własny pokój

środa, 10 września 2014
  • Najpierwsze: we wtorek (18 16 września) o 10.00 odbędzie się zapowiadana wcześniej podróż w czasie przez 500 lat historii wydawniczej w Oksfordzie. Spotykamy się przy recepcji w Oxford University Press. Jeżeli ktoś jeszcze chce dołączyć, proszę dajcie znać.
  • Gorący njus od Jacka Dehnela: jego najnowsza powieść "Matka Makryna" wychodzi 22 października! Wspomniałam co nie co o niej w relacji ze spotkania z Jackiem w Oksfordzie - poczytać można tutaj.
  • Od początku września w Oxford University Press do obejrzenia jest wystawa sztuki dziecięcej - Polka Doggies w wykonaniu Emmy Davis. Zapraszam!
  • I wreszcie serdecznie gratuluję Ice Matyjaszkiewicz za świetny artykuł o poetyce nieobecności i pamięci w pracy Mirosława Bałki How It Is, którą można było zobaczyć w Tate Modern cztery lata temu. Tekst ukazał się po angielsku w Ikonothece, piśmie wydawanym od ponad 20 lat przez warszawski Instytut Historii Sztuki. To też dobra wiadomość dla mnie, bo w artykule pojawiły się moje zdjęcia "How It Is". Rany, pojawić się obok fot Tate! To wywołało u mnie ekstatyczne drżenie rąk i nagłą chęć pochwycenia kieliszeczka z Prosecco (mój zdecydowany faworyt względem szampana). Dzięki, Ita! Cheers!

How It Is Mirosław Bałka

piątek, 11 lipca 2014

Kilka szybkich zwiastunów, które też trochę usprawiedliwią przedłużającą się ciszę na blogu (przepraszam...) Otóż, zaangażowałam się nieco w prowadzenie wystaw we własnym miejscu pracy, a że w wydawnictwie mamy sporą i bardzo intensywnie uczęszczaną przestrzeń, to ona sama niemalże zgłosiła się do bycia powierzchnią wystawową. I tak oto przed nami dwa miesiące niezwykle ciekawych prezentacji. Już od początku sierpnia będzie można oglądać dwójkę artystów:

Stanisława Olesiejuka z Gdyni z jego kosmicznymi abstrakcjami

Stanisław Olesiejuk

zdjęcia prac Stanisława Olesiejuka pochodzą z jego strony facebookowej - prace na żywo można w tej chwili obejrzeć w gdyńskiej galerii (nomen, omen)... "Tygiel"

i Izabellę Bryzek, absolwentkę warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, którą też interesuje abstrakcja i kosmos, więc myślę, że prace będą bardzo fajnie ze sobą współgrały. Iza od niedawna mieszka w Oksfordzie, a ci, którym Oksford nie po drodze, będą mogli zobaczyć jej instalacje w Tate Liverpool w sierpniu (wielkie gratulacje, Iza!).

Izabella Bryzek

Zdjęcia prac Izy pochodzą z jej strony internetowej http://ibryzek.carbonmade.com/

Od września przestrzeń zmieni się ponownie – tym razem zawładną nią intensywne kolory i zwierzaki. Emma będzie wystawiać swoje Polka Doggies.

Polka Doggies

 zdjęcie Emmy z pracami pochodzi z jej strony internetowej http://www.polkadoggies.com/

Za rok z kolei zobaczymy Davida Tolley, fotografa i wykładowcę na Uniwersytecie Oksfordzkim  - będzie pokazywał swoje zdjęcia z Namibii, ale o tym więcej jak będzie bliżej do czasu wystawy.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam do Oxford University Press (Great Clarendon Street, Oxford). Wystawa jest co prawda imprezą zamkniętą, ale jeżeli chcecie wpaść w czasie lunchu od poniedziałku do środy, kiedy jestem w biurze, to chętnie Was oprowadzę (możemy potem skonsumować jakiś lunczyk wspólnie).

Poza tym organizuję wycieczkę w czasie po 500-latach historii wydawniczej w Oksfordzie (trwa 40 minut i odbędzie się w Oxford University Press Museum). Pilotem będzie nikt inny jak nasz boski archiwista Martin Maw, który stoi za jednym z tomów tej opasłej historii i który zna miliony nieprawdopodobnych historyjek. Jeżeli macie ochotę się wybrać, to dajcie znać.

Z innych zajawek: pod koniec listopada w Oksfordzie będzie Mariusz Szczygieł, więc zapraszam wszystkich miłośników "Gottlandu" na promocję angielskiego wydania książki (które pojawiło się dzięki Antonii Llyod-Jones).

Tyle w szybkiej, informacyjnej pigułce, którą dowodzę też taką oczywistą prawdę, że nigdzie nie wyjeżdżam w lato, jestem na miejscu i jak widać, mało zajmuję się własnym pisaniem, z czego się rozgrzeszam lekką ręką. Póki co i tak nie wiem, jak zacząć rozdział, a ślęczenie nad pustym ekranem bądź pustą kartką i gryzdanie esów nie jest moim ulubionym sposobem na spędzanie wolnego czasu, którego i tak mam strasznie mało.

A jak Wy spędzacie lato?

środa, 14 maja 2014

Wyłączyłam się na trochę dłużej niż myśłałam i strasznie trudno było mi zebrać się, żeby otworzyć z powrotem stronę z blogiem, choć Was i samego pisania mi brakowało. Jesienio-zima łatwa nie była, a wiosną tak wszystko przygalopowało, że nawet nie próbowałam udawać, że panuję nad mijającymi tygodniami. Data bijąca z ekranu telefonu co jakiś czas wprawia mnie w stan totalnego osłupienia, a nawet wstydu, kiedy pomyślę sobie, że jeszcze nie zrobiłam tego:

Najpierw słówko od Beli: Dziekuję kochani! Gdyby Bela mogła, powiedziałby to tak słodkim głosem, który na razie znamy z Beli niewerbalnych zachwytów typu 'niii' bądź 'hej'. Bela dziękuje Wam wszystkim, którzy oddaliście dla niej 1% swojego  podatku w tym roku. Wielka buźka dla Was!

Bela


Ja dołączam się do Beli i chciałabym dodatkowo szczególnie podziękować kilku osobom, których pomoc niebywale chwyciła nas za serce. Moi drodzy:  Maćku Grabski, Katarzyno Ewo Kuroś, Joanno Crettenand, Anno i Piotrze Millati, Barbaro Jarząbska-Ziewiec, Wojciechu Majewski, Wojciechu Maciejewski, Barbaro Toruńczyk oraz Barbaro i Henryku Kahsin – jesteście kochani, ogromnie Wam dziękuję!

Za Waszą sprawą już za 10 dni Bela ponownie pojawi się w ośrodku rehabilitacyjnym Zabajka. Chcemy ją też zabrać na delfinoterapię, o której myślimy od dłuższego czasu. Już nawet wybraliśmy miejsce, ale sytuacja na Ukrainie na tyle mnie niepokoi i smuci, że na razie musimy to odłożyć, chyba że w międzyczasie znajdziemy inne miejsce gdzieś poza Ukrainą.

Moja lista podziękowań robi się coraz dłuższa, bo uwaga uwaga, zdecydowałam się specjalnie dla Beli, która ćwiczy niemalże codziennie bez względu na to, czy zadowolona czy wkurzona, zmęczona czy wyspana, zrobić coś, czego pewnie w innej sytuacji nie ośmieliłabym się wykonać, bo, cóż tu ukrywać, moja tężyzna fizyczna i zainteresowanie nią pozostawia wieeeele do życzenia. Otóż, dla Beluszki biegnę już w tą niedzielę 10 kilometrów w Regent’s Park w Londynie w ramach akcji Do It For Charity. Bieg nie byłby możliwy bez trzech absolutnie kluczowych osób: Olivera, który z łatwością (choć czasem jest bardzo zmęczony), przejmuje opiekę nad dwiema dziewczynkami, kiedy ja lecę trenować a jako że szybko nie biegam, te sesje są dość długie; mojej niesamowitej siostry Bożeny, która biegnie (jak burza!) razem ze mną i na której przyjazd właśnie czekam (gdyby nie ona, to pewnie poddałabym się ze wstydem) oraz mojej przyjaciółki Mileny, która w Barcelonie biega półmaratony i specjalnie dla nas opracowała program treningowy oraz kibicowała nam od samego początku.

Link do strony o naszym biegu jest tutaj i jeżeli chcecie nas wspomóc, to będziemy niebywale wdzięczne. Poza tym liczę po cichu, że może ktoś z Was wpadnie nam pokibicować (bądź też popchnąć mnie w ostatnim odcinku w strone mety, haha!). Dajcie znać. Bieg zaczyna się o 11, a my przyjedziemy na miejsce przed 10-tą. Po biegu Bela ma dla wszystkich niespodziankę.


Ania i Bożena biegną dla Beli

środa, 04 września 2013

Lato jeszcze wciaz wspaniale, ale jesien juz  u bram miasta. Wszystko nabiera jakiejs dziwnej poswiaty i na kazdej rzeczy widac zlotawy polysk, jakby kazda sekunda takiego swiatla byla na wage zlota, zanim sie to skonczy. Wstrzasajaco piekne kobiety przechodza, zeby na zawsze zniknac w koncu ulicy. Nic nie powraca. Tylko momenty, fragmenty, okruchy.

Tomasz Rozycki, Tomi. Notatki z miejsca postoju. Zeszyty Literackie, Warszawa 2013, s. 158

 Nasze wakacje na Sycylii sa juz dawnym i cieplym wspomnieniem, przyjemnie rozgrzewajacym wyobraznie, zwlaszcza kiedy nieopatrznie stawiam bosa stope przed domem, wykonujac szybkie prace porzadkujaco-odgruzowujace zanim znikne w aucie i popedze (spozniona) do pracy. W uszach wciaz od czasu do czasu rozbrzmiewa mi natretny zgielk sycylijskich klaksonow, i rany, ile to razy sama chetnie dusilabym, przyduszala wielki przycik na kierownicy, zeby rozbudzic wszystkich tych, co zostawiaja przepascie przestrzeni miedzy samochodami, czyniac juz i tak horrendalnie dlugi korek zatorem drogowym nad zatorami.

Rynek rybny w Katanii

Rynek rybny w Katanii, ostatnie 2 godzinki

Babie lato. Zimne poranki, chlodne wieczory. Szeregi kotow zalegajacych na slonecznych plackach trawy w naszym ogrodzie, armie pajakow zaplatajacych nie tylko ogrod, ale dom w lepka mega siec. Boje sie czegokolwiek dotykac. W kuchni wciaz pozostalo mi kilka sycylijkich cytryn, szczesliwie przywiezionych wraz ze wspomnieniem najprostszej i najwspanialnej potrawy swiata: makaronu z cytrynami ala Giuseppe Schermi, u ktorego goscilismy przez trzy dni i ktory podobnie jak tysiace doroslych Sycylijczykow na obiady udaje sie do mamy, a kolacje gotuje u siebie. Sycylijska mama jest wszechobecna, choc malo widoczna. Gotuje w wiekszosci prowadzonych przez synow tratorii i osterii, jest niedostrzegalnym sprawca najbardziej niebianskich potraw, od spaghetti z sepia i groszkiem po fritto misto az do ravioli z balkaznem w sosie pistacjowym.

Sycylijka

Sycylijka w rodzinnym barze serwujacym nieprawdopodobna granite

Sycylijska prowincja, Brukoli

Atrakcyjny rozpad w prowincjonalnym Brukoli

Kazda chwila wakacji byla na wage zlota i dlatego skwapliwie staralam sie spamietac  kazdy jej szczegol:  cisze - nieziemnska cisze - pod szczytem Etny, gdzie wszystko jest czarne od lawy i nieme; ciepla, slona i przyjemnie lepka wode Morza Jonskiego;  atrakcyjny rozklad kamienic z zachwycajaca dekompozycja tynkow, dlugie swidrujace spojrzenia Sycylijczykow, ich zachwyt mala blond dziewczynka i potoczysta mowe, dlugie zdania, wyrazna artykulacje, perfekcyjna dykcje.

Wstrzasajaco atrakcyjny, potraktowany sycylijskim sloncem Oliver zjawial sie z najbardziej wyszukanymi smakami lokalnej granity i po chwili znikal, goniac Talenke, ktora na wielkiej wyspie przezyla  niebywale przyspieszenie i choc krok ma wciaz nierowny, to zaczela pedzic wszedzie na zlamanie karku. Momenty, fragmenty, okruchy. Wszystkie przecenne.

Kolacja na balkonie

Kolacja na balkonie

Czas powakacyjny, zmeczony, niedospany. Nasze babie lato, ktorego sie boje, bo za chwile moment zmieni sie w jesien, a jesien pachnie mi szpitalem. Beli padaczka sie pogarsza, jak kazdej jesieni. Jeszcze moze uda nam sie wyjechac na kolejny turnus rehabilitacyjny do Zabajki we wrzesniu, a potem, potem pewnie szpital, eksperymenty ze zmiana lekow, male nadzieje i duze frustracje. Chcialabym wierzyc, ze nic nie powraca...

środa, 31 lipca 2013

Pewnego dnia pojawiły się na ścianie oksfordzkiego szpitala i cały korytarz rozweselił się kropkami, kolorami i swoiskim psim pyskiem. Polka Doggies to radosne kreacje artystki Emmy Davis. Pieski w kropaski to cudne kolaże różnych materiałów pokryte farbą akryliczną.

Polka doggies exhibition

Wystawa Polka Doggies w szpitalu. Zdjęcie autorstwa artystki, pochodzi z jej strony na FB.

Musiałam przynajmniej jednego przygarnąć  do domu. Sposobność znalazła się szybko, bo akurat trafiły się pierwsze urodziny Talenki. Tak zawitał do nas scottie na niebieskim tle.

Polka doggie  blue

W międzyczasie Emma odkryła stronę Beli opowiadąjącą o jej historii i postanowiła podarować jej jednego z kropkowanych psiaków.  Do domu przyszedł duży, czerwony scottie.

Polka doggie red

Radość podróżuje łatwo i szybko. Tęczowe kropki zamigały mi w oku i scottie na pomarańczowym tle trafił w moje łapki. Ten powędruje do mojej kochanej siostrzenicy Zuzetki, która za kilka dni skończy cztery lata.

Polka doggie orange

Trzy zwierzaki patrzą na mnie przy śniadaniu, a ja chciałabym, żeby popatrzał na nie większy świat i żeby psia wesołość koloru powędrowala dalej. Dlatego chcę zaprosić Emme do mnie do pracy, aby tu zrobiła wystawę. Jeżeli się uda, to będzie dopiero coś! Tym, co daleko, polecam odwiedzenie jej strony na Facebooku (chyba jeszcze kilka psiaków czeka na nowych właścicieli), a miejscowych mam nadzieję wkrótce zaprosić na obejrzenie polka doggies na żywo.

wtorek, 23 lipca 2013

Przeprowadziliśmy się! A dokładnie przeprowadzono nas. Oksfordzka firma przeprowadzkowa spakowała nas w ciągu dwóch dni w ponad 100 kartonow, następnego dnia przewiozła cały dobytek pod nowy adres i zaczęło się życie na styl kampingowy. Pogoda była łaskawa, od początku lipca słonko praży i smaży, więc brak kuchni nie doskwierał tak bardzo jakby to robił w trakcie mniej letniej aury.

Dziś mijają trzy tygodnie odkąd jesteśmy pod nowym adresem na podoksfordzkiej wsi i oddychamy już z ulgą. Dziewczynki się zadomowiły, rzeczy się powoli rozlokowują, pojawiła się kuchnia i pierwsze celebracyjne ciacho upieczone przez Anią, nasza au pairkę. Ogród jest satysfakcjonująco wypalony przez słońce, więc jego totalne zaniedbanie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy niespecjalnie rzuca się w oczy. Sąsiedzi bliźsi i dalsi są mili.

Eynsham ma pocztę, bibliotekę, sklep z rekodziełem i kawiarenkę, genialną knajpkę bangladeską, kwiaciarnię, winiarnię (!), sklep z mydłem i powidłem, aptekę, kilka pubów, w tym gastro-pub nad samą Tamizą, przychodnie, całkiem satysfakcjonujący sklep spożywczy, kilka kosciołów różnorakich wyznań, chińskie take-away i objazdowego wana z pizzą, który przyjeżdża zawsze we wtorek wieczorem. Eynsham jest zaskakująco pełne życia. Pamiętam bezludne, niedzielne poranki w naszej dzielnicy Oksfordu, spodziewając się, że na wsi bedzie jeszcze bardziej cicho, tymczasem jest zupelnie inaczej. Do Oksfordu mamy sześć mil. Przy dobrej pogodzie na drogach to tylko 15 minut autem bądź 20 minut autobusem.

Przeżyliśmy przeprowadzkę, otrzepaliśmy sie z budowlanego kurzu, zaczęło się życie na nowo. Wrócilam do pracy (jestem szczęśliwym pół-etatowcem!). Moje podróże autobusem do biura sprzyjają lekturze. Bardzo polecam najnowszą powieść Coetzee 'The Childhood of Jesus' - tą przeczytałam jeszcze w maju w Polsce i jestem wciaż pod wielkim wrażeniem: świetnie wyobrażona, niepokojąca powieść bazująca na dobrze znanej historii, której nie sposób nie traktować z podejrzeniem.

Jak byłam w Gdyni, to zakupiłam egzemplarz książki, o której trudno było nie słyszeć - i którą, o dziwo, czytam już drugi miesiac. 'Morfina' Twardocha początkowo bardzo mi sie podobała, przede wszystkim ze względu na psychodeliczną narrację, ale po 150 stronach eksperyment nie przeszedł moim zdaniem próby czasu i czytam powieść wyłacznie dlatego, żeby móc ją skomentować w londyńskiej Polish Reading Group.

Tuż przed przeprowadzką wpadła mi w ręce książka Charlotte Moore 'George and Sam' – historia kobiety samotnie wychowującej trójkę chłopców, w tym dwóch autystykow. Fascynująca i bolesna. Też wciąż niedoczytana - może dlatego, że przenosi mnie do świata zbyt niepokojącego?

Poszukuję teraz powieści, które mogłabym zabrać ze sobą na Sycylię (wcale niekoniecznie dziejące się w tym regionie), żeby trochę odpocząć. Cudownie będzie zmienić otoczenie i wyjechać do miejsca, które jest tak różne od zielonych Wysp. Co polecacie?

I powoli czekam na jesień, kiedy znowu wszystko przyspieszy. Chcę zabrać Belę na dwa turnusy rehabilitacyne (wracamy do Zabajki na pewno w listopadzie i może jeszcze we wrześniu, juhu!). I planuję zorganizowanie kolejnego spotkania autorskiego – tym razem gościem będzie Ewa Lipska, co mnie niezmiernie cieszy (szczegóły wkrótce). Obiecuję też powrócic do pisania :) Zatem witam po dłuższej przerwie i przepraszam za brak polski znakow - pisze na nieczulym na polska ortografie komputerze.

Domowe pielesze. Dom letni Virginii Woolf

Domowe pielesze. Domek letni Virginii Woolf, poludnie Anglii.

poniedziałek, 27 maja 2013

Bez Was nas by tu nie było. Od tygodnia Bela próbuje swoich sił na pierwszym w życiu turnusie rehabilitacyjnym w znakomitym ośrodku Zabajka w północno-zachodniej Polsce i radzi sobie naprawdę dobrze. Codziennie ma po 8-10 zajęć, w tym sesje na koniu, którego mam przywilej prowadzić i który już przestał spychać mnie na ścianę :) Jestem pod wielkim wrażeniem ośrodka, a przede wszystkim jego terapeutów - są profesjonalni, pomysłowi i mają tyle ciepła i cierpliwości do dzieci, że chylę przed nimi czoła.

Bela jest tu szczęśliwa, a my razem z nią. Patrząc na nią, jak sobie radzi i jak znajduje sposoby na to, żeby przezwyciężyć słabości swojego ciała, wzruszam się po kilka razy na dzień. Piękne...

Dziękuję serdecznie wszystkim Wam, którzy wspomogli nasz wyjazd do Zabajki. Dziękuję za Wasze darowizny, za 1% Waszego podatku, za to, że umieściliście bannerek Beli na swoim blogu, za ciepłe słowa i za to, że nas motywujecie do dalszego działania. Jesteście nieocenieni!

Chciałabym szczególnie podziękować kilku osobom: Katarzynie Dudzie-Biernat i Robertowi Biernat z Siewierza, Małgorzacie Bączkiewicz z Wrześni, Andrzejowi Wiejakowi z Krakowa oraz Zofii Jurczak-Kopocińskiej, siostrze Bożence i Kamilowi, mamie oraz teściowej, bo Wy wszyscy pomogliście nam niezwykle w tym, żebyśmy bezpiecznie znaleźli się w Zabajce. Jestem Wam za to bardzo, bardzo wdzięczna.

Bela na turnusie rehabilitacyjnym

Bela cierpliwie ćwiczy rękę

Bela stoi

Bela stoi w pająku, a pomaga jej w tym nasza Ania

Tagi: Bela
23:46, maga-mara , własny pokój
Link Komentarze (9) »
wtorek, 23 kwietnia 2013

Uroki czytania: rodzina w cukierni

Udanych obchodów Światowego Dnia Książki! Mam nadzieję, że zaplanowaliście dla siebie coś miłego - jakieś szczególne zakupy? :)

niedziela, 21 kwietnia 2013

Oto cała, szanowna dwudziestka:

World Book Night 2013

To specjalne wydanie książki Gombricha zawiera z tyłu fragment "A Little History of Philosophy" Nigela Warburtona, bo ta publikacja nie powstałaby, gdyby "A Little History of the World" nie doczekała się nigdy wydania (na co początkowo się zapowiadało). Fragment tej publikacji specjalnie dla World Book Night wybrała wnuczka Gombricha - Leonie.

Większa część ze sfotografowanych książek powędruje do mniej lub bardziej przypadkowych szczęśliwców już w ten wtorek, podczas World Book Night. Książki będę rozdawać w Londynie, najpewniej w północno-wschodniej części (celuję w okolice Dalston, dzielnicy turecko-kurdyjsko-wietnamsko-polskiej), bo we wtorkowych planach mamy z siostrą małe zakupy na Ridley Market, gdzie można m.in. nabyć najlepsze na świecie indyjskie, żółte mango :)

Pozostałe książki trafią do tych z Was, którzy wcześniej się do mnie zgłosili. Nie mam jeszcze wszystkich Waszych adresów, więc proszę prześlijcie.

W tym roku nie będę uczestniczyć w wieczornej gali promującej World Book Night, bo będziemy w Londynie z dwójką małych dzieci, a wieczorem ktoś będzie czekał na nas z kolacją :)

Wszystkim wybierającym się życzę udanej zabawy, a tym, co zostają w domu wielu przyjemności z czytania (przyjemności zbliżonej do tej ze zdjęcia):

Uroki czytania z gazetą w kioski

Ps. Oto mapka z miejscami, gdzie zaplanowano obchody Wielkiej Nocy.

niedziela, 31 marca 2013

Świąteczna niespodzianka. Dziś w serii "Przeprowadzki" pojawia się gość specjalny: świetna komentatorka włoskiego życia, znakomity fotograf, pasjonatka sztuki, miłośniczka kina i wytrwała blogerka, czyli Latająca Pyza we własnej osobie. Magda opowie dziś o tym, jak zamieszkała we włoskiej stolicy mody i co sądzi o przyzwyczajeniach mieszkańców swojej nowej ojczyzny. A ja dałabym wiele, żeby zobaczyć, jak gestykuluje w stylu Roberta Begniniego...

Jak to się stało, że znalazłaś w Mediolanie? Dlaczego akurat tam?

Mediolan to wielki przypadek, rezultat zbiegów okoliczności doprawionych strzałą amora. Przypadek, który od sześciu lat jest moją codziennością. Nigdy nie planowałam mieszkania we Włoszech, ale prawdopodobnie, jeżeli którekolwiek z włoskich miast mogło mnie do siebie przekonać, to właśnie Mediolan.

Mediolan

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Pierwsze wrażenia pamiętam dziś dość mgliście. Był sierpień, miasto jak zawsze wakacyjną porą było wyludnione, panował charakterystyczny dla Mediolanu parny upał, do którego do dziś się nie przyzwyczaiłam. Wszystko było inne, nowe, inaczej pachniało. Nie umiałam obsłużyć moki, aby przygotować poranną kawę, dostawałam ataków śmiechu na widok nie kończących się regałów z makaronem w supermarketach, byłam dumna jak paw, kiedy po raz pierwszy odważyłam się kupić sama bilet tramwajowy, mówiąc un biglietto per favore!. Potyczki językowe to była moja codzienność, do dziś opowiadam wszystkim anegdotkę o minie mechanika, do którego przyjechałam z przebitą oponą samochodową, pytając czy mogę ją zmienić u niego, ale mieszając gomma (opona) z gonna (spódnica).

Długo trwało zanim weszła mi w krew la vita milanese. Dziś nie wyobrażam sobie nie wypić małego espresso po obiedzie, wieczornego aperitivo bez mojego ulubionego coctailu Americano na bazie pochodzącego właśnie z Mediolanu Campari czy oglądania niedubbingowanych filmów w kinie. Całuję się na powitanie w policzki dwa, a nie, jak w Polsce, trzy razy, na koniec rozmowy telefonicznej powtarzam milion razy ciao ciao ciao ciao ciao ciao ciao ciao ciao ciao i gestykuluję nie gorzej niż Roberto Begnini.

Mediolan

Mediolan

Jak Ci się teraz tam mieszka? Jak traktujesz miasto i same Włochy?

Kiedy wracam do Mediolanu, wracam do domu. Lubię jego włoskość i europejskość równocześnie. Włoskość to charakterystyczne dla Mediolanu żółte ściany budynków i zielone okiennice. Jakkolwiek absurdalnie to zabrzmi, to również lokalny patriotyzm mieszkańców, ich  przywiązanie do mediolańskiego dialektu i kuchni. Włoskość to wszechobecna architektura i sztuka, to szacunek do tradycji i poczucie dziedzictwa. Europejski Mediolan to międzynarodowe centrum designu, mody i finansów pełne najsłynniejszych architektów, projektantów mody, ale też podróżujących wte i wewte  businessmenów i turystów. To pomarańczowe rowery bikesharing, darmowe punkty wi fi w całym mieście, restauracje z gwiazdkami Michelin i ekskluzywne sklepy. Mediolan to taki ambitny Włoch, trochę snobistyczny i wywyższający się, ale w gruncie rzeczy prosty i zabawny, lubiący dobrze zjeść i bawić się do rana. Wszystko zależy od tego, w której części miasta go spotkacie.  

Mediolan

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Dziś wiele rzeczy stało się dla mnie oczywistością, ale na początku nie przestawałam się dziwić włoskim przyzwyczajeniom. Do dziś jednym z ulubionych tematów do rozmów między Włochami i obcokrajowcami, którzy od dawna tu mieszkaja jest nabijanie się z włoskich przyzwyczajeń.  Nasz ulubiony temat to obsesja Włochów na punkcie jedzenia, a przede wszystkim jego trawienia. Te wszystkie zasady: nie wolno pić cappuccino po posiłku, broń boże dodawać parmezanu do makaronu z rybnym sosem czy zakaz wchodzenia do wody zaraz po spożyciu posiłku ciągle nas śmieszą. I to, że w czasie posiłków rozmawiają zawsze o jedzeniu!

Włosi to naród hipochodryków, który nękają dziwne, nigdzie indziej niespotykane choroby powodowane zimnem, wiatrem czy połączeniem pewnych składników jedzenia. To też ciągle naród mamisynków, którzy opuszczając rodzinne gniazdko w wieku trzydziestu paru lat, często nie potrafią obsługiwać nawet pralki. Inne ciekawostki? Mania skracania imion na przykładu Francesco to Fra, Irene to Ire, Elena to Ele a Alessandro to Ale. Albo sposób literowania nazwisk, z którym do dziś mam problemy: jeżeli nazywasz się, dajmy na to, Rossi to literując nazwisko mówisz: Roma, Olbia, Savona, Savona, Ischia. Biedna ja, która nazwisko mam długie i pełne liter mało używanych we włoskim.

Mediolan

Największe rozczarowania? Mediolan to nie słoneczna Italia z widokówek! Latem jest tu upalnie, ale znacznie częściej bywa szaro i pochmurno, a zimą najgorsze są przygnębiające mgły, które potrafią wisieć nad miastem całymi dniami. Legendarne zakupy w stolicy mody? Owszem, jeżeli stać was na luksusowe marki. Sklepów na przeciętną kieszeń jest tyle, ile w innych wielkich miastach i choć  i tu znajdziecie małe, fantastyczne butiki, to przekonana jestem, że nieporównywalnie większy wybór jest w Paryżu, Nowym Jorku czy Tokio.

Mediolan

I na koniec jakie książki o Włoszech, które zrobiły na Tobie duże wrażenie (fiction/non-fiction), poleciłabyś czytelnikom?

Jeżeli chcecie poznać prawdziwe Włochy, to koniecznie zanurzcie się w świat Andrei Camilleri i od razu zamówcie bilet lotniczy na Sycylię. Nie oprzecie się jego opowieściom o włoskich smakach i zapachach. A z drugiej strony pozycja obowiązkowa to "Gomorra" Roberto Saviano, powieść niestety non fiction o prawdziwym obliczu włoskiej polityki i interesów.

A kinomanom, którzy chcieliby zobaczyć współczesny Mediolan polecam "Jestem miłością" - Luca Guadagnino , film molto milanese.

Mediolan

Wszystkie zdjęcia są autorstwa Magdy, aka Latającej Pyzy.


***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki:

Katasia w Cannes

Dabarai w Londynie

Holly w Paryżu

Invitada w Edynburgu

Kasia Hordyniec w Donegalu

Stuffed mice w Buenos Aires

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie

poniedziałek, 18 marca 2013

Kochana Czara natchnęła mnie pomysłem po opublikowaniu wzruszającej notki.

Najpierw wspomnienie.

Pamiętam taką chwilę. Wychodzę wieczorem ze szpitala po całym dniu spędzonym u Beli. Bela ma wtedy zaledwie jakieś dwa tygodnie. To jest ten nieszczęsny czas, kiedy lekarze wałkują z nami szczegóły jej obrazu magnetycznego mózgu, niedługo po tym, jak proponowali nam, żeby odłączyć ją od respiratora. Wychodzę i mówię sobie: dobra lekarzyki, o mnie się nie martwcie, ja dam sobie radę. I spokojnie daję. Przez następne półtora roku.

Najtrudniejszą rzeczą jest proszenie kogoś o pomoc. Bo jestem jej mamą i obiecałam dać sobie radę. Bo każdy apel jest publicznym wołaniem. Bo nagle z bycia rodziną stajemy się bohaterami smutnej historii.

Bela szybko rośnie i zaczyna potrzebować znacznie więcej niż jestem w stanie jej dać. Skomplikowana rehabilitacja, brak snu, poszukiwanie nowych kuracji - to wszystko może starczyć na drugie, alternatywne życie, ale tego nie sposób rozłączyć, bo to cząstka mojego.

Tydzień czasu zajęło mi napisanie prostej historii Beli, by stworzyć jej stronę na serwisie Justgiving.com, kiedy przestało starczać nam na jej zajęcia i terapie. Literki drżały na ekranie, znikały, by w końcu ułożyć się w krótką opowieść, która musiała jeszcze kilka dni przeleżeć, zanim została opublikowana. Strona powstała, a ja pokonałam w sobie matkę z żelaza. Nauczyłam się większej pokory.

Prawie że rok później przez miesiąc tworzyłam stronę domową Beli. Wiłam się i skręcałam. Pomogła mi Bela. Popatrzałam na nią, jak z przyjemnością fika sobie na podłodze, jak potem mina jej rzednie, kiedy wsadzam ją do samochodu, by z mieszanymi uczuciami uczestniczyć w zajęciach fizjoterapeutycznych. Pomyślałam: opowiedz o tym sama, ja Ci pomogę. I zaczęłam pisać, nie o sobie, ale o Beli i jej świecie. I wtedy zrozumiałam, że moimi apelami nie pokazuję swojej bezsilności, ale odporność Beli, która zdecydowała, że będzie, że zostanie silna.

A każde Wasze dobre słowo pomaga nam w nieprawdopodobny sposób. Dodaje nam siły.

Czara napisała o nas, o Beli. Podsunęła mi pomysł z banerkami, którymi możemy się dzielić na blogach i dzięki którym możemy powiększyć grupę jej przyjaciół i darczyńców. Dziękuję Ci, Czaro! Oto banerki w różnych rozmiarach, możecie je  umieścić u siebie, np. w bocznej szpalcie. Pomożecie nam tym niesłychanie. Stokrotnie dziękuję!!!

 

Pomóż małej Beli!

Bannerek Beli

Bannerek: 250pxl

Bannerek Beli

Bannerek: 200pxl 

Bannerek Beli

Bannerek: 150pxl

Bannerek Beli

 Bannerek: 100pxl

 

Adres strony: Isabelready.com

niedziela, 17 marca 2013

Publikuje gorące wieści z południa Francji. Gdyby nie to, że dużo pracuje w tygodniu, czułaby się jak na bezustannych wakacjach. O podróżach po Lazurowym Wybrzeżu (i nie tylko), smaczkach południa, filmach, książkach i samych Francuzach Katasia pisze w swoim kapitalnym blogu Voyages, voyages. Dzieli się swoimi przeżyciami szczodrze, a wszystko świetnie okrasza zdjęciami. Zapraszam na opowieść Katasi o przeprowadzce na Lazurowe Wybrzeże.

Jak to się stało, że znalazłaś w Cannes? Dlaczego akurat tam?

Przyjechałam do Francji jako jedna z romantycznych emigrantek, żeby dołączyć do pewnego uroczego młodego Francuza, który dzisiaj jest moim mężem. Antoine pracował w Sophii Antipolis, francuskiej Dolinie Krzemowej. Zamieszkaliśmy w Juan les Pins, niewielkiej miejscowości między Antibes i Niceą z bardzo prozaicznych powodów - umożliwiało to nam z jednej strony szybki dojazd do pracy, a z drugiej - pozostanie w bliskości plaży.


Lazurowe wybrzeże
Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Pierwsze dni na Lazurowym Wybrzeżu były idealnymi wakacjami - nie myślałam ani o szukaniu pracy, ani o tym, co będzie dalej, korzystałam ze słońca, plaży, różowego wina i wspaniałej prowansalskiej kuchni. Do dziś co weekend łatwo mi poczuć się tutaj jak na wakacjach, nawet jeśli w tygodniu sporo pracuję.

Jak Ci się teraz mieszka w Cannes w ogóle? Jak traktujesz Francję?

Nie zamieszkałabym nigdzie indziej. No, chyba że do rządów we Francji dopcha się jakaś skrajna prawica (co z punktu widzenia naszego departamentu wcale nie wydaje się niemożliwe - bardzo dużym poparciem cieszą się tu Front Narodowy i kuriozalne partie typu "Francja dla Francuzów").

Lazurowe wybrzeże

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Moje pierwsze wpadki wiązały się z faktem, że nie zdawałam sobie sprawy z tego, jakim kulturowym amalgamatem jest dzisiejsza Francja. Zdarzało mi się więc na przykład zapytać Francuza z pokolenia od pokolenie za to o zdecydowanie afrykańskich rysach "To skąd Ty właściwie jesteś?"

Poza tym dość szybko udało mi się chyba jednak zintegrować - przyjeżdżając do Francji, znałam już trochę francuski i miałam pewne pojęcie o francuskiej kulturze. Znałam też już trochę Francuzów - mojego obecnego męża, jego rodzinę i przyjaciół.

Jakie książki o Cannes bądź Francji mogłabyś polecić czytelnikom?

Najciekawszą książką o Francji, którą kiedykolwiek czytałam jest na pewno "Francuska sztuka wojny" Alexisa Jenniego - historia francuskiej kolonizacji i ponura wizja Francji, w której kolonialne upiory spotyka się na każdym kroku. Ciekawy obraz dzisiejszej Francji przedstawiają również książka i film "Entre les murs" Francois Begaudeau o przeprawach młodego nauczyciela w trudnej paryskiej szkole.

Lazurowe wybrzeże

Zdjęcia Katasi


***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki:

Dabarai w Londynie

Holly w Paryżu

Invitada w Edynburgu

Kasia Hordyniec w Donegalu

Stuffed mice w Buenos Aires

Lilithin w Czandigarze

Asia Kusy w Karaczi

Kamila Sławińska w Nowym Jorku

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie

czwartek, 07 marca 2013

Władimir Szarow i Oliver ReadyDobre wieści dla miłośników literatury, wielbicieli prozy rosyjskiej, książkoholików, entuzjastów festiwali literackich, amatorów słowa pisanego i mówionego, pasjonatów powieści w przekładzie, koneserów książek w oryginale i sympatyków pewnego doktora Uniwersytetu Oksfordzkiego. Wiadomość pierwsza jest taka, że Oliver skończył tłumaczenie "Zbrodni i kary" Dostojewskiego, a wydawnictwo Penguin zapowiedziało wydanie powieści na początku stycznia przyszłego roku (hurra! Finał prac nad przekładem i datę publikacji odpowiednio uczciliśmy, a na celebracje wydania zapraszamy serdecznie wszystkich sympatyków do nas w 2014. Mam nadzieję, że do tego czasu przeprowadzimy się do większego lokum :).

Drugie doniesienie jest takie, że Oliver od pewnego czasu pracuje nad tłumaczeniem książki współczesnego pisarza rosyjskiego Władimira Szarowa. A tenże pisarz pojawi się już bardzo wkrótce w Londynie. To wdzięczne połączenie autora i tłumacza prowadzi mnie do trzeciej depeszy: obu panów będzie można posłuchać już w ten piątek w londyńskiej księgarni Waterstones przy Piccadilly.

Piątek, 8 marca godz. 18.30, Waterstones Piccadilly 
Rethinking History through Literature
Writer Vladimir Sharov in conversation with translator Oliver Ready
(rozmowa odbędzie się po rosyjsku z angielskim tłumaczeniem)

Bilety: £5  można je zakupić tutaj.

To dopiero początek marcowej trasy Olivera, którego będzie można jeszcze dwa razy zobaczyć w Londynie, a potem w Oksfordzie podczas Oxford Literary Festival. Oto spotkanka, na które serdecznie zapraszamy.


Czwartek, 21 marca godz. 18.30, Waterstones Piccadilly
Translating Russia
Translators: Arch Tait, Hugh Aplin and Oliver Ready in conversation
Bilety £5 można zakupić tutaj.

(dodam ciekawostkę, że trójka wyżej wspomnianych osób tworzy trzy pokolenia tłumaczy: Arch Tait był nauczycielem rosyjskiego Hugh Aplina, który był nauczycielem Olivera :)


Piątek, 22 marca, CAN-Mezzanine, 32-36 Loman Street, London SE1 0EE
"The Arts and Attitudes to Disability in Eastern Europe" - półdniowe forum dotyczące obrazów niepełnosprawności w literaturze i sztuce.
Irena Yasina, high-profile Russian journalist and disability campaigner
Denise Roza, Director of Perspektiva, which runs an annual disability film festival
Jose Alaniz (Seattle), on the portrayal of disability in the visual arts
Oliver Ready (Oxford), on mental disability in modern Russian literature
Wstęp jest wolny, jednak należy się zarejestrować do 15 marca tutaj.


Sobota 23 marca, godz. 18.00, Bodleian Library: Divinity School, Oxford
Culture and Politics in Russia Today : Mikhail Shishkin, Irina Prokhorova and Andrei Makine. Chaired by Oliver Ready
Oxford Literary Festival

Bilety: £11 można nabyć tutaj Niestety wszystkie bilety już wyprzedane 

Oliver tłumaczący Zbrodnię i karę
Oliver tłumaczący "Zbrodnię i karę"

czwartek, 21 lutego 2013

Strona Beli isabelready.comZ wielką radością ogłaszam, że dostępna jest strona naszej Beli z jej historią, marzeniami, długą listą terapii i sposobami, w jaki można jej pomóc. Jednocześnie dziękuję Wam wszystkim za pomoc i miłe słowa. To wspaniałe, że jesteście i że trzymacie za nas kciuki.
Z Waszych zeszłorocznych rozliczeń podatkowych (z owego 1%) na Beli konto wypłynęły niemalże 4 tysiące złotych – dziękujemy po stokroć! Te pieniądze przeznaczymy na pokrycie części kosztu dwutygodniowego turnusu rehabilitacyjnego w Zabajce, gdzie wybieramy się w maju tego roku. Centrum oferuje aż 22 różnego rodzaju terapie, w tym hipoterapię, a Bela uwielbia konie, więc na pewno będzie ciekawie.

Niedawno popełniłam małe podsumowanie zeszłego roku i 2012 wypadł zdecydowanie lepiej dla Beli niż rok poprzedni. Tygodnie wypełnione były przede wszystkim terapiami (116 spotkań) a nie wizytami w szpitalu (tylko 24), co mnie bardzo cieszy. W 2011 roku te propocje były zupełnie inne. Do tego Bela uczestniczyła w 41 zajęciach (w grupie dla dzieci z problemami ruchowymi bądź na basenie), 11 razy oglądała ją bądź pielęgniarka środowiskowa bądź lekarzyk w przychodni. Do tego mocno urosła, zrobiła się bardziej stanowcza i zdecydowana, i zdarzają jej się dni, kiedy je więcej z łyżeczki (hurra!). Miałyśmy bardzo kiepską jesień, kiedy Beli padaczka się pogorszyła. Wyobrażacie sobie przechodzić przez 100-150 ataków dziennie? Masakra. Na szczęście teraz jest lepiej i to przy mniejszonej liczbie leków. Sukcesem była nie tylko zmiana leku (jest teraz na Carbomazepine), ale i lekarza :)

W tym roku zaplanowaliśmy dla Beli intensywną wiosnę i mam nadzieję, że dużo z niej skorzysta. Poza tym przymierzamy się, żeby zobaczyć, jak spodoba jej się jedna sesyjka dziennie w zintegrowanym przedszkolu (2,5 godzinki) – ale to dopiero pewnie zdarzy się latem bądź jesienią.

Ja z kolei wiem, że można (zwykle) całkiem nieźle egzystować w permanentnym stanie niewyspania i zmęczenia. Wskoczyłam na poziom czterech kaw dziennie i jakoś sunę do przodu :) Nauczyłam się czytać pod kołdrą przy latarce z telefonu komórkowego, kiedy dziewczyny już śpią. Książki pojawiły się też w naszej łazience, która do tej pory była jedynym miejscem wolnym od woluminów. I muszę przyznać, że prowadzenie życia, w którym wszystko musi być z góry zaplanowane: terapie, spotkania, wizyty, opieka nad Natalką, kiedy Bela coś uczęszcza, wyjazdy, przyjazdy, osoby pomagające, osoby przekazujące, osoby obserwujące, osoby od sprzętu specjalistycznego, osoby od dodatkowej pomocy, opieka, by mieć trochę czasu wolnego... cała ta armia ludzi w równym szeregu, z którego kiedy ktoś wypada, to robi się duże zamieszanie – tak, prowadzenie takiego życia nie jest moim idealnym sposobem na egzystowanie.

Raz jeszcze dziękuję Wam za wsparcie. I jeżeli chcielibyście pomóc Beli w tym roku, to przypominam namiary:

Ściskam serdecznie i do usłyszenia

niedziela, 03 lutego 2013

Kochani, jak wiecie, nasza mała Bela ma w życiu mocno pod górkę i staramy się dla niej zrobić wszystko, by było jej lepiej i mogła bardziej korzystać z wszystkiego, co nas otacza. Jeżeli możecie, proszę dołączcie się do nas. Jeśli rozliczacie się z podatku w Polsce, to możecie przekazać 1% na jej konto w fundacji Zdążyć z pomocą. Oto dane:

Isabel Ready   KRS: 0000037904, konto: 17277

W tej chwili zbieramy fundusze na intensywną fizjoterapię, by Bela mogła w pewnym momencie usiąść sama; turnus rehabilitacyjny w Zabajce (co najmniej 5 tys zł, bo jedzie z nami Natalie); leczenie aminokwasami, które ma pomóc jej w ogólnym rozwoju (jedna miesięczna terapia kosztuje 4 tys. zł); terapię neurologiczną, by zaczęła jeść z łyżeczki (cotygodniowe zajęcia, 150 zł), i konsultacje u doktora Paduły, amerykańskiego specjalisty od leczenia problemów wzrokowych u dzieci niepełnosprawnych (4,5 tys. zł), który w marcu przyjeżdża do Wielkiej Brytanii.

Isabel Ready, podaruj Beli 1% podatkuTak można wypełnić PIT-a, by przekazać 1% podatku dla Beli

Jesteśmy w takcie tworzenia strony dla Beli z jej historią i terapiami. Jak tylko będzie dostępna, to dam Wam znać. Na razie za to gotowy jest plakat z prośbą o pomoc, który mogę przesyłać Wam drogą mailową. Będę Wam bardzo wdzięczna za przesłanie informacji o Beli do przyjaciół, znajomych, rodziny, kolegów i koleżanek z pracy, jednym słowem, wszystkich, którzy mogliby jej pomóc. Bardzo, bardzo serdecznie Wam dziękuję! 

Bela Isabel Ready

Isabel (Bela) Ready

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...