na ekranie

wtorek, 11 listopada 2014

Lift Marc IssacsZima. Wiezowiec w londynskiej White Chapel. Troche taka wieza Babel. Wysoka bryla wbita pod ciemne niebo. Wspolna winda, wspolny mianownik dla wielu niekompatybilnych jezykow w tym bloku. Na sama gore jedzie Marc Issacs, obok jego kamera. Ciasno. Zamknieta przestrzen windy nadaje kadrom ciekawa, spojna oprawe.

Pierwszy tydzien filmowania w windzie: nie kazdy chce wsiadac. Kamera rejestruje profile i tyly glow mieszkancow. Tylko starsza pani, Zydowka z angielskim akcentem wyzszych sfer, czuje sie wyrozniona. "W srodku jest reporter!" wymachuje do wspolmieszkanca bloku, ktory tez chce wsiasc i ostentacyjnie wywala go z windy. Jej chwila sam na sam przed kamera. Podarowuje nam dlugi, przebiegly usmiech i pozdrowienie "Mazel tov" przed wyjsciem z windy. Jestem ciekawa, co dalej.

Lift Marc Issacs

Kadr z "Windy"

Marc Issacs: "Jak jeszcze pracowalem dla BBC, ktos kiedys powiedzial, ze fajnie byloby zrobic film w windzie. I to zostalo mi w pamieci. Wczesniej to byloby niemozliwe, bo do filmu trzeba bylo miec dzwiekowca, operatora kamery, asystenta, nikt wiecej by sie w takiej windzie nie zmiescil. Potem weszly cyfrowe kamery i wszystko sie zmienilo."

Winda jest miejscem pomiedzy. Ani w domu, ani jeszcze poza nim, na zewnatrz. Przestrzen do przypadkowych spotkan, przykrego uwiezienia z kims na chwile, z kim nie ma sie ochoty specjalnie gadac. Po kilku tygodniach zaczynaja rozmawiac z Markiem coraz czesciej i dluzej. Jeden z mieszkancow zaczyna przynosic mu jedzenie.

"Lift" to pierwszy film dokumentalny Issacsa. 24 godziny nagranego materialu obrobione do 24 minut. Genialnie prosta formula, swietny efekt. Z cierpliwych tygodni filmowania na kilku metrach kwadratowych powstal film o tym, jak rodzi sie relacja miedzy ludzmi. To moim zdaniem tez troche dokument o pracy dokumentalisty.

Issacs: "To byla dosc nietypowa sytuacja dla dokumentalisty. Nie chodzilem do ludzi, tylko oni przychodzili do mnie, zawsze mogli spotkac mnie w windzie. Filmowalem w tym bloku przez dwa miesiace."

Lift Marc Issacs

Kadr z "Windy"

Mnie sie bardzo podoba tez to, co dodane. Mucha (sprowadzona przez Issacsa ze sklepu zoologicznego) spacerujaca po lustrze w windzie, do ktorej nalezy final filmu, odglosy z mieszkan wlaczone w trybiki kursujacej windy. Artystyczne ingerencje.

Issacs: "Moja prace w filmie zaczalem w BBC u polskiego rezysera, ktory do swoich dokumentow dodawal duzo watkow literackich". Aha, u Pawlikowskiego! Jak sie okazuje, razem pracowali tez pozniej przy "Last Resort".

Issacs po windzie jezdzil pociagami po Wyspach, zbierajac historie podrozych. Potem filmowal przy granicy francusko-brytyjskiej w Calais, gdzie zlikwidowano oboz dla uchodzcow i gdzie ladowali ci, ktorym nie udalo sie wjechac do Anglii. Dokumenty laczy dosc znaczaca geografia: Issacs spotyka swoich bohaterow w miejscach przejscia, w przestrzeni i warunkach, ktore powoduja mentalne zawieszenie czy niepokoj.  Wszystkie sa swietnie zrobione, z artystycznym szlifem. Koniecznie zobaczcie sami.

 

***

Marca Issacsa opowiadajacego o swojej pracy sluchalam wczoraj w ramach serii dyskusji filmowych Pembroke Film Masterclass
(i przepraszam za brak polskich znakow).

środa, 18 kwietnia 2012

Trishna reż. Michael WinterbottomNie sądzicie, że najbardziej poruszającymi historiami są te znane, zasłyszane dawno, daleko, w do końca niedających się odtworzyć okolicznościach, które można w nieskończoność powtarzać i powtarzać? Brytyjski reżyser Michael Winterbottom zdaje się moją śmiałą tezę potwierdzać swoim najnowszym, już dwudziestym filmem zatytułowanym "Trishna", w którym miłosna historia jak z Kopciuszka nabiera rumieńców, by zapłonąć krwawą nocą i zgasić się, jak zapałka w innej, znanej, dziewczęcej bajce.

Rzecz dzieje się Radżastanie, jednym z najbiedniejszych i najbardziej konserwatywnych stanów Indii. Trishna (grana przez zjawiskową Freidę Pinto) jest najstarszą i najpiękniejszą z pokaźnej gromady dzieci, utrzymywanych przez ojca pracującego przy zbiorach i sprzedaży warzyw. Na jej głowie jest nie tylko opieka nad rodzeństwem, ale i pomoc ojcu przy ciężkiej, fizycznej pracy. Trishna zastępuje mu brakującego syna. Wolnymi wieczorami dorabia sobie przy organizowanych dla turystów w pobliskim mieście wieczorach tańca tradycyjnego. Na jednym z nich poznaje Jaya Singha (w tej roli Riz Ahmed), bogatego Brytyjczyka pochodzenia indyjskiego. Jay nie może oderwać od Trishny oczu. Nie może też wyrwać jej z rodzinnego gniazda. W radżastańskiej wiosce relacje mężczyzn z kobietami reguluje przecież bardzo sztywna etykieta. Pomaga mu jednak los. Kiedy ojciec Trishny ulega wypadkowi, zasypiając za kierownicą (to nie tylko sprawa zmęczenia, ale i ilości spożywanego wieczorami alkoholu) Jay oferuje dziewczynie pracę w hotelu na północy stanu z wysoką pensją, która pomoże rodzinie wygrzebać się z długów. Bajkowe, prawda? Na miejscu Jay zrobi wszystko, by Trishnę uwieść. Po kilku miesiącach dziewczyna nagle wróci do domu w ciąży, a rodzina pomoże jej dziecka się pozbyć. O sprawie nie będzie się w żadnych okolicznościach w domu rozmawiać. Trishna cicho i boleśnie poprosi wtedy matkę, by ta nie wysyłała jej już nigdzie daleko do pracy. Matka zimno odpowie, że decyzją ojca Trishna wyjedzie do miasta pomagać wujostwu, a tam ponownie pojawi się Jay i historia znów zacznie przypominać bal Kopciuszka w zamku księcia. Do czasu.

Trishna reż. Michael Winterbottom

Trishna reż. Michael Winterbottom
Michael Winterbottom znakomicie prowadzi historię kochanków, zmieniając jej bieg, jak tylko zacznie ona wchodzić na dobrze znane, bajkowe tory. Fabularne zakręty współgrają ze zmianą lokalizacji (akcja dzieje się w kilku radżastańskich miejscach i w Mumbaju), a reżyserowi udaje się uniknąć długich, powłóczystych ujęć, idealizujących Indie. Film prowadzony jest niemalże z dokumentalnej perspektywy, co dodaje dramatyzmu historii Trishny, dziewczyny, której co prawda udaje się znaleźć księcia, ale której życie z nim stanie się co najmniej koszmarem...

Trishna reż. Michael Winterbottom

Trishna reż. Michael Winterbottom

Bardzo podoba mi się to, jak Winterbottom gra z konwencjami, jak każe być widzowi czujnym. Zdecydowaną zaletą tego obrazu jest też wszędobylska obecność ponurej refleksji nad przypadkowością losu, która tak silnie obecna jest w indyjskiej literaturze (chociażby u Mistry’ego, Rushdiego, pań Desai). Trishna zresztą tragiczny los nosi w swoim imieniu, w którym Kriszna, bóg miłości współbrzmi z tears - łzami - wielkim rozdzierającym smutkiem antykopciuszkowego finału.

Musicie koniecznie ten film zobaczyć.
 

***
Trishna
reż. Michael Winterbottom
Wielka Brytania, 2011

czwartek, 12 kwietnia 2012

Best Exotic Marigold HotelW niezależnym kinie w Oksfordzie pojawiło się ostatnio kilka filmów, których akcja rozgrywa się w Indiach. Zdecydowanie najlepszym z nich była ostatnia produkcja Michaela Winterbottoma zatytułowana "Trishna", ale o tym filmie opowiem następnym razem (zdecydowanie polecam rozejrzeć się za nim, jest naprawdę poruszający). Dziś krótka notka o czymś, co do złudzenia przypominało mi "Love Actually" (po polsku dystrybuowanym jako "To właśnie miłość"). Nie tylko obsada jest zadziwiająco podobna (z Billem Nighy na czele), ale i humor, miłosne perypetie oraz angielska autoironia są tak zbliżone, że czasami miałam wrażenie, że, patrząc na "Best Exotic Marigold Hotel" oglądam drugą część "Love Actually", z tą tylko różnicą, że bohaterowie są już w leciwym kwiecie wieku, czyli na emeryturze. Oczywiście sceneria jest inna - wszyscy emeryci wyjeżdżają do Indii, a dokładnie do stolicy stanu Radżastan - Jaipuru, gdzie lądują w rozpadającym się (i tytułowym) hotelu "Best Exotic", prowadzonym przez młodzieńca, którego odgrywa aktor znany z wielkiego hitu kasowego "Slumdog Millionaire".

Best Exotic Marigold Hotel

Best Exotic Marigold Hotel

Mamy zatem dwie wdowy: jedną polującą na bogatego męża (Celia Imrie) a drugą próbującą nie tyle pogodzić się ze stratą męża, co z tym, że miał on przed nią wiele tajemnic (w tej roli niepokonana Judi Dench). Obok kręci się szprycujący się Viagrą emeryt (Roland Pickup). Wokół pełno jest też krzyków zupełnie niedobranej pary: pani dbającej o pozory i pana o nieprawdopodobnej cierpliwości. Jest wreszcie też emerytowany sędzia - gej, który do Indii odbywa podróż co najmniej sentymentalną, próbując odnaleźć kochanka z dzieciństwa.

Jest głośno i egoztycznie, choć egzotyka jest przede wszystkim brytyjska, bo film zapewnia całkiem imponujący zestaw wyspiarskich postaw i zwyczai, zwłaszcza w kontekście obcowania z nowością. Mamy babcię rasistkę, która o Wyspach myśli wciąż w kategoriach kolonialnej przeszłości, jest emerytka o wielkiej otwartości umysłu, która zatrudnia się w indyjskiej firmie, są wreszcie ci, którzy, owszem, wychodzą na zewnątrz hotelu, ale interesują ich tylko ekspackie kawiarnie i kluby. Jest też pani, która za nic w świecie "w Indie" wyjść nie chce.

Best Exotic Marigold Hotel

Best Exotic Marigold Hotel

Film jest pełen ironii, dobrze sprawdzonego z "Love Actually" autodystansu, ale brakuje mu świeżości i niestety żart często trąci odgrzewanym kotletem. Ten, kto zna dobrze angielskie komedie, będzie miał wrażenie przeżywania wielokrotnego deja vu. Czy warto się wybrać? Czasami obejrzenie czegoś, co jest dobrze znane, potrafi mieć nawet kojący efekt. W końcu nieczęsto można spotkać dwa, a właściwie trzy happy endy w zakończeniu i zobaczyć, jak niemalże każdy z bohaterów przechodzi przemianę wewnętrzną. Czysta egzotyka, czyż nie?

 

***
The Best Exotic Marigold Hotel
reż. John Madden
produkcja brytyjsko-indyjska, 2011

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Meryl Streep w The Iron LadyParę lat temu BBC przymierzyło się do sportertowania charyzmy Margaret Thatcher w około godzinnym fabularyzowanym dokumencie. Miało być o polityce, a dokładnie o dramatycznym momencie, w którym Thatcher traci kontrolę nad rządem i ostatecznie - stanowisko. Z dokumentu wyszedł raczej osobisto-rodzinny dramat, bo scenarzysta skupił się na relacji premier z mężem, która swoją drogą była interesująca, ale takie podejście mnie nie usatysfakcjonowało. Ja chciałam zobaczyć więcej Thatcher w polityce, kobietę przywódcę w zdominowanym przez mężczyzn parlamencie, jej upór, determinację i absolutystyczną wręcz konsewkencję w realizowaniu powziętych planów. Dlatego z niecierpliwością czekałam na pełnometrażowy film Phyllidy Lloyd, który pojawił się w brytyjskich kinach pod koniec zeszłego roku. Myślałam, że on wypełni tą lukę opowieści o byłej premier. 

"The Iron Lady" jest jednak kolejną próbą biografii, która nie skupia się na działaniach Thatcher jako osoby publicznej, ale pokazuje jedynie fragmenty jest politycznej kariery w formie luźnych wspomnień starej już bardzo kobiety, której pamięć w chaotycznych sposób skacze po przeszłości. Co za rozczarowanie!

The Iron Lady z Meryl Streep w roli głównej

Film rozpoczyna się sceną, w której wiekowa Thatcher potajemnie udaje się do osiedlowego sklepiku z mydłem i powidłem po mleko i z niedowierzaniem obserwuje zmiany, jakie zaszły w Wielkiej Brytanii od czasów jej rządów. W sklepie gra głośno orientalna muzyka, sprzedawca z dość mocnym, azjatyckim akcentem lekceważąco traktuje kupujących a biedna Thatcher nie może uwierzyć, jak bardzo wzrosła cena pół kwarty mleka... Staruszka wraca potem do swojego domu, w którym ku przerażeniu opiekujących się nią ludzi wciąż prowadzi rozmowy z nieżyjącym mężem. Denis Thatcher (w tej roli Jim Broadbent) pojawia się i znika w zależności od tego, do jakich wspomnień pogna zmęczona pamięć wdowy, która wciąż nie może pogodzić się z odejściem męża. Każda rozmowa przywołuje inną scenę z przeszłości: młodej, pełnej ambicji Thatcher jako córki właściciela sklepu, która dostaje się na studia do Oksfordu (na marginesie premier była studentką Somerville College, który znajduje się 10 minut od mojej pracy i gdzie można zobaczyć jej popiersie - traktowane z mieszanymi uczuciami, zwykle skrajnej nienawiści bądź boskiego uwielbienia); potem pojawia się Thatcher jako jedyna kobieta w parlamencie, Thatcher zamykająca fabryki z przemysłem ciężkim w Wielkiej Brytanii, Thatcher prowadząca wojnę o Falklandy. Wszystko to są ciekawe migawki, które wolałabym zobaczyć jako wątek główny.

The Iron Lady z Meryl Streep w roli głównej
Niewątpliwie największą zaletą filmu jest obsada głównej roli czyli obecność Meryl Streep, która jest doskonała zarówno jako trzymająca się na ostatnich nogach Thatcher jak i charyzmatyczna premier u szczytu swojej kariery. Bez niej The Iron Lady byłby zdecydowanie tylko drugoligowym biopic-iem.

Film niewątpliwie ma wiele znaczących, świetnie zagranych scen: Thatcher przygotowująca się do wzięcia udziału w wyborach (amerykański spec od wizerunku bezpardonowo każe jej pozbyć się sztywnego kapelusza), Thatcher bezwzględnie reprymendująca swoich kolegów z partii. Za mało jednak w produkcji Lloyd jest właśnie tytułowej żelaznej damy. Podstawą fabuły jest jednak los mocno posuniętej w wieku staruszki, której marzą się dawne czasy świetności. Motyw powrotu pamięcią do lat młodości i nieuporządkowane w czasie reminiscencje są przecież tak mocno eksploatowanym w kinie zabiegiem, że wydawało mi się, że biografia Thatcher zasługuje na zdecydowanie bardziej wyszukaną kanwę. Zresztą jak tylko pomyślę, ile fascynujących szczegółów umknęło z tej biografii - atmosfery zdominowanego przez mężczyzn parlamentu, sławnych przemówień Thatcher z jej dość piskliwym głosem, zanim nad piskiem zapanował inny spec od wizerunku, kulisów brytyjskiej polityki w tamtych czasach etc etc etc., to czuję się filmem Lloyd dość oszukana. Zresztą nie wierzcie trailerowi - właśnie takiej Thatcher jak w tej zajawce w filmie znajdziecie najmniej! (podobna rzecz ma się z dostępnymi w necie zdjęciami - jak zresztą widzicie w załączonej notce)

The Iron Lady z Meryl Streep w roli głównej

***
The Iron Lady
reż. Phyllida Lloyd
Wielka Brytania/Francja, 2011

piątek, 02 grudnia 2011

We Need to Talk About KevinŚrody i czwartki jeszcze do niedawna kojarzyły mi się z kinem. Oglądanie filmów późnym porankiem na dużym ekranie miało w sobie coś z grzesznej przyjemności. Miasto w pracy, a my z Belą zasiadałyśmy wygodnie w fotelu na projekcji z cyklu Big Scream (Wielki Krzyk - seanse dla rodziców z dziećmi do roku).

Jesień zdecydowanie upłynęła nam pod znakiem ekranizacji – zaskakująco dużo pojawiło się ich w tym roku. Zdecydowanie najbardziej porażającym był dla mnie film Lynne Ramsay "We Need to Talk About Kevin" na podstawie książki amerykańskiej pisarki Lionel Shriver. Przeszywający, chwilami mrożący dramat psychologiczny o relacji matki z synem. Eva (genialnie zagrana przez Tildę Swinton) jest pisarką free-lancerką. Jej romantyczny związek z Franklinem (w tej roli dość przypadkowo dobrany John C. Reilly) owocuje nagłą ciążą, którą Eva źle znosi. Wkrótce rodzi się Kevin. Eva jest skonana, próbując poradzić sobie z wielogodzinnym płaczem dziecka. Im Kevin staje się starszy, tym trudniejsza jest ich relacja. Eva zaczyna bać się syna, a w Kevinie dojrzewa plan spektakularnego morderstwa. Film znakomicie oddaje atmosferę pozornie statecznego, bogatego domu na amerykańskich przedmieściach. Dotyka trudnego tematu koszmarów macierzystwa i powolnego rozpadu rodziny. Najciekawsze oczywiście jest to, co niedopowiedziane. Czy Kevin urodził się "normalny"? Czy jego psychopatyczna natura to efekt matczynej porażki? Kto tak naprawdę jest tutaj czyją ofiarą? Równie dobrą odpowiedzią może być ta, że takich zależności w ogóle nie można tworzyć. Największą zaletą filmu jest według mnie siła, z jaką drąży relacje rodzinne, totalnie odwracając dynamikę tradycyjnego dramatu, w którym to dorośli przynoszą zło do świata dzieci. "We Need to Talk About Kevin" naprawdę mnie poruszył tragedią rodzicielskiego uwikłania w związek z dzieckiem, z którego nie można się wydostać, bo jak? Inteligently, porażający, świetnie zagrany i ogromem artystycznie wystylizowanych scen – jednym słowem trzeba zobaczyć!

We Need to Talk About Kevin

We Need to Talk About Kevin

We Need to Talk About Kevin

We Need to Talk about Kevin, reż. Lynne Ramsay, 2011, produkcja brytyjsko-amerykańska

***

W tym roku były szpieg i autor niezwykle popularnych książek szpiegowsko-kryminalnych John le Carré doczekał się kolejnej adaptacji filmowej. "Tinker, Tailor, Soldier, Spy" – powieść z 1974 roku przeniósł na duży ekran szwedzki reżyser Tomas Alfredson. Efekt naprawdę genialny! Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że sukces tego filmu zamyka się w niezwykle udanej kombinacji brytyjskiej intrygii (bardzo złożonej) ze skandynawską precyzją do budowania napięcia w grze emocji. Zdecydowaną zaletą tej historii szpiegowskiej jest to, że widz wie jedynie tyle, co główny bohater (jeżeli nie mniej) i wspólnie z nim stara się rozwikłać zagadkę. Dzięki temu intryga jest bardziej wiarygodna, a świat tajnych służb pozostaje światem trudnym do spenetrowania, gdzie wpływy i rozkazy krzyżują się, nadpisują i mają sprzeczne znaczenia. "Tinker, Tailor, Soldier, Spy" to zdecydowanie górna półka szpiegowskich thrillerów.

(po projekcji tego filmu zaobserwowałam ciekawe zjawisko u wielu widzów – nagłej potrzeby sprawdzenia w Wikipedii, jaka jest fabuła książki. My z kolei ucieliśmy sobie długą dyskusję z przyjaciółmi, by dotrzeć do sedna intrygi – o wiele przyjemniejsze).

Tinkler Taylor Soldier Spy

Tinkler Taylor Soldier Spy

Tinkler Taylor Soldier Spy

Tinker, Tailor, Soldier, Spy", reż. Tomas Alfredson, 2011

***
Wreszcie dramat historyczny i to za sprawą powieści Charlotte Brontë. "Jane Eyre" niestety mnie rozczarowała. Film owszem posiada dość poruszające sceny w szerokim krajobrazie angielskich wrzosowisk, skalistych wzgórz i potwornego deszczu, ale w sferze emocji nie oferuje zbyt wiele. W książce przecież tyle się dzieje w sercu Jane Eyre i Rochestera! Tymczasem na ekranie mamy raczej cząstkę tego, zamkniętą w konwencji tradycyjnego dramatu. Bohaterowie wydają się jednowymiarowi, brakuje gotyckiej oprawy i dreszczyku.

Co ciekawe parę tygodni temu wyszła nowa ekranizacja powieści drugiej siostry Brontë – "Wichrowych wzgórz". Jeszcze nie widziałam, boję się jednak, że moje wrażenia mogą być podobne do "Jane Eyre" .

Jane Eyre film

Jane Eyre film

Jane Eyre, reż. Cary Fukunaga, 2011

***

Na koniec parę słów o filmie, który pewnie już wszyscy widzieli (zapomnijmy o ekranizacjach). Podobała Wam się "Melancholia" von Triera? Przyznam szczerze, że ja mam mieszane uczucia. Wydaje mi się, że Trier, podążając dwoma ścieżkami: z jednej strony mentalnych uwikłań stanów depresyjnych (tytułowej melancholii) i nerwowych fermentów a z drugiej - spektakularnej katastrofy planet, trochę pod drodze traci cel tej wyprawy. Film próbuje dotrzeć do sedna emocjonalnych zaburzeń – jedna siostra cierpi przecież na depresję a druga na manię. Rodzinna historia musi więc skończyć się katastrofą. Katastrofa jednak wymyka się realistycznym konwencjom psychologicznego dramatu i ukazana jest w symbolicznym zderzeniu dwóch planet. Spektakularne i przede wszystkim dość surrealistyczne zakończenie kreuje w filmie wrażenie przesady i przesłania ciekawie zarysowany w pierwszej części dramat. Oczywiście można myśleć, że ten planetarlny kataklizm dzieje się wyłącznie w głowie głównych bohaterek, że choroba psychiczna a właściwie unicestwienie umysłu musi mieć finał w czymś totalnym i nieziemskim, ale wydaje mi się, że w tym momencie robię Trierowi zbyt dużą przysługę...
Melancholia Lars von Tier

Melancholia Lars von TierMelancholia, reż. Lars von Trier, 2011

 

Zdjęcia scen filmowych pochodzą z różnych serwisów. Dziękuję za użyczenie.

poniedziałek, 30 maja 2011

My Dog Tulip"Anglicy nie potrafią kochać siebie nawzajem, dlatego posiadają psy" - napisał J.R. Ackerley, dziennikarz BBC, przyjaciel V. Woolf, po czym sam nabył owczarka niemieckiego. Z psem spędził w swoim londyńskim mieszkaniu 15 lat i ten czas unieśmiertelnił w dzienniku, który w zeszłym roku przeniosła na ekran para Amerykanów Paul i Sandra Fierlinger w, nie ukrywam, nieprawdopodobnie dobrej animacji.

Ackerley i jego pies (tytułowa Tulip) to historia burzliwego związku. Jego emocje tańcują na ekranie ostrym ruchem kreski. Narracja jest szybka, obraz jeszcze bardziej dynamiczny - cóż się dziwić, do przygotowania filmu wykonano ok. 60 tys. skeczy. Wzrok mi pląsał, oczy się śmiały, kiedy oglądałam z werwą naszkicowane perypetie psa i jego pana. Tulip zdobywająca kanapę, Tulip zwycięzka w sypialni, Tulip melancholijna sam na sam w domu - a nad nią czuwający bliżej lub dalej właściciel, który za wszelką cenę chce zrozumieć, jak to jest być psem.

My Dog Tulip



My Dog Tulip

Anglicy obdarzają zwierzęta niezwykłym przywiązaniem i zrozumieniem. Na Wyspach psów nie trzyma się przed domami na łańcuchach, ale w domach jako pełnoprawnych członków rodziny. Psa nie zostawia się na cały dzień samego w domu, ale organizuje conajmniej jeden długi spacer za pośrednictwem Dog Walking Service  (Usług Wyprowadzania Psów na Spacer). Tych usług, które obecnie są niezwykle popularne (na naszej dzielnicy szczekającego radośnie vana widzę regularnie), nie było jeszcze za czasów Ackerley'a, więc on w roli "wyprowadzacza psa na spacer" próbował zatrudnić niepracującą siostrę. Pies, pan i siostra pana to jednak o jedną osobę za dużo, bo jak udowadnia Ackerley zwierzęta też nie lubią trójkątów miłosnych. Relacja zwierzęcia z człowiekiem wciąż się zmienia, a właściciel pragnie zrobić wszystko, by psie życie było jak najmniej pieskie. I jak szybko można się przekonać, według Ackerley'a radością życia Tulip może być nie tylko swoboda do okazyjnych wymiocin na cmentarzu, mniej okazyjnych odchodów przed sklepem znajomych, ale i fizyczne spotkanie z drugim psem. Film kręci się wokół naturalistycznych ujęć i oczywiście nic nie byłoby w tym złego, gdyby nie to, że są ciągłymi powtórzeniami  pozbawionymi humoru, które zaczęły mnie po prostu nudzić.

My Dog Tulip

Ackerley chciał pokazać antyromantyczny obraz związku człowieka z psem. Czułostki odstawił na bok, skupił się na biologii. Obsesja właściciela związana ze znalezieniem dla Tulip partnera owocuje całą masą scen kopulujących zwierząt.  Można ziewać do woli, można się złościć, można i oczywiście wyjść. "My Dog Tulip" miał być bardzo angielską historią, tylko, i tutaj jest pies pogrzebany, zabrakło w jej wyspiarskiej ironii i ciętego humoru. Szkoda, bo genialnie animowane szkice, obrazki i obrazy zasługują na lepszy scenariusz.

***
"My Dog Tulip"
Reż. Paul i Sandra Fierlinger, 2010 (w kinach w Wielkiej Brytanii od maja 2011)

środa, 29 września 2010

Yasmin, film

Ten film spotkało duże nieszczęście, bo od razu zaszufladkowano go jako "dramat powrześniowy" (post 9/11). Łatka, która niegdyś gwarantowała natychmiastowy rozgłos, teraz często kojarzy się ze średniej jakości produkcjami, które w przewidywalny sposób portretują albo tragedię Amerykanów, albo pozamachowe pogromy społeczności muzułmańskiej. "Yasmin" zdecydowanie złamał schematy, ale rzadko który dystrybutor chciał o tym słyszeć i film w ogóle nie trafił do brytyjskich kin. Przyznam szczerze, że sam plakat reklamowy nie polepszał sytuacji. Film zamówiłam z internetowej wypożyczalni i kiedy przyszedł z nieciekawym zdjęcem przedstawiającym zatroskaną twarz głównej bohaterki z czarną chustą na głowie, to pomyślałam, że ten obrazek pewnie zapowiada "kolejny sztampowy dramat". Na szczęście było inaczej.

"Yasmin" to buntownicza opowieść o karkołomnej próbie połączenia dwóch kulturowo odmiennych światów (angielskiej społeczności robotniczej i pakistańskiego getta w północnoangielskim miasteczku Keighley)  i desperackiej potrzebie przynależenia. To film bardzo trudnej drogi: drogi wewnątrz siebie, by stworzyć nową tożsamość. Jest w nim wiele dramatów i trudnych wyborów. Wszystkie nabierają niezwykłej dynamiki przez świetnie stworzoną i znakomicie zagraną postać głównej bohaterki. Chociażby dla Archie Panjabi odgrywającej tytułową Yasmin trzeba ten film zobaczyć!

Yasmin, film


Bohaterka mieszka z ojcem, bratem i formalnie zaślubionym mężem, z którym jednak nie chce mieć nic wspólnego, po drugiej stronie miasta, gdzie w ceglanych, zdezelowanych domach robotniczych żyją emigranci z Karaczi. Yasmin urodziła się i wychowała już w Anglii i z tym krajem, a nie z Pakistanem chce się identyfikować. Na drodze nie stanie jej nawet rodzina, dopóki ten drugi świat – druga część miasta, w której żyją biali Anglicy (w równie zdezelowanych domach), będzie ją akceptował.

Yasmin, film

Yasmin codziennie wykonuje spektakularną podróż. W abaji i czarnej chuście wsiada do swojego samochodu i jedzie do pracy. Zatrzymuje się w połowie drogi wśród malowniczych wzgórz hrabstwa Yorkshire, by tam w kilka sekund tradycyjny strój zamienić na dżinsy, przylegającą do ciała koszulkę i polar. Tak dociera do ośrodka pomocy społecznej, w której pracuje jako opiekunka. Wieczorem pokonuje tą samą trasę w odwrotnym kierunku, zawieszona między dwoma światami, dopóki nie znajdzie swojej trzeciej drogi w trakcie niezwykle burzliwych wydarzeń.

Yasmin, film

Film kipi od szybkich ujęć, mocnych słów, wartkich dialogów i samej Yasmin, bo to bardzo żywiołowa i niezależna bohaterka, tak różna od tych, które zwykle przemawiają z ekranu ze strachem w oczach przed łamaniem tradycji, rodzinnego porządku i gniewem męża (jak chociażby w "Brick Lane").

"Yasmin" ma co prawda i słabsze wątki, jak ten związany z losami brata, który z narkotykowego dealera po zamachach 9/11 staje się religijnym muzułmaninem i ostatecznie trafia do obozów szkolących terrorystów. Nie mniej jednak film tchnie wiele świeżości do tematu integracji i tożsamości kulturowej – zagadnienia, z jakim od pewnego czasu zmaga się nie tylko Wielka Brytania, ale Europa w ogóle.

***
"Yasmin"
reż. Kenneth Glenaan
Wielka Brytania 2004

wtorek, 25 maja 2010

O piątej popołudniu wszystko zamiera. O piątej po południu umiera byk z wiersza F. G. Lorki, a ten poemat posłużył nie tylko jako tytuł, ale i jako klucz do filmu o współczesnym Afganistanie tej niezwykle młodej i utalentowanej irańskiej reżyserki - Samiry Makhmalbaf.

"At Five in the Afternoon" to film w swej wymowie polityczny, ale jego wizualna strona jest tak fantastyczna, że staje się, moim zdaniem, bezwzględnie jego nadrzędną częścią. Choć od dnia, kiedy obejrzałam tą produkcję w domowym zaciszu (w kinie dopiero zrobiłby wrażenie!) minęło już trochę czasu, wciąż świetnie pamiętam spektakularne sceny afgańskiej szkoły religijnej dla dziewcząt czy rodzinnej wędrówki przez totalne pustkowia. Samira Makhmalbaf znakomicie bawi się plastyką obrazu. Buduje sceny z artystycznym wdziękiem, więc "At Five in the Afternoon" nie tylko poruszył mnie tematem, ale zupełnie oczarował samym sposobem realizacji, choć przyznaję, w samej akcji jest kilka niedociągnięć, ale o tym za chwilę.

Film opowiada historię Nogreh, młodej i pełnej marzeń Afganki żyjącej z konserwatywnym i starzejącym się ojcem oraz bratową z dzieckiem. Ich życie to ciągły ruch, desperackie poszukiwanie nowego domu w kraju, w którym obalono reżim talibów i do którego napływają z Iranu i Pakistanu setki powracających Afgańczyków. Ojciec wysyła Nogreh do szkoły religijnej, gdzie dziewczęta uczone są śpiewnej recytacji Koranu, a dokładnie nakazów związanych z ich obyczajowością (powinny zakrywać twarze i całe ciało) i ich roli społecznej (powinny słuchać mężczyzn, którzy są ich "opiekunami"). Nogreh jednak po cichu ze szkoły ucieka, wydostaje się na drugą część zrujnowanego miasta już z odsłoniętą twarzą i tam uczęszcza na zajęcia w szkole świeckiej. Z tych lekcji wychodzi z przekonaniem, a raczej z marzeniem zostania prezydentem kraju.

Obrazy lekcji z obu szkół, w których pojawiają się albo kompletnie zakryte błękitnymi szatami dziewczęce ciała albo rzędy ciemnych głów w białych sukienkach są niezwykle efektowne. Błękit podkreśla związek miejsca z Koranem, biel - jego neutralność.

 

Szkoła religina (u góry), szkoła świecka (na dole)

Edukacja Nogreh nie może jednak zostać ukończona. Jej ojciec, wycofany, słaby, ale wciąż święcie wierzący w rządy talibów potrafi żyć tylko w takim miejscu, które spełnia jego religijne (i tutaj muszę dodać ekstremalne standardy). Dlatego rodzina przemieszcza się z ruin domów do porzuconego samolotu (ojcu przeszkadza to, że sąsiad słucha muzyki - w jego przekonaniu to grzech, więc ruszają dalej), stamtąd do ruin pałacu na pustkowiu a potem już w sam środek półpustyni. Niemożliwość pozostania w jednym miejscu to niemożliwość pójścia na żaden kompromis. Makhmalbaf pokazuje talibów, ale nie tych, których znamy z krwawych, konserwatywnych reform. Pokazuje przeciętnego, starzejącego się Afgańczyka, który nie walczy i narzuca swoich poglądów, ale ucieka przed zmianami. Jednak zarówno walka jak i ucieczka prowadzą do śmierci.

 

"At Five in the Afternoon" to film drogi. Ta wędrówka nie przynosi jednak żadnej przemiany wewnętrznej, to ucieczka w siebie, unicestwienie. Jej konsekwencje są tragiczne nie tylko dla ojca, ale i dla całej jego rodziny.

Samira Makhmalbaf znakomicie wyreżyserowała tą wędrówkę, której poszczególne etapy oddają bezradność bohaterów, współgrającą z pustym, wypalonym krajobrazem. Nocą wędrującym towarzyszy psychodelizująca muzyka. Efekt - znakomity!

 

W tym przemieszczaniu się znalazłam jednak kilka zgrzytów. Niektóre sceny pojawiają się nieco za szybko - tak jakby brakowało pomiędzy nimi łącznika. Samira Makhmalbaf wyjaśniła, że zrealizowanie tego filmu w Afganistanie było wielkim wyzwaniem, bo ludzie bali się w nim zagrać. Choć Iranka reżyserowała go już w kraju po amerykańskiej inwazji i upadku dyktatury talibów, to wciąż wśród mieszkańców panował strach i niechęć do sztuk wizualnych. Być może dlatego akcja jest chwilami nieco porwana.

"At Five in the Afternoon" to wzruszający i estetycznie zachwycający film. Makhmalbaf mówiła w wywiadzie, że nakręciła go z miłości do Afgańczyków i zdecydowanie te emocje i wrażliwość widać na ekranie. Gorąco polecam tym, którzy lubią niespieszne, skupione na wolnym i czułym budowaniu postaci kino. "At Five in the Afternoon" ma mnóstwo lirycznych momentów, w których obraz, dźwięk i ruch potrafią naprawdę mocno poruszyć serce.

***

At Five in the Afternoon (oryg. perski tytuł: Panj é asr)
Reż. Samira Makhmalbaf
Iran 2003

piątek, 23 kwietnia 2010

Od czasu do czasu wpadam w sieci na dość gorącą dyskusję między Polakami mieszkającymi w kraju a tymi zagranicą odnośnie czegoś dogłębnie polskiego. I wtedy ku mojemu nieustającemu zdumieniu pojawia się zarzut, że ten, co mieszka poza Polską to zbieg, który po ucieczce z ojczyzny, automatycznie odebrał sobie prawo do posiadania jakiegokolwiek zdania w sprawie. Intryguje mnie to przeświadczenie o ucieczce, bo ono jest, moim zdaniem, reliktem minionej epoki, który jest wciąż mocno zakorzeniony w wyobraźni. Nie znam osoby, która wyjeżdzając z Polski w ostatnich 20 latach, traktowała ten krok jako eksodus. Bo niby dlaczego by miała? Polska jest wolnym krajem, granice, zwłaszcza między krajami unijnymi są szeroko otwarte, więc już lepiej do sytuacji pasuje proste słowo - przeprowadzka.

Sporo moich przyjaciół z czasów liceum czy studiów przeprowadziło się do innych krajów, głównie europejskich. Pociągała ich taka możliwość, perspektywa stworzenia się na nowo w obcym miejscu, poznania innych kultur i obyczajów. Nikt jednak przed skrępowanym systemem krajem nie uciekał.

Prawdziwą uciekinierką jest dopiero Fariba Tabrizi (odgrywana przez Jasmin Tabatabai), Iranka, bohaterka niemieckiego filmu "Fremde Haut", po angielsku dostępnego jako "Unveiled", czyli "Odsłonięta". Fariba ucieka z własnego kraju po tym, jak policja religijna odkrywa, że jest lesbijką. Ukochana Fariby Shirin wyrzeka się wcześniejszego życia i przysięgając na Koran obiecuje prowadzić się "moralnie". Dla Tabrizi nie zostaje nic innego niż zbiec jak najdalej. Trafia do Niemiec, do obozu dla uchodźców, gdzie szybko dowiaduje się, że jej aplikacja z prośbą o pozostanie w tym kraju została odrzucona.

Film Maccarone traktuje o dramatycznej ucieczce, czymś, co dla Polaków w kontekście politycznym jest już zamkniętą przeszłością. Myślę jednak, że z takim bagażem historycznym, możemy sobie łatwo wyobrazić, jak morderczy jest to wysiłek starać się pozostać za wszelką cenę w kraju, w którym jest się nielegalnie, a każdy kontakt z mieszkańcami potrafi budzić strach przed przymusowym powrotem do miejsca, skąd się uciekło.

Losy Fariby są skomplikowane: po tym, jak jej kolega Irańczyk popełnia w obodzie samobójstwo, ona zabiera jego paszport i ubrania i pod podwójnie zmienioną tożsamością (jako mężczyzna) trafia do prowincjonalnego miasteczka, gdzie zostaje zatrudniona w fabryce kapusty kiszonej.

Film dobrze ukazuje alienację człowieka, strach związany z tym, że jest w kraju nielegalnie i wreszcie sam depresyjny charakter miejsca, w którym się wylądowało. To miała być ta upragniona wolność? Dlaczego nie mogę żyć godnie tam, gdzie ludzie nie muszą ukrywać swoich preferencji seksualnych?

Fariba wreszcie wdaje się w związek z Niemką – matką żyjącą na socjalu. I ten wątek wydał mi się najmniej przekonujący. Pojawia się gwałtownie na końcu, zbyt natarczywie i sztucznie. W związku z kobietą Faribie nie będzie dane żyć ani w ogarniętym religijnym ferworem Iranie, ani w wolnych Niemczech.

Choć film dotyka ważnych współczesnych problemów przymusowej emigracji, marzeń o wolności i koszmarków europejskiej prowincji, pozostawił mnie niestety po obejrzeniu nieprzyjemnie zimną. W tym filmie czegoś brakuje: myśli skrytej Fariby? mniej oczywistego zakończenia? większego dramatu ucieczki?

***
"Unveiled" (oryg. Fremde Haut, 2005)
Reż. Angelina Maccarone

czwartek, 04 marca 2010

The Last StationPisarz czy bóg (albo przynajmniej profeta)? Pytanie jest jak najbardziej na miejscu, kiedy rozchodzi się o Tołstoja w jego ostatnich latach życia, bo wtedy pociągał za sobą tłumy wyznających go członków tołstojańskiego ruchu.

Tołstoja znam tylko z jego bogatych, obszernych powieści pełni realizmu, z czasów "Anny Kareniny", kiedy literatura (i kobiety) a nie ideologia zaprzątała mu głowę. Dlatego z tym większą ciekawością wybrałam się do kina na najnowszy film Michaela Hoffmana "The Last Station", opowiadający o schyłku życia pisarza (powinnam napisać raczej ideologa w tym miejscu).

Obraz jest przede wszystkim kolorystycznie i krajobrazowo bardzo przyjemny. Szerokie pola spowite mgłą z czającą się na horyzoncie połyskującą cerkwią (jak tu nie myśleć o opisach wiejskich pejzaży z posiadłości Konstantego Dmitricza Lewina z "Anny Kareniny"?), smukłe, bijące bielą brzozy na tle soczystej zieleni, które tak dobrze oddają charakter majątku Tołstoja – Jasnej Polany (film co prawda nakręcony został w Niemczech a nie w dworku pisarza pod Moskwą. Krajobrazowo jednak nie miało to większego znaczenia – porównałam filmowe ujęcia ze zdjęciami Olivera z jego pobytu w Jasnej Polanie).

Film The Last Station o Tołstoju

Łagodność krajobrazu kontrastuje z charakterem wydarzeń. Lew Tołstoj, otoczony całą zgrają wyznawców, jest w wiecznym konflikcie z żoną, która (zresztą całkiem słusznie), ma dosyć atmosfery uwielbienia, spisku i braku prywatności. Jedną ze świetniejszych scen w filmie jest moment, kiedy rodzina łącznie z osobistym doktorem pisarza, siedzi w skąpanym w zieleni ogrodzie przy herbacie. Wszyscy ubrani są odpowiednio do ich społecznej pozycji za wyjątkiem Tołstoja, który zamiast w szlacheckim stroju, występuje w chłopskiej szacie. Cokolwiek pisarz nie powie, jest momentalnie zapisywane przez większość siedzących. Zofia, żona pisarza (świetna rola Helen Mirren) wybucha w pewnym momencie niepohamowanym gniewem, zabraniając komukolwiek podnieść do ręki ołówek. Dyskusja toczy się wokół społecznej równości i dzielenia się bogactwem z biednymi przez bogatych. Trudno o większy kontrast między tematem dyskusji a wytwornym otoczeniem.

Jasna Polana to miejsce konfliktów. To tutaj rozładowują się coraz częste burze między Tołstojem a jego żoną, między jego powiernikiem Wladimirem Czertkowem a Zofią Tołstoj. Czertkow zrobi wszystko, by zdobyć podpis Tołstoja pod nową wersją testamentu, w której pisarz zrzeka się praw autorskich do swoich dzieł. Zofia, z kolei szybko wyczuje, co dzieje się za jej plecami i wszelkimi możliwymi środkami (krzykiem, czułymi słówkami, atakami histerii, strzałami z pistoletu) będzie próbować wyperswadować mężowi ten pomysł. Jeżeli wierzyć biografom, to filmowej Zofii  brakuje jednak szaleństwa prawdziwej Zofii Tołstoj. Filmowa żona owszem ma temperament, ale jej działania nie wykraczają wcale poza rozpacz i determinację silnej osobowości, która nagle znajduje się w przegranej pozycji. Gdyby ten szaleńczy wątek pociągnąć, to film mógłby stać się bardziej ekstremalnym, ale i ciekawszym dramatem (a tak sympatie widza raczej zmierzają dość łatwo w stronę Zofii, bo motywacje Tołstoja są jednak niejasne).

Film The Last Station o Tołstoju

Kłótnie małżonków to walka o wpływy jednego na drugie. To w przypadku Zofii batalia o uczucie, o całą historię wspólnych przeżyć, jakie doświadczała przez lata małżeństwa. Dla Lwa Tołstoja to walka o wolność, o niezależność każdym kosztem. Nie jest to jednak wcale walka o ideały, bo Tołstoj w wielu dialogach pokazuje, że jego wyznawcy są znacznie bardziej "święci" niż on sam, który dawać ma im przykład. Jego ostre słowa przeciw małżeństwu, potępiające seks są w zupełnej opozycji z jego własnym życiem.

Film The Last Station o Tołstoju

Film w szerszym kontekście jest zatem pytaniem o to, kim jest człowiek uznawany przez wielu za współczesnego profetę (Tołstoj za takiego był właśnie postrzegany, a najlepszym przykładem jego wielkiego wpływu na życie innych jest chociażby polityczna filozofia Gandhiego).

Film The Last Station o Tołstoju

Wydarzenia fabularne dwóch obozów (żony i męża) łączy postać sekretarza Tołstoja młodego Walentina Bułgakowa, który trafia do Jasnej Polany pełen tołstojańskich idei (wegetarianizmu, abstynencji seksualnej) a wyjeżdża zakochany w rezolutnej Maszy (i już nie jako prawiczek). Romantyczny wątek wydał mi się najsłabszym w filmie (kochankowie rzucają się sobie w ramiona po długiej rozłące w ostatniej scenie, która jest też momentem śmierci Tołstoja). Zbyt silny sentymentalizm i happy-endowa prostota zakończenia (w tym momencie połowa kina chlipała już bardzo głośno) moim zdaniem odbiera wcześniej zbudowaną siłę dramatu. Szkoda. Gdyby ten inicjacyjny wątek wyciąć i skupić się na tym, co kołtuje się w głowach Zofii i Lwa, mielibyśmy głębszy i dojrzalszy film. Nie mniej jednak warto go zobaczyć. Panoramicznym obrazom towarzyszy też odpowiednio skrojona muzyka.

Ps. Zapomniałam dodać, że plakat reklamujący film jest po prostu fatalny. Zapowiada to, czego w filmie jest akurat najmniej...

***
"The Last Station" reż. Michael Hoffman
Produkcja: Niemcy, Wielka Brytania, Rosja
2009
Dwukrotnie nominowany do Oscara

środa, 20 stycznia 2010

Kadr z filmu

Trudno mi było uwierzyć,  że ten film fabularny o współczesnym Afganistanie odgrywany głównie przez kilkuletnie dzieci to dzieło 19-latki. Kto zna jednak nazwisko Makhmalbaf (pisownia angielska), ten wie, że ta zagadka jest łatwa do rozwiązania. Makhmalbaf to niemalże synomim irańskiego kina współczesnego, bo pod tym nazwiskiem kryje się cały klan filmowców: ojciec Mohsen, obecnie prezes Azjatyckiej Akademii Filmowej, założyciel Makhmalbaf Film House, gdzie sztuki tworzenia filmu nauczył m.in. trójkę swoich dzieci; jego córka Samira, która rzecz jasna ma na swoim koncie już kilka filmów i bycie jurorem podczas Festiwalu w Cannes; oraz właśnie Hana.

Hana miło zaskoczyła mnie swoim filmem "Buddha collapsed out of shame" (Budda padł ze wstydu). Trochę niespokojnie zaczęłam się wiercić, kiedy okazało się, że to wcale nie debiut młodej Iranki, bo pierwszy film stworzyła już w wieku... 8 lat ("The Day My Aunt Was Ill" pokazywany był zresztą na Festiwalu w Locarno w 1997 roku, a Hana była najmłodszą reżyserką, jak pojawiła się w historii tego przeglądu). Złośliwi twierdzą, że gdyby nie wpływowy i uznany ojciec, to Hana nie miałaby szans na taki rozgłos, a nazwisko Makhamalbaf powinno być raczej synonimem filmowego nepotyzmu. Być może właśnie dlatego krytycy podeszli do filmu "Buddha collapsed out of shame" z dużą ostrożnością, chwaląc go z umiarem i pokazując reżyserskie błędy.

Dla mnie film Hany Makhmalbaf był dużym odkryciem. To jeden z najlepszych filmów granych głównie przez dzieci, jaki widziałam. Główną bohaterką jest 6-letnia Bakhtay, afgańska dziewczynka, która żyje wraz z młodszą siostrą i matką w jednej z grot w masywie, gdzie jeszcze do 2001 roku istniała wyrzeźbiona ogromna postać Buddy (Talibowie wysadzili są w powietrze). Bakhtay, zainspirowana recytowanymi wierszykami przez sąsiada - chłopca w podobnym wieku, który chodzi codziennie do szkoły, postanawia dołączyć do jego klasy. Dziewczynka nie ma jednak żadnych przyborów szkolnych (jej mama nie planuje posłać jej do szkoły, bo przecież edukacja dziewczynek jest zbyteczna). Bakhtay jest jednak na tyle rezultna i zdeterminowana, że zabiera z kurnika dwa jajka i wyrusza w podróż z masywu na dół do "miasteczka" (piszę w cudzysłowiu, bo to miejsce przypomina raczej prymitywną bazę, gdzie znajduje się kilka zbitych z desek sklepików niż miasto), by tam przehandlować dobra na zeszyt i długopis.

Kadr z filmu

Scena, w której Bakhtay schodzi  po stromym grzbiecie w dół (filmowana z wysokości wzroku dziewczynki, kamera imituje też jej ruchy) jest jedną z najbardziej spektakularnych. Widok maleńskiej dziewczynki w zielonej powłóczystej szacie i żółtej chustce na głowie nie pozwala usiedzieć spokojnie w fotelu, bo widz ma wrażenie, że ten kontrast między stromością wzgórza a drobną postacią bohaterki doprowadzi za chwilę do katastrofy. Napięcie jest rozładowywane tylko chwilowo przez panoramiczne ujęcia przepięknych górskich krajobrazów. Hana Makhmalbaf pokazuje Afganistan, którego nie znamy. Pokazuje piękno przyrody tego miejsca, piękno, które nigdy nie pojawia się w doniesieniach z tego regionu, bo Afganistan to przecież teraz głównie obrazy okropności wojennych i ruiny Kabulu.

Kadr z filmu

Podróż Bakhtay jest symboliczna. Dziewczynka schodzi na dół do ziemskiego piekła, które funkcjonuje według zasad Talibów a zasady te egzekwowane są przez... dzieci. Bakhtay zostaje podczas swoich poszukiwań szkoły pojmana przez grupkę chłopców, którzy bawią się w wojnę. Kilkulatkowie odgrywają te wszystkie okropności, które znane nam są z doniesień z Afganistanu: kamieniowanie, egzekucje, poniżanie, zabranianie dziewczętom chodzenia do szkoły.

Do żadnego rozlewu krwi w filmie nie dochodzi. Sceny "zabawy w wojnę", która nie jest wcale zabawą są jednak porażające. To, że dzieci odgrywają znane im od dorosłych zachowania i traktują je śmiertlenie poważnie pokazuje, że ich wyobraźnia została całkowicie skorumpowana. Chłopcy są ucieleśnieniem społecznej degradacji i dysfuncji.  
W tym jednym dniu z życia afgańskiej dziewczynki pragnącej udać się do szkoły (nie zdradzę, jak historia się dalej rozwija i kończy) podsumowana została współczesna kondycja Afganistanu. I obraz jest jest naprawdę porażający.

Kadr z filmu

Kadr z filmu

Film rozpoczyna się i kończy fragmentami filmów dokumentalnych z 2001 roku pokazujących zniszczenie przez Talibów antycznego posągu Buddy. Ta klamra, która wyjaśnia jednocześnie tytuł filmu, wydała mi się trochę zbyt mocno zarysowaną pointą. Widz jest inteligenty, więc aluzje jest w stanie pojąć szybko, nie trzeba mu dwa razy i przez kilka minut o tym przypominać. Pomimo tego uważam, że film zasługuje na uznanie. I z pewnością potrafi poruszyć!

 

***
"Buddha collapsed out of shame" ("Budda padł ze wstydu")
reż. Hana Makhmalbaf
2007
Obsada: Abbas Alijome, Abdolali Hosenali, Nibakht Noruz

wtorek, 19 stycznia 2010

Kadr z filmu Irański reżyser Majid Majidi ma w swoim dorobku artystycznym kilkanaście filmów (fabularnych i dokumentów). Tworzy do własnych scenariuszy. Potrafi być też swoim producentem. Być może przez albo dzięki temu jego filmy tworzą spójną wizję, są kreacją jednego, ale wrażliwego i nieprzeciętnego umysłu. Majid Majidi jest jednym z moich ulubionych reżyserów, bez którego nie wyobrażam sobie współczesnego kina. Jego "Children of Heaven" (który zresztą o mały włos nie dostał Oskara, gdyby w konkursie w 1998 nie startował Robero Benigni ze swoim "La vita è bella") to jeden z filmów, który artystycznie oceniam bardzo wysoko.

Podobnie jest z jego późniejszym filmem "The Colour of Paradise" (Rang-e Khoda) z 1999. To głęboki i poruszający obraz, którego arystyczne wykonanie zrobiło na mnie duże wrażenie.

Historia opowiedziana w filmie jest prosta pod względem fabularnym, ale bardzo bogata w warstwie psychologicznejj. Tematem jest miłość ojcowsko-synowska, a właściwie walka ojca z samym sobą, który dziecka nie potrafi kochać i chce go wykluczyć z własnego życia.

Hashem, wdowiec, biedny robotnik pracujący przy składzie węgla, mieszka na wsi w  górzystej części Iranu wraz z matką i dwiema małymi córkami. Jego niewidomy syn – Mohammad – rok szkolny spędza w Teheranie, gdzie chodzi do szkoły uczącej dzieci czytać w alfabecie Braille’a. Ojciec zrobiłby wiele, by syna tam na zawsze zostawić. Dla Hashema 8-letni Mohammad to jego życiowa porażka, przeszkoda w ponownym ożenku (ojciec chce zdobyć rękę młodej dziewczyny z okolicznej wsi, boi się jednak, że jej rodzina, jak dowie się o niewidomym chłopcu, nie zgodzi się na małżeństwo). W kalectwie chłopca ojciec widzi odbicie własnej emocjonalnej ułomności – nie ma dla niego miłości. Jednak każda próba odcięcia się od syna, wywołuje w nim ogromne poczucie winy i wzbudza jeszcze większą pogardę dla samego siebie.

Kadr z irańskiego filmu

Tymczasem chłopiec, który poznaje świat przez palce (czuje kolory, dodatkowo odkrywając, że z powierzchni liści roślin czy z kamieni można odczytać litery Braille’a), w górzystej wsi wśród sióstr i babci, wśród natury czuje się prawdziwie szczęśliwy. Wierzy w to, co opowiedział mu nauczyciel: że Bóg jest niewidzialny, więc brak zmysłu wzroku wcale nie czyni go gorszym. Natura, estetycznie zachwycająca (piękne zielone pola, łąki kwitnące latem mnóstem kolorów) jest też przestrzenią sakralną. Babcia zabiera wnuczęta przez wzgórza do meczetu znajdującego się tuż przy strumieniu. Mohammad jest w pełnej harmonii z otoczeniem i z jego stwórcą.

Kadr z irańskiego filmu

Majid Majidi nie bez powodu uważany jest za twórcę obrazów, za reżysera-fotografa. W "Colour of Paradise" uwiecznił obrazy, które na długo zostały w mojej pamięci: drogi ojca z synem przez las, podczas której uczucia Hashema stają się coraz ciemniejsze, dzieci zafascynowanych kolorami przyrody na olbrzymiej przestrzeni ukwieconej łąki, czy wreszcie doskonałe zbliżenie twarzy Hashema, który popija herbatę z rodziną jego wybranki, a w oczach skupiają się jego wszystkie lęki.

Majidi świetnie też zagrał koncepcją koloru. Barwa odnosi się do świata uczuć i świata boskiego. Mohammad, choć fizycznie nie jest w stanie zobaczyć ani jednego koloru, żyje w świecie niezwykle barwnym. Z kolei jego ojciec pogrąża się coraz mocniej w ciemności, w który wciagają go jego własne słabości.

Jedną z niezwykle poruszających scen, jest moment, kiedy Hashem zabiera syna ze sobą do pracy do lasu. Chłopiec oddala się nieznacznie od ojca, nie widzi zbliżającego się niebezpieczeństwa. Hashem jest jednak w pełni tego świadomy, ale nie robi nic. Nerwowo zerka w stronę chłopca. Widzimy bolesną, wewnętrzną walkę, którą przechodzi rodzic.

Hashem nie jest jednak potworem, widz potrafi mu współczuć, bo Majidi zadbał o to, by pokazać skomplikowany charakter ludzkiej natury.

"Colour of Paradise" to głęboko humanistyczny i artystycznie mistrzowsko wykonany film, który, rzecz, jasna gorąco Wam polecam.


***
"Colour of Paradise"
(oryg. w perskim brzmi Rang-e Khoda, co oznacza "Kolor Boga")
reż. i scenariusz Majid Majidi
1999

niedziela, 17 stycznia 2010

Przeciw obrzezaniu dziewczynek. Kadr z filmu "Moolaade"

Długo zwlekałam z obejrzeniem tego filmu, bo mylnie wydawało mi się, że to pełen ciężkich scen dokument, tym bardziej że stworzony został przez znanego afrykańskiego działacza społecznego. Tymczasem "Moolaade" to osadzony na wsi w Burkina Faso film fabularny o społeczności, w której jedna z kobiet buntuje się przeciw wciąż praktykowanemu zwyczajowi obrzezania dziewczynek i choć temat dotyczy drastycznego rytuału, film wcale nie faszeruje widza dręczącymi wyobraźnię obrazami jego przeprowadzania. Wręcz przeciwnie. Reżyser – Senegalczyk Ousmane Sembene – podejmjąc ten temat, stworzył przejmujący dramat o władzy i buncie, jednocześnie mistrzowsko oddał rytm i kolor życia zachodnio-afrykańskiej społeczności, w której islam miesza się z dawnymi wierzeniami a śpiew i opowiadanie historii jest tak nieodzowną czynnością jak oddychanie. Film jest też świetną okazją do posłuchania jednego z afrykańskich języków (fascynujące jest to, jak zwracają się do siebie bohaterowie. Trudno to oddać słowami, zresztą nie chcę Wam psuć tego odkrycia).

Rytuał obrzezania dziewczynek jest wciąż praktykowany w prawie 40 krajach w Afryce i w licznych społecznościach afrykańskich na całym świecie (jak również w niektórych krajach muzułmańskich w Azji, choć nie jest wcale wspomniany w Koranie). Lekarze i socjologowie zdążyli go sklasyfikować na cztery rodzaje: w skrócie każdy pozbawia dziecka łechtaczki, a najdrastyczniejszy kończy się dodatkowo zaszyciem pochwy (niekompletnym). Kobiety mają później problemy z oddawaniem moczu, a współżycie z mężczyzną często przynosi piekielny ból. Dyskusję na tym, czym jest obrzezanie dziewczynek: okaleczeniem? symbolicznym naznaczeniem? kastracją z seksualnej przyjemności? rodzajem pasa cnoty? pozostawiam antropologom, bo w tym temacie trudno mi zabrać głos bez odpowiedniej wiedzy. Zresztą film nie o tym, moim zdaniem, traktuje. Ousmane Sembene po latach rozmów z kobietami, które przeżyły obrzezanie (zwane w ich społecznościach obrzędem puryfikacji), skupił się na pokazaniu mechanizmów władzy i tradycji, które ten rytuał podtrzymują. Jego film jest obrazem kobiecego przewrotu w rządzonej przez starszyznę mężczyzn wiosce, który rozpoczyna odważna Collé.

Przeciw obrzezaniu dziewczynek. Kadr z filmu "Moolaade"

Collé, jedna z trzech żon mężczyzny o wysokiej pozycji w wiosce jest jedyną kobietą, która nie pozwoliła obrzezać własnej córki po tym, jak sama przeszła jako dziecko poważne komplikacje a potem w konsekwencji cesarskie cięcie podczas porodu (wykonywane rzecz jasna w prymitywnych warunkach). Do niej ucieka czwórka dziewczynek, które nie chcą zostać obrzezane. Collé ochrania je starą klątwą moolaade. Sprzeciw wobec wykonujących rytuał kapłanek, a co gorsze wobec starszyzny wywołuje wielki zamęt w społeczności. Kobiety, początkowo potępiają Collé, ale kiedy nic nie jest w stanie złamać jej oporu, zaczyną na nowo rozważać swoją sytuację. Sprawę komplikuje przyjazd z Francji do wsi syna znaczącej postaci ze straszyzny, który ma wybrać sobie żonę. Córka Collé jest jedną z kandydatek, ale jej szanse stają się bardzo małe w atmosferze skandalu wokół obrzezania (ona nie przeszła przez rytułał, więc nie jest według reguł społeczności odpowiednią partią). Tym samym nastolatka zaczyna błagać matkę, by ta pozwoliła ją obrzezać.

Burkina Faso. Wszystkie kobiety we wsi mają obowiązek przejśc przez rytuał obrzezania

Historia buntu jest więc mocno skomplikowana. "Moolaade" to film nie tylko o niezwykłej odwadze, ale i trudnych wyborach, które niesie ze sobą wyłamanie się z twardych zasad społeczności.

Sembene stworzył ten film, by wesprzeć kampanię przeciwko zaniechaniu rytuału obrzezania. Jak powiedział w wywiadzie dla Cinema Scope dla niego kino jest formą edukacji. Ten film jest jednak daleki od prostej agitacji. To, co mnie w nim najbardziej zainteresowało to własnie to, co dzieje się w tle. Sembene oddał rytm życia wsi w Burkina Faso w znakomity sposób (wybranie nie-aktorów do odegrania głównych ról z pewnością w tym pomogło). Role społeczności są wyraźnie wyznaczone. Mężczyźni zajmują się uprawą (ci, którzy pracują, bo starszyzna nie robi wiele poza zbieraniem się, opowiadaniem sprośności, czy totalnym zmyślaniem interpretacji Koranu – sceny dotyczące rozważań na temat świętego tekstu są doprawdy komiczne, bo wypowiadający się o nim nie mają na ten temat bladego pojęcia, często też nie potrafią słowa przeczytać). Kobiety zajmują się dziećmi, palą fajki, słuchają radia i rozmawiają zebrane w "żeńskiej" części domostwa. Film pokazuje tylko wybrane fragmenty życia (co ciekawe, nie ma w nim ani jednej sceny posiłku). Ten niespieszny mikrokosmos pełen barw (nawet śmieci są niezwykle kolorowe) i śpiewu, z meczetem w kształcie jeżozwierza jest równie frapujący jak sama historia, która się w nim wydarza.

"Moolaade" poruszyło mnie i tematyką, i artyzmem wykonania. Polecm wszystkim, którzy wciąż zwlekają z obejrzeniem.

Meczet w kształcie jeża. Islam miesza się z tradycyjnymi wierzeniami w Burkina Faso. Kadr z filmu "Moolaade"


***
Moolaadé reż. Ousmane Sembene
2004

wtorek, 13 października 2009

Świętoszek po indyjskuZaczyna się od sceny, kiedy tłusty guru Birinczi Baba przybrany w wieniec kwiatów magnetyzuje tłumy, przewracając oczami i wyśpiewując religijną mantrę. Kolejna scena ma miejsce już w pociągu, kiedy Birinczi posyła z drzwi wagonu anielski uśmiech tym, co zebrali się na peronie i którzy jeszcze w ostatniej chwili chcieli dotknąć cudownej stopy opasłego półbożka. W pociągu guru pozna swoją kolejną ofiarę - zrozpaczonego po śmierci żony Mittera, poważanego adwokata, który postanowi zostać jego uczniem. Będzie go utrzymywał, gotował najlepsze potawy i wysłuchiwał opowieści o tym, jak Birinczi na przykład nauczał starożytnego "Pluto" czy rozmawiał z Jezusem.

To początek kolejnego filmu indyjskiego reżysera Satyajita Raya, którego filmowe dokonania oglądam z przyjemnością. Mahapurush (po angielsku Holy Man, czyli Święty człowiek) to krótka historia bazująca ma dobrze znanym Europejczykom motywie świętoszka i demaskowania jego hipokryzji. Indyjskie bogactwo religijnych śpiewów czy zwiewnych szat guru, nie wspominając już o jego przewrotnych minach czy sztuczkach na nowo pozwala przeżyć tę zabawną historyjkę. Żeby sprawy skomplikować Ray dodaje do filmu wątek miłosny. Córka uduchowionego adwokata rozczarowana zalotami młodego Satya postanawia dać mu nauczkę i oznajmia, że zamierza z nim zerwać i stać się uczennicą szarlatana. Zrozpaczony Satya wspólnie ze swoim przyjacielem Nibaranem (w tej roli ten sam aktor, który grał głównego bohatera w filmie "Wielkie miasto").

Świętoszek po indyjsku

 

Świętoszek po indyjsku

Film nie ma tej głębi, co Mahanagar. To raczej prosta, ale świetnie zrealizowana, satyra społeczna. Muzyka, monotonna i powolna, odgrywa w tym filmie ważną rolę. To ona zbuduje nastrój w kulminacyjnej scenie obnażenia szachrajstwa Birinczi. Karykaturalny obrazek z lat 60-tych może nie rozbawi nas do łez, ale z pewnością rozśmieszy i pokaże uniwersalność motywu pobożnisia-oszusta. Swoją drogą ciekawe, jak wyglądałby dzisiejszy, polski świętoszek. Macie jakiś pomysł?

Zobacz też inny film Raya – Wielkie miasto (Mahanagar)


***
Mahapurush (Święty człowiek)
Reż. Satyajit Ray
Indie, 1965

środa, 16 września 2009

Ferragosto włoski film

Zanim moja nauczycielka włoskiego wyjechała z Oksfordu do rodziny na kilka tygodni, by, jak się zgrabnie wyraziła "doświadczyć prawdziwego lata i nałapać słońca", zostawiła mi listę rzeczy do zrobienia na najbliższe tygodnie. Jak tylko wróciłam z urlopu, czekał na mnie email z instrukcjami: w poniedziałek grają w kinie "Pranzo di Ferragosto" (w Wielkiej Brytanii film ukazał się jako "Mid-August Lunch", czyli obiad w połowie sierpnia czy po prostu w środku lata), na który powinnaś pójść". Oczywiście poszłam. Film jest doskonały!

Wyobraźcie sobie taką scenerię: Rzym, połowa sierpnia, gorąco i pusto, bo Włosi wyjechali na nadmorskie urlopy. 50-letni Gianni to kawaler, do tego bezrobotny, bo jak twierdzi, pracować nie może, ponieważ zajmuje się 90-letnią matką. Mamie czyta wieczorami "Trzech muszkieterów", w ciągu dnia gotuje, wlewając w siebie poważne ilości białego wina. Ten czarujący, anielsko cierpliwy Gianni bycie maminsynkiem przemienił w sposób na życie (o maminsynkach ciekawie pisała wcześniej Pyza). Nie płaci rachunków (bo przecież nie pracuje!), nie musi rano wstawać i słuchać przełożonego (bo przecież opiekuje się mamą), a poza tym wolny jest jak ptak i może wyskoczyć do pobliskiej cantiny na kieliszeczek winka z kolegą, kiedy chce.

Jego mama to inna historia. Leciwa pani, która niemalże się rozpada pod brzemieniem lat, ale codziennie rano nakłada pełny makijaż, idealnie układa blond fale na swojej perułce, nosi dostojne ubrania z dawnej epoki i koniecznie czerwone, długie paznokcie. Prawdziwa diva, tylko że niemalże stuletnia.

W stały rytm życia tej dwójki wkradają się nagle nieproszeni goście. I tak Gianni w zamian za anulowanie jego długów ma zaopiekować się przez weekend matką dozorcy. Sprawy się komplikują i ostatecznie pod dachem naszego bohatera lądują aż trzy staruszki: władcza Marina przy tuszy, sklerotyczka Grazia, która jak zacięta płyta opowiada o tym, jak przyrządzić zapiekankę z makaronu i Maria - niepozorny łasuch.

O tym, co zdarzy się podczas tego gorącego, sierpniowego weekendu, powiem tylko tyle, że będzie to nielada emocjonalne i organizacyjne wyzwanie dla Gianniego i doskonała komedia sytuacyjna dla widza (w tytule tej notki nazwałam ją pułapką sierpniowego upału, ale dla bohatera może to być równie dobrze okazja, która nadarza się niespodziewanie w środku rozpalonego lata). "Pranzo di Ferragosto" to ciepły, ujmujący film, który znakomicie podgląda życie. Nie pamiętam, kiedy tak dobrze bawiłam się w kinie. Miałam trochę wrażenie, jakbym podpatrywała uroczego, lekko felgmatycznego sąsiada, który musi podołać zupełnie nieplanowanej roli opiekuna, oferującego rozrywkę czterem staruszkom.

Ferragosto włoski film

Gianni ustala menu z mamą

Ferragosto włoski film

Gianni z kumplem przemyka przez pusty Rzym, by zdobyć rybę na nieplanowaną ucztę w połowie sierpnia

Jak już mówię o podglądaniu, to muszę jeszcze dodać, że "Pranzo di Ferragosto" to też subtelny wgląd we włoskie życie, w relacje między synem a matką i kulinarno-towarzyskie obyczaje. Niespodzianką dla widza jest również zobaczenie w głównej roli samego reżysera - Gianniego di Gregorio, którego znacie z jego zaangażowania (w roli scenarzysty) w filmie "Gomorrah". "Pranzo di Ferragosto" nie dzieli żadnych horrorów ze scenami z przestępczego Neapolu. Debiutancki film di Gregorio to komedia bardzo bliska jego sercu, bo jest poniekąd autobiograficzna, i dosłownie rozgrywająca się w przestrzennym mieszkaniu należącym do jego rodziny w jednej z kamienic rzymskiego Trastevere. "Pranzo di Ferragosto" to niskobudżetowa produkcja, w której grają ludzie z ulicy, dodając filmowi autentycznego, niepowtarzalnego charakteru.

Film zdobył prestiżową nagrodę przyznaną przez Satyajit Ray Foundation. Zresztą z produkcjami indyjskiego reżysera Satyajita Raya ma wiele wspólnego, chociażby tą niezwykle ujmującą poetykę i wierne, niespieszne oddanie dnia codziennego. O jednym z filmów Raya - "Wielkie miasto (Mahanagar)" - pisałam wcześniej tutaj.


***
Pranzo di Ferragosto (w angielskiej wersji Mid-August Lunch; polskiej nie widziałam)
Reż. i główna rola: Gianni di Gregorio
Włochy 2008

Zobaczcie też wywiad z reżyserem
Strona oficjalna filmu dostępna jest tutaj

A na koniec trailer:

 
1 , 2
Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...