magazyn osobliwości

niedziela, 13 lipca 2014

Szalenie fajna inicjatywa. W to lato w Londynie pojawiły się ławki w kształcie książki z ilustracjami z najbardziej znanych utworów: od bajek po powieści a na publikacjach naukowych skończywszy. Pomysłodawcą jest National Literacy Trust. Ławki rozsiane są po centrum stolicy, a w październiku ruszą pod młotek aukcyjny. Chyba zacznę zbierać...

Bookbench Londyn, 80 dni dookoła świata

Bookbench Londyn, Brick Lane

Bookbench Londyn, Dzienniki Bridget Jones

Bookbench Londyn, Mrs Dalloway

Bookbench Londyn, Miś Paddington

Bookbench Londyn Mary Poppins

 Powyższe zdjęcia pochodzą ze strony projektu i to tylko mały wycinek tego, co jest już dostępne na mieście.

 

Tutaj można zobaczyć, w których miejscach Londynu można zasiąść na ławko-książce.

poniedziałek, 16 lipca 2012

Kamila SławińskaZaczęło się od bloga, który prowadzi pod pseudonimem Big Apple. "Nowojorskie gadanie" jest tak rewelacyjnym zapisem odkrywania Miasta, które nie śpi, że po prostu musiała z tego powstać książka. I chwała Panu, że powstała! "Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny" był moją lekturą obowiązkową przed wyjazdem do Stolicy Świata i dziękuję Kamili za to, że chodząc po szerokich płytach nowojorskich chodników i wpadając w absolutną euforię, mogłam być pewna, że nie zwariowałam a takie skrajne stany emocji w mieście są absolutnie normalne.

Dziś o swojej wielkiej przeprowadzce opowiada dobrze Wam znana Kamila Sławińska. Zapraszam!

Jak to się stało, że znalazłaś w Nowym Jorku?

Historia jest dość nieprawdopodobna, jak wiele historii prawdziwych. W 1998 roku, kiedy jeszcze internet był młody, w większości niekomercyjny i nikt nie słyszał jeszcze o serwisach społecznościowych, uczestniczyłam w dyskusjach na usenetowej grupie poświęconej filmowi. Tam wdałam się najpierw w sprzeczkę, a potem długą, zabawną i zajmującą rozmowę z pewnym osobnikiem. Półtora roku i cztery tysiące wymienionych listów, później spotkaliśmy się na lotnisku JFK - bo tak się złożyło, ze mój korespondent okazał się mieszkać w Nowym Jorku, a ja bardzo szybko odkryłam, że przez całe życie nie spotkałam osoby, z którą rozumiałabym się tak dobrze. Przyjechałam do niego, nie do miasta i nie do Ameryki: miałam jedną walizkę, wizę turystyczną, bilet w dwie strony i zerowe pojęcie o tym, w co się pakuję. Do momentu tego pierwszego spotkania nie wiedziałam nawet, jak ten mój zamorski książę z bajki wygląda, bo nigdy nie przyszło mi do głowy poprosić go o zdjęcie: uzgodniłam zresztą z samą sobą, że nawet, jeśli ma dwie głowy, będę kochała je obie.  Okazało się, że ma jedną głowę, całkiem niczego sobie, i najpiękniejszy uśmiech na całym lotnisku. Od dwunastu lat jesteśmy małżeństwem.

Kamila Sławińska Nowy Jork przewodnik niepraktycnzy

Kamila Sławińska, Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny

Jakie były Twoje pierwsze wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Oczywiście, że pamiętam! To była bardzo ważna i niezapomniana życiowa lekcja, choć dopiero z perspektywy tylu lat jestem w stanie to docenić. Byłam zachwycona moim przyszłym mężem, zakochana w nim po uszy - ale przerażona całą resztą. Jak wiele osób, które nigdy wcześniej nie mieszkały w innym kraju, byłam w porażającym szoku kulturowym: wszystko było onieśmielające, inne, obce. Zaczynając od architektury, wielokulturowości i ulicznych obyczajów, a kończąc na jedzeniu, które wszędzie smakowało jak kreda. Uzbrojona w jakże żałosne z mojego dzisiejszego punktu widzenia przeświadczenie, że jako Europejka reprezentuję daleko doskonalszą od amerykańskiej kulturę, miotałam się przez kilka miesięcy we frustracji i złości, szarpiąc się między nieuzasadnionym poczuciem wyższości a poczuciem krzywdy, że nie dostaję z miejsca i na srebrnej tacy wszystkiego, co - jak byłam przekonana - po prostu mi się należy. Nawet samo miasto bardziej mnie przytłaczało niż fascynowało; zresztą Nowy Jork potrafi być najokrutniejszym miejscem na świecie, kiedy się nie ma pieniędzy. Pierwsze tygodnie to był zimny listopad, niezrozumiałe nowe święta, proszenie ludzi o powtarzanie po pięć razy zdań w języku, który jak mi się wydawało znałam. Minęły długie miesiące, zanim zaczęłam dostrzegać różne, magiczne drobiazgi, które dzisiaj są dla mnie esencją życia tutaj. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, ale może właśnie dlatego, że narodziła się w bólach i zahartowała w ogniu wielu walk, rozczarowań i upokorzeń, trwa do dzisiaj.

Kamila Sławińska Nowy Jork przewodnik niepraktycnzy

Jak Ci się teraz tam mieszka? Jak traktujesz Nowy Jork i Stany Zjednoczone?

Teraz nie wyobrażam sobie, że mogłabym mieszkać gdzie indziej. To miasto - z jego niezmierną różnorodnością i niespożytą energią - uczyniło tym, kim dzisiaj jestem i nauczyło mnie rzeczy, które uważam za najważniejsze. Szacunku do profesjonalizmu, do pracy i czasu bliźnich. Respektu i pokory w kontaktach z innymi ludźmi, skądkolwiek i kimkolwiek by nie byli, i umiejętności nieustannego uczenia się od nich. Wiary w to, że pasją i pracą można wiele osiągnąć, bez względu na to, skąd człowiek przychodzi i w jakim momencie życia ową pasję odnajduje. Nowy Jork ma tę magiczną właściwość, że przy odrobinie uważności każdego dnia można w nim napotkać coś absolutnie nowego, niezwykłego, nieoczekiwanego - coś, co nawet w najcięższych chwilach odbuduje przekonanie, że tutaj wszystko jest możliwe. Czasem jest to drobiazg - paru nastolatków tańczących breakdance w wagonie metra - a czasem coś wielkiego, jak niesamowita atmosfera solidarności i wzajemnej pomocy po zamachach 11 września. Nieprawdopodobna ludzka różnorodność, jaką się tu napotyka, daje człowiekowi wiele do myślenia na temat tego, jak niesamowicie twórczym i nieprzewidywalnym gatunkiem jesteśmy - a przy tym jak zgodnie potrafimy żyć z innymi, jeśli tylko zamiast różnić chcemy widzieć wspólnotę dążeń i potrzeb. Nie znam drugiego miejsca, w którym czułabym się równie u siebie jak tutaj; zabrzmi to może dziwnie, ale częściej zdarza mi się czuć cudzoziemką w dzisiejszej Polsce niż w Nowym Jorku. Wiele z tego poczucia ma pewnie związek z różnymi drobiazgami, które oswaja się w miarę bytowania gdzieś dłużej: w Big Apple mam więcej ulubionych knajp i lepiej rozumiem obyczajowość życia codziennego niż w Warszawie, w której przecież się wychowałam. Jest jednak w tym również coś więcej - wydaje mi się, że przez te prawie piętnaście lat, które ja spędziłam w Ameryce, życie w Polsce na wielu frontach uległo tak dramatycznym przemianom, że nie potrafię - a czasami świadomie nie chcę - za nimi nadążać. A może tylko tak mi się wydaje, bo się po prostu starzeję…

Co do kraju, którego Nowy Jork (przynajmniej nominalnie) jest częścią, to nadal twierdzę, że niewiele o nim wiem - poza tym, że przy takiej skali wszystkie uogólnienia dotyczące Ameryki jako całości, jakkolwiek w wielu sytuacjach niezbędne, są po prostu niemądre. Pod wieloma względami Nowy Jork to nie jest Ameryka - i sami Amerykanie często pierwsi to mówią. Nawet jednak z nowojorskiej perspektywy widać, że Stany Zjednoczone roku 2012 to kraj bardzo inny niż ten, do którego przyjechałam. Łatwo byłoby krytykować, co zmieniło się na gorsze; ja jednak wolę widzieć, co pozostało takie samo. Na przykład wzajemny szacunek ludzi do siebie, umiejętność organizowania się we wspólnej sprawie, wiara w to, że wiele rzeczy można naprawić czy ulepszyć. Z drugiej story jednak zauważyłam dziwaczną prawidłowość: jednakowo często zdarza mi się bronić europejskich idei i porządków przed zacietrzewionymi Jankesami, jak perorować w obronie amerykańskich, jeśli atakują je Europejczycy o mentalności starokontynentowych fanatyków.

Jedno jest pewne - gdyby jakimś cudem ktoś nagle dał mi władze nad światem, moim pierwszym edyktem jako globalnego dyktatora byłoby, że każdy człowiek powinien spędzić choćby pół roku mieszkając w innym kraju - im bardziej odległym i kulturowo rożnym, tym lepiej. Emigracja oczywiście nie jest dla każdego - i tylko ci, co jej naprawdę doświadczyli, zdają sobie sprawę, z jak wielką ilością trudnych wyborów się ona wiąże. Jednak w dzisiejszym, ruchliwym i zmiennym świecie warto jest choćby przez chwilę widzieć siebie i własne poglądy z perspektywy Innego. Nawet pozostanie tam, gdzie się jest, bywa wtedy bardzo odmiennym doświadczeniem.

Kamila Sławińska Nowy Jork przewodnik niepraktycnzy

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Och, mnóstwo było wszystkich tych rzeczy. Z kulturalnych wpadek szczególnie pamiętam wyprawę w interesach do drukarni, prowadzonej przez ultraortodoksyjnych Żydów. Przedstawiając się na spotkaniu, praktycznie wymusiłam na właścicielu podanie mi ręki, kompletnie nieświadoma, na jakie emocjonalne katusze go w ten sposób skazuję. Ze zdziwień - nie zapomnę entuzjazmu moich koreańskich kolegów, po raz pierwszy w życiu częstowanych bigosem na mojej polskiej Wigilii: zgodnie oświadczyli, że danie pachnie zupełnie jak kimchi. Z odkryć - nie przestaje mnie zadziwiać, jak brzmi najczęściej słyszany komentarz w reakcji na informację, że jestem Polką (a mianowicie, ze mój interlokutor ma w rodzinie lub wśród bliskich znajomych kogoś, kto się z Polką ożenił). Albo, z zupełnie innej beczki - to, do jak wielu cudownych imprez kulturalnych i naukowych na światowym poziomie,  można mieć dostęp w Nowym Jorku, nie wydając na to ani grosza.

O rozczarowaniach nie będę mówić, bo przy omawianiu ich łatwo zacząć narzekać - a tego nienawidzę. Ale skoro już o to pytasz, dla zachowania balansu wymienię jedno, bynajmniej nie największe ani nie najboleśniejsze, ale może na tym froncie coś mogę zrobić. Gigantycznym rozczarowaniem jest dla mnie, jak niewielu z milionów turystów odwiedzających Nowy Jork wybiera się gdziekolwiek poza Manhattan. Prawdziwe nowojorskie życie jest w zewnętrznych dzielnicach, a najlepsze jedzenie, reprezentujące kuchnie z całego świata - na Queensie!

I na koniec jakie książki o Nowym Yorku, które zrobiły na Tobie duże wrażenie (fiction/non-fiction), mogłabyś polecić czytelnikom?

Pamiętam, jak ogromnym przeżyciem była dal mnie lektura "The Colossus of New York" - przepięknej, choć malutkiej książki Colsona Whiteheada. Do dziś zresztą chętnie do niej wracam i do dziś jestem pod jej głębokim wrażeniem. To kolekcja impresji, w zasadzie poematów prozą, która jest dla mnie kwintesencją doświadczenia bycia nowojorczykiem. Każdy z tych małych i przepięknie napisanych esejów trafia w samo sedno, pamięta się je latami i wspomina z wielkim wzruszeniem. Jednym z moich największych marzeń byłoby móc przetłumaczyć tę niezwykłą książkę na polski. Ech, może kiedyś...

Kamili życzę, aby to marzenie spełniło się jak najszybciej, a Wam z kolei polecam tę lekturę:

Kamila Sławińska Nowy Jork przewodnik niepraktycnzy

 

Na koniec: tych, którzy chcieliby oko zawiesić na świetnych zdjęciach z Nowego Jorku, odsyłam do polecanej przez Kamilę galerii na Facebooku. Poniżej w ramach zachęty jedna z fotografii:

Nowy Jork

 

***

TYGLOWY CYKL "PRZEPROWADZKA" - poprzednie odcinki

Czara w Paryżu

Magamara w Oksfordzie

czwartek, 12 lipca 2012

Gosia Kruczek czara Rozcinam pomarańczeJest jedną z najdłużej piszących autorek bloga, jaką znam. Od siedmiu lat w Paryżu komponuje  swoje zapiski, które często są bardzo poetyckie, stąd przez niektórych nazywana jest też poetessą. Zawsze wyraziście oddaje subtelności własnych myśli i uroki francuskiej stolicy. Jest znakomitą portrecistką Paryża i życia w ogóle (zobaczcie sami na załączonych zdjęciach). Dziś w ramach drugiego odcinka tyglowej serii "Przeprowadzka" przedstawiam Wam Gosię Kruczek aka Czarę, autorkę znakomitego bloga Rozcinam pomarańcze, którym się zaczytuję.


Jak to się stało, że znalazłaś w Paryżu? Dlaczego akurat tam?

To było w 2005 roku. W starej i potężnej bibliotece swojej babci mój przyjaciel wyszperał kiedyś dawny, zupełnie staromodny podręcznik do nauki francuskiego. Podarował mi go. Był stary, miał okładkę z materiału, a na niej napis "Un jour j'irai à Paris" (Pewnego dnia pojadę do Paryża). Akurat w tym czasie złożyłam podanie o wyjazd stypendialny do Francji do Montpellier. We Francji chciałam poznać coś nowego, ale przede wszystkim szlifować język, który stał się moją prawdziwą pasją. Parę dni później pojawiło się ogłoszenie o miejscach stypendystów na jednej z paryskiej uczelni. Nie wahałam się ani chwili. Pół roku później byłam już w Paryżu.

Paryż Czary

Paryż Czary

 Jakie były Twoje wrażenia z pierwszych tygodni pobytu? Pamiętasz to jeszcze?

Oczywiście, że pamiętam. To był czas najbardziej intensywny, jakby wszystko się we mnie otworzyło. Chyba nigdy nie chłonie się tyle, co właśnie podczas pierwszych tygodni pobytu w nowym miejscu. Każdy dzień to były nowe odkrycia, ogromne ilości wrażeń. Przede wszystkim od razu poczułam się jak u siebie, Paryż to jest miasto bardzo łatwe od ogarnięcia, do poruszania się, do flanowania po prostu. Nie zwiedzałam za dużo, z wierszami Préverta wałęsałam się po paryskich mostach i wdychałam zapach pieczonych  kasztanów. Wszystko wydawało mi się takie, jak powinno być...  Swoją drogą, może tak powinni też robić turyści:  schować swoje przewodniki na dnie walizki, nie pędzić na słynną wieżę, tylko spacerować i chłonąć?

Innym wciąż barwnym i żywym wspomnieniem, które mam z tamtych pierwszych chwil, to wrażenie, jakie wywarli na mnie mieszkańcy tego miasta. Nie zdawałam sobie sprawy, że są oni tak różni, tak kosmopolityczni, że to miasto to prawdziwy kulturowy tygiel, pełen braw i smaków. Ten wieloetniczny patchwork zafascynował mnie absolutnie, nie znałam tego z książek czy piosenek. Nie mogłam się napatrzeć na tę prawdziwą mozaikę twarzy, ras i kolorów, mogłam godzinami kontemplować ludzi, na przykład w metrze, co zresztą doprowadzało do wielu czasem zabawnych sytuacji, tu ludzie raczej unikają cudzego wzroku.

To był naprawdę piękny czas, byłam wtedy bardzo otwarta na wszystko, na nowe miasto, na innych ludzi i na siebie samą.

Paryż Czary

Paryż Czary

Paryż Czary

 

Jak Ci się teraz mieszka w Paryżu w ogóle? Jak traktujesz teraz miasto?

Przenosząc się tu na stałe, bałam się, że to uczucie fascynacji miastem zniknie, zatrze się i zgubi w codzienności. Na razie jednak tak się nie stało. Chociaż mogę się cieszyć nim na co dzień, mój apetyt nie tylko nie znika, ale rośnie. Przede mną wciąż jeszcze mnóstwo odkryć, bardzo dużo czytam o historii Paryża, ale równie ciekawa i bogata jest teraźniejszość, intensywne życie artystyczne, przyprawiająca o zawrót głowy oferta kulturalna. Czasem to jest wyczerpujące, czasem czuję się, jakbym sama właśnie gotowała się do białości w tym tyglu. Ale to jest niesamowite źródło inspiracji.

Z drugiej strony mam teraz świadomość ciemniejszych stron miasta. Drożyzny, problemów mieszkaniowych, dużego zagęszczenia, jak w każdym wielkim mieście, no i biedy uosabianej tu pod postacią niemal legendarnego kloszarda.



Paryż Czary

Paryż Czary

Jakie były Twoje największe zdziwienia, odkrycia, kulturalne wpadki, rozczarowania?

Moje pierwsze wpadki były najczęściej związane z jedzeniem. Na wieczorne spotkanie z Francuzami szłam najedzona, nie myśląc o tym, że tu właśnie je się dopiero wieczorami i spotyka wokół stołu. To było też źródło nieporozumień z moim tubylczym chłopakiem, który nie rozumiał, że ja mogę jeść co dwie godziny, podczas gdy jemu wystarczały dwa porządne posiłki. Albo znajomemu muzułmaninowi podawałam kanapki z szynką, nie zastanawiając się, z jakiego mięsa ta szynka jest...  

Pozytywnie zaskoczyła mnie towarzyskość i rodzinność Francuzów. I fakt, że wbrew obiegowym opiniom mówią po angielsku, na pewno nie gorzej niż Polacy. Kultowym słowem (przynajmniej wśród ludzi o niezłym wykształceniu) jest tu "culture générale", co można byłoby tu przetłumaczyć jako wiedza ogólna. Raz widziałam policjanta czekającego przed izbą przyjęć na jednego ze swoich "podopiecznych", który pochłonięty lekturą "Wiedzy ogólnej" ze słynnej serii...  "dla idiotów". W Paryżu podoba mi się też widoczny na każdym rogu głód sztuki. Chodzenie do galerii i na wystawy jest tutaj jednym ze sposobów na spędzanie czasu, nieważne że trzeba odstać najczęściej dwie godziny w kolejce.

 

Paryż Czary
Paryż CzaryCo  mnie nie przestaje zadziwiać to to, że Francuzi poznając kogoś muszą sobie zrobić mentalną "fiszkę" na jego temat – skąd pochodzi, ale przede wszystkim "co robi w życiu". Właściwie jest to pierwsze pytanie w rozmowie, wydaje mi się, że u nas pojawia się ono na znacznie dalszym miejscu. 

To, co mi się nie podoba, to skomplikowane podejście do wolności.  Konkurencja jest tu postrzegana jako zamach na wolność, nie jej wzmacnianie. Podam przykład paryskich taksówek, ich liczba jest ściśle limitowana, dostęp do tego zawodu mocno utrudniony, mimo że tych taksówek po prostu jest za mało. Nie podoba mi się to, że w knajpach trzeba czekać aż kelner wybierze nam stolik, to, że wszędzie są jakieś taśmy, które wyznaczają miejsce, gdzie trzeba się ustawić, czekać, ćwiczyć cierpliwość...

Paryż Czary

I na koniec jakie książki o Paryżu bądź Francji poleciłabyś czytelnikom?

Pamiętam, że w liceum zaczytywałam się "Grą w klasy" Cortazara i duże wrażenie zrobił wtedy też na mnie "Łuk Triumfalny".  Później zaczęłam odkrywać literaturę XIX-wieczną. Do tej pory jednym z moich ulubionych pisarzy z tamtej epoki jest Zola, który w swojej serii Rougon-Macquartów sportretował ówczesny Paryż i jego mieszkańców w niezwykle sugestywny sposób. Bardzo lubię też "Ruchome święto" Hemingwaya, który w barwny sposób przedstawia życie amerykańskiej kolonii literackiej.  Z innych książek poświęconych tej epoce, ostatnio przeczytałam "Montparnoss" George'a-Michela Michel, a jeśli chodzi o non-fiction, to polecam "Kobiety z Lewego Brzegu" Shari Benstock, która przybliża miasto (i twórczość) przez pryzmat kobiet-artystek takich jak choćby Gertruda Stein, Anaïs Nin, Colette, Edith Wharton...  Z naszego polskiego ogródka, mam dwie ulubione książki o Paryżu:  "Requiem dla moich ulic", w którym Krzysztof Rutkowski w niezwykle plastyczny sposób wskrzesza dawne, często nieistniejące już miasto i "Paryż za dwa Ludwiki" Ludwika Stommy i Ludwika Lewina, pełen spacerów po szlaku "Paryża cieni i smaków", pysznych anegdotek i zabawnych historyjek o dawnych, legendarnych bądź nie, mieszkańcach miasta. Muszę też dodać "Szkice Piórkiem" Andrzeja Bobkowskiego, dzienniki, których część akcji rozgrywa się w wojennym Paryżu... Lista krótka i otwarta.

Czara Gosia Kruczek z Rozcinam pomarańcze

Gosia aka Czara

 

***

Poprzednie wpisy z serii PRZEPROWADZKA

Przeprowadzka Magamary: Oksford

środa, 16 maja 2012

Warszawska ulica książek na ChmielnejDla mieszkańców stolicy to pewnie żaden njus, ale pozostałych może zainteresować wiadomość, którą dostałam ze stołecznego wydziału kultury i promocji: Chmielna ma zostać przechrzczona na warszawską ulicę książek z mnóstwem księgarń, antykwariatów i stoisk bukinistów. Projekt nazywa się "Po książki na Chmielną" i realizowany jest przez dzielnicę Śródmieście przy wsparciu Polskiej Izby Książki, Stowarzyszenia Księgarzy Polskich i Instytutu Książki. Pomysł bardzo mi się podoba i trzymam kciuki za powodzenie akcji.

Na początku ma powstać pięć miejsc książkowych (pod adresami Chmielna 4 i 10), na które ogłoszony zostanie konkurs. Miasto liczy, że to zachęci innych księgarzy i antykwariuszy do sprowadzenia się na Chmielną. Podejrzewam, że sukces projektu zależeć będzie od czynszu za wynajem, więc, kochana polska stolico, bądź miłosierna w tej kwestii.

Wygląda na to, że książki będą pojawiać się również w kawiarnianym otoczeniu, a zatem na pewno powstaną księgarnio-kawiarnie. Notka o samym projekcie ma charakter prawdziwego manifestu. Posłuchajcie sami: "Chcemy, żeby Warszawa miała swoją ulicę książki. Położenie Chmielnej w centrum miasta, blisko ważnych ciągów komunikacyjnych, blisko Traktu Królewskiego, sprawia, że jest to miejsce wymarzone, by na stałe zadomowiła się tam książka. W dobie e-booków, audiobooków, internetu i smartfonów nie chcemy zapominać o fundamencie kultury, jakim jest książka. Dajemy jej przestrzeń godną jej rangi. Zapraszamy księgarzy, antykwariuszy i bukinistów, by związali się z Chmielną."

Co Wy na to? Co chcielibyście mieć na Chmielnej? Ja byłabym szczęśliwa, gdyby powstał tam duży, klimatyczny antykwariat z polską prozą, z książkami, które z księgarń znikają w ciągu dwóch lat od daty wydania i nie sposób ich nigdzie dostać poza czeluściami serwisów aukcyjnych (+żeby za te rarytasy nie trzeba było stracić fortuny).

środa, 11 kwietnia 2012

Księgarnia Backfold Books w walijskim miasteczku książek Hay on Wye ma specjalnie wydzielone półki z publikacjami, które posiadają autografy. Stoi William Golding, obok Julian Barnes. Z ciekawości zaglądam do obu książek. Pierwsza - z finezyjnym podpisem. Cena: powyżej 50 funtów. Druga z prostą parafką (trudno mi sobie wyobrazić, żeby Barnes smarował dekoracyjne zawijasy przy swoim nazwisku). Cena: 5 funtów. Hmm, bardzo mało, jak na status pisarza, nie wspominając o zeszłorocznym wyróżnieniu nagrodą Bookera.

- Co dyktuje cenę? - pytam sprzedawcy.

- Pisarze - odpowiada - Jedni, jak się podpiszą, to zwiększają cenę książki, inni - prost przeciwnie.

Czy stało się coś, o czym nie wiem, panie Barnes?

Autograf Juliana Barnesa

sobota, 26 marca 2011

SzpitalPo dwóch tygodniach pobytu w szpitalu z 5-miesięczną córeczką wyszłam na wolność z poczuciem, że wróciłam z bardzo daleka, z surrealistycznego państwa, gdzie potrafi być jak w Monty Pythonie czy Hotelu Zacisze:

Winda. Ta  z napisem "Wyłącznie dla personelu medycznego  i niepełnosprawnych" zabiera pacjentów i odwiedzających. Ta oficjalnie dla pacjentów nie działa, o czym się przekonaliśmy po dłuższej chwili, bezowocnie stercząc pod drzwiami. Toaleta dla niepełnosprawnych jest toaletą dla personelu medycznego. Znaczy się nie wchodzić. Ta dla pacjentów ma zepsuty zamek, ale dynda na klamce u drzwi plakietka z napisem "zajęte" i "wolne" na drugiej stronie. Jak zapomnisz ją odpowiednio ustawić, to możesz liczyć na niespodziewaną wizytę. Toaletowego papieru permanentnie brak. Kuchnia. Rodzice mogą z niej korzystać w godzinach od 9-10 rano i od 15.15 do 16.00. Żeby przygotować mleko dla dziecka, które je sześć razy dziennie, to trzeba się nieźle zorganizować. Kiedy nagle słychać alarm dobiegający z łazienki z prysznicem, nikt się nie rusza. Dopiero jak już nie można go ignorować, wpada pielęgniarka z poditytowanym "kto tu zemdlał???!! kto tu zemdlał???!!", bo nawet od tych na podłodze bez przytomności oczekuje się właściwej odpowiedzi. Wreszcie jest i pan złota rączka. Przychodzi naprawić szafkę, z której wypadły dwie nogi. Jest błyskawiczny. Nóg się przecież nie montuje, może je po prostu podłożyć pod mebel i po sprawie. Bo przecież stoi.

Trochę jeździłam po świecie. Zaskoczyła mnie amerykańska wylewność i pozytywne nastawienie do świata, zdziwiła wrogość mężczyzn w prowincjonalnych miasteczkach w Maroku, zdumiała ilość żołnieży w izraelskich miastach czy fatalne warunki sanitarne na indyjskiej wsi. Największy szok kulturowy przeżyłam jednak w Polsce.

W każdym języku są słowa, które nie tyle służą do komunikacyjnej wymiany informacji, co do określenia jej jakości. Jakiś czas temu pisałam o nieprawdopodobnej liczbie kurtuazyjnych zwrotów w urdu i relatywnym ich braku w hindi. Polski ma umiarkowaną liczbę zwrotów grzecznościowych, używa się ich jednak często, zwłaszcza w kontaktach z nieznajomymi. Wszędzie, tylko nie w szpitalu. Byłam zszokowana, że zarówno pielęgniarki jak i lekarze wchodzą do pokojów z małymi pacjentami bez jakiegokolwiek powitania. Nie mają też w zwyczaju się przedstawiać, więc trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby się dowiedzieć, z kim miało się przyjemność. Kontakty ograniczone są do minimum, co daje dodatkowo komiczny efekt, jak dwa razy dziennie do pokoju wpada ci głowa z urywanym "kupka była?" i zanim zdążysz się zaśmiać, znika w sali obok. Podobnie śmiesznych sytuacji jest zresztą w ciągu dnia więcej, kiedy jednak się w nich uczestniczy, to mało jest do śmiechu. "Pani pójdzie z dzieckiem na rentgen" – poinstruowała mnie inna głowa, która wpadła na ułamek sekundy. Musiałam pójść do dyżurki pielęgniarek, żeby się dopytać, gdzie to jest dokładnie (wcale nie tak łatwo znaleźć w dwuskrzydłowym szpitalu o 7 piętrach). Pytam też, nauczona doświadczeniem z brytyjskiego szpitala, czy któraś z pielęgniarek pójdzie tam z nami. "Rech,rech, rech" – słyszę w odpowiedzi gromki rechot –"Pani idzie sama, myśmy się już dość ponaświetlały."

W polskim szpitalu atmosfera absurdalnej komedii często przemienia się w egzotykę z państwa totalitarnego. Niby na zewnątrz reżim już dawno ustąpił, ale w murach placówki wciąż na dobre króluje. Władza lekarzy jest bezwzględna. Pytań się nie zadaje. Trzeba czekać, aż łaskawie medyk zechce zakomunikować diagnozę czy wyniki badań. Każda próba rozmowy dotyczącej przebiegu choroby momentalnie przeradza się w wojnę. Lekarz, nie wiedzieć czemu, czuje się zagrożony przez zainteresowanego stanem dziecka rodzica i zaczyna się defensywa. Kiedy próbuję wyjaśnić, że nie interesuje mnie kwestionowanie autorytetu, który robił zdjęcie rentgenowskie, ale zwykła odpowiedź na pytanie, co to zdjęcie przedstawia, zupełnie się nie rozumiemy. Na szczęście przypadkiem udaje mi się później zajrzeć do karty małej i dowiedzieć się, co dokładnie podejrzewają lekarze. Miałam wrażenie, że partnerskiej rozmowy z rodzicami w ogóle w szpitalu się nie praktykuje. Rodzice w tym całym łańcuchu zależności traktowani są najgorzej. Wydawało mi się, że lekarze, nie wiedzieć czemu, pełni są kompleksów, więc każde spotkanie z rodzicem, traktują jako zamach na swój autorytet. Najgorsi są jednak tacy, co przychodzą ze swoją świtą studentów, bo przed nią trzeba się wykazać. Pacjenta traktują jak małpę w klatce, rodzica jak powietrze, a studentów jak wiernych widzów swojego autorskiego przedstawienia.

Kiedy weszłam do kuchni poza godzinami 9.00-10.00 i 15.15-16.00 z pytaniem, czy mogłabym napełnić wodą butelkę dla małej, dyżurująca pielęgniarka odparła szybko: "brać i wychodzić". Wzięłam Isabelę i wyszłyśmy. Na wolność. Na własne życzenie.


***

Rozmówki polsko-angielskie

poniedziałek, 21 marca 2011

Czesław Miłosz

W 1911 roku w Szetejniach urodził się literat. 100 lat później rodzą się pomysły na imprezy upamiętniające jego twórczość. 2011 okrzyknięty został Rokiem Miłosza. Dlaczego to wymagało decyzji polskiego Sejmu, trudno mi zrozumieć (swoją drogą ciekawe, ilu z tych, którzy podjęli decyzję, zna cokolwiek z dorobku Miłosza). Przeglądam program obchodów, zwłaszcza w Trójmieście i wygląda mi na to, że zamiast radości i poetyckiego kawałka tortu, świętować przyjdzie potrawę dość ciężkostrawną w trzech polewach: tradycyjnej-pompatycznej, mszalnej i cmentarnej.

Problem z pompatycznym sosem nie jest nowy, bo w Polsce, jak dowodzą inne przykłady, nie tylko miłoszowy, uznani twórcy, zwłaszcza ci popularni również za granicą, czczeni są jak święci. Ikińsi staje się nagle Poetą, Mistrzem, Nim, Autorytetem. Nigdy już po prostu Iksińskim. I tak buduje się przy wszelkich rocznicach pomniki, beatyfikuje wbrew woli i przy okazji powoduje odruch wymiotny (podatni są na niego zwłaszcza ci, których kubki smakowe są wciąż młode i przez to wrażliwe na stare jadło). Z fragmentu ukazującej się w maju biografii Miłosza, jaki udało mi się przeczytać w „Tygodniku Powszechnym”, wygląda na to,  że ten styl będzie obowiązywał i w tej, długo wyczekiwanej publikacji. To zdecydowanie nie coś, co chciałabym w 2011 roku skosztować.

Czytam program obchodów Wieku Miłosza (Trójmiasto, choć dla pisarza nie było specjalnie częstym celem podróży, potrafi pokazać, że stać je na coś lepszego niż li tylko Rok Miłosza). Weekendowe uroczystości zaczęły się od spotkania… przy grobie matki poety. Wydawało mi się, że o urodzinach mówimy, więc celebrować będziemy życie właśnie, a nie jego koniec. Wielcy twórcy, których Polska przygarnia pod swoje skrzydło, mają jednak pecha, bo choćby nie wiem, jak się za życia starali, cmentarnej polewy nie unikną.

Jeżeli mamy cmentarz i jeżeli nasz twórca ma już kształty świętego, to rzecz jasna musi być i msza. Wczoraj w ramach Wieku Miłosza odprawiono w Gdańsku dwie. Ciekawa jestem, jaki pod koniec roku będzie ich bilans, zwłaszcza w przeliczeniu na spotkania z prozą czy poezją. Wkrótce się okaże, że z uniwersalnego Miłosza zostanie nam tylko tłumacz Biblii i poeta religijny (=katolicki).

Co mam zrobić, jeżeli żaden z sosów mi nie odpowiada? Niewiele. Mogę jedynie świętować po swojemu, czytając na własną rękę. Tylko że wtedy te całe obchody niewielki mają sens.

 

***

Zjęcie Miłosza pochodzi ze strony wydawnictwa Mamiko

niedziela, 13 lutego 2011

Bookarnia, SopotTadeusz Peiper niegdyś wygrywał pieśń współczesności zamkniętą w 3M: Mieście, Masie i Maszynie. Nie chcę, broń boże, iść z Peiperem w zawody i diagnozować współczesnej cywilizacji. Skromnie jedynie zanucę o przyszłości księgarni. A potrzebne mi do tego będzie 3K: książka, kawa i kanapa, bo współczesne księgarnie coraz częściej zmieniają się w czytelnio-kawiarnie. Do nich przychodzi się zasiąść w wygodnym fotelu, wybrać lekturę z półki i zapić ją kawą bądź winem. Niekoniecznie w tym menu jest miejsce na zakup, nie wspominając już o księgarzu znającym każdą ze swoich literackich owieczek niemalże na pamięć. Współczesne księgarnie typu 3K mają swój urok. Mają też ambicję przejęcia roli literackich kawiarni.

Siedząc w trójmiejskiej kafejce nad morzem z kolegą ze studiów, wspominaliśmy uniwersyteckie czasy. Wspominaliśmy Sopot i zgodnie przyznaliśmy,  że upadek miasta zaczął się wraz z zamknięciem Kawiaretu – kawiarni literacko-jazzowej, do której chodziło się poczytać, pogadać i posłuchać. Teraz nie ma podobnego miejsca na całym Monciaku i z pewnością nie będzie, bo zmierzająca do morza główna ulica przejęta została przez minimalistyczny i szybkokonsumpcyjny typ lokalu (może jeszcze poza Błękitnym Pudlem). Na Monte Cassino straszy też księgarnia, cudem ocalała z czasów komunistycznych, w której próżno szukać czegokolwiek poza znanym dobrze zapachem wyleniałego linoleum. Kultura kawiarni pojawia się dopiero poza Monciakiem, a dokładnie na Haffnera w postaci Bookarni. Jest to właśnie księgarnia typu 3K.

Bookarnia działa już ponad dwa lata. Jest niewielka, nowocześnie urządzona i z takim samym zapałem podchodzi do wyposażenia półek w literaturę współczesną, co w przygotowanie dobrego cappuccino. Małe miejsce gwarantuje spokój, a fotel na antresoli dodatkowo przyjemny widok na piętrzące się poniżej książki.

Bookarnia, Sopot

Do Bookarni wybrałam się w jedno z zimowych, ale słonecznych popołudni.  Byłyśmy trzy: trzymiesięczna córa, przyjaciółka i ja. Ruch był przyjemnie niewielki. Wolna kanapa przy schodach ulokowała mnie zaraz na przeciwko "Ballad i romansów" Karpowicza, które udało mi się nieco podczytać. Obok była Sylvia Plath. Nad głową cała masa grzbietów wydawnictwa Czarne. Próbowałam zrozumieć porządek, według którego układane są książki, ale trudno było mi znaleźć jakiś klucz. Obsługująca bar i zamówienia książek sympatyczna studentka logopedii wyjaśniła, że książki dzielą się dość luźno według gatunku i wydawcy. Biografie przy oknie, poezja po drugiej stronie, kryminał przy schodach, seria z Miotłą na dwóch górnych półkach.

Bookarnia, Sopot

Mocną stroną Bookarni jest literatura piękna, a dokładnie jej współczesne wydania. Siedziałam przy całkiem sporej liczbie dopiero co wydanych książek, które bardzo chciałam przeczytać. Z kolei półki z poezją są mniej atrakcyjne, bo wybór jest nieduży. Siedząc przy powieści Sylvii Plath, pomyślałam o jej wierszach i chciałam skorzystać z okazji, że jestem w Polsce i podejrzeć polskie tłumaczenie, ale niestety żadnego tomiku nie było na półce. Książkę mogłam jednak zamówić. Bookarnia chętnie i z tego, co zdążyłam się zorientować, często realizuje zamówienia na książki.

Bookarnia, Sopot

W Bookarni czułam się trochę jak w pracowni – tam można poczytać, popisać albo najzwyczajniej w świecie się zadumać, przeszywając witrynę księgarni dalekim wzrokiem. Porządna kawa jest na wyciągnięcie ręki, świeże ciastko tuż obok, a wygodna kanapa pozbawia skłonności do podejmowania pochopnych decyzji. Szelest przekładanych kartek, syczenie kawowego ekspresu, szmer rozmów w rogu... Hmmm, kto się dosiada?

Bookarnia, Sopot

Bookarnia, Sopot, ul. Haffnera 9

 

***

Inne opowieści o księgarniach:
Oksfordzkie księgarnie w trzech odcinkach: 1, 2, 3
Paryska Shakespeare and Company

wtorek, 14 września 2010

Machnij ręką na cesarski splendor i zjedź pod ziemię. Na dziesiątki, dziesiątki metrów wbij się w głąb petersburskich wysp do krainy, o której może i ci się śniło, ale nigdy nie przypuszczałeś, że może istnieć naprawdę. Do podziemnych pałaców. Tam można się dostać bez specjalnych zaproszeń, bez szlachetnej metryki urodzenia. To pałace dla wszystkich. W zasięgu ręki.

Wystarczy jeden żeton z wybitą literą M. M jak metro. M jak misja. Potem zjeżdżasz długie minuty wśród lamp przyćmionych, przy połyskującej poręczy. Ruchome schody choć ostro pędzą w dół, uspokajają prędkość powtarzanymi motywami. Najpierw ciepłe źródło światła. Potem reklama. Ślizg ślizg i następna lampka. Przed tobą wielka kobieta z siatką zakupów rozmyślająca o okazjach przyłapanych w sklepach. Za tobą dwójka młodych z szerokimi łańcuchami. Zjeżdżają w ciszy, bo cisza jest przepustką do podziemnego pałacu.

Petersburskie metro

Długa podróż w głąb petersburskiego metra

Nie biegać. Nie fotografować. Stać prosto. Na dole siedzi w budce żeński cerber i obserwuje. Ten, kto złamie zasadę, będzie miał z nią do czynienia, ale ci, co są tu nie pierwszy raz, dobrze wiedzą, że nieprawdopodobnie długie i strome schody są nie do ogarnięcia przez jedną parę oczu łypiącą z dołu, nawet oczu najstraszniejszego z cerberów.

Zatem jedź i podziwiaj. Co jakiś czas minie cię pani Ałła czy Iwieta, lekko przegięta w fartuchu, skupiona na forterowaniu poręczy. Zawód na pełen etap. Droga do pałacu, rzecz jasna, musi błyszczeć. Policz, ile razy one te schody tak polerują. Może jak skończysz liczenie, to właśnie dojedziesz do celu.

Petersburskie metro

Pompatyczne korytarze jednej z centralnych stacji

Petersburskie metro

Przejście między dwoma liniami metra

W końcu! Podłoga w marmurach. Rzeźbiarski pompus na ścianach. Wszystko sterylnie czyste, przygaszone, wszak zawitałeś do środka ciemnej ziemi. Drogę wyznaczają jedynie wielkie żyrandole. Ach, jakie żyrandole! Sam car takich nie miał i mieć nie mógł. Są przecież największe, najokazalsze. Żeby zadość uczynić tej jedyne słusznej, socjalistycznej chwale nowoczesności. Na stacjach metra pałace powstały. Kolumna na prawo, kolumna na lewo. Przepraszam, że co chciałbyś? Ławkę do siedzenia?! A gdzieś ty widział ławki w pałacu?! W podziemnym palazzo nie ma siedzenia. Tam się tylko chodzi. Chodzi i podziwia. Przystawać można. Westchnąć. I rezydować, rezydować do woli w tym rozmaszystym splendorze podziemnego mocarstwa.

Petersburskie metro

Stacja petersburskiego metra. Nigdy nie zdardza swojej nazwy.

Petersburskie metro

Metro w podziemnym pałacu

sobota, 26 września 2009

Kocica wpadła mi w kadr, podczas naszej letniej wyprawy na północ Anglii, do Leeds i starego Yorku. Paliła fajkę przed pubem na rozgrzewkę wieczoru panieńskiego. Jak dokładnie wskazuje koszulka, była to noc Nicoli. A pluszowe uszka pewnie szybko zmieniły się w diabelskie różki... (szczegóły możecie sobie wyobrazić łatwo sami)

Kocica, wieczór panieński Leeds

What a nite! (Co za noc!) Uczestniczka wieczoru panieńskiego przebrana za czarną kocicę, Leeds 2009

czwartek, 10 września 2009

Nie mogłam się powstrzymać, żeby tych podsłuchanych i podpatrzonych scenek z wakacji nie opublikować. Nie będzie to jednak komedia. Raczej dramat. Rzecz działa się jeszcze dwa tygodnie temu, kiedy zatrzymaliśmy się na chwilę w maleńkiej miejscowości nad Śniardwami (jej nazwy oczywiście już nie pamiętam, zresztą ona nie jest ważna).

Scena 1, dzieje się trzy minuty po tym, jak zasiadamy na trawie nad brzegiem jeziora obok dwóch matek siedzących pod parasolem na kocu.
- Dominik! - krzyczy jedna - wracaj!
Cisza. Lekkie pluski 7-letniego chłopca w wodzie.
- Dominik!!! - głos matki z lekko zagniewanego zmienia się we wrogi - wracaj TERAZ!!!
Chwila wahania. Chlap. Dominik jednak ląduje na dmuchanym materacu bujającym się po wodzie.
- Dominik, co powiedziałam?!! Co powiedziałam??!!! Dominik!!!! Skurwysyn!

Scena 2, dzieje się już na jeziorze, do którego wchodzę z zamiarem popływania. Jestem mniej więcej po pas w wodzie, kiedy wzrok mój przykuwa dziwacznie kręcący się rower wodny. Dodam tylko, że jest to rower nowego typu ze ślizgawką pomiędzy siedzeniami dla pedałujących. Rowerem steruje, stojąc w wodzie, ojciec dwóch chłopców.
- Napad na mnie, napad na mnie! - krzyczy podekscytowanym, ale jednak stłumionym głosem ojciec, po tym, jak jeden z jego synów zjechał ze ślizgawki w dół do wody. - Jaka będzie odpowiedź?  jaka będzie odpowiedź? - powtarza natrętnie aż do momentu, kiedy drugi z synów posypie pierwszego serią błotnych kul z dna jeziora.
- Ostrzał! - ekscytuje się dalej ojciec - ostrzał! Dobra akcja - dodaje, a pierwszy syn stoi nieporadnie w wodzie, czekając na następny rozkaz ojca. Pewnie zjechałby sobie raz jeszcze ze ślzgawki, ale jak to zrobić, kiedy ojciec woli bawić się w wojnę...

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Przy okazji opisanej wcześniej wystawy poświęconej, powiedzmy w skrócie, wiedeńskiej fascynacji szaleństwem, przypomniał mi się pewien krótki epizod sprzed paru lat, związany z byciem w osobliwym miejscu i wykonywaniem najgłupszego zajęcia na świecie. Ale po kolei.

Kiedy zmieniałam pracę, trafiła mi się przerwa między tym, kiedy poprzednia już się skończyła a nowa jeszcze nie zaczęła. To było tuż przed świętami Bożego Narodzenia, których wyczekiwałam, ale jeszcze bardziej niecierpliwiłam się na chwilę, kiedy się skończą, bo wtedy, na początku następnego roku rozpoczynała się przygoda z Londynem. Żeby przeczekać ten moment zawieszenia, zapisałam się do miejscowej agencji pracy, specjalizującej się w wyszukiwaniu drobnych robótek na krótkie okresy czasu. Tym właśnie sposobem trafiłam na dwa tygodnie do... szpitala psychiatrycznego w Oksfordzie, a dokładnie do działu personalnego.

Pierwsze zdziwienie tym, że przypisano mnie do tego działu, pomimo braku głębszej wiedzy na temat brytyjskiego prawa pracy, minęło szybko, jak tylko doświadczyłam smaku pierwszych zadań. Muszę jednak przyznać, że zajęcia były właściwie sprawą drugorzędną. Na pracę zdecydowałam się ze wzgledu na samo miejsce, które rozpalało wyobraźnię i pierwszą podróż autobusem o koszmarnie wczesnej (bynajmniej jak na mnie) godzinie, przez ciemność uparcie trwającej nocy i oszronione miasto, odbyłam, fanatzjując na temat wyglądu szpitala. Moje wyobrażenia były, rzecz jasna, spaczone zapamiętanym jeszcze z Polski obrazem szpitala w ogóle. Spodziewałam się szaroburego, przygnębiającego bloku, w połowie bądź w całości okratowanego. Tymczasem dojeżdżając rozklekotanym autobusem do dzielnicy Littlemore, gdzie psychiatryk się mieści, zostałam zaskoczona po raz pierwszy. Szpital jak nie-szpital. Oddziały podzielone były na małe, głównie parterowe domki, rozłożone na dużym, poprzeplatanym kwadratami z trawnikiem i drzewami terenie. Jeden zajmowali bulemicy, inny - kobiety, zdaje się, z dziećmi. Następny, na samym skraju, zupełnie w głębi, otoczony wysokim płotem przeznaczony był dla tych, których uznano za niebezpiecznych, obłąkanych przestępców.

Charakter tego szpitalnego osiedla przypomina mi ten, który pokazano na londyńskiej wystawie Madness and Modernity. Wiedeńczycy sprzed 100 lat, doszli do wniosku, że instytuacja sama w sobie musi mieć walory lecznicze, żeby przeprowadzane w niej terapie odniosły zamierzony skutek. Skąd zamiast zbiorczej bryły zaproponowano układ rekreacyjnego miasteczka. W Littlemore niewiele jest z rekreacji, nie mniej jednak niska zabudowa w ogóle nie budzi skojarzeń z instytucją, a raczej przypominała mi wtedy zwykłe osiedle.

Dział personalny miał swój osobny domek jednopiętrowy. Szpitale publiczne prowadzone są przez medyczne trusty. W tamtym momencie doszło do połączenia dwóch trustów, które dodatkowo zmieniły lokalizację, w efekcie czego połowa pracowników przestała przychodzić do pracy, bo za daleko było im dojeżdżać. Możecie sobie wyobrazić, jaki to musiał być chaos, gdy z dwóch rzeczy zrobiobno jedną, którą przy okazji postawiono w innym miejscu. Na dodatek spodziewano się w tym czasie kontroli, więc dział personalny w wielkiej trwodze sprawdzał, czy każdy z zatrudnionych pracowników medycznego personelu ma w swojej teczce właściwy komplet dokumentów. A wymaganych papierów do bycia przyjętym do pracy w szpitalu było sporo, począwszy od zaświadczenia o niekaralności, przez opinię od speca od medycyny pracy, na wizie dla obcokrajowców skończywszy. I to dopiero otworzyło mi oczy na to, jak wiele stanowisk pielęgniarek obsadzanych jest przez mieszkańców Afryki i Filipin. Z doktorami, rzecz jaasna, sprawa wyglądała inaczej.

Trust w swojej panicznej reakcji na przeprowadzoną brutalną operację połączenia, zatrudnił za dużo osób do sprawdzania teczek. Wyznaczone nam zadanie szybko zostało skończone, tym bardziej, że z reguly ludzie z dorywczej pracowali o wiele efektywniej niż ludzie ze stałej. Fatalną atmosferę działu bezradna kierowiczka starała sie desperacko ratować poniedziałkowymi zebraniami, na których miały być prezentowane osiągnięcia działu. Żadnych powodów do dumy nie było, więc poziom prezentacji zniżał sie do przedszkolnego wręczania metali z kartofla za przyjście do pracy.

Po sprawdzaniu teczek odesłano mnie do ustawania akt w alfabetycznym porządku w wielkich metalowych skrzyniach. Cóż, z alfabetem musiały być tam spore problemy, bo w tym najnudniejszym na świecie zajęciu, było sporo do zrobienia. I wtedy to właśnie historycznie odnotowałam największą liczbę ziewnięć wykonanych jednego dnia. Choć minęło już parę lat, rekordu nigdy nie udało mi się pobić i nie wiem, czy kiedykolwiek mi sie uda.

Przy tym alfabetycznym odmóżdżaniu można było jednak wykonać mały skok w bok i otworzyć piętrzące się w metalowych skrzyniach akta. To doprowadziło mnie do kolejnego odkrycia tajemnicy medycznego światka: zwolnień chorobowych. W języku angielskim jest takie istotne w dzisiejszej kulturze pracy określenie to pull a sicky czy to call a sicky, które oznacza zazwyczaj wykonanie porannego telefonu do pracodawcy z informacją, że się nie przyjdzie do pracy z powodu choroby, a choroba oczywiście jest udawana. W instytucjach publicznych jest to powszechne zjawisko, a nieporadny system polega w walce z leniem. W psychiatrycznym szpitalu udawane choroby dotyczyły jednak tyle pojedynczych dni, ale całych tygodni i miesięcy. Na enigmatycznych brzmiących zwolnieniach typu "z powodu stresu" bądź "z powodu przepracowania" portierzy, sprzątaczki i pielęgniarki spędzali w domu dobre pół roku, wciąż otrzymując pensje. Dopiero przyłapywani notorycznie w pubach bądź na zakupach pojawiali się przed ciągnącymi się miesiącami sprawami przed trybunałem pracy.

Odkrycia były chwilą rozrywki w nudzie 8-godzinnego dnia pracy. Najbardziej wyczekiwałam jednak przerw, zwłaszcza obiadowej, podczas której można było przejść się po szpitalnym osiedlu. I te spacery pamiętam najlepiej. Zadziwiła mnie cisza panująca w okolicy. Nie słyszałam żadnych krzyków. Nie byłam świadkiem żadnych napadów agresji. Pacjenci snuli się sporadycznie w południe między domkami. Wyglądali jak naćpani, co uznałam za efekt współczensego podejścia do chorych psychicznie, których faszeruje się ogromną iloscią prochów. Musieli mnie brać za jedną z lekarek czy pielęgniarek, bo każdy bez wyjątku, witał mnie zwyczajnym „dzień dobry”.

Szpital jest ogrodzony, ale bez przesady. Mieści się przy ulicy, ma kilka bram w niewysokim płocie, szeroko otwartych każdego dnia. Właściwie to można powiedzieć, że jest łatwo dostępny zarówno dla wchodzacych jak i wychodzących. Zaskoczyło mnie to, że pacjenci mogą swobodnie wyruszać na osobiście wytyczone eskapady. Może jednak wędrówki po okolicy są możliwe jedynie w teorii? Przechadzając się po dalszych częściach Littlemore, dzielnicy, która ma klimat małej, średniowiecznej wioski, nigdy nie spotkałam nikogo, kto mógłby wyglądać jak pacjent szpitala, czyli de facto byłby nafaszerowany prochami. Jedynie tuż przy bramie, gdzie mieścił się przystanek autobusu, wieczorami, jak na powrót zapadała gęsta ciemność, robiło się gęściej i głośniej. Pacjenci przysiadywali sobie na ławeczce. Wydawali z siebie dźwięki przypominające egzotyczne ptaki. Mówili do siebie. Człowiek o ogromnej głowie wieczorami wychodził na spacer jedną bramą, przechodził przez przystanek i dalej wracał „do siebie” przez drugą bramę. Potem ginął w ciemnościach osiedla, kiedy mój rozklekotany autobus odjeżdzał z powrotem do centrum miasta, gdzie samo wspomnienie o szpitalu wydawało się tak kuriozalne, że aż niemożliwe.

Do dziś zastanawiam się nad sensem tej prochowej terapii. Czy ona rzeczywiście ma znieczulić tak mocno, by obezwładnić schorowany umysł i uniemożliwić nawroty czy ataki? A potem w półformie i ćwierćświadomości przywrócić chorego do pozornego bycia na powrót częścią społeczeństwa? A może to bardziej perfidny zabieg współczesnych doktorów, który ubezwładniając pacjentów, mają po prostu spokój?

Dwa tygodnie w Littlemore były chyba najkrótszą i najdziwniejszą pracą dorywczą, jaką kiedykolwiek dostałam. A Wy pamiętacie swoje pierwsze doświadczenia pracownicze czy sezonowe prace?

poniedziałek, 11 maja 2009

W weekend zmieniały się miejsca, rozwijały rozmowy i bal trwał. Milena z Beatą balowały już od piątkowego poranku z okazji wspólnego spotkania po miesiącach, ja dotarłam dopiero wieczorem. Mieszkamy w trzech różnych miastach na dwóch Wyspach, więc na wspólne wyjście do knajpy trzeba umówić się z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. – „Kaplica” – jak mawia Milena, ja potwierdzam, że to dół, a jakiego Beata określenia używa, to w tej chwili nie pamiętam.

Piątkowy wieczór był wyjątkowy smakowity. Ciepły, wolny od tygodniowej harówki, w półsłońcu i półcieniu. Na południowym brzegu Tamizy londyńczycy i turyści przechadzali się leniwie. Tate Modern, błogosławiona fabryka nowoczesnych wytworów, otwarta jest w weekendy do 22-giej.

Londyn w piątkowy wieczór

Pojawiłyśmy się późno, więc nie starczyło już czasu na obejrzenie wystawy Rodchenki i Popovej zresztą nie wiem, czy miałybyśmy ochotę na rosyjski konstruktywizm. Przeszłyśmy się jedynie długimi korytarzami stałej wystawy z Picassem, Miró i młodymi orłami corocznej Turner Prize (które jakie są, każdy widzi). Ostatecznie wylądowałyśmy na 7 piętrze przy barze z panoramą miasta. Po prawej City, po lewej West End, przed nami St Paul’s Cathedral. Było ciemno, miasto wydało się niemożliwie atrakcyjne, więc pierwszy toast oddany był miastu. Potem za spotkanie, za to i tamto, wszystko w tonie...

...och życie kocham cię kocham cię
kocham cię nad życie...


Potem już u Beaty zaczęłyśmy odświeżać muzyczne szlagiery lat bardziej młodzieńczych, wygrzebując je z przepastnych głębin YouTube. I, Boże wybacz, zaczęłyśmy też śpiewać. Zaczęło się niewinne od poszukiwań starszych kawałków Moloko i nieśmiertelnej Roisin. Potem ruszyłyśmy w odleglejsze sfery: pierwsze wzloty Steczkowskiej, boski Kazik, dawne Hey, Przemyk, Fog, Geppert...

W każdą pogodę
potrafią dostrzec oczy moje młode
niebezpieczną twą urodę...

Nie skłamię, jeżeli powiem, że prześpiewałyśmy każde nagranie. Za bohaterów lat bardziej młodzieńczych wzniosłyśmy odpowiednie toasty. O piątej nad ranem eksploracje muzyczne wciąż trwały, choć gardło zaczęło szwankować. Zatrzymałyśmy się jedynie chwilkę nad upadkiem Steczkowskiej i nieobecnością Bartosiewicz. Potem to już była szósta i to perspektywa zdążenia na pociąg do Leicester tego samego dnia o 10-tej przywróciła zdrowy rozsądek. Poszłyśmy spać. Sąsiedzi musieli odetchnąć.

...Kocham cię życie
Kiedy sen kończy się kończy się
kończy się o świcie...


Milenie i Beacie dedykuję tą powtórkę z rozrywki – bez Was, dziewczyny świat miałby smak zwykły. I żeby tę noc upamiętnić, popełniam tę notkę, jednocześnie przyrzekając, że o przyjaciołach więcej pisać nie będę.

 

 

Droga do Leicester po trzech godzinach snu wydała się zaskakująco szybka. Sobotę spędziliśmy tam z parą przyjaciół u rodziców jednego z nich. Nocne rozmowy w wykonaniu Anglików, drodzy rodacy, są jeszcze dłuższe. Mój delikatny stan niewyspania dał się we znaki. Jednak dopiero niedziela ujawniła całą okrutność ludzkiej słabości. Na wieczór zaprosiliśmy sąsiadów mieszkających po obu stronach na wieczorek zapoznawczy, więc trzeba było zebrać się w sobie, okropnie zmobilizować, żeby coś przyrządzić...

Choć barwy ściemniasz
Choć tej wędrówki mi nie uprzyjemniasz
Choć się marnie odwzajemniasz...


Rozmowa się średnio kleiła. Za dużo nieznających się osób. Nasi sąsiedzi po prawej pochodzą z Indii i nie mówią zbyt dobrze po angielsku, więc wątek rwał się na powtórzeniach czy odszyfrowaniu znaczenia. Cieszę się, że zorganizowaliśmy spotkanie. Wychodzę z założenia, że sąsiada znać trzeba. Zresztą następnym razem powinno pójść już łatwiej.

Zatem dziś mamy już po balu. W poniedziałek zrobię na spokojnie jedynie za słup ogłoszeniowy. W środę w British Library odbywa się European literature night, podczas którego następujący pisarze będą opowiadać o swojej twórczości:

 

European Literature Night

 

Bardzo się cieszę, że będzie Paweł Huelle. Koniec. Kropka.

piątek, 08 maja 2009

Jakiś czas temu Chihiro wyróżniła mnie nagrodą Kreative Bloggera. Trochę czasu minęło, zanim się w tym połapałam (Chihiro, wybacz moje nierozgarnięcie i raz jeszcze serdeczne dzięki za wyróżnienie). Choć nie przepadam za konkursami, ten jest jednak świetną okazją do polecenia kilku blogów, które albo niedawno powstały, albo zostały przeze mnie niedawno odkryte.

Kreative Blogger
Zasady przyznawania wyróżnienia Kreativ Blogger:
Po otrzymaniu nagrody na swoim blogu umieszczamy logo Kreativ Blogger oraz informujemy, kto przyznał wyróżnienie. Nominujemy 7 blogów lub więcej do nagrody i podajemy link do każdego z nich. Informujemy wyróżnionego o nominacji w komentarzach na jego blogu.


Tym samym chciałabym wyróżnić:

October za  Terapię ochronną pełną osobistych spotkań z książką

Nehę za Za horyzontem z opisem Indii od środka

Wiewiórka za Wiewiórkę i jej spotkanie z przyrodą

La Polaquitę za Daleko stąd z bliskimi emocjami i dalekimi podróżami

Latifę za Arabię Saudyjską za podejmowanie ważnych tematów

 

***

Przy okazji trafiła się inna łańcuszkowa zabawa – Lemoniadowa Nagroda, która przyszła od Hangai, autora Naturalnej Sprawy. Hangai, serdecznie dziękuję za wyróżnienie.

Lemonade Award
 
Po otrzymaniu nagrody należy:
-umieścić logo nagrody w swoim blogu,
- wyrożnić 10 innych autorow blogow,
- powiadomić ich o tym, że zostali wyrożnieni poprzez wpisanie komentarzy w ich blogach.
 
Lemoniadę przekazuję dalej wszystkim blogom, które mam w zakładce i z ciekawością czytam. Zdrówko, miłego weekendu a na koniec w tej atmosferze nagród, fanfar i radosnego wznoszenia toastów fragment z dawnego szlagieru divy Maryli dla wszystkich:


Niech żyje bal!
Bo to życie to bal jest nad bale!
Niech żyje bal!
Drugi raz nie zaproszą nas wcale!
...

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

W niedzielę 26 mil Londynu przebiegło ponad 35 tysięcy ludzi. Zawsze w kwietniu stolica jest miejscem dość niezwykłego wydarzenia. Tysiące osób bierze udział w maratonie przez miasto, wspierając w ten sposób setki organizacji charytatywnych działających w kraju. Każdy z uczestników tygodniami przed maratonem nie tylko ćwiczy formę, ale i zbiera fundusze, które po biegu przekazywane są wybranej organizacji. Nasz przyjaciel dobiegł dziś do mety po ponad czterech godzinach zmagania z asfaltem. Serdecznie gratuluję.

Kiedy on przemierzał Londyn, my spacerowaliśmy nad rzeką w Oksfordzie, gdzie miał miejsce krótszy i zdecydowanie mniej popularny bieg. Uczestnicy, podobnie jak w Londynie, zadbali o ekscentryczne przebranie. Zobaczcie sami.

Maraton, Oksford
 
1 , 2
Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...