na deskach teatru

piątek, 26 lutego 2010

Lucia di LammermoorMroczna, na wskroś przejmująca pozostawiła mnie w emocjonalnym bezruchu. Takiej opery, z taką siłą czarnego romantyzmu, nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Lucia di Lammermoor, wystawiana właśnie w londyńskim Coliseum przez English National Opera potrafi wizją świata schować cały humianizm do worka a głosami śpiewaków wydobyć najczarniejsze zakątki ludzkiej natury.

Historia tragicznej miłości zaczyna się w klasyczny sposób: dwa szkockie, zwaśnione rody dogorywają po latach walki, kiedy przedstawicielka Ashtonsów (tytułowa Lucia) zakochuje się z wzajemnością w reprezentancie drugiej rodziny - Ravenswoodów - Edgardzie. Ich miłość, rzecz jasna, musi się ukrywać przed światem, zwłaszcza przed perfidnym wzrokiem brata Lucii - Enrikiem - który przede wszystkim wciąż marzy o brutalnym odesłaniu Edgarda na drugi świat i o ożenku siostry z bogatym Arturem. Kochankowie spotykają się nocą. Lucia, odgrywana przez Annę Christy, wygląda jak dziewczynka. To właściwie za mało powiedziane. Wygląda jak marionetka, która zresztą co chwile pada na kolana tak, jakby ten, co porusza jej kończynami, bawił się jej losem. Jej głos, niezwykły, przeszywający każdy nerw sopran dopełnia ten tragiczny portret.

Lucia

Pewnej nocy żegnają się. Edgardo musi uciekać do Francji, szukając nowego przymierza. Zanim się rozstaną, składają sobie śluby. Tymczasem Enrico, który już dobrze wie o kochanku siostry, zaczyna w życie wdrażać swój bezwzględny plan małżeństwa Lucii ze swoim finansowym wybawcą Arturem. Zadłużony, wije się na scenie, próbując ucieć od wierzycieli. To dopiero początek wielkiej gry czarnych sił, które na scenie w niezwykle efektowny sposób realizowane są za pomocą wielkich cieni.

Okna, poruszające się ściany czy wreszcie same meble rzucają na przygaszonej scenerii długie cienie - zapowiedzi wielkiej katastrofy. Scenografia jest prosta, ale jakże skutecznie mrozi krew w żyłach. Nie znam innej opery, w której tyle uwagi poświęcono samej oprawie (wszak zwykle to głównie głosy mają przemawiać do wyobraźni).

Enrico fałszuje listy od Edgara, w których dowodzi, że Lucia nic dla niego już nie znaczy. W porażającej scenie brat, nie potrafiąc przekonać siostry do planowanego dla niej małżeństwa przywiązuje ją do łóżka. Ich arie, pełne rozpaczy, wznoszą się ku górze, lecz tam nie ma dla nich ocalenia. Enrica ręka zaczyna niebezpiecznie wędrować po ciele siostry. Muzyka wzmaga się. Widz chciałby uwierzyć, że to wszystko mu się tylko wydaje.

Lucia

Akt drugi. Scena ślubu Lucii z Arturem. Wszystko skąpane jest w mroku. Uczestnicy ceremonii ubrani są na czarno: ciemne kapelusze, czarne suknie, bure garnitury. Tylko ich twarze oświetlane z naprzeciwka przez lampy wyglądają jak błyszczące, blade maski. To nie ślub, to pogrzeb miłości Lucii. Na zawsze zostanie stracona w tym tragicznym małżeństwie, bo zaraz po tym, jak podpisze kontrakt, w zamku zjawi się Edgardo, zrozpaczony niewiernością ukochanej. A potem będzie już tylko mroczniej. Lucia w swoim szaleństwie targnie się na życie niekochanego męża.

Okrwawiona, w zwiewnej szacie delikatnie okrywającej jej filigranowe ciało będzie dzielić stan obłędu z Lady Macbeth. Jej żałośny, szaleńczy śpiew stanie się jedną z najbardziej przejmujących pieśni, jakie słyszałam. Jej głos, jej obłąkańcze krążenie wokół trupa męża na długo zostanie mi w pamięci.

Lucia

"Lucia di Lammermoor" odziera nas z wszelkiej nadziei, pokazując tragizm człowieka i świata w całej jego rozpaczliwej formie. Ciemne zakamarki ludzkiej natury w tym dramacie wynaturzają się do granic. Człowiek pokazany jest tylko w mroku jako marionetka w rękach złośliwego Fatum.

"Lucia di Lammermoor" to dzieło Włocha - Gaetano Donizettiego, które powstało na bazie tragedii Waltera Scotta ("The Bride of Lammermoor"). Na scenie Coliseum odgrywane było po angielsku. To pierwsza opera w tym języku, jaką oglądałam. Muszę przyznać, że początkowo angielski mi przeszkadzał - te spółgłoski wymawiane na przydechu na końcu wyrazów raziły mnie strasznie! Przeklinałam tego, który odważył się zmienić melodię włoskiego oryginału. Angielski, rzecz jasna, jest szalenie bliski mojemu sercu (od pięciu lat to mój codzienny język), ale do drugiego aktu byłam przekonana, że w operze nie brzmi znacznie słabiej niż języki o okrągłych samogłoskach i to jeszcze często występujących. W trzecim, finałowym akcie "Lucii" jednak przekonałam się do tej produkcji (może po prostu przyzwyczaiłam ucho do tych wszystkich aspiracji) i angielski pasował mi w niej jak ulał.

Obejrzenie opery (w znakomitej reżyserii Davida Aldena gorąco rekomenduję. To poruszające, ekstremalne przeżycie.

***
Lucia di Lammermoor
English National Opera, Coliseum, Londyn

środa, 30 grudnia 2009

The Habit of Art Allen Bennett przedstawienie w Teatrze Narodowym w LondynieBilety wysprzedane do kwietnia 2010! Nie mogłam uwierzyć. Taką popularnością cieszy się najnowszy spektakl współczesnego brytyjskiego dramaturga Alana Bennetta wystawiany obecnie w National Theatre w Londynie. Już miałam szukać czegoś w zastępstwie, co pozwoliłoby mi odżałować tę stratę, spowodowaną niczym innym jak moją opieszałością, gdy nagle telefon... i okazało się, że teściowi cudem udało się zdobyć cztery bilety. W poniedziałek wieczorem, wciąż pełna niedowierzania, siedziałam zatem na widowni. Kto zna londyński Teatr Narodowy, ten wie, że oznacza to siedzenie w budynku, który jest, żeby rzec to łagodnie, wielkim pomnikiem na cześć betonu. Ten surowy wystrój świetnie jednak komponował się ze scenografią i właściwie samym tematem sztuki.

"The Habit of Art" ("Zwyczaj tworzenia" - nie chodzi tyle o samo rzemiosło tworzenia, co o zwykłe przyzwyczajenie) to spektal, w którym centralną postacią jest znany brytyjski poeta WH Auden. Bennett wybrał ostatnie (zresztą oksfordzkie) lata Audena, żeby pokazać to, czym jest schyłek kariery wielkiej postaci. Auden, bez wątpienia największy i najbardziej charyzmatyczny poeta brytyjski minionego wieku, w benetowskim wydaniu jest ponad 60-letnim, brzydkim staruchem, który sika do zlewu, żyje samotnie w zagraconym mieszkaniu w kolegium Christ Church, wynajmuje młodych chłopaków na płatny seks i ogólnie rzecz biorąc dogorywa na marginesie literackiej sceny. Ten kompletnie sprofanowany (czy może jak mówi Bennett odbielony?) portert Audena wyłania się z dialogów poety (granego przez Richarda Griffithsa – naprawdę świetna rola!) z przychodzącym portierem, sprzątaczką czy sprzedającym swoje ciało chłopakiem z Oksfordu. Auden, który stracił w tym czasie już popularność, wciąż jednak tworzy: czasami wiersze, czasami wykłady dla uniwersytetu oksfordzkiego. Robi to, jak sugeruje Bennett, z przyzwyczajenia.

Choć portert Audena jest ponury, to sam sposób jego przedstawienia komiczny. Auden ma błyskotliwy żart. Podobnie z samym aktorem odgrywającym rolę poety – on potrafi znakomicie ripostować, sarkastycznie odpowiadać (łącznie z resztą widowni – cała sala zapełniona! - wielokrotnie parskałam śmiechem). Dlaczego o tym piszę? Otóż dlatego, że "The Habit of Art" to sztuka w sztuce. Na scenie rozgrywa się próba przedstawienia o Audenie, próba spektaklu "The Habit of Art", w dodatku dość chaotyczna. Dwóch aktorów brakuje, bo właśnie grają w czymś innym, reżyser nie zjawia się, bo musi udać się na północ kraju, by wziąć udział w jury konkursu, o którym sobie w ostatniej minucie przypomniał. Za to pojawia się dramatopisarz, autor tekstu i on ze swoim obrażalstwem, nowymi pomysłami, kłotniami z aktorami, kreuje dodatkowe komiczne sceny. Aktorzy przerywają grę, by zażądać, by pisarz zniknął z widowni. Griffiths grający Audena zacina się, bo nie może znieść nowej wersji tekstu, którą musi recytować. Wreszcie pojawia się maska, która nosić ma Griffiths, by choć trochę przypominać odgrywanego poetę – maska rzecz jasna jest za ciasna, tłumi głos aktora, ale on sarkastycznie potwierdza, że mu pasuje, po czym "przypadkiem" ją zdejmuje, bo mu za ciepło.

W tym tragikomicznym układzie na scenie pojawiają się dwie inne znane postaci: aktor odgrywający brytyjskiego kompozytora Benjamina Brittena (w tej roli znakomity Alex Jennings) i aktor, którego rola nie jest do końca jasna, bo on ma być podróżującym z przyszłości do lat 70-tych biografem i Audena, i Brittena, czyli Humpreyem Carpenterem (w tej roli Adrian Scarborough). Britten pojawia się w sztuce Bennetta nieprzypadkowo. On (Britten) i Auden byli ze sobą bardzo blisko, aż do momentu wielkiej kłótni. Spotykają się zatem po latach, Britten odwiedza Audena w Oksfordzie, by porozmawiać o pracy nad nową operą – "Śmierć w Wenecji". Ich dyskusja to właściwie punkt kulminacyjny całego przedstawienia. Auden wykonuje nieudaną próbę zaangażowania własnej osoby w projekt kompozytora, by napisać dla opery libretto. Britten z kolei szuka wsparcia w poecie, a nie jego tekstu do libretta. Chce, by Auden zmotywował go do skomponowania opery, której temat w tamtym czasie wciąż w Wielkiej Brytanii był szalenie niewygodny i kontrowesyjny (są to przecież lata 70-te i homoseksualizm, a tym bardziej miłość mężczyzny do młodego chłopca nie jest czymś, co społeczeństwo jest w stanie łatwo przełknąć). Dyskusja o sztuce przeradza się w kłótnię na tematy osobiste.

Auden był zdeklarowanym gejem i otwarcie mówił o swojej orientacji (nawet w czasach gdy było to uznawane w kraju za nielegalne). Britten z kolei wolał ten fakt głęboko ukrywać. Bennett, który zresztą stosunkowo niedawno o swoim homoseksualizmie otwarcie napisał (jego autobiograficzne zapisku "Untold Stories" opublikowane zostały w 2005 roku), w ten sposób doknął tematu mu bardzo bliskiego.

Oglądając "The Habit of Art", nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że postacie wielkich twórców są tylko pretekstem i to wcale nie tyle do rozważań na temat ich schyłkowej kariery. Ta sztuka to sztuka o robieniu sztuki. To spektal o samym Bennecie, o tym, jak powstaje przedstawienie.

Aktor grający Audena w nowym, w ostatniej minucie dodanym przez dramatopisarza zakończeniu deklamuje audenowską wersję finału "Burzy" Szekspira. Przez lata uważano, że ten dramat był ostatnim dokonaniem pisarza ze Stratfordu, że był pożegnaniem Szekspira ze sceną (zresztą czytaliśmy go w tym kontekście na studiach). Teraz już wiadomo, że Szekspir po "Burzy" tworzył dalej, nie mniej jednak motyw pożegnania jest w tej sztuce bardzo ważny. Bennett wykorzystuje finalny dialog Prospera nieprzypadkowo. I robi to, jak na sztukę w sztuce przystało, podwójnie. To pożegnanie Audena. Czy to też pożegnanie Bennetta?

Po finalnym dialogu odgrywanej na scenie sztuki o Audenie, aktorzy rozchodzą się. Zostaje tylko asystentka reżysera i autor dramatu. Ona opowiada o tym, jak kiedyś była aktorką, jak kiedyś pracowała z wielkimi reżyserami. Po czym refeksyjnie dodaje, że to wszystko to jednak tylko "gra, gra, gra...". Po tej aluzji do szekspirowskiego "to tylko słowa, słowa, słowa" gasną światła i scena pustoszeje. Przy takim zakończeniu kompletnie wygasły moje emocje. Szkoda, bo to był dla mnie duży emocjonalny skok po dramatycznych i dynamicznych scenach jeszcze kilka minut wcześniej. Czułam, że tym resyżer poszedł na łatwiznę. Dał publiczności zbyt łatwe do oczytania aluzje (nawet trącące prenetsjonalnością). Za szybko pozwolił sztuce odejść.

A może zrobił to z przyzwyczajenia?

"The Habit of Art" to byskotliwa, ironiczna (autoironiczna) sztuka o robieniu sztuki (słowa robienie używam umyślnie), która z pewnością odzwyczaja od myślenia o wielkich w wielkich kategoriach. Pomimo tego, że nie lubię tego powszechnego trendu w biografii, polegającego na dokonywaniu całkowitej profanacji postaci (tak samo jak nie lubię współczenej hagiografii), to ta sztuka wydała mi się porywająca, ważna, a każda w niej przesada uzasadniona.
Bennett pokazał w "The Habit of Art" całą swoją przewrotność. Mam tylko nadzieję, że to jednak nie było jego pożegnanie.  

Teatr Narodowy w Londynie, scena

Scena Teatru Narodowego w Londynie, na kilka minut przed rozpczęciem spektaklu "The Habit of Art"


***
Alan Bennett "The Habit of Art"
reż. Nicholas Hytner
sektakl wystawiany jest w National Theatre w Londynie do 6 kwietnia 2010 r.
bilety wysprzedane do końca sezonu - zdarzają się jednak zwroty, więc warto polować!

niedziela, 01 listopada 2009

Kto sieje wiatr? Inherit the Wind sztuka z Kevinem Spacey na deskach Old VicKiedy brytyjski  reżyser Trevor Nunn, który przez długie lata prowadził Królewski Teatr Szekspirowski (Royal Shakespeare Company), wpadł na pomysł odegrania w Londynie najpopularniejszej, amerykańskiej sztuki "Kto sieje wiatr?" (ang. Inherit the Wind), pomyślał o jednej osobie. Email Nunna ze szczegółami realizacji pomysłu trafił do Kevina Spacey, w momencie, kiedy ten był w Rosji na festiwalu dramatów Czechowa. Zanim Spacey miał okazję odczytać wiadomość, organizatorzy imprezy poprosili go o zagranie jakiejś roli z pamięci. Dziwnym zrządzeniem losu aktor wybrał jednen z monologów właśnie z przedstawienia "Kto sieje wiatr?". Tym samym na email Nunna z propozycją zagrania głównej roli w tej sztuce, Spacey miał tylko jedną odpowiedź: tak!

Sztuka Jerome'a Lawrence'a i Roberta E. Lee zatytułowana "Kto sieje wiatr?" traktuje o procesie młodego nauczyciela Johna Scopesa, który aresztowany został za nauczanie teorii ewolucji w jednym z południowych i konserwatywnych stanów Ameryki.  Dramat oparty jest na autentycznym wydarzeniu, które miało miejsce w latach 20-tych minionego wieku, zwanym też małpim procesem. Sprawa wstrząsnęła całą Ameryką, bo zaangażowali się w nią dwaj świetni i niezwykle wpływowi prawnicy tamtych czasów, agnostyk Clarence Darrow w roli obrońcy i zapalony katecheta William Bryan w roli oskarżyciela. Obaj, rzecz jasna, znakomici mówcy. Proces opisywany szeroko w mediach stał się de facto symbolem walki o zniesienie dosłownej interpretacji Biblii (w szczególności fragmentu o powstaniu świata), zmianę jej roli w ustanawianiu prawa i przede wszystkim obronę wolności myśli i wypowiedzi. Dramat "Kto sieje wiatr?" skupia się przede wszystkim na kwestiach konserwatywnej mentalności, konflikcie religii i nauki, potrzebie znalezienia miejsca dla tych, którzy są przeciwko głosowi grupy. Znaczenie procesu Scopesa było ogromne. Jak to ujął obrońca oskarżonego na tym procesie "nie sądzi się jednostkę, ale całą naszą cywilizację".

Zapraszam jutro do Radia Roxy do audycji Maxa Cegielskiego "Nie lubię poniedziałku", w której między 11.00-13:00 będę mówić o tej sztuce, grze aktorskiej Spacey'ego i Troughtona (odtwórcy głównych ról) i współczesnym wydźwięku dramatu. Relacja będzie później dostępna na blogu.

Dla zainteresowanych: trailer można zobaczyć tutaj.

Kevin Spacey w Kto sieje wiatr

Spacey od kilku lat jest dyrektorem artystycznym teatru Old Vic. "Kto sieje wiatr?" to jego szósta produkcja w na deskach tego teatru.

 

***Aktualizacja - poniżej relacja z przedstawienia:***

Sztuka "Kto sieje wiatr?", która miała swój debiut na Broadwayu w latach 50-tych a później doczekała się też filmowej i telewizyjnej adaptacji  nie bez przyczyny grana jest w tym roku. Reżyser w ten sposób upamiętnia dwie ważne i obchodzone w Wielkiej Brytanii hucznie daty: 200-tną rocznicę urodzin Karola Darwina i 150-tą rocznicy publikacji jego rewolucyjnego dzieła "O powstawaniu gatunków".

Na deskach  teatru Old Vic parą w debacie o wolność myślenia  dla Kevina Spacey jest David Troughton, znany m.in. z ról szekspirowskich, za które otrzymał nagrodę najlepszego aktora Globe Theatre Award. Dzięki Troughtonowi i Spacey dawny proces z lat 20-tych nagle ożywa, a wygłaszane przemowy nabierają siły i porywają widza. Zresztą ze względu na to, jak ustawiona jest scenografia (członkowie ławy przysięgłych siedzą w pierwszym rzędzie krzeseł, wraz z widzami), oglądający stają się częścią tego wydarzenia. Spacey'ego widzimy na scenie postarzałego o jakieś 20 lat, z garbem i kulejącą nogą. Moim zdaniem w teatrze gra jeszcze lepiej niż na planie filmowym. Jest szalenie przekonujący i niezwykle wyrazisty.

Kto sieje wiatr? Inherit the Wind sztuka z Kevinem Spacey na deskach Old Vic

David Troughton w roli żarliwego oskarżyciela

Sztuka podzielona jest na dwie części. W pierwszej przedstawione jest życie prowincjonalnego miasteczka, którym w teorii zarządza burmistrz, a w praktyce prowadzone jest przez władczego pastora. Sceny z życia mieszkańców poprzedzielane są przez zbiorowo odśpiewywane pieśni religijne. Niektórzy krytycy są zdania, że w ten sposób reżyser, który od jakiegoś czasu zaangażowany jest w realizację musicali, próbuje do sztuki dołączyć elementy muzycznej formy ekspresji. W przekonaniu niektórych to zły pomysł. Moim zdaniem zabieg był udany. Zatrzeżenia miałam tylko do samej długości pierwszej, wprowadzącej części. Brakowało jej dynamizmu, otwierała się trochę zbyt długo. Dopiero w drugiej części, ta strata została zrekomensowana, bo niej mnóstwo jest i elementów dramatycznych i komicznych.  Jednym z nich jest fragment procesu, w którym oskarżyciel (David Troughton) wyjaśnia, próbując przyjąć naukową pozę, że po przeliczeniu czasu życia biblijnych postaci, świat powstać musiał 23 października 4004 r.p.n.e o 9 rano. Obrońca (Spacey) po znakomicie wymierzonej pauzie, zapytuje rezolutnie: o 9 rano, a jakiego czasu: wschodniego czy zachodniego? I w tym momencie zmienia się bieg rozprawy, której finał wydawał się początkowo z góry przesądzony. Proces z ataku na teorię Darwina, zmienia się w debatę, która podważa sensowność dosłownej interpretacji Biblii.

Muszę przyznać, że w swojej wymowie sztuka może wydawać się dziś historyczna, już może nieaktualna, zwłaszcza kiedy ogląda się ją z brytyjskiej perspektywy, a więc z perspektywy kraju, który wyraźnie oddziela sprawy religii od państwa i w którym wolności i prawa człowieka są powszechnie szanowane. Dodatkowo taką interpetację potwierdzałaby też scenografia utrzymana w kolorach sepii, niczym z dawnej fotografii. Reżyser jest jednak innego zdania, twierdząc, że zgodnie z niedawnym sondażem przeprowadzonym w USA, prawie połowa amerykańskiego społeczeństwa odrzuca teorię Darwina, więc debata wcale się nie przedawniła. Bez względu jednak na to, jak by ją traktować, "Kto sieje wiatr?" jest na pewno warte zobaczenia.

Teatr Old Vic Londyn

"Kto sieje wiatr?" - scena tuż tuż przed rozpoczęciem przedstawienia


***
Sztuka Inherit the Wind (Kto sieje wiatr?) grana jest do 20 grudnia
reż. Trevor Nunn
główne role: Kevin Spacey, David Troughton
The Old Vic Theatre, Londyn
Ceny biletów 15-48 funtów

poniedziałek, 02 marca 2009
The Tempest, program
Stratfort-upon-Avon, miasto, gdzie urodził się Szekspir, przypomina mi trochę konserwę: domy z czasów pisarza zachowane z pedanterią, równiusieńko przystrzyżone żywopłoty, knajpki ze świeżo odmalowanymi oknami i same lokale o nudnych nazwach typu "Otello", "Will's Place" – zupełnie jak w puszce z mięsem bez smaku. Stratfort w całej swojej nudnej pyszności żyje z turystów. Zwłaszcza w lecie lud przebija się do miasta, żeby zobaczyć, jak i gdzie żył Szekspir, choć o nim samym przecież tak niewiele wiadomo. Jedno muszę przyznać: sztuki angielskiego mistrza wystawiane przez stratfodzkie teatry są nie do pobicia, nawet przez londyńskie produkcje. Na to naprawdę warto przedrzeć się przez tłumy.

W sobotę wieczorem pojechaliśmy zobaczyć "Burzę" Szekspira ("The Tempest"). To jedna z moich ulubionych sztuk, pełna magii, iluzji, nawiązujaca do wielkich odkryć geograficznych. Przedstawienie przygotowane zostało przez Royal Shakespeare Company (wcześniej widziałam m.in. ich produkcję "Antoniusza i Kleopatry" i "Ryszarda II", które były naprawdę świetne) we współpracy z teatrem z Johanesburga – The Baxter Theatre Centre. Spektakl miał oddać duszę kolonizacyjnych zapędów i niejednego zwolennika politycznej poprawności musiał przyprawić o chwile niewygody i niepewności, ale o tym za chwilę.

Akcja sztuki ma miejsce na dzikiej wyspie, gdzie Prospero - książę Mediolanu, odtrącony od władzy przez własnego brata, spędza 12 lat, wspólnie z córką. Na wyspie żyje potwór – syn wiedźmy Kaliban – którego Prospero i Miranda uczą języka, pisma i wykorzystują jako sługę. Prospero potrafi czynić czary, a to za pomocą magicznych ksiąg, które zabrał ze sobą na wygnanie lub za sprawą Ariela – ducha, którego uwolnił z zaklętego drzewa. Jednej nocy, kiedy statek z bratem Prospera i świtą włoskiego dworu przepływa niedaleko wyspy, bohater używa magicznej mocy, rozpętuje tytułową burzę i sprowadza załogę jako rozbitków na wyspę. Tutaj sprawy dzieją się szybko: Miranda zakochuje się w jednym z rozbitków, którym jest syn władcy Neapolu (Ariel bierze spory udział w zakochiwaniu się tej pary w sobie); dwójka marynarzy wspólnie z potworem Kalibanem organizują rebelię przeciwko tyranii Prospera (ta zostaje udaremniona również dzięki Arielowi), dochodzi do spotkania braci – Prospero wybacza niegodziwemu bratu, choć słowa tego przebaczenia są ostre i tchną raczej nienawiścią niż miłością. Ostatecznie wszyscy planują powrócić statkiem do Neapolu, gdzie odbyć ma się ślub Mirandy i Ferdynanda (statek cudownie z wraku przeistacza się w sprawną maszynę, znowu dzięki magii). Prospero zwalnia Ariela ze służby w dramatycznym dialogu.

Teatr szekspirowski, Stratfort

Sztuka jest ostatnim dramatem napisanym samodzielnie przez Szekspira i wielu interpretatorów wierzy, że pożegananie magika Prospera z duchem Arielem to pożegnanie pisarza ze sceną, z publicznością czy nawet samą weną twórczą. Dla mnie to uproszczenie. Jeżeli Prospero miałby być Szekspirem a Ariel jego poetyckim geniuszem, to finał raczej wskazuje na pewne spełnienie a nie utratę. Ariel na końcu sztuki jest wolny, nie musi już służyć celom Prospera, radoście rozpływa sie w powietrzu.

W sztuce są odniesienia do ówczesnych wielkich odkryć geograficznych, bohaterowie więżą się i uwalniają. Janice Honeyman, reżyser sztuki, która pochodzi z Południowej Afryki, w tym dramacie zobaczyła historię Afryki i w tej upolitycznionej aurze wystawiła „Burzę”. Nie chodziło jej jednak tylko o nierówną relację między ludźmi o różnym kolorze skóry, ale też o wprowadzenie afrykańskiego folkloru, kultury, w której magia jest jej nieodzowną częścią. To naprawdę zadziałało. Część tekstu sztuki przetłumaczona została na kilka języków afrykańskich m.in. suahili i zulu i oddane zostały w formie piosenek śpiewanych przez dodatkowe duchy wyspy. Muzyka też jest afyrkańska i w jej rytm Ariel balansuje na dzikiej gałęzi, jak tylko pojawia się na zawołanie Prospera. Scenografia jest minimalistyczna, ale bardzo efektowna. Kostiumy są za to przebogate. Duchy, duszki i inne stwory, niewidzialne dla bohaterów, oprócz Prospera, który ma kontakt z „tamtym światem”, zmieniają przebrania i maski kilkakrotnie. Każde z nich jest pełne kolorów, wzorów, malowideł, płetw, ogonów, skrzydeł...

The Tempest

Honeyman, utrzymując afrykańską konwencję, postanowiła przedstawić relację między Prospero i Kalibanem (synem czarownicy) jako tyranię białego kolonizatora. Widziałam, jak część widzów, nieswojo czuła się, w momencie, gdy władczy Prospero do czarnoskórego mężczyzny grającego Kalibana zwracał się per „powtorze”, choć ten niewiele z potworem miał wspólnego. Inne produkcje tego dramatu często pokazują Kalibana jako niezwykle zdeformowane, odrażające stworzenie, co jest bliskie oryginałowi sztuki. Honeyman z tego zrezygnowała, żeby wyeksponować kwestię kolonializmu. Moim zdaniem to było przerysowane. Tym bardziej, że oryginalny potwór miał na sumieniu dość potwory grzeszek: próbę zgwałcenia 15-letniej Mirandy.

The Tempest, scena ze spektaklu
Aktorzy grający główne postacie byli świetni. Prospero (Antony Sher) ciekawie przechodził z roli magika, w rolę ojca, tyrana czy sprawcę wydarzeń, by finalnie poddać się posępnej refleksji:
We are such stuff
As dreams are made on; and our little life
Is rounded with a sleep.
(Akt 4)
Drugoplanowi aktorzy radzili sobie trochę gorzej. Ferdynand (przyszły mąż Mirandy) wypadł blado i nieprzekonywująco (cóż się dziwić, Charlie Keegan nie ma właściwie żadnego aktorskiego doświadczenia, z zawodu jest modelem i być może tytuł "The hottest man in 2008" przyznany przez Cosmopolitan przywiódł go na deski teatru...).

"Burza" zagrana była żywiołowo, dynamicznie. Ostre były kolory, pełne męskie sylwetki (nawet w przypadku Ariela, który w oryginale jest delikatnym, powietrznym duszkiem, a tym razem przypominał afrykańskiego przywódcę plemienia). "Burzę" odegrać można subtelniej, zwłaszcza że sztuka ma w sobie wiele delikatnych postaci i momentów. Ta z pewnością zagrana była konsekwentnie i mocno.
Stratfort, Courtyard Theatre

Mały The Courtyard Theatre w Stratfordzie

 

Ulica, Stratfort uopn Avon

Jedna z typowych stratfordzkich uliczek: stare domy, ekskluzywne restauracje i sklepy o nudnych nazwach

Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...