literackie zakamarki

piątek, 03 lipca 2015

POLISH POETRY EVENING WITH

TADEUSZ DĄBROWSKI

With translations by Antonia Lloyd-Jones, introduction by Ania Ready

Sunday 12th July 2015 at 6pm, entry £4

Albion Beatnik Bookshop, 34 Walton Street, Oxford

 

Tadek Dąbrowski na plaży 

 fot. Renata Dąbrowska

what distinguishes empty

silence from meaningful

profound from shallow

bright from dark

silence on target

from silence off key

is you

 

Polish poet Tadeusz Dąbrowski, is winner of numerous awards and inheritor of the metaphysical tradition in Polish literature.

Antonia Lloyd-Jones is a leading translator of Polish literature in the UK. In 2009 she received the Found in Translation Award.



środa, 24 czerwca 2015

Przyleciał na Wyspy o brutalnie wczesnej porze czerwcowego poranka. Ale pomimo tego mocno trzymał się na nogach. I chodził. Przez dwa dni chodziliśmy wspólnie po mieście. I to były fantastyczne peregrynacje z jeszcze fantastyczniejszą konwersacją. A potem spotkanie z czytelnikami w całkiem nowo otwartym budynku humanistyki w Oksfordzie, który - o zgrozo - kiedyś był szpitalem. Czyżby złośliwy los opatrzył poetę z Opola jeszcze jednym znakiem? W jego 'Tomi. Notatkach z miejsca postoju' czytamy przecież:

'Duży budynek przy placu to główny budynek uniwersytetu. Mam z nim niejasne powiązania. Dostaję czasem klucze do pokoju na najwyższym piętrze, przychodzę, kiedy nikogo już nie ma, i chodzę po pustym budynku z dziwnym poczuciem, ze jednak nie jestem sam. Kiedyś był tu klasztor, a potem przez wiele lat szpital. (...) W tych salach leżeli chorzy. Odwiedzałem to obu moich dziadków i obaj tu umarli. Rzadko który budynek uniwersytecki w Polsce może pochwalić się taką przeszłością i takimi tradycjami, powstała nawet monografia uniwersyteckiego wzgórza, na którym stoi budynek, być może pod tytułem Kto to u nas umarł. Od sekcji do sesji. (...) Ale prawdopodobne są również inne monografie (np. już opracowywana Kto to u nas zwariował. Od sesji do depresji)Na razie jednak siedzę tu, generalny remont się już odbył, zdezynfekowano ściany i bardzo grube stare mury, chociaż bakcyle i wirusy potrafią przenikać głęboko, ukryć się i zaczaić na dziesiątki lat. (...) Tu, gdzie była okulistyka, jest teraz anglistyka, tam gdzie choroby wewnętrzne - polonistyka. Tam gdzie weneryczne i skóry - romanistyka. Tam, gdzie neurologia - slawistyka, tam gdzie biblioteka - intensywna terapia. Dziekanat - sala operacyjna. Tam, gdzie rektor - toalety.' (str 6-7)

Z oksfordzkiego post-szpitalnego budynku nie będę zdzierać warstw. W czasach moich pierwszych lat w Oksfordzie były tam po prostu biura lekarzy i jakaś sala konferencyjna. Antonia Lloyd-Jones, która podczas spotkania z Tomkiem Różyckim znakomicie czytała tłumaczenia jego wierszy, miała tu zszywany palec. Ale porzućmy w końcu te szpitalne historie, bo się zaraz rozchorujemy!

Tomasz Różycki bardzo dużo czytał podczas spotkania ze swoich 'Kolonii' i z 'Dwunastu stacji'. I fragmentami tego się z Wami podzielę.

IIMG_1544_small

 Ania Ready i Tomasz Różycki

 

11. Przeciwne wiatry

Kiedy zacząłem pisać, nie wiedziałem jeszcze,
że każde moje słowo będzie zabierało
po kawałku ze świata, w zamian zostawiając
jedynie miejsca puste. Że powoli wiersze

zastąpią mi ojczyznę, matkę, ojca, pierwszą
miłość i drugą młodość, a co zapisałem,
ubędzie z tego świata, zamieni swe stałe
istnienie na byt lotny, stanie się powietrzem,

wiatrem, dreszczem i ogniem, i to, co poruszę
w wierszu, znieruchomieje w życiu, i pokruszy
się na tak drobne cząstki, że się stanie prawie
antymaterią, pyłem całkiem niewidzialnym,

wirującym w powietrzu, tak długo, aż wpadnie
w końcu tobie do oka, a ono załzawi.
(Kolonie, 2007)

Antonia Lloyd-Jones czyta angielskie tłumaczenia wierszy Tomasza Różyckiego, spotkanie w OksfordzieAntonia Lloyd-Jones czyta fragmenty 'Dwunastu stacji' w przekładzie Billa Johnstona

 

53. Spalone mapy
Dla J.B.

Pojechałem na Ukrainę, to był czerwiec
i szedłem po kolana w trawach, zioła i pyłki
krążyły w powietrzu. Szukałem, lecz bliscy
schowali się pod ziemią, zamieszkali głębiej

niż pokolenia mrówek. Pytałem się wszędzie
o ślady po nich, ale rosły trway, liście,
i pszczoły wirowały. Kładłem się więc blisko,
twarzą na ziemi i mówiłem to zaklęcie –

możecie wyjść, już jest po wszystkim. I ruszała
się ziemia, a w niej krety i dżdżownice, i drżała
ziemia i państwa mrówek roiły się, pszczoły
latały ponad wszystkim, mówiłem wychodźcie,

mówiłem tak do ziemi i czułem, jak róśnie
trawa ogromna, dzika wokół mojej głowy.

(Kolonie 2007)
 
IIMG_1537_small1

Tomasz Różycki słucha Miry Rosenthal, opowiadającej o tym, jak tłumaczyła jego 'Kolonie' na angielski

37. Dryfowanie

Dla M. Ś

Nocne pociągi, Polska. Papieros skręcony
z postrzępionej ciemności wolno się rozżarza.
Jak. Błędny. Ognik. Oto na jaw wyprowadza
z miękkiego ciała duszę i bardzo powoli

każe jej tańczyć. Gdzieś tu. Gdzieś tam. To boli
troszkę. To zawsze boli tak za pierwszym razem.
Więc jest nic, nic ma kolor, nic sprawuje władzę
nad fizyką, to boli. Będziemy się bronić

dymem i ogniem, będziemy się wywoływać
i mnożyć, zjawiać, być tak mocno, żeby widać
było z kosmosu. Ognik. Będziemy dryfować,
bo straciliśmy kontakt z bazą, z ziemią,

a czasem także z czasem. Polska. Nocny pociąg jedzie z miasta A do B. Oblicz spóźnienie.

 (Kolonie 2007)

IMG_1485_small

 Jan Fellerer, Jamie McKendrick, Irena Powell i Teresa Halikowska-Smith

 

O Fantastyko, o Imaginacjo! O Grozo, Gnozo oraz Hiperbolo!
Pozwól mi opisać, co się potem działo! Rankiem,
choć nie tak wczesnym, jak się mogło zdawać,
już wracał Wnuk przez Milicyjską Bramę.
Szedł żwawym krokiem przez znane podwórko,
to, które świadkiem niegdyś mu było słodkiego dzieciństwa,
a teraz leżało w zgliszczach oraz w gruzie, szedł przez kałuże,
błota i wertepy, omijał, wpadał i wycierał buty, a prowadziła go,
jak Przewodniczka Gwiazda, wciąż nad nim świecąc, jedna myśl:
pierogi. One oto, odkąd sięgnął myślą, były rodziny trwałym
fundamentem, przy nich się spotykały nawet wrogie frakcje
i dla nich zawierano w piątki Pokój Boży.
Jedna tylko Babcia tak potrafiła je zgotować, że zasłynęły
nadzwyczajną mocą także wśród znajomych. A znane były
w kilku wersjach głównych odpowiednich według porty roku –
z nich najgłówniejsza to pierogi ruskie, które smakować można
zarówno zimą, wiosną i jesienią, wyjąwszy kilka dni początku lata,
kiedy nadchodzi czas młodej kartofli, nazbyt wodnistej
i przez to niezdatnej wcale do ich fabrykacji. W tej sytuacji
gotowała Babacia na zmianę pierogi z kapustą albo z owocami,
bardzo popularne zwłaszcza pośród dzieci, a tych zawsze pełno było w domu.
Znano je również pod nazwaniem knydli, kiedy późnym latem
wewnątrz były śliwki, chociaż zwykle do środka chowano wiśnie
i czereśnie, truskawki i jagody, a całość do smaku
polewano gęstą śmietaną z cukrem, od czego niejadkom nawet
puszczały zawory ślinianek. Na te pory roku przypadał też okres
pierogów z kapustą, których odmiana pojawiła się na Wigilię na stole
obok barszczu i uszek, pojawiała się i znikała niby kometa.
Bardzo rzadko wreszcie Babcia dla odmiany zrobi pierogi z mięsem,
ale nigdy w piątek, ze względu na post i poszanowanie boskie.
Tak się stał się piątek dniem bardzo uczczonym od całej rodziny,
w którym wypadały wszelkie narady wspólne i postanowienia.
Wnuk, prowadzony z dala ich wspomnieniem, mijał akurat największą kałużę,
znaną mu jeszcze z czasów socjalizmu i zwaną wtedy
Kurwamacią od zwykłych okrzyków tych, którzy w nią wpadali po ciemku,
wracając do domu wprost z pracy.
(Dwanaście stacji, Stacja Trzecia: Pierogi, 2009)

IMG_1492_smallZ tyłu Francesco i Roberta Corliano, z przodu Camilla Brice (?) i Ursula Phillips

Wszystkich, którzy chcą przeczytać więcej, odsyłam koniecznie i spiesznie do 'Kolonii' (Znak), Dwunastu stacji' (Znak) i 'Tomi. Notatek z miejsca postoju' (Zeszyty Literackie). Mam też dobrą wiadomość: ktokolwiek chciałby zakupić dwujęzyczne (polsko-angielskie) wydanie dwóch pierwszych książek bądź polskie wydanie 'Tomi', to może się ze mną skontaktować. Mamy jeszcze parę egzemplarzy pospotkaniowych.

 

Dzięki Kasi Szymańskiej mogliśmy też usłyszeć i Mirę Rosenthal i Bila Johnstona opowiadających o tym, jak tłumaczyli poezję Tomasza Różyckiego. Serdecznie zapraszam do obejrzenia wywiadów.

Rozmowa Kasi z Mirą:

Rozmowa Kasi z Billem:

Na koniec serdecznie dziękuję Agnieszce Grubin i Mikołajowi Kunickiemu z Programme on Modern Poland, Kasi Szymańskiej i Matthew Reynolds z Oxford Comparative Critisim and Translation oraz Magdzie Raczyńskiej z Polish Cultural Institute za pomoc, wsparcie i entuzjazm w przygotowaniu tego spotkania. Bez Was by się nie udało! Specjalne podziękowania dla Antonii Lloyd-Jones za fantastyczne czytanie angielskich tłumaczeń wierszy.

Cóż,Tomasza Różyckiego było cudnie gościć, mam nadzieję, że to był początek częstszych odwiedziń w Oksfordzie. I wcale nie piszę tego bez przyczyny, moi drodzy współorganizatorzy ;)

 Tomasz Różycki, Ania Ready, Antonia Lloyd-Jones, Oxford, czerwiec 2015

Spotkanie z Tomaszem Różyckim, Oxford, czerwiec 2015

 Wszystkie zdjęcia wykonała Sue Taylor.

(przepraszam za opóźnienia w publikacji tego wpisu, nowy editor doprowadzał mnie do szału i nie była to wyłącznie kwestia wyjścia z wprawy...) 

piątek, 19 czerwca 2015

Tak dawno mnie tu nie było, że to cud, że wciąż udało mi się zalogować, że system nie wywalił mnie stąd na dobre. A Wy jesteście jeszcze?

Brakuje mi blogowego pisania, a jeszcze bardziej czasu na nie. Co zrobić...?

Wklejam plakat poniżej na pamiątkę, bo nie zdążyłam opublikować wcześniej zaproszenia. W Oksfordzie gościliśmy Tomka Różyckiego, poetę, eseistę i tłumacza. To było fenomenalne spotkanie... Jak się uda, to zdjęcia z wieczoru będą jeszcze dziś.

plakat_spotkanie_z_tomaszem_rozyckim

wtorek, 16 grudnia 2014

Krajowe trasy przelotowe

Trudno powiedzieć, czy więcej mil pokonał Dickens, podróżując po Europie czy po Wielkiej Brytanii. Jego typowy spacer po Londynie to około 12-20 mil, w zależności od czasu i nastroju. Przejażdżka konna to zbliżony dystans. Już jako chłopiec uwielbiał wędrować po stolicy. Gwarne ulice Londynu dodawały mu siły, były inspiracją, ucieczką, wytchnieniem. Po śmierci ojca Dickens przez trzy noce łaził po gościńcach miasta. Wspominał, otwierał i zamykał rany. Gdyby nie długi ojca, Charles pewnie nigdy nie pracowałby jako dziecko w fabryce. Gdyby nie to doświadczenie, pewnie nie byłoby Olivera Twista. Gdyby nie musiał sam się utrzymać, pewnie nie napisałby tak dużo. Gdyby nie, gdyby... Czy to ojciec uczynił z niego gwiazdę, podziwianego self made mana właśnie tym, że sam był zupełnie nieporadny? Czy Charles powinien mu za to dziękować, czy do końca życia przeklinać?

W 1847 roku Dickens zarobił 3,8 tys. funtów i po raz pierwszy w życiu miał tyle pieniędzy, że mógł w coś zainwestować. Postanowił to uczcić. Najpierw kolacją dla przyjaciół, potem wyjazdem do hrabstwa Wiltshire na kilka dni, potem galopowaniem przez równiny w okolicach Salisbury, potem powrotem do Londynu, następną kolacją. Jeżeli nie czcił i celebrował, to jeździł z odczytami, gdzie był czczony i celebrowany. Poruszał się szybko, a turnée miał zwykle wyładowane spotkaniami do granic możliwości. Do wymagających przelotów przez miasta brytyjskie był już zresztą bardzo przyzwyczajony. Zanim został pisarzem, pracował jako reporter i jeździł: na północ, na spotkania, na miejskie obrady potem szybko na południe, bo tam zbierał się parlament i trzeba było o tym napisać. Uwielbiał ten pęd. Kiedy był młody, katowanie ciała intensywnym wojażowaniem nie robiło na nim większego wrażenia. W latach 60., kiedy był już dobrze po 50-tce wciąż wydawało mu się, że potrafi poruszać się szybko po Wyspach jak młodzik. Jeździł zatem: Leamington, Cheltenham, Plymouth, Torquay, Exeter, potem Manchester i Liverpool – jak Anglia długa i szeroka. I dostawał zadyszki. Odczyty przynosiły mu fortunę (już w latach 50. Dickens pozwał sobie wydawać 8-9 tys. funtów rocznie), ale bardziej od pieniędzy ciągnęło go do oddanych mu ludzi, do uwielbiającego go tłumu czytelników, którzy ładowali jego schorowane ciało. Dlatego nie przestawał. Wiosna 1866 roku to trzymiesięczne tournée po Szkocji. Potem wyjazdy do  Birmingham i Clifton. Następny rok to czteromiesięczna trasa: Irlandia, Walia, Hereford, łącznie 36 odczytów (sic!). Potem przyszedł czas na wyjazd do Chester, ale w Chester już nie poszło tak gładko. Tą podróż Dickens przypłacił atakiem apopleksji. Potem już było gorzej.

Podróże synów według planu ojca

Dickens zmarł w 1870 roku. W czerwcu dostał kolejnego ataku apopleksji i już z niego nie wyszedł. Zostawił po sobie ósemkę dzieci (dwójka zmarła przed nim), w tym większość synów, których nie kochał, a którymi zajmować się musiał. Między 1844 a 1849 Catherine urodziła mu czterech chłopców, żaden z nich nie był chciany. Pisarz nie krył niezadowolenia. Mierziło go bycie ojcem dla męskiej gawiedzi. Twierdził wręcz, że chłopcy dziedziczą najgorsze cechy w rodzinie: pasywność, nieumiejętne zarządzanie pieniędzmi, gnuśność. Będąc u szczytu kariery, czuł, że ma za dużo synów, których musi wykształcić i ustawić w życiu. Chłopcy mu przeszkadzali. Byli głośni, Dickens uważał ich za trudnych do rozmów, choć łatwo sobie wyobrazić, że synowskie milczenie sprowokowane było ojcowską niechęcią. Sposobem Dickensa na synów było szybkie wyprawianie ich z domu. Część chłopców wysłał do szkoły z internatem we Francji. Jednemu z nich było tam tak źle, że zaczął się potwornie jąkać i już nigdy tej wady się nie pozbył, tracąc przez to na zawsze możliwość pracy w brytyjskich urzędach. Jak tylko ich wyszkolił, to słał ich dalej: Franka do Indii, Alfreda i Plorna do Australii (Plorn miał jedynie 16 lat, kiedy ojciec go wyprawił), Sydneya na morze. Żaden z nich nie chciał jechać, ale nie mieli wyboru. Wreszcie Henry miał jechać do Indii jako urzędnik Imperium Brytyjskiego, ale on jako jedyny postawił się ojcu. Chciał pójść na studia, ojciec kręcił nosem, ale ostatecznie się zgodził. I to tylko Henry’emu powiodło się w życiu: skończył uniwersytet w Cambridge i z powodzeniem prowadził prywatną praktykę doradztwa prawnego. Reszta synów skończyła z pewnością nie tak, jak zaplanował to sobie ojciec. Charlie zmarł w wieku 50 lat, zostawiając wdowę z piątką niezamężnych córek zupełnie bez grosza. Plornowi nie udało się w Australii, porzuciła go żona, a on sam utonął w długach. Sydney zachorował na morzu i tam też zmarł, nie spłaciwszy wcześniej pożyczonych pieniędzy.

Zaplanowane przez Dickensa wyjazdy synów to pasmo porażek, przede wszystkim porażek samego ojca, który nie dał chłopcom miłości. Dickens potrafił w chwilach słabości płakać na ramieniu córki, wyrzucając sobie złe ojcostwo, ale swoich decyzji nie cofnął. Podróż była dla niego nieodzowną częścią życia, sprawdzianem siebie, ćwiczeniem, które jeżeli nie zostało dobrowolnie podjęte, to musiało być z góry narzucone.

 

Cześć pierwsza jest dostępna tu a druga tutaj.

 

***
Przy pisaniu tekstu korzystałam z następujących źródeł:
Claire Tomalin Charles Dickens, wyd. Viking 2011
Ruth Richardson Dickens and the Workhouse, wyd. OUP 2012
Wystawa Dickens and his World¸ Bodleian Library, Oksford, 2 czerwca - 28 października 2012

środa, 12 listopada 2014

Druga amerykańska wyprawa

Jest grudzień 1867 roku. Dickens szykuje się do drugiej wyprawy do Ameryki. Jest fenomenalnie sławny po obu stronach Oceanu. Oficjalnie jedzie z serią odczytów swoich powieści, które na Wyspach zrobiły furorę. Nieoficjalnie planuje przemycić swoją kochankę Nelly i wspólnie z nią podróżować, z dala od natrętnych oczu wiktoriańskiego społeczeństwa. Plan jest taki: statkiem przypłynąć do Bostonu i posłać do Nelly telegram, jak tylko rozezna teren. Umawiają się na prosty szyfr. Jeżeli wiadomość będzie brzmiała "wszystko jest dobrze", to dziewczyna spakuje kufry i dołączy do Dickensa. Jeżeli pojawi się tam zwrot "jestem cały i zdrowy", wtedy Nelly zostanie w domu - we Florencji, dokąd wysłał ją Dickens. Nelly - Ellen Ternan - jest od niego o 27 lat młodsza. Poznali się na przedstawieniu, które Dickens oglądał na północy Anglii. Dziewczyna pochodzi z aktorskiej rodziny. Jej matka i dwie siostry występują na scenie. Nelly też. Odkąd Dickens dostrzegł ją w teatrze, robi wszystko, by być blisko niej.

Wspólna podróż po Ameryce jest niewątpliwie szaleństwem. Amerykańscy przyjaciele Dickensa dają mu jednak szybko do zrozumienia, że nie chcą maczać palców w tym wariactwie, grożącym społecznym samobójstwem. Do Florencji wędruje zatem telegram "jestem cały i zdrowy". Dickens przez trzy miesiące podróżuje samotnie: Boston, Nowy Jork, Filadelfia, Waszyngton i południe, podobna trasa do poprzedniej, z jednym wyjątkiem: tym razem wojażuje pisarz o nieprawdopodobnej sławie. Fani Dickensa szaleją. Na jego odczyty przychodzą tysiące osób, co przynosi Dickensowi więcej dochodu niż sprzedaż książek w ojczystym kraju. Dickens jest zachwycony euforyczną reakcją czytelników. Spotkania autorskie to jednak potworna harówa. W Nowym Jorku szaleją śnieżyce, Dickens szybko się przeziębia. Pomimo licznych konsultacji medycznych nikt nie jest w stanie wyleczyć go z "amerykańskiego kataru". Jest zmęczony, zbolały, ale z turnée nie rezygnuje. W każdy odczyt wkłada całe swoje serce, z olbrzymim zaangażowaniem odgrywa postacie ze swoich powieści, a przy tym coraz bardziej podupada na zdrowiu. Z Ameryki wraca z bólem w stopie, ręce, sercu, lewym oku, z bezsennością i depresją. Pożyje jeszcze trzy lata w ciągle pogarszającym się zdrowiu, ale z niczego nie zrezygnuje. Dickens dowodzi, że albo żyje się pełnią, albo nie żyje się wcale.

Wojaże kontynentalne

Przemierzał kanał La Manche imponująco często. Początkowo z rodziną (powiększającą się niemalże z roku na rok), potem sam w sprawach bardziej skrytych. Pierwszy raz w Paryżu znalazł się w 1844 roku. "To jest najbardziej niesamowite miejsce na świecie" - skwitował. Przy kolejnej wizycie miasto było "nikczemne i obrzydliwe, i jednocześnie wspaniale atrakcyjne". W Paryżu Dickens poznał Victora Hugo, który nazwał Brytyjczyka geniuszem, Turgieniewa i George Sand. Uwielbiał paryskie teatry, to dla francuskich sztuk zaczął uczyć się języka. Początkowo drażnili go Paryżanie. Ich maniery, ich mieszkania. Znalezienie odpowiedniego lokum dla dużej rodziny w miarę wygodnym budynku graniczyło z cudem. Sprawami organizacyjnymi zajmowała się tam jednak nieprzecięta osoba - siostra żony, zaufana, obrotna i totalnie oddana Dickensowi. Rodzina instalowała się w paryskich domach szybko (w apartamentach na Champs Elysees czy pokojach przy rue de Rivoli), a pisarz momentalnie włączał się w życie kulturalne miasta. Z czasem, już w latach 50., kiedy Dickens władał biegle francuskim , Paryż był dla niego "czarującym miastem" a Francuzi "najwspanialszymi ludźmi na świecie".

W lato Dickens zabierał rodzinę dalej: do Boulogne, do Włoch, do Szwajcarii. Musiała to być nie lada wyprawa z kilkorgiem dzieci, nianiami, kuframi, sporym dobytkiem. Podróż trwała kilka dni, a Dickensowie przemieszczali się w kilku dyliżansach. Niewygoda podróży nigdy jednak nie zniechęciła go do zmiany powziętych planów. Dickens chciał wyjechać na wakacje na kontynent i wyjeżdżał, bez względu na to, czy właśnie urodziło mu się kolejne dziecko, czy musiał zorganizować spakowanie rzeczy dla kilkunastu osób, wynająć londyńskie lokum bądź zmienić adres zamieszkania po powrocie. Wszystko było dla niego do załatwienia: nowa niania, nowa mamka, nowy dom. Na wakacjach Dickensowie zwykle zajmowali przestronne wille. Pisarz przemierzał wiejskie okolice i często tęsknił za wielkim miastem. Najgorzej zniósł pobyt na szwajcarskiej wsi, gdzie nie mógł pisać, wszystko go drażniło, a tęsknota za londyńskim gwarem i przyjaciółmi wydawała się nie do zniesienia. Wrócili więc ze wsi do Genewy, a tam było już inaczej, bo Dickens poznał Augustę De La Rue, zamężną kobietę trapioną traumami, którą zaczął leczyć seansami spirytualistycznymi. Seanse były nieformalne, odbywały się w winnicach, gajach oliwnych, polegały na wprowadzaniu Augusty w trans i wyzwoleniu jej od nawiedzających ją zjaw z przeszłości. Żona Dickensa musiała być zazdrosna i pewnie czuła się niezręcznie - była ponownie w ciąży, kiedy jej mąż znikał na spirytualistyczne seanse z mężatką. Między Dickensami musiało dochodzić wtedy do spięć, Charles twierdził jednak, że Catherine przesadza i próbował ją uciszyć.

Wspólne wakacje staną się dla małżonków coraz trudniejsze. Dzielący ich mur pretensji i niezrozumienia będą ze sobą zabierać w europejskie podróże, aż do momentu, kiedy Dickens, zapatrzony już w młodziutką Nelly, postanowi doprowadzić do separacji z żoną i rodzinne wyjazdy  ukrócić. Sam jednak z wojażowania nie zrezygnuje. Znów pojawi się w Paryżu, we włoskich miastach, bo tam łatwiej mu będzie pojawiać się z kochanką u boku. Francuska stolica będzie miała dla niego jeszcze jedno znaczenie: to tutaj w 1863 albo w 1864 roku urodzi mu się syn z nieprawego łoża. Dickens będzie już po pięćdziesiątce, a przyjście na świat dziecka Nelly zostanie dokładnie zakamuflowane, tak dokładnie, żeby nikt nie wiedział ani się nie domyślił. Dickens będzie jeździł do Paryża niemalże co miesiąc aż do maja 1864 roku, kiedy najpewniej dziecko umarło. Nelly nie pojawi się w Wielkiej Brytanii aż do następnego roku. Jak wskazuje autorka biografii Dickensa i Nelly, Claire Tomalin, kochanka pisarza najpewniej wpadła w depresję po stracie synka i nie była w stanie przyjechać z powrotem na Wyspy. Wrócą dopiero w czerwcu 1865 roku, a ich podróż będzie co najmniej niefortunna. Po przeprawieniu się przez kanał La Manche Dickens i Nelly wsiądą do pociągu. Będzie wieczór, kiedy część z pędzących wagonów nagle się wykolei. Dickens wybiegnie z pociągu i zamiast pomagać Nelly, skoczy na ratunek innym, bo za wszelką cenę nie chce, by zauważono go podróżującego z kochanką. Nelly to przeżyje, ale po wypadku chorować będzie przez długie tygodnie. Okres paryski zakończy się gorzkim wspomnieniem.

 

Pierwsza część o podróżach Dickensa dostępna jest tutaj.

Ciąg dalszy nastąpi.



***
Przy pisaniu tekstu korzystałam z następujących źródeł:
Claire Tomalin Charles Dickens, wyd. Viking 2011
Ruth Richardson Dickens and the Workhouse, wyd. OUP 2012
Wystawa Dickens and his World¸ Bodleian Library, Oksford, 2 czerwca - 28 października 2012


niedziela, 26 października 2014

Nie potrafił usiedzieć długo w jednym miejscu, nawet w ukochanym Londynie. Jeżeli nie podróżował za granicę, by tam oddać się pisaniu czy spędzić wakacje, to jeździł na spotkania autorskie, a w wolnych chwilach chodził: po kilkanaście, kilkadziesiąt mil przez miasta i wsie.

"Jestem tu, tam, wszędzie i (głównie) nigdzie." 1866 r.

Musiał być w ruchu, inaczej źle się czuł. A kiedy zdarzało mu się zachorować podczas podróży, to nie kładł się do łóżka, ale wzywał kolejnych lekarzy, by postawili go na nogi. I stawiali. W głowie wymyślał ciemne światy współczesnego mu życia, stąpając twardo po ogromnej powierzchni ziemi - w nogach miał całe Wyspy, połowę Ameryki i sporą część europejskiego kontynentu. Charles Dickens musiał się często przemieszczać, bo pęd dawał mu siłę i poczucie, że jest panem swojego życia, że spija orzeźwiające soki z każdej jego gałęzi, że wyrasta i odcina się do przegranego ojca, który siedział za długi i przez długi o mały włos nie zaprzepaścił losu syna. W ruchu Charlesa, a raczej w jego orbicie musiała poruszać się też jego własna rodzina. To on nadawał tempa, przeprowadzał, wysyłał za granicę, dyrygował, załatwiał posady dla synów. Nie pytał o zdanie. Podróże i wyjazdy były dla niego esencją życia. Może gdyby się trochę oszczędzał, pożyłby dłużej.

Claire Whetton: Dickens On Tour

Claire Whetton: Dickens On Tour (zdjęcie pochodzi ze strony Muzeum Dickensa w Londynie).

Pierwsza wyprawa - odkrycie Ameryki

Początek lat 40. XIX wieku. Dickens cieszy się już sporą popularnością. Książki sprzedają się dobrze. Sporo zarabia, ale i dużo wydaje. Nie ma właściwie oszczędności, więc żyje z miesiąca na miesiąc, mając na utrzymaniu żonę i czwórkę dzieci, co dodatkowo podsyca jego rozgorączkowany charakter. Powieści Dickensa cenione są też za Oceanem. Sprzedaż jest niezła, ale pisarz nie otrzymuje z niej ani grosza. W 1842 roku wyrusza do Ameryki, by tam spotkać się z twórcami, czytelnikami i dogadać się w sprawie tantiem. Podróż morska jest długa i niespokojna. Na lądzie Dickens wraz z żoną pokonują 2 tys. mil.

Początek to Boston. Jest zima, a miasto skrywa się w śniegu. Dickensowi podobają się wystające spod białego puchu eleganckie drewniane domy, zielone okiennice. Jest zaskoczony, że na ulicach nie pojawiają się żebracy - jak odmienny to widok od znajomych gościńców Londynu. W Bostonie przyjmują go bardzo serdecznie. Zabierają na wycieczkę do Lowell, gdzie tętni życie w fabrykach (dziś już zupełnie wymarłych). Dickens jest pod wrażeniem amerykańskiej organizacji, efektywności. Podoba mu się, że pracownicom fabryk zapewnia się edukację. Ochoczo wdycha świeże, bostońskie powietrze. Dopiero, kiedy spotyka się z entuzjastami swoich książek, poznaje, co to znaczy być celebrytą w Ameryce: panie próbują wyrwać kawałki jego futra na pamiątkę, każdy prosi o uściśnięcie ręki (co przy kilkutysięcznych zgromadzeniach jest niezwykle męczące), nigdzie nie może swobodnie się przemieścić, wszędzie jest wożony. Zaczyna brakować mu spacerów i przejażdżek - wolności, by przebierać nogami w spokoju, samemu tyczyć trasę i chodząc, planować kolejne posunięcia.

Boston to jednak dopiero przedsmak amerykańskiej przygody. Kiedy docierają do Nowego Jorku, zaczyna się wielka celebracja Dickensa, na którą ten nie jest przygotowany. Bal z okazji przybycia angielskiego pisarza wydany jest na 3 tys. osób. Na stołach podają 50 tys. ostryg, 10 tys. kanapek, 300 kwart lodów... Wszystko jest wielkie, zrobione z rozmachem, w skali dotychczas mu nieznanej. Po balu przychodzi czas na New York Dickens Dinner, na którym ciepło o pisarzu mówi sam Washington Irving. Dickens jest wniebowzięty, oszołomiony. Widząc, jak wielką cieszy się popularnością, postanawia zawalczyć o swoje prawa autorskie i amerykańskie tantiemy. To jednak nie podoba się tamtejszej prasie. Dickensa oskarżają o chciwość, pisarzowi trudno znaleźć osobę, która poparłaby jego krucjatę. Autor Dawida Cooperfielda jest rozczarowany, ale nie przestanie dochodzić własnych praw. O tantiemy będzie upominał się jeszcze podczas kolejnej wizyty w Ameryce, ale bezskutecznie. Kwestia praw autorskich i wynagrodzeń z ich tytułu zostanie uporządkowana za Oceanem dopiero w 1891 roku, ponad dwadzieścia lat po śmierci pisarza.

Podróż na południe Ameryki jest już mniej przyjemna. Dickens sprzeciwia się niewolnictwu, nie chce zwiedzać wielkich folwarków, dlatego skraca trasę i wraca do Bostonu. Amerykańska wyprawa jest szczególna z kilku powodów. Po raz pierwszy Dickensa nie gonią terminy. Nie musi pisać miejskich obrazków ani kolejnych odcinków powieści. Jest wolny. Wolna jest też jego żona, wolna od kolejnej ciąży. Dickensowie do tej pory niemalże co roku doczekują się nowego potomka: Charlie rodzi się w 1837 roku, Mamie następnej wiosny, kolejnej jesieni - Kate, a dwa lata później Walter. Dickens chciał mieć tylko trójkę dzieci, a spłodził ponad trzy razy tyle. Szybko powiększająca się rodzina, zwłaszcza synowie zaczną go drażnić, ale to potem. Póki co w Ameryce nie musi się o nic martwić. Czwórka dzieci została w starej Anglii z opiekunkami, a Catherine nie jest znowu przy nadziei. Ich piąte dziecko - Francis - przyjdzie na świat dopiero w 1844 roku.

Dickens nie musiał pisać podczas podróży, ale prowadził notatki i bogatą korespondencję. Po powrocie z Ameryki opublikował swoje wrażenia z wyprawy. W Zarysach Ameryki odmalował korupcję tamtejszej prasy, niewolnictwo, amerykańską obsesję na punkcie dorabiania się, hipokryzję polityków. Książka kosztowała go przyjaźń z Irvingiem, a A. E. Poe nazwał ją "jedną z najbardziej samobójczych publikacji, celowo opublikowanych przez autora o znakomitej reputacji." Dickens niewiele sobie z tego robił. Podobne notki z podróży popełni później po powrocie z Włoch, a krytycy w kraju nie zostawią na nich suchej nitki.


Ciąg dalszy nastąpi.

 

***

Przy pisaniu tekstu korzystałam z następujących źródeł:
Claire Tomalin Charles Dickens, wyd. Viking 2011
Ruth Richardson Dickens and the Workhouse, wyd. OUP 2012
Wystawa Dickens and his World¸ Bodleian Library, Oksford, 2 czerwca – 28 października 2012

sobota, 25 października 2014

Tradycyjnie jak co roku zapraszam do Dwutygodnika na recenzję książki, która zgarnęła Bookera.Tym razem to powieść australijska, która jeżeli zawierzyć wyznaniom jednego z tegorocznych jurorów, szła "łeb w łeb" z brytyjskim faworytem - "How to Be Both" Ali Smith. Ciemna, osobista i jednocześnie bardzo literacka "The Narrow Road to the Deep North" Richarda Flanagana ostatecznie przekonała całe gremium. Książka jest świetna i do teraz fragmentami mnie straszy. Serdecznie polecam, szczegóły w recenzji tutaj. Jeżeli polscy wydawcy nie spuszczą tempa, to za niecały rok będzie też dostępna po polsku.

 

Recenzja The Narrow Road to the Deep North Richarda Flanagana

poniedziałek, 04 listopada 2013

Eleano Catton artykuł w DwutygodnikuSukces nie mój, ale Eleanor Catton, która jak donosiłam w błyskawicznej notce po ogłoszeniu zwycięzcy nagrody Bookera, jest najmłodszą pisarką cieszącą się ze zdobycia tego wyróżnienia w całej jego historii. Catton napisała dopiero dwie powieści, a każda z nich stała się hitem, co w połączeniu z bardzo młodym wiekiem autorki sugeruje, że mamy do czynienia z pewnego rodzaju literackim objawieniem.  Specjalnie dla Dwutygodnika rozgryzam ten fenomen i wszystkich zainteresowanych zapraszam do lektury tekściku.

Catton zagoniła mnie do intensywnej pracy. Niby tylko dwie powieści, ale to w sumie ponad 1100 stron (!) Przy okazji tego maratonu czytelniczego migały mi w pamięci błogie czasy studiów, kiedy pochłaniało się książki szybko i na potęgę, a po zawaleniu paru nocy można było po prostu się wyspać. A teraz praca, potem dziewczynki i następnego dnia praca...

Zwycięzką "The Luminaries" ("Ciała świetlne") czyta się jednak błyskawicznie, bo ma formę powieści kryminalnej. Książka mocno trąci Dickensem, do tego ubrana jest w astrologiczny kostium, bo każdy z głównych bohaterów ma swój zodiakalny odpowiednik, a każda z części rozpoczyna się obrazem układu nieba, który determinuje działania postaci. Znakomita większość recenzentów zachwyca się kosmiczna oprawą "The Luminaries", która mnie wydała się męcząca i w gruncie rzeczy mało ciekawa. Kto zresztą teraz potrafi czytać horoskopy? A jeżeli nawet potrafi, miałby ochotę ślęczeć nad układem planet, żeby rozszyfrować zawartość kolejnego rozdziału? A poza tym po psuć sobie frajdę czytania kryminału?

Zwycięstwo "The Luminaries" było dla mnie zaskoczeniem. Książkę, owszem dobrze się czyta, ale przeszkadzał mi jej anachronizm, nagromadzenie wątków kosztem stylu. Bardziej podobała mi się jej debiutancka powieść "The Rehearsal" ("Próba"), która ciekawie eksperymentuje z formą i ma dość teatralny charakter, a więkość jej bohaterów to albo przyszli aktorzy albo muzycy. Catton fajnie według mnie w niej oddała nastoletnie burze nastrojów, niepewność i skłonność do gry.

Zresztą przekonajcie się sami.


wtorek, 15 października 2013

I wiadomo. Najmłodsza w historii nagrody autorka i najdłuższa w historii Bookera powieść: tegoroczną zwyciężczynią jest 28-letnia Eleanor Catton i jej powieść osadzona w czasach gorączki złota na południowej wyspie Nowej Zelandii "The Luminaries".

Eleanor Catton, zwycięzczyni Man Booker Prize 2013

Stawiałam na Colma Toibina i jego "The Testament of Mary" oraz Ruth Ozeki "A Tale for the Time Being" (na szczęście tylko w myślach, nie w funciakach, bo w tym roku bym przegrała). Nie szkodzi, że żadne z nich nie zdobyło wyróżenia. Te książki i tak przeczytam.

Tymczasem zakupiłam elektroniczną wersję "The Luminaries". Ktoś z Was też czyta?

Reimagining Goya
Spotkanie z Jackiem Dehnelem  podczas Manchester Literature Festival

czwartek, 17 października 13:00
 
Manchester Art Gallery
Mosley Street
Manchester M2 3JL
Wstęp wolny
Rezerwacja telefoniczna: 08432080500

Jacek Dehnel w lózku



wtorek, 30 lipca 2013

Mam nadzieję, że wydawca wybaczy a autor nie będzie miał nic przeciwko. Nie mogłam się powstrzymać i muszę się z wami tym wierszem podzielić:

 ***

Długim korytarzem idzie chirurg, właśnie

skończył operować mojego ojca. Idzie

 

tak już od lat, a we mnie nadzieja przymierza

na zmianę czarną i białą sukienkę. W domu

 

zostawiłem, tato, twoją śmierć - wściekłego

psa, którego nienawidzę, lecz karmię

 

by móc go wziąć na ręce,

jeżeli się nie obudzisz.

 

Tadeusz Dąbrowski, Pomiędzy

 

Piękny. Pamiętam, jak sama przebierałam czarne na białe i z powrotem białe na czarne kiecki, kiedy Bela była na intensywnej terapii. Wściekły pies wciąż mnie nawiedza w domu, ale już nie jest lękiem przed śmiercią.

Tadeusz Dabrowski Pomiedzy

sobota, 30 marca 2013

W zeszłym roku wiele osób poruszły wyniki badania wykonanego przez brytyjski National Literacy Trust, które ujawniło, że jedno na sześcioro uczniów czuje się niezręcznie, czytając książkę wśród innych dzieci. Najbardziej martwi małych respondentów to, że mogą być postrzegani w szkole jako kujoni. Po publikacji badania w prasie pojawiło się sporo artykułów na temat tego, jak źle wypada Wielka Brytania w dziecięcych statystykach czytania, jak niewiele młodych osób czyta w wolnym czasie i jak fatalnie rząd prowadzi programy doskonalenia umiejętności pisania i czytania wśród najmłodszych. Trudno mi się odnieść do tych komentarzy, bo nie udało mi się znaleźć żadnych statystyk, które by porównywały stan czytelnictwa wśród dzieci w krajach europejskich. Jedyną porównywalną miarką jest poprzednie badanie National Literacy Trust, a to wskazuje tyle, że w 2005 roku 38% uczniów czytało w wolnym czasie, podczas gdy w 2011 było ich 30,8%. Tylko czy to już powód do wielkiego zmartwienia?

Wracam jednak do tytułu cyklu, czyli uroków czytania. W dzisiejszym (marcowym) odcinku dwa zdjęcia. Więcej fotografii można znaleźć na stronie FB Tygla.

Jednocześnie tym, którzy świętują życzę wspaniałej Wielkanocy, a tym, którzy nie, udanej przerwy świątecznej!

Talenka czyta

Pierwsze kroki: Talenka z włoską książeczką o zwierzakach podróżujących autobusem

Czytająca dziewczynka

Zaczytana. Dziewczynka idąca jedną z głównych ulic Barcelony



***Inne zdjęcia z tego cyklu:

czytanie w wanie

bez domu i z książką

wtorek, 12 marca 2013

Found in translation awardZostały tylko trzy dni, więc spieszcie się. Do północy 15 marca można przesyłać swoje zgłoszenia na najlepsze angielskie tłumaczenie polskiej książki. Wystarczy wysłać maila na adres biuro@instytutksiazki.pl, umieszczając nazwę nagrody FOUND IN TRANSLATION w tytule wiadomości. W mailu należy podać tytuł książki, nazwisko autora, tłumacza, wydawcę i krótko uzasadnić swój wybór.

Nie udało mi się znaleźć żadnej szczegółowej listy z wszystkimi polskimi książkami wydanymi po angielsku w zeszłym roku. Te, które pamiętam, to:

"Saturn" Jacka Dehnela (Dedalus Books), tłum. Antonia Llyod-Jones (tą książkę nominowałam, tłumaczenie jest błyskotliwe i świetne oddaje styl Jacka)
"A Grain of Truth" Zygmunta Miłoszewskiego (Bitter Lemon), tłum. Antonia Lloyd-Jones
"Nowolipie Street" Józefa Hena (DL Books), tłum. Katarzyna Boron
"The Night Wanderers. Uganda's Children and the Lord's Resistance Army" Wojciecha Jagielskiego, (Seven Stories Press) tłum. Antonia Lloyd-Jones
"I Burn Paris" Bruna Jasieńskiego (Twisted Spoon Press) tłum. Soren A. Gauger i Marcin Piekoszewski
"Cold Sea Stories" Pawła Huelle (Comma Press), tłum. Antonia Llyod-Jones
"Ryszard Kapuściński: A Life" Artura Domasławskiego (Verso Books), tłum. Antonia Lloyd-Jones
"Illegal Liaisons" Grażyny Plebanek (Stork Press), tłum. Danusia Stok

A w tym roku zapowiadają się dwa duże translatorskie wydarzenia. Wkrótce pojawi się przekład poezji Tomasza Różyckiego [w końcu!!!] ("Twelve Stations". Brookline, MA: Zephyr Books, tłum. Billa Johnsona) i tłumaczenie szkicu wspomnieniowego Tadeusza Różewicza ("Mother Departs", Stork Press, tłum. Barbara Bogoczek).

Więcej o nagrodzie FOUND IN TRANSLATION możecie przeczytać tutaj. I nie zapomnijcie zagłosować!


Joanna Bator Ciemno, prawie nocŚciemnia się. Alicja jedzie do rodzinnego Wałbrzycha, którego skutecznie wyrzuciła z pamięci, odkąd zaczęła pracę w Warszawie jako dziennikarka. Lubi swoją niezależność w stolicy i to, że jak tysiące mieszkanców-przyjezdnych, jest tam wolna od swojej przeszłości. Podróż pociągiem do Wałbrzycha, a stamtąd taksówką z utyskującym na zdrowie kierowcą prosto do rodzinnego domu męczy ją, drażni i rozstraja. Wraz z Alicją wkraczamy do mrocznych zakątków jej pamięci i ciemnej historii ginących w mieście dzieci, o której kobieta ma napisać reportaż. Przyjeżdżamy do Wałbrzycha, z którego Joanna Bator zrobiła w swojej najnowszej powieści miasto-koszmar, obraz śmiały, groźny i nieszczęśliwie wykrzywiony.

Podoba mi się, kiedy  w powieści Bator zachodzi słońce i zaczyna się ściemniać. Wtedy ożywia się pamięć Alicji o jej starszej siostrze-samobójczyni, o ojcu opętanym nadzieją znalezienia skarbu pod wałbrzyskim zamkiem. Historia rodzinna, pełna grozy i zawieszenia, wydała mi się naprawdę frapująca. Są pojedyncze wspomnienia, z których powoli maluje się przejmujący obraz, są listy, jest dom bez miłości, jest strach, wkraczające od zamku zło, upiór matki i katastrofa.

Z historią rodzinną związane są inne opowieści, jeszcze ciemniejsze. Te dotyczą pokolenia rodziców Alicji, jej matki, sąsiada, a łączy je zło II wojny światowej. To zło niszczy dziecięcą niewinność, niemiecki dom i wałbrzyski porządek. Są bardziej dosadne i wychodzą już poza krąg grozy, stając się po trosze reporterskim zapisem okrucieństw.

Potem są historie współczesne o ginących w mieście dzieciach i wtedy w książce robi się już bardzo ciemno, tak ciemno i łyso, że ginie całe piękno grozy. Niestety wątek detektywistyczny w powieści jest marny, a dosłowność opisywanego przez Bator zła trąci tanią książką. Naprawdę byłam zażenowana, czytając  na przykład o szczegółach filmów pornograficznych z udziałem dzieci czy sposobach, w jaki matka Alicji maltretowała jej siostrę. Opisy są płaskie i wulgarne, dlatego niszczą ostatnie szczątki poczucia grozy, które może mieć jeszcze cierpliwy czytelnik.

Rozczarowana byłam też stylem książki. Mnóstwo w niej tak samo budowanych powtórzeń (coś jakby, coś jak). Groteska związana z pojawieniem się w książce wątku martyrologicznego z dwójką kopalnianych, samozwańczych świętych jest bardzo przewidywalna. Wydaje mi się, że w ogóle pisanie o nastrojach pospolitego ruszenia religijnego, które wciąż łatwo może się w Polsce wydarzyć (jak to się stało po katastrofie samolotu prezydenckiego) jest szalenie trudne, bo fikcja w takich sytuacjach dzieje się w rzeczywistości , więc jak przenieść ją potem do powieści? W książce Bator mamy na przykład rozrywanie szat i szczątków wałbrzyskiego orędownika, które miały w swej absurdalności z pewnością być śmieszne, a mi wydały się jedynie irytujące.

Największą przeszkodą w czerpaniu satyfakcji z czytania "Ciemno, prawie noc" była dla mnie jednak niepotrzebnie skomplikowana sieć wątków. W powieści przeplatają się losy wielu rodzin, przemykają duchy, cień kładzie wojna, powstają z grobów szkaradztwa przeszłości, odpycha polska współczesność (w tym i miłosny wątek Alicji)... Liczba historii jest niestety odwrotnie proporcjonalna do ich głębi. Dlatego po dotarciu do zakończenia powieści, a dociera się tam zaskakująco szybko, miałam silne poczucie, że powinnam wyłączyć lampkę znacznie wcześniej i w połowie książki powiedzieć ciemnościom Joanny Bator po prostu 'dobranoc'.


wtorek, 18 grudnia 2012

ArchipelagZ dużym opóźnieniem (za co bardzo przepraszam) informuję, że dostępny jest kolejny numer naszego Archipelagu dobrej literatury. Dziewiąte wydanie dostępne jest do pobrania tutaj. Tematem przewodnim są rewolucje. W piśmie znajdziecie mnóstwo tekstów o książkach (rewolucyjnych i nie).

Ja serdecznie zapraszam do lektury wywiadu z Zygmuntem Miłoszewskim, autorem, który lubi eksperymentować z gatunkami literackimi. Dla fanów Zygmunta dobra wiadomość: pisarz kończy właśnie pisanie następnej powieści. Nie będą to jednak kolejne perypetie prokuratora Szackiego, ale opowieść zupełnie nowa.

Życzę udanej lektury!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Zakładki:
Autorka
80 dni dookoła świata
Art art art
Ciekawe kadry
Kolorowe jarmarki
Literackie
Media
Na muzycznej fali
Organizacje
Pogranicza
Raj utracony
Wyzwania czytelnicze
Zyg-zag
Tagi
Pomóż Beli, podaruj jej 1% podatku!
KRS: 0000037904, konto: 17277 Isabel Ready



Najlepsze księgarnie w Polsce

Najlepsze księgarnie świata

Archipelag
dobrej literatury

Debiut w Wyborczej
Zjednoczone Królestwo Książek

© copyright

Jeżeli chcesz coś ode mnie z bloga pożyczyć, proszę skontaktuj się ze mną.

Blogowisko.org blogi

Statystyki od 26 grudnia 2010
statystyka
tylko dla maga-mara szablon wykonała kate_mac
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...