szły cztery tygodnie, odwiedzaliśmy się kiedy tylko dało radę aż w końcu 1991 roku, skończywszy studia, przeniosłem się na Węgry. Wszyscy pukali się życzliwie w głowę bo przecież był to jeszcze początek wolności i jak wyjeżdzać to na zachód, wyraźnie nie byłem zupełnie w porządku.

Wtedy wszyscy wiedzieli jak się wyjeżdza z kraju nielegalnie ale jak powinna wyglądać legalna emigracja było mniej oczywiste. Zadzwoniłem do MSZ-tu. Wyjeżdzam z Polski. Na stałe, mówię. A oni na to: Powodzenia! Szerokiej drogi! Poszedłem do ambasady węgierskiej, że przenoszę się na Węgry. Kazali przynieść szereg papierów i tyle. Tydzień po przyjeździe dostałem dowód osobisty dla cudzoziemców (niebieski, najlepszy!) z prawem pobytu i pracy na dziesięć lat a także prawo głosowania w wyborach lokalnych. Teraz te wszystkie prawa dostaje się na rok, wszystko jest na tyle bardziej skomplikowane, że zatrudniać trzeba za grube pieniądze wyspecjalizowaną firmę, która zajmuje się formalnościami, no i trzeba płacić. A mnie tak łatwo poszło, ach te błogie początki lat 90-tych!

ACTA, Budapeszt

Demostracja przeciw ACTA

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz je jeszcze?

Wylądowałem początkowo w Szolnoku. Jest to niewielkie miasto z jakimiś osiemdziesięcioma tysiącami mieszkańców na wschodzie Węgier. Prowincja w każdym calu. Nie było wówczas telewizji satelitartnej, internetu, niewielu ludzi mówiło po angielsku więc nagle dużo rzeczy mi się urwało. Z perspektywy czasu widzę, że nie był to łatwy okres.

Zacząłem się uczyć - sam - węgierskiego, znalazłem pracę w szkole językowej. Ludzie byli generalnie mili, jak to w niewielkich miastach często bywa. Nosiłem wówczas kolczyki w uszach i gdy napisano o mnie artykuł w miejscowej gazecie to te kolczyki zajęły prominentne miejsce w tekście.

Ponadto jako Polak zawsze mogłem liczyć na sympatię bo tu się Polaków autentycznie i spontanicznie lubi (jakby ktoś chciał emigrować i szukał miejsca gdzie nie będzie wciąż słyszeć, że zabiera komuś pracę czy też jest niekulturalny natomiast będą go lubić to polecam Węgry). Z czasem znalazłem paru innych Polaków i założyliśmy klub polski, który nawet do dziś działa. Jakoś oswoiłem to miejsce choć gdy tylko nadarzyła się okazja przenieść się do Budapesztu zrobiliśmy to z wielką radością.

Rowerzysci w Bupadeszcie

Podnoszenie rowerów na Masie Krytycznej

Jak Ci się teraz mieszka w Budapeszcie? Jak traktujesz miasto?

W Budapeszcie mieszka mi się super. Miasto jest ładne i pełne uroczych miejsc a ponadto mieszkamy w samym centrum więc w bardzo wiele miejsc chodzimy na piechotę czy też jedziemy na rowerze. Całe życie mieszkałem poza centrum i do dziś pamiętam te wieczne czekanie na tramwaj czy autobus, wreszcie jest inaczej.

Tak się złożyło, że siódma dzielnica, w której mieszkam, stała się zagłębiem kultowych romkocsm czyli knajpek otwieranych w walących się domach. Są one wszędzie, a dzięki nim trafia tutaj masa ludzi więc okolica zrobiła się bardzo żywa. Budapeszt też powoli wyrasta na potęgę rowerową, coraz więcej ludzi jeździ na rowerze, buduje się ścieżki, genialne są masy krytyczne, w tą sobotę będzie niestety ostatnia. Tu da się żyć.

Cały czas jeszcze odkrywam Budapeszt. Czytam sobie o różnych aspektach miasta, jak daję radę to chodzę na przechadzki po mniej znanych okolicach. Blog pomaga mi nieco głębiej wejść w pewne rzeczy, które mnie zainteresują. A przy tym po tylu latach czuję się już budapeszteńczykiem. Udzielam się nieco w internetowych lokalnych wspólnotach, chodzę na demonstracje. Jak widzę turystów z mapą w mojej okolicy to pytam czy może pomóc i wiele razy miło sobie z nimi pogadałem.


Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Fascynuje mnie odkrywanie Węgier - Węgrów, różnic między Węgrami a Polską. Kiedyś myślałem, że to dwa środkowoeuropejskie kraje o niemal identycznej historii i kulturze, teraz widzę jak bardzo się myliłem. Parę przykładów: przenoszę się na Węgry a tam w telewizji leci serial niemiecki. Niemiecki??? W Polsce, wtedy przynajmniej, rzecz niewyobrażalna. Albo niechęć do Rosji: jest i tu i tu. Tyle, że na Węgrzech przybiera ona formę strachu przed jakimiś przerażającymi innymi, obcymi a w Polsce Rosjan choć też się nie lubi to nie lubi ich się tak jak się nie lubi kuzyna, który mimo, że parszywy to jednak jest rodziną.

Z innych rzeczy, musiałem się nauczyć, że chleb kupuje się na kilogramy ("poproszę o pół kilo chleba") a napoje na decylitry ("dwa deci soku" - tak tu się mówi). Ze wszędzie w mieszkaniach albo zdejmuje się buty albo przynajmniej należy zaoferować, że się to zrobi. Gospodarz gościnnie zsuwa z nóg swoje kapcie oferując je gościowi - takie cieple jeszcze, blee!

No i herbata. W Polsce rzecz oczywista ale tutaj już nie. Na Węgrzech pije się jej dużo mniej, zwykłą herbatę jeszcze rzadziej i to w dodatku w zasadzie wyłącznie jako Earl Greya, w resturacjach innej najczęściej wogóle nie ma. Spotkałem już się ze stwierdzeniem: herbata? Już po 15-tej, dziękuję, jak wypiję to nie będę mógł spać. Za to kawa płynie tu strumieniami. I tak dalej, te mniejsze-większe różnice nie mają końca.

Romkocsma, Budapeszt

Romkocsma

Jakie książki o Budapeszcie poleciłbyś czytelnikom?

Ze starszych to 'Chłopców z placu broni'. Nie wiem ilu ludzi wie ale jest to najpopularniejsza na świecie książka napisana przez węgierskiego autora. Przetłumaczono ją na masę języków i wydano w wielkich nakładach. Sam pamiętam jak czytałem ją jako lekturę w szkole. Akcja dzieje się w Budapeszcie, w ósmej dzielnicy stoi zresztą pomnik bohaterów książki.
I choć książka uchodzi na powieść młodzieżową to gdy wróciłem do niej niedawno dotarła do mnie na nowo. Dla mnie jest to książka o tym jakie społeczeństwo umożliwiło pierwszą wojnę światową. Kult formalnej organizacji, honoru, poświęcenia mimo jego nadaremności, strach przed wykluczeniem wszystko to sprawiło, że miliony ludzi - w dzieciństwie tacy chłopcy jak ci opisani w powieści - karnie pomaszerowało na śmierć. Czyli książka dla młodych i starszych.
Druga książka, a może niedługo i książki jak więcej ich przetłumaczą na polski, to kryminał Vilmosa Kondora pt. 'Budapest noir'. Akcja tej serii ma miejsce w Budapeszcie przed wojną, w czasie niej i w okresie powojennym. Miasto opisane jest w detalach i z całą pieczołowitością, czyta się trochę jak przewodnik po przeszłości Budapesztu. Ciekawostką są pojawiające się wątki polskie. Książka nie unika polityki: bohater ma proangielskie poglądy - w przeciwieństwie do dominujących wówczas sympatii proniemieckich - żył w Stanach Zjednoczonych i nie lubi strzałokrzyżowców. Po takiej książce chce się odwiedzić Budapeszt!

Chlopcy z placu broni

Pomnik Chłopców z placu broni

 

Wszystkie zdjęcia są autorstwa Jeża

 

***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki:

Latająca pyza w Mediolanie

Katasia w Cannes

Dabarai w Londynie

Holly w Paryżu

Invitada w Edynburgu

Kasia Hordyniec w Donegalu

Stuffed mice w Buenos Aires

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie



środa, 09 maja 2012

Paryż widok z wieżowca w MontparnasseKiedy Dickens po raz pierwszy pojawił się w Paryżu i zatrzymał się w hotelu przy rue de Rivoli (obecnie luksusowej żyle miasta, która biegnie przy Jardin du Tuileries i w okolicach Louvru), był miastem oszołomiony i zachwycony. "Nikczemne, ale najwspanialne miejsce na ziemi" - miał powiedzieć. O cudowności paryskiej przestrzeni potrafię często rozmarzać, bo rzeczywiście przepadam za tym alabastrowym miastem. A paryska nikczemność? To według mnie przede wszystkim absolutna władza kelnera w stolicy, który potrafi być bezwzględny (prawdziwy szok kulturowy przy brytyjskiej uprzejmości), obcesowość niektórych Paryżan w stosunku do obcokrajowców i te astronomiczne ceny (5 euro za filiżaneczkę lichego kakao?!). Wystarczy jednak, że lekko zacisnę zęby, przymknę oko i z powrotem znajdę się pod rozłożystym, paryskim kasztanowcem, by miłości do miasta nie naruszyła przykra chwila. Dla wszystkich miłośników mam dzisiaj trochę Paryża w obrazkach. Voilà!

Paryż paryżanie

Niedzielni spacerowicze w Jardin du Tuileries 

paryskie mury

Łacińska dzielnica

Paryż paryskie sklepy

Falbany, fiżbiny, koronki

Paryż paryskie sklepy

Okolice La Chapelle, gdzie Paryż mieści w sobie trochę indyjskiego subkontynentu

Paryż w kafejce

Noisette i gazetka. I papieros

Paryż paryska kawa

Paryskie cappuccino: jego cena puchnie, im dalej od baru jest pite

Paryż palący

Nieśmiertelni palacze

Paryż paryska zieleń

Paryska zieleń

Paryż paryskie muzea

Muzeum romantyzmu (bardzo kameralne, polecam!). Okolice Pigalle

Paryż ogród japoński

Japoński ogród na tyłach muzeum Alberta Khana (również polecam, bardziej ogród niż muzeum)

Paryż magamara

Siódmy miesiąc. Już się nie dopinam.

Paryż paryskie zwyczaje

"Klientów uprasza się o odświeżanie swoich drinków co godzinę." Urocze, prawda?

Paryskie hotele

 Paryskie luksusy dla przyjezdnych z grubym portfelem.

Paryskie pomniki

Czułość kamienia

 

Paryskie wystawy

 Nagie kobiety Degas - trzeba koniecznie zobaczyć. Musée d'Orsay

Paryż południe

Południe miasta. Widok z wieży w Montparnasse.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

6 rue du Pot de Fer, gdzie mieszkał George OrwellAdres, pod którym mieszkał Orwell podczas swojego pobytu w Paryżu, okazał się badzo prosty do odnalezienia, nawet z tak niedoskonałym narzędziem jak wydruk pomniejszonej mapki Google (na lepsze przygotowania zabrakło czasu, wyjeżdżaliśmy w pośpiechu). Rue du Pot de Fer mieści się w łacińskiej dzielnicy i teraz załadowane jest całkiem pokaźną liczbą kafejek serwujących najróżniejsze jadło: od tradycyjnej kuchni francuskiej po azjatyckie bary szybkiej obsługi. Za czasów Orwella też było tam głośno. Kłótnie, nawoływania, pijackie przyśpiewki. Orwellowi nawet przytrafiło się być niemym, a dokładnie zaspanym świadkiem morderstwa, którego trójka mężczyzn dokonała pod jego oknem w środku nocy.

Dom - kwatera pod numerem 6 - był ponad 90 lat temu bardzo nędznym, ale za to tanim hotelem prowadzonym przez małżeństwo skrupulatnie sprawdzające, czy przypadkiem goście nie upłynniają się z miejsca przed zapłaceniem rachunku. Całe pomieszczenie nawiedzały hordy robali. Orwell pozbywał się ich z pokoju przez palenie smrodliwych rzeczy - wtedy owady przechodziły szybko do sąsiadów, ale nie na długo, bo sąsiedzi traktowali je dokładnie tym samym specyfikiem.

Dzisiaj lokal z zewnątrz wygląda dużo schludniej, choć wciąż bardzo skromnie. Na budynku nie ma żadnej tabliczki upamiętniającej paryskie czasy Orwella. Właściwie mnie to nie dziwi. Orwell nie był tak popularny jak Hemingway, w mieście przebywał właściwie in cognito i do tego nie trudnił się wtedy pisaniem (choć swoje doświadczenie na zmywaku spisał później, właśnie w "Down and Out in Paris and London", oferując kawał niezwykle dobrej reportersko-dziennikarskiej roboty). Swoją drogą Hemingway mieszkał nieopodał "kamienicy Orwella" - na ulicy za rogiem. W tym samym budynku żył też poeta Verlaine (dokładny adres to 39 rue Descartes) - dziś mieści się tam restauracja, zdecydowanie nastawiona na zarobek z przeszłości budynku.

rue du Pot de Fer, gdzie mieszkał George Orwell

rue du Pot de Fer, gdzie mieszkał George Orwell

Paryska rue du Pot de Fer, gdzie mieszkał George Orwell

Jedno z okien w budynku przy 6 rue du Pot de Fer, gdzie mieszkał George Orwell

Jedno z okien w budynku przy 6 rue du Pot de Fer

My wylądowaliśmy w innej restauracji, w której czterdziestoparoletni kelner z mieszanką dobrze odgrywanej sympatii (w przypadku serwowania włoskich pań po 70-tce nawet przy odrobinie kokieterii - nazywał je wszak "ragazze belle" - pieknymi dziewczynami) i zmęczenia rytuną pracy lawirował między stolikami, kłócił się z koleżanką i zdecydowanie nie pozwolił mi zajrzeć przez szparę do kuchni - to była moja nowa obsesja po przeczytaniu "Down and Out", bo tam Orwell obnaża najstraszniejsze sekrety przygotowania jedzenia w restauracji. Kto się nie boi, niech czyta (fragment dotyczy restauracji w ekskluzywnym hotelu w latach 20. XX wieku):

W kuchni brud był znacznie gorszy. To, że kucharz pluje do zupy, jeżeli nie jest posiłkiem, który sam zamierza spożyć, to wcale nie utarte powiedzenie, ale codzienny fakt. On jest artystą, a jego sztuką nie jest czystość. Do pewnego stopnia on jest brudny, dlatego, że jako artysta wie, że jedzenie, żeby wyglądało pięknie, musi doświadczyć brudnego traktowania. Kiedy dla przykładu przynosi się steka do szefa kuchni, żeby ten sprawdził, czy danie można już podać, on nie bada go przy pomocy widelca. Bierze mięso w paluchy, rzuca na dół, przesuwa po nim swoim kciukiem, liże, jeszcze raz przerzuca i znowu liże, potem oddala się lekko i kontempluje ten kawał mięsa jak artysta oceniający obraz, a następnie wdusza go z powrotem w talerz swoimi grubymi, różowymi paluchami, które tego poranka oblizał już pewnie ze sto razy.*

To dopiero początek podróży steka na stół konsumenta. Po kucharzu daniem zajmie się kelner (jego paluchy są tłuste i brudne), ale może tego Wam już oszczędzę. Śmiałych odsyłam do książki (George Orwell "Down and Out in Paris and London", wyd. Penguin, s. 71, tłumaczenie własne).

***

Zainteresowanym literackim detektywizmem polecam też Ostatnie lokum Oscara Wilde'a w Paryżu.

piątek, 20 kwietnia 2012

Kiedy w latach 20. minionego wieku George Orwell wyjechał do Paryża, zamieszkał przy 6 Rue du Pot de Fer w łacińskiej dzielnicy. Pewnej nocy go okradziono i został jedynie z drobnymi w kieszeni bez żadnego źródła dochodu.

"Pieniądze szybko się ulatniały - osiem franków, cztery franki, jeden frank, dwadzieścia pięć centymów. A dwadzieścia pięć centymów na nic się nie zda, bo za nie można kupić tylko gazetę. Przez kilka dni żyliśmy o suchym chlebie, potem przez dwa i pół dnia nie jadłem absolutnie nic. To było całkiem szpetne doświadczenie. Są ludzie, którzy postują przez trzy tygodnie bądź dłużej i oni są zdania, że głodówka zaczyna być przyjemna po czwartym dniu niejedzenia. Mnie trudno powiedzieć, bo zatrzymałem się na dniu trzecim."*

Pierwszego dnia Orwell próbował wyłowić rybę z Sekwany (bezskutecznie). Drugiego - chciał oddać swój płaszcz do komisu, ale komis był za daleko, więc Orwell spędził cały dzień w łóżku, czytając "Wspomnienia Sherlocka Holmesa". Trzeciego postanowił coś zrobić - pożyczyć dwa franki od Borysa.

To początek całkiem niebywałych perypedii na granicy głodu, które zaprowadziły pisarza do podziemi jednego z luksusowych hoteli w Paryżu, gdzie pracował na zmywaku (istne pieklo), a potem do parszywego hoteliku prowadzonego przez Rosjanina, gdzie pracą wciąż był zmywak (dalszy ciąg piekła, tylko bez gwiazdek). Dlaczego o tym piszę? Bo w Paryżu będę niedaleko miejsca, gdzie mieszkał i pracował Orwell, kiedy został trampem. Chcę koniecznie zobaczyć, jak teraz wygląda jego dzielnica, którą tak żywo sportretował w "Down and Out in Paris and London". Książkę bardzo polecam – to świetny zapis paryskiego życia klas biednych. Na relację z literackiego, detektywistycznego śledztwa musicie chwilkę zaczekać. Tymczasem À bientôt!

George Orwell, Down and Out in Paris and London

*Cytat pochodzi z "Down and Out in Paris and London" George'a Orwella, wyd. Penguin, limitowana seria (kopię nabyłam w jednym z antykwariatów w Hay on Wye po naprawdę przystępnej cenie jak na to wydanie). Tłumaczenie cytatu własne.

wtorek, 21 września 2010

Kiosk alkoholowy, PetersburgTylko raz w życiu widziałam, jak robi się kurtuazyjną zasłonę dymną, która ma zakryć to, czego dystyngowany gość widzieć nie powinien. Kiedy amerykańska pani polityk miała otrzymać doktorat honoris causa mojego uniewersytetu, zbudowano dla niej z tkaniny kojący tunel, jakim udała się prosto z wejścia do wydziału filologiczno-historycznego do nowo odremontowanej auli na wielce pompatyczną uroczystość. To, co zasłonięto, to betonowe patio z paroma choinkami i rzędy sparciałych przeszkolnych drzwi i okien (budynek bowiem niszczał w zaskakującym tempie z tej prostej przyczyny, że został zaprojektowany nie dla polskiego, ale dla marokańskiego uniwersytetu, który jak wiadomo w zupełnie innej strefie klimatycznej się znajduje...)

Tą maskaradę można by nazwać jedynie dymną zasłonką, bo prawdziwie olbrzymi projekt o takim charakterze zrealizował dopiero Putin.  I działo się to w 2006 roku tuż przed szczytem G8, który odbywał się w Petersburgu. Wtedy powstała wysoka na dwa metry i ciągnąca się przez całe 10 kilometrów balustrada, zasłaniająca dobrze znany z każdego europejskiego przedmieścia widok:  placuszki działek ogrodniczych, działkowe domki, rozwleczone po okolicy wiejskie chaty i niezagospodarowane łąki. Takim komfortowym tunelem z petersburskiego lotniska sunęła do prezydenckiego pałacu gromada światowych polityków, a mieszkańcy miasta, nie tyle przecierali oczy ze zdziwienia, co gotowali się w sobie na samą myśl, ile ten głupawy pomysł kosztował pieniędzy.

W lipcu widzieliśmy dokładnie to, czego odmówiono oczom największych głów stanu i był to dziwnie kojący widok. W lipcu oglądaliśmy też samo miasto, które siedem lat wcześniej przeszło poważne "odświeżenie" z  inicjatywy zresztą tej samej osoby. W 2003 roku Petersburg obchodził 300-letnią rocznicę założenia i z tej okazji 1,7 mln USD wydano na odmalowanie fasad domów w centrum miasta. Zrobiono to porządnie,  bo do tej pory tynk trzyma się świetnie, a tony spalin wydzielane przez tysiące non stop kursujących po mieście samochodów nie zdążyły go jeszcze zabrudzić.

Wystarczy jednak wejść w podwórko, w dziedziniec, żeby zobaczyć zupełnie inny świat. Dom może z zewnątrz przypominać budynki z dzieł Puszkina, ale w środku, na podwórku będzie momentalnie wyglądał jak dziedzińce z Dostojewskiego. Petersburskie podwórka, nawet (a może zwłaszcza) w centrum kryją miejską prawdę sprzed czasów "odświeżania" i są miejscem fascynujących odkryć.

Petersburskie podwórka

Petersburskie podwórka

Putin centrum skutecznie "wyczyścił", pozbywając się z ulic bezdomnych i żebraków. Kiedy wiele razy przedzieraliśmy się przez Newski Prospekt i okolice, tylko jednego dnia widzieliśmy okaleczonego marynarza, stojącego przed jednym z ekskluzywnych sklepów i proszącego o jałmużnę. Bezdomnych częściej można spotkać w bramach czy przy podwórkowych śmietnikach.

Petersburskie podwórka

Chodząc głównymi alejami miasta można zupełnie przeoczyć  to, że w Rosji jedna trzecia ludzi żyje w nędzy, a nierówności w posiadaniu są najbardziej szokujące w całej Europie (różnice między tym, ile posiadają najbogatsi a ile mają najbiedniejsi są kilka razy większe niż w innych krajach europejskich). Przepaść jest ogromna. I jeżeli zajrzeć w petersburskie podwórko, to można się o tym przekonać.

Petersburskie podwórka

 

Petersburskie podwórka

Choć Putin i inny politycy próbują przekonać rosyjskie społeczeństwo do umiarkowania w piciu wódki (Putin jest przecież orędownikiem picia piwa zamiast mocniejszych alkoholi), to alkoholizm jest wciąż jednym z największych problemów społecznych. Aż trudno uwierzyć, że w Rosji  przeciętna długość życia wynosi nie więcej niż 59 lat, co jest poniżej XIX-wiecznej średniej.

Rosyjskie społeczeństwo starzeje  się w szybkim tempie. W ciągu ostatniej dekady liczba Rosjan zmniejszyła się o ponad 3 mln ludzi. Na zwiększenie przyrostu naturalnego nie pomaga wcale rządowa polityka becikowego. Duże bezrobocie, kiepskie zarobki i astronimiczne ceny mieszkań i opieki sprawiają, że na 10 urodzonych dzieci przypada w Rosji 13 aborcji. W Petersburgu widziałam tylko kilka kobiet w ciąży i kilka babć z wnukami spacerujących po mieście. Znacznie więcej dzieci i ciężarnych dopatrzyłam się w tym roku w Polsce i we Francji. Najmniej jednak, bo można było je policzyć na palcach u jednej ręki, widziałam kobiet z brzuszkiem w północych Włoszech, bo Włochy również mają ogromny problem ze starzejącym się społeczeństwem i ujemnym przyrostem naturalnym.

Petersburskie podwórka

Jeżeli wierzyć statystykom w Petersburgu HIV rozprzestrzenia się najszybciej w Europie. Podobno połowa miejskich prostytutek jest zarażona, a liczba dzieci z HIV wzrosła w ostatniej dekadzie sześciokrotnie. Żebrających dzieciaków nie widzieliśmy jednak w żadnej części miasta. W podwórkach czasami chłopcy grali w piłkę bądź bawili się z dziewczętami w chowanego (w takim podwórku z piwnicami, zakamarkami i schodami, to musi być prawdziwa frajda). W zaułkach z kolei spali w ciągu dnia mężczyźni, często skuleni przy schodach czy śmietnikach. W Petersburgu większość sklepów spożywczych z szerokim asortymentem wódki otwarta jest 24 godziny na dobę. Podobnie jak alkoholowo-spożywcze kioski zlokalizowane w bramach bloków (tak, jak ten sfotografowany o 2 nad ranem, którego zdjęcie umieściłam na początku tej notki).


***
Informacje statystyczne pochodzą z przewodnika po Rosji "The Rough Guide" i artykułów prasowych z "The St. Petersburg Times"

niedziela, 25 lipca 2010

Modlitwy buddyjskie, datsan w PetersburguNa północ powiódł nas przeładowany i spocony minibus. Petersburżanie uciekali z wypieczonej kanikułą metropolii na okołomiejskie dacze. Sunęliśmy przedpotopowym wehikułem przez szerokie aleje miasta (prędkościomierz w gruchocie żartobliwie wskazywał 0 km/godz), by dostać się na  wyspę Jełagin - zieloną alkowę miasta, która dziewiczo broni wstępu jakimkolwiek pojazdom kołowym.

Minibus odkleił nas nieco zdezorientowanych na Primorskim Prospekcie i z resztą pasażerów ruszył dziarsko dalej, ginąc gdzieś w podmiejskich lasach czy wioskach nad Zatoką Fińską.

wróble nad okapem
myszy w suficie
niebiańska muzyka*

Początkowo nie było jej słychać. Dopiero po jakimś czasie sparaliżowane ukropem zmysły odzyskały władzę: podniebną ledwo słyszalną muzykę wygrywały drobne gałązki pewnie ponad stuletnich drzew, a wypełnione mantrami i modlitwami flagi leciutko kołysały się w jej takt. Do naszych oczu dotarł wreszcie obraz tej niezwykłej (do niedawna największej w  Europie) świątyni buddyjskiej, która kryła się wśród strzępka lasu, wyglądając na drugą stronę kanału, na zieloną wyspę Jełagin.

w tej okolicy
wszystko co wzrok obejmie
takie jest chłodne

Świątynia buddyjska, Petersburg

Petersburski datsan

Modlitwy buddyjskie, datsan w Petersburgu

Modlitewne flagi delikatnie kołyszące się na wietrze (tzw. lungty, czyli wietrzne konie)

Buddyjskie młynki modlitewne, Petersburg

Buddyjskie młynki modlitewne, Petersburg

Buddyści w Rosji to przede wszystkim Buriaci czy Mongołowie ze środkowo-wschodniej części Syberii (głównie z dzisiejszej Republiki Buriacji, należącej do Rosji). Świątynię budowali w Petersburgu przez 15 lat prawie wiek temu. Zbudowali ją tak, że doskonale wpisuje się w charakter miasta: jak wszystko inne w Petersburgu musiała być ponadludzka, gigantyczna.

Kiedy przechodzimy przez małą, boczną bramkę, babka, córka i wnuczka - sądząc po rysach twarzy o mongolskich pochodzeniu - obchodzą świątynię nabożnie, modląc się i kładąc kopiejki na fasadzie budynku czy na trawie. Malutkie, rdzawe monety wyglądają jak cekiny na zielonym szalu. Jeżeli potomkowie tych kobiet byli obecni przy zakładaniu świątyni, to z pewnością widzieli też, a może i doświadczyli sami tego, jak brutalnie obeszło się z nią później państwo. Kiedy w Republice Buriacji wybuchło powstanie pod koniec lat 20-tych, w całym państwie radzieckim pozamykano buddyjskie świątynie (powstanie w środkowej Syberii spacyfikowano, zabijając ok. 35 tys. ludzi), a petersburski datsan przerobiono na muzeum etnograficzne. Dopiero w 1991 roku buddyzm odzyskał swój status jako jednej z 'tradycyjnych' religii państwa (tak jak chrześcijaństwo czy islam), wtedy też świątynia wróciła do rąk buddyjskiej społeczności.

Tamtego upalnego dnia oprócz trójki kobiet przed świątynią pojawił się też młody Rosjanin. Przyjechał się pomodlić. Nikt z nas nie mógł wejść do światyni, bo trwały w niej zajęcia. - Jak wygląda w środku? - zapytaliśmy chłopaka. - Jest przepiękna - westchnął - cudowna. Spojrzał na nią z czułością i wskoczył z powrotem na rower. My poszliśmy powzdychać nad zielenią na Jełagin i nad wodą otaczającej ją Zatoki. A młynki modlitewne ustawione w rogu stały wciąż niewzruszone.

samotność -
świerszczyk w klatce
na ścianie

Zatoka Fińska, widok z wyspy Jełagin

Cisza nad Zatoką Fińską, widok z wyspy Jełagin

 

* Poezja buddyjska Bashõ pochodzi ze strony Kosz Buddyjskiej Poezji

niedziela, 18 lipca 2010

Rodion RaskolnikowPierwszy raz czytałam "Zbrodnię i karę" w wieku 18 lat. Na długie lata utkwił mi w pamięci przede wszystkim Rodia Raskolnikow i jego neurotyczne stany. Wystarczyło jednak przeczytać powieść ponownie, by ze zdumieniem odkryć, jak wiele innych, fascynujących postaci wykreował w "Zbrodni" Dostojewski i jak szybko przy pierwszym czytaniu zniknęły za cieniem głównego bohatera.

Pierwsze dwie części powieści przeczytałam po angielsku – w nowopowstającym od zeszłego roku tłumaczeniu Olivera. Wyjazd do Petersburga był po części związany z projektem męża. Oliver planuje napisać co nie co o topografii we wstępie do nowego wydania książki, więc naszą małą misją było zobaczenie tych miejsc, w których Dostojewski umieścił akcję powieści. Tuż przed wyjazdem dowiedzieliśmy się, że akurat jak będziemy w Petersburgu odbywać się będzie Dzień Dostojewskiego (niebywałe zrządzenie losu!). Częścią obchodów była całkiem ciekawa akcja odbycia spaceru własnym tempem z mapą XIX-wiecznego Petersburga w ręce i odszukania sześciu punktów, przy których stali eksperci od geografii "Zbrodni i kary" i opowiadali o szczegółach wybranych budynków. Zabawa była przednia!

Spacer zaczęliśmy od Placu Siennego, na którym do lat 50-tych stała jeszcze cerkiew a teraz mieści się dworzec metra (zbudowany rzecz jasna w stylu "słusznym"). Informacja o tyle jest ważna, że stanowiła wskazówkę: Dostojewski bez względu na to, gdzie mieszkał, zawsze musiał ulokować się w pobliżu kościoła, którego kopuły lubił oglądać z okna. Byliśmy więc blisko domu pisarza, a dokładnie tego mieszkania, w którym napisał powieść.

Dom Dostojewskiego, Petersburg

Dom Dostojewskiego, Kaznaczieskaja 7 - tutaj pisarz tworzył "Zbrodnię i karę". To jeden z jego przeszło dwudziestu adresów w Petersburgu

Dostojewski, inscenizacja, Dzień Dostojewskiego, Petersburg

Sam mistrz Dostojewski - uliczna inscenizacja z okazji obchodów dnia pisarza

Zaskakujące było dla mnie to, jak blisko wokół siebie umieścił pisarz bohaterów. Raskolnikow, według współczesnych ustaleń (długo trwały poszukiwania kamienicy, w której do ostatniego piętra, gdzie mieszkał bohater wiodło owych, osławionych 13 schodów), ulokowany został w budynku dosłownie dwie minuty od mieszkania pisarza na ul. Stoliarnej 5. Pokój wynajmowany przez Sonię mieści się nad kanałem (dzisiejszy kanał Gribojedowa), następne 3-4 minuty od klitki Raskolnikowa. Żeby dostać się do mieszkania staruchy-lichwiarki trzeba przejść przez kanał i wykonać dokładnie sprecyzowane w książce 840 kroków. Zapewne takie "rozstawienie" bohaterów pomagało w spełnieniu zasady wierności opisywanych realiów. Myślę, że Dostojewski chciał mieć w wyobraźni swoistą scenę, na którą wprowadzał i z której wyprowadzał swoich bohaterów - teatralności w powieści jest niezaprzeczalnie sporo.

Kamienica, w której mieszkał Raskolnikow (u Dostojewskiego dom Schiela, numer 14), musiała zostać niedawno odnowiona. Widziałam jej zdjęcia sprzed 6 lat, na których wciąż miała obdrapane ściany i dziurawe podwórko. Pomyślałam sobie, że pewnie wtedy bardziej przypominała czasy Dostojewskiego, ale ekspertka od lokalizacji wyjaśniła nam, że domy w tej części miasta były nowe i w czasie, kiedy pisarz mieszkał na Kaznaczieskiej wciąż dobudowywano następne (stąd w powieści tyle opisów kurzu, wapna i prac budowlanych).

Kiedy wspólnie ze starszą babką z Syberii, fanką prozy Dostojewskiego, ciekawie zaglądaliśmy przez zamkniętą bramę na podwórko Raskolnikowa, pojawił się przed nami niespodziewany typ. Zapytał możliwie najbardziej zwyczajnym tonem, czy interesuje nas wejście do środka. Rzecz jasna, byliśmy zainteresowani (cóż za okazja, żeby dostać się za bramę!). "200 rubli i się dogadamy" - szepnął jakby w przelocie. Propozycja niezbyt nam się podobała. Ja miałam ochotę powiedzieć "nie, dziękujemy", Syberiaczka chciała się targować, a Oliver wybadał gościa i wtedy wiedzieliśmy, że nie pozostaje nam nic innego niż przystać na warunki, jeżeli rzeczywiście chcemy wejść do środka. Zatem "dogadaliśmy się."

Ten nieoficjalny przewodnik, który, jak sam wyjaśnił, mieszka w budynku od 1975 roku, odsłonił przed nami nie tylko kamienicowe podwórko, ale i zabrał nas na górę, wcześniej po dżentelmeńsku upewniając się, że dam sobie radę z wejściem pomimo "awansującej" ciąży. Raskolnikow mieszkał na samej górze, na poddaszu w niebywale małym pokoju. Próżno było jednak szukać tych "żółtawych, wystrzepionych tapet, kurzu i jego kanapki" - 'kwartiry' na górze zmieniono w komunalny strych. Wyszliśmy więc przez malutki lufcik (z pomocą Olivera zmieściłam się!) na dach, żeby się rozejrzeć – żeby zerknąć na dziedziniec, tak jak spoglądał na niego bohater ze swojego okienka:

"Zbliżył się do okna, stanął na palcach, długo na pozór z niesłychaną uwagą szukał oczyma. Lecz dziedziniec był pusty, tych, co stukali nie było widać. Na lewo, w oficyjnie widać było czyjejś otwarte okna, na framugach widniały doniczki z ubożuchnym geranium. Za oknami wisiała bielizna... Wszystko to umiał na pamięć." (str. 498)*

Dom Raskolnikowa, Petersburg

Widok z dachu, gdzie w "kwartirze" wielkości większego pudełka mieszkał Rodia Raskolnikow

Przed nami z dachu rozciągał się widok na okolicę powieści: z jednej strony na cytowany powyżej dziedziniec i dalej na dominującą kopułę soboru św. Izaaka (ciekawe czemu Raskolnikow nie widział jej z okna?), z drugiej na kanał i kamienice bohaterów. Fantastycznie było spoglądać na okolicę z takiej perspektywy! Nasz przewodnik patrzył na to, jak swobodnie poruszałam się po grzbiecie dachu z pewną obawą, ja miałam jednak pewność, że nawet z powiększającym się brzuchem jestem wciąż w stanie utrzymać koci balans.

Na dachu domu Raskolnikowa, Petersburg, literackie wycieczki

Na dachu Raskolnikowa

Widok na ulicę z domu Raskolnikowa

Widok na ulicę z dachu Raskolnikowa. Tędy bohater uda się z siekierką do staruchy

Widok z dachu na sobór św. Izaaka

Widok na drugą stronę dachu - sobór św. Izaaka

Kiedy wreszcie nasyciliśmy i oczy, i ciekawość, zaczęliśmy schodzić w dół. Prosto od Raskolnikowa, udaliśmy się do domu staruchy (rzecz jasna bez siekierki). Tam z powodzeniem zakończyliśmy tą literacką misję. To była nasza kolejna wyjazdowa ekspedycja literacka (o paryskiej pisałam wcześniej tutaj). A sam spacer śladami bohaterów "Zbrodni i kary" gorąco polecam - o innych częściach miasta (poza Placem Siennym), po których spacerują bohaterowie, napiszę osobno.

W drodze do staruchy, Petersburg, wycieczki literackie

W drodze do mieszkania staruchy - lichwiarki


*Cytaty ze "Zbrodni i kary" podaję za wydaniem Biblioteki Narodowej (tłum. Cz. Jastrzębiec-Kozłowski, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1987).

piątek, 16 lipca 2010

Przed wyjazdem do Rosji udało mi się opanować cyrylicę, nauczyć się podstawowych zwrotów i kilka razy przesłuchać kasety (tak, tak, zdradzam tutaj sentyment do  starych technologii) z kursem "Teach yourself Russian" na przedpotopowym dyktafonie. I w ten sposób wykonałam niezbędne minimum, które zalecałabym każdemu, kto wybiera się do Rosji. Jak przecież poznać mieszkańców bez znajomości ich języka? (z angielskim wcale nie jest tak prosto, zwłaszcza podczas spotkań ze starszym pokoleniem, a w szczególności w zetknięciu się z jakąkolwiek kobiecą władzą w kasie biletowej czy urzędzie).

W Parku  przed soborem Izaaka

Jeden z niewielu parków w mieście, gdzie można zalec na trawie (a zaleganie w mieście na trawie wcale nie jest taką oczywistością)

Nad Newą

Portercistka na nabrzeżu Newy z bardzo wdzięcznymi modelami

Amatorzy balkonowej opalenizny, Petersburg

Amatorzy balkonowej opalenizny, centrum Petersburga

Bohaterki Dostojewskiego

Kobiety z Dostojewskiego w domu, który był ostatnim adresem pisarza w Petersburgu.

Napotkani mieszkańcy okazali się przede wszystkim życzliwi i serdeczni. Sprzedawczynie były zwykle pomocne, a nawet jak nie mogłyśmy się dogadać, bo ja nie znałam rosyjskiego słowa, a polskie brzmiało zupełnie nieznajomo, finalizowałyśmy sprawę kupna w języku migowym. Nikt mi tyle razy nie ustępował miejsca w środkach transportu, ile właśnie w Petersburgu. Kobiety po 50-tce czy nawet 60-tce czasami wręcz kazały mi usiąść, nie znosząc żadnych słów sprzeciwu, jak tylko zauważyły, że jestem w ciąży. Nie znam innego miejsca, w którym widok kobiety z ciążowym brzuszkiem, wywoływałby taką natychmiastową reakcję (przyznam szczerze, że aż chwilami mnie to krępowało).

Przestrzeń osobista jest w Rosji traktowana zupełnie inaczej niż w Wielkiej Brytanii. Anglicy cenią prywatność i ten chociażby skraweczek wolnej przestrzeni dookoła siebie. Dlatego wystarczy tylko, że ktoś niebezpiecznie zbliży się i przypadkiem dotknie nieznajomego w metrze czy autobusie, a momentalnie słychać słowo przepraszam, często nawet wypowiadane po kilka razy. W Petersburgu ludzie egzystują i poruszają się, będąc znacznie bliżej siebie. Bardzo popularne w mieście minibusy dosłownie napychane są ludźmi aż do granic możliwości i dopiero wtedy ruszają, a nikt nie ma nic przeciwko jechaniu "przyklejonym" do nieznajomego pasażera. W teatrze zdarzyło mi się, że siedząca obok mnie Rosjanka nagle w czasie antraktu najzwyczajniej w świecie poklepała mnie po brzuchu i zapytała, czy przedstawienie podoba sie też maluszkowi. Zdziwiło mnie to i rozbawiło, zwłaszcza kiedy próbowałam sobie wyobrazić, jak nieprawdopodobne, ba niedorzeczne byłoby to zdarzenie w Oksfordzie (obca ręka na obcym, prywatnym ciele?!!!).

Petersburscy nowożeńcy

Lipiec w mieście jest miesiącem nowożeńców

Petersburskie targowisko

W dzień targowy

Petersburska dzielnica handlowa, dobijanie targu

Rozprawa biznesowa na ładzie

O nowojorczykach mówi się, że szalenie się spieszą. Tymczasem przemieszczający się, zwłaszcza w tunelach metra, petersburżanie są znacznie szybsi. Pędzą przed siebie, a jeżeli wejdziesz takiemu w drogę (a nam zdarzało się to na początku często, zanim poznaliśmy dobrze linie metra), nastąpi prędkie zderzenie i zanim zdążysz wydukać 'przepraszam', tej osoby już dawno nie będzie. W metrze widzieliśmy też sporo rozbawionych, młodych ludzi, co było dla Olivera miłym zaskoczeniem, bo  jeszcze kilka lat temu taki widok był rzadkością. Podróż do Rosji była moją pierwszą, Oliver był tam dziesiątki razy, spędzając w kraju ponad trzy lata, więc tylko on mógł zauważyć, że ludzie stali się bardziej radośni, otwarci, mniej przygnębieni.

Mnie Rosjanie wydali się cisi. Rozmowy prowadzone są w środkach transportu często półszeptem i ku mojej radości okazało się, że ta zasada obejmuje też rozmowy przez telefon komórkowy. Jedną z najbardziej irytujących rzeczy w Oksfordzie czy Londynie są głośne, porażająco banalne, niekończące się pogaduchy prowadzone przez podróżujących w środkach transportu. Ludzie potrafią się w UK wzajemnie zagłuszać, więc często moje próby przeczytania choć kilku stron książki w autobusie czy pociągu okazują się rzeczą zupełnie niemożliwą.

Rosyjska "cisza" przejawia się również w stroju, a zwłaszcza w jego kolorach, które często są jedynie odmiennymi tonacjami brązu, beżu czy granatu (byłam bardzo zdziwiona, z jaką sensacją patrzono na moje czerwone pantofle). Mężczyźni, jak się okazało, potrafią i lubią paradować topless w centrum miasta. Kobiety z kolei bardzo śmiało odsłaniają piersi, nie wywołując tym jednak żadnej reakcji wśród mężczyzn. Młode dziewczyny mają zwykle długie włosy (co najmniej do ramion, często do pasa), ale nie widziałam ani jednej kobiety po 40-stce z taką fryzurą. Jeżeli mogę uogólnić, to powiedziałabym, że Rosjanie mniej uwagi zwracają na "obcych", zdecydowanie nie gapią się tak, jak potrafią Polacy czy Włosi.

Na ulicach  dominują wysokie obcasy

Bardzo wysoki obcas w bardzo upalny dzień to coś bardzo oczywistego w Petersburgu

Żywa  reklama, Petersburg

Żywa reklama - dziewczyny rozdające ulotki w upalnym Petersburgu

Kolor skóry jest czymś, na przykuwa oko i to w bardzo nieprzyjemny sposób. Osoby o ciemniejszej karnacji, wskazujące na to, że pochodzą z południowych republik, traktowane są z podejrzliwością, a co więcej, padają ofiarami bandyckich ataków.  Brat mojej tadżikistańskiej koleżanki, który studiuje w Moskwie, został tam dwa razy pobity właśnie ze względu na pochodzenie. Na lotnisku zauważyłam, że osoby o ciemniejszej karnacji przechodziły o wiele dłuższe kontrole niż pozostali obcokrajowcy, co zresztą musiało być Rosjanom powszechnie znane, bo ci ustawiali się w kolejkach do okienek, w których nie stali "południowcy". W Petersburgu musi być spora społeczność Gruzinów i Uzbekistańczyków, bo w mieście jest dużo prowadzonych przez nich restauracji (jak się sami przekonaliśmy o różnym standardzie), a Gruzini mają dodatkowo niesamowity rynek owoco-warzywny niedaleko stacji metra Gorkovskaja, który był jednym z moich dużych odkryć w mieście.

I wreszcie muszę słówko powiedzieć o tej grupie osób, którą nazwałam zbiorczo "administracją turystyczną". Moje doświadczenia z paniami w kasach, instytucjach czy urzędach są bardzo mieszane. Z miejsc, gdzie sprawy po rosyjsku załatwiał Oliver bądź tam, gdzie samej udało mi się dogadać po polsko-rosyjsku, wychodziliśmy zwykle w pogodnym nastroju. Wystarczyło jednak, żeby ktoś usłyszał, że mówimy między sobą po angielsku, a natychmiast traktowani byliśmy z zaskakującą opryskliwością. W Muzeum Rosyjskim Oliver zamówił po rosyjsku dwa bilety, kobieta w kasie zapytała, czy chcielibyśmy kupić bilet też na tymczasowe wystawy, Oliver mi to powtórzył po angielsku, po czym odpowiedział kobiecie po rosyjsku. Wtedy babka przestała z nim rozmawiać i bez słowa wybiła gwałtownie na kalkulatorze liczbę rubli, którą mieliśmy zapłacić i grubym paluchem nam ją wskazała. Paluch był właśnie tym uosobieniem wyższości, z którym w Petersburgu turstyczna administracja często traktuje obcokrajowców. Pierwsze doświadczenie  z "władzą palucha" jest szokujące. Innym razem próbowałam kupić kilka znaczków na pocztówki na poczcie, ale kobieta zupełnie odmówiła mi sprzedania wyznaczonej liczby, bo nie miałam ze sobą tylu kartek, żeby jej okazać. Te, które miałam ze sobą oglądała długo, po czym przez 15 minut nalepiała na nie sześć różnych znaczków na kwotę głupich 25 rubli. Obie straciłyśmy na tym dwadzieścia minut.

Zaskoczyło nas to, jak dużo ludzi w Petersburgu pracuje w 'pilnujących' zawodach, które wydają mi się w takiej masie zupełnie niepotrzebne: każda sala (bądż salka, wielkość nie gra roli) w muzeum ma swoją dyżurujacą osobę (dla przykładu Ermitaż ma 350 sal, Muzeum Rosyjskie pewnie co najmniej połowę tego, więc możecie sobie wyobrazić wielkość 'obstawy'), każdy wagon tramwaju ma swojego konduktora, każda seria schodów w metrze osobę siedzącą w budce i obserwującą ruch... i tak można by wymieniać bez końca. Nie muszę dodawać, że spotkanie z 'pilnującym' zwykle jest mało przyjemne, bo oznacza, że 'pilnowany' złamał jakąś obowiazujacą zasadę. W tej samej sekundzie, kiedy ze śmiechem zbiegaliśmy po schodach metra, żeby zdążyć dojechać na wieczorny koncert, odezwał się przez mikrofon ponury głos strażniczki strofujący nas bezlitośnie. W metrze, rzecz jasna nie biega się, zreszta metro jest w Petersburgu dość osobliwym doświadczeniem, o którym napiszę przy innej okazji.

Tylko raz mnie zaczepiono. W metrze metna rozmową próbował zabawić mnie poczciwy pijak, błyskając przy tym złotym zebem. Kiedy okazało sie, że nie mówię po rosyjsku, probówał pochwalić się swoją znajomoscią niemieckiego, ograniczającą się do kilku zapamiętanych pewnie z telewizji czy filmow zwrotów.

I wreszcie na koniec zostawiłam sprawę kierowcow. Niestety to najgorszy sort, bo nieprawdopodobnie bezczelny. Nigdy się nie zatrzymują, jak chce się przemknać przez ulicę, wymuszają pierwszeństwo nawet na przejściu dla pieszych, więc zdarzyło mi się nie raz klepnąć w karoserię ze złości (zwłaszcza samochody terenowe). Ruch w mieście jest niewiarygodny i permanentny (mniej aut wyjeżdża jednak na ulice w weekendy), przypomina mi trochę Indie w uporządkowanym stylu i bez zwierząt wkraczających na pasma autostrady. Z pewnością nie odważylibysmy się w Petersburgu wynająć samochodu. Auto, mieliśmy wrażenie, stało sie emblematem agresywnej ekspansji materialnej i nowego poczucia władzy.

Petersburscy weselnicy

Petersburscy weselnicy

 

Uliczni widzowie, dni Dostojewskiego, Petersburg

Uliczni widzowie oglądający inscenizacje fragmentów powieści Dostojewskiego

Nieśmiertelny Fiedia i Pietia

Nieśmiertelni Pietia i Fiedia z ulicznego teatrzyku

wtorek, 13 lipca 2010

Sankt PetersburgPetersburg mnie zafascynował i pochłonął bez reszty. Mieliśmy jechać do Moskwy, mieliśmy wpaść do Nowogrodu, ale wszystkie plany dalszych wypraw straciły sens, jak tylko znaleźliśmy się w Pitrze. Są miasta, które zbudowane zostały w człowieczej skali, są ludziom przyjazne i wygodne. Taka jest dla mnie Lozanna, Paryż, Gdańsk, Turyn, Londyn, izraelska Haifa bądź wreszcie marokański Fez. Petersburg, jak się szybko przekonałam do tej grupy nie należy. To miasto o zupełnie innych rozmiarach i to zdecydowanie ponadludzkich! Wszystko w nim jest kolosane, zbudowane z nieprawdopodobnym rozmachem: pałace, teatry, światynie potrafią być gigantyczne i zniewalające, kanały są misternie wydrążone, by połączyć rozlewające się na 42 wyspach miasto, aleje szerokie na cztery pasy jazdy w każdą stronę, krawężniki wysokie na dwa schody (niektóre rzeczywiście przy przejściach mają dwa schodki), stacje metra to podziemne pałace i wreszcie rzeka potężna, mogąca łatwo zmieścić kilka innych z południa kontynentu. Kiedy wypłynęliśmy radziecką łódką na Newę, ogarnęła mnie niemała panika. Łódka, która w skali rzeki była tylko mizernym pudełkiem od zapałek, skrzypiała, a fale, znane mi raczej z podróży po Śródziemnomorskim czy Bałtyku niż jakiejkolwiek rzece groźnie rozbijały się o burtę. Newa postanowiła nas jednak wielkodusznie nie tratować.

Sobór, Petersburg, Rosja

Sobór Zmartwychwstania Pańskiego, Cerkiew na Krwi

Na Newie, Petersburg,  Rosja

Na potężnej Newie

Petersburskie kanały

Petersburskie kanały

Most Aniczkowski, Petersburg Rosja

Most Aniczkowski, centrum miasta

Chodząc po mieście aż trudno było mi zrozumieć, że w tej nieprawdopodobnej skali przyszło żyć ludziom a nie gigantom, bo tylko oni mogliby czuć się tam jak w domu. Nie chcę jednak wcale powiedzieć, że miasto człowieka wyklucza. Wręcz przeciwnie, ono fascynuje i pociąga jak charyzmatyczny przywódca. Właśnie w tej charyzmie widać rękę założyciela – cara Piotra, który swój pomysł kazał wcielić w życie, choć wydawało się, że na tym bagnistym terenie wysoko na 60 równoleżniku nigdy nie mogłaby powstać wielka stolica. Nieprawdopodobne stało się jednak możliwe.

Sobór św. Izaaka, Petersburg, Rosja

Sobór św. Izaaka

Newski Prospekt, Petersburg

Newski Prospekt

Plac przy Pałacu Zimowym, Petersburg, Rosja

Plac Pałacowy

Dworzec Lenina, Petersburg

Dworzec Lenina

O Petersburgu mówi się, że jest Wenecją Północy ze względu na liczne kanały rozcinające miasto i budynki zaprojektowane przez włoskich architektów. Car Piotr miał jednak w głowie Amsterdam, kiedy planował nową stolicę. Dla mnie jednak żadne z tych porównań nie jest właściwe, bo sugeruje, że miasto jest jedynie kopią. Petersburg jest przede wszystkim Petersburgiem, innemu miejscu niepodobnym. Panie Dostojewski, miał pan rację, to fantastyczne miasto!

Muzeum Rosyjskie, Petersburg

Muzeum Rosyjskie

Kanał przy Ermitażu

Kanał przy Ermitażu

Plac Sienny

Plac Sienny

piątek, 02 lipca 2010

Wreszcie. Dolecielismy. Dojechalismy. Jestesmy w Petersburgu juz drugi dzien. Nie mam wrazenia wcale, ze pojechalam bardzo daleko, choc zakradanie sie do miasta przez Szwecje wydawalo sie dosc dluga droga. Pompatyczny splendor budynkow w centrum przypomina mi nieco fragmenty Warszawy czy Wroclawia. Jest goraco, wiec staramy sie wybierac zacienione ulice, spacery nad kanalami czy bliskosc newskiej bryzy.

Udalo nam sie jako obcokrajowcom juz zarejestrowac w miescie. Biurokracja nie az taka straszna jak sie o niej odpowiada. Musimy tylko nasza karteczke wizytke odebrac w poniedzialek.

Pomimo tego ze stracilismy trzy godziny w roznicy czasowej, dzien wydluzyl sie do granic:

18.00- swieci slonce

19:00 - wciaz swieci

20:00 - zaszlo, ale wciaz jasno zakrylo sie za chmurami w dzien przyjazdu, byl dzien burzowy. Zachodzi dopiero ok. 23-ciej

21:00, 22:00, 23:00 - wciaz siedze bez zapalonej lampki

Polnoc - samochody zapalaja swiatla, ale prawdziwy zmrok wciaz nie zapadl. Najciekawsze jest to, ze na wielu ulicach w ogole nie zapalaja sie swiatla, wiec jest po 1, 2 w nocy rzeczywiscie BARDZO ciemno.

 

"Miasto nie kryje sie w ciemnosci,

w mgle bialej drzemie, w mlecznej dali

Jak ktos, kto noca swiece pali

Bojac sie duchow i przeszlosci"

- pisal niegdys Slonimski o Petersburgu w swojej 'Podrozy do Rosji"

C.d.n.

niedziela, 16 maja 2010

Zdarza się, że dotarcie do upragnionego celu  podróży, wywołuje przede wszystkim dezorientację zamiast spodziewanej ulgi. Tak było z naszym przylotem do Warszawy. Powietrze było niespodziewanie duszne, a miasto gasło w pomarańczowej łunie upału jak pustynna oaza o zachodzie słońca. Ciało moje, Olivera ciało poddały się tej pułapce letagru. Żadne z nas nie pamięta, jak wydostaliśmy się z hali przylotów.  Wylądowaliśmy, ale wciąż błąkaliśmy się w przestworzach. Dopiero natrętne "Mister, mister! taxi, taxi!", które brzęczało nad uchem Olivera bardziej niż nad moim zaczęło powoli sprowadzać mnie na ziemię. Zanim się obejrzeliśmy dwóch mężczyzn z wąsami zaczęło bić się o nasze dwa słupy soli. Indie - pomyślałam z trudem - niemożliwe, ale musieliśmy wylądować na subkontynencie. Już miałam się poddać myśli bycia na nowo pasażerką autorikszy na indyjskiej ulicy, gdzie żądzi jedna zasada: byle się nie zatrzymywać;  kiedy coś znaczącego  wytrąciło mnie z tej dziwacznej myśli. "Mister, taxi, taxi... taksóweczka, kurwa!" - pan o okrągłej twarzy nie dawał za wygraną, choć ostatnie słowa kierował już raczej do siebie. Nie zdawał sobie też sprawy, że angielska, rzucająca się w oczy postura Olivera kryła w sobie niespodziankę: świetną znajomość języka polskiego.  Indyjskim sposobem dobiliśmy targu i pół godziny później wciąż ze zdumieniem w oczach byliśmy już w centrum, ale nie w Maya Hotel, Mandir Palace czy Bombay Guest House. Byliśmy w chłodnym pokoju, sieciowego hotelu na jednej z warszawskich, szerokich alei.

Warszawa centrum

Warszawa pnie się w górę

Warszawska majówka

Warszawska majówka

Warszawy nie widziałam przez ładnych parę lat i bałam się tego powrotu. Bałam się, że powrócą stare koszmarki: dyskomfort olbrzymich kontrastów, smutek, jaki za każdym razem budziło we mnie odkrywanie miejsc architektonicznie po wojnie dobitych komunistycznym stylem czy przerażenie koniecznością przejścia podziemnym przejściem bądź ulicą pełną spalin. Tylko mieszkańców miasta mogłam wziąć za pewnik w poszukiwaniu pozytywnych doświadczeń: w tym mieście spotkałam bardzo dobrych przyjaciół, z tego miasta wyniosłam przekonanie, że w tym trudnym do życia miejscu ludzie, żeby nie zwariować, muszą oferować coś zupełnie przeciwnego.

Najlepsza rzecz - warszawski tramwaj

Nie ma jak tramwajem

Łazienki, Warszawa

W Łazienkach

Warszawa w ten majowy weekend była jednak w dużej mierze pusta i otwarta. Przeszliśmy się przez plac Grzybowski w stronę Nowego Światu, napotykając może dwie - trzy zbłąkane dusze. Poza tym pustki. Nie uszliśmy daleko, gdy miasto pokazało jedną ze swoich typowych cech: niezwyklą zdolność do konserwacji tego, co zwykle w szybko rozwijających się aglomeracjach znika nagle bez śladu. Przed nami, a byliśmy właśnie w środmieściu, ukazał się sklep z rzeczmi gospodarstwa domowego, dokładnie taki, jak pamiętam z bardzo wczesnych lat dziecięcych, lat rozpadającej się socjalistycznej rzeczywistości. Na witrynie piętrzyły się różnego rodzaju przyrządy do sprzątania i przetykania (nieśmiertelny, gumowy dżinks!), wszystko wyłożone na leżącej tam od lat 80-tych ceracie w kratkę. Jakim cudem to przetrwało?! To znalezisko było tak silnym powrotem do przeszłości, że nagle poczułam w nozdrzach ten stary zapach sklepów z chemią domową, a każdy pachniał przecież tak samo, czy obezwładniającą woń świeżo zmytej jakimś świństwem klatki schodowej, przed którą uciekałam, zatykając nos i dając susy co dwa, trzy schody, żeby jak najszybciej dostać się do domu, na czwarte piętro bloku.

Obok sklepu wyjętego bez zadraśnięcia z lat 80-tych mieści się restauracja, która również przebyła tą samą niepojętą podróż w czasie. Pamiętacie, jak wyglądały wtedy takie miejsca? Firanki w oknach, na parapetach wijący się, wyblakły od słońca materiał a na nim ułożona kompozycja ze sztucznych kwiatów - ułożona najlepiej, jak można, ale wciąż wyglądająca żałośnie.  W środku takiej restauracji mnóstwo stolików z tym samym nakryciem: dwukolorowe obrusy z taniego materiału a na nich wazonik ze sztucznym kwiatkiem. Wystarczy przypomnieć smak cierpkiej zupy pomidorowej, podawanej z ryżem i mnóstwem natki pietruszki leżącej bez ruchu na powierzchni, zupy tak doskonale pasującej do tego typu lokali...

Blokowisko w szklaku

Cień przeszłości w miejskim lustrze

Zaskoczyło mnie to znalezisko. Tym bardziej, że na pierwszy rzut oka, po przejściu centrum miasta, w które wbijane są jak bale coraz to nowsze wieżowce-szklaki, wydawało mi się, że teraz Warszawa marzy o czymś zupełnie innym. Warszawski sen to sen nowojorski, a dokładnie czułe pragnienie zbudowania drugiego Dolnego Manhattanu. Kilka lat temu, przed wyjazdem z Polski, w mieście było co najmniej o dwie trzecie mniej szklanych wysokościowców. Te, które były wtedy wyglądały zupełnie nie na swoim miejscu, odszczepione i samotne. Teraz mają już swoich kompanów, szkoda tylko, że o tak nudnych, powtarzalnych kształtach.

Okolice dworca centralnego

Okolice dworca centralnego

Szklana sarmacja, Warszawa

Szklana Sarmacja

Wygląda mi na to, że miasto ma teraz mniej chaotyczny, ale i bardzo przewidywalny plan zabudowy centrum - zabudowa będzie w oczach planujących nowoczesna, bo drapiąca w chmury ostrzem lśniącego szkła. Mój przyjaciel twierdzi, że Warszawa, nie mając własnego charakteru, potrafi przyjąć każdy architektoniczny styl i każdy jej pasuje. Współczesna historia zabudowy miasta zdaje się to potwierdzać, ale chaos styli, wysokości i materiałów na dłuższą metę jest chyba nie do wytrzymania. Zatem jeżeli już Warszawa ma się po manhatańsku rozwijać, czy mogłaby robić to w bardziej finezyjny sposób a nie tylko za pomocą szklanych, wieżowcowych bali czy karykaturalnych imitacji?

Warszawski Flatiron

Warszawski Flatiron

Warszawa oczywiście nigdy drugim Nowym Jorkiem nie będzie. To zresztą wcale nie jest źle życząca przepowiednia, wręcz przeciwnie - raczej troska o tożsamość stolicy. Zresztą w warszawski sen tych, co planują rozwój miasta, wkrada się przecież niedająca się okiełznać betonem i szkłem natura miasta. Warszawa nie tylko nie lubi się rozstawać z przeszłością, stąd sklepy z chemią domową i restauracje z lat 80-tych (swoją drogą za chwilę staną się absolutnie bezcenną pamiątką, bo przecież zanikają nie tylko w mniejszych miastach, ale i na głębokiej prowincji, pożarte przez tłuste pizzerie), ale lubi też trzymać swój familiarny fason, oferując coś z głębokich przedmieści w samym centrum miasta.

Kiedy pierwszy raz byłam w Warszawie, czułam się bardzo rozczarowana. Przyjechałam z było, nie było niewielkiego Trójmiasta do stolicy tego przecież niemałego kraju, więc moje oczekiwania i wyobrażenia miały odpowiednią skalę. Tymczasem miasto nie miało w sobie nic z wyczekiwanego splendoru. Poraziło mnie raczej tym, że na każdym kroku świeciło kątem zwykłej prowincji  - w środku odbudowanych po wojnie ulic, zaraz za rogiem znanej instytucji czy często wspominanych w mediach skwerów zwykle czaił się trój czy czwór-ramienny zestaw czertopiętrowych bloczków, w środku trzepak, śmietnik i ławeczka.  Obrazek osiedlowy był mi oczywiście dobrze znany, spodziewałabym się go jednak oglądać na przedmieściach, a nie w centrum.

Alkohol zagładą Polaków, Stawki, Warszawa

Alkohol to zagłada Polaków, Stawki, Warszawa

Nocna kwiaciarnia, przy Hali Mirowskiej

Nocna kwiaciarnia, okolice Hali Mirowskiej

Wielki Teatr

Wielki Teatr

To przemieszanie perferii z centrum nie zniknie i skutecznie oprze się wielkim snom o mieście. Warszawa zostanie Warszawą konserwującą kawałki przypadkowej przeszłości. Warszawa podobnie zresztą jak indyjskie Delhi jest miastem, które przy pierwszym doświadczeniu odrzuca brakiem charaketru i chaosem, a której skomplikowane warstwy warto cierpliwie rozkrajać.

piątek, 14 maja 2010

Wejście do labiryntu korytarzy londyńskiego metra zawsze wzbudza we mnie lekkie przerażenie. Im głębiej w ziemię trzeba zjechać, tym gorzej się czuję. Podziemia London tube są iście piekielne, duszne i gorące, zupełnie przeciwnie do tylko lekko zakopanego w ziemi metra Nowego Jorku, a człowiek tam, w londyńskich bebechach, kurczy się do roli kanałowego szczura.  Trudno jednak przemierzać znaczące dystanse brytyjskiej stolicy bez konieczności zakopania się we wnętrzu ziemi. Kiedy wczoraj z pewnym oporem stałam się częścią ludzkiej fali podążającej w stronę kolejki na Jubilee line, przeklinałam każdą chwilę, aż do momentu, kiedy znalazłam się w pociągu. W mojej części wagonu było 14 siedzeń. Wszystkie zajęte. Szybko policzyłam: sześć osób czytało powieści, w tym najnowszego McEwana "Solar", trzy czytały gazetę, a ostatnia sprawdzała coś w rozdziale o Baker Street w swoim włoskim przewodniku. Z wszystkich zebranych ponad dwie trzecie było czytających! Znacie lepszy wynik z przypadkowo podejrzanej miejskiej scenki?

Tą krótką anegdotką chciałam powiedzieć też tyle, że wróciłam z powrotem do domu w Oksfordzie i, mam nadzieję, do bardziej regularnej pisaniny. Na koniec scenka wpisująca się w temat z metra z wczorajszego spaceru po Regent’s Park, który, nie przesadzam, jest teraz naprawdę urzekający.

Czytający, Regent's Park, Londyn

Z książką do grobowej deski, Regent's Park, Londyn

piątek, 07 maja 2010

Wyjechać to zawsze trochę umrzeć, powtarzaliśmy, patrząc na ludzi, którzy mieli zostać na peronach i żegnali się z pasażerami, wyglądającymi przez oświetlone okna. (Antonio Tabucchi, "Robi się coraz później", 2001, tłum. J. Ugniewska).

Zawsze uwielbiałam podróżować pociągami. Tej całej podróży nie sposób było odbyć, tłukąc się przyjemnie po torach w jeden dzień. Dlatego z Londynu przeprawiliśmy się do Warszawy ponad chmurami, których w przestworzach były całe stada w zeszłym tygodniu. Polską stolicę widziałam po latach przerwy w zupełnie nowych okolicznościach – w pierwszy majowy weekend, kiedy była niemalże pusta, kiedy była miastem na urlopie. Mój urlop wplótł się doskonale w miejskie wakacje, więc niegdyś zapamiętane z czasów pracy w Warszawie męki mieszkańca tego miasta wydały się jedynie dalekim i obcym wspomnieniem. Dziwi mnie to, że Warszawa nie jest miejscem, które odwiedza się w weekend, jedynie w tygodniu w morderczym tempie biznesowych spotkań. Tymczasem tzw. city break w Warszawie potrafi być niezwykłą okazję do pogrzebania w tym wielowarstwowym miejscu.

Dopiero z Warszawy do Trójmiasta pojechaliśmy pociągiem. Znajomy stukot kół na torach wprawił mnie w przyjemny trans. Tą trasę pokonałam w życiu już kilkadziesiąt razy.

Wyjechać to jednak trochę się odrodzić – myślałam, siedząc w pustawym przedziale i wyglądając na ten swojski, monotonny krajobraz spóźniającej się wiosny – odrodzić, ale do poprzedniego wcielenia, wrócić na nowo do tego, co było kiedyś i wydawało się, że bezpowrotnie minęło.

Miejskie podróże, Warszawa nocą

niedziela, 28 marca 2010

Barcelona centrum miasta

Podobno raczej się nie zdarza. Bynajmniej nie w myślach tych, którzy to katalońskie miasto widzą przez przyciemnione szkiełka lata, złotych plaż Costa Brava i migających w jasnym świetle mozaik Gaudiego. Barcelona ma jednak inne oblicze. To nie tylko proste, nieco pompatyczne aleje wysłane palmami, wiodące do morza, do eleganckiego portu jachtowego. To też wąskie uliczki, przy których wyrastają wysokie kamienice, zabierające światło mieszkaniom na niższych kondygnacjach niż ostatnie, gdzie kłębią się od lat przybywający do stolicy Katalonii imigranci z Andaluzji i innych uboższych regionów Hiszpanii, z Afryki czy wreszcie od niedawna: Pakistańczycy, Arabowie, Turcy czy Hindusi.

Barcelona, mieszkańcy miasta w sobotni poranek

Mieszkańcy miasta w sobotni poranek na ulicy tureckich Doner Kebabów

Barcelona główna ulica Rambles

La Rambla w południe

Idąc w sobotnie przedpołudnie przez Raval, dzielnicę "kolorową", która mieści się może 10 minut od sławnej, głównej ulicy La Rambla, czułam się, jakbym nie opuściła wcale Londynu: w wąskich uliczkach siedziały te dobrze znane małe "orientalne" sklepiki: ze słodyczami z Bliskiego Wschodu, z mięsem halal dla muzułmanów, z importowanymi specjałami z subkontynentu czy z Chin czy wreszcie z całą masą taniej elektroniki (głównie telefonów komórkowych) i kart na tanie rozmowy do Azji. Jedyna różnica była taka, że każdy bez wyjątku miał szyld również po hiszpańsku (w UK coraz więcej jest sklepów z nazwami np. jedynie po arabsku). Czyżby znak lepszej integracji?

Wąskie uliczki Barcelony

W drodze przez Raval

Barcelona: dzielnica Raval - dzielnica emigrantów

Ciemne ulice oświeca kolorowa flaga FC Barcelona

Spacer zaprowadził nas później przez La Ramblę (myślałam, że będzie bardziej elegancka) nad morze, a tutaj wśród palm, wyskakujących przy skrzyżowaniach wież przypominających te należące do meczetów w północnej Afryce czy chociażby Andaluzji, wśród wreszcie bliskowschodnich kopuł, trudno mi było uwierzyć, że nie wyjechałam z Europy.  Spojrzenie przed siebie na przyjemny buwar przywracał mnie do starokontynentalnej rzeczywistości.  Wystarczyło jednak, żebym obejrzała się za siebie na plażę, na której prężył się hotel w kształcie kła, żebym pomyślała nie o wczesnych obrazach Picassa z rybakami, ale o Dubaju... "Z tego względu, że jest to miasto składające się z wielu warstw, można powiedzieć, że ma w sobie kilka miast" - mówił o Barcelonie hiszpański pisarz Manuel Vázquez Montalbán. I trudno o lepsze podsumowanie.

Barcelona bulwar nadmorski

Bulwar nadmorski w Barcelonie

Piknik w porcie, oczywiście z jamon!

Piknik w barcelońskim porcie jachtowym (bezwzględnie z bagietką i jamon)

Barcelona plaża

Plaża w mglisty dzień: wciąż za zimno na kąpiel

Przed przyjazdem miałam zupełnie inne wyobrażenie o mieście. Z jakiegoś powodu wydawało mi się, że będzie bardziej jednolite, że będzie zjednywać przyjezdnych bardziej spójnym charakterem. Tymczasem Barcelona wydała mi się dość rozbita. Kiedy Trocki przyjechał do Barcelony w 1916 roku (a raczej kiedy był już w areszcie eskortowany do portu), napisał, że to "duże hiszpańsko-francuskie miasto. Takie jak Nicea w piekle fabryk. Dym i płomienie z jednej strony, kwiaty i owoce z drugiej." Dymnych, dantejskich scen w Barcelonie, rzecz jasna, już nie ma. Nie mniej jednak kontrasty wciąż pozostały: karkołomne domy z wiązkami kabli pod balkonami tak bardzo przypominające mi duże marokańskie miasta i eleganckie kamienice z pięknymi bramami, którymi poszczycić się może najbardziej szykowne miasto; zgrabne kopuły i zniszczone balkony na dachach domów, bogate butiki i biedacy w centrum wygrzebujący jedzenie z koszy na śmieci. Trudno chyba o lepsze miejsce dla bajkowej, finezyjnej wyobraźni Gaudiego, dla nowej jakości wychodzącej poza świat kontrastów, która w tym zamęcie stworzyła coś oryginalnego (swoją drogą liczyłam na to, że Gaudi mnie mocno poruszy, tymczasem wywołał mu mnie tylko lekko-ciepłe uczucia).

Barcelona widok na miasto z Parku Guell

Widok na miasto z Parku Guell, zaprojektowanego przez Gaudiego

Barcelona: Park Guell

Tancereczka w Parku Guell

Barcelona kościół Gaudiego

Sagrada Família: wciąż w budowie. Jak dobrze pójdzie za trzydzieści lat powinna być skończona.

Barcelona przeszła wiele. "Pierwszy raz w życiu widziałem miasto, które było w rękach klasy robotniczej" - pisał w 1938 roku George Orwell - "każdy jeden budynek został przejęty przez robotników i oznaczony czerwoną flagą. Kościoły były systematycznie demolowane przez gangi. Każdy sklep i każda kawiarnia została oznaczona jako skolektywizowana." Wydawałoby się, że z takiej rewolucyjnej destrukcji, nic się w mieście nie ostanie.Tymczasem katedra w gotyckiej dzielnicy, jak i mroczny, ogromny kościół Santa Maria Del Mar wciąż stoją, fascynują i obezwładniają swoim rozmiarem. Stare kościoły hiszpańskie w wielkich miastach są moim zdaniem dość perwersyjne w swoim charakterze. W mrocznym, ascetycznym wnętrzu, którego ciemność tworzy się nie tylko przez niewielką ilość światła wchodzącego do środka, ale przez brunatny czy szary kamień, z którego powstały ściany, nagle poraża (czy też przeraża) opływający ze złota ołtarz, jaki powstał podczas euforycznych czasów wielkich geograficznych odkryć i grabieży.

Barcelona centrum miasta

Na ulicach jeszcze wciąż przedwiosennie

Barcelona panorama miasta

Barcelona: widok z katedry

Barcelona dzielnica gotycka

Dzielnica gotycka

Barcelona to nie tylko skomplikowana przeszłość, ale i pełna młodych ludzi teraźniejszość. To miasto, które ma energię. To miejsce, gdzie żyje się nocą.Tutaj, jak zresztą w innych częściach Hiszpanii, na kolację nie wychodzi się przed 22-gą, a dyskoteki nie otwierają się przed 3 nad ranem. Nocne hulanki leczy się później dawką tłuszczu i cukru w postaci churros, sprzedawanych późną (czy raczej już wczesną porą) przez przydrożnych handlarzy. Długie smażone w głębokim tłuszczu paluchy podaje się też na niedzielne śniadanie razem z gęstą czekoladą. Na tym chyba najbardziej poległam. Mój żołądek przyzwyczajony do kawy i bagietki z dżemem na śniadanie nie chciał się przekonać do hiszpańskich specjałów.

Barcelona, wreszcie, była dla mnie też miejscem wzruszających spotkań.  To tu przeprowadziła się jesienią moja przyjaciółka, to u niej spotkałyśmy się z przyjaciółmi z Gdyni i z Londynu, to dzięki niej po latach zobaczyłam koleżanki ze studiów i z czasów liceum, które w tym skomplikowanym mieście znalazły swój czasowy (a może stały?) dom. "To tutaj wszystko się zaczęło..." - powiedział o Barcelonie Picasso. Czy kosmopolityczna Barcelona stanie się nową mekką młodych jak niegdyś Londyn?

piątek, 19 marca 2010

Grenada Hiszpania

Już, już, już... dzieje się. Marzec pogalopował mocno do przodu, rozpędzając w tym pędzie długo goszczące zimowe chmury. Mamy słońce i Wielka Brytyjska Wyspa wkrótce zmieni się w ląd sterczących żąkili.

Kilka dni temu spędziłam pierwsze popołudnie z książką w ogrodzie. Od przedwiosennej podszytej wilgocią aury chronił mnie co prawda gruby koc, ale nos czule wystawiony do słońca nie dał się oszukać i radośnie się zarumienił. Czytalam książkę Jan Morris o Hiszpanii. Słońce łaskotało, koc dogrzewał, więc wyobraźnia nie musiała się specjalnie wysilać, żeby przenieść się mentalnie na rozległe równiny hiszpańskiej ziemi.

O książce chciałam od razu napisać, ale marzec pogalopował tak szybko, że ta niezwykła machina do mielenia czasu wypluła mnie ze swojego wnętrza dopiero teraz na lotnisku, gdzie za parę godzin inna maszyneria przeniesie mnie fizycznie tam, gdzie jeszcze parę dni temu mogłabym być tylko myślami.

Barcelona, która jako jedno z niewielu miast Hiszpanii patrzy poza granice tego wsobnego kraju - pisze Jan Morris - jest miejscem szczególnym. Najbardziej kosmopolityczne, ba, nawet najbardziej "europejskie", prawdziwie środziemnomorskie miasto jest kierunkiem, który obieram dziś. Do usłyszenia za dni kilka!

Grenada

Hiszpanski obrazek - Grenada w maju

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...