Indie

wtorek, 22 lutego 2011

Kobiety Radżastanu

Od paru tygodni w dość chaotyczny sposób robię porządki. Segreguję zapiski popełnione w podróży. Jestem wciąż przy Indiach. Przejrzałam ostatnio zdjęcia, na których często pojawiają się radżastańskie kobiety. Na swojej drodze spotkałam ich wiele, jednak tylko z kilkoma udało mi się porozmawiać. Nie znałam ani hindi, ani radżastańskiego. Bez żadnego z tych języków naprawdę trudno o kontakt z miejscowymi w tym jednym z najbiedniejszych i konserwatywnych stanów Indii, gdzie system edukacji kobiet pozostawia wciąż wiele do życzenia.

W jednym z radżastańskich miast kupiłam książkę do nauki hindi. Pan sklepikarz uśmiechał się szeroko, kiedy za nią płaciłam. Nauczyłam się z niej kilku podstawowych zwrotów. W całej książce nie mogłam znaleźć jednak nigdzie słowa 'dziękuję'. Sprawdziłam je dopiero na jednej ze stron internetowych w miejskiej kawiarence. Kiedy indyjską herbatę z mlekiem i przyprawami masala chai podała mi jedna z Radżastanek mieszkająca we wiosce za Dongarpurem, skąd wracaliśmy i u której przypadkowo się zatrzymaliśmy, podziękowałam jej za napój w jej języku. Otrzymałam za to zdziwione spojrzenie. Jak wyjaśniła mi potem koleżanka z Delhi, ten tak mocno zakorzeniony w naszej kulturze zwrot, w Indiach raczej nie funkcjonuje w życiu codziennym. Jeżeli jesteś za coś komuś wdzięcznym, to zamiast słowa, okaż to gestem: podarunkiem, datkiem czy napiwkiem.

Kobiety na ulicach Udaipuru

Nastolatki na ulicach Udaipuru

Cyganie nad brzegami jeziora Udaipur

Rodzina Cyganów nad brzegiem jeziora Pichola

Indyjskie kobiety

Hinduski w Jaisalmerze, północy Radżastan

Kobiety Radżastanu

W drodze do domu

Radżastańskie kobiety rzadko znają angielski. Jedynie dziewczynki z zamożnych rodzin, pochodzące głównie z wyższych kast i mieszkające w miastach wysyła się do szkół z nauką języków obcych. W Udaipurze spotkałam jedną kobietę (z kasty braminów), która dobrze władała angielskim. Była to dla mnie miła niespodzianka.

Ze znajomością języka można dotrzeć znacznie głębiej, zrozumieć i dowiedzieć się więcej. Bez niej komunikacja jest jednak wciąż możliwa, a powiem nawet więcej, potrafi być zaskakująco przyjemna. Wystarczy, że chcemy wyjść na spotkanie nieznanej osobie.

Kiedyś szliśmy sobie polną drogą w szerokiej głuszy Radżastanu, kiedy z pola wyłoniły się dwie kobiety. Obie niosły na plecach chrust. Słońce już zachodziło, więc pewnie wracały do swojej wioski. Szły na przeciwko nas. Podziwiałam ich zjawiskowe stroje, okalające ich smukłe sylwetki. Widziałam, że przyglądały się mi, moim szerokim spodniom i ramionom owiniętym ciepłą, jednobarwną chustą. Przez parę minut zbliżałyśmy się do siebie, nie spuszczając z siebie wzroku. Kiedy były już bliżej, ukłoniłam się im, mówiąc namaste. Otrzymałam w zamian ciepły uśmiech i równie przyjazne pozdrowienie, którego nigdy nie zapomnę. Jedno słowo, jeden gest, a nagle byłyśmy tak blisko.

Sprzątająca, Jaisalmer

Poranne porządki

Sprzedająca, Dongarpur

Targowanie, Dongarpur

Zamyślona, Pałac Monsunów, Indie

Zamyślona, pałac Monsunów, okolice Udaipuru

Radżastan to inaczej kraj kolorów. Jest wielkości Polski. Żyje głównie z rolnictwa i turystyki. Często w politycznych debatach w Indiach pojawia się w kontekście zacofania, choć wskaźnik piśmiennictwa nie jest tam jeszcze na najniższym poziomie. Wynosi 61%. W przypadku kobiet jest znacznie mniejszy.

Radżastańskie kobiety nie mają łatwo. Wydawane są za mąż bardzo wcześnie. Jedno z indyjskich badań podaje, że aż 56% Hindusek zostało mężatkami przez piętnastym rokiem życia, 14% - przed dzięsiątymi urodzinami. W Radżastanie wciąż popularne jest aranżowanie małżeństw, kiedy para młoda wciąż jest w dziecięcym wieku (ceremonii dokonuje się podczas festiwalu Akha Teej). Chociaż tradycja nakazuje, żeby rodzina kilkuletniej panny młodej zatrzymała ją w domu aż do okresu dojrzewania, często ten nakaz jest łamany. Dziewczynki 6-7-letnie wysyłane są do domu męża i tam od tak wczesnego wieku zajmują się uprawą pola, gotowaniem, sprzątaniem, a ich los niewiele różni się od losu służącej.

Przejeżdżając przez radżastańskie wsie, przykro mi było obserwować dwie rzeczy: jak nagle wioski zaczęły brzydnąć, kiedy pojawił się w nich beton i zamiast tradycyjnych domów ze strzechą zaczęto budować kwadratowe, zimne bunkry, i kiedy wieczorami mężczyźni upijali przy sklepach z tanim alkoholem (głównie whisky bardzo złej jakości albo "angielskim winem", bo takim mianem, jak udało mi się potem rozszyfrować tą zadziwiającą nazwę, określano każde eksportowane ze Starego Kontynentu wino).

Alkohol to duży problem wielu radżastańskich małżeństw. Kobietom rzadko udaje się unikąć domowej przemocy. Nie mają jak wydostać się z zawartego w dziecięcym wieku związku - nie mają gdzie wrócić, a pomoc prawna dla nich oferowana jest jedynie w dużych miastach, gdzie działają zachodnie organizacje charytatywne.

Kobiety nie mają też dostępu do opieki zdrowotnej, jeżeli nie mają zgody męża bądź jego rodziny na udanie się na konsultacje medyczne. Same nie mogą opłacić sobie lekarzy.

Tancerki, Udaipur

Tancerki wykonujące tradycyjny radżastański taniec weselny

Uczennice, Indie

Dzieci w drodze do szkoły, Jaisalmer

Sprzedawca kukiełek z córką

Sprzedawca kukiełek z córką

Sprzedające, Dongarpur

Poranny targ

Radżastańskie rodziny są na ogół wielodzietne (za wyjątkiem tych, mieszkających w miastach, gdzie para może decydować się na posiadanie tylko jednego dziecka). W jednej z wiosek we wschodniej części stanu widziałam podwórka z kilkoma dziećmi, które miały na sobie tylko strzępy ubrań, a ich włosy wyglądały tak, jakby nigdy nie były myte. Każde miało jakieś zadanie do zrobienia: przyniesienie wody ze studni w centrum wsi, zapędzenie drobiu do zagrody, wymycie garnków. Żadne z nich nie wyglądało na szczęśliwe, żadne nie odpowiedziało na mój uśmiech.

Jak wskazują badania, na 1000 urodzonych dzieci, 73 umiera w wieku niemowlęcym, 103 poniżej piątego roku życia. Dwie trzecie dzieci poniżej 4 roku życia jest poważnie niedożywiona.

Sprzedająca, Dongarpur

Popołudniowe zakupy

Sprzątająca, Dongarpur

Sprzątająca

Indyjska rodzina, Jaisalmer

Rodzinna dyskusja

Sprzedająca kwiaty przy świątyni Wisznu

Sprzedawczyni religijnych wianuszków

I jak po takiej wizycie nie chcieć pomóc? Jedną z pierwszych rzeczy, które zrobiłam po przyjeździe z Indii, to poszukiwania organizacji pomagających dzieciom bądź kobietom w Radżastanie. Bardzo źle się jednak za to zabrałam. Przeszukiwałam internet, a tam, jak łatwo sobie wyobrazić, grasuje wiele oszutów, podających się za prowadzących ośrodki pomocy. Wystarczy spojrzeć na to, jak działa u nich system składania datków, by się przekonać, z kim ma się do czynienia. W pewnym momencie zniechęciłam się do internetowych poszukiwań. Opowiedziałam o nich teściowej, a ta z kolei wspomniała o ośrodku dla samotnych mam z dziećmi, który wspiera od kilkudziesięciu lat. Postanowiłam się przyłączyć. Tylko że ten ośrodek mieści się w Bangladeszu, a nie Indiach. O tobie, Radżastanie, jednak wciąż pamiętam.

Poranne zakupy, Jaisalmer

Poranek w Jaisalmerze

środa, 19 stycznia 2011

Są bramini i Bramini. Jedni reprezentują kastę, drudzy są kapłanami pochodzącymi z tej kasty. Łatwo popełnić błąd i kojarzyć braminów jedynie z tymi, którzy sprawują święte obrzędy. Podróżując po Indiach, spotkaliśmy kilku braminów i dwóch hinduskich kapłanów (Braminów). U jednego byliśmy na kolacji.

Najwspanialsze w podróży są momenty odkrywania - najintensywniejsze, kiedy przyjaznym gestem zostanie się zaproszonym do czyjegoś domu. Mukesh, czterdziestoparoletni bramin pracuje jako przewodnik po Pałacu Radżputów w Udaipurze w północnych Indiach. Kiedyś robił jako przedstawiciel handlowy, potem pracował w dziale marketingu. Przychody go nie satysfakcjonowały, jeszcze mniej zasady, jakimi rządzi się rynek. Mukesh jest jednym z wielu przedstawicieli kasty braminów, którzy czują się pokrzywdzeni przez reformę zatrudnienia, jaką rząd prowadził kilka dekad temu. "Jesteśmy ostracyzowani na rynku" - żalił się nam podczas kolacji ugotowanej przez jego 15 lat młodszą żonę w niewielkiej i ciemnej kuchni ich pokaźnego domu - "osobom z innych kast łatwiej jest dostać pracę. Jeżeli o pozycję ubiegają się dwie osoby: bramin i ktoś z niższej warstwy społecznej i obie mają podobne wyniki i doświadczenie, to praca zostanie przyznana nie-braminowi."

Wnętrze pałacu radżputów, Udaipur

Pałac Radżputów, po którym oprowadza Mukesh

Mukesh nie zaprosił nas jednak do siebie, żeby opowiadać o zawodowych kłopotach, które skłoniły go w ostatnich latach do kolejnej zmiany pracy - zdania egzaminów, nauki kolejnego języka (francuskiego, bo Francuzi coraz liczniej odwiedzają Radżastan) i przekwalifikowania się na przewodnika po Pałacu. Mieliśmy się spotkać, żeby porozmawiać o religii i hinduskich świątyniach. Nie z Mukeshem jednak, bo on nie czuł się na siłach, ale z jego szwagrem, młodym, dwudziestoparoletnim Khushi, który został Braminem. Jedynym Braminem w rodzinie.

Hinduskie świątynie są intrygujące. Niegdyś oburzały i gorszyły wiktoriańskich Brytyjczyków, którzy nie potrafili zrozumieć ani indyjskiego, wielotysięcznego bogactwa bogów, ani potrzeby ozdabiania ich całą ferią kolorów, ani wreszcie zasady, według której na zewnątrz świątyni umieszcza się demony i sceny z Kamasutry. My byliśmy ciekawi, jak Bramini wyjaśniają porządek ich świątyń.

Khushi, którego imię znaczy tyle co szczęśliwy, chętnie odpowiadał na nasze pytania. Dobrze i dużo mówił po angielsku. Wtajemniczał nas w to, co przekazał mu jego guru, a jego wyjaśnienia opierały się na teorii właściwego przepływu energii. "Świątynie nie bez przyczyny mają kształt trójkąta" - mówił - "bo ten kształt najlepiej przewodzi energię. Pozytywna energia i wibracje muszą łatwo dostawać się do środka. Zauważcie, że gdy stawiamy na czole znak tikka też w ten sposób powielamy formę trójkąta na twarzy modlącego się. Trójkąt tworzysz też przy medytacji, odpowiednio składając ręce."

Hinduska świątynia Udaipur

Hinduska świątynia Kriszny, Udaipur

Khushi nie przestawał mówić, przechodząc od jednej teorii zbierania i wyzwalania energii do drugiej. Siedzieliśmy w pokoju "gościnnym", my na kanapie, Bramin na krześle obok swojej siostry, a Mukesh leżał na dużej sofie z nogą założoną na nogę. Zdaniem Khushi rzeźby z Kamasutry pojawiające się na wielu świątyniach mają moc oczyszczającą. "Ludzie mogą się napatrzeć się do woli, by potem wejść do środka i o takich rzeczach już nie myśleć" - twierdził. Taka samokontrola wydała nam się nieco nienaturalna, ale przecież my nie byliśmy wychowani w Indiach w otoczeniu setek hinduskich świątyń.

Na kolację jedliśmy ostrą zupę ze świeżo upieczonymi chapati - niewyrośniętym chlebem (roti) z mąki pszennej. Żona Mukesha - Vandana (jej imię oznacza modlącą się) -pokazała mi, jak go przygotowuje. W kuchni zrobiła masę, rodzieliła ją na małe kawałeczki a je z kolei rozgniotła na cieńkie krążki, które potem smażyła na patelni. Tuż przed zakończeniem smażenia brała upieczony krążek w metalowe szczypce i opiekała bezpośrednio nad gazem, a w ten sposób chlebek wybrzuszał się i zyskiwał ciemne, przypieczone kręgi. Na koniec posmarowała każdy typowym, indyjskim masłem ghee.

Rodzina bramina

Z rodziną Mukesha

Jako bramini rodzina Mukesha nie je mięsa. Nie gotują też jajek. Unikają bardzo ostrych dań (choć przygotowana zupa wydała mi się całkiem pikantna), by nie drażnić zmysłów i zachować czystość. Czystość jest zresztą słowem kluczem do zrozumienia indyjskich podziałów społecznych. Bramini to nie, jak często się błędnie uważa, najbogatsza kasta. W Indiach spotkaliśmy niepiśmiennych, biednych braminów mieszkających w małych wioskach przy granicy z Pakistanem. Majętność nie ma znaczenia, choć często się zdarza, że ci z najwyższej kasty są o wiele lepiej sytuowani niż ich sąsiedzi z niższych warstw społecznych: rzemieślnicy, wojownicy, kupcy. Bramini są na szczycie indyjskiej drabiny społecznej pod względem duchowej czystości. To z tych rodów wywodzą się kapłani. Khushi dodaje, że aby zostać Braminem nie wystarczy być braminem z pokolenia na pokolenie - rodzina musi mieć tradycje kapłańskie. Im niżej w hierarchii indyjskich kast, tym częściej mówimy o nieczystości. Na samym dnie znajdują się "niedotykalni", czy jak oficjalnie mówi się teraz o nich Dalit (w Sanskrycie oznacza "zduszonych", "połamanych"), parający się zwykle najgorszymi zawodami (w Delhi często budują drogi, na pustynnej północy Radżastanu są to często żebrający Cyganie) i wykluczeni z życia społeczności ze względu na swój status. Nie mogą przebywać w obecności braminów. Do wielu domów w wiosce nie są wpuszczani, bo są nieczyści. "Teraz nie jest jednak tak, że rodziny braminów zajmują całe ulice" - skarżył mi się Mukesh, którego dom znajduje się w cichej dzielnicy Udaipuru, 15 minut motocyklem od turystycznego centrum, otoczony domami profesorów, lekarzy, nauczycieli - "Kasty się mieszają, ale nie ma takiej sytuacji, by bramin mieszkał wśród zamiataczy ulic czy czyścicieli butów." Demokratyzacja społeczna nie sięgnęła i pewnie długo długo nie sięgnie tak daleko.

W domu Mukesha zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Jego żona Vandana mówiła po angielsku (ale nie tak dobrze jak jej brat). Miała też skończoną szkołę. A co więcej, przez cały czas trwania wizyty siedziała i rozmawiała z nami. Muszę się przyznać do jednego - spodziewałam się w domu braminów zastać raczej stereotypowy układ rodzinny, w którym tylko mąż mówi w obcym języku i tylko on rozmawia z gośćmi. Jakże się jednak pomyliłam! Vandana była równie ważną rozmówczynią co jej brat. Kobieta pomimo skończonej szkoły co prawda nie wykorzystuje jak jej mąż swoich kwalifikacji zawodowo. Opiekuje się domem i córką. Hobbystycznie robi biżuterię, którą sprzedaje kobietom w sąsiedztwie.

Mukesh i Vandana mają tylko jedno dziecko, które niezmiernie kochają. Nie martwią się tym, że nie mają męskiego potomka, co jest wciąż problemem dla wielu rodzin indyjskich, zwłaszcza na wsiach i w małych miasteczkach. Nie przeraża ich to, że wydając córkę za mąż, będą musieli przygotować duży posag. To nie będzie dla nich trudne, bo są zamożni. Podczas naszej podróży spotkaliśmy wiele par, które nie decydowały się na posiadanie drugiego dziecka. "Nie stać nas na to" - mówiła nam para prawników z Delhi, z którymi podróżowaliśmy 14 godzin pociagiem do Udaipuru. Najbardziej skarżyli się na koszty edukacji. Woleli nie powiększać rodziny, ale za to móc kilka razy w roku wybrać się z przyjaciółmi w wakacyjną podróż. Jechali do świętego miejsca Mount Abu. Podróżowali w obie strony w sumie trzy dni, żeby przez sześć dni odpoczywać w uroczym miejscu. Nad ranem wspólnie piliśmy zakupioną na jednym z peronów małego miasteczka masala chai - indyjską herbatę z przyprawami, mlekiem i cukrem - sprzedawaną wciąż w glinianych kubeczkach i przez to posiadającą niepowtarzalny posmak miejscowej ziemi.

Udaipur, Indie

Udaipur - cząstka miasta

niedziela, 27 grudnia 2009

Old Delhi, IndieDokładnie rok temu lecieliśmy zaraz po Świętach do Indii. Podróż zaczęliśmy w Delhi. Myśląc teraz o tej wyprawie, mogę śmiało powiedzieć, że ten, kto rozpoczyna spotkanie z Indiami od wizyty w tym mieście, wystawia swoje zmysły na podwójną próbę. Jak w pewnym stopniu niemalże każda stolica, Delhi gromadzi w sobie przerysowany, niemalże karykaturalny obraz kraju: przeludnionych dzielnic, dymnego powietrza, wielkości, która podkreślić ma prestiż władzy, rozbuchanej administracji, bogactwa, jakie zassane zostało z innych zakątków czy też niewyobrażalnych kontrastów. Kiedy pierwszy raz byłam w Delhi, przecierałam z niedowierzaniem oczy: to miasto nie ma w sobie jednego bijącego serca, jest pokrojone na kawałki, niespójne, dziwaczne. To miasto niemalże nie powinno już istnieć, powinno się dawno rozlecieć, a całość powinna pokryć dwa razy taka warstwa dymo-kurzo-piachu, która w tej chwili pokrywa jedną z jego dzielnic, zwaną Old Delhi.

W swojej historii Delhi już się kilka razy rozlatywało. Sułtan Tughlak wściekły na opór mieszkańców, kazał stolicę przenieść do oddalonego o ponad tysiąc kilometrów Daulatabadu - delijczycy mieli trzy dni na spakowanie całego dobytku i wyruszenie w tą koszmarną drogę na południe. Czwartego dnia Tughlak podpalił miasto, które jeszcze parę dni wcześniej zamieszkiwało pół miliona ludzi. Mogę sobie tylko próbować wyobrazić znaczenie tej makabrycznej decyzji: wyrwanych z domów mieszkańców umierających w drodze do nowej stolicy, tych, którzy nie chcieli zostawić miasta i zginęli w jego płomieniach. Wyobraźcie sobie teraz brutalne, nagłe przenosiny na pieszo na przykład  Londynu na południe Francji, czy dziesięciokrotnie większej Warszawy do Rumunii. Nie kojarzy się Wam to z operacją diabelskiego lekarza, który wycina pacjentowi zdrowe serce? Cudem Delhi jednak nie umarło. Po sułtanach przyszli władcy z dynastii Wielkich Mogołów, na zgliszczach starego zbudowano nowe. Szahdżahan wybrał Delhi, by zbudować tam swoją nową siedzibę. Na jego życzenie powstał w dzisiejszym Old Delhi największy meczet w północnych Indiach Dżami Masdżid, ogromny pałac - Czerwony Fort. Wtedy Delhi było najbogatszym, najznakomitszym, najbardziej zaludnionym miastem między Istambułem a Edo (Tokio). Miało dwa miliony mieszkańców, znacznie więcej niż Londyn czy Paryż w tamtym czasie.

Delhi, Indie

Old Delhi, główna ulica wiodąca do Czerwonego Fortu.

 

Delhi, Indie

Sypiące się pawilony w brytyjskim Delhi

Delhi, Indie

Dodatkowe pomieszczenia dobudowywane na dachach domów dla powiększającej się społeczności. Część z nich funkcjonuje jako hotele. Okolice dworca w Delhi.

Ten, kto zbuduje nowe miasto w Delhi, straci je - mówi perskie przysłowie. Przysłowie? To właściwie fatalistyczna przepowiednia, której skuteczność poświadcza historia tego miasta niemalże w każdym stuleciu. Wiecznego miasta powinnam dodać. Po Wielkich Mogołach przyszli Brytyjczycy, burząc część Old Delhi (w Czerwonym Forcie ustawili wojskowe baraki, rujnując jego architekturę i wystrój) i tworząc coś, co dziś się nazywa New Delhi. Ta nowa część zrobiła na mnie najgorsze wrażenie - jest zupełnie pozbawiona charakteru, przypomina wyrwane z angielskiego miasta Bath pawilony, umieszczone w środku czegoś, do czego zupełnie nie pasują. Dziś już lekko rozlatujące się budynki (brytyjscy zarządcy już przecież stracili konrolę nad miastem, czasy są nowe, więc dowodom minionego reżimu powala się umierać) wykorzystywane są głównie przez europejskie ekskluzywne sklepy, przed którymi drobni sprzedawcy handlują wszystkim, co popadnie. Całość tworzy według mnie przytłaczający obraz czy może tylko obrazek, w którym widać indyjskie społeczne skrajności: nowobogackich podjeżdżających taksówkami do sklepów, młodych, średnio-zamożnych chodzących na kawę do kawiarni ekspatów (są to jedyne miejsca w Delhi, w których pracują kelnerki. Wszędzie indziej są tylko kelnerzy), biedaków oddających mocz przy ogrodzeniu dzielnicy finansowej, żebraków, pucybutów, drobnych handlarzy żywnością.

Delhi, Indie

Największy meczet w Indiach. Dżami Masdżid, Old Delhi

Podczas drugiej wizyty w Delhi, spojrzałam na miasto z innej strony: nie było już dla mnie przykładem niedokończonego rozpadu, który nachalnie rzuca się w oczy, ale niezwykłej siły przetrwania. Delhi to miasto siedmiu miast,  to niespójne kawałki czegoś, co nigdy ze sobą nie istniało jako całość, co teraz żyje własnym życiem - naturalnym bądź sztuczne podtymywanym (dla mnie New Delhi nie ma w sobie własnej energii. Podtrzymuje je w trwaniu siła ekspatów i przyjezdnych).

Delhi ze względu na historię pozbawione jest naturalnego, miejskiego, rozrastającego się piękna. Ma śliczne miejsca, ale one potrafią niknąć w jego wielkiej, niszczonej tyle razy gardzieli.  To miasto, które żyje prawdziwym, pięknym życiem tylko w pamięci tych, którzy niegdyś je tworzyli, ale którzy w przeważającej większości już nie mieszkają w Delhi. "I had been living in Delhi for some months before I began to realize quite how many of the people I met every day were Partition refugees." ("Dopiero po kilku miesiącach mieszkania w Delhi zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, jak wielu ludzi, których spotykałem każdego dnia, było uchodźcami z czasów Podziału. [Chodzi o podział na Indie i Pakistan z 1947 roku, który dokonał się przy rozlewie krwi - przyp. aut.] - pisał William Dalrymple w znakomitej książce - zapisie jego rocznego pobytu w Delhi w latach 90-tych - zatytułowanej "The City of Djinns" (Miasto dżinów). Dzisiejsze Delhi tworzą głównie przyjezdni, przyjeżdzający do miasta od lat 40-tych. Dla nich historia tego miejsca, nie jest właściwie ich historią. Ich prawdziwe, darzone miłością ojczyzny są m.in. w północnych stanach, w miastach dzisiejszego Pakistanu, do którego nie wolno im wrócić.

Dlatego żeby zrozumieć Delhi, dostrzec piękno jego siedmiu miast, trzeba szukać głęboko pod powierzchnią dzisiejszej stolicy. Trzeba rozmawiać z tymi, którzy są częścią jej historii, posłuchać zapisków dawnych podróżników. I nikt nie zrobił tego lepiej niż właśnie William Dalrymple. Jako młody chłopak mieszkając przez rok wspólnie ze swoją żoną u rodziny Sikhów niedaleko enklawy sufich Nizamuddin w południowym Delhi, oddał się poszukiwaniom, rezultatem których stał się ten żywy, niezwykle ludzki portret miasta pokrojonego w czasie na kawałki.

Jego książka była moim nieodłącznym towarzyszem podróży. Była ocaleniem dla mnie - dla zagubionego podróżującego i ocaleniem dla miasta, bo Dalrymple ujął w niej to, co w Delhi bezpowrotnie ginie: zawody m.in. kaligrafów wykonywane przez muzułmanów posługujących się urdu, których wypędzono z miasta podczas Podziału, a z których tylko nieliczni pozostali na miejscu w ukryciu; nadwornych jubilerów - rodzin, które niegdyś dostarczały klejnoty dla wielkich władców, a teraz straciły znaczenie i rzecz jasna wytworną klientelę; duchowych guru, wielkich uczonych, świetnie władających starożytnymi językami (u jednego z nich autor pobiera lekcje perskiego). Ze spotkań Dalrymple'a z mieszkańcami Delhi, z jego wrażliwych obserwacji i z jego pokornej ciekawości świata wyłania się nie tylko współczesna mapa miasta, ale i jego historia, sięgająca czasów najstarszych indyjskich tekstów sakralnych.

Delhi, Indie

Grobowiec Humajuna. Południowe Delhi

Delhi, Indie

Sprzedawca owoców w dzielnicy finansowej Delhi

Każdy z rozdziałów "City of Djinns" był dla mnie wielkim odkryciem i sam w sobie jest małym eposem na wielki temat. Jeden z nich napisany po miesiącach rozmów opowiada o losie współczesnej hidźry (ang. hijra) czyli osoby należącej do tzw.  trzeciej płci. Żeby wyjaśnić, kim dokładnie są, trzeba pewnie sięgnąć po dobrze znane słowo 'trasnseksualista', chociaż ono dokładnie nie oddaje ani skomplikowanej sytuacji społecznej ani wszystkich powodów, dla których zostaje się hidźrą, bo one uzględniają przecież też wykastrowanych mężczyzn, osoby urodzone z narządami obojga płci lub o płci nieokreślonej. Dalrymple, który tygodniami krążył po wąskich i przeludnionych uliczkach Old Delhi,  by móc odnaleźć dom delijskiej komuny hidźrów, korzysta też z historycznego terminu eunuch, by pokazać, co stało się z tą grupą, kiedy starły się dwie tradycje: muzułmańska i hinduska po upadku imperium Mogołów.

Według starej hinduskiej literatury sakralnej (np. Wedy z II tys. p.n.e.) eunuchem zostawało się w wyniku kastracji, która była formą kary, jaka spotykała najniższe kasty np. mogła zostać wymierzona mężczyźnie z kasty nietykalnych za to, że oddał mocz w pobliżu Bramina czy za to, że uprawiał seks z kobietą z kasty braminów. Nikt nie mógł jeść jedzenia przygotowanego przez eunucha. Dla kapłanów samo przebywanie w jego pobliżu było niewygodne. Bycie eunuchem w hinduizmie oznaczało sięgnięcie niewyobrażalnego dna społecznego. Tymczasem w kulturach bazujących na islamie sytuacja była odwrotna - to im powierzano strzeżenie świętych miejsc, komnat dworów władców, bo ich sterylność oznaczała fizyczną czystość. Kiedy skończyła się muzułmańska dynastia Mogołów, która rządziła północnymi Indiami przez kilka wieków, eunuchowie zatrudnieni niegdyś na dworze znaleźli się dosłownie na ulicy i to bardzo wrogo nastawionej ulicy, której zasady dyktowała hinduska tradycja. To, co powstało z tego zderzenia, to, jak pisze Dalrymple, dość nieudany kompromis.

Hidźra, Bangladesz, zdjęcie Macieja Dakowicza

Hidźra, Bangladesz, zdjęcie Macieja Dakowicza

Hidźry w Bangladeszu. Zdjęcia Macieja Dakowicza opublikowane za zgodą autora. Więcej zdjęć można zobaczyć na stronie fotografa

Hidźry żyją na marginesie, a ich społeczna rola jest dość paradoksalna. Urodzenie hermafrodyty bądź dziecka z nieidentyfikowalą płcią dla większości ludzi, zwłaszcza prostych, jest uważane za najgorsze przekleństwo. Tak potraktowano urodzenie Panny, z którą po dwóch miesiącach codziennych wizyt w komunie rozmawia Dalrymple. Jej rodzina została wyklęta ze społeczności małej wioski niedaleko Varanassi, a mała została oddana hidźrze w stolicy. Z kolei pojawienie się hidźry na weselu a zwłaszcza udzielenie przez nią błogosławieństwa uważane jest za najlepsze z możliwych. Dlatego teraz hidźry żyją głównie z tego, że niezapowiedzianie pojawiają się na uroczystościach, tańcząc, śpiewając i w ten sposób zrabiając na przeżycie. Wyrzucone przez rodziny żyją w grupie, opiekując się sobą nawzajem. Większość z nich urodziła się z męskim ciałem, z którym się nie utożsamiają. W Europie pewnie przeszliby stosowne operacje, by je zmienić. W Indiach tylko nieliczni mogą sobie na to pozwolić - ci, którym uda się zgromadzić sporą ilość pieniędzy załapią się na terapię hormonalną a potem operację ze znieczuleniem. Inni przejdą kastrację na wsi przeprowadzoną w koszmarnych warunkach.

Podczas wizyty w Delhi nie spotkałam żadnej hidźry. Nie napotkałam też potomka kolejnej z wykluczonych grup, o której pisze Dalrymple - dzieci z mieszanych angielsko-indyjskich związków, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu nieprzyjmowane były ani przez hinduskie ani przez brytyjskie społeczeństwo. Nie rozmawiałam też z żadną ze staruszek, które po odejściu Brytyjczyków z Indii zdecydowały się pozostać na subkontynencie i które wciąż wyznają kolonialne zasady. Moimi przewodnikami po mieście byli przypadkowi młodzi ludzie, rozgoryczeni sytuacją polityczno-społeczną kraju, próbujący nas przekonać, że Indie charakteryzuje tzw. potrójne C: Corruption, Crowd and Crime (korupcja, tłum - czyli przeludnienie, i przestępczość. Swoją drogą ciekawe, że ten skrót nie obejmuje słowa Cast, czyli kasta, bo podziały między grupami społecznymi są wciąż bardzo duże). Delhi zwiedzaliśmy też z koleżanką z północnych Indii, która pracuje na jednym z uniwersytetów w stolicy i mieszka tam raczej z niewielką przyjemnością. Dlatego "The City of Djinns", które powstało z fascynacji tym miastem, okazało się najlepszym przewodnikiem, jaki mogłam sobie wyobrazić. Dalrymple w rok przeżył i poznał tyle, co niektórzy przyjezdni do Delhi nie byliby w stanie doświadczyć przez lata całe. Ta książka to prawdziwy dżin, który spełnia życzenia ciekawych świata. Mam nadzieję, że wkrótce znajdzie się dla niej polski wydawca.


***
City of Djinns William Dalrymple Książka o DelhiWilliam Dalrymple
City of Djinns. A year in Delhi

Harper Perennial, London 2005

Oliverowi dziękuję za wspaniały prezent w postaci tej książki.

Specjalne podziękowania dla Maćka Dakowicza za udostępnienie jego zdjęć hijras z Bangladeszu. Więcej zdjęć na stronie fotografa.

Poet Laureate
niedziela, 01 lutego 2009
Miasto z najstarszym wciąż zamieszkałym fortem wyłoniło się z mgły jak zbłąkany statek. Byliśmy jakieś pół godziny drogi od tego złotego okrętu, na skraju półpustyni. Tutaj Jaisalmer się kończy, poddając się płaskim piaskom, rozciągającym się aż do Pakistanu.

Hotel, w którym wylądowaliśmy, miał być ulokowany nieopodal fortu – powoli samoniszczącej się centrali miasta. Właściciel powtarzał jak katarynka, że od centrum dzieli nas 8-minutowy spacer. Im żywiej to w nas wpajał, tym bardziej oczywiste było, że kłamie. Ostatecznie nie miało to wielkiego znaczenia. Dopiero jak przyszło nam zmierzyć się z brązową i piaskową wodą w kranie, ciała zmęczone po 12 godzinnej podróży zbuntowały się. Postanowiliśmy się przenieść. Mgły rozwiewały się, kiedy żegnaliśmy się z pustkowiem.

Rozmach fortu ujawniał się stopniowo. Stateczne, kamienne mury naturalnie wyrastały ze skały i piasku. Nad murami piętrzyły się blokowate domy, szczyty świątyń z dzwoneczkami, tarasy i baszty. Nad tym wszystkim dominował pałac. Delikatne i precyzyjne rzeźbienia murów pałacu nadawały złotemu kamieniowi lekkości.
Mandir Palace, Jaisalmer, Indie
Mandir Palace, czyli pałac ze świątynią. Obecnie hotel. Jaisalmer, Indie
Jaisalmer był kiedyś bogatym miastem, które utrzymywało się z podatków sumiennie płaconych przez karawany wiozące opium, przyprawy, jedwab na drodze Arabia-Indie-Chiny. To była przystań przed bądź po wyczerpującej przeprawie przez pustynię.

Samą fortecę zbudowano na wzgórzu dziewięć wieków temu. Wtedy nie miała bieżącej wody. Studnia znajdowała się 20 kilometrów dalej i do niej pielgrzymowano codziennie. Jedno wiadro wody okupione było trudem długiej podróży. Stąd rozsądnie nie marnowano ani kropi. Ta sama woda z jednego wiadra wykorzystywana była cztery razy: najpierw do umycia się, potem w niej gotowano potrawy, przede wszystkim warzywa, wygotowaną używano do prania a resztą po praniu pojono zwierzęta i podlewano rośliny.

Dzisiaj w forcie mieszka 20 tysięcy osób, woda leje się z kranów i węży. I skutecznie wypłukuje fundamenty i ściany, niszcząc zamiast żywić. Organizacja dbająca o dziedzictwo narodowe zabiega o powstrzymywanie pędu destrukcji. Ponad jedna trzecia mieszkańców żyje jednak z turystyki, więc trudno sobie wyobrazić, żeby nagle zamknięto hotele i restauracje. My jednak przezornie zatrzymaliśmy się poza fortem.
Święta krowa, Jaisalmer, Indie
Imponująco święta
Sercem fortu jest pałac. W masywnych obronnych murach wykute są najdelikatniejsze formy kwiatów i ozdób, czyniąc z tego połączenia coś niezwykłe trwałego i pięknego. Mieszkańcy mają wysokie poczucie estetyki a fach rzeźbiarza pielęgnowali od stuleci. Artyści jaisalmerscy znani są ze swej precyzji i talentu również poza granicami Indii, gdzie często pracują na zlecenie władców czy bogaczy o artystycznych aspiracjach. To o ich wystarano się w Londynie, by uświetnili tamtejszą hinduską świątynię.

Forty i pałace Radżastanu są pełne magii i szybko rozpalają wyobraźnię. Każdy ma inne, dramatyczne historie do opowiedzenia: rzeźnickich walk, odsieczy, miłosnych uniesień czy boskich ingerencji. I z doświadczenia wiem, że lepiej, żeby te fascynujące wydarzenia opowiadał autoprzewodnik a nie oferujący swoje usługi miejscowy natręt – a takich przed fortami są całe tłumy. Różnica w treści jest tak wielka, jak odległość między ulicą a wysokim balkonem maharani. Jaisalmerski fort oferuje świetnie przygotowane autoprzewodniki, opowiadające o początkach miejsca, pustynnym charakterze kultury (można posłuchać nagrań lokalnych zespołów), historii, mitologii i czasach współczesnych (można posłuchać o dzieciństwie i młodości obecnych władców opowiadanym przez nich samych!).
Jaisalmer, panorama miasta
Miasto tonie w złotym kamieniu
Jaisalmerski fort, jak wiele innych w Radżastanie, był świadkiem wielu krwawych najazdów (głównie muzułmańskich). I choć lokalizacja i budowa fortu wydają się niemożliwe do zdobycia, forteca ze złotego kamienia poległa trzy razy. Zanim jednak najeźdźcy wdarli się do środka, kobiety popełniły dżauhar – masowe samospalenie, by nie doświadczyć brutalnej siły triumfującego wroga. Przed przytłaczającą ceremonią ubrały się w suknie ślubne, przystroiły z godnością i z przerażeniem w trakcie bramińskich modlitw oddały się płomieniom. Jak forteca legła po raz trzeci, czasu nie starczyło do pełnych przygotowań do dżauharu, nie było stosu, ognia ani modlitw. Kobiety zginęły od szybkich i ostrych cięć noża na gardle, zadanych przez miejscowych mężczyzn.

Jaisalmer jest pełen takich historii. Śpiewają o nich miejscowi muzycy (głównie muzułmanie, choć żyjący "po hindusku"). Jaisalmer pełen jest też pozostałości po wykwintnym życiu mieszczan, unieśmiertelnionym w ich kunsztownie rzeźbionych i malowanych kamienicach. Część z kamiennych dekoracji np. zwisające formy w kształcie lotosu były nakładane, a dokładnie przykręcane do murów tylko na szczególne okazje. Same domy budowano bez użycia żadnej substancji spajającej. Kamienie wycinano tak dokładnie, by jeden pasował do drugiego. Dla bezpieczeństwa łączono je kawałkiem żeliwa.
Rytułał czyszczenia, Indie
Zakończony rytułał sprzątania, Jaisalmer, Indie
Jaisalmer, w przeciwieństwie do innych miast indyjskich, nie szokuje biedą. Nie ma tak rozdzierających kontrastów. Życie miasta zaczyna się wolno od sprzątania domów i sklepów. Około 10-tej z każdego progu leją się strumienie wody – kończy się mycie podłóg wewnątrz a sprzątanie przenosi się przed dom, manifestowane energicznymi chlustami brudnej wody i wzbierającym poziomem wartkiego rynsztoku.

W śmieciach grasują krowy i dziki. Brud i smród ulicy mocno kontrastuje z ciszą i czystością wnętrz domów. Nikt jednak nie chodzi głodny. Mężczyźni czytają gazety, popijając czai. Kobiety przygotowują obiad. Nad wszystkimi czuwa wszechobecny Ganesza – bóg słoń z wielkim brzuchem. To on zapewnia pomyślność i ogólne powodzenie. Mieszkańcy Jaisalmeru mają jeszcze dwóch innych głównych patronów – boga słońce, zwykle przedstawianego w postaci tarczy słonecznej z męską twarzą, dającego ludziom siłę i boginię Lakszmi, odpowiedzialną za dobrobyt, bogactwo, materialny status. Upodobanie do tej trójcy łączy się z handlowym charakterem miejsca.
Ganesza, bóg powodzenia, Jaisalmer, Indie
Potrójny Ganesza - na malowidle i w dwóch ołtarzykach nad drzwiami, Jaisalmer, Indie
Od czasu rozdzielenia Indii od Pakistanu, rzeczy w Jaisamlerze mają się o wiele gorzej. Antyczne szlaki handlowe stały się niemożliwe do przejścia, zaginęła wymiana dóbr. Granica pakistańska jest nieprzyjazna i mocno strzeżona. I chyba z tej desperacji i tęsknoty za złotą przeszłością narodziła się obsesja dekorowania jaisalmerskich domów Ganeszą po dwakroć, trzykroć czy setki razy: Ganesza namalowany na lotosie tuż przy drzwiach, wielkości dziecka; nad nim Ganesza w miniatruce, obok Ganesza pozłacany bądź w tańszej wersji owinięty folią aluminiową. Chodząc od drzwi do drzwi aż chce się zawołać: o Ganeszo, czy nie słyszysz tych głosów uwielbienia? Przybądź na swym mysim powozie i przywróć temu miastu dawną świetność...
20:57, maga-mara , Indie
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 19 stycznia 2009

Khuldera to miasto w ruinie na półpustynnym terenie. Miasto-widmo, o którym różne krążą legendy. Jedna mówi, że ponad 400 lat temu premier miasta Jaisalmer upodobał sobie piękną dziewczynę z Khuldery i chciał ją poślubić. Mieszkańcy nie chcieli stracić piękności i żeby ją ocalić, wszyscy jednej nocy opuścili miasto, rozchodząc się każdy w innym kierunku. Inna legenda mówi, że powodem, dla którego mieszkańcy odeszli z miasta był sprzeciw wobec płacenia podatków. Chodząc po dobrze utrzymanej krzyżówce ulic i domów, trudno wierzyć legendom.

Khuldera, opuszczone miasto, Indie

Oliwka przechadza się po Khulderze

Pierwszej historii gwałtownie zaprzeczał nas kierowca-przewodnik – bramin z wioski położonej kilka kilometrów dalej: "nie o dziewczynę chodziło, premier nie mógłby poślubić prostej dziewczyny z prowincji." Może i racja.

Khuldera, opuszczone miasto, Indie
Jedna z ulic Khuldery

Trudno jednak nam uwierzyć, że tylko o podatek chodziło. Że nikt do miejsca nie powrócił, nie zajął z powrotem opuszczonych domów. Bramin jednak się upiera. Pokazuje nam zejście do studni. Schody prowadzące w dół na kilka metrów. Na ścianie tradycyjnie płaskorzeźba Ganeszy – boga w postaci słonia z olbrzymim brzuchem przynoszącego pomyślność i dobrobyt. Ani kropli wody w dole. – "Może miasto opustoszało, bo wyschła studnia?" – pyta bramina Oliwka. Taka wersja wydarzeń miałaby sens. –"Nie, nie, nie, o podatki chodziło" – kłóci się bramin, wyraźnie podirytowany. Nie wiem, czy bardziej zależy mu na legendzie czy na własnym autorytecie.

Khuldera, opuszczone miasto, Indie
Ze świątyni. Zachowała się całkiem nieźle jak na 400 lat pozostawienia samej sobie, wiatrom i piaskom pustyni
16:50, maga-mara , Indie
Link Komentarze (5) »
niedziela, 18 stycznia 2009
Rząd indyjski postanowił pokazać choć kapkę świetności opustoszałego miasta Khuldery i zarządził restaurację 50-ciu budynków. Wydaje mi się to kompletnie zbędne, bo świetnie utrzymane na pustyni ruiny same świadczą o tym, czym Khuldera kiedyś była. Wchodzimy jednak do jednego z "restaurowanych" domów. Przed budynkiem leży kupa piasku, druga kupa to wysuszone krowie łajno, obok dzban wody i metalowa misa.
Pracujące dziewczynki w Radżastanie, Indie
Dziewczynki rękoma rozsmarowują maź z piasku, wody i krowiego łajna
W środku pracuje około ośmiu kobiet. Każda w innym kolorze sari. Wyglądają jak kolorowe motyle. Bez żadnych narzędzi, pracują tylko rękoma. Jedna miesza piasek z krowimi odchodami i wodą. Powstaje z tego lepka substancja przypominająca wodnisty cement. Dwie dziewczynki ok. 12-14 lat rękoma nakładają tą śmierdzącą masę na podłogę i równo ją rozmasowują. Tą samą czynność wykonują dwie inne w pomieszczeniu obok. Kolejna stoi na bambusowej drabinie i chlapie żółty kolor na ścianę. Jest cała ożółcona. Zaschła farba pokrywa jej usta, powieki, policzki i sari. Inna rysuje proste wzory białą farbą w rogach ścian.
Kobiety Radżastanu, Indie
Do wykonania lepkiej substancji, którą pokryta zostanie podłoga, potrzebna jest woda, piasek i krowie łajno

W tym wszystkim szokuje najbardziej stojący w środku i nic nie robiący mężczyzna. Patrzy, jak my obserwujemy kobiety i kiedy widocznie stwierdza, że nic im nie grozi, wychodzi na zewnątrz i zasypia w kącie na słońcu w kuckach.

Podobno we wiosce, z której pochodzą kobiety (10 kilometrów od Khuldery – dystans pokonują codziennie pieszo), wszelkie prace wykonywane są właśnie przez nie. Mężczyźni nie pracują. Nasz przewodnik bramin wyjaśnia, że mężczyźni zajmują pozycję w społeczności a kobiety utrzymują domostwa i rodziny.

Przybory do pracy kobiet w wioskach Radżastanu, Indie
Przybory do pracy kobiet z wioski w Radżastanie północnym, Indie

Za 8 godzin robienia rękoma wylewki z piasku i krowich odchodów oraz malowania ścian każda z kobiet dostaje 150 rupi (ok. 10 zł) dziennie. To dużo w Indiach. Jeżeli wierzyć temu, co nam powiedział malarz miniatur z Udaipuru (jakieś 550 km od Khuldery), artysta otrzymuje 100 rupi dziennie. Za 15 rupi jest w stanie wyżywić rodzinę. Praca kobiet z okolic Khuldery jest jednak sezonowa i ta konkretna wynagradzana jest przez rząd indyjski, co może robić dużą różnicę. W innych rejonach Radżastanu (północno-zachodnie Indie) kobiety albo w ogóle nic nie dostają za pracę albo otrzymują o wiele mniej.
Kobiety malujące wzory w domach, Indie
Po tym jak podłoga z piasku i krowiego łajna wysycha, kobiety dekorują wnętrze domu

Bramin wyjaśnia, że te kobiety pochodzą z jednej z najniższych kast (nie są jednak z grupy "niedotykalnych" – do tej należą m.in. Cyganie). Nie mają dostępu do szkół. One od najmłodszych lat pracują. Serce się kraje.

Mężczyzna z wioski, Radżastan, Indie
Mężczyzni nie pracują. Spędzają czas, podpatrując prace kobiet i śpiąc w słońcu
12:01, maga-mara , Indie
Link Komentarze (6) »
sobota, 17 stycznia 2009
Ranakpur w północnych Indiach to miejsce, do którego przyjeżdżają pielgrzymi, by modlić się w świątyniach dżinijskich i do którego pielgrzymują turyści, by zobaczyć niezwykłą budowlę sakralną z 1444 kolumnami – każda kolumna jest inna, zgodnie z dżinijską zasadą architektoniczną o niepowtarzalności.
Świątynia dżinijska, Ranakpur, Indie
Świątynia dżinijska w Ranakuprze, Indie
Historia dżinizmu ma wiele wspólnego z buddyzmem – rozpoczęła się od ruchu reformatorskiego, krytycznego wobec starożytnej tradycji bramińskiej. Jej założyciel Wardhaman, ascetyk zwany później Mahavirem, czyli bohaterem, pochodził z tego samego regionu na granicy Indii i Nepalu co Budda. Od samego Buddy starszy był o jakieś 35 lat. Po dwunastu latach wyrzekania świata, głodowania i medytacji Wardhaman uzyskał oświecenie i dotąd do końca swojego życia wędrował po subkontynencie i nauczał. Dżiniści są ścisłymi wegetarianami (nie tylko nie jedzą mięsa, jajek ale i ziemniaków i cebuli, bo wierzą że one posiadają mikroskopijne dusze). Wierzą w ciągłą wędrówkę dusz i niekończące się wcielenia. Wyznają zasadę nie czynienia krzywdy nikomu i niczemu.

Rzeźby w świątyni dżinistów, Ranakpur, Indie
Każda z 1444 kolumn świątyni jest inaczej rzeźbiona
W Indiach dżiniści stanowią jedynie 1% mieszkańców subkontynentu. Są jednak najbogatszą grupą wyznaniową. Nad drzwiami często umieszczają znak swastyki – symbol dobra i pomyślności.

Świątynia dżinistów w Ranakpurze jest przepięknie rzeźbiona. Można w niej się kompletnie zapomnieć, przechadzając się między kolumnami, zerkając z tarasów na okalający ją park, obserwując zakonnice. Mniszki są obrane na biało (pochodzą z sekty "białego odzienia". W dżiniźmie jest też druga główna sekta "niebiańskiego odzienia" – łatwo można ją rozpoznać, bo mnisi z tego odłamu chodzą nago).
Modląca się mniszka, Ranakpur, Indie
Mniszka modląca się w jednym z zakątków światyni

Na krańcach świątyni w ścianach umieszczone są rzeźby świętych. Wszystkie wyglądają tak samo: smukłe, wypolerowane ciała siedzące w pozycji lotosu z wielkimi oczami i czarnymi brwiami. Wyglądają trochę jak namalowane przez dziecko lalki. W świątyniach dżinijskich nie wolno robić im zdjęć. Nie wolno też wchodzić do świątyni z czymkolwiek wykonanym ze skóry. Kobietom zabrania się wstępu podczas miesiączki.

Świątynia dżinijska, Ranakpur, Indie

Kaskadowe tarasy świątyni

Uszanowałam zakaz nierobienia zdjęć bóstwom, więc nie zobaczycie tych pozbawionych emocji statuetek. Dla japońskich turystów ta zasada była nie do przyjęcia – możecie sobie wyobrazić wyposażonego w super skomplikowany aparat fotograficzny Japończyka, który namierza jednego z dżinijskich świętych i już ma go zamrozić w fotografii, gdy nagle wstrząsa nim gwizdek i krzyk strażnika. Tak, w Ranakpurze tuż przy ołtarzu i w miejscach, gdzie pojawiają się święte rzeźby stoją odziani w brązowe uniformy strażnicy i bronią nieskazitelności fotograficznej sacrum. Świątynia jest jednak na tyle ogromna, że można szybko stracić ich z oczu i swobobnie pokontemplować jej zachwycające kształty.
23:39, maga-mara , Indie
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 stycznia 2009

Kumbhalgarh było kiedyś samowystarczającym miastem z masywnym fortem. Żeby poznać rozmiar tego niezwykłego miejsca, trzeba je zobaczyć z dwóch perspektyw: z drogi prowadzącej do głównej bramy i ze szczytu fortu - pałacu. Pierwszy widok zachwyca i jednocześnie onieśmiela. Otoczone masywnym murem miasto położone na wzgórzu chronione przez setki kopiastych bastionów musiało być fortecą nie do zdobycia. Rozmach budowli jest imponujący, zamiary władcy musiały być dalekosiężne. Ludzki wysiłek przy tworzeniu tego miasta jest trudny do wyobrażenia. musiało być spełnieniem marzenia o niepokonanej potędze, która nie tylko sławi niezawisłość władcy ale i skutecznie ochrania jego podwładnych.

Mury obronne XV-wiecznego miasta Kumbhalagarh, Indie
Mur obronny Kumbhalagarh rozciąga się kilometrami

Drugie spojrzenie na miasto to spojrzenie ze szczytów fortu-pałacu. Stamtąd rozciąga się widok na wielką przestrzeń, którą kiedyś zamieszkiwało 30 tysięcy mieszkańców, a która dzisiaj na niemalże skrawku zaludniona jest przez 200 osób. Domy właściwie się nie zachowały – musiały być zrobione z dość kruchego budulca.
Widok na miasto Kumbhalagarh, Indie
Widok na to, co pozostało z wielkiego miasta

Pozostały za to nieczynne już dwie tamy, które zapewniały zapasy wody dla tysięcy ludzi przez cały rok. Pozostały za to świątynie – jest ich aż 360. Cześć z nich to świątynie wyznawców dżinizmu z III wieku n.e. (!) A to oznacza, że przed XV-wiecznym fortem, ponad dziesięć wieków wcześniej musiało być tutaj miejsce może równie ważne, którego mieszkańcy czcili swoich mistrzów, korzystali z dobrodziejstw okalającej ich dżungli.

Pałac w Kumbhalagarh, Indie
Pałac w Kumbhalagarh

Do Kumbhalagrh w szczycie sezonu turystycznego przyjeżdża ok. jedynie stu osób dziennie. Kumbhalagrh to miejsce, które nie istnieje właściwie na turystycznej mapie Radżastanu, a które swoim urokiem przyćmiewa wiele.

Kumbhalagarh, ze szczytu pałacowego dachu, Indie
Widok ze szczytów w Kumbhalagarh
19:21, maga-mara , Indie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 stycznia 2009

Vrindavan jest miejscem pielgrzymek wielu Hindusów przyjeżdżających tu do miejsc, po których rzekomo chodził Kriszna, gdzie młody bóg podkradał młodym wiejskim dziewczętom ich ubrania, jak kąpały się w rzece, gdzie tańczył i grał na flecie. Vrindavan ma około pięciu tysięcy pięciuset świątyń. Jest dla Hindusów świętym miejscem. Kramiki miejskie uginają się pod ilością dewocjonaliów - małych statuetek, makatek z wizerunkami bogów, koralików, pocztówek. Do Vrindavanu chyba jednak nie przyjeżdża wielu obcokrajowców. W mieście dosłownie wszystko z wyjątkiem paru napisów jest w hindi, niewiele osób mówi po angielsku.

sprzedawca dewocjonali w Vrindavanie, Indie

Sprzedawca przedmiotów dewocyjnych

Jak tylko dojechaliśmy do miasta, facet z agencji turystycznej momentalnie zaprezentował nam naszego przewodnika, o którego oczywiście nie prosiliśmy. Jako że w naszych książkach o Indiach niewiele jest o Vrindavanie, postanowiliśmy skorzystać z usług tego faceta. Nie marnował czasu - zabrał nas prosto do świątyni Govindaji, po drodze wspominając, że w mieście jest problem z żebrającymi wdowami (ciekawy początek). Jego angielski był dość nieciekawy, więc mocno się natrudziliśmy, żeby zrozumieć, co do nas mówił. Jedno było jasne od początku - facet nie lubił, jak mu się zadawało pytania. Po wyjściu ze świątyni poszliśmy do centrum, gdzie rzekomo mieszka dwa tysiące wdów, którymi ten zacny przewodnik się opiekuje, korzystając z donacji obcokrajowców. Próbowaliśmy się dowiedzieć, dlaczego wdowy nie mieszkają ze swoimi rodzinami i czemu mieszkańcy miasta nie wspierają centrum. Facet był tak pokrętny, że dowiedzieliśmy się tylko tyle, że zarówno zachodni jak i indyjscy turyści płacą na rzecz centrum. Na wyjściu dodał, że wdowy modlą się cztery godziny rano i cztery wieczorem za swoich dobroczyńców i wtedy wszystkie ich problemy znikają...

Tabliczki z odpustami na zewnętrznej ścianie świątyni

Tabliczki odpustowe na ścianie świątyni

Stamtąd żwawo udaliśmy się do świątyni Banke Bihari, której ganek wyłożony jest tabliczkami z imionami i datami. Próbowałam dopytać, co to znaczy. Przewodnik był niezadowolony i stwierdził tylko tyle, że ci ludzie wymienieni na tabliczkach mieszkają gdzie indziej, ale za ich sprawą są obecni i w tym świętym miejscu. Potem próbował zmusić mnie do kupienia wianuszka z kwiatów do świątyni. Zrezygnowałam. Weszliśmy do środka i przewodnik usadowił nas przed dość tłustym braminem siedzącym przy ołtarzu Kriszny. Pokrótce wyjaśnił, kto jest kto w ołtarzyku a potem zabrał się do opowiadania o tym, jaki możemy kupić odpust! Niewiarygodne! Do dyspozycji miałam odpust dla siebie za 100 dolarów, odpust dla siebie, męża za 200 dolarów, bądź odpust dla całej rodziny z możliwością umieszczenia tabliczki na ganku bądź ścianie świątyni za 500 dolarów! Dzięki tej skromnej opłacie moje troski i problemy miały zniknąć w ciągu trzech miesięcy.

Podłoga pałacu przypadkiem odnalezionego, Indie

Odkrycie: posadzka pałacu-świątyni w Vrindavanie

Przewodnik zorientował się, że szeroko otwieramy oczy i nie możemy uwierzyć w to, co słyszymy, więc zaczął inną mantrę: że te donację idą na zbożny cel utrzymania centrum dla bezdomnych wdów, że karmią za to 2000 kobiet i utrzymują 5000 krów. Nie słuchaliśmy do końca. Uprzejmie wyszliśmy i pożegnaliśmy się z tym osobnikiem.

Poszliśmy nad rzekę. Tam próbowano nam sprzedać dewocjonalia różnej maści i przejażdżkę łodzią Kriszny. Po dwóch godzinach można mieć serdecznie dość Vrindavanu za sprawą jego mieszkańców. A szkoda, bo to miasto ma kilka fascynujących miejsc, ukrytych w ruinach domów, za odrapanymi bramami i wyłaniających się dopiero, jak popatrzy się na rzekę i jej przeciwny brzeg.

Rzeka Yamuna, Vrindavan, Indie

15:33, maga-mara , Indie
Link Komentarze (2) »
niedziela, 11 stycznia 2009

Przedwczoraj jeszcze byliśmy w Jodpurze (drugie co do wielkości miasto w Rajastanie), łaziliśmy po forcie i pałacu. Audioprzewodnik oprócz snucia historii miejsca i regionu zachęcał również do skorzystania z usług astrologa i wróżbity, który w ciągu dnia rezyduje w swoim "gabinecie" w jednym z ostatnich dziedzińców pałacu. Nie skorzystałam. Pałac a przede wszystkim widoki na miasto są dość niezwykłe. Z fortu wygląda na to, że to częściami upstrzone na niebiesko miasto rozdzielone jest jakby na połowę, skąd wyrastają skaliste zęby, na szczycie których umiejscowiony jest właśnie fort.

Piątek zapowiadał się sympatycznie, przyjemnie (dnia poprzedniego podróżowaliśmy 6 godzin w zakurzonym piaskiem pustyni pociągu, więc szczególnie z niczym się nie spieszyliśmy, delektując się byciem na świeżym powietrzu). Postanowiliśmy tylko na chwilkę wyskoczyć na stację, żeby kupić bilet kolejowy na za dwa dni do Agry. Na nabycie biletu straciliśmy dosłownie 4 godziny. Nie udało nam się zdobyć miejsc na pociąg nocny (wszystko zarezerwowane na dwa tygodnie na przód). I tak oto zamiast podróżować niedzielną nocą, spędziliśmy całą sobotę, jadąc pociągiem dziennym 12 godzin, żeby przebyć te 550 kilometrów, które dzieli Jodpur od Agry. Podróżowanie w Indiach jest czasochłonne i bywa naprawdę męczące. W pociągu przestrzeń dzieliliśmy z dwójką Kanadyjczyków i indyjską rodziną oraz dwoma myszami bądź małymi szczurami, które błyskawicznie poruszały się po podłodze oraz pewnie trzydziestką karaluchów, które wolno przechadzały się, gdzie chciały. Było dość obrzydliwie, zwłaszcza, kiedy głowa indyjskiej rodziny postanowiła założyć tak nogę na nogę, że jego śmierdząca stopa w dziurawej skarpecie wylądowała zaraz przy moim nosie. Facet urozmaicał sobie czas, podszczypując bądź boksując swoją żonę i wyśpiewując głośno bollywodzkie hity. Ostatnie godziny podróży spędziłam na siedzeniu na korytarzu, gdzie było relatywnie spokojnie i na horyzoncie nie widać było żadnych skarpet.

Dziś w Agrze jesteśmy rozszarpywani przez riksiarzy, sprzedawców wszelkiego rodzaju tandety, dzieciaki z plastikowymi modelami Taj Mahal... Wyczerpujemy powoli zapasy cierpliwości i sposobów ma pozbycie się natrętów. Mówię do nich po polsku, dość stanowczo, że "Nie dziękuję, nie chcę" i póki co to na razie skutkuje.

Wybieramy się za chwilę spacerkiem do Taj Mahal (obcokrajowcy płacą za wstęp 750 rupi, mieszkańcy Indii - jedyne 20. Zaskakują mnie te rozbieżności). Jutro jedziemy poza Agrę do Mathury i Vridavanu. A potem z powrotem do Delhi. I tak zamknie się nasz cykl podróży. Czuję niedosyt i wiem, że chciałabym do Indii wrócić.

11:38, maga-mara , Indie
Link Komentarze (2) »
czwartek, 08 stycznia 2009

W noworocznym wydaniu indyjski Sunday Times podjął temat zabójstw w Delhi w 2008 roku. Z krótkiego raportu stołecznej policji wynika, że morderstw dokonywano z najbardziej kuriozalnych powodów:

- bo sąsiad nie chciał pozwolić, by przywiązano kozę do płotu przed jego domem

- bo facet nie udzielił informacji o trasie autobusu

- bo pan młody nie chciał na swoim weselu puścić takich nagrań, które odpowiadały jego przyjaciołom (z rozczarowania zastrzelili go właśnie bliscy znajomy)

- bo kucharz odmówił podania papadamu (suchego chleba - zwykle kosztuje ok. 20-30 rupi, czyli jakieś 1 zł) przed zapłaceniem za niego

- bo kolega nie chciał się przyznać do przegranej w grze.

Nie wiem, czy się śmiać czy płakać, czytając ten raport. Tego typu morderstwa stanowiły w 2008 roku jedną szóstą wszystkich zabójstw w stolicy Indii.

10:40, maga-mara , Indie
Link Komentarze (1) »
wtorek, 06 stycznia 2009

Muked prowadzi małe biuro podróży, kawiarenkę internetową i sklepik z niezbędnymi rzeczami dla turystów. Trzy w jednym na przestrzeni pięć na pięć metrów. Wpadam rano przed 9-tą po wodę mineralną (konieczna do mycia zębów) i papier toaletowy (coś, czego zawsze brakuje w indyjskim hotelu). Muked zamiata swój lokal. Na kolanach, używając do tego zrobionej z gałązek miotełki. O tej porze całe miasto zamiata. Sklepikarze czyszczą podłogi swoich sklepów, mieszkańcy - domy, ludzie ulicy - swoje kąty.

Waham się, czy wejść. Muked jednak zaprasza. Przeskakuję przez sporej wielkości kupę brudu. Trudno uwierzyć, skąd się to wszystko nagromadziło na tak małej przestrzeni.

Muked ma iście melancholijny wyraz twarzy i dość flegmatyczną naturę. Przesuwa się ślimaczo, podaje moje zakupy i patrzy na mnie z miną zbitego psa. Butelka wody mineralnej jest cała zakurzona, podobnie jak papier - codzienny rytuał sprzątania nie przewiduje przecież odkurzania półek. Muked pomimo rozpłakanego spojrzenia jest bardzo zadowolony. Jestem jego pierwszą klientką tego dnia - klientką, która przyszła wcześnie rano, jeszcze zanim sklep był gotowy, a to dobra zapowiedź dnia. Koniecznie chciałby mi jeszcze coś sprzedać. Wyjaśniam, że przyjdę później kupić bilety na autokar.

Kiedy przychodzimy po pół godzinie zastajemy Mukeda rozmodlonego. Buty zostawił przed sklepikiem. W środku zapalił kadzidełko. Na każdym z trzech monitorów komputerowych położył pomarańczowy kwiatek. Muked każe nam usiąść a sam kontynuuje modlitwę. Wywija kadzidłem przed sklepem, kilka razy dotykając miejsca nad drzwiami. Wchodzi do środka, mrucząc modlitwy pod nosem. - "To, żeby zapewnić powodzenie w biznesie" - wyjaśnia, jak już skończył.

Ostatecznie kupujemy u Mukeda nie tylko bilety na długą podróż autokarową, ale i wynajmujemy taksówkę na dwa dni podróżowania po okolicy Udaipuru. Muked żegna nas bardzo serdecznie. Bogowie dziś byli niezwykle przychylni.

15:49, maga-mara , Indie
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 05 stycznia 2009

Miało być skromnie, nie-europejsko i raczej cicho - takie były prognozy na Sylwestra mieszkańców Udaipuru, z którymi udało nam się porozmawiać po południu. Tymczasem zaraz po zmierzchu rajska enklawa zamieniła się w piekielną imprezę. Tutejsze hotele to wysokie budynki z restauracjami na dachach (5-6 pięter, w środku z dziedzińcami i zdobionymi oknami, tzw. haveli) Od dachu do restauracji aż po drzwi na parterze rozwieszone były światełka jak z choinek. Muzyka zaczęła dudnić już o 19-stej - głównie hity z lat 80-90-tych. Nasz hotel na szczęście muzyką dyskotekową nas nie raczył (pokoik mieliśmy pierwszej nocy zaraz przy restauracji, co oznaczałoby całonocne cierpienie).

Wyszliśmy wieczorem na ulice. Po zmierzchu Udaipur traci swój idylliczny charakter: Znikają kolorowe kramiki z szalami, skórzanymi oprawami książek, wielobarwnymi ciuchami i owocami. Miasto pokazuje swoją podszewkę: rynsztoki, biedaków mieszkających w zaułkach, chorujących na trąd, śmieci, legowiska krów przy sklepach. Wychudłe psy wałęsają się po śmietnikach a po północy, kiedy ulice kompletnie pustoszeją zaczynają ze sobą walczyć. Przygnębiający spacer.

 

Udaipur nocą - krowy wychodzą na żer

 

Wróciliśmy do hotelu do restauracji na dachu. Kelner był już podchmielony, w znakomitym nastroju.

- Powiedziano nam dzisiaj, że Hindusi nie świętują nowego roku w kalendarzu gregoriańskim. Te wszystkie dyskoteki i zabawy zrobione zostały dla turystów? - pytam.

- Dla turystów i dla młodych Hindusów. Jak się młodzi chłopcy napiją, to zaczynają obściskiwać dziewczyny - wyjaśnia kelner, niebezpiecznie się do mnie przysuwając - Tak, tak, zaczyna się grzecznie. Chłopcy mówią do dziewcząt "namaste" (co w hindi oznacza dosłownie "Kłaniam się tobie z szacunkiem" a używane jest jako standardowe pozdrowienie bez względu na porę dnia), a potem po alkoholu zaczynają je całować. Tutaj kelner wyraził swoją dezaprobatę, zerkając głównie w stronę Oliwki.

Patrząc w mętne oczy kelnera, dopytujemy się go, czy Hindusi na pewno nie mogą pić alkoholu.

- Ci, którzy są religijni nie piją, nie jedzą mięsa, chodzą do świątyni i tam stoją blisko świętego miejsca (w hinduskich świątyniach to głównie rzeźba bądź płaskorzeźba boga bądź bóstwa). A drudzy, którzy nie są tak religijni, piją, palą a jak chodzą do świątyni, to stają ok. 100 metrów od bogów. Dziś jest jeden jedyny dzień w roku, kiedy ja piję i palę - dodaje gwoli wyjaśnienia - Od jutra koniec. Czekam na Sylwestra przyszłego roku. Nasz (hinduski) nowy rok przypada dopiero wiosną.

Jak dostaliśmy kolację, kelner był po trzeciej butelce piwa. Muzyka z okolicznych hoteli dudniła, woda jeziora niosła ją w przestrzeń a kelner kołysał się w rytm hitów z lat 90-tych, powoli tracąc koordynację.

Kelnera widzieliśmy następnego dnia rano na śniadaniu. Wyglądał zdechle, trzymał się jednak całkiem nieźle. Jak na nieprzyzwyczajoną do alkoholu i tytoniu osobę, która raz w roku upadla się używkami, radził sobie imponująco dobrze.

 

udaipur nocą

O północy na niebie pojawiły się fajerwerki. Muzyka łupała jeszcze po północy a hotel obok serwował dyskotekę aż do porannych godzin. Trudno było spać, kiedy pokojem trząsł dr Hammer. W końcu zasnęliśmy. Na krótko. O piątej nad ranem z megafonu poleciały dźwięki skocznych hymnów religijnych - otwierano właśnie świątynię Wisznu (wyjątkowo dobrze wyposażoną w głośniki). I wtedy tutejszy świat wrócił do normy. Skończył się europejski sylwester, który tutaj nie ma większego znaczenia.

udaipur, indie
15:05, maga-mara , Indie
Link Komentarze (4) »
środa, 31 grudnia 2008

Po 14 godzinach pełnej boleści podróży pociągiem dojechaliśmy do raju. Updaipur jest położony nad dwoma jeziorami w otoczeniu wzgórz. Słońce srebrzyście odbija się w wodzie, niebo jest bosko błękitne, ciepło, przyjemnie, idyllicznie. Krowy mozolnie przetaczają się po ulicach a ludzie z uśmiechem witają przybyłych.

udaipur, indie

Życzę wszystkiego, co najlepsze w 2009! Połączenie internetowe jest bardzo wolne, więc niestety nie uda mi się odpowiedzieć na Wasze maile i wiadomości.

Świętować będziemy skromnie. Jak powiedział nam człowiek opiekujący się udaipurską świątynią Wisznu nowego roku w kalendarzu gregoriańskim w Indiach się właściwie nie świętuje. Hinduski nowy rok przypada w marcu, zgodnie z kalendarzem księżycowym.

Do Siego Roku!

15:08, maga-mara , Indie
Link Komentarze (3) »
wtorek, 30 grudnia 2008

Delhi jest zadymioną i brudną, ale fascynującą metropolią. Trudno się tutaj poruszać nawet z mapą. Ciekawe miejsca odnajdujemy przypadkiem, wałęsając się głównie po trzech częściach miasta: starym mieście, które zamieszkuje duża społeczność muzułmańska, nowym mieście, które na początku minionego stulecia zbudowali Brytyjczycy i południowej części, gdzie mieszkamy. Delhi jest jednym z najstarszych miast na świecie. Miastem, w którym, jak mówi perskie przysłowie, ktokolwiek zbuduje nowe, straci je. Tak stało się z Muzułmanami, tak było z Brytyjczykami.

Jak przylecieliśmy do miasta trzy dni temu, przywitał nas słodkawy zapach dymnej zawiesiny: potu ludzi i zwierząt, przypraw i oparów dymu. Powietrze jest mętne i w dzień i w nocy. Niczego nie widać w ostrych konturach, bo każde zgięcia zaciera mętna mgła.

delhi stare miasto

Nocna podróż taksówką do hotelu miała swoje chwile grozy: na ulicach pomimo lamp jest ciemno, bo światło przepada gdzieś w powietrznej mazi. Zasadą poruszania się po delijskich ulicach jest pragnienie ciągłego ruchu - jazda bez zatrzymanki. Zatrzymywanie się na czerwonym czy ustępowanie drogi tym, co mają pierwszeństwo jest przyjmowane z boleścią i zniecierpliwieniem. Jeżeli ktoś już dostosowuje się do zasad ruchu (widzieliśmy np. autobus przejeżdżający na czerwonym w momemcie, jak na skrzyżowanie wjeżdżały masywne ciężarówki), to swoje podporządkowanie wyraża przez nerwowe naciskanie klaksonu. Policzyłam, że najdłuższa chwila bez dźwięku klaksonu na delijskiej ulicy wyniosła 8 sekund. Na ulicach zwykle nie ma pasów, a jeżeli nawet i są, to kierowcy i tak wybierają "pas" dla siebie i jadą dokładnie tą szerokością drogi, która im odpowiada. W momencie skrętu samochody z najdalszego pasa potrafią przeciąć na skos i wyjechać w pas prowadzący do rozwidlenia.

Nasz kierowca zdecydowanie się wyróżniał - używał kierunkowskazów. Pomimo tego notorycznie traktowany był klaksonem przez inne pojazdy, które walczyły o utrzymanie zasady jazdy bez zatrzymanki. O mały włos nie wjechał w nas samochód osobowy i o mały włos nie zderzyliśmy się z barierką po tym, jak ciężarówka najechała na nasz "pas".

Chcieliśmy porozmawiać z kierowcą, ale nie chciał nawiązać rozmowy, być może dla tego, że nie mówił dobrze po angielsku. Tyle co słyszeliśmy tylko, to kiedy odebrał komórkę: "Hadżi, hadżi, hadżi-ha. Hadżi." I to było wszystko.

ulice delhi

Pierwszego dnia po przyjeździe wstaliśmy po 14-stej i udaliśmy się do pobliskich ogrodów dynastii Lodi, które są bardzo piękne. W ogrodach buszuje niezliczona liczba ptaków. Sporo mieszkańców miasta spędzało niedzielę na piknikowaniu. W ogrodach znajdują się magiczne mauzolea z czasów dynastii Lodi (przełom XV-XVI wieku). Jeden z nich ma też meczet, wyłożony w środku bajecznym stucco. Całość jednak jest zaniedbana, zwłaszcza mauzoleum na przeciwko, na którym pozostało dosłownie kilka błękitnych kafli - reszta zginęła w żywiole wody, powietrza, delijskiego dymu i ludzkich rąk. Okolice Lodi Gardens to bogata ulica. Domy tam to kilkupiętrowe masywne kwadraty z tarasami na dachach. Dostępu do nich bronią strażnicy mieszkający w małych budkach przy ogromnych bramach.

delhi - stare miasto

Delhi jest dobrze zwiedzać z książką "City of Djinns" Williama Dalrymple'a, bo odkrywa te miejsca, które w toku burzliwej historii miasta zapomniały się i przyprószyły kilkucentymetrową warstwą kurzu, zarosły czy się zabudowały. Delhi, jak pisze Dalrymple, to miasto, którego centrum zamieszkane jest przez ludzi przybyłych tu najwcześniej 50 lat temu. Po podziale subkontynentu na Pakistan i Indie w 1947 roku Muzułmanie musieli wyjechać na północ, a z okolic Pakistanu przybyli hindusi. To ludzie, którzy nie znają i niespecjalnie interesują się historią miasta. Delhi dla nich to teraz i tutaj.

08:53, maga-mara , Indie
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2
Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...